Kategoria: Aktualności
-
„Time to say goodbye”, listopadowy (ostatni) felieton Jakuba Ćwieka
Nadszedł czas. To mój ostatni cykliczny felieton dla smakksiazki.pl. Zawsze w takich momentach mówi się, że to nie była łatwa decyzja, że będzie mi brakowało, że może kiedyś wrócę. „To nie żegnaj, a do widzenia” zwykło się w takich sytuacjach mówić czy pisać. Pierdolenie. Pisząc pierwsze zdanie tego tekstu poczułem ulgę. Z dwóch powodów, z których pierwszy jest prozaiczny i towarzyski.
Wreszcie przestanę psuć sobie opóźnieniami tych felietonów relację z dbającym tu o Was Adamem! Ileż to bowiem razy było tak, że gdzieś w trasie dostawałem nagle wiadomości „ej, pamiętasz o mnie?” co skutkowało głośną ją macią i zjechaniem na pobocze czy MOP, by wyjąć komputer i napisać tych kilka dawno przemyślanych, ale nie zliterowanych jeszcze słów. Ale to, jak mówię, powód mniejszy, prozaiczny, towarzyski. Drugi jest ważniejszy: nie ma już w zasadzie nikogo, kto mógłby się na mnie za te teksty bez sensu obrazić! Jeśli jesteście tu ze mną dłuższą chwilę to wiecie, że było tego trochę. Po tym jak napisałem tekst o tym, że dziś funkcję literackich krytyków coraz częściej przejmują nieprzygotowani do tej roli blogerzy i spada na nich przez to za duża odpowiedzialność, jedna trzecia środowiska uznała, że odbieram im prawo bytu.
Gdy w innym tekście napisałem o dość toksycznej relacji między tymi blogerami a wydawcami wymuszającymi pozytywne recenzje grożąc zerwaniem współpracy, podpadłem sporej części tych, co zostali. A potem to już sami pewnie pamiętacie: pytania o sens akcji promujących czytelnictwo bez jednoczesnego dbania o jakość opowieści, zwracanie uwagi na nieuczciwe praktyki marketingowe, niebezpieczeństwa przeludnionych Targów i tego w jaki potem sposób próbowano to „zbombardować PRowo”, głos w sprawie tego jak i dlaczego dzielimy literaturę i wreszcie mój otwarty list do Remigiusza Mroza, który odbił się szerokim echem, choć mało kto go przeczytał. A przynajmniej przeczytał z uwagą. Ci bowiem czytelnicy, którzy się z tekstem zapoznali wiedzą, że nie samo tempo pisania Mroza było moim zarzutem, a idący za nim brak rzetelności. Co zwłaszcza w kontekście spraw ważnych społecznie jest co najmniej nieodpowiedzialne. Ale przecież łatwiej było krytykom i propagatorom zarzucić mi zawodową zazdrość niż zauważyć, że swym przyklaskiem bądź milczeniem stają się owej szkodzie współwinni.

www.unsplash.com/Bernard Hermant Kończę pisać te felietony nade wszystko dlatego, że… nie mają sensu. Nie dlatego tylko, że rynek książkowy w Polsce pełen jest problemów czy wręcz patologii. Choć jest i to z każdej strony patrząc. Kończę je pisać, bo przestałem wierzyć, że kogokolwiek skłoniłem za ich pomocą do choćby przemyślenia tematu. Do zastanowienia się, do sformułowania kontrargumentu. Pisałem do przekonanych, a nieprzekonani się obrażali. W sformułowanych myślach jedni i drudzy wyławiali tylko pasujące im słowa klucze. Kontekst, związek przyczynowo skutkowy, argumentacja i spójność wywodu… cóż, tego już nikt nie szuka. Tego już nikt nie chce wskazywać. Wszyscy piszą do przekonanych, do swoich wąskich grupek. Czekają na zdania „nic dodać, nic ująć” „w punkt” i całą resztę. A mnie to już zwyczajnie niepotrzebne. Nie zależy mi na tym, by być werbalizatorem, trybunem ludzi podobnie myślących. Chciałem tu pogadać o literaturze i o tym co zrobić, by znowu miała wartość inną niż okładkowa. Na obecną chwilę jednak mój plan jest taki, by wciąż starać się uczyć od najlepszych i pisać coraz lepiej. Nie być żadnym głosem wołającym na puszczy czy innej pustyni. Zamiast tego być coraz lepszym pisarzem gatunkowym. Bo są przykłady, że wciąż się da. Mimo wszystko. Dziękuję, Adamie za tę kolumnę, Wam za czytanie. Do zobaczenia na Drodze.
