Kategoria: Aktualności

  • Boisz się dentysty? Książka zredukuje Twój stres

    Pamiętacie moją rozmowę z Robinem Cookiem, mistrzem thrillera medycznego? Tak, tak, nagrywaliśmy ją w gabinecie dentystycznym (klik). Okazuje się, że u tego stomatologa książki nie występują od święta, bo są traktowane jako…element walki z dentofobią, czyli lękiem przed dentystą. Efekt jest taki, że przed wejściem na fotel pacjenci otrzymują ciekawą lekturę, której czytanie może zredukować stres nawet o 68%!

    Według naukowców z Uniwersytetu z Sussex czytanie książki jest w walce ze stresem skuteczniejsze niż długi spacer, słuchanie muzyki, czy wypicie kubka herbaty.

    Od lipca w działającym na warszawskich Bielanach Periodencie trwa akcja „Książka z uśmiechem”, w ramach której leczeni tam pacjenci otrzymują przed lub po wizycie książki. Powód?

    Wartka fabuła odciąga uwagę od natłoku myśli pacjenta przed zabiegiem. Zajmujący jest także sam fakt, że dostaje się z jakiegoś powodu książkę u dentysty. Przez to zamieszenie myśli nie skupiają się tak bardzo na zbliżającym się zabiegu –tłumaczy lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.

    I dodaje:– Książka pomaga także w domu, bo pacjent może ją zabrać. Czytając ją na sofie możemy zapomnieć o negatywnych emocjach, jakie towarzyszyły np. zabiegowi chirurgicznemu lub zakładaniu aparatu na zęby. W efekcie dentystę bardziej kojarzymy z książkowym thrillerem, niż thrillerem w fotelu stomatologicznym – mówi dentystka.

    Ale powód, dla którego gabinet ruszył z akcją jest także czysto medyczny, nie tylko psychologiczny. – Udowodniono, że czytając książki, a tym samym koncentrując się na słowach, zdaniach, opisywanej historii czy nowym i ciekawym przedmiocie w ręce, nasze mięśnie stają się mniej napięte. Obniża się także tętno, a serce pracuje wolniej i bardziej regularnie. W efekcie stajemy się spokojniejsi – mówi.

    Póki co książki rozdawane w gabinecie, wędrują przede wszystkim do pacjentów, którzy poddawani są tam najbardziej skomplikowanym, długofalowym zabiegom, a tym samym związanym z silnym stresem.

    Które lektury uspokajają pacjentów przed wizytą na fotelu dentystycznym? Wzięciem cieszy się Harlan Coben, Olga Tokarczuk oraz Maryla Szymiczkowa – autorka kryminałów retro (pseudonim duetu Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński).

    fot: materiały prasowe
  • „Durian to smaczny owoc pachnący skarpetą sportowca”

    Co pizza hawajska ma wspólnego z Hawajami, dlaczego cytrusy kojarzą się ze świętami, czy guanabana może pomóc w walce z rakiem, który z owoców jest najbardziej śmierdzący, jak smakują „skundlone” marakuje? Pytań jest o wiele więcej, a Jarosław Molenda w rozmowie z Wojciechem Żegolewskim stara się odpowiedzieć na większość z nich.

    Pisząc dobrze się Pan bawił?

    Oj tak! Przy tego rodzaju rzeczach bawię się świetnie, bo dla mnie jest to i nauka i zabawa. To jest kapitalne pójść sobie na targowisko i zacząć próbować takie owoce, które czasem nawet nie wiadomo z której strony ugryźć. Człowiek się zastanawia – czy to obierać, czy to kroić, czy to połykać w całości… Człowiek się przekonuje, że owoce mają swoją własną historię, swoje tajemnice, zagadki. Tak pospolity owoc jak ananas, jest w supermarketach, ale co my o nim wiemy? Jakby zapytać przeciętnego człowieka czy wie, skąd pochodzi ananas, to pewnie powie, że Hawaje bo skojarzy z pizzą hawajską.

    Albo z symbolem przełomu lat 80′ i 90′, czyli kotletem schabowym z obowiązkowym plastrem ananasa pod żółtym serem

    O! Ja nawet grzanki takie robiłem z serem i ananasem 😉 Tylko, że my nie wiemy w większości, skąd ten ananas pochodzi. A nie pochodzi wcale z Hawajów, chociaż tam akurat znalazł idealne warunki i sporo teraz dobrych ananasów stamtąd do nas trafia. Ale przypuszcza się, że jego ojczyzną jest pogranicze Brazylii i Argentyny. Natomiast z ananasem wiąże się pewna tajemnica. Istnieje mozaika sprzed ponad 2 000 lat, odkryta w Pompejach. Na niej jest półmisek, a w prawym górnym rogu owoc, żywo przypominający ananasa. Tylko skąd tam wziął się ananas, skoro Amerykę odkryto dopiero ponad 500 lat temu? Zawsze pytam o to na spotkaniach autorskich – skąd na rzymskiej mozaice ananas, uwieczniony na 1500 lat przed wyprawą Kolumba.

    To nie pierwsza Pana książka o owocach, więc nie wszystko musiał Pan odkrywać na nowo, ale niektóre trzeba było pewnie zobaczyć, dotknąć, zdobyć i posmakować pierwszy raz w życiu, przy okazji sporo podróżując

    Tak. Wyzwaniem były szczególnie te owoce mniej trwałe, których nie sposób transportować na duże odległości. Jest np. palma chontaduro, rośnie gdzieś mniej więcej od Wenezueli po Meksyk i to jest owoc niecodzienny, bo jego się gotuje. Pewnie u nas by się nie przyjęło, bo to dość nietypowe podejście do owocu, ale są egzotyczne owoce, które mają się u nas bardzo dobrze. Ja na przykład zakochałem się w owocach kaki. Co ciekawe, jak 20 lat temu próbowałem ich w Chinach, jakoś w nich nie zasmakowałem, natomiast teraz jak przychodzi jesień, to już czekam na ich wysyp. I obserwuję ludzi – niektórzy zasmakowali i siatkami to do domu targają, a inni znowu podchodzą jak pies do jeża. Niektórzy patrzą na to jak na coś co przypomina pomidora – bo w sumie jest podobne, a dla mnie to taka budyniowa pychota.

    Jarosław Molenda, fot: smakksiazki.pl

    Czy nam już w takim razie egzotyka spowszedniała? Gdyby był 1978 i krzyknęlibyśmy teraz „ananasy rzucili!” – to zapewne w kawiarni zostalibyśmy sami, o ile wcześniej by nas nie zadeptano. A teraz persymona nas nie rusza?

