Kategoria: Aktualności
-
„Pisarz też człowiek. Czyżby?” Październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Wariant pierwszy: zastąpią nas – autorów – błyskotliwe, uzbrojone w kreatywność, cięty humor i ostre pióro algorytmy, które będą tworzyły szyte na miarę bestsellery. Wariant drugi: nic się nie zmieni, a my nadal będziemy stawać na głowie, żeby odgadnąć, jakie książki Wam się podobają. Co wybieracie?
Jak słusznie zauważył Jakub Ćwiek w smakowym felietonie sprzed kilku miesięcy (klik), pisarze to kłamcy. Raz, że taką mamy robotę; beletrystyka to sztuka zręcznego zmyślania. A dwa, że taka nasza natura. Ściemniamy na potęgę. Choćby wtedy, kiedy tłumaczymy czytelnikom, dlaczego piszemy. Zwłaszcza gdy mówimy, że tworzymy dokładnie takie książki, jakie sami chcielibyśmy przeczytać. W najlepszym wypadku jest to półprawda. Bo jak bardzo byśmy się nie starali pisać dla siebie, zawsze myślimy o odbiorze naszej twórczości. O tym, żeby nie posługiwać się niezrozumiałymi skrótami myślowymi. Żeby czytelnik nie zakrztusił się naszymi żartami. Żeby czegoś nie sknocić. Żeby się po prostu podobało.
I oczywiście myślimy też o kasie. O tym, jak się uplasujemy na listach sprzedażowych. I czy książka, owoc naszego wielomiesięcznego trudu, okaże się bestsellerem.
Trafiają się autorzy, którzy nie muszą się nad tym zastanawiać, ponieważ są tak silnymi markami pisarskimi, że wszystko, czego się dotkną, zamienia się w złoto. Czasem się jeszcze wspierają innymi nośnymi osobistościami, zwykle spoza świata literatury – tak zrobił choćby James Patterson, najlepiej zarabiający autor świata, który wspólnie z eksprezydentem USA Billem Clintonem napisał thriller polityczny. Ale zdecydowana większość tej pewności nie ma. Co więcej, zdecydowana większość z nas nie wie, co i jak pisać, żeby się dochrapać bestsellerowego statusu.
Przez wiele lat dominowało przekonanie, że dobrze sprzedająca się literatura rozrywkowa bazuje na kilku podstawowych lejtmotywach. W książce muszą być morderstwa, seks, tajemnice, spiski, motywy religijne. I zwroty akcji. Dużo zwrotów akcji. Cholernie dużo zwrotów akcji. Tyle że to sól literatury rozrywkowej, trudno taką tematykę czy sposób konstruowania fabuły uznać za wyróżnik. Żeby znaleźć uniwersalny przepis na literacki przebój, trzeba pogrzebać głębiej. Tak jak to zrobili Jodie Archer i Matthew L. Jockers, którzy opracowali coś w rodzaju kodu bestsellera (i napisali o tym, jakżeby inaczej, książkę – „The Bestseller Code”). Z pomocą technologii przeanalizowali około 20 tys. książek, próbując dojść do tego, co decyduje o tym, że jedne stają się bestsellerami, a inne giną w gąszczu publikacji.

www.unsplash.com/Owen Beard Archer i Jockers wyodrębnili zbiór cech wspólnych dla literackich hitów. Największe szanse na komercyjny sukces mają utwory z wyrazistymi głównymi bohaterami i szybko rozkręcającą się fabułą. Dobrze, gdy autorzy nie przesadzają z tematami – wystarczy jeden główny. A najlepiej, gdy temat przewodni stanowią relacje między bohaterami. Mile widziane są kolokwializmy i krótkie słowa. Wykrzykniki – niekoniecznie. Bohaterowie nie powinni wzdychać i się zastanawiać, tylko działać i popychać akcję do przodu. A tytuł powinien być dobrze wszystkim znanym rzeczownikiem. Cech wspólnych oczywiście jest więcej, ale to nie miejsce, żeby wszystkie wymieniać. Kluczowe jest to, że opracowany przez Archer i Jockersa algorytm potrafi z 80-procentowym prawdopodobieństwem wskazać, czy dany tekst stanie się bestsellerem „New York Timesa”.
Idźmy zatem dalej. Skoro już mniej więcej wiadomo, z jakich składników da się upichcić bestseller, to czy musi on wyjść spod palców człowieka? Czy w czasach sztucznej inteligencji i big data nie wystarczyłoby napisać programu, który będzie hurtowo produkował utwory najwyższych mainstreamowych lotów? Nie wiadomo, bo jeszcze żaden algorytmiczny bestseller nie powstał. Pierwsza książka napisana przez sztuczną inteligencję – „1 The Road” – to raczej niefrasobliwa powieść drogi. Ross Goodwin, którego można mianować jej cichym współautorem, nafaszerował AI literaturą (przyjęła kilkadziesiąt milionów słów) oraz danymi z podróży z Brooklynu do Nowego Orleanu. Nie czytałem „1 The Road”, ale recenzenci twierdzą, że Jack Kerouac to to nie jest.
Ale czy można mieć wątpliwości co do tego, że prędzej czy później sztuczna inteligencja zacznie tworzyć bestsellery? Przecież już teraz dogłębnie analizuje nasze zainteresowania i personalizuje dla nas produkty. Potrafi ograć 18-krotnego mistrza świata w go (to starochińska planszówka, wielokrotnie bardziej złożona od szachów). Odróżnia bliźniaczo podobne walenie biskajskie (polecam historię polskiej firmy deepsense.io). Sztuczna inteligencja sięga w różnych branżach po rozwiązania, które ludziom nie przyszłyby do głowy. Dochodzi do wniosków, do jakich człowiek prawdopodobnie nigdy by nie doszedł. I robi to w sposób, którego najtęższe programistyczne umysły świata nie są w stanie w pełni zrozumieć i odtworzyć. Dlaczego więc bazując na starannie wyselekcjonowanych danych, zasilona wiedzą lingwistów, opiniami czytelników czy analizami stylometrycznymi, miałaby kiedyś nie napisać bestsellera? Na poziomie technologicznym taka bariera wydaje się relatywnie prosta do sforsowania. Można mieć jedynie wątpliwości natury biznesowej: czy znajdzie się ktoś, kto sfinansuje to niewątpliwie kosztowne przedsięwzięcie.
No i pozostaje niepewność natury konsumenckiej: czy czytelnicy chcieliby sięgać po algorytmiczne bestsellery, czy jednak pozostaliby wierni ludzkim autorom. Na zasadzie umowy społecznej: wy dajecie z siebie wszystko i staracie się dochować należytej staranności (jak przykładny podatnik), a my bierzemy waszą twórczość z całym anturażem – włącznie z językowymi babolami, fabularnymi niedoróbkami czy przydługimi opisami.
Lubię wierzyć, że takie porozumienie jest możliwe. Ale mogę się mylić. W końcu jestem tylko człowiekiem.
-
Rekin, baran, żelki Haribo oraz…Herbert. Afera plagiatowa oczami Piotra Stankiewicza
Zrobiło się ostatnio gorąco w literackim światku (jest on tak mały, że łatwo się nagrzewa), za sprawą oskarżeń o plagiat wysuniętych pod adresem „Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów” autorstwa Marty i Adama Biernatów. Nie będę opisywał dłużących się faktów (niezłe streszczenie tutaj), więc w największym skrócie: gruchnęła wieść, że ww. książka jest ponoć splagiatowana z książki Aldy Sigmundsdóttir „The Little Book of the Icelanders in the Old Days”, a także z paru innych źródeł, m.in. przewodnika „National Geographic” po Islandii, oczywiście Wikipedii i… strony internetowej żelków Haribo.