Jakub Ćwiek
-
Kiedy i jak zginie Harry Hole? Czy Jo Nesbø już to wie?
Harry Hole żyje w umysłach czytelników już od dwunastu książek. Po raz pierwszy pojawił się w 1997 roku, a na jego kolejne przygody czeka pół świata. W tym roku w księgarniach pojawił się „Nóż”, w którym Harry zostaje wyrzucony z domu, a dodatkowo – cóż za niespodzianka – znów zaczyna pić. Umówmy się – bohater stworzony przez Jo Nesbo przeżył już tyle, że z zazdrością mogą na niego patrzeć policjanci z innych serii kryminalnych. Wszystko musi się jednak kiedyś skończyć, a jak skończy Harry Hole? W podkaście BBC słyszałem, że Nesbo wie, jak zginie Harry. Spytałem go o to w trakcie frankfurckich targów książki. Czy naprawdę wie?
-
„Zawsze trzeba opowiadać historie zanim wystygną”. Rozmowa z Erikiem-Emmanuelem Schmittem
Należy Wam się kilka słów wyjaśnienia. O książce „Felix i niewidzialne źródło” rozmawialiśmy w sierpniu, czyli trzy miesiące przed wydaniem książki, w związku z czym, opierałem swoją wiedzę na obszernych fragmentach. Nie zmienia to faktu, że najważniejsze kwestie poruszyliśmy. Co do samej książki, to jest to kapitalna historia o tym, że nie można budować nowego życia odcinając się od przeszłości, bo ona i tak nas dogoni, a wtedy zrobi nam krzywdę. Tytułowe zdanie rezonuje mi w głowie od sierpnia, ciągle nad nim myślę, bo czy zimna historia jest warta opowiedzenia? A może każda opowieść ma swój czas i nie należy się śpieszyć? To już rozstrzygnijcie sami, ale na pewno pomoże Wam w tym historia Felixa i jego mamy, która umarła za życia. Jak to? Ano tak, przeczytajcie, ale najpierw posłuchajcie mojej rozmowy z Erikiem-Emmanuelem Schmittem.
-
„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #11
Taksówkarz, który mówił ze wschodnim akcentem, zatrzymał samochód przed skrzyżowaniem Grzegórzeckiej i Dietla, by przepuścić pędzące na sygnale dwa wozy strażackie. Z dużą prędkością przemknęły im przed nosem w stronę centrum, robiąc syrenami niesłychany raban.
–Gdzieś się pali – powiedział kierowca. – Duży ogień.
–Skąd pan wie, że duży? – spytał machinalnie profesor Zawijas. Myślami był gdzie indziej, ale na nieprecyzyjne uwagi jego akademicki umysł reagował automatycznie.
– Bo jadą z Lipskiej, a w centrum jest straż pożarna na Bohaterów Westerplatte. Jakby był mały, toby wystarczyły tamte.
Ruszyli dalej i Zawijas rzucił okiem w prawo. Oba wozy skręciły w ulicę Świętej Gertrudy.
–Ciekawe, gdzie ten pożar – powiedział półgłosem do siebie.
–Jak pan chce, mogę sprawdzić – odezwał się taksówkarz, który dosłyszał mruknięcie. W tym zawodzie długie ucho jest elementem profesjonalizmu. – Kolegi mie powiedzą przez radio.

www.unsplash.com/Guido Jansen Postukał palcem w pulpit z przyczepionym doń czarnym pudełeczkiem na skręconym w sprężynę kablu.
–Sibi radio – wyjaśnił. Zdjął z uchwytu czarne pudełeczko i przyłożył do ust. – Wiecie, gdzie ten pożar? Który tam jeździ po śródmieściu?
– Z placu Wszystkich Świętych pojechali w Grodzką – odpowiedziało czarne pudełeczko, które okazało się również głośnikiem.
–Stoją przed kościołem Piotra i Pawła – dodał inny głos. Profesor pomyślał o swoim uniwersyteckim parkingu przylegającym do kościoła i wyraził w myślach nadzieję, że pali się to wielkie stare drzewo, z którego ptaki regularnie obsrywają karoserię jego nowiutkiej astry. No, teraz po wypadku już nie takiej nowiutkiej…
–Pali się sklep – powiedział ktoś trzeci. – Chyba ten z rockowymi plakatami.
