Kategoria: Aktualności

  • „Na co komu Reacher?” Kwietniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Dawno temu, na długo nim popularny zrobił się u nas Bear Grylls, kupiłem sobie podręcznik survivalu. Był świetny! Uwielbiałem przeglądać kolejne strony, i na podstawie opisanych tam instrukcji, a to skraplać wodę w kubeczku na dnie dziury, a to we właściwy sposób budować szałas. Chodziłem z tą książką wszędzie. Oczywiście szczelnie zapakowałem ją w folię, na wypadek, gdyby… spadł deszcz, zaczęła się powódź albo porwali mnie czescy partyzanci mieszkam przy granicy – i wywieźli nad morawskie jeziora. Miałem swój osobisty zestaw ze skalpelem, krzesiwem, igłą i nitką i ogólnie czułem się super. A gdy jeszcze jeden z moich kolegów, ten, który do tej pory skrupulatnie spisywał w notesie patenty z serialowego MacGyvera, poprosił, bym dał mu tę książkę skserować, wręcz kipiałem z dumy. I oczywiście nie dałem, bo dlaczego miałem się tą wyjątkowością dzielić?

    Dziś nie mam już ani tej książki, ani swojego osobistego zestawu. Do niedawna miałem w plecaku scyzoryk, ale go zgubiłem, i latarkę, w której wyczerpały się baterie. Jedyne, co regularnie kupuję z rzeczy przydatnych preppersowi, to srebrna taśma. Nie, nie pytajcie.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo ostatnio zastanawiałem się dlaczego właściwie czytam książki Lee Childa o Jacku Reacherze.

    Dla tych, którzy nie wiedzą. Jack Reacher to blisko dwumetrowy, barczysty, amerykański włóczęga, niegdyś znakomity żandarm wojskowy, choć często dyscyplinowany za dochodzenie do sprawiedliwości drogami na skróty. Po zakończeniu służby Reacher pozbył się wszystkiego prócz składanej szczoteczki do zębów i skłonności do ładowania się w wyjątkowo niebezpieczne kłopoty i ruszył w niekończącą się podróż przez kolejne stany Ojczyzny, której oddał większość życia.

    Każda książka o jego przygodach jest w zasadzie podobna. Komuś gdzieś dzieje się krzywda, a Reacher znajdujący się w danym miejscu z mniej lub bardziej przypadkowego powodu, decyduje się pomóc, bo co ma w zasadzie do roboty? Do roboty nikt go nie gonił, bić się potrafił jak mało kto, a i z wiedzy nabytej tu i tam wypadałoby czasem skorzystać, by nie zardzewiała. Trochę, wiecie, jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, co to nie miał się czego bać, bo pieniędzy nie miał, las znał, a seks lubił.

    No właśnie, wiedza. Jednym z powodów dla których Jack Reacher jest w stanie tak dobrze odnaleźć się w każdej sytuacji, jest jego ogromna wiedza na właściwie każdy temat i niezwykła umiejętność zastosowania tej wiedzy – czasem bardzo nietypowo – w praktyce. W ubiegłym roku zresztą pojawiła się obok corocznej publikacji okołoreacherowej dodatkowa książeczka zawierająca tak zwane zasady Reachera. I tam, oprócz wyrwanych z kontekstu cytatów, dorzucono, w ramach ciekawostek, wiele zagrywek i trików, którymi niegdysiejszy żandarm popisuje się w kolejnych tomach. Na przykład, jak się skutecznie uzbroić się w przypadkowej łazience.

    Przeczytałem tę książeczkę i, tak jak czytając tom po tomie przygody Reachera, próbowałem zapamiętać jego patenty na to czy na tamto. Robiłem tak zresztą odkąd pamiętam, czerpiąc zachowania nie tylko z powieści Childa. Wchodząc do nowego lokalu odruchowo zastanawiałem się nad liczbą wyjść, zbliżającą się grupkę rosłych drabów oceniałem pod kątem tego, który w razie czego jest najsłabszy, który najsilniejszy i jak by to wykorzystać. Ale dopiero lektura Zasad Reachera skłoniła mnie do zadania sobie pytania: czy ja faktycznie się uczę jak zostać zabójczym włóczęgą? I jeśli tak, czy robi tak ktoś jeszcze?

    Wtedy przypomniało mi się jak w „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” King zwracał uwagę na to, jak wielu czytelników literatury popularnej usprawiedliwia czytanie bestsellerów możliwością pozyskania nowej wiedzy. Czytają Grishama, bo jest tam wiele ciekawostek prawnych, Cooka, bo medycyna, Childa, bo ten mało i wielkomiejski survival. Tak tłumaczą się przed znajomymi, tak być może wmawiają samym sobie.

    Zaciekawiony porozmawiałem ze swoimi znajomymi, miłośnikami między innymi Childa właśnie. I wiecie co? W nich też tkwi to przekonanie, że, czytając Reachera, nie tylko dobrze się bawią, ale i zdobywają przydatną wiedzę, którą będą mogli realnie wykorzystać.

    A tymczasem umówmy się – prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w naszym życiu zdarzy się sytuacja, gdy będziemy musieli wygrzebać fugę, wyrwać łazienkowego kafla i naostrzyć go jako broń jest bardzo małe. Jeszcze mniejsze, że w tak dramatycznej sytuacji przypomni nam się motyw z dawno czytanej książki. Wmawiamy to sobie po prostu, jak ja, gdy jako dzieciak upierałem się, że gdybym teraz wylądował sam w dżungli, to wydostałbym się stamtąd, nie cierpiąc od głodu, odwodnienia, chorób czy udaru ani jednego dnia. Może i są takie jednostki, ale na pewno się do nich nie zaliczam ani ja, ani większość spośród tych, którzy wyzerowali ten czy tamten nakład powieści Childa.

    Skoro więc to nie gromadzenie praktycznej wiedzy ulicznej jest prawdziwym powodem, wróćmy do pytania, dlaczego czytam powieści o Jacku Reacherze. Czyżby z powodu mamoniowej zasady o tym, że najbardziej wchodzą rzeczy już znane? To pewnie też. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każda z tych książek jest napisana sprawnym, wykalkulowanym pod zajętych ludzi stylem (krótkie rozdziały, rzetelne wyjaśnienia zawiłości, szczegółowe i proste przedstawianie zastosowanych rozwiązań fabularnych).

    Przede wszystkim jednak postać Reachera napawa mnie otuchą. Fajnie jest wiedzieć, że oto gdzieś tam krąży wielki facet z doskonałym przeszkoleniem, który interesuje się życiem zwykłych ludzi i jest wrażliwy na niesprawiedliwość. Zwykle nie trzeba go nawet prosić o pomoc, bo bywa i tak, że – nauczony doświadczeniem – potencjalne kłopoty dostrzega szybciej niż osoba, która będzie na nie narażona. A gdy już dostrzeże, z miejsca bierze się do pracy.

    I tak, ja wiem, że to stary, zgrany motyw bezimiennego rewolwerowca, który finalnie odjeżdża samotnie ku zachodzącemu słońcu. Wiem, że postaci takich jak Reacher było wiele i jeszcze wiele będzie. Że ten konkretny bohater to taki trochę John Rambo, a trochę agent NCIS, skonstruowany tak, by grać na emocjach Amerykanów, mających taki a nie inny stosunek do armii, weteranów i patriotyzmu. Naprawdę, wiem to wszystko.

    Ale też wiem, że gdy czytam o śledztwie, które – jak w najnowszej książce Childa „Nocna runda” – zaczyna się od znalezionego w lombardzie sygnetu, myślę: chciałbym być czasem jak Reacher. Po prostu w odpowiednim momencie okazać zainteresowanie komuś, kto tego potrzebuje i użyć wszelkiej dostępnej mi wiedzy, by udzielić mu wsparcia. Obym tylko nie musiał używać do tego noża z kafelka.

  • Marnujemy 9 mln ton jedzenia rocznie. Czas na no waste cooking?

