Kategoria: Aktualności
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #1
Kiedyś to było! Podobno w gazetach drukowali powieści w odcinkach, a co więcej, ludzie to czytali. Szok i niedowierzanie. Historia zatoczyła koło, bo nie dość, że będziecie taką „pokrojoną” powieść czytać co środę, to jeszcze w moim medium. Mam nadzieję, że będziecie do książki Krzysztofa Zajasa wracać tutaj co tydzień. Nie dla mnie. Dla niego, bo po prostu warto.
Adam Szaja, smakksiazki.pl
Drodzy Czytelnicy! Premiera kolejnego tomu „Trylogii pomorskiej” została przesunięta na przyszły rok i nic na to nie poradzę. Wasz żal z tego powodu był tak autentyczny i głęboki, że postanowiłem umilić Wam czekanie powieścią w odcinkach. Inaczej mówiąc, wracam do rozpoczętego kiedyś na Facebooku projektu Audiobooka, którego porzucenie do dzisiaj mnie gryzie. Zacznę jeszcze raz i spróbuję dopowiedzieć historię do końca. A nuż zaskoczy.
Zatem ruszajmy, Wędrowcze!
Krzysztof A. Zajas
AUDIOBOOK
1.
Coś z tą powieścią było nie tak. Niby normalny audiobook, z przyjemnym, miękkim głosem lektora i potoczystą narracją w tajemniczym, trochę staroświeckim klimacie – a jednak go irytowała. Najpierw to głupie „r”. Wiadomo, niektórzy mają z nim problem i ześlizgują się w „j” albo „l”, czasem nawet w „d”, zwłaszcza przy przeziębieniach. „Dodłodyło mie chodóbsko”, oświadczył wczoraj szef w pracy. I poszedł do domu. A on teraz za niego musiał pędzić samochodem przez pół Polski, w dodatku przez to drugie pół, na którym nie ma autostrad, i tylko po to, by zawieźć do pewnej wschodniej diecezji dokumenty supertajnego kontraktu. Tak jakby nie można było ich wysłać kurierem. „Nie mam zaufania do kudieda”, powiedział szef przed trzaśnięciem drzwiami, „mode być tdefny”. Zasdany kudied. Służbowe volvo kancelarii rozgarniało teraz mrok podlaskiej prowincji reflektorami, a on słuchał powieści, z którą coś było nie tak. Wschód. Ciemność i łuny. Katastrofizm endemiczny. Jak to seplenił hetman Czarniecki z dziurawym podniebieniem? „Huia wiaia na Tataia!”. Jasne, powodzenia.
Głos lektora jakby przycichł, więc podkręcił głośność, ale niewiele pomogło. Nasiliły się szumy i brzęczenia, a tekst sączył się ledwo ledwo, jakby zza cienkiej ściany. Czytał profesjonalny aktor, który starannie pracował nad dykcją, ale to jego mamrotliwe dddd było wkurzające. Wcisnął potencjometr na kierownicy. Głośniki zaszumiały jak ocean, co jeszcze bardziej przytłumiło „pdofesjonalnego aktoda”. Nie, to chyba coś z korektorem dźwięku. Przejął kierownicę lewą ręką, a prawą włączył komputer. Ekranik wysunął się na środku kokpitu jak gadżet Jamesa Bonda i zaproponował ustawienie dźwięków i obrazków zgodnie z życzeniem szanownego służbowego użytkownika naszego superkomfortowego volvo. Pieddu, pieddu. Usiłował trafić w wyświetlacz. Najpierw przez pomyłkę wyłączył sobie nawigację i zaklął (kudwa matć), po czym schował panel i wysunął go ponownie licząc na łatwy reset pamięci. Nie do końca się udało, ale znalazł wreszcie opcje korektora: jazz, rock, classic, pop. Może jednak pop…

www.unsplash.com/Per Lööv Podniósł wzrok. W światłach reflektorów zobaczył zakręt z gwałtownie zbliżającym się drzewem. Zdążył pomyśleć, że to dąb i mocno odbił w lewo. Zarzuciło tyłem, odbił w prawo, potem jeszcze raz w lewo i dodał gazu. Tak go uczył sąsiad, podwórkowy mistrz kierownicy. Superkomfortowe volvo zatańczyło na asfalcie boogie woogie, zakręciło biodrami, machnęło szpagat i… wróciło na pas. W ostatniej chwili, bo z naprzeciwka tuż obok niego przewaliła się olbrzymia ciężarówka. Niemal słyszał zgrzyt obcieranego lusterka. Gdy tylko ucichł jej ogłuszający łoskot (leciała dobrze ponad setkę), zdjął nogę z gazu i zaczął hamować, tym razem bardzo delikatnie, jakby na tylnym siedzeniu wiózł weselny tort, taki z kretyńską figurką młodej pary na szczycie. Kiedy wreszcie udało mu się zjechać na pobocze, wrzucił luz, spocone dłonie wytarł o spodnie i dopiero wtedy ryknął:
– Aaaaa! Coooo sieeee dziejeeee!
