Kategoria: Aktualności

  • Orhan Pamuk w Polsce!

    Dziś dzień dobrych wiadomości. Rano pisałem, że prawdopodobnie jesienią do Polski przyleci John Maxwell Coetzee, laureat literackiego Nobla z 2003 roku, a teraz miło mi ogłosić, że już wiosną polscy czytelnicy będą mogli spotkać się z Orhanem Pamukiem, który tę samą nagrodę otrzymał trzy lata później.

    Turecki pisarz do Polski przyleci w maju, będzie gościem Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowego Festiwalu Literackiego „Apostrof”. Co więcej, autor odwiedzi też Kraków.  Żeby nie zostawiać Was tylko z suchą informacją dotyczącą wizyty, łapcie krótką rozmowę z Piotrem Kawulokiem, który tłumaczył „Dziwną myśl w mej głowie” oraz „Rudowłosą”, czyli ostatnią powieść Orhana Pamuka.

    Piotr Kawulok, tłumacz

    Dlaczego Polacy powinni czekać na przyjazd Orhana Pamuka? Co może nam przekazać?

    Nie ma dzisiaj chyba innego autora, który pochodziłby z kraju muzułmańskiego, a zarazem cieszył się w Polsce taką popularnością. Dlatego wydaje się mi bardzo istotną postacią w czasach, w których ludzie są tak bardzo skłonni do myślenia o całym Bliskim Wschodzie wyłącznie w ramach medialnych stereotypów. Pamuk pisze z bardzo interesującej perspektywy, którą osiągnął dzięki swojemu zanurzeniu zarówno w kulturze tureckiej, jak i europejskiej, a do tego nieustępliwie wierzy w to, że opowieści mają siłę, pozwalającą im kształtować nasze życie. I myślę, że przede wszystkim o tej wierze będzie mógł opowiedzieć swoim polskim czytelnikom.

    Czy dla tłumacza ważny jest życiorys pisarza, na przykład to, że Pamuk był potępiony przez środowiska nacjonalistyczne w Turcji – czy nie czuł się Pan w jakiś sposób zagrożony?

    Przyznam, że życiorysy pisarzy, których tłumaczyłem, nigdy szczególnie mnie nie interesowały – ważne jest dla mnie przede wszystkim to, co piszą. Jeśli natomiast chodzi o Pamuka, owszem, bywa krytykowany, wyśmiewany czy nawet potępiany przez rozmaite środowiska w swoim kraju, lecz jednocześnie pozostaje w Turcji jednym z najbardziej poczytnych i najlepiej sprzedających się pisarzy i nie sądzę, by obecnie cokolwiek groziło jemu czy, tym bardziej, jego tłumaczom.

    Miał Pan z nim kontakt w trakcie tłumaczenia „Rudowłosej”? Czy konsultujecie jakieś nieścisłości?

    Zdarzało mi się korespondować z pisarzami przy tłumaczeniu innych książek, ale w przypadku powieści Pamuka nigdy nie czułem takiej potrzeby. Pamuk jest pisarzem bardzo skrupulatnym i dokładnym, znakomicie panuje nad swoim tekstem i używa bardzo przejrzystego języka. O ile w książkach innych autorów natrafiam czasem na niejasne metafory, niezrozumiałe opisy czy nieścisłości, o tyle teksty Pamuka są wolne od tego typu miejsc.

    Tłumacz musi „wejść w głowę pisarza”, aby go zrozumieć, czy to dla Pana bez znaczenia, czy tłumaczy Pan Pamuka, czy kogoś innego?

