Kategoria: Aktualności

  • Co wyłowić z listopadowych nowości?

    Październik prawie za nami, więc można złapać trochę oddechu, bo w listopadzie mniej premier. Nie oznacza to, że będą gorsze, co to, to nie. Przejrzałem strony wydawców, a efekt widzicie poniżej. Nie muszę Wam mówić, że lista jest subiektywna, a to znaczy, że Wy możecie czekać na coś zupełnie innego. Ja jednak pójdę w te książki, do czego również zachęcam 😉 Jeśli klikniecie w okładkę, to przeniesiecie się na stronę empik.com. Tam możecie przeczytać więcej o danym tytule, jest też opcja zakupu 😉

  • „Kwestia imienia”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Chris Carter zyskał w Polsce sporą popularność. Czytałem wiele pozytywnych recenzji na temat jego powieści, czytelnicy na internetowych forach albo się zachwycają, albo przynajmniej mocno chwalą. Nawet mój gospodarz na tej stronie jest miłośnikiem tego pisarza. Co do mnie, to na mojej półce lezy kilka powieści Cartera. Lubię być z gatunkiem na bieżąco, ale żadnej jeszcze nie przeczytałem. Dlaczego? Niedawno się nad tym zastanawiałem i w końcu do mnie dotarło – chodzi o imię i nazwisko głównego bohatera

    Robert Hunter – tak właśnie nazywa się bohater Cartera. Dzielny policjant walczący ze złem na ulicach Los Angeles. Przepraszam Państwa bardzo, być może te powieści faktycznie są bardzo dobre, ale ja już na tym etapie nie jestem ich w stanie traktować poważnie. Robert Hunter. Robert Łowca. Już słyszę jego lekko zachrypnięty (oczywiście), szorstki (jeszcze bardziej oczywiście), ociekający testosteronem (oczywista oczywistość) głos w głowie – Nazywam się Robert Łowca i poluję na przestępców.

    Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Kurczę, naprawdę nie dało się wymyślić mniej pretensjonalnego imienia i nazwiska?

    Ale i tak na mojej prywatnej liście najgorszych imion i nazwisk bohaterów kryminałów Robert Łowca zajmuje dopiero zaszczytne drugie miejsce. Na pierwszym od wielu lat znajduje się detektyw londyńskiej policji z cyklu Tony’ego Parsonsa Max Wolfe (dla niepoznaki z „e” na końcu). Max, kurczę, Wolfe. Maksymalny Wilk. Nie jestem w stanie traktować poważnie kogoś, kto tak nazwał główną postać swojego cyklu. Samego bohatera zresztą też nie. Dlatego z tą serią pożegnałem się dość szybko.

    Mam problem z obsadą trzeciego miejsca, chociaż mam kilka typów. Jednym z nich jest Harry Hole. Żeby była jasność, bardzo cenię pisarstwo Jo Nesbo i jego powieści. Ale imię i nazwisko głównego bohatera? Trochę przesadzone. Po pierwsze imię. Harry. A więc angielskie, a nie norweskie. Niemniej, występuje w Norwegii. Jednak ma swoje potoczne znaczenie. „Harry” to przymiotnik oznaczający coś bez smaku lub nawet wulgarnego. Wynikało to z faktu, że imię to nadawali swoim dzieciom głównie przedstawiciele klasy robotniczej. Hole to dziura. Przyjrzyjmy się teraz naszemu bohaterowi, który jest policjantem, jego prywatne życie to jedna ogromna emocjonalna katastrofa, a wewnętrzną pustkę próbuje wypełnić alkoholem. Nesbo nazwał nadał mu imię i nazwisko, które de facto oznacza „wulgarną dziurę”. Jak dla mnie, trochę przegiął. Rozumiem, że nomen omen i tak dalej, ale co za dużo, to niezdrowo.

    Jest też bohater pani J.K. Rowling. Cormoran Strike? Świetnie imię dla postaci z Harry’ego Pottera, beznadziejne dla powieściowego detektywa. Cormoran (imię giganta z kornwalijskich legend, kojarzący się z francuską nazwą kormorana, nota bene, nie znalazłem nikogo o takim imieniu na facebooku) Strike. Kormoran Uderzenie. Uderzenie Kormorana? Nawet nie jestem pewien, jak to powinienem przetłumaczyć. Co zaskakujące, pani Rowling wymyśliła sobie całkiem fajny i wpadający w ucho pseudonim Robert Galbraith. Dlaczego nie mogła pójść za ciosem i stworzyć coś równie prostego dla swojego bohatera? To już pozostanie tajemnicą.

    Na tym tle John Rebus z powieści Iana Rankina wypada dość zwyczajnie. Ale też jest dziwaczny i niepotrzebnie znaczący. Jestem policjantem, rozwiązuje kryminalne łamigłówki, a nazywam się Rebus. Czemu nie krzyżówka? Albo jeszcze lepiej – Jolka lub Sudoku? Rankina w pewnym sensie tłumaczy, że debiutował w latach osiemdziesiątych. I w tamtym czasie to faktycznie mogło być coś nowego, ciekawego i świeżego. No i przede wszystkim – Rebus jednak nie gryzie w zęby tak mocno jak Max Wolfe.

    Ale żeby nie było, są też pozytywne przykład. Całkiem sobie nieźle z nazywaniem swoich bohaterów radzą polscy autorzy. Mistrzem dla mnie jest tutaj (co powtarzałem wielokrotnie) Mariusz Czubaj z Rudolfem Heinzem. Tak. Na pierwszy rzut ucha/oka brzmi dziwacznie, ale równocześnie całkiem nieźle. Za to kiedy zdamy sobie sprawę, że główny bohater pochodzi ze Śląska, cała ta dziwność znika. Rudolf Heinz wywodzi się po prostu z niemieckiej mniejszości (nawet jeśli się już z nią nie identyfikuje). Co więcej, jeśli już to wiemy, to możemy też sobie wyobrazić, jak wyglądało życie jego rodziny w okresie PRLu i jaki to miało wpływ na życie Rudolfa. Pisząc krótko, w tym imieniu i nazwisku zawarta jest cała historia tej postaci. Absolutne mistrzostwo.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Niezły jest Teodor Szacki. Nietypowe imię, po którymi następuje bardzo zwyczaje nazwisko. Fajne połączenie. Nieprzesadzone, prawdopodobne, a zapadające w pamięć. Podobnym tropem poszła Katarzyna Bonda tworząc Saszę Załuską. W trochę innej lidze grają twórcy kryminałów retro, ale i oni potrafią. Eberhard Mock Marka Krajewskiego czy Zyga Maciejewski Marcina Wrońskiego są blisko mistrzostwa świata.

    A co do mnie, to uważam, że mam literackie dwie pięty achillesowe. Wymyślam takie sobie tytuły swoich książek i takie sobie imiona i nazwiska bohaterów. Ale przy całym tym autokrytycyzmie uważam, że Jakubowi Mortce czy Dawidowi Wolskiemu jednak daleko do Maxa Auuuu! Wolfe’a.

    Wojciech Chmielarz

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #8

    Kiedy profesor Zawijas skończył opowieść o własnych notatkach wmontowanych w audiobook Cegielni, ciasny gabinet na trzecim piętrze Komendy Wojewódzkiej ponownie wypełniła gęsta cisza. Za oknem panował już solidny jesienny mrok, rozjaśniany kryształkami błysków z obmytej przez deszcz ulicy Mogilskiej. Techniczna lampa na suficie brzęczała cichutko, jak dyskretny generator myśli, które kotłowały się pod czaszkami obu mężczyzn.

    Może to zwykły plagiat? – zaryzykował inspektor Madej.

    Nie były nigdy publikowane – uciął profesor. – To kradzież zawartości komputera. Ściślej rzecz biorąc, kradzież własności intelektualnej. Zdaje się, że w Polsce stanowi dosyć poważne przestępstwo, policja mogłaby się wykazać.

    Tym się zajmuje prokuratura z powództwa cywilnego. Musiałby pan wnieść sprawę osobiście. I przedstawić dowody, a te – na ile dobrze zrozumiałem – zaistniały wyłącznie w pańskich uszach. I tylko przez jakiś czas.