Wiele osób już o tym pisało, nie chcę więc powielać. Zwłaszcza, że nigdy nie byłem na Islandii, nie czytałem tych książek, a poza tym żaden ze mnie reporter. Tylko fakty są ciekawe? Nie tylko! Jeszcze ciekawsze jest refleksja nad nimi. A jest tu o czym myśleć.
I ja myślę sobie tak: za kwartał są lata dwudzieste XXI wieku. Pytanie o własność intelektualną w epoce cyfrowej jest jednym z kluczowych, czy też, jak by to napisała Marta Biernat, jest najbardziej dużym, ogromnym i wielkim pytaniem naszych czasów. Bo do kogo właściwie należy wpis na Reddicie? Jakim źródłem jest komć na Facebooku? To są zasadne wątpliwości, z którymi mierzy się każdy kto dzisiaj coś pisze. I są one godne osobnego felietonu, czy raczej ich cyklu. Jednak pytanie o status ontologiczny riposty na Twitterze to jest zupełnie inna rozmowa, niż ta o jawnym plagiacie. Ten ostatni mnie po prostu dziwi: w XXI wieku przepisywać fragmenty cudzych tekstów i liczyć, że nikt się nie wyda?

Islandia, fot: www.unsplash.com/André Filipe Skoczmy pół wieku wstecz. Pisząc esej „Kamień z katedry” do swojego legendarnego „Barbarzyńcy w ogrodzie” Zbigniew Herbert najprawdopodobniej ordynarnie przepisał pokaźne fragmenty książki Les Bâtisseurs de cathédrales Jeana Gimpela, która akurat wyszła w czasie jego pobytu we Francji pod koniec lat 50. Młody Pan Cogito mógł jednak rozsądnie przypuszczać, że nikt się nie zorientuje. Bo książki Gimpela nie było jeszcze po polsku, bo żelazna kurtyna, bo inne czasy (i faktycznie, to wyszło na jaw dopiero po czterdziestu latach i śmierci autora; jeżeli się nie mylę pierwsza napisała o sprawie Dorota Bielawska w „Twórczości” w 2004 r., nr 2-3 s. 226-231. Ale dzisiaj? Gdy niemal wszystko i niemal każdy dostępny jest za jednym kliknięciem? Dzisiaj plagiat przez przepisywanie żywcem – dziwi.
Co z kolei nie dziwi, to sytuacja w której plagiator kluczy i brnie, nie umiejąc się przyznać do błędu. To się nie zmieniło. Bo z tego błędu (czy błąd to właściwe słowo?) nie ma łatwego wyjścia. Nie wiem, co myśli autor przepisując cudzą książkę. Nie mam doświadczenia. Czy myśli, że tak to się właśnie robi, że na tym polega pisanie? Czytałem sporo o tym nieszczęsnym „Kamieniu z katedry” i zaprawdę, na szczyty delirycznych manipulacji wspinali się ci, którzy chcieli bronić Herberta w tej sprawie. A to, że intertekstualność, a to, że „jad niechęci”, a to, że poeta w natchnieniu stracił rozróżnienie między źródłem, a własnym tekstem. Brzmi kuriozalnie, ale, między Bogiem a „Prawdą”, co właściwie można powiedzieć w takiej sytuacji? „Sorry, przyznaję, że moje pisarstwo jest kłamstwem”? Jest w akcie pisania, akcie twórczym, coś takiego, że sprzeniewierzenie się mu jest złamaniem czegoś więcej niż praw autorskich. Jest zerwaniem jakiejś głębszej, niepisanej umowy. Jest trochę świętokradztwem. I chyba dlatego tak trudno się przyznać. Bielawska podaje, że „Kamień z katedry” jest zerżnięty z Gimpela w „ponad 2/3”, u naszych Islandczyków mówimy o procentach jeszcze wyższych, a dodatkowo wchodzą te nieszczęsne żelki Haribo. Podręcznik strategii mówi, że szansa na sensowny odwrót jest wtedy, kiedy jest ścieżka do takiego odwrotu. Ale przy plagiatach tak grubych, trudno powiedzieć jaki właściwie jest sensowny out dla autora. Więź autora i czytelnika jest zawsze trochę skokiem na wiarę w uczciwość tego pierwszego. Kto taką umowę zerwie, ten faktycznie, nie bardzo ma gdzie i którędy wracać. Stąd zaprzeczenie, brnięcie, próby przeczekania.
I jeszcze jedna uwaga, trochę z innej beczki, choć z tej samej bajki. Bo tak: pierwszy rzucę kamieniem (nie tym z katedry) w kwestii plagiatów. Jeszcze szybciej nim rzucę w sprawie – jak to ktoś nazwał – „nadprodukcji książek reporterskich w Polsce” (rzucę i dodam, że nie tylko o reporterskie chodzi). W tej kanonadzie kamieni przynajmniej jeden jest jednak rzucany niesprawiedliwie. I nie pierwszy raz ten kamień pada – więc pozwolę go sobie tutaj podnieść.
Autorzy „Rekina i barana” zaczęli swoją karierę nie od książki, a od bloga o Islandii. Przyszła popularność, sprawy urosły, to wydali też książkę. I teraz są hejtowani również i za to, że są „tylko blogerami” i że „tak to się kończy, gdy influencerzy biorą się za pisanie książek”. Dużo widziałem komentarzy tego typu. Rezonuje w nich myślenie, że „prawdziwym pisarzem” (cokolwiek to znaczy) jest ten, kto wyda książkę na papierze (najlepiej pięćsetstronicową powieść polifoniczną), a kto publikuje w internecie ten jest „marnym blogerem”. Tylko, że to jest myślenie sprzed dwudziestu lat! Dzisiaj dużo mniejsza jest odległość między książką, a internetem. Bo ani książka nie stoi już tak wysoko, ani blog tak nisko. To się wszystko zdemokratyzowało, spłaszczyło. Skurczyła się przestrzeń między słowem drukowanym, a tym wyświetlanym, a nadmierne skupianie się na medium jest dziś anachronizmem. To nie ma już takiego znaczenia, czy coś czytam w grubej książce, czy na Twitterze. Liczy się treść.
I to za treść należy oceniać i za treść należy hejtować. Kto żywcem przepisuje cudzy tekst i twierdzi, że to jego własny, a potem się jeszcze mętnie tłumaczy – ten popełnia plagiat i tyle. Ale dotyczy to tak samo blogera, czy instagramera, jak reportera i poety. Rzetelność i uczciwość są jedne i niezależne od medium. Media się zmieniają i formy się zmieniają. Zostaje nam jedno – dbać, żeby treść była uczciwa.
Piotr Stankiewicz – filozof i pisarz. Autor, m.in. „21 polskich grzechów głównych” oraz „My, fajnopolacy”.
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #5
5.
Myślał całe popołudnie, do wieczora, i nic nie wymyślił. Leżał na łóżku owinięty w kocyk jak w ochronny kokon i badał wzrokiem nierówności sufitu, wszystkie ryski, smugi po maźnięciach pędzlem i kropeczki po muszych ekscesach. Jego umysł pracował wedle własnych rytmów i przyzwyczajeń, jakby był niezależnym bytem. Liczył na to, że bez udziału jego samego (czyli kogo?) umysł sam coś ogarnie z całej tej sytuacji i znajdzie rozwiązanie. Niekoniecznie genialne, choćby i całkiem przeciętne, byle się kupy trzymało. Postanowił nie schodzić na dół na herbatę, by nie prowokować następnej wielce niewygodnej dyskusji o zawartości ścieżki dźwiękowej audiobooka. Widział już ten uśmiech żony i słyszał pełne troski i życzliwości pytania. Czysty sadyzm. Wolał już tutaj, w półmroku i w cieplutkim kokonie kocyka, sam na sam z… no właśnie – z czym?