    Nie bardzo mogę zgodzić się z tezą, którą postawił Pan na początku pytania. Aby zrozumieć tekst, tłumacz – tak jak każdy czytelnik – musi go po prostu bardzo uważnie przeczytać. Oczywiście, bywają takie książki, przy których tłumaczeniu pomocna może być znajomość dodatkowych kontekstów, w tym sytuacji psychologicznej ich autorów, ale powieści Pamuka raczej się do nich nie zaliczają. Nie oznacza to, że nie ma dla mnie znaczenia, czy tłumaczę Pamuka, czy kogoś innego; tak jak mówiłem wcześniej, Pamuk bardzo dobrze panuje nad swoim stylem, co zwiększa przyjemność z lektury, a zarazem zdecydowanie ułatwia tłumaczenie. Ostatecznie jednak praca nad przekładem – tak w przypadku powieści Pamuka, jak i jakiejkolwiek innej książki – sprowadza się do drobiazgowej lektury i próby uchwycenia w języku polskim tonu podobnego do oryginału.

     

    Bądźcie czujni, bo ten rok będzie obfitował w naprawdę ważne wydarzenia literackie oraz ważne wizyty.

  • „Pierwsza zasada klubu młodych pisarzy”, lutowy felieton Jakuba Ćwieka

    Podobno pierwszą wskazówką dla tych, którzy chcą pisać, powinno być: pisz dużo i regularnie, czytaj tak samo tylko dziesięć razy więcej. Uważam, że to słuszna porada i, odpowiadając na zadane – zwykle z partyzanta – pytanie o sugestie dla przyszłych pisarzy czy pisarek, długo odpowiadałem właśnie wariacją na temat tego zdania. Często też odwoływałem się do innego evergreena, którego co prawda chętnie używa Stephen King, ale już zeszłoroczny noblista Kazuo Ishiguro ma za ścieżkę złą i wiodącą na pisarskie manowce: pisz o tym, na czym się znasz.

    Z całego serca wierzę, że zarówno jedno, jak i drugie jest receptą na pisanie. Może nie od razu na odniesienie sukcesu – do tego nieodmiennie potrzebne jest szczęście – ale na dotarcie do momentu wymarzonej publikacji, a kto wie, może i w przyszłości na utrzymywanie się z tego zawodu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że oba zdania, powtarzane tak często, dorobiły się już etykietki truizmu, wyświechtanego banału, który dodatkowo wymaga bardzo wielu szczegółowych wyjaśnień. No bo ile to jest dużo i co znaczy „regularnie”? Raz na tydzień po dziesięć stron? Codziennie po piętnaście? I jeśli czytać to co czytać? I jak pogodzić to, że zarówno czytanie, jak i pisanie, czerpie z tej samej przegródki naszego codziennego czasu poza pracą, rodziną, spaniem, jedzeniem i nowym odcinkiem „Rolnik szuka żony”?

    A to zdanie o pisaniu o tym, na czym się znamy. Co znaczy „znać się”? Trzeba mieć magistra, doktorat, pasję od małego, a może odwiedzić kilka for w necie i przeczytać od pierwszego do ostatniego wpisu?

    www.unsplash.com/Picsea

    Zastanawiałem się długo, jak na te pytania dodatkowe odpowiedzieć zbiorczo i jak przygotować sobie kilka słów jednocześnie prawdziwych i zwięzłych, stanowiących idealny wpis do wikicytatów i praktyczną poradę dla tych, którzy naprawdę chcą zacząć i nie wiedzą jak. I gdzieś w tym całym dumaniu nad problemem pojawiła mi się porada najpraktyczniejsza i jednocześnie najważniejsza ze wszystkich. Od tamtej pory na pytanie o porady dla młodych pisarzy odpowiadam właśnie tak:

    Porozmawiaj z najbliższymi. Nieważne, czy są to rodzice, żona i dzieci, dziewczyna, czy trzy koty, które co prawda patrzą i nic nie mówią, ale w ich oczach widać zrozumienie. Porozmawiaj z nimi, bo jeśli oni są dla ciebie ważni, a pisanie jest czymś, co chcesz robić, to oto pojawił się wam w domu poważny problem do rozwiązania.