    Dane, które znajdują się w tytule, dotyczą tylko Polski, jeśli mieliby Państwo jakieś wątpliwości. Wiadomo, czasami kupimy za dużo, wsadzamy do lodówki, coś się zepsuje, coś zakwitnie, ląduje więc w śmietniku, a potem na wysypisku. Czy możemy zmienić swoje przyzwyczajenia? Maia Sobczak, autorka książki „Qmam kasze do ostatniego okruszka” podkreśla, że w kuchni żeby nie marnować jedzenia, wystarczy być kreatywnym. Łatwo powiedzieć…

    Obejrzyjcie naszą rozmowę, a być może stwierdzicie, że to wcale nie jest takie głupie, i sami zaczniecie maksymalnie wykorzystywać produkty z Waszej lodówki. Premiera książki już za tydzień, 18 kwietnia. Smacznego!

     

  • „Nominowanych nikt nie pamięta”, kwietniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Napisałem kiedyś artykuł, gdzie starałem się udowodnić, że są trzy rzeczy, które zawsze wpływają na zwiększenie sprzedaży danej pozycji literackiej. Śmierć autora, ekranizacja jego twórczości i zdobycie nagrody literackiej. Nie umarłem, książek mi nie zekranizowali, ale nagrodę zdobyłem.

    Pamiętam, jak wyglądała chwila, kiedy dowiedziałem się o swojej pierwszej w życiu nominacji. Wyłączyłem budzik w telefonie, który tego konkretnego poranka wyglądał inaczej, niż zwykle. Miałem kilkanaście powiadomień i wiadomości na Messengerze. „Aorta” została nominowana w konkursie Kryminalnej Piły.

    Nagrody nie zdobyłem, ale chwilę później pojawiła się kolejna wiadomość. Zasiadłem w gronie najlepszych polskich pisarzy na wrocławskiej scenie, a nagroda Wielkiego Kalibru była na wyciągnięcie dłoni. I choć jej także nie dostałem, to z Międzynarodowego Festiwalu Kryminału wróciłem z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej. Stoi teraz na półce tak, bym widział ją za każdym razem, kiedy siedzę przed telewizorem i wiem, że wytracam czas. Ma mi przypominać, że warto dalej pisać.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, MFK 2016, fot: smakksiazki.pl

    Moment, kiedy wchodziłem na scenę i odbierałem nagrodę, był najlepszą chwilą w mojej dotychczasowej pisarskiej karierze. Serio. Dla autora takie wyróżnienie to kop z adrenaliny. Sława, pieniądze i autografy. Autografy były, ale z pozostałymi rzeczami było już ciut gorzej. Sprzedaż „Aorty” nie poszybowała w kosmos, a co za tym idzie, dalej poruszam się samochodem zbliżającym się powoli do pełnoletności. Nie narzekam. Powoli, ale konsekwentnie idę do przodu. „Krew” jest tego potwierdzeniem, choć póki co, nominacji jakichkolwiek brak.

    Zaczęło mnie jednak zastanawiać coś innego. Co z resztą nominowanych? Co z tymi nazwiskami, które nie znalazły się w notkach prasowych po końcu festiwalu? Ano nic. Autorzy wracają do swoich spraw i żyją dalej. W teorii. W praktyce mam wrażenie, że jeżeli pisarz sam nie zdecyduje o tym, co dalej ze sobą zrobi, nominacja będzie tylko wspomnieniem. I to takim, o którym pamięta on sam i nikt więcej. Brzmi trywialnie i zdaję sobie z tego sprawę, choć odnoszę wrażenie, że nie jest to takie oczywiste i co więcej, wcale nie takie proste.

    O ile nagroda, którą zdobył pisarz, nie jest Nike czy Noblem, szanse na to, że wskoczy na Top10 jest niewielka. Przyznaję bez bicia, że nie kojarzę wszystkich nazwisk, które znalazły się w poprzednich latach na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału w sekcji nominowanych. Wygranych owszem. Być może spowodowane jest to tym, że część z pisarzy zdecydowała się na inną karierę, czasem inny gatunek literacki lub zwyczajnie postanowiło przestać pisać. Nie wiem np. co dzieje się z PM Nowakiem i dlaczego nowej książki nie widać na horyzoncie.

    Oczywiście to nie jedyny pisarz, który miejmy nadzieję, tylko chwilowo zniknął z rynku. Pytanie, czy w chwili powrotu, będzie dla niego miejsce? Z każdym rokiem pojawia się coraz więcej nowych autorów, do których i ja chyba się jeszcze zaliczam. I ci młodzi mają do dyspozycji znacznie większy arsenał, niż tylko nominację. Chodzi o social media, które mimo swoich licznych zalet, stały się dla wszystkich piszących przekleństwem.

    Nie ma cię na Instagramie? Przegrałeś. Twój fanpage ma zasięgi porównywalne z tymi, które generuje lokalny warzywniak? Patrz odpowiedź wyżej. Algorytmy cię nie lubią? Rzuć groszem i wypuść post sponsorowany. Oczywiście z twojej kieszeni drogi pisarzu. Nie masz pieniędzy? Spróbuj urządzić konkurs, ale licz się z tym, że te rosnąco lawinowo polubienia znikną, kiedy okaże się, że nagrodę dostał kto inny.

    Obecnie autor nie może być tylko autorem. Stał się swoim własnym PR’owcem, który powinien stale być obecny, a przynajmniej na tyle często, by czytelnicy o nim nie zapomnieli. Bo zapomnieć wyjątkowo łatwo niestety. Wtedy, kiedy twoje powieści nie są publikowane jak w zegarku. Wtedy, kiedy nie publikujesz posta za postem i wtedy, kiedy twoja nominacja nie została przekuta w nagrodę. Bo choć nominowanych można nie pamiętać, to dla twórcy sam fakt jej zdobycia jest przeżyciem, którego nie da się porównać z niczym innym.

    I mam nadzieję, że jeszcze uda mi się takiego przeżycia doświadczyć.

    Nawet jeżeli po kilku latach pamiętał o tym będę tylko ja.

    Bartosz Szczygielski

  • „Mroczne historie tworzone o poranku”, rozmowa z Bernardem Minierem

    Nocne sceny zapisuje w ciągu dnia. Jego życie zmienił Robinson Kruzoe, a jednym z jego ulubionych pisarzy jest Witold Gombrowicz. Słucha między innymi alternatywnego rocka, lubi Kubricka, Coppolę i Bergmana. Był urzędnikiem państwowym, jednak po pięćdziesiątce zdecydował się wydać swoją pierwszą powieść, która stała się bestselerem. O swojej twórczości i codzienności w rozmowie z Agnieszką Zaleską dla smakksiążki.pl opowiada Bernard Minier – francuski pisarz, którego ostatni kryminał „Noc” ukazał się w Polsce nakładem Domu Wydawniczego Rebis.

    Agnieszka ZALESKA: Pisze Pan powieści kryminalne, dlatego, że lubi pan straszyć czytelników? A może strach jest pana ulubioną obsesją?

    Bernard MINIER: Strach jest jednym z narzędzi, które pomagają mi wzbudzać emocje w czytelniku. Chciałbym, by czytelnik uczestniczył w historii, którą napisałem. Hitchcock nazywał to zjawisko partycypacją publiczności. Mówił, że jego najważniejszym celem jest wciągnięcie widza w akcję. To także jest mój cel, a strach jest jedną z metod, którą stosuję. Strach należy do pierwotnych emocji i był w nas obecny od zawsze i od zawsze zmuszał nas do działania. Strach zrzuca ludzkie maski i obnaża prawdziwe oblicze człowieka.

    Usiłuje pan wzbudzić emocje w czytelniku, by zatopić go w swoich historiach?

    Chcę, by czytelnik uczestniczył w akcji, by stał się częścią historii. Co nie oznacza, że nie lubię straszyć czytelników (śmiech).

    Z czym kojarzy się panu noc ?

    Noc oznacza dla mnie wiele rzeczy. Kiedy prowadzimy nocą auto i włączymy radio, to łatwo usłyszeć zmiany w głosie prowadzących i zaproszonych gości. Noc sprawia, że się zmieniamy. Noc nas przeobraża. Dotyczy to również miasta. Wszystko się w nocy zmienia. Była też świetna powieść na ten temat Richarda Bohringera „C’est beau une ville la nuit” („Piękne jest miasto nocą”). Noc zmienia nas i otoczenie. Noc obnaża naszą mroczną stronę, pokazuje to, co jest nieświadome i to mnie właśnie interesuje.

