Kategoria: Aktualności

  • Polaków seks powszedni, rozmowa z Joanną Opiat-Bojarską

    Trochę nam zeszło, zanim wybraliśmy odpowiednią formę rozmowy o najnowszej książce Joanny Opiat-Bojarskiej. Mogliśmy gadać o fabule, bohaterce, itd. Poszliśmy jednak trochę pod prąd I pogadaliśmy o seksie, czyli jednym z głównych, o ile nie głównym temacie “Gry o wszystko”. Jak wyszło? Właśnie tak.

    Seks jest w Polsce tematem tabu?

    Mniej niż kiedyś, ale niestety nadal jest. Wydaje się, że normalni ludzie po prostu go uprawiają, a nie o nim rozmawiają. Kiedy po raz ostatni rozmawiałeś ze swoją partnerką/partnerem o tym czego chcesz, co lubisz, co Ci się marzy?

    Powinnaś dodać do tego pytania gwiazdkę z zaznaczeniem, że pytanie nie dotyczy singli. Wychodzisz z założenia, że o seksie powinno się w związku rozmawiać jak o menu na śniadanie lub repertuarze w kinie?

    Singiel odpowie – nie mam partnerki/partnera i dzięki temu uniknie niewygodnych przemyśleń 😉 W związkach rozmowy na tematy związane z seksem odbywają się zwykle na początku znajomości. Przyjmujemy założenie, że lata mijają, zmieniamy się fizycznie i psychicznie, ale potrzeby naszych partnerów nadal są takie same. Myślisz, że rozmowa o seksie w klimacie:

    – jutro na śniadanie będą jajka sadzone,

    – o nie, znowu jajka? Może lepiej owsianka…

    – Nie, to ohydnie wygląda…

    – Dobra, to skoro muszą być jajka, to tym razem niech będą po wiedeńsku.

    Myślisz, że rozmowa w tym klimacie byłaby nie na miejscu? Przeszkadza Ci odarcie tej czynności z „magiczności”? Z emocji?

    Mnie nie przeszkadza, bo czasem mam ochotę na fast fooda, a czasem na danie składające się z trzech części. Jak więc oswoić rozmowy o seksie?

    Sama się nad tym zastanawiałam przed pierwszą wizytą u seksuologa. Kiedy przygotowywałam się do pisania „Gry o wszystko” pomyślałam, że nie zrozumiem tych wszystkich dewiacji, o których chcę napisać, jeśli nie porozmawiam z kimś, kto pomoże mi rozłożyć je na czynniki pierwsze. Umówiłam się więc na spotkanie i poszłam na nie z przekonaniem, że to będzie bardzo dziwne.

    Joanna Opiat-Bojarska, fot: Wydawnictwo Czwarta Strona/ Beata Cichecka

    I czego się dowiedziałaś?

    Podczas wizyty u seksuologa bardzo szybko okazało się, że tabu to taka czarna nakładka, którą przysłaniamy sobie tematy, które mogą być dla nas trudne. Unikamy niepotrzebnych emocji, uciekamy od wstydu, ustawiamy się w wygodnej pozycji. Nie ma udanej rozmowy o seksie bez szczerości, otwartości i bez umiejętności słuchania.

    Trudno się umówić na wizytę? Bo jeśli tak, to by oznaczało, że my jednak chcemy o tym seksie rozmawiać. Niekoniecznie z kimś bliskim, może z obcymi łatwiej?

    Trudno znaleźć seksuologa, który ma dużo wolnych terminów. I tak, masz rację. Zdecydowanie łatwiej rozmawia się z obcym. Bo obcy wysłucha Cię do końca. Powstrzyma się od ocen (typu: no wiesz, jesteś zboczony). Jak myślisz dlaczego powstało to tabu?

    Może z faktu, że przynajmniej w teorii jesteśmy bardzo wierzącym narodem i nie wypada o tym rozmawiać? I kochać się trzeba tylko pod kołdrą przy zgaszonym świetle? A może się po prostu wstydzimy co powie partner, albo sąsiad gdy usłyszy, co się u nas wyprawia?

    Wierzącym? Czy ja wiem? Wstyd, to jest coś co blokuje rozmowy. Bo co powie sąsiad? Co powie żona. I wstyd zwykle nie bierze się z niczego. Doświadczamy go… i potem tylko pielęgnujemy.

    To dlaczego według Ciebie seks jest mało sexy tematem rozmów w związkach?

    Wyobraź sobie sytuację, dajmy na to Franek mówi do Grażynki: Kochanie, bardzo chciałbym zobaczyć jak uprawiasz seks z innym mężczyzną….

    A Grażynka mu na to: tu są walizki.

    Nie, Grażynka mówi: Franek już mnie nie kochasz? Już Ci nie wystarczam? A on zaczyna pokrętnie tłumaczyć, że taki widok mógłby go podniecić. I wtedy z jej ust pada stwierdzenie: jesteś zboczony!

    www.unsplash.com/Pablo Heimplatz

    I co dalej?

    I Franek przeprasza, zamyka się w sobie. Albo idzie do prostytutki.