Pomogło. Dyszał ciężko, trzymając kierownicę jak koło ratunkowe. Jezu, spokojnie. Nic się nie stało. Jesteś zmęczony i powinieneś odpocząć. Posiedź tak chwilę, a potem rusz powoli i dojedź do najbliższego motelu, gdzie zrobisz sobie przerwę. Może nawet się zdrzemniesz. Na tym zadupiu lepiej nie ryzykować.
Zorientował się, że z głośnika cały czas płyną słowa powieści. W zamieszaniu zgubił wątek i teraz nie bardzo kojarzył, o czym jest mowa. Lektora jednak nic to nie obchodziło i gadał dalej tym swoim dddd. Wędrowiec właśnie pożegnał się z uczynnymi gospodarzami i wyruszył w dalszą drogę…
…mocnym ściągnięciem cugli osadził konia w miejscu i spod szerokiego ronda podróżnego kapelusza zerknął w lewo. Od głównego gościńca odchodził wąski trakt, rzadko uczęszczany, skoro porastała go trawa ze słabo tylko zaznaczonymi liniami kolein. Słońce zaszło właśnie za drzewa i jasny dzień nagle zmienił się w szary zmierzch, co nie martwiło naszego wędrowca, a wręcz przeciwnie. Lubił nocne podróże. Boczny trakt stanowił teraz w zapadającym wieczorze dwie czarne ścieżki, wiodące wprost do majaczącego w oddali bladożółtego światełka. Okno. Na nim spoczęła uwaga naszego wędrowca, ponieważ było okrągłe i umieszczone znacznie powyżej poziomu parteru, na wysokości wierzchołków sosen otaczających tajemniczy budynek.
– Okrągłe okno wysoko w górze, a w nim światło świecy? To musi być wieża księżniczki, w najgorszym razie chatka czarownicy – pomyślał wesoło mężczyzna i skierował konia na ciemny trakt. Po to są nocne wędrówki: by wniknąć pod skorupę materii i zanurzyć się w magię…
„Nocne wenddufki pod skodupę magi”, wyseplenił ze złością w przednią szybę. Co za idiotyczny tekst. Wykrzywił się do lusterka wstecznego w grymasie zniesmaczenia, ale oczy miał pogodne. Rozpierała go wesołość, absurdalna wziąwszy pod uwagę fakt, że przed chwilą omal nie stracił życia. Nie, to miało swój oryginalny smak, jak piwo z niszowego browaru. Warknął, zamiauczał, zrobił dwie głupie miny do lusterka i stwierdził, że już wszystko z nim w porządku. Wrzucił bieg i wyjechał na szosę. Nagły skok adrenaliny skutecznie pozbawił go niedawnej senności i zmęczenia. Podekscytowany i pełen nowej werwy, z niejasnym poczuciem wdzięczności dla samego siebie za uratowanie życia, miał teraz ochotę na jakiś mocniejszy kawałek. Sięgnął do panelu sterowania, by poszukać w folderach pendrive’a najnowszej płyty Judas Priest Firepower, gdy nagle powieść urwała się w pół słowa i zabrzęczał sygnał telefonu. Pacnął palcem w napis ODPOWIEDZ.
– Cześć, Misiaczku, jedziesz sobie?
Magda.
„Tak, do stu tysięcy zjełczałych kaszalotów, jeszcze jadę! Jeszcze mnie wściekły tir nie przemielił”. Oczywiście, nie krzyknął tego. Zjełczałe kaszaloty? Co za fajans!
– Jadę sobie. Cholernie ciemno, chyba cała planeta zgasła.