    Pamiętam taką rozmowę, gdy urodziło mi się drugie dziecko. Oboje z żoną pracowaliśmy zawodowo, ona zmianowo, ja na pół etatu w Centrum Kultury. Na rynku był już pierwszy „Kłamca”, czytelnicy przyjęli go bardzo ciepło i już było wiadomo, że szykowana kontynuacja będzie książką wyczekiwaną. Jeszcze nie zarabiałem na nim majątku, ale już dość, by na przykład pospłacać długi i odłożyć na wakacje:

    – Co myślisz o tym, żebym to ja wziął urlop macierzyński, czy jak to się tam…

    – Tacierzyński.

    – No to tacierzyński. Jezu, jak to brzmi. No, ale co myślisz, żebym to ja poszedł na urlop i zajął się dzieciakami, a przy okazji mógł trochę popracować nad nową książką?

    – Myślałam o tym, chyba nie chcę znowu robić przerwy w pracy.

    – No widzisz, a ja bym chętnie przestał myśleć o pierdołach z biura. I tak zarabiasz więcej, a ja mógłbym i zająć się dziećmi, i jednocześnie trochę więcej popisać.

    – No ale popisać? Myślisz, że dasz radę przy dzieciach?

    – Będę pisał, jak będą spały.

    – A jeśli nie będą? Jeśli młody będzie dokazywał cały czas?

    Wzruszyłem ramionami:

    – Zawsze jest ryzyko. Ale z młodą się udało, może młody też będzie cichy.

    www.unsplash.com/Caleb Woods

    I był. A decyzja podjęta wtedy sprawiła, że właściwie dzisiaj piszę te słowa. Bo faktycznie porządkowałem sobie dzień i obowiązki pod konkretne czynności, rozsądna rozmowa i konsekwentne podążanie tą ścieżką pozwoliły mi na zaplanowanie działań i rozłożenie sił, a nade wszystko na regularność. Pozbawiony trosk z biura, pisałem albo gdy dzieci spały, albo gdy, bawiąc się czy leżąc w łóżeczku, słuchały starannie dobranego soundtracku złożonego z rockowych przebojów. Trochę wydzielonego czasu dla książki, trochę więcej dla rodziny, trochę dla siebie. Działało, choć na przykład wywołało u mnie zabawny odruch, wedle którego nie jestem w stanie pisać ciągiem, bez wstania i rozprostowania się, dłużej niż godzinę – zwykle czterdzieści pięć minut. I nie wiąże się to wcale z bólem pleców czy zesztywnieniem, ale z faktem, że gdy pisałem „Kłamcę 2” i „Liżąc ostrze” robiłem to często nocami, mając na piersi, w chuście, syna. Ten spał grzecznie, ale co jakiś czas się przebudzał i musiałem wstać, pochodzić trochę, by go ukołysać do snu i dopiero wtedy wrócić. Czas ten wykorzystywałem na konsultowanie z młodym szeptem kolejnych scen, a gdy wracałem, wiedziałem już, jak powinny brzmieć kolejne zdania.

    Porozmawiaj z najbliższymi. Ja sam nie zawsze się do tego stosowałem i moje dość poplątane życie to też pasmo konsekwencji nieprzegadania takiej czy innej sprawy. Bo zdarzało mi się moje pisanie stawiać wyżej niż całą resztę spraw, zwłaszcza odkąd udało mi się odnieść jako taki sukces. Bo rzucałem na szalę za dużo, miałem żal, że nie wszyscy, nawet najbliżsi, widzą to tak samo. Tematy nieprzegadane, drzazgi ropiejące w milczeniu aż po amputację.