    Przeprasza i zamyka się w sobie. Ale to, że przeprosił nie znaczy, że wymazał z mózgu myśli o żonie nadzianej na kogoś innego. Próbuje więc wrócić do tematu . Mniej lub bardziej subtelnie. Ona jest przerażona, odsuwa się od niego. Podczas pisania książki trafiłam na takie forum, na którym spotykali się tacy Frankowie. Tłumaczyli sobie wzajemnie, że od lat przekonują swoje żony i że da radę, jak się odpowiednio podejdzie do tematu, że to się nazywa „zdrada kontrolowana”. I że jest normalne, i bezpieczne.

    Jak na „Grę o wszystko” zareagował Franek, a jak Grażynka? Zostałaś zasypana mailami z fantazjami?

    Mam cichą nadzieję, że i Franek, i Grażynka zechcieli na chwilę wyłączyć telewizor, spojrzeć sobie w oczy i pogadać o tym co ich podnieca. Bo brak rozmowy wpływa niekorzystnie nie tylko na związek, ale i na samego Franka. On czuje, że jest coś nie do końca moralnego, w tym jego pożądaniu. Odsuwa się od Grażynki. Szuka możliwości zaspokojenia się poza domem. Robi to w tajemnicy. A tajemnica wciąga. Między zabawami a parafią jest cienka granica. Zabawy przynoszą fun. Parafilia jest jak nałóg, wciąga Cię. Sprawia, że chcesz więcej i więcej, chcesz przekraczać kolejne granice. I jednocześnie czujesz dyskomfort.

    Powiedz mi proszę jak to było z parafilią. Powiedziałaś seksuologowi, że chcesz, nomen omen, wykorzystać ten wątek i żeby Ci o tym opowiedział, czy to chodziło jakoś za Tobą od dłuższego czasu?

    Zjawiłam się u seksuologa przygotowana. Długo przebijałam się przez różne parafilie, by wybrać te, które mną poruszą. Które w moim odczuciu będę niezrozumiałe, obleśne albo głupie. Czytelnicy nie przesyłają mi po lekturze Gry maili z opisanymi swoimi fantazjami. Częściej odzywają się, by powiedzieć, że nie mieli pojęcia o istnieniu takich zboczeń i że w ich odczuciu „ludzie to jednak są pojebani”. Czy parafilie chodziły za mną zawsze? Nie. Trafiłam na nie przypadkiem. Podczas pisania poprzedniej książki, znalazłam się w miejscu, w którym, ja, cywil nie powinnam się znaleźć. Tematem przewodnim spotkania była przestępczość seksualna. To tam po raz pierwszy usłyszałam: parafilie (wcześniej funkcjonowało pojęcie dewiacji seksualnych). Usłyszałam i pomyślałam: o, to już wiem jak będą ginąć moje następne ofiary.

    www.unsplash.com/Pablo Heimplatz

    Seksuolog był zdziwiony, że chcesz o tym rozmawiać? Czy to wbrew pozorom często temat poruszany w gabinecie?

    Był zdziwiony. Bo Franek zwykle nie dociera do gabinetu seksuologa. Goni za podnietami. Rozwodzi się i nadal goni. Albo znajduje kobietę, która mówi: dobra, jak chcesz to sobie patrz, jak chcesz to się przyłącz. Czasem Franek z Grażynka trafiają do gabinetu psychologa mówiąc: nie możemy się dogadać, proszę nam pomóc. I to jest jakby konsekwencją tego, że rozmowa o seksie jest tabu. Bo gdyby Franek z Grażynką porozmawiali szczerze i otwarcie w domu, to doszliby do wniosku, że problemem jest seks. Ale, że temat seksu zakończyli na: jesteś zboczony. To teraz żyją razem, nie uprawiają seksu, udają, że nie istnieje, ale z jakiegoś powodu wkurzają się na siebie, nie mogąc się dogadać.

    A było coś, co powiedział Ci doktor, ale to okazało się  tak hardcorowe, że nie nadawało się do książki?

    Nie. I widzisz, tu znowu natykamy się na stereotyp. Sama idąc do seksuologa miałam wrażenie, że dowiem się samych hardcorowych rzeczy. Że to będzie niczym wizyta w wielkiej pornobibliotece, w której będę przeglądała zdjęcia i filmy, dziwiąc się: oooo tak można? i tak też można? Ale muszę przyznać, że rozmowa z seksuologiem i tak mnie zdziwiła.

    In plus?

    Wydawało mi się, zanim weszłam do jego gabinetu, że owszem istnieje seks związany z miłością, ale istnieje też ten zupełnie odcięty od emocji. Naturalna i fizjologiczna potrzeba, którą możesz realizować właściwie z każdym. Już w trakcie rozmowy dotarło do mnie, że seks bardzo mocno wiąże się z emocjami, doświadczeniami, które zbieramy przez całe życie. Tak więc to, czy Ty teraz masz ochotę na fastfood, domowy obiad czy trzydaniową kolację w restauracji, wiele mówi o tym co czujesz. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego jak ogromny jest związek seksu z emocjami.

    Skoro tak, to może i ja pójdę na pogawędkę.

    Zapewne pomogłoby Ci to zajrzeć w głąb siebie.

    Wykorzystasz jeszcze te wątki w kolejnych książkach? I tutaj zmierzamy do pytania, które musi się pojawić: nad czym teraz pracujesz?