    Ha! Teraz w sklepie to jest awantura, jak bananów czy arbuzów nie ma. Ja jestem z pokolenia, któremu zapach cytrusów na myśl przywodzi święta. Na Boże Narodzenie rzucali pomarańcze czy mandarynki. Teraz mieszkam w Świnoujściu, tam się zresztą też wychowałem, to jest miasto portowe, dużo ludzi pływało – więc u nas było dużo tych owoców, zawsze ktoś coś przywiózł. Mimo to, cytrusy zazwyczaj były od święta. Teraz ta egzotyczna oferta spowszedniała, ale Polacy to też konserwatywny naród i wydaje mi się, że do niektórych rzeczy przekonuje się nieco dłużej niż inni.

    To już się nie dziwię, dlaczego opisuje Pan owoce, o których istnieniu 99,9% naszego społeczeństwa nie ma pojęcia. O smaku nie mówiąc.

    Tak, ale o niektórych owocach ja też się dowiaduję dopiero na miejscu. Taka sytuacja: gdzieś w Środkowej Ameryce na targu widzę owoc, podobny do zapote. Pytam czy to zapote: -tak, to czarne zapote. Przyjeżdżam do domu, studiuję literaturę i co się okazuje? Miejscowi indianie nazywają to czarnym zapote, a w istocie pochodzi z zupełnie innego gatunku i rodziny. Trzeba uważać z nazewnictwem, a niestety nie ma wielkiej pomocy w literaturze, akademicka wiedza i opracowania niewiele mi dają. Ja w swoich książkach staram się dawać konkretną wiedzę na ten temat, dodawać kontekst kulturowy i historyczny. Plus jakieś anegdoty bo i tych nie brakuje jak się poszuka. Zresztą Internet także bardzo pomaga. I zapewnia masę różnej wagi newsów. Np. taki owoc guanabana, ze Środkowej Ameryki, ponoć bardzo pomocny w zwalczaniu raka. Nauka tego jeszcze w jednoznaczny sposób nie zbadała i nie potwierdziła, ale w sieci owoc leczy. Z tym, że trzeba brać poprawkę, bo to lecznice działanie może polegać nie na tym, że owoc zabija w jakiś sposób raka, ale zawarte w nim związki uodparniają w pewien sposób organizm przeciwko komórkom rakowym. Tak samo jak cudowne rzekomo działanie pnącza vilcacora czy zielonej herbaty. Ale wszystko z umiarem i rozumem. Chińczycy taką herbatę piją od tysięcy lat, nam 3 szklanki w tygodniu mogą niewiele pomóc 😉

    W sprytny sposóbłączy Pan w książce historię i coś tak zdawałoby się trywialnego jak owoce. Ale połączenie wyszło chyba naturalnie, bo na koncie ma też Pan osiągnięcia historyczne a nawet archeologiczne.

    Rzeczywiście zaczynałem od historii i moje pierwsze prace mocno z nią były związane, może to nie książki akademickie, ale na pewno poważne. Ale nie bardzo to się „sprzedawało” bo brak mi było jako wolnemu strzelcowi poparcia ze strony uczelni i naukowego środowiska. A dla przeciętnego zjadacza chleba te książki gatunkowo były już za poważne. Trzeba więc było szukać swojego miejsca i niszy na rynku. Pisywałem artykuły do pisma „Żyj długo”. Nazbierało się tego tyle, a pisałem ciekawostkowo, szukając np. najdłuższego szpitala na świecie, który namierzyłem na Malcie, że padła propozycja by powstało z artykułów coś więcej. Takim impulsem był artykuł „Czarne i białe strony kawy”. Z tego powstał cały cykl o roślinach, które zmieniły świat, a z cyklu – książka „Rośliny, które zmieniły świat”. Tak się zaczęło, a teraz z tego zrobił się całkiem spory kawałek tego literackiego tortu. Wzorując się trochę na Sławku Koprze celuję w taką – jak sam to nazywam – pop-historię, a te moje owocki to taki fajny przerywnik między kolejnymi pozycjami nieco bardziej poważnymi.

    www.unsplash.com/Roxanne Desgagnés

    Czyli raz o mumiach, raz o marakui?

    Ja stosuję taki literacki płodozmian. Teraz czeka na jesienny druk moja nowa książka „Wilczyce znad Wisły” o sześciu takich czarnych, kobiecych charakterkach. I po napisaniu czegoś, po czym można mieć w nocy koszmary ja sobie wracam do moich roślinek, bo można się zarżnąć inaczej. W głowie mam książkę o najsłynniejszych kawiarniach, więc po czymś takim ja sobie mogę wrócić do poważniejszego, często przytłaczającego tematu.

    Graham Masterton opowiadał mi w rozmowie, jak wchodzi w role opisywanych w swoich książkach morderców czy wręcz zwyrodnialców. U Pana to chyba musi być czysta przyjemność – tak sobie zostać bananem, mango czy chociażby kaki?

    (śmiech) Tak, ale ja raczej staram się wchodzić w rolę konsumenta. To jest po prostu przefajne. Jedzie pan do Azji południowo-wschodniej, próbuje pan duriana. Ja byłem trzy razy w Azji i miałem niefart, bo ani razu nie trafiłem w okres, kiedy zbierany jest najbardziej śmierdzący owoc świata. A chciałem spróbować i to bardzo. Muszę! I wreszcie za trzecim razem się udało. Specyficzny smak i odorek pomieszanej terpentyny i skarpety sportowca. Ciekawe i każdy powinien spróbować sam, bo smak jest kwestią bardzo względną.

    Jako smakujący na co dzień literaturę smakksiazki.pl zapytać musimy – czego w takim razie poza durianem nie smakować. „Jarosław Molenda nie poleca” to…?

    Tu mnie pan zastrzelił. Ja jestem do próbowania nastawiony pozytywnie. Tak jednoznacznie nie potrafię odpowiedzieć. Ja wolę polecać – np. wyprawa na Sri Lankę, gdzie czeka fruktozowa bomba, czyli tamtejsze ananasy, gdzie nie ma nawet zdrewniałego środka w owocu, więc można zjeść go w całości. Zresztą smakują mi wszystkie owoce i wolę polecać, niż zniechęcać. O! Wiem! Madera. Warto się wybrać, wcale nie tak daleko, fajny klimat, wieczna wiosna. W stolicy wyspy Funchal mają marakuje – ja je nazywam skundlonymi. Mają np. marakuję bananową, ale ja polecam granadillę. W odróżnieniu od marakui jest potwornie słodka, jemy ją jak jako, trzeba przekroić i jeść łyżeczką jak jajko na miękko. Jest też np, marakuje pomidorowa, która jest swoistym oszustwem maderskich kupców, bo ten owoc marakują nie jest, bo jest to patamarillo. Nie jest marakują, ale oni ją jako marakuję sprzedają, bo skoro jest marakuja pomarańczowa to dlaczego nie pomidorowa?