– Uważaj na siebie – zaszczebiotała żona i poczuł, że jednak przyjemnie byłoby teraz leżeć obok niej w ich sypialni. Wyciągnąłby rękę i pogładził sobie to i owo. Poczuł wzwód.
– Uważam, i to nawet nie wiesz jak.
– Chroń, co w tobie najcenniejsze – szepnęła zmysłowo.
– A co we mnie najcenniejsze?
Zachichotała i się rozłączyła.
…wznosił się za budynkiem wielki komin, co upodabniało go do małej fabryczki. Światełko w oknie zgasło, jakby chciało ukryć swoje istnienie przed nieoczekiwanym intruzem.
Fabryczka w lesie? – zdziwił się nasz wędrowiec. – To wspaniale. Chodźmyż sprawdzić, jakie nowe przygody szykuje dla nas leśne odludzie.
Dziarsko zeskoczył z wierzchowca i poprawiwszy kapelusz, skierował pewnie swe kroki do ciemnych, półrozwartych wrót. Szarość pogłębiała się z każdą minutą zapadającego wieczoru i rzeczy wkoło traciły barwy. Tym bardziej więc zdziwił się, gdy w okrągłym okienku, teraz już zaciemnionym, rozbłysła para jaskrawych, zielonych oczu.
– No proszę, jednak jestem oczekiwany – stwierdził raźno wędrowiec i zmacał prawą dłonią rękojeść sztyletu ukrytego pod połami płaszcza. – Trzymaj się, księżniczko, zaraz tam będę!
Zielone oczy nie były księżniczką, to jasne. Były śmiercią. Z czego on się tak cieszy? Ale może nie uprzedzajmy wypadków…

www.unsplash.com/Sylas Boesten „Co za popieprzona powieść!”, mruknął ściskający kierownicę Damian Lipczyk. Po co on tam lezie? I jeszcze tak na bezczela, od frontu! Zakradłby się, albo co…
Przestał grzebać w panelu i podkręcił głośność. Czuł narastającą irytację z powodu tej powieści, rozdrażnienie puchło w nim (jak zjełczały kaszalot!), ale nie potrafił dojść źródła swojej irytacji. Po co ta Magda zadzwoniła? Żeby się spytać, czy jedzie? No jedzie, a co ma robić. Wprawdzie przed chwilą o mało nie przestał jechać, ale jedzie. A tamten idzie. Zielone oczy śmierci – co za banał!
…schody musiały skrzypnąć, ponieważ były schodami starej fabryki cegieł w głębi lasu i tego od nich wymagała konwencja opowieści. Stąpając w górę w kompletnej ciemności nasz wędrowiec odczuwał dreszcz podniecenia, jaki mógł porównać jedynie z najsłodszymi figlami w ramionach pięknej kobiety. Zacisnął palce na rączce sztyletu. Oczywiście, tak, cudownie! O tę chwilę chodziło, na nią czekał cały dzień u nudnych gospodarzy na skraju wsi, dlatego z takim pośpiechem ich o zmierzchu pożegnał. Śpieszno mu było do celu, który wszak w życiu jest najważniejszy, nieprawdaż? Och, życie!
Wyszarpnął sztylet zza pasa akurat w momencie, gdy rozcapierzone palce wypadły z mroku jak wściekłe węże, by zacisnąć się na jego szyi. Wziął potężny zamach…
Tekst znowu się urwał. Tym razem brzęknął dzwonek esemesa i automatyczna paniusia firmy U-link zaczęła drewnianym głosem odczytywać dziwne słowa: Twoja wiadomość od siedem, dziewięć, ukośnik, do, w górę, hasztag, osiem, nieskończoność, minus dwa, równa się zero, ukośnik, plus, dwukropek, cztery, pięć, sześć, sześć, sześć, omega…Drżąc z przejęcia klepnął w panel na oślep, żeby rozłączyć ten pieprzony telefon i dowiedzieć się, do kogo należały palce w ciemności, ale znowu trafił w niewłaściwą kratkę i wyświetlacz w ogóle zgasł. MENU GŁÓWNE. Wcisnął BACK i wróciła wyliczanka: osiem, ukośnik, nieskończoność…
– Spierdalaj mi z tym! – krzyknął na całe gardło. Jego irytacja przeszła we wściekłość, autentyczną, prawniczo-kancelaryjną wściekłość. Telefon przestał dzwonić i tekst się nie włączył ponownie. Napis AUDIO pulsował jak szyderstwo. Wcisnął jeszcze raz wybór folderu, gdzie odnalazł tytuł powieści i spróbował uruchomić odtwarzanie. Udało się. Odsapnął z ulgą. Ja ci dam „osiem, ukośnik, nieskończoność”, głupia cioto.