– Nie powinniście aby, profesorze, iść na jakiś dłuższy urlop i gruntownie wypocząć? – mruknął do własnego umysłu zajętego badaniem sufitu.
– Zwracam uwagę – odparł niedbale umysł – że właśnie wróciłeś z urlopu. Wróciliśmy… – poprawił się.
– To prawda – westchnął profesor. Kiedy twój własny umysł coś ci uświadamia, nie wypada się nie zgodzić. – Mógłbyś jednak się postarać i dokonać również głębszych odkryć. Znalazłeś coś na suficie?
Z wyczekiwania na odpowiedź wytrąciło go pukanie do drzwi. Nagłym szarpnięciem zerwał z siebie koc i stanął na równe nogi.
– Kochanie, mówisz do siebie?
– Nie, nie – zaprzeczał pośpiesznie (zbyt pośpiesznie!) obciągając bluzę. Żona już była w pokoju. Miała zwyczaj wchodzić natychmiast po pukaniu. A on o tym wiedział. – Powtarzałem sobie na głos taki jeden wiersz Świetlickiego.
– Jaki wiersz?
– „Nie się”.
– Świetlicki niesie?
– Nie. Świetlicki to nazwisko, „Nie się” to tytuł.
– Aha. Chcesz herbaty?
Palnął głupstwo z tym tytułem i rozmowa zaczynała niebezpiecznie przypominać poprzednią. Należało coś przedsięwziąć.

www.unsplash.com/Drew Taylor – Tak, chodźmy na herbatę – zarządził i wyminąwszy ją w drzwiach ruszył schodami w dół, do jadalni. Po drodze poczochrał sukę po kudłatym łbie, głośno zakaszlał, a następnie puścił z kranu mocny strumień wody czajnika i lał do pełna, by przy gotowaniu szumiało jak najdłużej. Wszystko po to, by nie dać żonie akustycznej swobody do drążenia tematu wiersza Świetlickiego. Ani żadnego innego tematu. Jak przeczuwał, jego zabiegi nie przyniosły spodziewanych rezultatów i walec analizy mężowskiej osobowości parł bezlitośnie z kierunku północ-północny zachód. Magda usiadła w jadalni i przez chwilę obserwowała go w milczeniu.
– Olku, nie chcę być natarczywa – zaczęła nieco natarczywie – ale powinniśmy porozmawiać o tym audiobooku. Właściwie zastanawiam się, czy to jest kwestia audiobooka, czy raczej, jakby to powiedzieć… twojej, no nie wiem… świadomości? Dobre słowo? Świadomości? Czy może raczej… umysłu? Lepiej? Niech będzie. Tak, wiem, jesteś uznanym profesorem jeszcze bardziej uznanego uniwersytetu i kudy mnie tam do wystawiania tobie świadectwa normalności. Jednak jako twoja żona nie mogę przejść do porządku dziennego nad objawami tak niepokojącymi…
– Obrać ci pomarańczę? – spytał zalewając saszetki z Liptonem.
– Wiesz, że nie jem pomarańczy! Kupiłam je wyłącznie dla ciebie. Bo chciałeś. Czy może tego też już nie pamiętasz? A poza tym nie zmieniaj tema…
– Co znaczy „też”? O czym jeszcze nie pamiętam? Czy to już? Zaczynamy diagnozowanie sklerozy? Masz już gotowe pisemko do ośrodka? „Kochanie, wystarczy jeden twój podpis i wszystko będzie w porządku”. O to chodzi?
– Przestań! Nie, nie o to chodzi.
Cofnęła się taktycznie, ale tylko po to, aby nabrać nowego impetu.
– Po prostu chciałabym, żebyś przestał się wściekać i pozwolił sobie spokojnie powiedzieć pewne rzeczy. Terapia działa rozdrażniająco, wiem, sama miałam podobnie. Siadając na fotelu naprzeciwko psychoterapeuty odruchowo stawiasz się w pozycji świra, który musi udowadniać swoją normalność i panowanie nad sytuacją. Potrzeba czasu zanim zrozumiesz, że w tym siedzeniu na fotelu i gadaniu o własnych problemach chodzi tak naprawdę o coś innego. Domyślam się, że dzisiaj otwarły się w tobie nowe rejony emocjonalne, w swojej duszy zajrzałeś do pomieszczeń, o których w ogóle nie wiedziałeś, że istnieją, nie mówiąc o rozeznaniu w ich zawartości. Byłeś trochę, no… zdezorientowany, kiedy wsiadałeś do samochodu, dlatego twoje luźne i na poły tylko świadome skojarzenia nałożyły ci się na słuchaną powieść i doszło do tego, no, jak to się mówi… ko… ko…
– Koincydencji.
Magda pracowała w domu kultury jako animatorka dziecięca i miała pewne doświadczenie w wygłaszaniu okrągłych zdań o nieodpartej sile przekonywania. Mówiła, jakby wiedziała. Zresztą, może i wiedziała, kto ją tam wie.
– Tak. Koincydencji. Albo konwergencji, czy jakoś tam jeszcze inaczej. Wiesz, co mam na myśli.
Skinął głową. Pozwalał jej gadać, ponieważ wtedy sam nie musiał. Wyjął torebki, dopełnił kubki przegotowaną wodą i jeden z nich postawił przed Magdą. Drugi ujął w obie dłonie i usiadł, wpatrując się w blat stołu. To miało oznaczać skupione słuchanie, ale w zasadzie słyszał niewiele. Trochę. Słuchał i nie słuchał. Analityczna część jego profesorskiego umysłu skłonna była nawet przyznać jej rację (częściowo, częściowo!) i z fragmentów, jakie dolatywały do jego uszu, układał sobie całkiem podobne wyjaśnienie. Niewątpliwie był pod wrażeniem seansu terapeutycznego, na którym zapoznał się z rewelacją na temat tego, że oprócz czytania powieści można również słuchać, ale padła tam i inna ważna kwestia: „Jeśli nie może pan czytać, niech pan pisze”. Tak, to zdanie było ważne, najważniejsze ze wszystkich. Dlaczego do niego dopiero teraz dotarło? Tak, przecież całą drogę od gabinetu do parkingu przebył zatopiony w myślach o swoim pisaniu. O niedokończonej powieści, która jak porzucone dziecko spoczywała gdzieś w zakamarkach pamięci komputera, kwiląc i pojękując w nieutulonym żalu do swego koślawego twórcy. Nawet jeśli sobie tego wtedy tak wyraźnie nie uświadamiał, teraz miał jasność. Chodziło o pisanie, prawda?
Jego umysł, równie jak on skrępowany wywodem żony, przytaknął obojętnie.
– … i gdybym miała ci coś radzić, zapomnij o całej tej sprawie i zajmij się poprawianiem prac doktorskich. Zdaje się, że masz dwie na pulpicie. A ta powieść, ta Cegielnia – najlepiej daj mi ją.
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, żona odstawiła kubek z herbatą, wstała z krzesła i energicznym krokiem ruszyła w kierunku schodów. Rzucił się za nią. Herbata z pchniętego kubka chlapnęła na obrus.
– Czekaj! Dam ci ją, jak dosłucham do końca.
Ich wejście na schody mniej miało wspólnego z małżeńską kurtuazją, a więcej z wyścigiem po oferty o poranku Czarnego Piątku. Wpadli na nie oboje równocześnie, ona złapała poręcz i podciągnęła się za jednym zamachem o trzy stopnie, ale on był sprytniejszy. Ruszył wzdłuż ściany i kilkoma skokami pokonał całe schody ze sprawnością godną zapisania w kronice sportowej jego Almae Matris. Wpadł do gabinetu, dobył płytkę ze stacji dysków i wepchnął do kieszeni bluzy, a następnie zamknął drzwi tuż przed nosem żony.