    Historia Owoców Tropikalnych” powstała w Pana zamyśle jako owocowy przewodnik czy może encyklopedyczny zbiór wiedzy o owocach, których często nie widzieliśmy nawet na oczy?

    Starałem się unikać informacji takich suchych, faktograficznych, a ile to drzewo ma metrów, a ile liść ma centymetrów. Moim marzeniem jest żeby ta książka smakowała – czytamy i czujemy smak tego, co opisuję na stronach. Podlane to wszystko sosem historii tych roślin, bo my często nawet nie wiemy jak wielki wpływ na naszą historię i na nas samych miały takie czy inne rośliny i ich pojawienie się w danej kulturze. np. drzewo morwy, bez którego nie byłoby jedwabników, a bez nich jedwabiu, a bez nich Jedwabnego Szlaku, a więc wymiany handlowej, kulturowej, wymiany wiedzy czy nawet smaków, bo zachód nie poznałby jeszcze długo części owoców.

    Po owocach teraz czas na warzywa?

    Mam pomysł na takie CSI – kryminalne zagadki ze świata roślin. Coś o tym jak różne rośliny przyczyniały się do rozwoju – np. kauczuk i niemal wojny toczone o ich nasiona i uprawę, historia roślin, którym truły się wzajemnie królewskie dynastie. Mam też pomysł na historie o roślinach, które zmieniły medycynę. Jest powrót do natury, naturalnych metod leczenia. Jest z jednej strony zachwyt pigułkami różnej maści, ale i powrót do tego co eko, bo przecież – to wszystko już było. Żyjemy w ekspresowym tempie, chcemy z poważnych chorób w 2 dni stanąć na nogi. Tak się nie da. To jak z olejem arganowym – sam go długo stosowałem, przywiozłem od Berberów, łyżka na czczo co rano. I co? Brałem, brałem, łyżka za łyżką. Po roku w zimę cała rodzina chora, ja zdrowy! Minął kolejny rok, jakoś zaprzestałem tego łykania oleju no i co? Pierwsza zima bez niego i tak się rozłożyłem jak moja rodzina rok wcześniej. I takie właśnie rzeczy chcę w moich książkach przemycać.

    Rozmawiamy na dworcu w Katowicach, przed panem kolejna podróż – tym razem mniej egzotyczna, bo do Chorwacji. Też owocowa?

    Jestem już na etapie pisania kolejnej książki o najsłynniejszych kawiarniach świata. Jedną z takich właśnie kawiarni znalazłem w Zagrzebiu. Ale będą też unikatowe moim zdaniem miejsca z Wiednia, Lizbony, Pragi, Budapesztu, ale będzie też kawiarnia z Tangeru, gdzie światowa bohema się zjeżdżała, Rolling Stonesi przyjeżdżali zapalić trawkę. Więc temat rzeka, kawa, kawa, rzeka kawy, ciacha, to wszystko czasem w bardzo unikatowym anturażu pięknych, jakby zastygłych w czasie miejsc. W mojej nowej książce postaram się je ożywić…

  • Dlaczego warto czytać Conrada? Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Według mnie „Jądro ciemności” Josepha Conrada to najważniejsza książka napisana kiedykolwiek przez polskiego autora. Koniec i kropka

    Przed kilkoma dniami brałem udział we wrocławskich „Zakazanych Lekturach”, gdzie razem z Magdą Haydel i Irkiem Grinem przez czterdzieści pięć minut rozmawialiśmy o „Jądrze ciemności”. Pretekstem, jak w przypadku wszystkich powieści w tym cyklu, było wykreślenie Conrada z listy lektur. Uważam to osobiście za wielki błąd. „Jądro ciemności” jest bowiem uważane powszechnie za arcydzieło światowej literatury. Ale ok. Jest wiele pozycji, które zasługują na takie miano, które jednak brzydko się postarzały. Trudno się je czyta. Są nudne. Być może niekoniecznie trzeba katować nimi szkolną młodzież. Z Conradem jest jednak inaczej. Ciągle czyta się go znakomicie. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu innych arcydzieł, jest to książka wciąż żywa. Budzi emocje. Rozmawia się o niej. Odwołuje. Szuka się w niej klucza do zrozumienia współczesności. A często również się z nią kłóci. Magda Haydel, tłumaczka „Jądra Ciemności”, powiedziała, że jest to pierwsze, wielkie dzieło literackie XX wieku. I to pomimo tego, że powstało w ostatnim roku wieku XIX. I ma, cholera, rację.

    Jądro ciemności” powstało na bazie przeżyć samego Conrada, który przez pół roku pływał parowcem w Wolnym Państwie Kongo. Wbrew nazwie, była to prywatna posiadłość króla Leopolda II, ówczesnego monarchy Belgii. Leopold II wprowadził tam niezwykle brutalne, nawet na tle tego, co się działo w innych koloniach, rządy. Ich symbolem stały się obcięte ręce tubylców, których karano w ten sposób za niedostarczenie wystarczającej ilości kauczuku. Szacuje się, że na skutek rabunkowej gospodarki, zginęło co najmniej kilka milionów osób. Niektórzy autorzy mówią nawet o dwudziestu dwóch milionach. Pisał o tym wyczerpująco w „Duchu króla Leopolda” Adam Hochschild. Sytuacja w Kongu jest też ważnym wątkiem opowieści reporterskiej „Wytępić całe to bydło” Svena Lindqvista. Tytuł to zresztą cytat z Conrada. Do tamtych wydarzeń nawiązuje też Mario Vargas Llosa w „Marzeniu Celta”. Wydarzenia z Kongo, to jedno z największych, jeśli nie największe, zapomniane ludobójstwo. Czasami mam wrażenie, że działania Belgów w Kongu, były zapowiedzią tego, co miał przynieść Europie XX wiek.