    Zamilkli. Profesor szukał argumentów, które pozwoliłyby mu odeprzeć tak ewidentne oskarżenie o nierównowagę i oralne złudzenia, jego akademicka uczciwość nakazała mu jednak zgodzić się z faktem, że takich argumentów nie miał. Nikt oprócz niego nie słyszał tych słów. Przy postronnych słuchaczach kradzież się nie ujawniała. „A może – pomyślał Zawijas – rzeczywiście miałem omamy?”

    Zgoda –– powiedział głośno. – Tylko że kilka razy z rzędu. Zawsze, kiedy słuchałem sam.

    Inspektor kiwał głową, jakby się zgadzał. Trudno było jednak powiedzieć, na co konkretnie, ponieważ nie sprawiał wrażenia przekonanego, zajęty jakimś własnym tokiem rozumowania.

    Panie profesorze – zaczął wreszcie – skoro już tu siedzimy i mamy przed sobą przedmiot naszych wątpliwości, to może zróbmy eksperyment? Posłuchamy najpierw razem, a potem pan posłucha sam, i porównamy obie wersje. Gdzieś tu miałem przenośny odtwarzacz…

    Nie! – krzyknął profesor. – Nie chcę!

    Na myśl o kolejnym wchodzeniu w tę pokręconą opowieść o cegielni zareagował nagłym skurczem żołądka. W środku palił go roztopiony ołów. Przypomniał sobie tamte słowa: Wieczność jest niema i przeraził się, że znowu w niego uderzą tą dziwną, otumaniającą falą, która omal nie zrzuciła go ze schodów. Nie potrafił jej wyjaśnić, ale brzmiała jak echo i przypominała mu inny głos, z bardzo dalekiej przeszłości, gdy był jeszcze dzieckiem. Nie chodziło o znaczenie, dobrze znał słowa z własnych notatek, raczej o brzmienie, samą artykulację głosek. Ktoś już kiedyś tak do niego mówił, natarczywie i żałośnie, jakby prosił o ratunek. Żądał go.

    www.unsplash.com/Jon Tyson

    Pamięć zdumiewa. Jak w kufrze na strychu, chowamy w niej przedmioty z przeszłości, magazynujemy ile się da z naszego życia, by choć trochę ocalić. To na poziomie świadomości. Ale jest również druga pamięć, głębsza i znacznie mniej uporządkowana. Przypomina raczej kubeł śmieci, gdzie bez porządku mieszają się kawałki materii, szczątki roślin, pojedyncze klatki filmu, strzępy głosów, smużki zapachów… Stoi sobie to wiadro gdzieś w najciemniejszym kącie piwnicy, na samym dnie duszy, i czeka na promień światła, który wywoła je z niebytu. Może nim być cokolwiek, na przykład dotknięcie materiału, takiego samego jak ten, z którego mama zrobiła twój pierwszy sweterek. Kolor plastiku, ten sam, co na tamtej przedszkolnej zabawce, twojej pierwszej miłości. Aromat ciepłego wiejskiego chleba, przypominający tamte, pieczone przez babkę w domowym piecu. Linijka wiersza z pierwszej samodzielnie przeczytanej bajki. Przebija cię w najmniej spodziewanej chwili i nie prowadzi donikąd, jest ślepą uliczką wspomnienia, które uderza znienacka i równie nagle się cofa. Bez konsekwencji, jeśli nie liczyć krótkiego ukłucia bólu.

    Mniej więcej coś takiego przytrafiło się profesorowi na schodach, gdy głowę wypełnił mu tamten okrzyk. Ktoś już kiedyś tak wołał do niego i był absolutnie pewien, że nigdy więcej tego krzyku nie chce słyszeć.

    Dlaczego nie? – zdziwił się inspektor. – Przecież to pański jedyny dowód.

    Nie mam zamiaru wnosić żadnego oskarżenia. Jak pan sam zechciał zasugerować, zrobiłbym z siebie kompletnego idiotę posuwając się do czegoś takiego. Nie, dziękuję, dowody są zbędne, nie wiem zresztą, czego miałyby dowodzić. Że trapią mnie omamy słuchowe? Pan wybaczy. Chyba już mi lepiej, czy mogę iść?

    To była akurat prawda. Miał ochotę jak najszybciej stąd wyjść. Trapiły go nie omamy słuchowe, tylko mocne przekonanie, że nie powinien już dłużej siedzieć w tym ciasnym i dusznym gabineciku, nieprzyjemnie podobnym do karceru, w którym spędza się czas za karę, a nie dla przyjemności. Oparł dłonie na blacie i wtedy zabrzęczała komórka inspektora. Opuścił ręce.

    Co jest, Macerak? – warknął inspektor, niezadowolony, że mu przerywają w kluczowym momencie. W miarę słuchania jego złość przechodziła w zainteresowanie, o czym bezbłędnie informowała jego tężejąca twarz. Wetknął palec wskazujący w otwór płyty z audiobookiem i mimowolnie obracał ją palcami. „Żywy odtwarzacz”, przemknęło profesorowi przez myśl. Siedział i czekał. Teraz nie wypadało wychodzić.

    Możesz to powtórzyć? – poprosił Madej i dotknął palcem wyświetlacza.

    Ale co? – spytała głośno komórka.

    Macerak, skup się. Jak powtórzyć, to znaczy że to samo, tylko jeszcze raz.

    Aha. No więc miał pan dobrą intuicję. Dzwoniła mama tego Damiana, co się utopił na Zakrzówku, że znalazła płytkę z tytułem Cegielnia. A na laptopie jej córka przejrzała folder z muzyką i znalazła ten sam audiobook na mp3. Znaczy, chłopak przegrywał sobie na telefon. Musiał słuchać.

    Uniesione brwi inspektora mówiły do Zawijasa: „I co pan na to?”, podczas gdy palce bawiły się obracaniem krążka.

    Dalej.

    No więc…

    Macerak, błagam! Nie zaczynaj jak analfabeta każdego zdania od „no więc”. Wytęż umysł. Przeskocz samego siebie.

    Now… Jeszcze jeden przypadek jakby był trochę podobny – ciągnęła na głos komórka. – Dziewczyna poszła na spacer nad Wisłę, na bulwar, no ten, co się nazywa jak z Potopu

    Kurlandzki.

    No wł… tak! Założyła słuchawki na uszy, położyła się na trawie i po prostu umarła.

    Na co? – wyrwało się profesorowi.

    Właściwie na nic… przepraszam, dobry wieczór, aspirant Macerak…

    To profesor Aleksander Zawijas – szybko wtrącił inspektor. – Specjalista od literatury. Próbuję go namówić do pomocy, ale na razie bezskutecznie.

    Aha. Now…, tak, lekarz wpisał serce jako przyczynę zgonu, bo niczego innego nie znaleźli. Jej matka sprawdziła: dziewczyna słuchała Cegielni.

    www.unsplash.com/phil hearing

    Dobrze, Macerak. Dzięki. Zadzwoń do tych ludzi i jakoś oględnie im powiedz, żeby na razie nie słuchali tego audiobooka. Nie mów nic o naszych podejrzeniach, po prostu niech nie dotykają pliku, to znaczy tej cholernej płyty, bo stanowi dowód w sprawie. Jakoś tak. I nie zaczynaj od „no więc”, bo cię zignorują.

    Jasne, panie inspektorze, tak powiem. Może być tylko problem z matką tej dziewczyny znad Wisły. To dziennikarka z „Wyborczej”.

    O kurwa – jęknął Madej. – A która?

    No, ta… Massa.

    Czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałeś? Jasna dupa! Jej córka zmarła na serce nad Wisłą? Cholera, cholera! Był przy tym jakiś prokurator? Jest sprawa?

    No właśnie nie. Protokół z sekcji, na jej żądanie. A potem cisza.

    W takim razie do niej nie dzwoń. I szukaj dalej. Tylko ostrożnie.

    Rozłączył się i spojrzał na profesora wzrokiem pełnym wszelkiej wymowności.

    Nie lubi pan „Wyborczej”? – spytał Zawijas z rozbawieniem.

    Lubię. Ci dziennikarze są cholernie dociekliwi i nieustępliwi. I to jest problem.