    A czym jest dla pana „Noc” jako historia, która pan napisał?

    Kiedy skończyłem pisać „Paskudną historię”, chciałem wrócić do komendanta Servaza. Tęskniłem za nim. Kończąc „Bielszy odcień śmierci” zostawiłem otwarte drzwi. Czytelnicy mogli się domyślać, że główny bohater powróci. Tęskniłem za nim i chciałem o nim pisać.

    Czyli „Noc” jest powrotem Servaza. Nie może pan już żyć bez tego bohatera?

    To prawda. Jestem przywiązany do Servaza. Moi czytelnicy – również. Za każdym razem, gdy uczestniczę w różnego rodzaju targach czy festiwalach, czytelnicy pytają mnie, kiedy będą mogli przeczytać kolejną historię i czy Servaz się w niej pojawi.

    Pańska kolejna książka „Soeurs” ma dziś premierę we Francji. Czy mógłby pan odsłonić rąbek tajemnicy?

    Tak, będzie w niej Servaz (śmiech). Książka składa się z dwóch części. Pierwsza część dzieje się w latach dziewięćdziesiątych. Servaz ma wtedy 24 lata, długie włosy i był niedawno studentem, a teraz zmierza się ze straszną sprawą – dwie siostry, ubrane w pierwszokomunijne sukienki, zostały odnalezione martwe. W drugiej część historii spotykamy Servaza z dzisiejszej epoki. Ta powieść przedstawia okres 25 lat, w którym tak wiele się wydarzyło i zmieniło. Również i my się zmieniliśmy. W 1993 roku byłem jeszcze urzędnikiem celnym. Nie było wtedy komputerów. W biurze nie było Internetu ani telefonów komórkowych. Nie było prawie wcale gier komputerowych. Wszystko to, co dzisiaj nas otacza, wszystko to, co wykorzystujemy na co dzień, nie istniało w latach dziewięćdziesiątych. I to wcale nie jest tak odległa epoka, to przecież tylko 25 lat.

    Bernard Minier, fot: Emanuele Scorcelletti

    Był pan urzędnikiem przez 25 lat. Dlaczego zdecydował się Pan zostać pisarzem ?

    Zdecydowałem przede wszystkim, że będę pisał książki, które wysłałem do wydawcy. Stałem się pisarzem w momencie, kiedy moja książka odniosła sukces. Kiedy napisałem „Bielszy odcień śmierci” nie myślałem o zostaniu pisarzem. Moim celem było wydanie książki, która zostanie przeczytana. Wszystkie kolejne wydarzenia z tym związane były wisienką na torcie. Sukces „Bielszego odcienia śmierci” był dla mnie zaskakującą niespodzianką. Nie posiadałem wówczas odległych scenariuszy – napisałem książkę i chciałem ją wydać.

    Czyli była to silna potrzeba pisania.

    Tak. Piszę od zawsze. Piszę od młodości, ale nigdy nie proponowałem swoich tekstów wydawcom. To co się wydarzyło z „Bielszym odcieniem śmierci” zaskoczyło mnie. Nie przypuszczałem, że to się tak potoczy.

    Dlaczego pisze pan powieści kryminalne? Dlaczego wybrał pan ten gatunek?

    Bielszy odcień śmierci” był pierwszym ćwiczeniem na określenie stylu. Wszystko w jednym momencie połączyło się w całość i przyniosło sukces. Od tego momentu zacząłem iść dalej. Powstał bohater Servaz, do którego jestem bardzo przywiązany. Zresztą nie tylko ja się do niego przywiązałem. (śmiech).

    Czyli odkrył pan swój styl przez przypadek?

    Można tak powiedzieć. To się stało przypadkowo. Na początku to był przypadek. W tej chwili nie wyobrażam sobie pisania czegoś innego.

    W jaki sposób pan pracuje. Pisze pan na papierze czy bezpośrednio na komputerze?

    Znam niewielu pisarzy, którzy piszą na papierze. Pracuję na edytorze tekstowym. Natomiast systematycznie nanoszę korektę na wydrukowanym arkuszu. Drukuje stronę z tekstem i nanoszę poprawki długopisem. Nigdy nie poprawiam na monitorze. Nie poprawiam tekstu bezpośrednio w komputerze, żeby zawsze móc powrócić do poprzedniej wersji. To trochę tak jak z manuskryptem Prousta. Można w tym dostrzec korektę korekty. Kiedy jest się odrobinę perfekcjonistą chce się ciągle zmieniać rzeczy, ale w pewnym momencie trzeba się zatrzymać. Po czasie okazuje się, że pierwsza wersja jest najlepsza, dlatego warto zachowywać wszystkie wersje, by móc do nich wrócić.

    Czy pisze pan w ciemności, żeby łatwiej wyobrazić sobie mroczne sceny?

    Nie, absolutnie nie piszę w nocy. W moich powieściach jest bardzo dużo scen nocnych i mrocznych, ale ja nie piszę w nocy. Kiedy czyta się moje książki, wydawać by się mogło, że pracuję od północy do piątej nad ranem. Piszę tylko rano, siedem dni w tygodniu.

    Czyli nie ma pan przerwy weekendowej?

    Nie mogę się powstrzymać. Potrzebuję pisać cały czas.

    Zaczyna pan pracę nad tekstem o poranku i jak długo to trwa?

    Wszystko zależy od mojej inspiracji i energii. Mogę pisać do popołudnia, czasami do początku wieczoru.

    Nie ma pan określonych godzin pracy?

    Każdego poranka zaczynam pracę mnie więcej o tej samej porze. Zdarza mi się pisać też po południu w zależności od tego, co mam do zrobienia, czy mam jeszcze inspirację i pomysły.

    Pisze pan w swoim domu czy może ma pan jakieś inne miejsce do kreacji?

    Piszę tylko i wyłącznie u siebie w domu. Nie potrafię pisać w innym miejscu. Potrzebuję swoich własnych śladów, spokoju i ciszy. Piszę zawsze w ciszy. Niektórzy są zdolni do pisania słuchając muzyki, jadąc pociągiem, lecąc samolotem. Inni piszą w kawiarniach. Ja muszę mieć spokój i ciszę Nie potrafię pisać, gdy jest głośno.

    Skąd czerpie pan mroczne inspiracje?

    Nie jesteśmy w stanie wykonywać zawodu pisarza, jeżeli nie posiadamy wyobraźni. Każdy autor ma swoje przyzwyczajenia. Do pisania swoich powieści potrzebuję światła. Sceny nocne tworzę w ciągu dnia. Oczywiście nie mogę wymyślić niczego nie posiadając żadnych faktów. Potrzebuję pewnych śladów do stworzenia fikcyjnej rzeczywistości. Na przykład, jechałem tym samym, nocnym pociągiem, w tych samym godzinach, które pojawiają się w książce. Nie mogę wymyślić czegoś z niczego. Zawsze badam miejsca, które później opisuję w swoich książkach.

    Bernard Minier, fot: Laura Munoz

    A poza pisaniem, co lubi pan czytać?

    Moja biblioteka jest przepełniona różnymi tytułami. Kiedy mam przerwę sięgam po książkę. Może to być poezja albo jakiś dokument.

    Pańska ulubiona poetka lub poeta?

    Wielką przyjemność sprawia mi czytanie poezji Nerudy. Mam to szczęście, że znam hiszpański, więc czytam w oryginale. Lubię też poezję amerykańską i angielską, jeśli jest dobrze przetłumaczona. Jeśli chodzi o Francję to moim ulubionym poetą jest Rimbaud.

    Jeden z pana ulubionych pisarzy lub pisarek?

    Czytam całą masę różnych rzeczy, ale jednym z moich ulubionych pisarzy jest Gombrowicz.

    Naprawdę Gombrowicz? Które dzieło Gombrowicza spodobało się panu najbardziej?

    Uwielbiam „Ferdydurke”. To dzieło utrwaliło się w mojej pamięci i czyta je się prościej niż „Kosmos”.