…nie widział w ciemności, krew zalewała mu oczy, z których jedno było już całkiem ślepe. Wyrwał je razem z długaśnym i skorupiastym palcem, który go sięgnął. Ale nie czuł bólu, jedynie rozkosz. Bo czymże jest życie, jeśli nie rozkoszą jego ubywa…
Inżynier projektujący tunel pod nasypem kolejowym z pewnością był dobrym człowiekiem i nie miał zamiaru nikogo krzywdzić. Na wyobraźni mu jednak nie zbywało. Zupełnie nie przewidział tego, że kierowca zajęty szukaniem czegoś na panelu podczas prowadzenia pojazdu z nadmierną prędkością (brzmi jak fragment raportu, który za kilka godzin będzie mozolnie układał aspirant Firlej), może stracić panowanie nad kierownicą. Dlatego nie należy stawiać tunelu na końcu długiego łuku. A jeśli już, to nie należy ustawiać przed nim ukośnych barier ochronnych, które mogą zadziałać jak skocznia. Służbowe volvo Damiana Lipczyka wśliznęło się na aluminiową szynę, poszybowało w górę i błyskało przez sekundę w powietrzu jak pojazd kosmiczny, zanim z piekielnym zgrzytem roztrzaskało się o betonowe sklepienie. Deszcz plastikowych odłamków oprószył asfalt. Oko, które by to widziało, dostrzegłoby kłąb superkomfortowego złomu, w zwolnionym tempie opadającego w rozwarte ramiona wiaduktu. Ucho, które by to słyszało, zarejestrowałoby najpierw potężny huk gniecionej blachy, a następnie krzyk przepłoszonego leśnego ptactwa. I monotonny głos „pdofesjonalnego aktoda”, jaki ciągle jeszcze dobywał się z głębi dymiącego żelastwa.
Cdn.
-
Czy ktoś pisze jeszcze książki piórem?
Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: tak, przynajmniej jedna osoba. Maciej Siembieda wpuścił do domu kamerę smakksiazki.pl, dzięki czemu możecie się dowiedzieć, jak powstaje „Wotum” – najnowsza książka autora, m.in. „Gambitu”. Zajrzyjcie więc za kulisy, a przy okazji dowiedzcie się ciekawych rzeczy o tym, dlaczego pisanie na papierze ma więcej plusów niż komputerowe.
-
„Niedźwiodek Puch” nadchodzi!
Grzegorz Kulik nie zwalnia tempa. Po tym, jak wziął na warsztat „Małego Księcia”, a także „Dracha” Szczepana Twardocha, przetłumaczył na język śląski przygody sympatycznego niedźwiadka, znanego w niektórych kręgach Kubusiem Puchatkiem, a w oryginale, bo tłumaczenie jest właśnie z angielskiego „Winnie the Pooh”. Książka ukaże się w listopadzie nakładem wydawnictwa Media Rodzina.
Tłumacz opowiedział mi o specyfice oryginału, a także, co najciekawsze – jak będą nazywali się bohaterowie śląskiej edycji przygód Kubusia Puchatka i całej ferajny. Obejrzyjcie! Jeśli chcecie przeczytać przetłumaczony fragment, to zajrzyjcie na profil Grzegorza (klik).
-
„Bo wydawać to trzeba umić”
Niski poziom czytelnictwa wywołuje dwie podstawowe fale niepokojów: natury cywilizacyjnej oraz o kondycję branży wydawniczej. W pierwszym przypadku umartwianie się jest całkowicie uzasadnione, wszak nie chcemy (nie chcemy?) żyć pośród barbarzyńców. Ale w drugim?
Jeżeli spyta się wydawcę, jaki jest polski rynek książki, prawdopodobnie powie, że trudny. Bo konkurencja ogromna. Bo współpraca z dystrybutorami to koszmar. Bo nie ma ustawy o jednolitej cenie książki. Bo pisarzy jak psów i nie wiadomo, których warto wydawać. Bo Netflix. I wreszcie: bo ludzie nie czytają. To znaczy czytają przeraźliwie mało. Według Biblioteki Narodowej po przynajmniej jedną książkę rocznie sięga ledwie 37 proc. Polaków.