    Chodzi panu o to, że jak się baba doczepi, to nie popuści?

    Niech pana Bóg broni mówić o niej „baba”! – zakrzyknął Madej unosząc obie ręce. – Jak to usłyszy, udusi pana w feministycznym sosie i zje zagryzając sałatką z gendera.

    Kto?

    Marta Massalska, tygrysica krakowskiego dodatku „Wyborczej”. Przepis na ten drink jest prosty: spirytus, proch strzelniczy i pokruszone żyletki. Jeśli się dowie o tych podejrzeniach, nici z dyskrecji. Nasze fotografie wylądują na pierwszej stronie, ze zmierzwionymi włosami i kosym spojrzeniem, nieco niewyraźne, nad głowami wielki tytuł: TROPICIELE AUDIOBOOKA ZABÓJCY! Na pewno chcemy takiej medialnej sławy?

    Profesor skrzywił się w uśmiechu i pokręcił głową.

    Proszę nie używać liczby mnogiej. Nie my, tylko pan, ponieważ ja jednak chciałbym się pożegnać i wrócić do swoich zajęć. Nie będę się wypierał, sprawa do pewnego stopnia jest intrygująca i nie wątpię, że z odrobiną samozaparcia ją pan wyjaśni. Beze mnie. Nie widzę tu dla siebie roli. Mogę jedynie ze swej strony zapewnić, że nikt się ode mnie nie dowie o tej dziwacznej historii, i że nigdy więcej nie pozwolę sobie nazwać pani Massalskiej „babą”. A co do zabijającego audiobooka, to proszę mi wybaczyć, ale reprezentuję instytucję naukową i pańskie sugestie nie mieszczą się w jej paradygmacie badawczym.

    Wstawszy zdjął z oparcia przemoczony płaszcz, który zaczął już aromatycznie parować, i narzucił go z elegancją na ramiona. Powróciła przemożna chęć, by natychmiast opuścić to ciasne pomieszczenie i wyjść wreszcie na chłodną ulicę, przyjemnie rześką od wrześniowego deszczu. Chciał głęboko odetchnąć, uwolnić się, zejść z tej niezwykłej sceny, na którą wepchnął go ciąg jak najbardziej zwykłych zbiegów okoliczności. Głos w jego głowie zamilkł, strach minął, drżenie ustało, puls zwolnił. Potrzebny był jeszcze oddech. Wyluzowanie.

    Audiobook, który zabija. On przeżył, ponieważ zdążył wyhamować. Nie samochód, tylko narrację. Jest literaturoznawcą, dlatego potrafi panować nad fabułą, w przeciwieństwie do czytelników amatorów, którzy wpadają w nią jak mucha do miodu i nie mogą się już wydostać. Ocalał, bo sam pisze i wie, co to jest pisanie.

    Kompletna bzdura.

    Zawijas, idź do domu.

    Pójdę już, inspektorze – powiedział wyciągając rękę. – Powinienem dodać „niech pan zadzwoni, jakby co”, ale właściwie nie wiem, czy chcę. Do widzenia.

    Jego wyciągnięta dłoń zawisła nad stołem.

    Niech mi pan da minutę – powiedział inspektor podnosząc się z krzesła. – Tylko jedną minutę, sam ją pan wybierze. Z pierwszej części, która ma dokładnie dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund. Dowolna. Pan wybiera, ja puszczam i słuchamy obaj. Przecież to i tak kompletna bzdura,

    (jak on to usłyszał???)

    więc nic nam nie grozi. Bardzo pana proszę. Jedna minuta.

    Zanim profesor zdążył odpowiedzieć, Madej ruchem prestidigitatora wyjął spod biurka przenośny odtwarzacz z otwartą na wierzchu klapą i włożył doń krążek CD.

    To jak, która? – spytał z palcami uniesionymi nad odbiornikiem jak nad kapeluszem, z którego zaraz wyskoczy królik.

    Jedenasta – odparł odruchowo profesor i ugryzł się w język. – To znaczy nie, wolałbym jednak nie…

    Pierwsze słowo się liczy – mruknął inspektor Madej i już wciskał klawisz z wyszukiwaniem. Gdy dotarł do właściwego miejsca, uniósł palec w gotowości i wskazał profesorowi krzesło. Ten po raz trzeci usiadł, z lekkim skurczem w żołądku. Wielkie oczodoły głośników kierowały wprost ku niemu nieżyczliwe spojrzenie.

    Jedna minuta – powtórzył policjant z uniesionym palcem, jakby podkręcał napięcie przed spektaklem. Wcisnął PLAY i stał nad urządzeniem jak alchemik nad kotłem.

    Głos chrypiał nieznośnie niskim basem, a miejscami warczał zupełnie jak pies, który nauczył się mówić. Mógł być głosem kogokolwiek, czegokolwiek, ale na pewno nie był głosem lektora zatrudnionego do czytania powieści.

    się wam wydawało, że możecie sobie chodzić po tej ścieżce tam i z powrotem? Wybijcie to sobie z głowy, słyszycie? Moja ścieżka, mój las, moja cegielnia – wszystko tu jest moje! Kto raz wszedł, zostaje na zawsze. Okruchy zmiotłem ze stołu, ogień w piecu rozpaliłem, warzę godziwą strawę specjalnie dla was i czekam. A żebyście nie ociągali się zbyt długo, wysyłam gońców z ponagleniem, pojmiecie znaki niechybnie. Jakoż słoneczna tarcza w koronie z krwi ku zachodowi się chyli.

    Ta ścieżka jest tylko dla was. Czekam. Nie zaczynamy zdania od „nowięc”? No więc, profesorku, nie wybieraj się jeszcze do domu. Tu teraz twoje miejsce i twój czas. Słuchaj uważnie poleceń pana inspektora, albowiem mamy razem sporo do zrobienia.

    A na końcu was zabiję. Bo to jest ścieżka tylko w jedną stronę. Rozumiecie? Rozu… jedną… zrobieni… biję…

    Pstryknął klawisz stopu. Palec zamarł w powietrzu, jakby groził odtwarzaczowi. Następnie inspektor uległ zawodowemu odruchowi i zaczął uważnie oglądać ściany i sufit w poszukiwaniu podsłuchu. Miał przy tym minę kogoś, kto usilnie chce dać do zrozumienia, że się nie przejął. Próbował pogwizdywać.

    Aleksander Zawijas roztrzęsioną ręką sięgnął po komórkę.

    Magda? Wszystko w porządku? Nigdzie nie wychodźcie! Jestem na policji, nic mi się nie stało. Nie potrąciłem nikogo, przecież samochód mam w warsztacie. Słuchaj – pod żadnym pozorem nie słuchaj tego audiobooka, rozumiesz? Absolutnie! Ani Zośka, ani Jacek. Nikt! To bardzo ważne! Później ci wytłumaczę! Bardzo ważne! Przyrzeknij! Pa, niedługo wrócę. Pa.

    Rozłączył się i oparł łokcie na blacie, wbijając wzrok w odtwarzacz z kręcącą się na jałowym biegu płytką.

    To pańska mistyfikacja? – spytał.

    Nie, to pański dowód – odparł inspektor Madej.

    Na co właściwie?

    Że nie miał pan omamów słuchowych, profesorze. Z tym audiobookiem naprawdę jest coś nie tak. Bardzo mocno nie tak.

    Z nim, czy z nami? – spytał profesor. Nie usłyszał odpowiedzi i odczuł z tego powodu niemałą ulgę.

    Cdn.