– Przepraszam, muszę popracować – powiedział, przekręcił klucz i dla pewności oparł się plecami o drzwi. Ona perswadowała chwilę, lecz wobec braku jakiejkolwiek reakcji odpuściła i poszła do siebie. Musiała być wściekła. Dla żony brak reakcji to najgorsza z reakcji.
Uff.
Dyszał ciężko i malowniczo jak bohater kreskówki, ale szczęśliwy. Obronił się, choć gdyby w tej chwili ktoś rozsądny (na przykład jego własny umysł) zapytał go, przed czym mianowicie się obronił, nie potrafiłby odpowiedzieć. I nie to było najważniejsze. Pomacał się po kieszeni i uspokojony płaskim, okrągłym kształtem usiadł do poprawiania pracy doktorskiej wychodząc z założenia, że to zajęcie nie wymaga specjalnego natężenia intelektu.
Płytka z audiobookiem nie dawała mu jednak spokoju. Czuł jej delikatny ucisk w kieszeni i niemal słyszał zapisane na niej dźwięki. Odtwarzał je w pamięci, jakby sam był czytnikiem, a nie czytelnikiem. Owszem, tłumaczenie żony przyjął do wiadomości i w jakimś rozsądnym zakresie się z nim zgadzał, stanowiło ono jednak, by tak rzec, tylko jedną ścieżkę nagraniową utworu. Na drugiej wciąż rozbrzmiewał akapit jego własnych notatek: „coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd”, płynących z głośników poczciwej astry tuż przed jej nieszczęsnym okaleczeniem. Słyszał je.
O wpół do dziesiątej wieczorem nie wytrzymał, zamknął dokument z pracą doktorską, podłączył słuchawki do laptopa i włożył płytę do stacji CD. Żonę w krótkim i suchym komunikacie poinformował przez zamknięte drzwi, że nie je kolacji i musi się położyć, ponieważ jest zmęczony. Chciał dodać, że ma migrenę, ale ugryzł się w język – to mogłoby uruchomić niebezpieczne dla niego odruchy opiekuńcze Magdy. Zgasił światło, rozparł się wygodnie w fotelu, założył na uszy słuchawki i włączył pierwszy rozdział. Słowa Cegielni popłynęły do jego mózgu wprost, bez pośrednictwa drgających fal akustycznych oraz obecności innych słuchaczy. Na przykład tych z uchem przystawionym do dziurki od klucza.
Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać. Jego bolesna czerwień o ileż jest uczciwsza od łatwej feerii łąkowych barw i banalnego błękitu nieba! Gdy leje się krew zachodu i rzeczy znikają w mroku, wtedy zaczynam żyć. Piękniejsze jest to, czego nie widać…
Magia słów początkowych stronic powieści (dlaczego ich nie zapamiętał z poprzednich odsłuchań!?) uwiodła go na tyle, że omal nie przegapił swoich zapisków. Były. Usłyszał je natychmiast i jedno zerknięcie na licznik odtwarzacza wystarczyło, by się przekonać, że znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, tuż po rozpoczęciu jedenastej minuty. Oczywiście, że były. Fakt, że je z Magdą przegapili podczas wspólnego słuchania, w jakiś arcyciekawy logicznie sposób utwierdził go tylko w tej pewności. Były tu zawsze, tylko ona nie miała do nich ucha. Otóż to! Jego żona NIE MIAŁA UCHA do wychwycenia jego własnych słów. Przecież wyrażała się o nich zawsze z przekąsem, drwiła z nich, a to znaczyło prawie to samo, jakby w ogóle nie istniały! Tak, to musiało tak być. Nie mogła ich usłyszeć, bo w nie nigdy nie wierzyła. A on uległ jej agresywnej sugestii. Wszystko jasne.
– Ale przecież ty też ich nie słyszałeś – spokojnie zaoponował umysł. – Skoro to twoje słowa…
– Byłem pod presją! – zakrzyknął. – To nie takie proste, jak ci się wydaje – dodał dźgnięty nagłą wątpliwością, czy umysłowi w ogóle może się coś wydawać. – Człowiek widzi i słyszy różne rzeczy, nigdy nie masz pewności, co miało miejsce naprawdę, a co było tylko iluzją. Rozumiesz, narracyjna koncepcja prawdy – podsumował licząc na to, że umysł łyknie ten merytoryczny przypis. Umysł nie odpowiedział.
Dosłuchał pierwszy rozdział do końca, następnie drugi, a w trzecim znalazł inny fragment swoich zapisków, równie filozoficzny jak poprzedni:
Oni nie istnieją naprawdę, to rozgrywa się w mojej głowie. Znalazło się tam jednak nie wyłącznie dzięki mnie, ale również dzięki nim. Jestem autorem tego konkretnego doświadczenia i zarazem jego obiektem, bohaterem, tematem. Oni są we mnie, gdyby jednak nie istnieli kiedyś naprawdę, teraz też by ich nie było. To nie zmarły przyjaciel ze mną rozmawia, tylko ja sam ze sobą tamtym, który miał przyjaciela, rozmawiał z nim i dopisał do zapamiętanej chwili narrację upartej pamięci. A zatem – jeśli siedzę i myślę, jak to było i jak to zapisać, w głąb czego ja właściwie wchodzę? Samego siebie? Czy tamtej rzeczywistości, której już nie ma, bo rzeczywistość może być tylko aktualna? Nad czym ja myślę: nad prawdą przeszłości, czy nad zwykłym kłamstwem?
Cofnął nagranie, otwarł dokument z notatkami i porównał. Tak jak poprzednio, zgadzały się słowo w słowo. Zsunął słuchawki na szyję i ciężko opadł na oparcie fotela.
– Miałem rację – westchnął z egzystencjalną głębią.
– Ale nie dodawaj „jak zwykle” – poprosił umysł.
Nie miał zamiaru. Były mocniejsze i bardziej satysfakcjonujące sposoby. Przedstawi jej dowód namacalny i niepodważalny, i wtedy zobaczymy, jaki obrót przybierze dyskusja wokół równowagi psychicznej. Przekonajmy się wreszcie, kto tu jest normalny.
Z ręką na klamce zatrzymał się w pół kroku. Nie, to nie był najlepszy pomysł. Mógłby być najlepszy w sytuacji optymalnej, to znaczy kiedy płytka odtworzy nagranie trzeciego rozdziału dokładnie tak samo, jak to zrobiła przed chwilą. A co, jeśli nie? Na kogo wyjdzie, kiedy znowu z głośników popłynie co innego? Co będzie z jego normalnością?

prof. Krzysztof Zajas Doszedłszy do przekonania, że domowy prokurator następnym razem nie będzie już tak wyrozumiały i potraktuje jego recydywę z należytą surowości (czytaj: wyśle go na badania psychiatryczne), usiadł z powrotem przed komputerem i odsłuchał po raz trzeci. I znowu wszystko się zgadzało. Słowo w słowo. Wrócił do rozdziału pierwszego – pierwszy cytat również tam był, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej jego zapiski pojawiały się tylko wtedy, kiedy słuchał sam. Ale pojawiały się NAPRAWDĘ! Co robić?
Wtedy jego wzrok padł na telefon komórkowy i profesor Zawijas doznał olśnienia. Zadzwoni do żony i puści nagranie przez telefon! Już wybierał numer, gdy jego uwaga zatrzymała się na ikonce dyktafonu. Ten pomysł wydał mu się jeszcze lepszy, ponieważ eliminował podejrzenie oszustwa (dawał możliwość wielokrotnego powtórzenia dowodu) i zostawiał trwały ślad. Myśląc z wdzięcznością o córce, która wyciągnęła ikonkę z folderu aplikacji na ekran i namawiała go do używania dyktafonu na wykładach (wiesz, papciu, dla lepszej pamięci), włączył oba urządzenia i zapadł się w fotelu, zasłuchany we własne filozoficzne dywagacje. Wydawały mu się coraz ciekawsze.