To wszystko prawda. Przez kumulację różnych czynników wydawcy nie mają lekko, a przynajmniej nie tak lekko jak kiedyś. I dlatego – jak powiedziałby mierny coach – muszą wyjść ze swojej strefy komfortu. Czyli poszukać nowych modeli biznesowych. Czyli wymyślić na nowo, jak zarabiać na książkach.
I choć brzmi to jak nie lada wyzwanie, patentów na zarabianie w branży wydawniczej – tak jak i w każdej innej – jest multum.
Jeden z ciekawszych zaprezentował Radosław Kotarski, twórca popularnonaukowego kanału youtube’owego Polimaty i właściciel wydawnictwa Altenberg. Mówi się o nim, że to wydawca celebrytów. Nie dziwne. Kotarski trzyma w swojej stajni gwiazdy telewizji (jak Tomasz Kammel czy Pascal Brodnicki), znanych youtuberów (jak Arlena Witt czy Ewa Grzelakowska-Kostoglu – lepiej znana jako Red Lipstick Monster) oraz samego siebie (w swoich książkach obala popularne mity i radzi, jak się powinno uczyć). Patent zaś polega na tym, że nie sprzedaje książek w sposób tradycyjny, lecz przy pomocy własnych kanałów dystrybucji – oczywiście wspieranych marketingową mocą autorów.
Efekt? Od września 2017 roku, kiedy wystartował Altenberg, firma Kotarskiego wypracowała 13,96 mln złotych przychodu (w tym 13,1 mln z książek) i 1,76 mln czystego zysku – dla tak młodego biznesu to imponujący wynik, i to bez względu na branżę. W tym czasie wydała 12 tytułów, które w ciągu niespełna dwóch lat sprzedały się łącznie w 250 tys. egzemplarzy. A to oznacza, że na konto Pajacyka wpłynęło ponad milion złotych – bo z każdej sprzedanej sztuki wydawnictwo przekazuje 4 złote na program dożywiania dzieci w szkołach.

www.unsplash.com/AbsolutVision Kotarski przyznaje, że ten model działania – własna dystrybucja i przekazywanie środków ze sprzedaży na cele charytatywne – podpatrzył u Michała Szafrańskiego. W swoim wydawniczym życiu twórca popularnego bloga „Jak oszczędzać pieniądze” zastosował jeszcze bardziej restrykcyjną selekcję – wydaje wyłącznie siebie. Ale za to ze spektakularnym skutkiem.
W nieco ponad rok jego „Finansowy ninja”, czyli swoisty podręcznik zarządzania kasą, przyniósł mu ponad milion dolarów przychodu, co przełożyło się na 1,9 mln złotych na rękę! To nieoficjalny rekord polskiego self-publishingu, na który Szafrański skusił się po tym, gdy nie mógł dojść do porozumienia z tradycyjnymi wydawcami. (Swoją drogą, to jeden z niewielu polskich przedsiębiorców, który chętnie ujawnia arkana swojego biznesu. Jeżeli ktoś jest w podobnym położeniu do niego – robi coś, co przyciąga dziesiątki tysięcy odbiorców, i ma smykałkę literacką – może znaleźć na blogu Szafrańskiego gotowy przepis na sukces wydawniczy. Wystarczy umieć czytać ze zrozumieniem. No i pisać. Tylko tyle i aż tyle).
Tradycyjni wydawcy też mają sposoby na spadek czytelnictwa. Skoro Polacy czytają mało, trzeba podsuwać im tych autorów, których czytają wszyscy. Albo znaleźć pojemną literacką specjalizację. Albo sensownie skonstruować model dystrybucji. Albo… robić wszystko po trochu i dobrze.