    Czytałam o przypadku, w którym młoda dziewczyna wymykała się na seks ze swoim chłopakiem do obory. I kiedy wzięli ślub, zamieszkali sami w swoim nowym domu to nagle okazało się, że seks nie przynosi jej satysfakcji. Ten sam facet, te same techniki, a nagle jest masakrycznie. Okazało się, że jej mózg satysfakcję seksualną połączył z otoczeniem: ryk krów, smród obory. Kiedy nowożeńcy wrócili do zabaw w oborze znowu pojawiły się orgazmy. A nad czym teraz pracuję? Kończę „Uciekiniera” – czyli kolejne śledztwo Burzyńskiego i Majewskiego. Powinnam zamknąć ją w ciągu najbliższych czterech tygodni. Projekt ten rozpoczęłam wspólną ucieczką z kilkoma czytelnikami z zamkniętego pokoju.

    A co potem?

    Potem? Zmiany, zmiany, zmiany… i ostra jazda bez trzymanki.

  • Każdy to powie, że Szwecja rządzi w Krakowie?

    Gdy już poskręcacie meble z IKEI, ubierzecie się w ciuchy z H&M, wsiądziecie do swojego Volvo, a fiordy będą Wam jadły z ręki, to w październiku przyszłego roku możecie wpisać w swoją nawigację Kraków – powieje chłodem, szwedzkim chłodem.

    Jak ćwierkają wróbelki w Sztokholmie oraz w dawnej stolicy Polski, trwają zaawansowane rozmowy nad tym, żeby to właśnie Szwecja została Gościem Honorowym Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie w 2018 roku. Jeśli nic spektakularnego się nie wydarzy, to spokojnie możecie szykować już do podpisu książki szwedzkich autorów. Przypomnę tylko, że w tym roku takim gościem była Francja, a rok temu Izrael. Przyszłoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie odbędą się w dniach 25-28/10.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: smakksiazki.pl
  • „I wszystko jasne”, nieregularnik seryjnego reportażysty

    Nie będzie o książkach. No może trochę. Do kin trafił niedawno film „Ach śpij kochanie”. To już trzecia z kolei historia polskiego mordercy. I trzecia porażka naszej kinematografii.

    Pierwszy był „Czerwony pająk”, adaptacja historii Karola Kota, mordercy z Krakowa. Na film Koszałki czekaliśmy długo, bo niemal dwa lata. Tyle czasu upłynęło od rozpoczęcia zdjęć do premiery kinowej. Na projekcję poszedłem pierwszego dnia. I oniemiałem. Pod względem artystycznym to była uczta. Doskonałe zdjęcia, świetna scenografia, kostiumy, dźwięk. Naprawdę doborowa obsada i dobra gra aktorów. Wszystko było doskonałe. Za wyjątkiem jednego drobnego szczegółu. Makabrycznego scenariusza. To co Koszałka zrobił z historią Kota zasługiwało na wieczne potępienie. W „Czerwonym pająku” pojawia się postać weterynarza wzorowana na Lucjanie Staniaku, rzekomym seryjnym mordercy. Rzekomym, bo poza wikipedią i jedną publikacją anglojęzyczną nigdzie niczego się o nim nie dowiemy. Adam Węgłowski z miesięcznika Focus Historia przeprowadził swego czasu śledztwo w tej sprawie. I ujawnił, że… Staniak nigdy nie istniał. Był wytworem bujnej wyobraźni dziennikarza, który w czasach PRLu uciekł na Zachód. Zmuszony okolicznościami musiał o czymś pisać, a że nie było o czym, to wymyślił mordercę i ofiary, podając nawet dokładne daty ataków. Nikt nie mógł tego sprawdzić, bo nie było internetu, a za Żelazną Kurtynę nie dało się zadzwonić i zapytać. W filmie Koszałki pojawia się też scena gdy Karol Kot podpisuje zdjęcia. Kłopot w tym, że zdjęcia podpisywał Marchwicki. Podobnych zaczerpnięć jest więcej, co czyni patchwork z filmu opartego o prawdziwą historię.

    Przemysław Semczuk, fot: empik

    Przed rokiem na ekrany kinowe wszedł film „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. Opowiadał historię Zdzisława Marchwickiego. Przez cały okres produkcji scenarzysta i reżyser w jednej osobie, komunikował, że to nie jest dokument, a film fabularny zaledwie inspirowany prawdziwą historią. Ale na tydzień przed premierą producent zaczął publikować na Facebooku posty, które niosły prosty komunikat. To jest historia Marchwickiego. A pierwowzorem milicjanta prowadzącego śledztwo jest Jerzy Gruba, szef grupy operacyjnej Anna. Ten który schwytał zagłębiowskiego Wampira. I znowu otrzymaliśmy film doskonały, zrealizowany z porażającą dbałością o szczegóły. Scenografia, rekwizyty, kostiumy itd. I widzowie wychodzący z premiery, którzy mówili – Wow to tak było. O zgrozo! Tak nie było! Gruba nie miał kochanki, nie rozwiódł się i nie dołączył do śledztwa po zabójstwie Gierkówny. I nie był to przełom w śledztwie. A co najważniejsze Gruba nigdy się nie załamał i nie zwątpił w winę Marchwickiego. Ale mniejsza o to.