    Józef Korzeniowski, fot: wikipedia

    Geniusz „Jądra ciemności” polega jednak na tym, że jest to opowieść uniwersalna. Będąca dziecięciem swojego wieku, a równocześnie przekraczająca narzucone przez swoje czasy granice. Magda Haydel w posłowiu do „Jądra Ciemności” pisze o oskarżeniach Conrada o rasizm czy o zarzutach o przedmiotowe traktowanie kobiet. Nie wiem, jak było z samym Conradem, nie mam jednak wątpliwości, że sam Marlowe, główny bohater i narrator (upraszczając sprawę), rasistą jest. W jego świecie nie ma też miejsca dla płci przeciwnej, która ma być trzymana w błogiej nieświadomości na temat tego, jak naprawdę wygląda świat. Równocześnie jest to jednak opowieść pełna współczucia na Innego i wściekłości, gniewu na temat tego, co biali ludzie robią w koloniach. Conrad zrywał współczesnym z twarzy maskę hipokryzji i kazał im patrzeć wprost na własne grzechy. I tak jest właściwie do dzisiaj. „Jądro ciemności” nieustannie zadaje nam jedno i to samo pytanie, co się naprawdę kryje pod tymi wszystkimi wielkimi słowami o wolności, miłosierdziu, miłości i… wyliczankę właściwie ciągnąć można by w nieskończoność w zależności od kontekstu czasowego. Dowodem na to jest chociażby „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli. Coppola znalazł klucz do opowiedzenia o amerykańskim doświadczeniu w Wietnamie, właśnie w powieści Conrada.

    Nieustannie też zaskakuje mnie, jak bardzo ta książka jest żywa w popkulturze. To nie tylko wspominany film Coppoli, ale także chociażby „Spec Ops: the line”. Świetna, chociaż niedoceniana, gra komputerowa, której linia fabularna opiera się właśnie na „Jądrze…”. Albo dwa ostatnie filmy o King Kongu, gdzie twórcy na różne sposoby i w różnych celach odwołują się do Conrada. Co oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze, wierzą, że ta opowieść jest ciągle atrakcyjna dla współczesnych widzów. A po drugie, wiedzą, że widzowie będą w stanie te odwołania odnaleźć i zrozumieć.

    I chyba teraz dochodzimy do powodu mojego oburzenia z powodu skreślenia Conrada z listy lektur. Sami w ten sposób wytrącamy sobie z rąk narzędzia do rozmowy ze światem. „Jądro ciemności”, ale też inne powieści, opowiadania Conrada, mogłyby być pomostem łączącym naszą literaturę, z literaturą światową. Nie staną się nimi. Na nasze wyraźne życzenie. Amerykańskie czy angielski dzieciaki będą wiedziały, dlaczego marynarze w „King Kongu” Petera Jacksona czytają „Jądro ciemności”. Polskie nie. Szkoda.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kiedy świtają tapety”, wspomnienie o Zbigniewie Herbercie

    Z poezją albo masz relacje ściśle intymne, albo nie masz ich wcale. Dobry wiersz czyta się tak, jakbyś to ty go napisał. Dobry wiersz jest twoim wierszem, dlatego przy każdej okazji powtarzasz z niego całe frazy, mamroczesz pod nosem strofy i wersy, ponieważ pasują do twojego życia. Są o tobie. Na tym polega fenomen poezji, która słusznie uchodzi za najwyższą ze sztuk słowa. Niewielu potrafi tak mówić i chociaż piszą miliony, prawdziwe pisanie wierszy to jedno z najbardziej elitarnych zajęć ludzkości.

    Herbert potrafił. Swoje studenckie lata (stan wojenny) przejechałem głównie na nieszczęśliwej miłości, śpiewaniu Kaczmarskiego i czytaniu Herberta. Miłość z nieszczęśliwej zmieniła się w szczęśliwą, gitarę z Kaczmarskim odstawiłem za szafę, a tamten tomik wierszy Herberta mam do dzisiaj, zaczytany do niemożliwości. Pożyczyłem go trzydzieści pięć lat temu z pewnej biblioteki miejskiej i nie oddałem, i już nie oddam. Biblioteka ma ze mnie inne korzyści, a ja mam cały czas tego samego, swojego Herberta. I o czym bym nie mówił, natychmiast ze strychu pamięci zstępuje cytat:

    Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele

    z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot

    kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret

    zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego

    nie ma frazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek

    Do Ryszarda Krynickiego – list

    To o elitarności poezji. Ilekroć sam próbuję coś napisać, myślę o piasku mowy, szuflami przesypywanym na tony wokół nas, z czego nic poza piaskiem nie zostaje. Był odtrutką na moją szarą, brzydką i dosyć podławą rzeczywistość lat osiemdziesiątych. Na powszechny brud i niechlujność oferował czystą, krystaliczną myśl, destylowaną z naszej cywilizacji, cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy. Mówiłem poprzednio o lusterku Gombrowicza, przystawionym do naszych twarzy (klik). Herbert przystawiał naszym czasom lusterko starożytności. Zabójcza ironia. Nigdy w tych zestawieniach nie wypadamy zbyt dobrze, bo jak tu być cnotliwym i szlachetnym, gdy „wkoło huczy wspaniałe życie/ rumiane jak rzeźnia o poranku” (Pan Cogito o cnocie). O tej rumianej rzeźni myślałem tak długo, aż przestałem jeść mięso.

    Cyzelował słowa z kaligraficzną zajadłością, potrafił zbudować wiersz z milczenia, pustki i „zabranego powietrza”. Uczył mnie pokory, wytrwałego piłowania formy w samotności, aż słowo dobije się do rzeczy. Prawie nigdy mi się nie udawało, jemu zawsze. Dlatego ten tomik trzymam w pobliżu, na półce przed nosem, żeby pamiętać. A jak już zupełnie nie wiem, jak brzmi dobra metafora, otwieram i czytam na wyrywki:

    Jest nagła wyspa Rzeźba morza kołyska

    groby między eterem i solą

    dymy jej ścieżek oplatają skały

    (…)

    Jej kruchość pośród wrzasku elementów

    gdy nocą w górach gada ludzki ogień

    a rankiem zanim wybłyśnie Aurora

    pierwsze w paprociach wstaje światło źródeł.

    Wyspa

    Za taki wers, jak ten o gadającym ogniu, pół życia by się oddało…

    Uczył mnie niezależności myślenia. Nie przeciwko komunie – przeciwko wszelkiej opresywnej ideologii, która włazi w nasze życie z buciorami oblepionymi brudną intencją i poucza, że to dla naszego dobra. Przyzwoitość – nikt lepiej od niego nie zdefiniował tego słowa, wraz z całym mozołem i surowością, jakie w nie wpisała ludzka natura. O tym przecież opowiada genialna postać Pana Cogito, który bywa tchórzliwy, ale i odważny, lękliwy, ale i pewny siebie, mały, ale i wielki. Przyzwoitość jest właśnie dla maluczkich i niedoskonałych, z jej pomocą mogą przekroczyć swoją małość.