    Porozmawiaj z najbliższymi. I gadaj do skutku, nawet jeśli wydaje ci się, że to beznadziejne przypadki. Mam bliskich, którym mogę do znudzenia powtarzać, że to nie tak, że oderwę się na pięć minutek i co to szkodzi, przecież to ledwie chwilka. Bo potem powrót do kreowanego świata, do opowieści, może zająć godziny. Ale tego akurat doświadczył chyba każdy pracujący w domu, nie tylko pisarz – jak w domu, znaczy nie pracujesz, znaczy możesz skoczyć na pocztę, do sklepu, na warsztat… Ale po latach widzę, że nawet tam, gdzie było najtrudniej, kropla drąży skałę. Rozmowa działa swoje małe cuda.

    www.unsplash.com/Lukas Budimaier

    To wszystko wymaga solidnego przegadania. Ustalenia i obustronnych deklaracji, że na przykład: piszę dwie godziny dziennie, a pozostały czas mam na inne sprawy. I tak, wyniosę tę choinkę, nie musisz mi co pół roku przypominać. Możemy założyć, że pisanie traktujemy jak pracę od ósmej do szesnastej, jak wcześniej napiszę limit to szef puszcza mnie z roboty przed czasem, ale poza przypadkami skrajnymi, nie siedzę po godzinach. Bo może i jestem artystą i może to faktycznie ja spisuję te historie, ale pisanie w wymiarze praktycznym to praca zespołowa. Mogę pisać, bo moja bliska osoba pójdzie za mnie na pocztę, zrobi zakupy, a czasem po prostu poczeka z opowiedzeniem tego, co u niej, aż skończę. Albo zmotywuje masażem.

    Mogę pisać, bo w pewnym momencie mówię sobie: stop, wystarczy. Z mojego życia mogę wycinać teraz tylko taki kawałek dziennie. Na tyle się umówiliśmy i będę się tego trzymał.

    Mam koleżankę, autorkę niespecjalnie znaną, ale już po drugiej książce, która spotykała się kiedyś ze mną, by pisać w kawiarni. Siedzieliśmy komputer w komputer, popijaliśmy kawę i nie rozmawialiśmy ze sobą, co najwyżej w krótkich przerwach testowaliśmy fragmenty. To pisanie z nią trwało zwykle około dwóch godzin z jedną przerwą po środku podczas której jej mąż przywoził przyjaciółce maleństwo z którym spacerował do nakarmienia, a ja z szanownym małżonkiem wychodziliśmy przed lokal na papierosa.

    – Jak idzie? – pytał.

    – Chyba dobrze – odpowiedziałem, na co on się uśmiechnął.

    – Fajnie, bo idziemy dziś wieczorem do kina i dobrze, jakby nie robiła w głowie poprawek.

    A potem wracał do lokalu, brał dziecko, całował żonę i szedł na drugą rundę spaceru.

    Porozmawiaj z najbliższymi. Także z dziećmi. Ja na przykład często piszę przy swoich obecnie już nastolatkach. Siedzimy w jednym pokoju, one czytają, oglądają Netfliksa czy HBO – bo przecież nie telewizję, fuj! – albo grają w gry. Ja siedzę ze słuchawkami na uszach, tyłem do ekranu i jestem wyłączony jak podczas pisania w pociągu. Dzieciaki wiedzą, że tura pisania to u mnie do godziny, znają tę historię. Dlatego jeśli są jakieś kwestie do przegadania, trzymają je i przegadujemy, gdy zdejmę słuchawki. Wcześniej mnie dla nich nie ma. Taka umowa. Przegadana, przedyskutowana.

    Pisanie to praca zespołowa, zawsze to powtarzam. Częściej jednak, mając na myśli redaktora, korektora, wydawcę, autora okładki i tak dalej. Ale zespół to także żona, dziewczyna, dzieci, rodzice czy najbliżsi przyjaciele. W kwestii naszego pisania zależy od nich więcej, niż można na pierwszy rzut oka dostrzec.

    I dlatego warto o nich pamiętać nie tylko w ładnie brzmiących dedykacjach.