Po zakończonej pełnym sukcesem sesji nagraniowej udał się do sypialni małżonki i puścił plik wprost z komórki.
– Co to jest? – spytała spod kołdry, wyłączając palcem swój odtwarzacz kompaktowy. Słuchała Idioty Dostojewskiego.
Pokręcił głową na znak, żeby nic nie mówiła i pogłośnił smartfona. Przybrał minę zasłuchanego melomana, który kocha nie tyle płynącą z głośnika muzykę, ile swoje dla niej uwielbienie, co go wywyższa i czyni z niego istotę na co dzień obcującą z czystą prawdą sztuki…
Nikt również nie przewidział, że sir Peter North Sundick pozostanie na swoim kapitańskim mostku do końca, do ostatniej chwili, kiedy już cały dziób znajdzie się pod wodą i nad powierzchnię rozszalałego żywiołu wznosić się będzie jedynie opasły zad parowca, bezwstydnie wypięty w zagniewane niebo jak zadek gigantycznej i niewątpliwie tonącej krowy…
Rzeczywistość w sypialni zamarła. Mordercza cisza wchłaniała wszystko z siłą kosmicznej próżni. Ktoś obserwujący teraz przemiany twarzy Aleksandra Zawijasa potrzebowałby sporo dobrej woli, by uwierzyć w jego profesorskie kompetencje. Była kompletnie zbaraniała.
Pierwsza sylaba z ust żony wytrąciła go z odrętwienia.
– Dlacz…
Wcisnął smartfona do kieszeni bluzy i wybiegł z sypialni. Zderzył się z drzwiami gabinetu, ledwie je widząc w zamroczeniu. Był nie tylko osłupiały, ale i wściekły. Po jakiego diabła bawił się w to idiotyczne nagrywanie? Po co w ogóle chciał cokolwiek udowadniać?
Niewiele myśląc grzmotnął telefonem o podłogę (który odbił się od dywanu i bez szkody wylądował, ponieważ był w oprawce), po czym sięgnął do odtwarzacza po płytkę. Przez chwilę miał ochotę połamać ją i wyrzucić do śmieci (spalić w kominku!) i później wiele razy żałował, że tego nie zrobił. Zamiast tego usiadł na łóżku i wziął trzy głębokie oddechy. Przyjrzał się jej.
– O co tu chodzi, laluniu?
Płytka milczała. Udawała zwykły giętki krążek z tworzywa sztucznego z napisem CEGIELNIA, wydrukowanym bez większej staranności, jakby całość była dziełem producenta-amatora. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał ją przyłapać na jakimś kolejnym oszustwie, ukrytym geście, sprytnym ruchu za jego plecami, którym wykazałaby dobitnie, że jednak zwariował. Milczała. I nie poruszyła się. Oczywiście, że nie, przecież nie mogła. Była martwa.
„A ty jesteś normalny”, powiedział do siebie profesor Zawijas i nieco się uspokoił. Kiedy wyrównał oddech, podkusiło go, by spróbować jeszcze raz. To jedna z cech intelektualistów – dłużej niż inni upierają się przy swoim. Profesor należał jednak nie tylko do intelektualnej elity narodu, ale również do niezliczonej rzeszy tchórzy, więc po wahaniach postanowił odłożyć kolejny test do jutra. Jeśli mu znowu nie wyjdzie, nikogo już nie zdoła przekonać o swojej normalności. Nawet samego siebie. Rzucił płytkę na blat biurka, jakby była chusteczką, w którą właśnie wydmuchał nos, po czym powoli i starannie przebrał się w piżamę z jakiegoś powodu bojąc się, że może stracić równowagę i upaść.
– Już straciłeś równowagę – powiedział na głos jego umysł. – I bynajmniej nie jestem jedynym w tym domu, który tak uważa.
– Zamknij się!
Umysł posłusznie zamilkł.
Kołdra była w środku zimna, a poduszka niewygodna. Nie mógł ogrzać stóp, choć był dopiero koniec września (września? dlaczego Jacek przez telefon powiedział „sierpień”?), a sztuczne wypełnienie poduszki obfitowało w zgrubienia i węzły. Wiercił się pół nocy, drugie pół przeleżał z otwartymi oczami i brzęczącymi w uszach słowami powieści, którą obolały mózg w kółko odtwarzał. Rano czuł się jak na gigantycznym kacu i kiedy spojrzał w lustro, zobaczył opuchniętego demona z tego kręgu piekła, w którym alkoholików smaży się na teflonowych patelniach bez tłuszczu. Jego Madejowe łoże przypominało miejsce egzorcyzmów.
Gdy pozbierał z podłogi ubranie i wychodził pod prysznic, zadzwoniła cudem ocalała komórka.
– Dzień dobry, z tej strony inspektor Madej. Czy mam przyjemność z profesorem Aleksandrem Zawijasem?
– Przepraszam, jak nazwisko? – wykrztusił gapiąc się na skopaną pościel.
– Florian Madej – powtórzył cierpliwie głos w słuchawce. – Jestem inspektorem w Wydziale Kryminalnym małopolskiej policji.
– Słucham, o co chodzi?
Wcale nie miał zamiaru słuchać, po prostu wypowiedział odruchowo to, co się zwykle mówi w podobnych okolicznościach. Jego zmęczenie odzywało się bólem w każdym mięśniu ciała, miał wrażenie, że jeszcze trochę postoi z telefonem przy uchu i runie na podłogę jak długi. Będzie dobrze, jeśli w szpitalu zdołają mu przywrócić przytomność. O ile Magda na czas wezwie karetkę, ponieważ od wieczora więcej do niego nie zajrzała. Zaczął już nawet kombinować, jak by tu upaść z najmniejszą szkodą dla kości i doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby ugiąć kolana i w miarę możliwości płynnie usiąść na tyłku. Musi to kiedyś poćwiczyć. I zadzwonić do Jacka.
– Zanim wyjaśnię, chciałbym najpierw o coś spytać. Pan jest polonistą, specjalistą od literatury współczesnej, prawda? Dobrze mówię?
– Tak. Proszę w końcu powiedzieć, w czym rzecz.
Miał wrażenie, że po tamtej stronie słyszy głośniejszy oddech, który wypełnił dwie sekundy ciszy, nim padło pytanie:
– Czy zna pan powieść pod tytułem Cegielnia?
Zamroczyło go. Docisnął czoło do ściany i przytknął kciuk do skroni. Pulsowała jak jaszczurka.
– Halo? Jest pan tam?
– Przepraszam… Tak, jestem. Niech mi pan powie… jest koniec miesiąca, ale którego?
– Hmm, jakby to powiedzieć: tego, co jest zawsze na końcu września.
Profesor Zawijas już nie słuchał. Ugiął kolana i płynnie usiadł na tyłku.
-
Październikowe premiery, czyli co wybrać?
Wiem, że Wy wiecie, a Wy wiecie, że ja też to doskonale wiem. Nie da się. Po prostu się nie da. Gdy człowiek myśli, że już, prawie, za dwie godziny będzie miał przeczytane wszystko, co chce przeczytać, to nagle do drzwi puka październik. Nie musi nic mówić. Wystarczy, że przyjdzie i się rozsiądzie, a my już doskonale wiemy, jak się to wszystko skończy. Może się skończyć dwutorowo: debetem na karcie, albo kolejną kupką wstydu przy łóżku, na biurku. Co gorsza, te dwie sytuacje bardzo często idą w parze, więc wchodzimy w dość niebezpieczny miesiąc. Jednak zaryzykuję – podsuwam Wam tytuły, które według mnie są warte przeczytania. Lektura niektórych już za mną, niektóre są w trakcie, niektóre są tutaj, bo widzę w nich potencjał, a jeszcze inne, bo ich autorzy przyzwyczaili do wysokiego poziomu. Jeśli klikniecie na interesującą Was okładkę, to będziecie mogli przeczytać o konkretnej książce więcej.