    Śmiech mnie sarkastyczny bierze w swe objęcia gdy sobie przypomnę, jak przez lata polska prawica urabiała go na swojego wieszcza, powołując się na jakieś jego spory ze zdrajcą Miłoszem, złośliwości pod adresem Michnika i tym podobne publicystyczne wycieczki schorowanego poety. Gdyby ktoś chciał przywalić obecnej władzy mocną poetycką frazą, znajdzie ich u Herberta bez liku. Na przykład pod adresem posłanki, która z manierami peerelowskiej bufetowej nazywa opozycję parlamentarną „bydłem”, polecam fragmenty z Potęgi smaku o posyłaniu w teren „chłopców o twarzach ziemniaczanych/ bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”. A nasze obawy o to, co się dzieje dzisiaj w polskiej polityce, świetnie oddaje wiersz Do Marka Aurelego:

    to niebo mówi obcą mową

    to barbarzyński okrzyk trwogi

    którego nie zna twa łacina

    to lęk odwieczny ciemny lęk

    o kruchy ludzki ląd zaczyna

    bić I zwycięży…

    No i to genialne Przesłanie Pana Cogito. Uniwersalne, bo skierowane przeciwko każdej totalitarnej władzy i dziś powinni je chórem powtarzać nie ci, którzy ukryci za kordonem policyjnym demolują polską demokrację, lecz ci, którzy demonstrują na ulicach w jej obronie. To oni z „Gniewem bezsilnym” idą po „złote runo nicości”, swoją „ostatnią nagrodę”, aby zdobyć dobro, którego nie zdobędą. Nic lepiej nie oddaje stanu ich ducha, niż słynna strofa:

    Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

    dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają

    pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę

    a kornik napisze twój uładzony życiorys

    prof. Krzysztof Zajas

    Tak jest, kto chce używać poezji do politycznych celów, wystawia się na wielkie ryzyko, że poezja obróci się przeciwko niemu. Mówię o prawdziwej poezji tych kilku szamanów, którzy znali sekret zaklinania słów, nie o politycznych najmitach wpychanych teraz przez urzędników na listy lektur. Tym ostatnim polecam frazę: „także wspólna lektura szkolna/nie powinna stanowić przesłanki wystarczającej/aby zabić” (Rozważania o problemie narodu).Wiersz, nawet tak finezyjny i delikatny jak Herberta, to broń straszliwa i niebezpieczna dla nieumiejących się z nią obchodzić. Dlatego zawsze fałszywie i obco brzmiały dla mnie deklamacje poetyckie na akademiach szkolnych, używane do wzmożenia naszych narodowych uczuć, jakby chodziło o podanie środka odurzającego. Odpowiedziałbym tak:

    Rów w którym płynie mętna rzeka

    nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:

    na taką miłość nas skazali

    taką przebodli nas ojczyzną.

    Prolog

    Kiedy umierał o świcie 28 lipca 1998 roku, dokładnie dwadzieścia lat temu, nad Warszawą podobno przetaczała się burza. W oknach wystawowych stołecznych księgarń stał tego dnia jego ostatni tomik pt. Epilog burzy. Moje literackie uwielbienia lokowały się już wtedy gdzie indziej i nekrolog w gazecie przyjąłem z konstatacją zaledwie melancholijną, należną zacnym, zasłużonym żywotom. Człowiek odszedł, wiersze zostały. Banał. A zarazem wszystko. Oddalały się i zbliżały przez dwadzieścia lat, mniej lub bardziej potrzebne, ale są, cierpliwe, gotowe na jedno twoje skinienie. I kiedy myślę o tamtym odchodzeniu w burzy o świcie, wyciągam rękę, zdejmuję z półki wytartą, poplamioną książkę i czytam:

    to co po nas zostanie

    będzie jak płacz kochanków

    w małym brudnym hotelu

    kiedy świtają tapety

    Ładne, poeto. Ale nieprawdziwe. Zostaje wieczna namiętność do przenikliwej myśli, celnej frazy, cudownej metafory, od której kręci się w głowie. „Gdy nocą w górach gada ludzki ogień”. To jest prawdziwe.

    Ps. Wziąłem biografię Herberta pióra Andrzeja Franaszka i czytam, że Herbert był kobieciarz, konfabulant, alkoholik i pieszczoch komunistycznych władz, a swoją akowską przeszłość i wiele innych cnotliwych epizodów najzwyczajniej zmyślił. Cudne, poeto. Ta twoja niezmierzona ironia…

    Krzysztof Zajas – autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, literaturoznawca, literaturoznawca. Autor kryminalnej „Trylogii grobiańskiej” oraz horroru „Oszpicyn”.

  • Poniedziałek: Gombrowicz, wtorek: Gombrowicz…

    Środek wakacji, a ja myślę o zmarłych. Konkretnie o zmarłych pisarzach, którzy jakoś dziwnie czas letniej kanikuły sobie wybrali, by nas osierocić. Dzisiaj rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, za trzy dni Zbigniewa Herberta, w sierpniu odeszli i znowu odejdą Czesław Miłosz, Sławomir Mrożek, Janusz Głowacki… Sami bliscy, z niektórymi z nich miałem szczęście i zaszczyt rozmawiać. W czasach szkolnej młodości czytani zachłannie, łapczywie, z tym neofickim głodem małolata, żeby jak najwięcej przeżyć, zrozumieć, dowiedzieć się, jak to jest naprawdę z tym życiem. Odkładani na półkę, bo chciało się jeszcze dalej i jeszcze więcej. Ale to „dalej” wcale nie było lepsze, więc wracali na nocny stolik, podłogę przy łóżku, do plecaka, żeby być pod ręką. Żeby wspierać. Może celebrowanie tych rocznic trąci banałem, ale dla mnie to dobry moment, by jeszcze raz o nich pomyśleć, pożegnać dłonią z uniesionym kciukiem, wymamrotać pod nosem zapamiętany cytat. No i wrócić do książek.

    Gombrowicz. Drażnił nas, irytował, zgrywał się, prowokował do niemożliwości. Tak w pierwszym, powierzchownym odbiorze wypadało to jego megalomańskie: ja, ja, ja. Słynny początek Dziennika: „Poniedziałek: ja. Wtorek: ja. Środa: ja. Czwartek: ja”. Dopiero w następnych czytaniach ten najgenialniejszy dziennik literatury polskiej odsłaniał swoje prawdziwe mądrości, które już nie dotyczyły osobistego „ja” autora, tylko naszego polskiego „my”. Jego piekielnie wyostrzony hrabiowski floret intelektu kłuł celnie i boleśnie. Jasne, krytykowanie polskości jako wielkiego projektu narodowego nie należy do sztuk szczególnie trudnych i dzisiaj każdy felietonista to potrafi, ale w jego przypadku walka o nas miała charakter fundamentalny. Bardzo mi bliski. Kiedy zmęczony polityką, rujnowaniem naszych europejskich aspiracji i bezsilnością wobec kataklizmu prostactwa, sięgnąłem po latach do Dziennika Gombra, zakręciło mi się w głowie. Boże, jaki oddech! Jaka ulga, że był wśród nas ktoś, kto myślał! Nie tylko ogarniał cały ten cud badziewny, jak mówi Stasiuk, ale i szukał odtrutki. Na polskość. Na nas. Sami zobaczcie.