    I wreszcie najnowsza produkcja „Ach śpij kochanie”. I znowu mówiąc kolokwialnie, film rzuca na kolana. Zdjęciami, scenografią, dźwiękiem. Jest doskonały niemal we wszystkim. Poza scenariuszem. To miała być historia Pięknego Władka, czyli Władysława Mazurkiewicza. Miała być, ale nie jest. Bo to, co zrobiono z prawdziwej historii jest parodią. Każdy kto czytał książkę Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca”, zauważy że scenarzysta miał niebywale bujną fantazję. Na domiar złego bohater kilkakrotnie przekonuje swoich przełożonych, że ma do czynienia z seryjnym mordercą. Kłopot w tym, że akcja toczy się w latach 50., a pojęcie seryjnego mordercy pojawiło się w USA dopiero w latach 70. W PRL-u nikt nawet szeptem nie używał takiego pojęcia. Marchwickiego dziennikarze nazywali metaforycznie „Hurtownikiem zbrodni”. Poza tym Mazurkiewicz nie był seryjnym mordercą, a wielokrotnym zabójcą. Różnica polega na motywie działania. Dla sprawcy seryjnego, morderstwo jest celem samym w sobie. Zabija by zaspokoić popędy. Tymczasem Mazurkiewicz mordował w celach rabunkowych. A to znacząca różnica.

    www.unsplash.com/Jake Hills

    Wszystkie trzy filmy nie odniosły kasowego sukcesu. Widownia najnowszej produkcji nie wróżyła sukcesu. W pierwszym dniu wyświetlania byłem jednym z kilkunastu zebranych na sali widzów. Film „Jestem mordercą” otrzymał nagrodę na festiwalu w Gdyni. Niestety, nawet to nie przyciągnęło widowni do kin. W sumie sprzedano trochę ponad dwieście tysięcy biletów. Taki wynik to sukces, ale po pierwszym weekendzie. „Dziennik Bridges Jones” w trzy dni zobaczyło pół miliona widzów. Pół miliona w Polsce.

    Moim zdaniem wspólnym mianownikiem tych trzech filmów jest scenariusz. Za każdym razem mocno odbiegający od prawdziwej historii. Scenarzyści zamiast trzymać się faktów, to niepotrzebnie ubarwiali historię. Chcieli by było sensacyjnie i szokująco. I było. Ale widz tego nie kupił.

    Na koniec wisienka na torcie. Właśnie odwiedziłem Archiwum Narodowe w Krakowie. Podczas rozmowy z archiwistą usłyszałem, że zdjęcia do jednej ze scen „Ach śpij kochanie” kręcono właśnie u nich. Gdy pojawiła się ekipa, szefowa zapytała czy chcą w filmie wykorzystać akta sprawy Mazurkiewicza. – Jakie akta? To one tu są? – dopytywali z zaskoczeniem producenci. Okazało się, że przypadkowo wybrano na zdjęcia właśnie to archiwum, w którym przechowywane są oryginały akt sprawy, o której opowiada film. Dopiero po zdjęciach pojawiła się asystentka scenarzysty aby je przejrzeć. I wszystko jasne.

    Przemysław Semczuk

  • „Jak reagować na negatywne recenzje”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie wpis na facebooku jednego z nowszych (bo nie młodszych) autorów kryminału, który właśnie przeczytał pierwszą negatywną recenzję własnej książki. A przynajmniej wydaje mi się, że była to pierwsza, bo jego reakcja była… dziwna

    Negatywna recenzja to nigdy nic przyjemnego. Serio. Parę w swoim życiu dostałem, to wiem. Dlatego też w pewien sposób rozumiem tego pisarza, który postanowił jakoś zareagować na mało pochlebny wpis na lubimyczytac.pl anonimowego czytelnika. Przy czym, żeby była jasność – nie był to wpis wulgarny ani nieuprzejmy, chociaż na pewno mocno krytyczny. Autor odniósł się do niego z lekceważeniem. Zasugerował, że jeśli czytelnikowi jego książka się nie podobała, to sam jest sobie winien, bo z każdej lektury wyciągamy tyle, ile sami potrafimy. Czy jakoś podobnie. Pojawiło się również przypuszczenie, że ów czytelnik, to ktoś ze znajomych autora, który jednak nie miał odwagi do tego, żeby powiedzieć mu tę negatywną opinię twarzą w twarz.

    A potem zaczęło się robić jeszcze lepiej! Bo do pocieszanie się naszego autora rzucili się jego Facebookowi znajomi. W tym inni młodzi (stażem) autorzy, blogerzy, a także, co mnie zaskoczyło, dość poważne w czytelniczym światku persony. Dużo było poklepywania po plecach, utwierdzania autora w przekonaniu, że jego książka jest świetna i wyjątkowa, powtarzania, że nasz czytelnik się nie zna i nie rozumie. I tak się ta radosna spirala nakręcała, a ja, obserwując to z dystansu, czułem coraz większe zażenowanie. A potem stwierdziłem, że postaram się przekuć to zażenowanie w coś pozytywnego i napiszę niniejszy felieton.