    Sądziłam, że to będzie „Kosmos” (śmiech)

    Przypominam sobie lekturę „Kosmosu” w latach osiemdziesiątych w telewizji francuskiej. Emisję prowadził Michel Bouquet, wspaniały aktor, który przepięknym głosem interpretował „Kosmos”. Kiedy czytałem „Kosmos” po raz pierwszy to praktycznie nic z tego nie zrozumiałema kiedy usłyszałem lekturę w wykonaniu Michela Bouquet – zrozumiałem tekst.

    Co lubi Pan czytać poza Gombrowiczem? Czy mógłby pan wskazać swojego ulubionego autora albo autorkę?

    Przechodziłem przez różne epoki. Kiedy miałem 20 lat czytałem Gombrowicza i Thomasa Bernarda. Nie wszyscy lubią czytać Thomasa Bernarda. Kiedy coś było zbyt łatwe – nie interesowało mnie. W tamtym czasie nie czytałem kryminałów. Gombrowicz należy do moich ulubionych autorów. „Noc” nie ma wiele wspólnego z Gombrowiczem (śmiech). Bardzo trudno wybrać swojego ulubionego autora. Jest ich wielu.

    Który autor wobec tego przychodzi panu na myśl?

    Nigdy nie mamy ulubionego autora. Mam chyba z pięćdziesięciu ulubionych autorów. Gdybym miał wybierać… to wybrałbym… Nabokova. Tak. Nabokov i „Lolita”, ale też Herman Melville i „Moby Dick”.

    Czy przypomina pan sobie książkę, która wywarła największy wpływ na pana życie?

    Jest wiele takich książek! Która książka zmieniła moje życie? „Bielszy odcień śmierci” zmienił moje życie, bo tę książkę napisałem.

    A spośród książek, które Pan przeczytał?

    Proszę pozwolić mi się zastanowić… Tak, wiem. Nawet, kiedyś już komuś o tym mówiłem. Książka, która zmieniła moje życie to Robinson Kruzoe. Miałem wtedy 8 lat. Jedna z nauczycielek, czytała nam na głos „Przygody Robinsona Kruzoe”. Po raz pierwszy byłem zachwycony, jako czytelnik i jako pisarz. Pomyślałem sobie wtedy, że chciałbym kiedyś opowiadać tak piękne historie, jak ta, którą usłyszałem.

    Czy może pan wskazać swojego ulubionego współczesnego autora?

    Wielkim uznaniem darzę Philipa Rotha.

    Poza pisaniem i czytaniem, jakie jest pana ulubione zajęcie?

    Lubię słuchać różnych gatunków muzyki. Słucham tego, czego słuchają bohaterowie moich książek (śmiech). Lubię słuchać niezależnego rocka czy metalu.

    Co wpadło panu ostatnio w ucho?

    Arcade Fire.

    Lubi pan kino?

    Uwielbiam kino, ale nie chodzę zbyt często. Częściej oglądam seriale telewizyjne, które są coraz lepsze. Mam w głowie całą masę tytułów, które uwielbiałem, gdy byłem młodszy… Mój dom jest na końcu świata (śmiech), więc wyjście do kina jest odrobinę skomplikowane. Od roku nie zajrzałem do kina. Na potrzeby mojej książki bardzo dużo podróżowałem i nie miałem zbyt wiele czasu.

    Pański ulubiony film?

    Czy mam prawo podać dwa tytuły?

    Proszę wskazać trzy tytuły. (śmiech)

    Świetnie! (śmiech) „Mechaniczna pomarańcza”, „Czas apokalipsy” i Bergman. Tylko z Bergmanem jest mały problem – nie wiem jaki tytuł wybrać. Na pewno nie będzie to ostatni okres jego twórczości. Waham się między „Milczeniem”, „Personą”, „Siódmą pieczęcią” i „Tam gdzie rosną poziomki”. Trudy wybór… Wybrałbym „Milczenie”… i „Personę”. Bergman jest wspaniały!

    Czy ma Pan już pomysł na kolejną historię, którą chciałby pan napisać?

    Mam już pomysł na kolejną powieść. Zacząłem tworzyć notatki. Zapisuję je w moich notesach, których mam całe mnóstwo. Notatki są tylko szkicem nowej historii. Potrzeba czasu, żeby to wszystko dojrzało. To jest tak jak z rośliną. Potrzeba czasu na to, by z ziarna wyrosła roślina. Podobnie jest z pisaniem. Potrzeba czasu. W tej chwili to jest etap ziarna.

    Ostatnie pytanie pochodzi od czytelników z Polski. Czy był pan w Puszczy Białowieskiej, którą opisał pan w książce „Nie gaś światła”?

    Nigdy nie byłem w Białowieży. Oglądałem program na temat Puszczy Białowieskiej. Zainteresował mnie bardzo ten obszar, ale nigdy nie byłem w Białowieży.

    Czy chciałby pan skierować kilka słów do polskich czytelników?

    Tak, oczywiście! Byłem w Polsce dwa razy. Odwiedziłem Warszawę, Kraków i Gdańsk. Za każdym razem podziwiałem zarówno kraj jak i czytelników. Dociekliwość polskich czytelników bardzo mile mnie zaskakiwała. Przypominam sobie bardzo szczegółowe pytania, dotyczące np. muzyki. Tak więc byłem dwa razy Polsce, ale jak mówi francuskie przysłowie „Jamais deux sans trois”! (Do trzech razy sztuka!). Ale to już jest chyba wiadomość dla polskiego wydawcy (śmiech).

  • „Zawsze mamy zbyt mało czasu na rozmowę z ludźmi”.

    Już jako nastolatek został dziennikarzem, pracował w mediach francuskich, hiszpańskich, argentyńskich. W Polsce znany jest przede wszystkim ze swojej książki „Głód”, a już za dwa dni w księgarniach będzie można kupić „Księżyc” – zbiór historii ludzi, którzy wciąż szukają dla siebie lepszego świata. Najbardziej wstrząsająca jest opowieść o Natalii z Mołdawii, którą mąż sprzedał za trzy tysiące dolarów sutenerom. Są też historie tych, którzy mają dwie ojczyzny, jednak w żadnej z nich nie czują się u siebie. Z Martinem Caparrosem rozmawiam oczywiście o migracji, ale też o płaceniu swoim bohaterom za rozmowę, spotkaniami z Ryszardem Kapuścińskim oraz…piłkarskim mundialu i szansach Argentyny.

  • „Lany poniedziałek”, świąteczne opowiadanie kryminalne Wojciecha Chmielarza

    1.

    Są takie chwile w życiu policjanta, kiedy człowiek żałuje, że skończył się PRL. Ten czas, kiedy to co wydarzyło się na komisariacie, zostawało na komisariacie. Jak na przykład wszystkie te niemiłe chwile, ostre słowa i wybite zęby. Jasne, Niemojski znał historię. Wiedział, że Rosjanie, SB, opozycja, kartki i Jan Paweł II. Ale każdy funkcjonariusz raz na jakiś czas chce po prostu komuś bezkarnie przyłożyć w imię wyższego dobra. Teraz przydarzyło się to jemu.

    Siedząca przed nim kobieta miała trzydzieści jeden lat. Krótkie blond włosy, jasną cerę pokrytą delikatnym, ledwo widocznymi piegami i niebieskie oczy. Usta pomalowała lśniącą pomadką. Wyglądała jak laleczka. Ale nie taka, którą człowiek boi się dać własnej córce, bo jeszcze wyrośnie na prostytutkę, ale taka normalna. Spokojna. Grzeczna zabawka dla grzecznej dziewczynki. Niemojski jednak nic nie mógł poradzić na to, że nieustannie wyobrażał ją sobie, kiedy leje ją policyjną tonfą po twarzy, patrzy, jak te lśniące usteczka wybuchają krwią, a policzki zabarwiają na fioletowo siniaki.

    To nie było tak, że sprawiało mu to przyjemność. Czuł rosnące obrzydzenie do siebie z każdą nową myślą, każdym nowym obrazem. Ale nie potrafił przestać.

    – To był wypadek – odezwała się kobieta.

    I ten jej głos. Taki łagodny, miękki. Po prostu absolutnie przyjemny. Chciałoby się położyć głowę na jej kolanach, słuchać, jak czyta coś tak pasjonującego jak książka kucharska czy poradnik posiadacza Fiata 125p. i błogo zasnąć.