Wydawnictwo Sonia Draga wygrało polski wyścig o Dana Brown i E.L. James, którzy dość powszechnie uchodzą za grafomanów, ale sprzedają się doskonale bez względu na szerokość geograficzną. W maleńkim Wołowcu powstało Czarne, które jest ulubionym wydawnictwem połowy moich znajomych – hurtowo wypuszcza na rynek utwory najlepszych polskich reportażystów. Czarna Owca przestawiła się z wydawania książek psychologicznych na skandynawskie kryminały i osiągnęła niemały sukces, ściągając do Polski Stiega Larssona, autora „Millenium”, a potem całą masę jego następców – Davida Lagencrantza,Lizę Marklund, Håkana Nessera czyCamillę Läckberg (zastrzeżenie: Czarna Owca wydaje moje książki, ale nie dlatego o niej wspominam). Z kolei bracia Olesiejukowie zbudowali prawdziwego książkowego behemota, mającego własną drukarnię, wydawnictwo i sieć dystrybucji. Spora część branży zarzuca im, że nie pełnią roli kulturotwórczej i wypuszczają na rynek produkty książkopodobne (kolorowe poradniki i książeczki dla dzieci, które są kompulsywnie kupowane w dyskontach – np. w Biedronce). Ale podejrzewam, że mając biznes osiągający kilkaset milionów złotych przychodu i regularnie przynoszący wielomilionowe zyski, bracia mogą z tym jakoś żyć.
Jaki z tego morał? Przede wszystkim taki, że aby zarabiać na książkach, trzeba być sprawnym biznesmenem, a nie hobbystą. I pogodzić się z tym, że od ideałów ważniejszy jest Excel, co pokazują przypadki Olesiejuków czy chociażby Agory – profeministycznej firmy, która stoi za „Wysokimi Obcasami” czy „Dużym Formatem”, a mimo to postanowiła wydawać Blankę Lipińską (jest spółką giełdową, musi więc dbać o akcjonariuszy).
Pozostaje pytanie, czy wydawcy mogą narzekać. Pewnie, że tak. W końcu to nasz narodowy obowiązek, który sam sumiennie wypełniam (choćby w tym tekście). Ale skoro już jesteśmy w polskich klimatach, to wydawcy powinni także mieć na uwadze, że inni mają gorzej. Niewielu, naprawdę niewielu przedsiębiorców ma przywilej walki o rynek, na którym prawie czterech na dziesięciu Polaków jest ich potencjalnymi klientami. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy rozmawiałem z ludźmi tworzącymi wiele pozornie nieskalowalnych biznesów – sprzedających produkty do przedłużania rzęs albo lakiery hybrydowe, produkujących roboty edukacyjne, oferujących aplikację do kreowania spersonalizowanych pudełek czy wytwarzających technologię do nanodruku. Żaden z nich nie narzekał na rynek. Każdy był święcie przekonany, że właśnie odnalazł swoje eldorado. Nic, tylko chwytać za kilof i kopać.
PS. Jeff Bezos zaczynał przygodę z przedsiębiorczością od uruchomienia księgarni internetowej. Jako że zdecydował się na ten ruch, będąc nieźle zarabiającym menedżerem z Wall Street, jego koledzy pukali się w czoło. Internet? Okej. Ale książki? Ta księgarnia nazywa się Amazon. Dziś sprzedaje nie tylko książki. A Bezos nie jest jedynie internetowym księgarzem, lecz najbogatszym człowiekiem świata, dysponującym fortuną szacowaną na ponad 100 mld dolarów.
Wniosek? Cała nadzieja w książkach.
Krzysztof Domaradzki jest dziennikarzem polskiego wydania „Forbesa”, a także autorem kryminałów. Jego najnowsza powieść „Reset” ukaże się osiemnastego września.
-
„Writers block”, felieton Wojciecha Chmielarza
Pisanie felietonu w szczycie ostatniej sierpniowej fali upałów nie jest łatwym zadaniem. Pot ze mnie spływa, ciężko mi się oddycha, a równocześnie w głowie mam pustkę. A pokusa, żeby zadzwonić do smakksiazki.pl i powiedzieć mu, że sorry, ale tym razem z tekstu nici jest coraz większa.