    Sto lat temu litewski poeta wykuł kształt polskiego ducha, dziś ja, jak Mojżesz, wyprowadzam Polaków z niewoli tego kształtu. Polaka z niego samego wyprowadzam…”

    To o jego poszukiwaniu nowej formy dla Polaka. Niemal wszystko, co pisał, było walką o nas, o wywleczenie nas z tego sarmacko-katolickiego grajdoła, w którym wczepiamy się w siebie ze strachu przed własną niemocą i nie wiemy co zrobić, żeby być sobą. A jak już wydaje nam się, że wiemy, to zaczynamy być sobą i jest jeszcze gorzej…

    Gombrowicz miał świadomość, że jego głos – choć idący ze środka, z samych trzewi polskiej ziemiańskiej mentalności – nie będzie wysłuchany, bo na słuchanie też jesteśmy osobliwie odporni:

    Śpij, trąbo moja, porzucona na śmietniku nie wyzyskanych polskich możliwości. Śmietnik. W tym sęk, że ja wywodzę się z waszego śmietnika. We mnie odzywa się to, co wy w ciągu wieków wyrzucaliście jako odpadki”.

    Otóż to. W naszym narodowym projekcie wydaje nam się, że jak coś przemilczymy, ukryjemy przed wzrokiem własnym i innych, zamieciemy pod dywan, to to zniknie. Jak będziemy powtarzać, że sarmacka Rzeczpospolita była tolerancyjna i w ogóle wspaniała, a pańszczyzna to najlepsze, co mogło się przydarzyć polskiemu chłopu – to cały świat to kupi i będzie nas podziwiał. Jak będziemy na kolanach przysięgać, że jesteśmy najgorliwszymi katolikami na świecie – to sam Bóg nas przytuli i wyniesie ponad innych. A przecież dawno już mądrzy ludzie powiedzieli, że prawda tkwi nie w tym, co deklarujesz, a w tym, co ukrywasz. Twój fałsz jest warunkiem twojej prawdy. A Gombrowicz przystawia nam tę myśl jak lusterko do naszych rozkosznych polskich pysków i pyta: co tam widzicie?

    Żeby nie było wątpliwości, problem ojczyzny dotyczy nie tylko obywatela, ale i pisarza. Przede wszystkim pisarza, bo to on, „syn wierny swego Narodu”, musi z tym narodem coś zrobić. A nadmiar myślenia intymnym relacjom z ojczyzną nie służy:

    Ojczyzna? Przecież każdy z wybitnych, wskutek po prostu wybitności swojej, był cudzoziemcem nawet u siebie w domu… ponieważ wszelka w ogóle sztuka pozostaje w najściślejszym związku z rozkładem, rodzi się z dekadencji, jest przetworzeniem choroby na zdrowie”.

    prof. Krzysztof Zajas

    Znowu chce się krzyknąć: otóż to! Bierzemy naszych wybitnych (którzy wybitność musieli zdobyć za granicą, bo u nas zjadała ich krytyka), przycinamy ich dzieła do naszych topornych obrazków samouwielbiającej się wspólnoty, po czym sycimy się ich głębią, jakbyśmy sami byli autorami. I tak to szło, że każdy z tych wybitnych musiał na swój sposób uporać się z kamieniem ojczyzny u szyi, śmietnikiem gnijącym pod dywanem, z tym chomątem dziedzictwa narodowego, które nie pozwalało mu być sobą: Herbert, Miłosz, Mrożek, Głowacki…

    To chomąto też wziąłem z Dziennika, włożył je Gombro na kark Miłosza:

    Lecz ja tutaj nie polemizuję z Miłoszem, który jest rasowym koniem – polemizuję tylko z jego chomątem, z tym wozem wypełnionym skrupułami, które mu przeszłość jego doczepiła”.

    Lubię to zdanie, bo świetnie chwyta, o co chodzi z ciężarem mojego dziedzictwa, mojej Ojczyzny na karku.

    Przez łamy literackich portali co jakiś czas przetacza się dyskusja o polskiej literaturze popularnej, wartości czy braku wartości polskich kryminałów itd. Zwolennicy i przeciwnicy twórczości Bondy, Mroza, Puzyńskiej okładają się argumentami, jakby o samą niepodległość chodziło. Gombrowicz, niezwykle wyczulony na wszelkie fałsze i kryjące się za nimi prawdziwe treści, podsuwa i w tej materii jadowitą myśl:

    Historia grafomanii polskiej więcej może powiedziałaby nam o nas niż historia Mickiewiczów i Prusów”.

    Chodzi nie tylko o tak zwany poziom artystyczny, bo jego kryteria są równie płynne jak style epoki, która go definiuje. Chodzi o rodzaj rozkoszy, jakiej zaspokojenia szukamy w tekście. Więcej o tobie mówi przyjemność czerpana z uprawiania i konsumowania literatury, niż twoje światopoglądowe deklaracje. Tu Mickiewicz i Jan Paweł II, a tam pornografia i mord. Perwersyjne, bo zbudowane na nienasyconym pragnieniu:

    I jeśli literatura w ogóle ośmiela się mówić, to wcale nie dlatego że jest pewna swojej prawdy a tylko dlatego, że jest pewna swojej rozkoszy”.

    I tak dalej, o wszystkim. Chcecie o Żydach? Proszę bardzo:

    Niestety! Ci, którym dano prawo do wyższości, nie mają prawa do równości”.

    W jednym zdaniu cały złożony kontredans stosunków polsko-żydowskich, w których Żydzi nigdy nie będą do końca Polakami, a Polacy nigdy nie dorównają Żydom. Gordyjski węzeł wyższości-niższości, który niejeden już Aleksander próbował rozwiązać za pomocą miecza.