    Photo by Corey Blaz on Unsplash

    Drodzy, młodzi (stażem) autorzy. Nie ma chyba problemu, w momencie kiedy mówimy o recenzjach zamieszczanych w prasie papierowej. Tutaj każdy się raczej cieszy, że jednak o nim napisali, a jak to już mniejsza z tym. Nikt więc nie pisze gniewnego maila do redakcji. A przynajmniej ja o takiej sytuacji nie słyszałem. Problem pojawia się przy portalach społecznościowych i blogosferze, gdzie etykieta jest mniej formalna i wszystkim wydaje się, że można trochę więcej. Jak więc reagować na negatywne recenzje? Krótka odpowiedź brzmi – nie reagować. Nie ma nic smutniejszego niż autor, który próbuje przekonać wszystkich dookoła, że jego dzieło jest wyjątkowe i wspaniałe. Nie ma nic bardziej krępującego niż autor tłumaczący czytelnikowi, że jak to mu się nie podobało, skoro podobało. Bierzemy negatywną recenzję na klatę, zaciskamy zęby i jedziemy dalej. Nawet jeśli przy okazji dostaliśmy niską ocenę na lubimyczytać, która znacząco zaniża nam średnią. Jeśli tego nie potraficie, to pozostają dwa wyjścia. Albo wycofać się z tego interesu, albo, jak poradził mi pewien Bardzo Znany Pisarz – w ogóle nie czytamy recenzji na swój temat. Oba wyjścia są skrajne, ale to jedyne rozwiązania. I ja naprawdę rozumiem, że to boli. I naprawdę rozumiem, że, proszę mi Państwo wybaczyć, czasami ten czytelnik nie ma racji. Bo faktycznie nie pojął, nie zrozumiał, coś mu umknęło, ma za małe oczytanie, żeby docenić i tak dalej, i tym podobne. Ale nie zmienia to faktu, że najlepiej jest milczeć. Chyba, że już koniecznie, ale to już koniecznie, chcecie się odezwać. Wtedy uśmiech na twarz, tę prawdziwą i tę wirtualną, dziękujecie za poświęcony czas i przepraszacie, że się nie spodobało. Wyrażacie też nadzieję, że czytelnik jednak sięgnie po kolejną książkę i tym razem z pozytywnymi odczuciami. Bo też ten nasz czytelnik faktycznie poświęcił kilka godzin ze swojego życia na przeczytanie naszej książki. A potem zadał sobie jeszcze trud, żeby coś o niej napisać. Wypadałoby to tak po ludzku uszanować i zamiast od razu sugerować, że są tu jakieś niejasne intencje, a potem szukać wsparcia u znajomych, jednak przez chwilę zastanowić się, czy on nie ma racji. I przynajmniej spróbować wyciągnąć z tej całej sytuacji coś, co pozwoli nam być lepszym pisarzem. Do tego przecież wszyscy dążymy i tego wszyscy chcemy.

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Być może życie napisało happy end do tego felietonu. Wszedłem na stronę facebookową tego autora i szukałem opisywanej przeze mnie dyskusji. Nie znalazłem jej. Czyżby pisarz jednak zreflektował się, że zrobił coś nieeleganckiego i skasował ją? Mam szczerą nadzieją, że tak. Po to w końcu wydajemy te książki, żeby inni mogli je przeczytać i powiedzieć, co o nich myślą. A że czasami myślą nie najlepiej. No cóż – ryzyko zawodowe.

    Wojciech Chmielarz

  • Raper „Sobota”, „Popek”, premiera filmu „Totem” okiem kamery smakksiazki.pl

    Omówmy się, zobaczenie filmu na podstawie książki jest zawsze fajnym doświadczeniem. Są jednak różne szkoły, a właściwie dwie. Pierwsza uczy, że najpierw należy przeczytać, a potem pójść do kina, a druga, jak się pewnie domyślacie, sugeruje coś zupełnie odwrotnego. „Totem” to książka, a okazało się, że film również, dla wielbicieli raczej mocniejszych wrażeń. Gangi, narkotyki, przemoc, skomplikowane relacje między braćmi, a także między nimi, a ich matką. Dzieje się sporo w książce, dzieje się też dużo na ekranie. W trakcie premiery pogadałem z aktorami, a także autorem książki, a zarazem scenariusza, czyli Jakubem Charonem. Relacja z premiery poniżej, łapcie.

  • „Wszyscy obrastamy pnączami”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    O głównym bohaterze najnowszej książki „Exodus”, mieszkaniu w hotelach, siłowni, delikatności kobiet i facetów i tytułowym obrastaniu pnączami. O tym wszystkim Sylwia Chutnik Rozmawia z Łukaszem Orbitowskim.

    Główny bohater powieści „Exodus” cały czas ucieka: od siebie, od problemów, wreszcie z kraju. Myślałam, że lubisz twardych i odważnych bohaterów, a ten jest raczej w defensywie?

    Janek wziął się z obserwacji. Na pozór jest męskim typem, ale kojarzył mi się głownie z tymi czterdziestolatkami, którzy mieszkają z mamą, żeby mieć ciepły obiad pod nosem. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, jakim ja jestem typem faceta, dlatego też pomyślałem, że może na zasadzie kontrastu opiszę kogoś zupełnie innego.

    Zastanawiam się czy Janek w ogóle się zatrzymuje, ma autorefleksję. Jest przecież w nieustannym znoju. Dlaczego ty się tak nad nim znęcasz?

    To życie się nad nim znęca. On jest przede wszystkim maltretowany psychicznie. Sam się męczę, kiedy biegam po Warszawie. Męczę się na siłowni, a moi rówieśnicy i nawet o dwadzieścia lat młodsi, znają prawdziwy opór, katorgę, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa. Współcześnie obserwować można jakieś celebrowanie przykrości: że się zadrapałem i musiałem przykleić plasterek. Ze jestem głodny i muszę zjeść. Delikatność kobiet jest uzasadniona kulturowo. A ta delikatność u facetów raczej nie. Robią sobie maseczki, manicure. Chciałem, żeby Janek przypomniał sobie swoje ciało i to, czym jest prawdziwy ból i problem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Rozbierasz go jak cebulę. Ze strony na stronę ma coraz mniej: siły, pieniędzy, rzeczy. Chciałeś doprowadzić do momentu, kiedy będzie po prostu sam? Kiedy nie będzie miał niczego, oprócz swoich myśli?