  • Szwecja Gościem Honorowym 22. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie

    Szwedzka literatura jest marką samą w sobie.  Cała fascynacja czytelników tym krajem w wielu przypadkach zaczęła się właśnie od przepełnionych chłodem mrocznych kryminałów. Ich autorzy posiadają nieprawdopodobną umiejętność budowania unikatowego klimatu, gdzie skrzętnie snuta intryga trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony. Henning Mankell, Håkan Nesser czy Stieg Larsson, autor kultowej serii kryminałów „Millennium”, to jedynie preludium długiej listy genialnych szwedzkich pisarzy.

    – To bezprecedensowe wydarzenie w skali kraju. Pierwszy raz w historii wszystkich targów książki odbywających się w Polsce honorowym gościem będzie sama Szwecja. Wcześniej występowała w towarzystwie innych państw skandynawskich. To świetna wiadomość i ogromny zaszczyt. Tyle prezes Targów, Grażyna Grabowska.

    Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę” to tegoroczne hasło Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie®. Słowa Arturo Péreza-Reverte z powieści „Królowa Południa” są zgrabną metaforą przygody, która czeka na czytelnika za każdym razem, gdy sięga po nową, nieodkrytą wcześniej książkę. Szansę na taką przygodę dają również Targi w Krakowie. To nie tylko świetna literatura, ale także spotkania twarzą w twarz z autorami, dyskusje o pisarskich niuansach, wystawy oraz projekcje filmów.

  • „Polski pisarz – gorszy pisarz”. Lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Słysząc podczas rozmowy słowa, jak te, które pojawiły się w tytule felietonu, zapewne wielu z was mocno by się wkurzyło. Jak ktoś mógłby zakładać, że nasi pisarze są gorsi? Jesteśmy przecież najlepsi we wszystkim, za co się zabieramy. A jeżeli chodzi o umniejszanie zasług, to nie mamy sobie równych.

    Ostatnio opublikowano listę powieści kryminalnych, które zostały zgłoszone do kolejnej edycji „Kryminalnej Piły”. Lista jest długa, bo liczy aż 67 pozycji, a po usunięciu powtarzających się nazwisk pisarzy i pisarek, którzy wydali więcej niż jedną książkę w 2017 roku (jak wy to do cholery robicie?), zostaje nam 56 nazwisk. Sporo prawda? Na „Międzynarodowy Festiwal Kryminału” wysłano 80 powieści. Innymi słowy, mamy z czego wybierać.

    Owszem, możemy założyć, że nie wszystkie ze zgłoszonych powieści spełniają założenia kryminału, ale z całą pewnością, nie mamy się czego wstydzić. Przecież taka ilość słowa pisanego musi oznaczać, że przynajmniej część z tych książek, jest więcej niż przyzwoita. Co więcej, może być nawet lepsza niż to, co widzimy na księgarskich półkach z napisem TOP na samej górze. Czemu więc tak często zdarza się nam sprowadzać polskich pisarzy do parteru? Nie jest to może już tak nagminne, jak kiedyś, ale dalej bez problemu można znaleźć krzywdzące ich opinie.

    Wystarczyło kilka minut na największym portalu z opiniami na temat książek w Polsce i oto wyniki:

    – Dają mi wiarę, że polskie kryminały mogą być naprawdę dobre.

    – Bardzo dobry, polski kryminał (…)

    – Z natury jestem uprzedzona do wszystkiego co polskie, w szczególności obawiam się zawsze filmów i książek (…)

    – (…) patrząc przez pryzmat polskich pisarek powieści kryminalnej nie liczyłam na cuda (…)

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Wszystkie ww. fragmenty pochodzą z pozytywnych recenzji, ale sami musicie przyznać, że nie są takie do końca. Może się wydawać, że przesadzam i zaczynam popadać w paranoję. Pewnie jest w tym trochę prawdy, bo mam ku temu skłonności, ale po przeczytaniu tego typu zdań można odnieść wrażenie, że polskie powieści traktowane są… gorzej. I to z tylko jednego powodu. Rodowodu osoby, która daną pozycję napisała.