    Sądy, opinie, uwagi, bon moty. A każde piekielnie inteligentne, bezkompromisowe, żadnych tam „nie wypada”, „za ostro”, „jeszcze się ktoś obrazi”. Zakutym w bezmyślności łbem trzeba wstrząsnąć, żeby zaczął myśleć, więc Gombrowicz wstrząsa. I taki jest moim zdaniem wyższy cel Gombrowiczowskiej prowokacji. Nie dla samego prowokowania, ale by zmusić do myślenia, „zniewalać do działania duchy opieszałe”.

    O lekturach szkolnych? O romantycznej miłości i jej uwikłaniu w patriotyzm? Proszę bardzo, Żeromski:

    Pomieszanie płci z Ojczyzną… dlaczego nie dało rezultatu? Liryzm miłosny tylko z pozoru jest indywidualny, ten stan ducha powstaje z poddania się gatunkowi: na zakochanym gatunek dopuszcza się gwałtu i nie ma większej różnicy pomiędzy żołnierzem, umierającym za ojczyznę, a kochankiem, który ryzykuje życie, aby posiąść ukochaną. Obaj wypełniają nakaz ważniejszy od wszystkiego, co osobiste – i ten, który broni gromady, i ten, który przedłuży jej istnienie w dzieciach, zrodzonych z kobiety, do której skłonił go instynkt”.

    Ale to już trochę zbyt brutalne dla wrażliwych nastolatków. Docenia się tę myśl później, znacznie później…

    Jak mówiłem, lektura Dziennika w z górą sześćdziesiąt lat od jego powstania i niemal pół wieku od śmierci autora bywa i ożywcza, i porażająca. Dobrze jest poczuć autentyczną siłę ducha prawdziwie niepokornego, zrodzonego w łonie naszego większościowo pokornego Narodu. Co poraża? Że te sprawy już kiedyś były tak ostro widoczne, że ktoś je nazwał po imieniu i nic się od tego czasu nie zmieniło. Uśpione demony znowu się zbudziły i toczą po nas mętnym, nienawistnym wzrokiem.

    Tak się bronię. Zdejmuję z półki starego, sprawdzonego przyjaciela, odwracam się tyłem do rzeczywistości i pogrążam się w literaturze. Co i wam polecam.

    Poniedziałek: Gombrowicz. Wtorek: Gombrowicz. Środa: Gombrowicz…

    Krzysztof Zajas

  • Lepiej pisze niż strzela, rozmowa z Chrisem Carterem

    Po zaciągnięciu Robina Cooka do dentysty, a Kuby Małeckiego do opuszczonej kamienicy w Warszawie, czas na Chrisa Cartera na strzelnicy. Pewnie nadejdzie taki moment, że ktoś się nie zgodzi, ale nie zapeszajmy, na razie wszyscy chętnie (?) przystają na moje dziwne pomysły. Oby jak najdłużej. Poszliśmy więc z Chrisem pogadać o jego najnowszej  książce w dość nietypowych okolicznościach przyrody, ale jakże typowych dla kryminału. Fakty są takie, że ja lepiej strzelam, Chris za to pisze kapitalne książki. Nie tak dawno na polskim rynku ukazał się „Rozmówca” – po przeczytaniu już prawdopodobnie nigdy nie skorzystacie z telefonu prowadząc samochód, bo konsekwencje mogą być takie, jak w najnowszej książce brazylijskiego pisarza.

     

     

     

  • „Smętarz dla książek”, felieton Bartosza Szczygielskiego

    Żyjemy w idealnym świecie, a przynajmniej tak muszą myśleć marketingowcy, bo według nich, co druga książką to bestseller. Wystawki w księgarniach zmieniają się szybciej, niż oferty w gazetkach promocyjnych największych supermarketów. Można by pomyśleć, że to bardzo dobre wieści, bo skoro tak się dzieje, to oznacza zainteresowanie klientów. Szkoda tylko, że to nieprawda, a smętarz dla książek stał się faktem. I to pewnie więcej, niż jeden.

    Nawiązanie do książki Stephena Kinga w tytule, jest nieprzypadkowe. Wprawdzie nie zamierzam udawać się na zapomniany cmentarz i grzebać tam czegokolwiek, ale byłoby to dość interesujące rozwiązanie. W powieści Kinga pogrzebane osoby wracały do życia, choć niekoniecznie w takiej samej formie, jak przed śmiercią. Widząc, co ostatnio opublikowane zostało na Facebook’u „Toruńskie Księgarnie Kameralne”, nie powiem, że pękło mi serce, ale poczułem, że przydałby się zmiany. I to duże.

    Jeżeli nie wiecie, co tam zamieszczono, pozwólcie, że wam wyjaśnię. Duża, żeby nie powiedzieć gigantyczna hala, która wypełniona jest książkami. Można pomyśleć, że to świetna sprawa, ale to nie targi czytelnicze, ale potężna wyprzedaż, gdzie książki leżą w kartonach, na ziemi i cholera wie, gdzie jeszcze. I nie są ułożone, ale rzucone byle gdzie i byle jak. Prawdopodobnie to przez samych zwiedzających halę, którzy przebierają między tytułami i próbują znaleźć wartościową pozycję. Takich tam raczej nie brakuje, a co więcej, kosztują „piątkę”. Wygląda to smutnie, a już szczególnie dla autora, który wie, ile pracy kosztuje stworzenie powieści. Tylko, że autor w całym tym biznesie ma niewiele do powiedzenia, a jeżeli mam być szczery, to do powiedzenia ma zero.

    www.unsplash.com/Masaaki Komori

    Wyprzedaż książek (nowych, przywiezionych wprost z wydawniczych magazynów) to pokłosie tego, jak wydawnictwa podchodzą do powieści. Wypuszczają co tylko mogą i najszybciej jak mogą, licząc na to, że któraś z nich „zaskoczy”. Wiecie, prawdziwy bestseller, a nie sztuczne pobijany blurbami i pięknie skonstruowanymi zdaniami o niczym. W końcu każdy może napisać, że „Powieść chwyci cię za gardło i nie pozwoli złapać tchu” czy „Trzymający w napięciu bestseller, który zachwycił czytelników”.

    Rocznie pojawia się w Polsce ponad trzydzieści tysięcy książek, ale oczywiście nie wszystkie są beletrystyką. Mamy przecież poradniki, albumy czy opracowania naukowe. Te ostanie uważam za więcej niż potrzebne, a pierwszą pozycję pozwólcie, że przemilczę. Czy naprawdę rynek potrzebuje kilkunastu poradników o tym samym albo kilkudziesięciu książek z przepisami na potrawy z jagód goi? Oczywiście przesadzam, ale wydawcy także. Mamy nadprodukcję powieści i nie powiecie chyba, że świat cokolwiek by stracił, gdyby niektóre z nich się nie pojawiły. Książki mogą służyć rozrywce, ale czy wymagam za dużo chcąc, by nawet takie pozycje były napisane chociaż… poprawnie.