  • „Ten zamach miał zmienić losy świata, a był przygotowany po harcersku”

    Na papierze wszystko jeszcze trzymało się kupy. Janusz Waluś miał zamordować Chrisa Haniego, uciec, a w Republice Południowej Afryki miało rozpętać się piekło. Udało się zrealizować tylko pierwszy punkt, bo kilkanaście minut po zastrzeleniu Haniego, Janusz Waluś został zatrzymany przez policję, a w jego samochodzie leżał pistolet, z którego strzelał. Czy zamach z 10 kwietnia 1993 roku zmienił bieg historii? A może tylko przyspieszył to, co było nieuniknione? Waluś najpierw został skazany na karę śmierci, którą potem zamieniono na dożywocie, a jeszcze później wypuszczono go z więzienia – przynajmniej w sensie prawnym, bo fizycznie nigdy kroku na wolność nie postawił. Czy kiedyś wyjdzie? Dlaczego do tej pory nie wyraził skruchy, skoro za kratami spędził już 27 lat? Czy kiedyś wróci do Polski, gdzie wśród części kibiców piłkarskich jest uznawany za bohatera, a flagi z jego wizerunkiem powiewają w trakcie meczów? Na te wszystkie pytania odpowiada Cezary Łazarewicz, który napisał książkę „Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia”. Rozmawiamy o niej w areszcie śledczym na warszawskim Służewcu, za co dziękuję Pani Elżbiecie Krakowskiej, rzeczniczce Służby Więziennej.

     

     

  • „Boję się, że po Noblu będą wobec mnie jakieś niesamowite oczekiwania”

    Jedenaście dni temu przyznano jej literackiego Nobla. Od tego czasu jest praktycznie cały czas w trasie. Targi, konferencje prasowe, przemowy. Dziś Olga Tokarczuk po raz pierwszy spotkała się z dziennikarzami w Polsce. Tematów było sporo, ale wybrałem dla Was najciekawsze kwestie z blisko godzinnej konferencji prasowej. Jest o tym, czy pisarze mogą być przewodnikami dla swoich czytelników, o mowie noblowskiej, „Księgach Jakubowych”, oczekiwaniach po Noblu. No i o najnowszej książce, która prawdopodobnie ukaże się jesienią przyszłego roku. Przygotujcie sobie herbatę i obejrzyjcie, co ma do powiedzenia noblistka.

     

  • „Treści w krainie podcastów”, październikowy felieton Jakuba Ćwieka

    Lubię podcasty tematyczne. Oczywiście nie wszystkie, wiele zależy od tematu, ale oprócz konkretnych tytułów, które nie czas i miejsce wymieniać, podoba mi się sama idea. To trochę podobnie jak z blogami tematycznymi. Lubię jak ktoś czasem skondensuje dla mnie wiedzę, przedstawi ją fajnie i zwięźle, pomoże mi być na bieżąco w kwestiach, które interesują mnie nie dość, by się wgłębiać na poważnie, ale mimo wszystko troszkę.

    Lubię, gdy ludzie w podcastach rozmawiają. I nie mam tu na myśli wywiadów, ale faktyczną rozmowę na jakiś temat, gdzie oprócz przekazywanej wiedzy pojawia się jakiś do tej wiedzy komentarz, czasem żart, czasem jakaś osobista anegdota.

    Lubię, gdy we wpisach blogowych widać styl blogera, jego faktyczne zainteresowanie tematem, wnioski.

    Słowem, niezależnie od medium, lubię, to, co w przekazywaniu opowieści podobało mi się zawsze – wykorzystanie konkretnej platformy, by jak najlepiej oddać daną historię. Bo tak, blog czy podcast mogą być nośnikiem opowieści równie dobrym, co powieść, komiks, stand up, teatr, piosenka czy film. I też ma swoją specyfikę.

    To, czego natomiast nie lubię…

    Po pierwsze nie znoszę żerowania na czyjejś pracy. Niedawno głośna była u nas sprawa blogera, który przywłaszczał sobie cudze tematy i cudze prace i publikował je w sieci jako swoje materiały. Mniejsza o personalia i dane, ale zaskakujące wydaje się zjawisko. W dzisiejszych czasach programów antyplagiatowych, w czasach ogromnych baz tekstowych, cyfrowych bibliotek etc. proces uchodził typkowi bardzo długo, popularność rosła, a nowe teksty pojawiały się jeden po drugim i budowały renomę i prestiż. Bo tak, tematy były bardzo różne, zadania domowe w tekstach odrobione na tip top, moc opowieści godna profesjonalnego reportażysty. Bo i rzeczywiście były to opowieści tworzone przez reportażystów, a przez typka jedynie zaadaptowane na bloga bez podania źródeł. Za to za darmo, bądź za dobrowolne składki patronów.

    Jak to się mogło stać? Dość prosto! Ludziom wiedza uzyskana z przeczytania notki blogowej w całości wystarczała, więc nie zgłębiali tematu, bo nie czytają książek. Skoro nie zgłębiali tematu, nie mogli wiedzieć, że wpisy to teksty kradzione i przemalowane na nowy kolor dla niepoznaki.

    To oczywiście dość skrajny przypadek, ale można podać szereg mniejszych, nie tak oczywistych prawnie, a mimo to nie dających mi spokoju. Oto bowiem niezwykle często trafiam na podcasty i blogi, które, jeśli nie są lifestylem, a rzeczywiście programem tematycznym, rżną streszczenia pojedynczych książek. Nie dokonują kompilacji, porównania materiałów. Nie, są brykami jednej, konkretnej pozycji, konkretnego autora. Opowiedziane swoimi słowami, więc bez jakiegokolwiek odniesienia do źródeł. Inaczej więc mówiąc, ktoś odwalił pracę reasercherską do książki, a ktoś inny ograniczył się do zrobienia notatek z gotowej książki i przeczytania tychże, bądź powiedzenia ich własnymi słowami w ramach nagrania. No trudno się dziwić, że nowe formy wypierają stare. To trochę tak, jakby dzieci podkradały rodzicom pieniądze i obnosiły się dumą, że są bogatsze od swoich starych!

    www.unsplash.com/Markus Spiske

    Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że uważam, że forma jaką jest podcast czy blog tematyczny musi być wtórna wobec książek reporterskich. Znam szereg świetnych podcastów, gdzie ludzie robią naprawdę dobrą robotę od początku do końca i zdobywają markę tak, jak należy. Ale ogrom tego na co trafiam idzie na łatwiznę. I zalewa nas kradzionymi treściami, tłumacząc się bełkotliwie i zwykle bezzasadnie prawem cytatu.

    Po drugie nie podoba mi się niezwykle częsty brak przykładania się do formy. I znowu, znam szereg wyjątków, ale ogrom tego, co czytam i słucham to streszczenia bez krztyny finezji, albo z formą niedopasowaną kompletnie do przekazywanych treści. To ostatnie zresztą niezwykle często towarzyszy twórcom z drugiej ręki. Dla nich to tylko temat przeczytany i streszczony, nie przeżywany na etapie zbierania materiałów, porządkowania ich, dobierania i spisywania. W tym znaczeniu blogerzy i twórcy podcastów są jedynie nieudolnymi odtwórcami i trudno ich za to szanować.

    Zmierzam do tego, że patrzę na rozwój rynku podcastowego w Polsce (bo ten jest, zwłaszcza u nas, wciąż dość świeży, choć już nie nowy) z pewnym niepokojem i z pewną nadzieją. Nadzieją, bo to forma z ogromnym potencjałem, co czasem tu i tam widać. Miksy wywiadów, felietonów, opowieści ogniskowych, dyskusji i szeregu innych form dają możliwości o których wielu się nie śniło, a dodatkowo Internet daje potencjalne zasięgi.

    Niepokojem, bo to, co widzę to bardzo szybkie pójście w tempo kosztem jakości dostarczanego materiału *. Internet to medium szybkie, w natłoku rzeczy rozbłyskają i gasną, ale to nie powinno usprawiedliwiać twórców. Nie można mówić, że taka czy inna forma wygrywa z książką, gdy wszystko co czasochłonne owa nowa forma z tej książki czerpie, a resztę kastruje jako niepotrzebną.

    Dlatego apeluję. Jeśli traficie na fajny podcast czy blog, a w nim interesujące treści, zgłębcie temat. A jeśli, czego nie życzę, okaże się, że owa fajność wpisu czy nagrania jest tak naprawdę zasługą kogoś innego, czyjejś ciężkiej, ukradzionej pracy, tępcie, nagłaśniajcie, zgłaszajcie **. Posprzątajmy blogosferę i strefy podcastowe. Niech twórcy dają nam nową jakość, a nie nowe szaty Cesarza.

    * I tak, u pisarzy też to się zdarza, podkreślałem to po wielokroć, więc może już wystarczy, by nikogo nie piekły uszy.