    Oczywiście tak. Nie napisałem przecież traktatu przeciw posiadaniu, tylko chciałem wytrącić te okienka, które mamy w życiu. My mamy taką strukturę okien wokół siebie. Sam mam u siebie trzy okna: telewizor, komputer, telefon komórkowy. Ale to nie jest powieść o rzeczach. Chciałem mu tą całą elektronikę wyrwać z ręki. Powytrącać przedmioty. Wrócić do stanu sprzed ponowoczesności. Kiedy boli cię brzuch, bo nie masz co jeść. Kiedy spodnie są brudne, jest ci zimno.

    Na okładce jest serce, ale wcale nie czerwone, tylko niebieskie. Są też żyły. Czy to jest tak, że chciałeś tego bohatera oderwać od jego własnego ciała i zostawić w nim sam trzon, jądro? A jeśli tak, to po co?

    To jest tak piękna interpretacja, że ją sobie wezmę.

    Bierz w prezencie.

    Projekt okładki jest autorstwa Zbyszka Bielaka. Nie zawsze jest tak, że artysta niesie w sobie rzeczy subtelne. Żyły na rysunku układają się w rzeki. To sugeruje miejsca, które on odwiedza.

    Ustaliliśmy, że bohater jest w nieustannym znoju, a ty odzierasz go z kolejnych rzeczy, ale dlaczego każesz mu wciąż się przemieszczać i przewalać po tym świecie. Przecież wszyscy wiemy, że od własnego łba i dupy się nie ucieknie.

    On też to może i wie, ale jego serce nie. Targają nim emocje, to są straszne rzeczy. Jakby odebranie sobie właściwego przeżycia strachu. Janek jest na tyle mądry, że wie, że musi być kimś – nawet, jak jesteś bezdomnym to jesteś też kimś. Znajduje rolę, dużo ważniejszą i jeżeli to się sypie, wykorzystuje tą sytuację, żeby spróbować jeszcze raz, na świeżo, w innych okolicznościach. Żeby otworzyć nową stronę życia, przeskoczyć na jego inny poziom. Wydaje mi się, że tutaj może mieć trochę racji, z tego względu, że zmiana scenerii, nowi ludzie i miejsca dają nową nadzieję. Może myśleć: „cholera tu mi nie wyszło, to może na nowym teraz będzie lepiej”.

    Spala za sobą mosty.

    I wtedy nie ma wyjścia, musi szukać nowego miejsca.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Też dużo podróżujesz. Każdy hotel to jest twoje nowe życie lub odsłona? Czy czujesz ciągłość samego siebie?

    Czuję ciągłość mojego żywota. Bardzo mocno. Jestem mocno zakorzeniony w ludziach. Tego Janek nigdy nie miał, a ja mam. To, że gdzieś jadę to nie znaczy, że te korzonki opuszczają nagle ziemię. Mogę ci powiedzieć, że one są cały czas bardzo mocno. Te wszystkie pokoje hotelowe, w których jestem, są naprawdę jednym pokojem hotelowym. I nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Uwierz mi, że jak czasami trwa taki maraton wyjazdów to czasami otwieram oczka i myślę sobie: „gdzie jestem tym razem”?. Wyjeżdżałem cztery tygodnie, żeby promować książkę z małymi przerwami na przeprowadzkę. Obudziłem się pewnego dnia, rodziny nie było, w łóżku byłem sam. Moja pierwsza myśl: „ kurde, czy ja dzisiaj gdzieś jadę?”

    Powiedziałeś, że Jan nie jest zakorzeniony w żadnych ludziach. A jego syn, Mikołaj?

    Na pewno, on go naprawdę kochał, chociaż nie zawsze to okazywał. Bardzo często postrzegał ojcostwo jako udrękę, co jest chyba u wielu kochających rodziców. I na pewno rodzicielstwo uczyniło go dorosłym. Najpierw był dzieckiem, a potem został ojcem. Nie miał etapu przejściowego, młodzieńczego. Wszystko inne, na przykład małżeństwo, było pochodną Mikołaja. Próbował sobie znaleźć coś swojego i znalazł – drugą dziewuchę. Tylko, że zamiast się z tego cieszyć, to znowu przyjął to jako kolejny ciężar w życiu. A nie po to się ma kochanki.

    Żyły czy rzeki z okładki to są takie pnącza, które tego biednego bohatera przywalają.

    Ale to nie jest tylko jego sytuacja. My wszyscy obrastamy tymi pnączami. Nie można ich ucinać, ale nie można pozwolić również, żeby się rozrastały. Można przycinać, a jak za bardzo wpijają się w nóżkę, to trzeba wyrwać, żeby inne nie zostały uszkodzone.

    Jak z ogrodem, jak nie dbasz to ci zarośnie.

  • „Jarosław Sokołowski uznał, że ma prawo obrażać, wyzywać, kreować oceny”.