Cała ta sytuacja naprowadza mnie na pomysł napisania tekstu na temat, który przeraża każdego pisarza. Mowa o twórczej blokadzie, o czymś co anglosasi nazywają „writers block”. Państwo znają ten obrazek z telewizji i kinowych ekranów. Pisarz lub pisarka siedzący godzinami przy biurku, z rękoma zawieszonymi nad klawiaturą i wpatrujący się niemo w pusty ekran komputera. Albo wyrzucający do kosza jedną za drugą zmiętą kartkę papieru. Popkulturowo najsłynniejszym chyba przykładem blokady twórczej jest Jack Torrance z „Lśnienia” Stephena Kinga. Aspirujący pisarz, który wyjeżdża spędzić zimę w odciętym od świata hotelu i gdzie ma nadzieję skończyć swoją wielką powieść. A potem spędza całe dnie stukając na maszynie jedno i to samo zdanie: All work no play makes Jack a dull boy. Możemy zastanawiać się, czy to być może przez blokadę Jack poddał się wpływom demonicznego hotelu, a może było odwrotnie – to hotel sprowadził na bohatera twórczą niemoc.
Twórcza niemoc jest czymś, co spotkało znacznie lepszych pisarzy ode mnie (żeby była jasność, całkiem jest ich sporo). Zmagał się z nim F. Scott Fitzgerald, Franz Kafka, Lew Tołstoj czy Joseph Conrad, żeby wymienić tylko prawdziwych tytanów literatury. Osobnymi przypadkami są takie postacie jak J.D. Salinger czy Harper Lee, którzy napisali kilka pozycji, odcisnęli swoje piętno na literaturze, a potem zamilkli na dekady. Wikipedia (zapomnijmy na chwilę, że niekoniecznie jest to wiarygodne źródło informacji, a przypomnijmy sobie, że piszę ten tekst w pośpiechu i w sierpniowym upale) podpowiada mi, że twórcza niemoc została po raz pierwszy opisana profesjonalnie przez psychoanalityka Edmunda Berglera w 1947. I od tego czasu poświęcono jej sporo badań.

www.unsplash.com/Florian Klauer Jakie są więc przyczyny blokady pisarskiej? Wygląda na to, że ilu pisarzy, tyle blokad. Ale najpopularniejszymi powodami są stres, perfekcjonizm, obawa przed krytyką, goniące terminy, ale także zmieniająca się gwałtownie kondycja życiowa (problemy finansowe, rozwód, śmierć kogoś bliskiego, problemy psychiczne, depresja i inne). Jest to też napięcie związane z tym, czy oddajemy czytelnikom książkę równie dobrą jak nasze poprzednie prace. Strach przed obniżeniem lotów bywa paraliżujący. Towarzyszy temu również wytłumaczenie czysto biologiczne, które może wydawać się banalne, chociaż mnie uwodzi trochę swoją prostotą oraz logiką. W sytuacji stresu główne procesy decyzyjne rozgrywają się w układzie limbicznym, a nie w korze mózgowej. I tutaj wyjaśnimy sobie jedno. Układ limbiczny to taki pierwotny narząd, zakopany głęboko w naszym mózgu, który na wszystkie dylematy ma dwie odpowiedzi – walcz albo uciekaj. Z kolei kora odpowiedzialna jest za myślenie twórcze. Czyli im bardziej pisarz zestresowany, tym staje się mniej kreatywny (co od razu falsyfikuje popularną tezę, że „artysta głodny jest o wiele bardziej płodny”).
Są oczywiście tacy pisarze, który twierdzą, że blokada twórcza ich nie dotyczy. Jednym z nich był William Faulkner, który twierdził, że pisze tylko wtedy, kiedy ma natchnienie. A potem dodawał, że na szczęście u niego natchnienie pojawia się codziennie o dziewiątej rano, kiedy siada przy maszynie. Podobnie uważał Jack London. Patrick Rothfuss, autor powieści fantasty, twierdzi z kolei, że całe to gadanie o blokadzie to nic więcej jak robienie przez pisarzy wokół siebie zamieszania, próba pokazania, razem z opowieściami o muzie i natchnieniu, jacy to wyjątkowi niby jesteśmy.