    ** To samo tyczy się plagiatów książkowych, jak choćby ostatni, całkiem głośny, podróżniczy, ale felieton jakby nie o tym.

    Jakub Ćwiek

  • „Śląsk zbuntowany”, czyli hiszpańskie dzieje dwustu śmiałków. Fragment książki

    Są takie książki, które dotyczą tego, co za naszym oknem. Ja każdego dnia widzę Śląsk. On jest moim pokojem, piwnicą, miejscem do życia. Czasem mnie wkurza, czasem oszałamia, ale przecież ojczyzny się nie wybiera. Tutaj się urodziłem, tutaj pewnie umrę. Za każdym rogiem czai się tu historia, o której czasem nawet tubylcy nie mają pojęcia. Dariusz Zalega napisał książkę o blisko dwustu śląskich robotnikach, którzy po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku wyjechali bronić Republiki. Znajdziecie tu sporo tego, co za Pirenejami, ale też tego, co za familokiem. Przeczytajcie fragment, a ja już zapraszam Was na spotkanie z autorem, które będę miał przyjemność poprowadzić. 19 listopada w Rondzie Sztuki w Katowicach, godzina 18:00.

    Fragment rozdziału

    SOLIDARNOŚĆ

    Z tym duchem szliśmy otwarcie walczyć z karabinem w Espanii”

    Pamiętam, jak 18 lipca generał Franco napadł na Republikę Hiszpańską, to było już z góry między nami wiadome, że ci zbrodniarze faszystowscy maczają tam swe krwawe łapy. I my wszyscy, co cierpieliśmy i wiedzieliśmy, ilu towarzyszy siedzi w więzieniach, z tym duchem szliśmy otwarcie walczyć z karabinem w Espanii” – tak wspominał te czasy Wilhelm Zając, przebywający wówczas na emigracji w Belgii, Nie zastanawiał się długo, co w tej sytuacji powinien zrobić. Ten Ślązak spod Rybnika poznał już na własnej skórze hitlerowskie więzienia, skąd udało mu się wyrwać za granicę.

    Bunt wojskowych, do którego doszło 18 lipca 1936 roku w Hiszpanii, szybko zdobył poparcie konserwatywnych i bogatszych kręgów społeczeństwa oraz hierarchii kościelnej. Jednego generałowie się nie spodziewali – reakcji robotników, w większości znajdujących się pod wpływem socjalistycznej Powszechnej Unii Pracujących (Unión General de Trabajadores, UGT) i anarchistycznej Narodowej Konfederacji Pracy (Confederación Nacional del Trabajo, CNT). W Madrycie i Barcelonie buntownicy zostali rozgromieni przez uzbrojonych naprędce pracowników. Najlepsze siły rebeliantów – bitne najemne jednostki marokańskie i Legii Cudzoziemskiej – zostały zablokowane w Maroku hiszpańskim. Gdyby nie samoloty transportowe wysłane przez Hitlera i Mussoliniego, nie mieliby oni szans na sukces. Ale samoloty doleciały. Dzięki wsparciu faszystowskich dyktatorów korpus afrykański generała Franco mógł wylądować na południu Hiszpanii, w Andaluzji. Tam, gdzie był największy głód ziemi i tym samym największe poparcie dla reformy rolnej, znienawidzonej przez latyfundystów popierających pucz. Przyznanie chłopom ziemi w kraju, gdzie jej większość należała do grupy obszarników, stanowiło ogromne wyzwanie dla Republiki Hiszpańskiej. Wszystkie próby reformy w tej kwestii budziły też strach wielkich posiadaczy. Charakterystyczna była sytuacja z samego początku buntu. 18 lipca, z radości na wieść o wybuchu rebelii, ziemianin, emerytowany oficer, książę Alba de Yeltes zwany Gonzalo de Aguilera Munro wybrał na chybił trafił sześciu ze swoich robotników rolnych i zastrzelił ich ku przestrodze innych. Pochwalił się tym potem dziennikarzom.

    Roman Fajans, ówczesny korespondent wojenny polskiej prasy, przytaczał opinię Mariana Puigdollersa Olivera, jednego z liderów buntu: „Żadne kompromisy, żadne rozmowy z czerwonymi nie są możliwe. Marksizm musi być wytępiony w Hiszpanii doszczętnie, choćby miało to kosztować nie wiem co. Gdy operacja jest konieczna dla życia, nie wolno zastanawiać się, ile krwi chory utraci”. A to sami buntownicy decydowali, kto należy do rojos, czerwonych.

    Andaluzja spłynęła krwią – zginęło tam blisko pięćdziesiąt tysięcy osób, niewiele mniej niż ogółem w Hiszpanii z rąk czerwonych podczas całej wojny. Wielkie liczby kryją lokalne horrory. 27 sierpnia 1936 roku w Palma del Río w Kordobie rozstrzelano osiemdziesięciu siedmiu chłopów, którzy skorzystali z reformy rolnej. A takich miejsc było wiele. W największej masakrze dokonanej przez frankistów na trasie tak zwanej kolumny śmierci w Badajoz trzy czwarte ofiar mordów było rolnikami, którzy otrzymali ziemię w wyniku reformy (tylko w dzień zdobycia miasta zamordowanych zostało osiemset osób, potem do 11 listopada kolejne trzy tysiące). Popularny w szeregach frankistowskich był dowcip związany z rozstrzeliwaniem chłopów: „Chciałeś ziemi, to ją masz”.

    Szacuje się, że już w pierwszych dniach wojny po stronie republikańskiej walczyło około trzystu obcokrajowców. Ta pomoc nie wymagała zresztą karabinu w ręce. Na usługi młodej Republiki oddał się lekarz Hans Eisner z Hindenburga, emigrant, który wcześniej nie angażował się w politykę. Wyjechał do Hiszpanii, kiedy to polityka zdecydowała o jego losie – od razu po dojściu Hitlera do władzy. Czterdziestoletni ślusarz Paul Czakon z Hajduk Wielkich został dowódcą oddziału artylerii w kolumnie milicji robotniczej Tierra y Libertad. W jej szeregach walczył też anarchista Alfons Malina z Hindenburga, z kolei jego krajan Bernard Pacha znalazł się w kolumnie Los Aguiluchos, nim jesienią trafił do kolektywnego gospodarstwa stworzonego przez anarchistów pod Barceloną.

    Kopalnia węgla „Matylda” w Lipinach, fot: ©Narodowe Archiwum Cyfrowe

    Najsłynniejszym Ślązakiem przebywającym wówczas w Hiszpanii był jednak anarchista Augustin Souchy. Sam jego życiorys może przyprawić o zawrót głowy. W chwili wybuchu I wojny światowej uciekł z niemieckiego Raciborza do Austrii, aby uniknąć poboru. Austriaccy sojusznicy Berlina deportowali go, a dodatkowo sąd nakazał mu nosić na szyi obrożę z napisem „Uwaga, anarchista!”. Udało mu się zbiec do neutralnej Szwecji, ale nawet tam miał problemy z powodu swoich antymilitarystycznych przekonań, za co zapłacił kolejną odsiadką. Dopiero po wojnie wrócił do Niemiec, gdzie związał się z ruchem anarchosyndykalistycznym. Zahaczył jednak także o zrewolucjonizowaną Rosję, gdzie rozmawiał zarówno z przywódcą bolszewików Włodzimierzem Leninem, jak i z Piotrem Kropotkinem – jednym z ideologów anarchizmu. W 1921 roku zamieszkał we Francji, skąd został wydalony jako wywrotowiec. Po powrocie do Niemiec przez następną dekadę był redaktorem pisma „Der Syndikalist”, ale po dojściu Hitlera do władzy musiał wrócić na paryskie ulice. Znów nie na długo… Jako jeden z trzech sekretarzy anarchistycznej międzynarodówki – Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników – miał kontakty z dominującym w ruchu, ale i potężnym w samej Hiszpanii, anarchistycznym związkiem zawodowym CNT. Od razu po puczu generała Franco zaczął organizować pomoc dla towarzyszy zza Pirenejów, nim wciągnęła go wizja hiszpańskiej rewolucji.