    – Takie rzeczy się zdarzają – powiedziała.

    – Jakie rzeczy?

    – Wypadki.

    Policjant pomasował się po czole. Czuł lekkie łupanie w czaszce. Nie wiedział, czy to wynik zmęczenia, wkurzenia, a może miał po prostu kaca po wczorajszym świętowaniu wielkiej niedzieli. Przyszedł szwagier, trzeba było wyciągnąć browary, potem flaszkę, rodzinne spotkanie się przeciągnęło do późnych godzinnych nocnych. Pilnował się, żeby za dużo nie wypić, ale nie do końca mu się to udało. Najgorsze było jednak to, że szwagier ze swoimi dzieciakami, a miał ich trójkę, wyczyścili mu niemal doszczętnie lodówkę. To oznaczało, że we wtorek czeka ich kolejna wyprawa na wielkie zakupy. Niezaplanowana w ich budżecie. A ten był napięty. Każdy miesiąc miał rozplanowany niemal co do złotówki i każdy nowy wydatek powodował niemalże fizyczny ból.

    – Chciałabym się zobaczyć z dzieckiem.

    Podniósł na nią wzrok. Zmarszczył brwi.

    – Powinnam być przy nim. W szpitalu. Bo jest w szpitalu, prawda?

    – Tak – powiedział głucho – Jest w szpitalu.

    – Chcę do niego jechać.

    Podrapał się po brodzie.

    – Raczej nie.

    – Jestem aresztowana?

    – Zatrzymana – poprawił ją.

    – Co to za różnica?

    – Pani sobie sama sprawdzi – powiedział, wstając od stołu.

    – Co takiego? Pan powinien mi to wyjaśnić! – krzyknęła, kiedy szedł w stronę drzwi – Proszę wracać! Proszę mi to wyjaśnić! Chcę się zobaczyć z mężem! Gdzie pan idzie?! Co się do cholery dzieje!?!

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    2.

    Niemojski przeszedł do swojego pokoju. Tam już przy biurku, na swoim miejscu, pracowała podkomisarz Jolanta Onyszko. Ruda Jola, jak na nią wszyscy wołali. Prawdopodobnie najbardziej atrakcyjna policjantka w Gliwicach i kto wie, czy nie w całym garnizonie Śląskim. I to pomimo tego, że jeśli ktoś pytał o jej wiek, to słyszał o trójce z przodu. Były w garnizonie młodsze. Nie było ładniejszych.

    Usiadł ze stęknięciem na krześle i sięgnął po leżącego na biurku papierosa elektronicznego. Wsadził go sobie do ust i włączył.

    – Nie powinieneś palić – odezwała się Onyszko.

    – To elektryk.

    – Wiem. Ale to nie do końca tak, że on jest zupełnie zdrowy. Janek mówi, że nie przebadano ich tak gruntownie, więc tak naprawdę nie wiadomo, jaki mają wpływ na twoje zdrowie. Co te wszystkie liquidy robią z twoimi ustami, zębami, dziąsłami.

    Mąż Joli był dentystą. Prowadził prywatny gabinet, gdzie przyjmował większość miejscowych policjantów, oferując im zresztą ładne rabaty. Pomimo tego, Niemojski był pewien, że nie wychodził na tym źle. Jola nie musiała się więc w ogóle przejmować wysokością własnej pensji. Wystarczyło, że zarabiała akurat tyle, że starczyło jej na kosmetyki i benzynę do nowej toyoty, która stała na parkingu.

    Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym z płuc białą, lekką smugą, która zaraz się rozwiała.

    – Muszę zapalić, bo ocipieję – stwierdził.

    – Ciężka sprawa? – rzuciła.

    – Chyba tak – mruknął – Nie wiem, dlaczego mnie to siekło.

    – Pewnie dlatego, że sam masz dziecko.

    – No – mruknął.

    Jego syn miał ponad rok. Kochał malca, ale to on był główną przyczyną ich problemów finansowych. Nie wiedział, że pieluchy, mleka, odżywki, witaminy, maście, deserki, ubranka, że to wszystko tyle kosztuje. Póki byli z żoną sami, nawet nieźle im się wiodło. Starczyło do pierwszego i zostawało jeszcze tyle, że dało się wyjść do kina, do knajpy, pojechać gdzieś. Nie żeby żałował. To nie było to. Krzysiu to był jego syn. Potomek. Facet, z którym za kilka lat będzie grał w piłkę, chodził po górach, ćwiczył sporty walki, uczył, jak się podrywa laski. Ale czasami, tak po prostu, po ludzku tęsknił za czasami, kiedy było pod pewnymi względami trochę łatwiej. I musiał przyznać, że Jola trafiła w sedno. Tak, siekło go dzisiaj dlatego, że sam miał dziecko.

    – Pojebane to jest – stwierdził.

    – Jest – zgodziła się.

    Zastanawiał się, co ona o tym myśli. Co prawda nie miała dzieci, ale wiedział, że od kilku lat próbuje z mężem zajść w ciążę. Facet pochwalił się tym po pijaku na jednej imprezie. Ale nic z tego nie wychodziło. Z nią lub z nim musiało być coś nie tak, ale Niemojski nie wnikał bliżej. To nie była jego sprawa.

    Oboje z Rudą Jolą pełnili dyżur drugiego dnia świąt Wielkanocnych. Wtedy był zawsze spory ruch, ale rzadko coś poważnego. Najczęściej jacyś podpici nastolatkowie przesadzali z wiadrami z wodą, a potem przerzucali się z psikawek na pięści i okazjonalnie na ostre przedmioty. Tym razem jednak było inaczej.

    – Pokaż mi to jeszcze raz – poprosił.

    Ruda Jola westchnęła cicho i spojrzała na niego ciężko. Potem kliknęła kilka razy myszką i przywołała go ruchem dłoni. Niemojski stanął tuż za nią z założonymi rękoma i wzrokiem wbitym w migoczący delikatnie ekran monitora. Po chwili pojawił się na nim obraz z kamery. Wszystko kręcone było z ręki. Centralną postacią był mały chłopiec. Mógł mieć sześć lub siedem lat. Bardzo ładne dziecko. Okrągła buzia, kędzierzawe blond włosy, wielkie niebieskie oczy. Urodę odziedziczył po matce.

    – Today is prima aprilis. Today we have traditional waterfights in Poland. Do you want to suprise daddy, Patryk? – usłyszeli z offu miękki, przyjazny głos kobiety. – Do you want to?!

    – Tak! Tak!

    – In English, please.

    – Yes, yes!

    – So lets do it! – powiedziała radośnie kobieta.

    Przez chwilę na ekranie mogli zobaczyć jej dłoń, kiedy wręczała synowi pistolet na wodę. Wcześnie nacisnęła spust, żeby pokazać, że faktycznie strzela płynem. Chłopiec chwycił ją radośnie, mocno w obie ręce.

    – Do the James Bond, please? – powiedziała kobieta.

    Chłopiec zmarszczył brwi, potem uśmiechnął się szeroko i przybrał pozę, jak angielski szpieg w jednym z filmów z Rogerem Moore’em.

    – Ok. So let’s go!

    Póki co wszystko wyglądało prawie normalnie. Matka kręciła śmieszny filmik, jak razem z dzieckiem zaskoczą ojca i obleją go wodą. Dziwne było to, że sama się na nim nie pojawiała. Oraz to, że mówiła do syna po angielsku, ale z drugiej strony Niemojski wiedział, że niektórzy rodzice tak robią. Chcą, żeby latorośl w ten sposób naturalnie nauczyła się drugiego języka. No i przede wszystkim, nie było w tym niczego, co byłoby niezgodne z prawem.

    Chłopiec z pistoletem skradał się po schodach. Matka z kamerą szła za nim. Obraz lekko podskakiwał i bujał się na boki. Co kilka kroków chłopiec przystawał, obracał się do mamy i przykładał palec do ust, dając jej znak, żeby była cicho. Jego oczy śmiały się radośnie.