    Na pierwszym miejscu w Top Empik znajduje się pewna perełka. Powieść „365 dni”, która reklamowana jest, jako połączenie „50 twarzy Grey’a” oraz „Ojca chrzestnego”. Wierzcie mi lub nie, ale oba te tytuły zostały poniżone samym faktem, że znalazły się na okładce. Dodam, że nie czytałem całości, zadowoliłem się fragmentem. W pierwszych scenach, mafijny boss wraca z ważnego i niebezpiecznego spotkania, gdzie podjeżdża na lotnisko. Czytelnik dowiaduje się wtedy, że facet zabrał ze sobą „swoich ludzi”, by ci wywarli na spotkaniu odpowiednie wrażenie. Szkoda tylko, że cały czas podczas niego, byli na lotnisku. Potem główny bohater gwałci stewardesę oralnie swoim nabrzmiałym sprzętem, ale to żaden problem, bo następnie jej dziękuje. Literówki i styl to kolejna rzecz, która sprawia, że zaczynam wątpić w przyszłość rynku wydawniczego.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Liczy się tylko to, by wydawać wszystko i to w jak największych ilościach. Potem wyrzucić worek pieniędzy na promocję lub mieć nadzieję, że sam autor jest na tyle rozpoznawalny w sieci, że koszty marketingu spadną do minimum. Co z innymi, bardziej wartościowymi powieściami? Cóż, też trafiają do księgarń, ale odroczone terminy płatności robią swoje. Koszty wystawienia na półki też. Czy zdarza się, że sklepy biorą książki, które nawet nie zostają otworzone i wystawione na półki? Tak sądzę. Książki wracają do wydawcy, a jego magazyny nie pozwalają na to, by wszystko przechowywać. W końcu jak wydaje się wszystko, co tylko można, trudno spodziewać się innego rezultatu. Trudniejsze w odbiorze książki mają „pod górkę”, bo marketing musi się bardziej postarać, by je sprzedać. Tylko po co się starać, skoro wyniki robią tandety?

    Autor taki jak ja, zaczyna się zastanawiać, czy jest w ogóle sens pisania kolejnej powieści. Ta może zostać zamordowana przez dział promocji i skończyć na smętarzu. Szkoda tylko, że książki, które tam trafiają, nie będą miały już drugiej szansy.

    Bartosz Szczygielski

     

  • Śledztwo, które niczego nie rozwiązuje

    Mam nadzieję, że czytacie ten tekst jeszcze przed wyjściem do kiosku, bo jest duża szansa, że zaoszczędzicie prawie pięć złotych, które możecie przeznaczyć na coś przydatnego. Wczoraj w mediach społecznościowych być może natknęliście się na informację, że w najnowszym wydaniu „Wysokich obcasów”, dołączanych do weekendowej „Gazety Wyborczej” ukaże się tekst, którego zajawka na okładce brzmi tak: „TAJEMNICA. KIM JEST PAULINA ŚWIST”. Po przeczytaniu uprzejmie donoszę, że ten materiał mógł się nazywać również: „NIE ROZWIĄZUJEMY TAJEMNICY PAULINY ŚWIST”.

    Żeby było jeszcze bardziej komicznie, to na każdej stronie rozmowy z autorką, w górnym prawym rogu, znajdziecie napis ŚLEDZTWO. Z owego śledztwa dowiecie się mniej więcej tyle, ile już wiecie z notki zamieszczonej na stronie wydawnictwa: Paulina Świst to pseudonim literacki adwokat prowadzącej kancelarię we Wrocławiu. Jeśli liczycie na to, że padnie nazwisko, zostanie pokazana twarz, to zamiast do kiosku – idźcie na spacer.

    Przejdźmy więc do rozmowy, bo jest tu kilka rzeczy wartych wynotowania. Trzy. Najpierw Paulia Świst oznajmia, że redaktor Anna Białkiewicz jest pierwszą przedstawicielką mediów, z którą poczytna pisarka się spotkała. „Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z dziennikarzem twarzą w twarz. Na pytania odpowiadałam tylko mailowo. Nawet telefonicznie nie, bo mam charakterystyczny głos i bałam się, że ktoś może go rozpoznać”. Zastanawia mnie więc, dlaczego i ta rozmowa nie odbyła się mailowo, skoro Czytelnik i tak nie dowiaduje się z niej tego, na co liczył po przeczytaniu zajawki tekstu?

    Dowiecie się też o sposobie pisania autorki, a jest on… Sami oceńcie. „(…) Siadam i piszę. Z głowy. Nie mam planu ani konspektu. Tylko jakiś zarys (…)”. To już skomentujcie sobie sami.

    Co do trzeciej rzeczy, którą chciałem wymienić, to po kolejnym przeczytaniu rozmowy stwierdziłem, że to jednak nie jest warte odnotowania. Decyzja więc należy do Was, albo dacie się nabić w butelkę i wydacie pięć złotych na „ŚLEDZTWO”, z którego nie dowiecie się absolutnie niczego wartego wydania tych pieniędzy, albo kupicie sobie czereśnie, póki jeszcze są. 

  • Polskie „House of Cards”

    Na kolejny, ostatni już sezon serialu House of Cards przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać, ale już 27 lipca na rynku ukaże się książka Jacka Wojciechowicza „Kulisy warszawskiego ratusza”. Chociaż nie jest to do końca prawdą, bo jest to praca, która powstała w duecie. Byłego wiceprezydenta Warszawy przepytuje Magdalena Rigamonti. Tytuł ukaże się nakładem wydawnictwa Od Deski do Deski. 

    Z ich rozmowy powstała książka będąca wywiadem rzeką, dzięki któremu czytelnik poznaje kulisy rządzenia stolicą Polski, gabinetowe rozgrywki o władzę, mechanizmy podejmowania decyzji dotyczących wielomiliardowych miejskich inwestycji. Operacja Euro 2012, zwolnienie doktora Chazana, afera reprywatyzacyjna, pomnik smoleński. Przez dziesięć lat pracy w warszawskim ratuszu, Jacek Wojciechowicz poznał wiele jego tajemnice. Teraz nadszedł czas aby je ujawnić…

    Część z Was powie, że nie przez przypadek książka ukazuje się na kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi. Oczywiście, będziecie mieli rację, bo przecież Jacek Wojciechowicz uczestniczy w bitwie o stanowisko prezydenta Warszawy. Jedno jest pewne, o tej książce będzie naprawdę głośno. Nie tylko w stolicy.