    Augustin Souchy wspominał po latach: „Mariano Vázquez, sekretarz regionalnego komitetu CNT, powiedział mi swoim głębokim głosem: »Uznaj się za naszego rzecznika wobec mediów zagranicznych«. Na piątym piętrze budynku regionalnego komitetu ustanowiłem swoje biuro, umeblowałem i publikowałem biuletyny w kilku językach z pomocą przyjaciół politycznych, którzy przybyli z zagranicy. Tu przyjmowałem dziennikarzy i delegacje partii socjalistycznych czy związków zawodowych z innych państw”. Owe „Biuletyny Informacyjne” ukazywały się w wielu językach, w tym po polsku. W tym biurze Souchy gościł Willy’ego Brandta – młodego Niemca, wysłannika norweskiej prasy, który trzydzieści lat potem zostanie kanclerzem RFN, późniejszego premiera Indii Jawaharlala Nehru czy pisarza George’a Orwella. Bez pomocy Souchy’ego raczej nie powstałaby opowieść Orwella o hiszpańskiej rewolucji – W hołdzie Katalonii.

    Wykazali się odwagą, wchodząc do centralnego bastionu przerażających anarchistów – a może był to jednak dowód naszej dobrej reputacji?” – zastanawiał się nad tymi spotkaniami Souchy, mając w pamięci nie najlepszą opinię o swoich towarzyszach w głównym nurcie mediów. No bo płonęły podpalane kościoły – i to widowiskowo, a przede wszystkim świat stanął na głowie w tej Katalonii – bogaci tracili bogactwo, a robotnicy rządzili się w fabrykach.

    Wzywamy Was do wytrwania, a przybędziemy Wam z pomocą”

    22 sierpnia 1936 roku blisko sto osób demonstrowało przed konsulatem Hiszpanii na placu Wolności w Katowicach, gdzie złożyli rezolucję wyrażającą chęć wyjazdu do obrony Republiki. „Wśród manifestantów znajdowali się również młodzieńcy narodowości niemieckiej, którzy wznosili okrzyki »Rot Front«” – donosił dzień później katowicki dziennik „Polonia”. Pod rezolucją widniał podpis Antyfaszystowskiego Komitetu Wyjazdu Ochotników do Hiszpanii. Można w niej było przeczytać: „My, śląscy robotnicy antyfaszystowscy, z niepokojem śledzimy przebieg barbarzyństwa faszystowskiego, które zorganizowało zbrojne powstanie, żeby zniszczyć zdobycze klasy robotniczej. Wzywamy Was do wytrwania, a przybędziemy Wam z pomocą”.

    Mało kto wiedział, że niektórzy Ślązacy – zwłaszcza anarchiści z niemieckiej części regionu – już walczą za Pirenejami. Co więcej, żadna z organizacji politycznych nie zachęcała jeszcze do wyjazdu ochotników.

    Pucz generała Franco w lipcu 1936 roku przeciwko rządowi Frontu Ludowego w Madrycie wywołał falę solidarności z Republiką Hiszpańską w kręgach związanych z lewicą na całym Górnym Śląsku. W Czechosłowacji władze początkowo tolerowały tę kampanię, gdyż same obawiały się Hitlera. Brali w niej udział także emigranci polityczni z niemieckiego Śląska. Powołano do życia Komitet Pomocy Demokratycznej Hiszpanii (Výbor pro pomoc demokratickému Španělsku), skupiający kilkadziesiąt organizacji społecznych, w tym niemieckich (Deutscher Jugendbund), węgierskich (koło Sándora Petőfiego) czy wyznaniowych (Spolek evangelických akademiků Jeroným – Związek Studentów Ewangelickich Jeroným). Rząd polski oficjalnie zachowywał neutralność, a mniej oficjalnie sprzedawał broń obu stronom konfliktu – jej wartość stanowiła aż dwie trzecie międzywojennego polskiego eksportu wojskowego, choć najczęściej był to sprzęt przestarzały. Przede wszystkim jednak w Polsce represje spotykały działaczy, którzy prowadzili zbiórkę pieniędzy dla hiszpańskich republikanów. Zbiórki takie koordynowały między innymi związki zawodowe powiązane z socjalistami.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #7

    7.

    Korytarz tonął w półmroku i zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Po pięknym weekendzie, spędzonym przez krakowian na wycieczkach za miasto, przyszło poniedziałkowe załamanie pogody z wiatrem, deszczem i brutalnym przypomnieniem, że idzie jesień. Ludzie przemykali chodnikami skuleni pod parasolami, które złośliwe podmuchy wywracały na lewo i zamieniały w śmieszne grzybki. Na zardzewiałych rynnach kamienic wisiały strzępy szmacianych chmur, rzucając cień na stare miasto. Oświetlenie Wojewódzkiej Komendy Policji pewnie ustawiano według pory dnia, a nie natężenia światła, dlatego ciemność zalegała w korytarzu, przemierzanym teraz przez profesora Aleksandra Zawijasa przy akompaniamencie skrzypiących od wilgoci butów.

    Nigdy nie był na policji. Życie zbiegło mu na mieszczańskiej przyzwoitości, komfortowej i do bólu nudnej, pozbawionej choćby drobnych kolizji z prawem. Nawet roweru mu nigdy nie skradziono, choć przez wiele lat jeździł nim do pracy i na całe dnie zostawiał pod Collegium Novum, tuż przy Plantach, czasem przypinając do stojaka, a czasem nie. Marsz długim korytarzem policyjnego budynku budził więc zrozumiałą ekscytację. Policja. Centrum dowodzenia sprawiedliwości. Gniazdo szlachetnych szerszeni, atakujących natychmiast, gdy tylko ktoś naruszy prawo. Wyobrażał sobie, że nagle któreś drzwi się otworzą i dwóch zamaskowanych czarnoludów wyprowadzi w kajdankach jakiegoś biznesmena albo księdza pedofila ze spuszczoną głową i zamazanymi rysami twarzy, jak w wiadomościach telewizyjnych.

    Trochę też się bał. Przyszedł na wyraźną prośbę inspektora, zaraz po zajęciach, zaniepokojony tym jednym intrygującym słowem: Cegielnia. Wykład o autofikcji w prozie współczesnej w ogóle mu nie wyszedł, choć to jeden z jego ulubionych tematów. Zakłócały go obijające się pod czaszką pytania. Skąd oni wiedzieli o Cegielni? Czyżby ta kobieta z wypadku podsłuchała i doniosła? I co w tym złego, że słuchał audiobooka? Nie jest zakazane. I skąd miałaby wiedzieć, czego słuchał? No, chyba że sama też miała tę płytę w samochodzie…

    Uskoczył w bok, a serce stanęło mu w gardle, gdy drzwi tuż obok otwarły się z rozmachem.

    Dzień dobry, panie profesorze, zapraszam – powiedział człowiek w progu i zaraz cofnął się do środka.

    Dzień dobry.

    Na więcej nie było go stać, więc tylko chrząknął, by uspokoić walące serce.

    Wszedł do niewielkiego, kwadratowego gabinetu, pachnącego kawą i kurzem. Całe umeblowanie stanowiło biurko z fotelem o wytartych oparciach, krzesło po drugiej stronie oraz regał z segregatorami. Okno wychodziło na wiadukt kolejowy nad Mogilską. Profesor przerzucił mokry płaszcz przez oparcie, uścisnął wyciągniętą dłoń inspektora i usiadł zastanawiając się, czy ten nagły atak otwartymi drzwiami to sposób na zmiękczenie delikwenta, który przychodzi na policję z postanowieniem, że będzie nieugięty i twardy. Tak uczą na filmach. Żeby się nie dawać.

    Inspektor wychwycił niepewność swego gościa i pośpieszył z przeprosinami.

    Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana napadać. Po prostu zadzwonili z dołu, że pan idzie i… chciałem być uprzejmy. Zdaje się, że nie do końca mi wyszło.

    Nic się nie stało – odparł profesor starając się ukryć ulgę. Nie jest podejrzanym, tylko gościem. Uff.

    Napije się pan czegoś?

    Nie, dziękuję.

    Miał ochotę na mocną czarną kawę, w Polsce jednak za pierwszym razem się odmawia. Taka tradycja. Inspektor też ją znał.