    Podeszli do drzwi do jakiegoś pokoju. Chłopiec podniósł pistolet, a drugą dłonią chwycił za klamkę. Ułamek sekundy później, drzwi otworzyły się gwałtownie. Wysunęła się z niej jakaś męska ręka, chwyciła chłopca za głowę i wcisnęła ją do miski z wodą.

    – And how do you like prima aprilis now! How do you like?! – krzyczał głośno mężczyzna. Jego głos był radosny, podniecony.

    Chłopiec zaskoczony upuścił psikawkę. Machał ramionami. Próbował wydobyć twarz z miski szarpiąc się całym ciałem, ale nie był w stanie. Mężczyzna, jego ojciec mocno go trzymał.

    – Look! He is fighting! Like a fucking fish! Fight my boy! Fight! – zachęcał go entuzjastycznie mężczyzna.

    Ale chłopiec nagle gwałtownie opadł z sił. Jego ciało zwiotczało. Padł jak długi na ziemię z głuchym, nieprzyjemnym łupnięciem. Sam ten dźwięk sprawił, że policjant poczuł się tak, jakby ktoś go uderzył w brzuch. Ruda Jola odwróciła głowę do ściany, nie chcąc patrzeć na monitor.

    – Kurwa! – krzyknęła kobieta – Coś ty narobił?!

    – Ja?! Przecież… Przecież… Kurwa! Patryk, Patryk! Wstawaj, kurwa, chłopie!

    Kamera wypadła kobiecie z dłoni. Jeszcze przez chwilę na ekranie widoczny było nieprzytomne ciało chłopca, a potem film się skończył.

    3.

    Ojciec był wysoki, owłosiony i czarnowłosy. W niczym nie przypominał leżącego w szpitalu syna. Niemojski przez chwilę zastanawiał się, czy mały Patryk w rzeczywistości był jego synem. Jeśli nie, to mogło coś tłumaczyć. Niewiele, ale przynajmniej odrobinę. Nadać temu całemu zdarzeniu przynajmniej pozory sensu.

    Ratownicy, którzy przyjechali na miejsce (tyle dobrego, że rodzice wezwali pogotowie), a po nich lekarze ze szpitala na Kościuszki byli zgodni. Chłopiec prawie utopił się w cholernej misce wody. Do tej pory był nieprzytomny. Samodzielnie oddychał, ale trudno było stwierdzić, czy jego mózg nie został uszkodzony. A jeśli tak, to w jakim stopniu.

    – Może będzie warzywkiem – powiedział starszy lekarz, z którym rozmawiał Niemojski – Może nic mu nie będzie. Z mózgiem to w ogóle jest ciężka sprawa. A z takim młodym, to już w ogóle. Taki to potrafi cholernie zaskoczyć. Bądźmy dobrej myśli.

    Rodzice twierdzili, że podtopienie to skutek wypadku podczas kąpieli. Ratownicy nie za bardzo wierzyli. Kąpiel, w środku dnia? Nawet w lany poniedziałek nie brzmiało to przekonująco. Do tego oboje rodzice dziwnie się zachowywali. Nieustannie na siebie zerkali, jakby szukali nawzajem potwierdzenie swoich słów. Bardziej zainteresowani byli sobą niż dzieckiem. Jeden z ratowników uznał, że coś jest nie tak. Zawiadomił policję. Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce znaleźli kamerę. Dalej wypadki potoczyły się już same.

    – To był pomysł mojej żony – powiedział mężczyzna, kiedy Niemojski usiadł naprzeciwko. Policjant skrzywił się lekko dostrzegalnie. Jeszcze nie zdążył zadać żadnego pytania, a facet już

    zaczął wszystko zwalać na małżonkę.

    – Co było pomysłem żony? – zapytał.

    – Ten prank.

    – Prank?

    – Dowcip. W internecie. Na filmiku. To się nazywa prank.

    – Dowcip? – powtórzył policjant, ostrożnie obracając w głowie to słowo – Prawie utopiliście własne dziecko dla dowcipu?

    – Nie chcieliśmy, żeby mu się coś stało. To miało być jak na Boże Narodzenie. Świetnie się to wtedy klikało.

    – Co takiego się klikało?

    Mężczyzna zaczął się niespokojnie wiercić na krześle. Koszulka pod jego pachami była zupełnie mokra od potu. Czy te zewnętrzne oznaki zdenerwowania, być może pewnej skruchy sprawiły, że Niemojski nie czuł do niego tak silnego obrzydzenia i nienawiści jak do znajdującej się w innym pokoju matki Patryka?

    – Powiedzieliśmy mu, że był niegrzeczny i że święty Mikołaj nie przyniósł mu prezentów. Tylko rózgę. Zaczął wtedy strasznie krzyczeć, płakać, rzucił się na ziemię…

    – Nakręciliście to?

    – No, jak to miało pójść na youtube’a, to jasne, że nakręciliśmy.

    Niemojski pracował na policji od ponad dziesięciu lat. Naoglądał się strasznych rzeczy. Nawet nie chodziło o ofiary zabójstw, przemocy. Zwykły śmiertelny wypadek drogowy potrafił zostawić potężny ślad na psychice, wryć się w mózg i śnić się po nocach. Ale to było coś nowego. Coś dziwnego. Niby błahego, ale równocześnie czuł, że to bardzo złe. Z jakiegoś powodu pomyślał, że gorsze niż uderzenie w twarz.

    – Powiedzieliście dziecku, że święty Mikołaj przyniósł mu rózgę, żeby się popłakał, żebyście wy mogli to nagrać i wrzucić do internetu? Na youtube’a?

    – Ale potem dostał swój prezent!

    – Chryste…

    – Przecież nic mu się nie stało! To był tylko dowcip! Nic wielkiego! Ludzie chcieli to oglądać!

    – Chcieli oglądać płaczące, zrozpaczone dziecko?

    Mężczyzna pobladł. Przełknął ślinę.

    – To było śmieszne – powiedział niepewnie.

    – Naprawdę? A widzi pan, żebym się śmiał?

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    4.

    – Znalazłaś to?

    Ruda Jola kiwnęła głową. Niemojski zaciągnął się po raz ostatni i rzucił elektronicznego papierosa na blat swojego biurka. Przysunął sobie krzesło, żeby usiąść przy koleżance.

    – Ile tego jest? – zapytał.

    – Na oko? Kilkadziesiąt.

    – Przeglądałaś je?

    – Trochę – przyznała niechętnie.

    Poprawiła włosy, które opadły je na oczy, a potem wyciągnęła się na krześle. Policjant dał jej czas, żeby ułożyła sobie myśli w głowie.

    – Pierwszy filmik jest dość niewinny. Głupi, ale niewinny.

    – To znaczy?

    – Dzieciak uczy się jeździć na rowerze. Dumna mama to kameruje. Ojciec puszcza dziecko. Chłopak jedzie. Cieszy się jak głupi, że złapał równowagę i nagle uderza w słup, jakby w ogóle go nie widział. Spada z roweru, wali się jajkami o ramę, płacze, wyje, woła mamę.

    – To jest niewinne?

    Potarła palcami czoło.

    – W tym sensie, że go nie zepchnęli z tego roweru. To był wypadek.

    Pokiwał głową.

    – Co było dalej?

    – Eskalowało. Zamieszczają tutaj różne filmiki. Kiedyś rozbili wazon i zwalili to na dzieciaka. A potem nagrywali, jak najpierw się próbuje tłumaczyć, potem zaczyna płakać. Albo jak mu dali pączka z nadzieniem z majonezu i nagrali jego reakcję. Niszczenie zabawek niby za karę. Wyzywanie pod byle pretekstem. Byleby tylko się rozpłakał. Tak zresztą nazwali swój kanał: Cryingkid. Płaczący dzieciak.

    – Kurwa… I ktoś chce oglądać takie rzeczy?

    – Mieli ponad trzysta tysięcy stałych subskrybentów. Na całym świecie. Dlatego mówili do niego po angielsku, żeby mieć większą publiczność. Wyobrażasz to sobie? Jakie to musiało być dla tego chłopca przerażające? Żyć z dnia na dzień w nieustannej obawie, że rodzice, ludzie, którym powinieneś bezgranicznie ufać, którzy powinni cię bezwarunkowo kochać, mogą w każdej chwili wpaść na jakiś pomysł na kolejny głupi kawał i zacząć się nad tobą psychicznie znęcać!? Szlag, mamy już w tym kraju w końcu przepisy przeciw mobbingowi w miejscu pracy, bo nawet dorośli nie dają sobie z czymś takim rady, a oni robili to dziecku! Wiesz, co jest w tym najgorsze?