    Jedni go uwielbiają, inni nienawidzą, ale Jarosław Sokołowski ps. „Masa” zawsze wzbudza emocje. Nad najsłynniejszym polskim świadkiem koronnym pochylili się Sylwester Latkowski i Piotr Pytlakowski, a efektem jest książka „Koronny nr 1. Pseudonim Masa”. Umówmy się, że nie jest to laurka, a raczej analiza tego, co były przestępca mówił na sali sądowej oraz w licznych książkach. Czy wszystko jest spójne? Czy może jednak „Masa” mija się z prawdą? Czy może imponować młodym ludziom? O tym wszystkim rozmawiam z autorami z autorami. 

     

  • „Jak rozmawiać z pisarzami”, listopadowy felieton Jakuba Ćwieka

    Któregoś dnia miałem dołączyć do mojego przyjaciela, Maćka Linke, utytułowanego zawodnika sportów walki, w jednej z filii jego szkoły, gdzieś w Polsce. Byłem wtedy w tracie pisania książki, więc świadomie zrezygnowałem z samochodu na rzecz pociągu, w którym dałbym radę wklepać rozdział albo dwa po drodze. Z dworca miał mnie odebrać jeden z zawodników Maćka.

    I odebrał. Przywitaliśmy się, wymieniliśmy ze dwie grzeczności i dalszą drogę odbyliśmy w milczeniu, słuchając radia. Jedna krzyżówka ze światłami, druga, korek w centrum miasta, a my ani słowa. W końcu, gdy dojechaliśmy na miejsce, ja dziękuję, podając mu rękę, a on uśmiecha się nieco zakłopotany i mówi: sorry za tę ciszę, ale ni chuja nie wiem o czym gadać z pisarzem.

    – Rozumiem – odparłem. I rzeczywiście rozumiałem, nie była to zwykła kurtuazja. Ja naprawdę nie mam pojęcia.

    Z większością pisarzy, jakich znam, rozmawia się dość trudno. Znaczy już nie, już się dotarliśmy, ale początki bywały ciężkie. Podkreślam to „z większością” bo oczywiście są od tej reguły wyjątki, choć raczej nieliczne. I owa trudność, na ile mogę wysnuć taki wniosek w oparciu o własne obserwacje, nie konkretne badania i statystyki, wynika z kilku czynników i zachowań tak samych pisarzy, jak i ich potencjalnych rozmówców.

    Zacznijmy może od tych pierwszych.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    O pisarzach zwykło się mówić, że mają spore ego. To nie tylko prawda, ale i niejako warunek wpisany w ten zawód. Jeżeli ktoś nie pisze terapeutycznie, by przepracować własne traumy albo do szuflady, bo nie może się powstrzymać nawet mimo dziesiątek, jeśli nie setek odrzuceń, to powodem jego pisania jest ego. Ono mówi mu: hej, ja wiem, że jest na rynku kilka milionów książek, a przeciętny człowiek przez całe życie nie dobije swoich czytelniczych osiągów do dziesięciu tysięcy, ale przecież twoja książka będzie wyjątkowa. Ona wepchnie się bez kolejki. No wymiatasz!

    Taki pisarz układa sobie w głowie dialogi i monologi, recyklinguje researchowe ciekawostki na potrzeby konwersacji i właściwie szuka miejsca w rozmowie, by ubogacić cię czasem potrzebną, ale zwykle nie, wiedzą, którą nabył. Zabawnie obserwuje się to z boku: widać grupę rozmówców, a wśród nich pisarza. Kwestie skaczą od osoby do osoby jak piłka odbijana w kółeczku i wszyscy cieszą się z tych odbić. A pisarz czeka okazji, by piłkę przetrzymać i pożonglować. By błysnąć opowiastką, przetestować narrację, znaleźć się tam, gdzie lubi – w sterowni opowieści, którą będzie mógł snuć. Ta obserwacja staje się mniej zabawna, gdy orientuję się – a orientuję każdorazowo – że sam robię dokładnie to samo.

    Spore ego wcale nie wyklucza społecznych lęków. Specyfika pisarskiej pracy często wymaga spędzania czasu samemu ze sobą i swoimi światami. Pisarz na jakiś czas każdego dnia staje się odludkiem i w zależności od tego, ile czasu poświęca swojej pracy i jak to odreagowuje, zostaje tym odludkiem również później w mniejszym lub większym stopniu. Jednocześnie jest kimś, kto na kartach powieści mógł przetestować w warunkach „laboratoryjnych” właściwie wszystkie społeczne sytuacje. Trochę taki De Niro z „Taksówkarza” ćwiczący swoje kwestie przed lustrem. Uzyskane w ten sposób złudne poczucie kontroli w konfrontacji ze światem rzeczywistym sprawia czasem, że pisarz towarzysko odnajduje się średnio. W środowisku sobie obcym, a tym bardziej nieczytającym, pisarz odnajduje się zwykle jeszcze trudniej. I teraz kwestia szalek wagi. Jeśli ego jest większe niż lęk, pisarz rozpoczyna grę w odbijaną piłeczkę. Jeśli jest odwrotnie, staje w kącie i obserwuje, wmawiając sobie i światu, że tak już ma. Że bycie milczącym obserwatorem to jego rzecz, bo on to potem wykorzysta. Osobiście uważam, że to smutne – takie bycie człowiekiem na tyle inteligentnym i sprawnym narracyjnie, by przed samym sobą tłumaczyć swoje społeczne fobie pracą. No ale cóż, spora część nas tak robi.