    Może niezbyt dokładnie szukałem, ale nie znalazłem nigdzie opinii, które miałby w sobie wyrażenia tak jak np. „jak na kryminał napisany przez anglika, to jest dobrze” czy „zaskakujące, że francuz potrafi pisać takim językiem”. Rozumiecie o co mi chodzi? Ostatnio Wojciech Chmielarz na swoim profilu autorskim zauważył, że w internetowym głosowaniu na najlepszą książkę 2017 roku, polska reprezentacja jest dość skromna. Znalazły się głosy, które wyrażały zdziwienie, bo przecież powieści jest tak dużo, że nie wszystkie muszą pochodzić od polskich autorów. Zgadzam się z tym, choć chciałbym w takim plebiscycie popularności widzieć znacznie więcej swojsko brzmiących nazwisk.

    Widzę dwa powody takiego stanu rzeczy. Pierwszy to niechęć i strach przed tym, że polskie oznacza gorsze. Raz się sparzyłem czytając powieść polskiego autora, więc nie popełnię tego błędu nigdy więcej. Przyznajcie, to głupie. Szkoda tylko, że dalej zdarza mi się słyszeć i czytać takie wytłumaczenia, choć całe szczęście, jest to coraz rzadsze. Drugim powodem jest niestety promocja. Wydawnictwo wykupując prawa do przekładu musi zadbać o to, żeby taka inwestycja się zwróciła. Tu nie wystarczy kilka postów na Facebooku. Tu uruchamia się największe działa. Pamiętacie co działo się przy „Dziewczynie z pociągu”? I powiedzcie mi, że przy takim worku pieniędzy, jaki został władowany w promocje, ta książka nie była skazana na sukces. Czy gdyby polscy pisarze, wszyscy, dostawali akcje na tego typu poziomie, inaczej byśmy ich postrzegali? Możecie mi wierzyć lub nie, ale za sukcesem wielu pozycji nie stoi nic innego, jak kasa.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Najgorsze jest to, że nawet przy sprawdzonych i gwarantujących sukces nazwiskach polskich pisarzy, musimy posługiwać się odniesieniami do naszych „lepszych” sąsiadów. Ostatnio rzuciło mi się w oczy hasło reklamujące nową powieść Remigiusza Mroza. „Pierwszy polski thriller psychologiczny na miarę największych światowych bestsellerów!”. Cholera, nie dość, że „pierwszy polski” to jeszcze godny tych „światowych”. Przecież to logiczne, że inni polscy autorzy do tej pory nie pisali thrillerów, a co więcej, jeżeli już powstały, to nigdy nie dorastały one do pięt tym zagranicznym.

    Co jak co, ale przyłożyć umiemy jak mało kto.

    P.S. „Gniew”, „Uwikłanie”, „Podpalacz” i „Wiara”, czyli dwie powieści nagrodzone Wielkim Kalibrem, nominowana do tejże i kolejna, która być może dostanie nominację w tym roku. To jakbyście byli ciekawi do jakich pozycji odnosiły się przytoczone w felietonie opinie.

    Bartosz Szczygielski

  • Co czyta Foremniak, Chabior, Oświeciński?

    Na Gali Bestsellerów Empiku można było spotkać nie tylko pisarzy, ale też, a może przede wszystkim, ludzi filmu. Jakie książkowy rytuały ma Małgorzata Foremniak, dlaczego Janusz Chabior lubi Andrzeja Stasiuka, a co Tomasz Oświeciński czyta swojej córce?

     

  • Sposób na starzejącą się Europę? Eutanazja. Powieść byłego eurodeputowanego

    Wyobraźcie sobie, że za niecałe dziesięć będzie obowiązywało prawo, które daje możliwość swobodnego korzystania z eutanazji, a swojego żywota możecie dokonać w jednym z luksusowych ośrodków rozsianych po całym świecie. Szaleństwo? Fikcja? A może już się o tym w politycznych kuluarach rozmawia?