    – Co takiego?

    – Że on pewien w sposób nawet nie zdawał sobie sprawy, że coś jest nie tak. Pewnie był przekonany, że tak właśnie powinno być.

    – I to wszystko dla sławy – powiedział głucho Niemojski.

    – I pieniędzy. Każdy filmik miał co najmniej pod milion wyświetleń.

    – Ile na tym zarabiali?

    – Co najmniej kilkaset złotych za filmik. Może kilka tysięcy.

    – Sporo.

    – Dziecięce łzy najwyraźniej dobrze się sprzedają.

    5.

    Wracał z pracy późną nocą. Ale nie pojechał od razu do siebie. Zamiast tego udał się na dalekie przedmieścia Gliwic. Stanął przed domem rodziców Patryka i wysiadł z samochodu. Przez chwilę przyglądał się stojącemu przed nim budynkowi. Ładny, jednorodzinny domek wybudowany ledwo kilka lat temu. Z zadbanym ogródkiem i huśtawką z tyłu. Nikt nigdy nie domyśliłby się, że może się tutaj dziać coś złego.

    – Czego pan tu szuka? – odezwał się ktoś za jego plecami.

    Odwrócił się powoli i ujrzał przed sobą pięćdziesięcioletnią kobietę z owczarkiem niemieckim na smyczy.

    – To nie pani sprawa.

    – Może moja – powiedziała wojowniczo.- Proszę sobie stąd pójść albo zadzwonię po policję.

    Sięgnął powoli do kieszeni i wyciągnął służbową legitymację. Kobieta zmrużyła oczy, żeby dobrze się jej przyjrzeć w miękkim świetle pobliskiej latarni, a potem odetchnęła głęboko z ulgą.

    – Pan wybaczy, ale bałam się, że to jakiś włamywacz. A tam teraz nikogo nie ma… – przerwała w połowie, jakby właśnie coś jej przyszło do głowy – Ale pan pewnie o tym wie. Co tam się wydarzyło?

    – Nie mogę powiedzieć.

    – Coś z dzieckiem, prawda? – powiedziała – Widziałam, jak go karetka zabierała. Ale to na pewno nie ich wina. Bo to dobrzy rodzice są. Ten chłopiec to zadbany chodził. Dobre ubrania miał. No i wszystko mu kupowali. Konsolę, rowery, deskorolkę, no wszystko, czego mógłby chcieć.

    Pokiwał głową i ruszył do samochodu. Zanim do niego wsiadł, odwrócił się jeszcze po raz ostatni do kobiety z wilczurem.

    – Niektórzy w ten sposób zagłuszają wyrzuty sumienia.

    W domu był po północy. Wszedł cicho, bo wszyscy już spali. Jego bolała głowa, ale wiedział, że teraz nie zaśnie. Chciał się napić piwa. Otworzył lodówkę, ale wtedy przypomniał sobie wczorajszą wizytę szwagra i fakt, że lodówka jest równie pusta, jak jego portfel. Nalał sobie tylko wody do szklanki. Poszedł do sypialni. W dziecięcym łóżeczku, ustawionym tuż obok ich, spał jego syn. Przyglądał mu się długo w milczeniu. Na to, jak oddycha, jak rzuca nóżkami przez sen i co pewien czas coś mamrocze. Pomyślał o Patryku, który w tym samym momencie leżał w szpitalnym łóżku. Pewnie gdyby nie ten dzisiejszy wypadek, nigdy nie dowiedzieliby się, co rodzice mu robili.

    Kilkaset złotych, może kilka tysięcy. Za każdy filmik, a tych mieli kilkadziesiąt. Mimowolnie robił w głowie obliczenia. Dobre pieniądze, uznał. Szkoda, że zdobyte kosztem syna. Ale też nie każde takie nagranie musi krzywdzić dziecko, uznał. Można wrzucać śmieszne rzeczy, które nikogo nie ranią.

    Usłyszał, że jego żona się przebudziła. Wstała z łóżka. Stanęła obok niego i przytuliła się do jego ramienia. Pachniała snem i ciepłą pościelą.

    – O czym myślisz? – zapytała.

    Dziecko w łóżeczku przewróciło się właśnie na jęknięciem na bok i zamachało rączkami, jakby odganiało od siebie muchę. Niemojski nie był chciwy. Nie posunąłby się tak daleko. Kilkaset złotych. Nawet dwieście. Tyle by wystarczyło.

    – Zastanawiam się, czy nasz syn potrafi zrobić coś zabawnego – powiedział.

    Koniec

  • „Dziwaki, łączcie się!”, kwietniowy felieton Sylwii Chutnik

    Nie rodzimy się dziwni – to kultura nas takimi tworzy. Nie ma uniwersalnych zasad bycia innym od reszty – to społeczeństwo wypycha na margines wszystkich tych, którzy jakoś odstają. Od czego? Od normy: zachowuj się tak a nie inaczej, wyglądaj w określony sposób, wychowuj dzieci na jedna modłę. Co ciekawe, normę widzą tylko ci, co z niej wypadli. Wtedy na własnej skórze odczuwają, że cos z nimi nie tak. Pozostała większość wzrusza wtedy ramionami i nie widzi problemu. Dyskryminacja? Nietolerancja? Phi, a u nas jest dobrze. Cóż, pewnie dlatego, że jak się płynie zgodnie z prądem to się raczej na nic nie narzeka.

    Myślałam o tym wszystkim w czasie lektury reportażu Karoliny Sulej o Coney Island, w którym już sam tytuł mówi wszystko: „Wszyscy jesteśmy dziwni”. I nie ma, że boli, że wszystko skrojone idealnie od szablonu. Zaliczona matura na pięć, ładna żona, dzieci z obowiązkowym podziałem na chłopca i dziewczynkę. Dom na kredyt, plazma w salonie, meble z Ikea. Tak, jak wszyscy. Te same filmy, te same kluby, te same ciuchy. I kiedy zachce nam się zrobić coś wbrew większości, to zaraz dostaniemy po łapach. Po co się wychylać? To jak w powieści Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, gdzie inność musi być sponiewierana i wyśmiana, bo zagraża ogólnemu poczuciu spokoju. Albo jak w reportażu Anki Grupińskiej „Najtrudniej jest spotkać Lilith”, gdzie kobiety z ortodoksyjnej wspólnoty żydowskiej kierują się w życiu księgą Sejder micwot hanaszim – Księgą przykazań dla kobiet – która mówi im, jaką mają być gospodynią domową, żoną i co przygotować na Pesach. Jedna z bohaterek reportażu tłumaczy, ze to dla niej idealne rozwiązanie: nie musi myśleć, myśli za nią księga.

    Kultura wypluwa wszystkich dziwaków, ale oni są niczym lustro: odbijają w sobie traumy, tabu i pragnienia. Tak jest w przypadku bohaterów książki Sulej: cyrkowców, połykaczy ognia, artystek burleski i osób z niepełnosprawnością. To jak gabinet osobliwości, który naocznie uzmysławia nam to, kim nie jesteśmy. Kim boimy się stać. Wariatem, dziwakiem, potworem.