    I tak muszę sobie dorobić, więc to nie problem – powiedział wskazując swój pusty pękaty kubek z wizerunkiem trupiej główki i podpisem: KOCHAJ MNIE KOCHAJ.

    Nie czekając na odpowiedź wyjął drugi kubek, bez napisu, i ustawił obok swojego. Do obu nasypał kawy rozpuszczalnej metodą „na trzęsionkę”, gubiąc parę ziarenek na podłogę. Zgarnął je butem pod biurko i uśmiechnął się przepraszająco.

    Mleko? Cukier?

    Profesor pokręcił głową i przyglądał się swojemu uprzejmemu gospodarzowi. Jak na policjanta był w wieku dosyć zaawansowanym, by nie rzec – emerytalnym. Ile mógł mieć lat – czterdzieści osiem? Pięćdziesiąt pięć? Być może nawet był starszy od profesora. Brzuszek pod płócienną marynarką z łatami na łokciach bynajmniej nie odejmował mu lat, za to z pewnością pogarszał sprawność bojową. W każdym razie trudno było sobie go wyobrazić jako szerszenia w ataku.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Kiedy inspektor uporał się z kawami i opadł na wytarty fotel, zażądał dyskrecji.

    Zanim panu postawię parę pytań, bardzo proszę, aby ta rozmowa została między nami. Jeśli to zabrzmiało zbyt łagodnie, powiem ostrzej: nie wolno panu nikomu wspominać o naszej rozmowie. To absolutnie fundamentalna sprawa. Dodam, że ten sam zakaz dotyczy mnie.

    Profesor najpierw skinął głową, a potem otworzył usta chcąc zadać pytanie, ale inspektor go uprzedził:

    Proszę mi opowiedzieć o Cegielni.

    Ale co?

    Wszystko.

    Chodzi panu o streszczenie? Wykładnię? Dane bibliograficzne? Tego ostatniego nie znam, ale mogę się łatwo dowiedzieć…

    Wątpię. Czytał ją pan?

    Słuchałem. Mam audiobooka.

    A papierowa wersja?

    Nie kupiłem. I tak mam za dużo książek, w każdym razie żona tak twierdzi.

    To niech pan streści.

    Proszę?

    Profesor grał na czas. Wraz z bezceremonialnym pytaniem inspektora o Cegielnię powrócił lęk. Facet okrężną drogą próbuje wyciągnąć z niego informację o wypadku – co się faktycznie wydarzyło i kto za to odpowiada. Powinien być ostrożny. Właśnie miał postawić kolejne pytanie, które dałoby mu chwilę zwłoki, gdy inspektor znowu go uprzedził:

    Proszę się nie obawiać, panie profesorze, nie chodzi o pański wypadek na Konopnickiej. Kieruję Wydziałem Kryminalnym w Wojewódzkiej Komendzie Policji i zapewniam, że nie zajmujemy się tutaj urwanymi drzwiami i wgniecionymi błotnikami. Od tego są służby miejskie. Proszę mi powiedzieć, co pan wie o tej książce. O tym audiobooku.

    Zapach kawy dotarł wreszcie do rozwartych z przejęcia nozdrzy profesora Zawijasa. Sięgnął po kubek, siorbnął gorącej smoły, odstawił i już otwierał usta, by zabrać się do streszczenia tego, czego zdołał wysłuchać w samochodzie podczas jazdy do pracy i z powrotem, gdy nagle znowu zdrętwiał. Powiedzieć? Nie powiedzieć?

    Jeszcze jej nie dosłuchałem do końca – zaczął powoli, zbierając rozbiegane myśli. – Ogólnie rzecz biorąc, jest to historia samotnego Wędrowca, nieco zdziwaczałego oryginała, który lubi niebezpieczeństwa i szuka ich na przekór rozsądkowi oraz życzliwym radom napotkanych ludzi. Lubi ryzykować, a jego drogowskazem jest własny strach. Włóczy się po świecie w jednym tylko celu – by odwiedzić miejsca, których się boi. Gdy tylko takie napotka, natychmiast tam kieruje swe kroki. Dosłuchałem do punktu, w którym na końcu ścieżki Wędrowiec widzi budynek opuszczonej fabryki, prawdopodobnie tytułową cegielnię, i skręca ku niej. W oknie zapala się i gaśnie światło…

    Kto jest autorem?

    Profesor Zawijas podrapał się po głowie.

    Mówiłem już, że nie wiem. Pytałem w księgarni, też nie wiedzieli.

    Spodziewał się, że taka informacja wywoła w inspektorze zdziwienie, albo chociaż irytację. To nie takie znowu normalne, żeby książka z audiobookiem nie miała żadnych bibliograficznych informacji oprócz tytułu. Człowiek siedzący naprzeciw niego zareagował jednak z całkowitym spokojem. Kiwał głową i chrumkał, jakby profesor tylko potwierdzał jego podejrzenia.

    Kojarzy ją pan z jakimś innym dziełem? Da się tę zasraną Cegielnię z czymś porównać?

    O, brzydkie słowa. Sprawa wyzwalała w inspektorze prawdziwe emocje, jakby powiedziała jego terapeutka. Poczuł się pewniej.

    Bo ja wiem. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Stara cegielnia Jarosława Iwaszkiewicza, ale ona jest o czym innym. Zwykłe opowiadanie. Przydługie, ale dobre. Nie rozumiem jednak, o co chodzi…

    Natrafił pan w niej na coś dziwnego? Coś, co by nie pasowało do reszty?

    A jednak. Niech to szlag. Czyli chyba złapali tego hakera, co się włamał do jego komputera i ukradł notatki, i teraz gromadzą dowody. Tekst zapewne był opatrzony jakimś symbolem, który ich naprowadził na niego.

    Czy mógłbym prosić nieco konkretniej?

    Jeszcze chwilę. Na razie powtórzę prośbę: proszę mi powiedzieć wszystko, co pan wie o tym audiobooku. Wszystko, rozumie pan?

    Za oknem dmuchnął wiatr i z topoli poleciały żółte liście. Samochody na Mogilskiej szumiały oponami na mokrym asfalcie, dzień szmaciał w brudny zmierzch. Profesor z odwróconą na bok głową obserwował to powolne ciemnienie poniedziałku, a w uszach brzmiały mu słowa: Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać…

    www.unsplash.com/Osman Rana

    Nagle drgnął. Oczywiście, że tu nie chodzi o żadnego hakera, tylko coś znacznie gorszego! Powinien był się domyślić od początku. Wyobraził sobie swoje słowa jak wiązankę linijek skręcających się w gruby sznur, który pan inspektor zakłada mu na szyję. Postanowił działać.

    To wszystko, nie mam nic więcej do powiedzenia. Natomiast, jeśli pan pozwoli, teraz ja chciałbym o coś spytać. Podobno jest pan szefem Wydziału Kryminalnego w Komendzie Wojewódzkiej i nie zajmuje się prostowaniem błotników, czy jak tam był pan łaskaw się wyrazić. Rozumiem, że waszym głównym zajęciem są morderstwa. Dobrze mówię? Jeśli to jest przesłuchanie w sprawie morderstwa, to dlaczego nie poinformował mnie pan, co to za sprawa? I dlaczego nie ma tutaj asystenta z laptopem, który spisuje protokół? Czy nie powinienem mieć prawa do informacji i adwokata?

    Proszę się uspokoić, profesorze – zaczął inspektor, ale Zawijas nabrał wiatru w żagle. Do poprzednich strachów doszedł nowy: ktoś zamordował tego sprzedawcę w Taniej Książce na Grodzkiej i jest wśród podejrzanych.

    Jestem spokojny, jeśli spokojem można nazwać moje rosnące zdziwienie tą rozmową. Prosi mnie pan o dyskrecję, chociaż nie pojmuję jej powodów i nie bardzo rozumiem, dlaczego miałbym się dostosować. Jeśli ma pan problemy z ogarnięciem akcji popularnej powieści, proszę przyjść na nasze zajęcia z przedmiotu „Czytanie ze zrozumieniem”. Można wiele skorzystać, bez angażowania mojego czasu, który mógłbym spożytkować na bardziej pożytecz…

    Czy książka może zabić?