    Głównym bohaterem książki Marka Migalskiego, byłego europosła, jest pięćdziesięcioletni Marek, który ląduje w luksusowym ośrodku w Gambii. Czy wszystko potoczy się tak, jak sobie zaplanował? Czy decyzja o śmierci jest nieodwracalna? Premiera „Wielkiego finału” już 28 lutego. O książce opowiada Anna Sekielska, prezes Wydawnictwa Od Deski Do Deski.

  • Autorka „50 twarzy Greya” w Polsce? Może jeszcze w tym roku!

    Już jutro kinowa premiera „Nowego oblicza Greya”, czyli szykuje się kolejny kasowy hit, bo przecież dwie poprzednie części zarobiły blisko miliard dolarów na całym świecie. Jak to często w kinie bywa, wszystko zaczęło się od książek, w tym wypadku książek E.L. James, która stworzyła cały ten zmysłowy, erotyczny, a niektórzy mówią, że kiczowaty świat. Nie zmienia to faktu, że w jej książkach zaczytują się miliony, nie tylko kobiet, na całym świecie. Czy jest szansa, że autorka przyleci do Polski? O tym już Sonia Draga, ale przypomnę tylko, że w zeszłym roku, w tym samym miejscu rozmawialiśmy o ewentualności przylotu Dana Browna, jak to się skończyło – wszyscy wiemy.

    Z kronikarskiego obowiązku dodam, że „Początek” Dana Browna zdobył Bestsellera Empiku.

     

  • „Kto nie ryzykuje, ten nie je”, Zygmunt Miłoszewski z Bestsellerem Empiku

    Rankingi mogą być różne, ale i tak wszystko sprowadza się do bezlitosnych wyliczeń, bo przecież głosują czytelnicy, nogami oraz portfelem. Wczoraj na Gali Bestsellerów Empiku dowiedzieliśmy się, które książki najlepiej się sprzedawały w 2017 roku. W kuluarach można było usłyszeć, że nagrodę zgarnie Remigiusz Mróz, niektórzy typowali też Paulinę Świst. Wszystkich nominowanych pogodził jednak Zygmunt Miłoszewski, który mimo że porzucił, podobno na chwilę, kryminał, to jednak fani po raz kolejny mu zaufali. Czy ta nagroda wskaże mu dalszą drogę, czy prokurator Szacki wyląduje w szafie na długie lata, a także, dlaczego autora kusi powrót do klimatów „Bezcennego”, tego dowiecie się z naszej rozmowy.

  • Diamenty, IPN, obóz koncentracyjny na Górze św. Anny

    Jakub Kania, były prokurator IPN, otrzymuje od Instytutu Pamięci Jad Waszem w Jerozolimie zlecenie odnalezienia miejsca pochówku holenderskich Żydów zamordowanych w niewielkim obozie koncentracyjnym na Górze św. Anny. Szybko odkrywa, że zwierzchnik obozu, generał SS Albrecht Schmelt uruchomił tam własny, głęboko utajniony biznes: szlifiernię diamentów, która przerabiała materiał przewożony przez holenderskich Żydów wyciąganych z transportu do Oświęcimia.   Zarówno Kania jak i Instytut nie mają pojęcia, że za zleceniem poszukiwania grobów stoi czyjaś rządza zapanowania nad światowym rynkiem diamentów, a gra toczy się o “miejsce i imię” (po hebrajsku Jad Waszem) nie tylko  więźniów z obozu, ale też ciągle aktywnych wyznawców faszyzmu i zwykłych ludzi, którzy stanęli na drodze diamentowego szlaku. Premiera książki już 14 marca. 

    Nie daje Pan odetchnąć prokuratorowi Kani. Ledwo co skończył śledztwo dotyczące obrazu, od razu zostaje rzucony do kolejnej trudnej sprawy. Poradzi sobie?

    Oczywiście. Jakub Kania jest wytrwały i doprowadza sprawy do końca. To ten rodzaj ambicji, która nie wymaga wygrywania maratonów ale ukończenia biegu, choćby trzeba było pokonać linię mety na czworakach. A poza tym Kuba sam jest sobie winien. Skoro spodobał się Czytelnikom w poprzedniej powieści, to niech się teraz stara.