-
„Zagadka kasztanów”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza
Mało jest drzew, które są tak ważne, jak kasztanowce. W maju wyczekujemy aż zakwitną, bo przecież inaczej nie ma mowy o maturze. Ale prawdziwy szał na nie nadchodzi jesienią
Wiele napisano i powiedziano o fenomenie zbieraniu grzybów w Polsce. Jesienią lasy szczelnie wypełniają się ludźmi w każdym możliwym wieku, każdej płci, których łączy wzrok wbity w ziemię wiklinowy (najczęściej) koszyk i scyzoryk w kieszeni. W tajemnicy trzymają najlepsze tereny zbierackie, zazdrośnie zerkają do koszyków konkurentów, chętnie opowiadają o tym, jakie to niegdyś znaleźli borowiki, rydze czy kanie.
Podobnym zajęciem jest polowanie na kasztany. Wygląda to zresztą niemalże identycznie, chociaż areną zmagań są tutaj miejskie podwórka, a nie las. Gromady ludzi krążą wokół wysokich drzew, wyszukując w trawie brązowych kulek. Dodatkowy dreszczyk emocji zapewnia konieczność unikania psich kup (w lesie rzadko jednak spotykanych). O ile jednak grzybobranie jest nieźle w literaturze polskiej opisane, to zbieranie kasztanów jest fenomenem całkowicie pisarsko zignorowanym. I to pomimo tego, że zajmują się nim nie tylko dzieci, ale też osoby całkiem dorosłe. Kobiety i mężczyźni. Jest to zajęcie całkowicie demokratyczne.
W zbieraniu kasztanów fascynuje mnie to, że jest to czynność absolutnie bezsensowna. Grzybobranie przynosi jednak jakieś wymierne korzyści. Te wszystkie jajecznice z kurkami, suszone grzyby, słoiki wypełnione marynowanymi podgrzybkami. W przypadku kasztanów wmawiamy sobie, że zbieramy je dla dzieci, żeby potem robić z nich kasztanowe ludziki (nota bene, właśnie ukazał się kryminał pod takim tytułem autorstwa Sorena Sveistrupa, po 200 stronach mogę powiedzieć, że całkiem udany), ale bądźmy szczerzy – najczęściej przynosimy do domu worek pełen jesiennych zbiorów, zostawiamy go w przedpokoju, żeby wyrzucić po dwóch miesiącach. A równocześnie ludzie naprawdę się angażują w to zajęcie. W tym ja. Dość powiedzieć, że pewnego dnia poważnie uszkodziłem sobie prawą nogę schodząc z kasztanowca, na który wspiąłem się, żeby trochę potrząsnąć gałęziami w wiadomym celu. Powiem tylko, że miałem wtedy dużo więcej lat niż wypadało (dużo więcej!).

www.unsplash.com/Waldemar Brandt Piszę o tym wszystkim, bo fenomen zbierania kasztanów zauważyłem dopiero w tym roku. To znaczy, wcześniej wiedziałem, że ludzie zbierają kasztany. Ale nie docierało chyba do mnie w pełni jak powszechna, demokratyczna i popularna jest to czynność. Jak wielką niektórzy do niej przywiązują wagę. I to sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, jakich jeszcze fenomenów w otaczającym mnie świecie nie zauważyłem lub ich nie doceniam. W pewnym momencie pogodziłem się, że nie nadążam już za rozwojem technologii. Zatrzymałem się gdzieś na poziomie facebooka. Ledwo ogarniam, o co chodzi z instagramem. Nigdy nie korzystałem ze snapchata i już totalnie nie rozumiem tiktoka. Dodajmy jeszcze do tego wszystkie youtube’owe mody, za którymi po prostu nie nadążam. Są też poważniejsze przykłady. Dopiero niedawno dowiedziałem się o modzie na podcasty. I znowu. Wiedziałem, że coś takiego jak podcasty istnieje. Wiedziałem, że przygotowują je i amatorzy, i poważne redakcje. Ale dopiero kilka dni temu uświadomiono mi jaki jest zasięg tego zjawiska. A mówimy tutaj tylko i wyłącznie o tym, co się dzieje w świecie wirtualnym! Co z tym, co wydarza się poza siecią?
Wszystko to mnie martwi. Pisarz, szczególnie twórca dziejących się współcześnie kryminałów, powinien jednak trzymać rękę na pulsie. Orientować się w tym, co jest teraz na topie. I tym właśnie będę zajmował przez jesień. Odetchnę po promocji „Rany”, a później spróbuję przynajmniej trochę nadgonić za współczesnością. Będę obserwował, będę się uczył, będę starał się zrozumieć. Zobaczymy, gdzie mnie to poszukiwania zaprowadzą. Czego się dowiem o otaczającym mnie świecie. Jeśli mają Państwo jakieś sugestie, czemu powinienem się przyjrzeć – proszę wrzucać w komentarzach lub wysłać mi wiadomość na facebooku.
Zanim jednak się tym wszystkim zajmę, pójdę najpierw pozbierać trochę kasztanów.
Wojciech Chmielarz
-
Stacja Biblioteka. Odjazd!
Renowacja zabytkowego budynku dworca kolejowego w Rudzie Śląskiej-Chebziu kosztowała ponad osiem milionów złotych. Teraz wygląda jak nowy. Nowe ma też funkcje, bo od dziś działa tutaj biblioteka, w której znajdziemy grubo ponad osiem tysięcy tytułów. Jeśli macie pociąg do książek, to koniecznie musicie odwiedzić to nowe miejsce na literackiej mapie Polski. Jak wygląda? Zajrzałem tam kilkanaście minut przed otwarciem, zobaczcie.
-
Pogromca sądowych mitów pisze książkę
Dwadzieścia lat pracy w wymiarze sprawiedliwości. Po jednym z katowickich sądów jeździł na wózku inwalidzkim. Po co? Żeby pokazać, jak bardzo budynek nie jest przystosowany dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Wylądował na okładce „Dużego Formatu”, a także na Przystanku Woodstock, gdzie przed kilkudziesięcioma tysiącami osób opowiadał sądownictwie z ludzką twarzą. Były już prezes Sądu Rejonowego Katowice-Zachód postanowił napisać książkę. O czym? Dla kogo? Zobaczcie.
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #4
4.
Z konsekwencjami stłuczki uporali się dosyć sprawnie. Kobieta z białego bmw grzecznie podpisała papiery i jeszcze ze trzy razy przeprosiła za kłopot, więc profesorowi Zawijasowi nie pozostawało nic innego, jak wielkodusznie jej wybaczyć, zwłaszcza że gwałtownym hamowaniem przyczynił się do wypadku. O czwartej popołudniu był już w domu, akurat na obiad. Astrę odholowała firma ubezpieczeniowa, przy czym pewien kłopot sprawił brak dowodu rejestracyjnego. Od paru miesięcy nie trzeba go było mieć przy sobie i profesor z ulgą usunął go z portfela. Tymczasem system komputerowy nie działał jak należy i sprawdzanie tożsamości oraz aktualnej polisy trochę zajęło. Kiedy wciągali astrę na lawetę, nie omieszkał zabrać z odtwarzacza płyty z audiobookiem. Wsuwał ją do kieszeni ostrożnie, trzymając w dwóch palcach, jakby się bał, że go ugryzie. Zajście drogowe bynajmniej nie osłabiło ekscytacji dziwną treścią powieści, zawierającej jego własne notatki sprzed lat. Siedział nad zupą w jadalni i gapił się w błyszczącą płytkę, a wielki znak zapytania rozświetlał jego profesorski umysł.