–Albo księgarnia – dorzucił czwarty. – Widziałem też miśków. I karetkę.
–Dzięki, na razie.
Kierowca odłożył mikrofon cb radia na pulpit, a profesor zanurzył się głębiej w kanapę tylnego siedzenia. Księgarnia? Karetka? Miśki to pewnie policjanci – pasowałoby. Ledwie udało mu się uspokoić podrażnione neonem ALKOHOLE 24H nerwy, a już zaczął drżeć na nowo. Akademicki umysł odganiał od siebie skojarzenia jak natrętne muchy i bronił się przed łączeniem sygnałów w logiczny ciąg. Natrętne muchy mają jednak to do siebie, że w miarę przeganiania stają się coraz bardziej natarczywe, ucieszone irytacją ofiary.
Najgorsze są słowa. Raz wbite w korę mózgową brzęczą do znudzenia jak niechciana melodia, która przyczepia się przy porannej kawie i słyszysz ją potem cały dzień, aż do kolacji. Wysyłam gońców z ponagleniem. Ponaglenie. Gońcy. Wysyłam. Język hegemona, władcy, pana na włościach. I szamana: pojmiecie znaki niechybnie. W tych czasach i w tym miejscu połączenie władcy i szamana brzmi jak definicja psychopaty. Właściwie to by się zgadzało.
W pierwszym odruchu chciał poprosić o podjechanie na Grodzką, by naocznie sprawdzić swoje podejrzenia, ale ta druga, nieakademicka część umysłu szybko mu to odradziła. Lepiej, żebyś nie skojarzył, nie pojmował znaków niechybnych i nie wiedział. W przeciwnym razie skończy się źle.
–Może turysty tam co zrobili – odezwał się taksówkarz przerywając ciszę. – Oni teraz całymi nocami zwiedzają miasto, do rana. All inclusive, to może i pożar też. Jak pan szanowny chce, możemy podjechać i sprawdzić…
–Nie! – zaprotestował profesor. Znowu za szybko i za głośno. – Proszę się trzymać kursu.
Machnął ręką odganiając natrętne muchy, które zabrzęczały tym radośniej. Skręć i sprawdź, będziesz miał pewność. Jako naukowiec wręcz powinieneś. No już, profesorze, zbadaj wytrzymałość akademickiego dyskursu na przesądy i omamy słuchowe. Nie ma, że uciekniesz i będzie okej. No dawaj, zawracamy.
Skąd ten taksówkarz taki domyślny?
–Jestem zmęczony, chciałbym już być w domu – powiedział i zamknął oczy.
Człowiek za kierownicą niewiele rozumiał z tego pulsującego zainteresowania, które chciało i nie chciało znać szczegółów pożaru, pojął natomiast, iż należy pasażera zostawić w spokoju i nie odezwał się już do końca podróży. Dojechali na miejsce, profesor zapłacił z sutym napiwkiem i przez skrzypiącą furtkę wkroczył na swoją posesję chwiejnym ze zmęczenia krokiem.
W domu było ciemno i cicho, żona i córka spały. Jego syn Jacek od dwóch lat mieszkał osobno, w mieszkaniu po babci, które zapewniało mu tyle samodzielności i świętego spokoju, ile potrzebował jako student. Robił co chciał, a gdy się kasa kończyła, jechał na obiad do mamy. Profesor został w domu z dwiema kobietami i psem, który był suką. Żywioł żeński dominował. Miało to swoje dobre strony, na przykład teraz na stole ujrzał talerz z dwiema kanapkami i kubek herbaty nakryty podstawkiem, żeby nie wystygło. Uśmiechnął się, ale niczego nie tknął, nie czuł głodu. Wypił szklankę wody i poszedł do łóżka.
Długo nie mógł zasnąć. Rozbiegane myśli to jedno, ale gorsza sprawa była z żołądkiem. Skurczył się i ssał jak w najgorszych czasach. Profesor zacisnął zęby i wsłuchał się w rytmiczny oddech żony. Spokojnie. Opanuj się. Nic się nie stanie, skoro przez pięć długich lat się nie stało. Żyjesz i będziesz żył nadal. Dałeś radę, uśpiłeś smoka i nie wpadaj w panikę tylko dlatego, że sobie przez sen coś tam mruknął. Spokojnie. Opanuj się. Oddychaj równo, tak jak Magda.