    Próbujemy więc desperacko nie dopuścić do tego, aby stać się wyrzutkiem. Robimy cos wbrew sobie, swojemu temperamentowi i wartościom. Obrączka na palcu, praca od do, kobieta z długimi włosami, mężczyzna z krótkimi. Seks przy zgaszonym świetle i buty kupowane co sezon, bo modne. Cała litania rzeczy, które należy zrobić, bo babcia się obrazi, co sąsiedzi powiedzą i Dulska prychnie. Do wyliczanki normalnych zachowań należy między innymi chrzest dziecka (chociaż jest się ateistką), samochód w leasing (chociaż można pojechać autobusem), wakacje all inclusive, bo znajomi byli i głupio na fejsa nie wstawić fotki z palmą. Istna parada obowiązków normalsa, który z odrazą patrzy na pedała, uchodźcę czy Żyda, chociaż nigdy nikogo z tej kategorii na oczy nie widział, bo się kisi przez całe życie w n-o-r-m-a-l-n-y-m środowisku n-o-r-m-a-l-n-y-c-h osób. I choćby w rzeczywistości chciał zostać klaunem lub striptiserką, to nigdy nie spełni swoich marzeń, bo nie mieszczą się w ramach. A potem będzie chodził na terapię za grubą kasę i zastanawiał się, czemu dusi się w swoim apartamencie i najnowszym modelu samochodu. Pamiętacie wyliczankę głównego bohatera książki Irvina Welsha „Trainspotting” (a potem filmu pod tym samym tytułem)? „Wybierz prace, wybierz karierę, wybierz rodzinę. Wielki telewizor, zmywarkę, samochody, ubezpieczenie zdrowotne”. I tak dalej.

    Już się, kurwa, rzygać chce od tych wszystkich szarych, zwykłych ludzi, co w internecie wypisują hejty z najgorszej półki i po cichu oglądają pedofilskie filmiki w necie. Od tych żywych reklam hasła z serii „chłopak i dziewczyna – normalna rodzina” nawalających się przy niedzielnym rosole w imię wartości tradycyjnych i konserwatywnych. Rzeź dziwaków rozgrywa się od najmłodszych lat. Sama jej doświadczyłam, bo od jedenastego roku życia wyglądam inaczej, niż reszta. Z tego powodu liczba opluć, pobić i wyzwisk przewyższyła liczbę modlitw w katechizmie. Byłam zastraszana na ulicy a w szkole ciągle musiałam ścierać się z nauczycielami. To był początek lat dziewięćdziesiątych, dready czy kolczyki były traktowane niczym policzek dla systemu edukacji. Którym zresztą miały być. Dziwaki nie dostają medali za kreatywność. Dziwaki muszą odpaść, bo zakłócają odbiór jedynie słusznego komunikatu. Dziwaki sieją niepokój.

    Zostałam więc artystką. Nic innego nie mogłabym robić. Tworząc możesz być wariatką a ludzie pozwalają ci to robić, bo tłumaczą to sobie jako tolerowane odstępstwo od normy. Po raz pierwszy poczułam to, kiedy w pierwszej klasie liceum wygrałam konkurs poetycki w Związku Literatów Polskich. Do szkoły przyszło oficjalne pismo i gratulacje. Moi nauczyciele znaleźli do mnie klucz: acha, to ta artystka. No dobrze, damy jej fory, bo jest inna. Dyplom z konkursu był jak zaświadczenie o byciu inną. Przez jakiś czas nawet działał. Zostawili mnie w spokoju i nie wzywali do pedagoga.

    Ale potem znowu musiałam walczyć, chociaż w ogóle nie mam takiej natury. Teraz moje kolorowe włosy stanowią znak rozpoznawczy, ludzie gratulują pomysłowości a fryzjerzy farbują ludzi „na Chutnik”. Myślę sobie, ile ja raz oberwałam za swój image i uśmiecham się – jednak bez żadnej satysfakcji.

    W książce Karoliny Sulej o części Nowego Jorku znajdziemy życiorysy osób, które pogodziły się ze swoją innością a wręcz zrobiły z niej atut. Coney Island jest dla nich jak eden, przestrzeń niepodległości. Dla wielu osób taką przestrzenią jest sztuka, bycie pisarzem, aktorką, malarzem czy muzykiem. Od jakiegoś czasu widzimy jednak zakusy władzy, aby zdyscyplinować tych dziwaków. Sprawić, aby tańczyli według odgórnie narzuconej melodii.

    Ale tej grupy społecznej się nie wygładzi. Nie uczesze i nie zaprasuje w kancik.

    Tutaj nie będzie tak prosto, jak w Ministerstwie Obrony Narodowej czy w sądach. Artyści to nie zdyscyplinowane wojsko stojące w jednym szeregu. Jeden patrzy w lewo, drugi w prawo, a trzeci za długo zawiązuje sznurówki. Armii się z tego nie da ulepić: za mało swobody, za dużo rutyny. Twórcy i twórczynie z natury wykonywanej profesji przekraczają schematy i są wolnościowcami. Dlaczego? Bo to daje im swobodę twórczą. Nikt im nie siedzi na karku i nie dyszy w jedynie słusznym rytmie. Poganianie, strofowanie i wskazywanie kierunku dobre było w powojennym socrealizmie, a i ten okres w sztuce był raczej epizodem dość szybko rozsadzonym wewnętrznym buntem (w ramach ówczesnego systemu). Obecnie pisanie, kręcenie filmów czy granie pod z góry narzucone tematy narodowe wydaje się dość perfidnym nawiązaniem do stalinowskich czasów. Nie ma w tym żadnej przesady: niby mamy wolność twórczą, ale jeśli odetną kurek z pieniędzmi to żadna instytucja kultury długo nie pociągnie. Artyści są może i romantyczni, ale muszą się z czegoś utrzymywać. Perfidia polega tu właśnie na uzależnieniu finansowym, co w kraju o dość marnych tradycjach wspierania inicjatyw kulturalnych bądź społecznych przez naród jest dość kluczowe. Nie mamy bowiem rozwiniętego systemu sponsorowania czy dotowania twórczości, a już zwłaszcza nie działa to w przypadku dzieł kontrowersyjnych czy ryzykownych. To właśnie one muszą – nie da się inaczej – mieć wsparcie państwowe. Ale w obecnej sytuacji politycznej wygląda to coraz bardziej kuriozalnie. Wycofywanie się ministerstwa z finansowania festiwali teatralnych „za karę”, naciski na tłumaczenia zagraniczne konkretnych pisarzy, promowanie polityki historycznej jako dominanty w polskiej kinematografii, wreszcie personalne konsekwencje wobec tych, którzy wyłamują się z wyklętej demagogii.

    Władzy wydaje się, że to zadziała. Ale nie z nami te numery.

    Książka Karoliny Sulej „Wszyscy jesteśmy dziwni” przypomniała mi o tym, że bycie inna to ciągła praca o to, aby taką właśnie osobą pozostać. Nawet, jeśli przez chwilę społeczeństwo nas zostawi w spokoju, to włączy się system, który widzi w dziwakach bezkształtną masę do zarządzania. To błędne podejście.

    Mam więc swoje prywatne Coney Island: znajomych, przy których czuję się bezpiecznie, pracę, w której mogę być tym, kim chcę. Mam swoją głowę, której nikt mi nie odbierze. Mam siebie, swoje dziwactwa i neurozy. Mogę być tym, kim chcę, bo wiem, że inna nie będę. I nie przepraszam za to.

  • Kim naprawdę jest Paulina Świst? Wiemy!

    Gdy zaczynałem pracę w telewizji, to zawsze mi mówiono: „młody, najbardziej drażliwe pytanie zostawiaj na koniec, bo rozmówca może różnie zareagować”. Stara szkoła przydała się i teraz, bo najpierw pogadaliśmy o książkach, planach pisarskich oraz innych rzeczach, a na samym końcu rozmowy… No właśnie, zobaczcie sami. Odpowiadając na pytanie, nie, kamera nie została uszkodzona. Nadal będziecie czytać książki Pauliny Świst, skoro już wiemy, czyj to pseudonim? Zobaczcie demaskujące wideo. 

     

  • „Moi bohaterowie chcą zbudować siebie na nowo”.

    Wszystko zaczęło się od dziennika za dwa złote. Takiego zwykłego, kupionego na targu staroci. Dzięki niemu swoje życie zyskała główna bohaterka „Słońca narodu”. Z Kubą Wojtaszczykiem rozmawiam o tym, jak wybór Karola Wojtyły na papieża może zmienić ludzkie życie, czy każdy z nas ma w sobie coś z Gustawa, męża głównej bohaterki, który jest poniekąd zdefiniowany przez przeszłość swojej matki, a także o tym, dlaczego książka może wylądować w księgarni na dziale religijnym. Rozmawiamy też o specyfice Muranowa, wstydzie przed zaglądaniem do czyjegoś życia oraz o budowaniu siebie na nowo.