– Jedz – ponagliła żona. – Czemu nie jesz? Nie smakuje ci?
– Smakuje. Zamyśliłem się.
Energicznie nabrał łyżką pomidorowej na znak, że smakuje.
– Nie przejmuj się tym wypadkiem – pocieszała żona. – Przecież masz auto casco. Oni płacą, nie ty.
Zmilczał uwagę, nie dotykała jego myśli. Wypadek oddalił się i zniknął w zakamarkach podręcznej pamięci, gdzie rzeczy błyszczą na chwilę i zaraz się rozmywają. Nie mogąc się doczekać reakcji, żona wzruszyła ramionami i również zamilkła. Nie na długo.
– Byłeś na terapii?
– Uhm.
– I co ci powiedzieli?
– Że jestem stuknięty.
– A coś, czego nie wiem?
– Że książek można też słuchać, nie tylko czytać.
– Dlatego kupiłeś tę płytę z audiobookiem?
– Uhm.
– I jak?
– Co jak?
– No, jak słuchanie literatury?
– Miałem wypadek.
– Myślisz, że to dlatego?
Zaskoczyła go. Tak jeszcze o tym nie pomyślał. Czy faktycznie się zagapił, zasłuchany we własne słowa sczytywane przez lektora z obcej, anonimowej powieści? Nie mógł zaprzeczyć, że tył autobusu nagle wyrósł przed nim nieco jakby z powodu audiobooka; zamiast patrzeć na drogę, wytrzeszczał oczy na wyświetlacz w samochodzie. Zarazem trudno było twierdzić, że MIAŁ WYPADEK, BO SŁUCHAŁ. Z jeszcze innej strony, miał wypadek nie dlatego, że w ogóle słuchał, tylko dlatego, że usłyszał własne słowa wmontowane w cudzą powieść. Czy to coś zmieniało? I tak, i nie. Miał wypadek, bo słuchał.
– Zasnąłeś? – spytała żona z obojętną miną, jakby chodziło o więcej maggi do zupy.
– Nie, oczy mam otwarte. Zamyśliłem się.
– Gdybyś miał zamknięte, tobym nie pytała. Coś długie dzisiaj to twoje zamyślenie.
Żona nie odpuszczała łatwo i jak już weszła na jakiś temat, drążyła bezlitośnie. Było w tym coś z wgryzania się w cudze wnętrzności. „Wiercić dziurę w brzuchu” to całkiem niezła fraza.
– Bo i dzień długi. Słuchaj, Magda, pamiętasz te moje notatki do powieści? Pokazywałem ci kiedyś tam, no… jakiś czas temu. To się miało nazywać Stary młyn. Kojarzysz, o co mi chodzi?

www.unsplash.com/Dan Dimmock – Tak – cięła krótko. – Miało się nazywać, ale się nie nazywa. Nie skończyłeś. Czyli nie ma. Zresztą, może to i lepiej.
– Nie pytam cię teraz o…
Uniosła obie dłonie do góry.
– Okej, cofam ostatnie zdanie. Co z tymi notatkami?
– Chciałem się upewnić… spytać, czy do nich zaglądałaś może ostatnio. Otwierałaś, albo wysyłałaś komuś mejlem…
– A po co miałabym to robić?
– Nie wiem, tak pytam, żeby się upewnić. Nie zaglądałaś, co?
Pani profesorowa, która była w połowie mielonego, zwanego u nich ze śląska sznyclem, odłożyła widelec. Nie musiała tego robić, jej wzrok wystarczył w zupełności. Och, nie było w tym złości, tylko coś znacznie gorszego: rozbawienie.
– Nie jestem pewna, czy cię dobrze zrozumiałam, kochanie. Chodzi ci o to, czy pod twoją nieobecność skrycie podczytuję notatki do genialnej powieści A. K. Zawijasa pod jakże ekscytującym tytułem Stary młyn? O to pytasz?
Odstawił talerz z zupą (jadał wolniej niż żona) w obawie, że łyżka wyśliźnie mu się ze spoconej dłoni i zadzwoni o tanią porcelanę.
– Niezupełnie – podjął trudne wyjaśnienia. – Ale może zacznę od początku. Kupiłem dzisiaj ten audiobook – pokazał palcem Cegielnię – i w drodze powrotnej na próbę włączyłem. Wyobraź sobie, że w pewnym momencie… nie wiem, jak to powiedzieć…
– Najlepiej wprost – podsunęła żona.
– To znaczy, w pewnym momencie usłyszałem swoje notatki. Dokładnie tak. Lektor czytał zwyczajną, trochę nudną powieść i nagle zaczął mówić zdania, które brzmiały znajomo. Najpierw sądziłem, że mi się zdaje, wiesz, zmęczenie i nerwy w korku. Cofnąłem dwa razy i było dokładnie to samo – moje zdania z notatek.
– Słowo w słowo?
– Tak, słowo w słowo.
Pani Magdalena Zawijas, która nie lubiła swojego przybranego nazwiska i do dziś żałowała, że nie została przy eleganckim panieńskim Janowska, podsunęła mężowi talerz z drugim daniem (zamiast sznycla jajko sadzone, ponieważ profesor od niedawna przeszedł na wegetarianizm) i usiadła z błyskiem nowego zainteresowania w oczach.
– Poważnie? Sprawdziłeś?
Skinął głową. Nie musiał sprawdzać, od ciągłego przeglądania znał swoje notatki na pamięć, do czego bał się przyznać. To byłoby jak sypanie prochu w lufę armaty skierowanej prosto w twarz.
– Tak, sprawdziłem, teraz przed obiadem. Wszystko się zgadza co do joty. Dziwne…
Wolał, żeby przypuszczenie o kradzieży wyszło od niej, w przeciwnym razie ilość prochu w wycelowanej w jego twarz armacie mogła jeszcze wzrosnąć. Potrzebna była sugestia. I przyniosła efekty.
– Mogli ukraść przez internet – powiedziała wolno profesorowa. – Jacuś mówił, że teraz to powszechne. Dużo skopiowali?
– Słyszałem jeden akapit, ale to dopiero pierwszy rozdział.
– A o czym jest ten akapit?
Chrząknął i włożył do ust sporego ziemniaka, żeby go pożuć chwilę i mieć czas na przemyślenie odpowiedzi.
– O czasie, upływie czasu, o wieczności i Bogu. Takie tam…
Okropnie się wstydził. W streszczeniu jego błyskotliwe spostrzeżenia brzmiały beznadziejnie. Proza pryszczatego licealisty.
– A co o Bogu? – dopytywała żona.
W jej umyśle najwidoczniej zarysowywała się jakaś interpretacja, bo sama sobie odpowiedziała:
– A wiem już, pewnie o tym, że nie płynie w czasie i dlatego nie istnieje. Niebezpieczne. Był taki już wcześniej, Nietzsche. Też zwariował.
„Co znaczy też?!”, chciał krzyknąć. Ugryzł się w język. Żona piła do jego własnego żartu sprzed paru minut. Zamiast tego podjął się, zupełnie niepotrzebnie, sprostowania.
– Nietzsche nie mówił, że Bóg nie istnieje, tylko że umarł. To coś innego. A właściwie dokładnie przeciwnego do tego, co miałem na myśli…
– Dobrze, dobrze – przerwała mu. – Puść mi ten fragment.
I zanim zdołał zaprotestować (w głębi duszy czuł, że nie powinien żonie puszczać TERAZ tego audiobooka), poderwała się z krzesła i ująwszy płytę w dwa palce ruszyła do odtwarzacza w salonie.