    Kilkadziesiąt tysięcy kierowców dziennie przejeżdża autostradą A4 na odcinku Katowice-Wrocław. Pewnie tylko niektórzy wiedzą, że na Górze św. Anny istniał obóz koncentracyjny. Skąd pomysł na obudowanie wokół niego fabuły?

    W latach 80. kiedy pracowałem jako reporter, trafiłem na Górze Świętej Anny na zagadkowe fundamenty kilkunastu budynków – zarośnięte trawą i prawie niewidoczne w lesie naprzeciwko Muzeum Czynu Powstańczego przy drodze do Leśnicy. Okazało się, że to pozostałości po obozie z czasów wojny, o którym prawie nikt niczego wiedział. Zacząłem szukać. Z nielicznych dokumentów zachowanych w archiwach dowiedziałem się, że obóz należał do organizacji Schmelt prowadzonej przez generała SS o tym samym nazwisku, a więźniowie budowali autostradę Berlin-Kraków (A-4 powstała na jej podwalinach i poniekąd jest pomnikiem ofiar Anabergu). Ale jeszcze ciekawsze były relacje kilku świadków – mieszkańców sąsiednich miejscowości zatrudnionych w obozie do wywozu nieczystości czy obsługi kuchni. To oni opowiedzieli mi o tajemnicy tego obozu, o tym co się tam działo, o tym dlaczego sprowadzano do niego starannie wyselekcjonowanych więźniów z Amsterdamu, o tym dlaczego po aresztowaniu Schmelta na rozkaz Himmlera zatarto ślady obozu i o tym dlaczego baraki były tak pilnie strzeżone: Specjalne tablice przy drodze ostrzegały, że strażnicy zastrzelą każdego, kto odwróci głowę i spojrzy w stronę obozu. Tak poznałem tę zagadkę, której nie wyjawię, aby nie psuć Czytelnikom lektury powieści.

    Ile jest w Pana najnowszej książki prawdy, a ile fikcji literackiej?

    Nigdy nie zdradzam proporcji, podobnie jak staram się zacierać granice między prawdą a fikcją. Tak było w „444” i tak jest tu. Dlaczego? W prezencie dla tych wszystkich, którzy poza czytaniem lubią poszukiwania. Poprzednia powieść zgromadziła kilkudziesięciu fanów przygody piszących do mnie niemal codziennie. Sprawdzają wątki zagadki, szperają w archiwach i w Internecie, pewien pan przyleciał ze Stanów Zjednoczonych po dziesięciu latach nieobecności w Polsce aby zobaczyć w Opinogórze „Chrzest Warneńczyka”. To są prawdziwe pisarskie sukcesy! Dlatego w „Miejscu i imieniu” prawda i fikcja są w tych samych kolorach, trudno je odróżnić. Ale żeby nie odpowiadać wymijająco: prawdą jest obóz i jego tajemnica. Prawdą są przedwojenne i wojenne wątki holenderskie oraz to co mogłem ujawnić o współczesnym rynku diamentów. Wprowadził mnie w ten świat kolega i sąsiad z Sopotu, który zajmował się tym biznesem przez wiele lat i to bardzo serio. Był nawet współwłaścicielem kopalni diamentów w Sierra Leone.

    Postać Dawida Schwartzmana naprawdę była tak ważna w świecie szlifierzy diamentów?

    Schwartzman jest postacią fikcyjną. A ściślej: symboliczną. Uosabia talent i odwagę tych wszystkich, którzy przez dziesięciolecia starali się wynaleźć szlif doskonalszy od patentu Asschera z 1902 roku. Szlif, który przełamie pewien monopol obowiązujący od stu kilkunastu lat i stanie się kluczem do najbogatszego skarbca świata – rynku diamentów.