    Pytanie padło znienacka i wytrąciło go z równowagi.

    Nie wiem. Jeśli jest odpowiednio ciężka…

    Chodzi mi o treść.

    O treść?

    Tak. Czy książka może zabić tym, o czym opowiada? Spotkał się już pan z takim przypadkiem?

    Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale chodzi panu o to, czy można zabić po przeczytaniu książki? Owszem, były takie przypadki. Mordercy czasem sugerują się fabułą. Najbardziej jaskrawy to chyba Mein Kampf. Cały naród wpadł w morderczy szał…

    Inspektor Madej nie wydawał się usatysfakcjonowany. Przytakiwał głową jak ludzie, którzy w głębi duszy się nie zgadzają z tym, co słyszą.

    Pan mówi o inspiracji, a mnie chodzi o coś więcej. Nazwałbym to, bo ja wiem, nakłanianiem do zbrodni. Tak to się nazywa w kodeksie. Myśli pan, że książka może nakłonić do morderstwa? Albo samobójstwa?

    Samobójstwo to już prędzej – powiedział w zamyśleniu profesor. Strach usunął się w cień, wyparty przez profesjonalną zadumę. – Po ukazaniu się Cierpień młodego Wertera przez Europę przewaliła się fala samobójczych śmierci. Najgłośniejsze z nich popełnił poeta Heinrich von Kleist, zastrzelił najpierw swoją ukochaną, a potem siebie. U nas tak zwany „efekt Wertera” najlepiej widać u młodego Mickiewicza, zwłaszcza w Dziadach

    Tak, tak – potakiwał inspektor bez przekonania. W końcu pochylił się i sięgnął do szuflady biurka, skąd wyjął znany profesorowi krążek CD, słuchawki z komórką i plik papierów w zielonej teczce. Rozłożył to wszystko przed nim jak dowody, których jednoznacznej wymowy nie trzeba nikomu tłumaczyć. Westchnął i przeszedł do swojego problemu.

    Prosiłem pana o dyskrecję, ponieważ o efektach naszej rozmowy nie zamierzam na razie nikogo informować, a wręcz przeciwnie. Mam tu szereg śmiertelnych przypadków z ostatnich kilku miesięcy, kwalifikujących się najczęściej jako wypadki, czasem jako samobójstwa, dwa z nich najbardziej przypominają nieumyślne spowodowanie śmierci, a jeden jest ewidentnym morderstwem. Są bardzo różne. Ktoś wyskoczył przez okno, ktoś inny walnął samochodem w wiadukt, pewna dziewczyna wpadła pod tramwaj – standard, powiedziałbym, gdyby to nie brzmiało niegrzecznie wobec tych biednych ofiar. Zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dotyczy sprawcy karambolu na autostradzie oraz operatora dźwigu, który spuścił na kolegę betonowy krąg. Morderstwo popełnił człowiek wkurzony na swoją konkubinę za to, że mu chciała podać obiad do stołu. I nie chodziło o słoną zupę.

    A o co?

    No właśnie – ciężko sapnął inspektor. – Nic tych przypadków nie łączy, poza jednym: wszyscy w krytycznej chwili słuchali audiobooka Cegielnia.

    Cisza zalała niewielki gabinet. Inspektor przyglądał się z zainteresowaniem, jak jego gość usiłuje wziąć oddech przez ściśnięte gardło. Zamiast tego zdołał tylko głośno przełknąć ślinę. Jego wzrok niespokojnie szukał czegoś na biurku.

    Może wody? – zaofiarował się inspektor Madej widząc pobladłą twarz profesora.

    Nie – odparł Zawijas, po czym sięgnął po podaną mu szklankę. Wypił duszkiem i poprosił o jeszcze.

    Wiem, o czym pan myśli. Że Cegielnia pana również chciała zabić. Bo słuchał jej pan wtedy, prawda? Proszę nie obrażać mojej inteligencji i nie zaprzeczać, pańska twarz już mi odpowiedziała. To jest moja, spóźniona, odpowiedź na pytanie o powody naszego spotkania, a nie dlatego, że jest pan literaturoznawcą. Oczywiście, niczego nie ujmując pańskiemu profesjonalizmowi. Po prostu jako jedyny znany mi przypadek przeżył pan i jakimś cudem skończyło się tylko na urwanych drzwiach. Chciałbym wiedzieć, jakim.

    Że co?

    Życzliwy uśmiech zszedł z jowialnego oblicza inspektora.

    Jakim cudem pan przeżył?

    Nie mam pojęcia – odparł stanowczo profesor.

    Darujmy sobie te dziecinne udawania. Chcę wiedzieć, co spowodowało, że pan nie zginął w tamtym wypadku na Konopnickiej.

    Nie mam pojęcia – powtórzył Zawijas. – Przypadek. Odruch. Refleks. Korek. Wszystko po trochę. Nic więcej nie umiem powiedzieć. Jestem profesorem od książek do czytania, nie do zabijania. Czy mogę już iść?

    Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i profesor Zawijas był z siebie bardzo dumny, że wytrzymał świdrujące spojrzenie inspektora. Pogratulował sobie w duchu postępów, z których kobra lakanistka z pewnością byłaby zadowolona. O ile takie zjawiska mogą w ogóle odczuwać zadowolenie.

    Oparł obie dłonie na blacie, tuż przed brązowymi słuchawkami bezprzewodowymi Oliwii Derko, o której nigdy nie słyszał, a która wkrótce miała mu uratować życie, i powtórzył:

    Mogę iść?

    Odpowiedziało mu kolejne ciężkie westchnienie Madeja.

    Tak. I proszę nikomu nie wspominać.

    Pożegnali się krótko i profesor wyszedł na korytarz, gdzie wykonał strzelisty akt oddechu. Co za ulga! Raźnym krokiem ruszył przed siebie, a kiedy schodził po schodach, zaczął nawet pogwizdywać pod nosem.

    Nagle zamarł w pół kroku. Postawił torbę na stopniu i obiema kciukami ścisnął skronie. Paliły jak przy najgorszej migrenie. Wieczność jest niema. Oparł się o ścianę, by nie upaść. Wieczność jest niema. Nogi mu zmiękły i osunął się na ziemię dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy odebrał telefon od inspektora. Jak pogłos w pustej kadzi niosło się w jego obolałej mózgownicy:WIECZNOŚĆ JEST NIEMA! NIEMA! NIEMA!

    Ale ja mówię! – krzyknął i natychmiast zatkał sobie usta dłonią. Z trudem podniósł powieki. Siedział na schodach Komendy Wojewódzkiej w Krakowie i przed sobą miał mnóstwo stopni w dół, bardzo wiele, jakby schodziły do samego piekła.

    Nie! – zawołał i wtedy poczuł, jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się, ale ramię niemal emerytowanego inspektora ścisnęło go z zadziwiającą siłą.

    W porządku? – spytał Madej i nie czekając na odpowiedź dodał: – Chodźmy sobie wreszcie raz porządnie to wszystko opowiedzieć.

    Cdn.

  • „Biją profesorowie, policjanci, bezdomni”

    Były przypalane papierosami, duszone poduszką w trakcie snu, a także rzucano w nie, np. zamrożonym kurczakiem. Przez wiele lat wybaczały. On przychodził z kwiatami, mówił, że nigdy więcej. One nie odchodziły, bo wierzyły, że coś się zmieni, że to był ostatni raz, że już nigdy mąż, partner, nie podniesie na nie ręki. Czasem sielanka trwała przez kilka tygodni, czasem przez kilka dni.

    Jak wynika ze statystyk, rocznie w Polsce milion kobiet może padać ofiarami przemocy, tylko 20% sprawców tego rodzaju przestępstw zostaje skazanych. Daria Górka z bohaterkami książki „Aż do śmieci” spotykała się w więzieniach. One w końcu nie wytrzymały i ostatecznie rozwiązały problem przemocy wobec nich. Zamordowały swoich katów. Przeczytajcie tę książkę nawet (szczególnie!) wtedy, jeśli ten problem Was nie dotyczy. Co trzecia kobieta w Polsce chociaż raz w życiu była ofiarą przemocy.