www.unsplash.com/Andrew Seaman A co ze mną? Nigdy nie zdarzyło mi się cierpieć na twórczą niemoc. Niemniej, rozumiem strach, jaki może być związany z wypuszczeniem kolejnej książki. Przeżywałem to kilka tygodni temu, kiedy wielkimi krokami zbliżała się premiera „Rany”. Wiedziałem, że po „Żmijowisku” moja sytuacja zupełnie się zmieniła. Przy cyklu o Mortce, „Wampirze” i „Zombim”, nawet biorąc pod uwagę, że były to na przykład moja piąta, szósta czy siódma książka, dla czytelników zawsze byłem przyjemną niespodzianką. Kimś, kogo dopiero poznają i kto przyjemnie ich zaskoczył. Jasne, nie zawsze. Była grupa, rosnąca z każdą powieścią, wiernych czytelników, którzy mi towarzyszyli i kibicowali (dzięki wielkie za to!), ale tak naprawdę szersza publiczność mnie nie znała. Zmieniło się to po „Żmijowisku” właśnie. Nagle okazało się, że czytelnik ma wobec mnie pewne oczekiwania. A ja nie miałem pojęcia, czy jestem w stanie je spełnić.
„Rana” jest już na księgarskich półkach. Możecie Państwo po nią sięgnąć. A wcześniej przeczytać recenzje. Niektóre są dobre, inne złe, ale generalnie jest, mam wrażenie, nieźle. Ale wracając do tematu tego felietonu – jak ja sobie radzę z twórczą niemocą? Po prostu siadam i piszę. Żeby się rozruszać. Żeby zacząć. Żeby napisać kilka słów, kilka zdań, akapitów, które potem pewnie wywalę, ale które sprawią, że coś zrobię. Ruszę do przodu. Pisać, pisać, pisać. Chociażby felieton na temat blokady pisarskiej na ponad pięć tysięcy znaków.
Wojciech Chmielarz
-
„Chipowanie ludzi? To już się dzieje”. Tomasz Lipko opowiada o „Loginie”
Powiem Wam wszystko, jak na spowiedzi. Wymyśliłem sobie, że skoro Tomasz Lipko umieścił jedną z ważniejszych scen „Loginu” na warszawskiej Pradze, to wypada się z nim właśnie tam spotkać. Nie miałem większych obaw, bo przecież nagrywaliśmy już tam, np. Chrisa Cartera. Tym razem mieliśmy mniej szczęścia, bo w trakcie rozmowy zaczęto rzucać w nas kamieniami. Wyciąłem to z materiału, bo jednak te kamienie nijak mają się do fabuły, ale jak mawiał klasyk, niesmak pozostał.
Na szczęście nie było strat w ludziach, w sprzęcie też nie, więc możecie sobie zobaczyć naszą rozmowę w tych wyjątkowych okolicznościach przyrody. Czy policjant, proboszcz i prokurator skutecznie stawią czoła złu? Co jest na chipie, który umieścił przed śmiercią w swoim ciele znany dziennikarz? Co wspólnego z tym ma jego córka? Przekonajcie się sami, czy ksiądz Bartłomiej Heller jest w stanie zhakować ludzką duszę.
-
Wrześniowe premiery, co wybrać?
Zaczyna się. Sporo premier, a wśród nich – sporo fajnych premier. Przejrzałem wrześniowe zapowiedzi, odsiałem ziarno od plew, i serwuję Wam taką oto listę. Coś wybierzecie, czy czekacie jednak na wysyp październikowych nowości? Kliknijcie w interesującą Was okładkę, a zostaniecie przeniesieni na stronę empik.com, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o książce, a także ją zamówić.
-
Smakksiazki.pl znów nadaje, czyli #podcast. Co warto kupić jesienią?
Koniec urlopów, wrzesień za rogiem, zaczną się spotkania autorskie, targi, czyli intensywny czas w branży, więc intensywny również dla czytelników. Co wybrać z nawału jesiennych nowości? Na co zwrócić uwagę? Na które pozycje wydać pieniądze?
Do drugiego odcinka podcastu zaprosiłem Sonię Dragę z, nie uwierzycie, Wydawnictwa Sonia Draga, Agatę Wiśniewską z Wydawnictw Albatros, a także Marcina Baniaka z Wydawnictwa Literackiego.
Żeby nie było, że mówimy tylko o nowościach tych wydawnictw, to przedstawiam Wam też listę książek, na które czekam. Pojawiły się też wątki inne – którzy autorzy przyjadą wkrótce do Polski, co nas czeka w 2020 roku, kto może dostać literackiego Nobla – to także tematy, które w tym odcinku się pojawiają. Pytam też gości, czy Polacy wolą audio, czy ebooki. Zapraszam do słuchania!
https://soundcloud.com/smakksiazki/podcast2-draga-wisniewska-baniak


