– Poczekaj! Posłuchamy u mnie w gabinecie. Porównamy od razu z notatkami. Wiesz, żeby mieć pewność.
Po chwili wahania przyznała mu rację (rzadka sprawa) i grzecznie czekała (jeszcze rzadsza sprawa) w jadalni, aż skończy obiad. Potem zrobili sobie ziółka na trawienie i z kubkami w ręku, jak uczestnicy tajnego obrzędu, w aromacie parzonego kopru włoskiego i dziurawca ruszyli schodami na piętro. Profesor przepuścił małżonkę przodem i ze wzrokiem wbitym w jej całkiem jeszcze jędrne pośladki rozważał, czy dobrze robi wtajemniczając ją w tę sprawę. Coś mu podszeptywało, że nie. Powinien ją zmilczeć i najpierw zbadać w samotności, na odwrót było już jednak za późno. Żona, majestatycznie jak kapłanka, kroczyła po schodach z magicznymi ziołami w jednej ręce i z przedmiotem ofiarnym w postaci płyty CD w drugiej. Niosła ją na płask, ostrożnie, jak dar dla mrocznego bóstwa. Nie znał nikogo, kto mógłby jej teraz przeszkodzić w przeprowadzeniu zaplanowanej operacji. Musiał też przyznać, że wyglądała imponująco. Nawet podniecająco. Ten wirujący tyłek…

www.unsplash.com/Phil Hearing Z pewnym ociąganiem włączył komputer i po zalogowaniu otwarł folder o nazwie STARY MŁYN.
– Jakie masz hasło? – spytała żona.
– Słońce, hasła są po to, by inni ich nie znali.
– Nie w tym rzecz, Księżycu. Skoro się włamali, to nie było specjalnie trudne. Mam nadzieję, że trudniejsze niż twoja data urodzenia. Włamywacz musiał je – jak mówi nasza córka – rozkminić. Skoro masz wszystko zabezpieczone hasłem…
Tylko ona potrafiła wypowiedzieć słowo „wszystko” w taki sposób. Od razu czułeś się jak krętacz, chytrze skrywający swoje brudne tajemnice pod hasłem, którego nie chce jej podać. Jej rozumienie wzajemnego zaufania sprowadzało się do tego, że ty jej mówisz wszystko, a ona tobie tyle, ile zechce. Przepis na małżeństwo doskonałe.
– Na skali trudności świeciło się na pomarańczowo. Czyli dość trudne.
– To znaczy, że złodziej, który tak wysoko ocenił twoje notatki, musiał być niezłym hakerem – podsumowała. W domyśle: na literaturze gość nie znał się w ogóle.
Zbył jej uszczypliwości i w milczeniu przeglądał zapiski w poszukiwaniu tamtego akapitu. Rozpoczynał się dokładnie tak, jak w Cegielni: „Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną…” – słowo w słowo. Czyli to nie było złudzenie. Słyszał je naprawdę.
Magda przysiadła na taborecie i również wczytywała się w notatki. Łatwa, kuchenna złośliwość ustąpiła miejsca autentycznemu zainteresowaniu. Udało mu się ją zaintrygować. Nieco podniesiony tym faktem na duchu, włożył płytę do stacji CD i oboje w napięciu wsłuchiwali się w szum uruchamianego czytnika. Brzmiał jak zakłócenia w starym kineskopowym telewizorze, albo jak szum rakiety startującej z przylądka Canaveral w relacji NASA sprzed czterdziestu lat.
Szum to chaos, kosmiczna pustka. Z niej może się wyłonić wszystko: najlepsze i najgorsze. Żachnął się. Myśl głupia i jakby obca. Nie wiedział, dlaczego mu się pomyślała.
Zwykle audiobooki mają na wstępie krótki rozdzialik z podstawowymi informacjami: tytuł, autor, wydawnictwo, nazwisko lektora i tak dalej. Tu nie było czegoś takiego, tekst od razu rozpoczynał się od opisu leśnej drogi, którą utrudzony wędrowiec zmierzał do samotnego domostwa na skraju lasu. Czekali tam na niego życzliwi i dobrzy ludzie, o czym stanowiły następne minuty. Oboje z żoną słuchali w milczącym napięciu, Magda co jakiś czas przygryzała naskórek przy paznokciach.
– Gdzie to jest? – spytała spluwając dyskretnie kawałkiem skóry na podłogę.
– Zaraz będzie – uspokoił ją. – Jeszcze troszkę.
Z jego wyliczeń wynikało, że to powinna być dziesiąta, jedenasta minuta nagrania. Tyle czasu zajmowało przejechanie samochodem z ulicy Grodzkiej na ulicę Konopnickiej, z uwzględnieniem tradycyjnego korka na moście Grunwaldzkim. Zresztą, w jego pamięci wyraźnie zapisał się licznik z dziesiątką i przeskakującymi kolejnymi sekundami, tuż przed całym zamieszaniem ze stłuczką. Dlatego z rosnącym niepokojem przyglądał się maleńkim cyferkom na pasku odtwarzania, gdzie minęła już nie tylko minuta dziesiąta, ale i jedenasta, dwunasta, trzynasta… Po osiemnastu minutach skończył się rozdział pierwszy i rozpoczął następny. Licznik ruszył od zera.
– Czy nie mówiłeś, że to było zaraz w pierwszym roz…
– Tak, mówiłem! Musi tu być!
Prawie krzyczał. Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymał ją ruchem dłoni i puścił jeszcze raz od początku. Słuchali w jeszcze większym skupieniu, Magda już nie gryzła naskórka. Dojechali do końca i nic. Opowieść całkiem spójnie oddawała przyjazd samotnego wędrowca do domu życzliwych ludzi, pozbawiona nie tylko filozoficznych dywagacji o czasie, wieczności i nieistnieniu Boga, ale w ogóle wszelkich dygresji. Zwykła opowiastka. Profesor wgapiał się w panel winampa z narastającym zdumieniem.
– Olek… – zaczęła nieśmiało żona. – Nie ma tego…
– Słyszę – burknął. – To znaczy, nie słyszę. Nie wiem, co się stało.
Tekst powieści był spójny i obcy. Nie wybrzmiał ani tamten akapit, ani choćby jedna krótka fraza z zapisków profesora. Przez chwilę milczeli oboje, ale ich uwaga nie była już skupiona na sączącej się nadal z głośników opowieści. Każde z nich na swój sposób i wedle najdogodniejszej dla siebie logiki próbowało wyjaśnić przyczyny narosłej konfuzji. On doszedł do wniosku, że pod wpływem zamyślenia wspomnienie własnych słów nałożyło mu się na słuchany tekst i później nie potrafił się już pozbyć autosugestii. Ona z kolei doszła do wniosku, że mąż głęboko przeżył psychoterapię, uwolnił w sobie mnóstwo nowej energii i w samochodzie przeżywał coś w rodzaju duchowego resetu. Dlatego częściowo stracił kontrolę nad samochodem. Echem tego wstrząsu był lichy dowcip: „Jestem stuknięty”.
– Olek, szczerze mówiąc… nie wiem, co powiedzieć…
– To nie mów – odparł. – Ja też nie będę. Muszę się położyć.
– Ale powiedz mi, jak to miało być, że wsiadłeś do samochodu i co…
– Nie – uciął. – Nie teraz. Jestem zmęczony.
Ostentacyjnym gestem wyłączył komputer i niemal wypchnął ją z gabinetu. Gdy tylko zamknął za nią drzwi, opadł na łóżko i wlepił oczy w sufit. O spaniu oczywiście nie było mowy. Musiał to jeszcze raz gruntownie przemyśleć.
Co tu się właściwie stało?




