    www.unsplash.com/Phil Coffman

    I teraz kwestia rozmówców takiego pisarza. Mieliście kiedyś tak, że poznaliście artystę i było wam głupio, bo rozmowa zeszła na jego pracę, a wy, nawet jeśli wiedzieliście, kto to jest i czym się zajmuje, nigdy nie widzieliście jego filmów czy nie słyszeliście piosenek, nie lubicie takich albo zwyczajnie nie było okazji? Rozmowa nawet jeszcze nie poszła w tym kierunku, nikt nie poruszył tematu: czym się zajmujesz, ale wam już zdążyło się zrobić głupio? Rzucacie wtedy coś ogólnego, udając zainteresowanie; może nieśmiertelne pytanie o to, skąd autor czerpie pomysły, które jest odpowiednikiem windowego „co tam w szkole?” jakie staruszki-sąsiadki zadają dzieciom z tornistrami. Czasem masz ochotę spojrzeć i powiedzieć: A co cię to, człowieku, obchodzi?

    Ale tego nie zrobisz, bo wiesz, że twój rozmówca chce być miły. Tylko naprawdę nie wie, o czym z Tobą rozmawiać. Bo nie czyta książek, bo nie czyta książek z gatunku w którym piszesz, bo nie czytał Twoich książek i pewnie się o to obrazisz. Bo nie chce palnąć gafy, by się w tej książce nie znaleźć jako jakiś głupek. Bo wreszcie jak do kurwy nędzy rozmawiać z powołanym?! Z księdzem to jeszcze wiesz, mówisz „szczęść Boże” i starasz się nie przeklinać i nie rzucać żartów o Jezusie. Ale z pisarzem? Nie wiesz, jak działa to całe natchnienie, ale wiesz, bo utwierdzono cię w tym przekonaniu, że pisanie to taki zawód, który wymaga, by coś na ciebie zawczasu spłynęło. A kiedy już spłynie, to nie umiesz mówić o niczym innym.

    Zresztą widzisz to potem, gdy stoisz ze znajomymi w kółeczku, rozmawiacie sobie na swobodny temat, każdy ma coś do powiedzenia i nagle ten się wcina i wali tyradą. Jakieś ciekawostki o korowaniu drzew w Amazonii, o seryjnych mordercach w Indiach, zupełnie jakby książkę pisał.

    No ale ej, nie dziwmy się, takie są nasze nawzajem role! Wpisując się w schematy, tymi schematami płyniemy.

    www.unsplash.com/Jay Wennington

    Dlatego, przyznam się wam, nie lubię, gdy znajomi przedstawiając mnie swoim znajomym, mówią o mnie w pierwszych zdaniach, że jestem pisarzem, jakby to było coś ważnego do podkreślenia od pierwszej chwili. Po pierwsze bywa to naprawdę krępujące dla wszystkich, ale po drugie – to zupełnie zbędne. W większości przypadków to i tak wyjdzie, bo – jak wspominam wyżej – pewne nawyki, zachowania już się w nas wyrobiły i dadzą o sobie znać. Wtedy, gdy już staniemy się gadatliwym człowiekiem z przerostem ego albo przerażającym odludkiem (wreszcie opcja trzecia, wstawionym wieszczem i dowcipkującym mędrcem), na swoją obronę będziemy mieli ową pisarskość.

    Zdarzają się jednak takie sytuacje, gdy sprawa nie wyjdzie, a nam w spokojnej, międzyśrodowiskowej konwersacji uda się z kimś pogadać normalnie i tym samym trochę odpocząć. Bo myślę, pisarzom też tego trzeba, takiej totalnej, nieobciążonej pracą normalności.

    Warto o tym pamiętać, że to zawód, który wykonujemy, jest wyjątkowy. Nie my…

  • Autor „Szatańskich wersetów” w Polsce

    Salman Rushdie, którego najnowsza książka „Złoty dom Goldenów” ukaże się na polskim rynku już za pięć dni, wkrótce odwiedzi Polskę i spotka się ze swoimi czytelnikami. Ręce mogą zacierać fani z Warszawy, bo to właśnie w stolicy będzie można polować na autograf pisarza z Indii. 

    Konkrety? Proszę bardzo. 27 listopada godzina 19:00, Teatr Powszechny w Warszawie. Wstęp jest wolny, więc nie musicie się martwić o bilety. Rushdie przyjeżdża do Polski przy okazji premiery swojej najnowszej książki, której fabuła rozpoczyna się w dniu inauguracji prezydentury przez Baracka Obamę. W tym samym czasie w Nowym Jorku osiedla się tajemniczy miliarder. Więcej o książce przeczytacie klikając w okładkę. Jestem w trakcie czytania, zachęcam Was do pochylenia się nad tematem, bo warto.

    Pisarza z Bombaju możecie kojarzyć z kilku rzeczy. Na przykład z tego, że za książkę „Dzieci północy” otrzymał Nagrodę Bookera. Tak, tak, wiem. Po napisaniu „Szatańskich wersetów” został obłożony wyklęty przez wyznawców islamu, a płonące książki Rushdiego można było spotkać nie w księgarniach, a płonące na stosach od Pakistanu po Wenezuelę. Został nawet obłożony fatwą, a to już nie przelewki, bo nakazywała ona każdemu wiernemu muzułmaninowi zabicie pisarza, więc Rushdie był skazany na policyjną ochronę.

    fot: Agencja BE&W