Kiedy wreszcie udało mu się zasnąć, znalazł się w ruinach starej fabryki z wielkim niebieskim neonem na dachu, po którym biegły szybkie, nerwowe znaki: PENIS ALKOHOLE 24H PENIS ALKOHOLE 24H. Próbował się odwrócić i uciec, ale świetlista plansza odwracała się razem z nim i wciąż miał ją przed sobą. „Pojmiesz znaki niechybnie!”, ryknął ktoś za nim straszliwie. Wzdrygnął się, ale wytrzymał, nie obudził się. Rozpoznał głos inspektora Madeja i znowu chciał uciec, ale nogi rozjeżdżały mu się w miękkiej jak bagno substancji, która jeszcze przed chwilą była podłogą zrujnowanej fabryki. Tonął powoli. Ostatkiem sił wyrwał się z kleistej topieli i pobiegł na oślep przed siebie, wprost pod neonowy szyld, który migotał coraz szybciej i szybciej, aż w końcu litery stały się nieczytelne i zmieniły się w pędzące niebieskie taśmy. Były wszędzie, kręciły się wokół niego po sklepieniu okrągłych ścian, jak pulsująca banderola na burcie wielkiej beczki. Poczuł zapach spirytusu. Stąpał po kostki w wódce. Zamoczył palec i spróbował językiem. Zapiekło. Poczuł dreszcz. „Warzę godziwą strawę”, zabrzmiał tubalny głos inspektora. „To ścieżka w jedną stronę”… Skulił się ze wstydu i strachu. I zawył. Aaaa! Yyyaaa!
Ktoś szarpał go za ramię.
–Olek, obudź się!
Usiadł na łóżku. Za oknem było jasno. Magda wpijała palce w jego przedramię.
– Co się stało? – spytał nieprzytomnym głosem.
–Strasznie krzyczałeś. Jezu, ale się przestraszyłam! Kto to jest Byrny?
Zdjął jej rękę z ramienia i ścisnął skronie. Waliły jak strażackie motopompy.
–Byrny? Nie mam pojęcia, nigdy nie słyszałem tego słowa. Co z nim?
–BYRNY OĆ!, wołałeś. BYRNY OĆ! Chyba miało być „chodź”, ale przez sen mamroczesz trochę niewyraźnie.
– W przeciwieństwie do innych, którzy we śnie mają nienaganną dykcję.
–Długo ci wczoraj zeszło – zauważyła Magda nieprzejęta złośliwością. Przyglądała mu się z ukosa. – Mam wyguglować tę doktorantkę nazwiskiem Byrny?
Prowokowała go tak tylko, na wszelki wypadek. Na pierwszy rzut oka wczorajszy wieczór jej męża nie miał kwalifikacji erotycznej. Raczej sensacyjną. Może Byrny to jakiś przestępca?
–Gugluj sobie, ile chcesz – powiedział. – Jak znajdziesz, oświeć mnie, bo nie kojarzę. Albo wymyśl coś lepszego.
Powiedział to obojętnie, bez cienia dwuznaczności, mając uwagę zajętą czymś innym. Uspokoiła się. W niczym nie czuła się tak dobrze wyszkolona, jak w wykrywaniu jego kłamstw. Lata uczestniczenia w jego piciu zrobiły swoje. Podczas przesłuchań profesora Zawijasa policja mogłaby jej używać jako wariografu.
À propos policji.
–Coście ustalili na komendzie? Złapali tego złodzieja maszynopisów?
Siliła się na beztroski ton, by nie urazić jego miłości do powieściowych notatek, chyba jednak nie do końca skutecznie, ponieważ wstał nie odpowiedziawszy i na piżamę narzucił szlafrok.
–Chodźmy na kawę – rzucił i wyszedł z sypialni.
Przy śniadaniu opowiedział jej o ich dziwacznych eksperymentach z płytą audiobooka i jeszcze dziwniejszych efektach tych eksperymentów, łącznie z powtórzonym słowo w słowo złudzeniem słuchowym. O niecodziennej propozycji inspektora wspomniał tylko mimochodem, bagatelizując ją na ile to było możliwe.
–Wiesz, wymyślił sobie, że ten audiobook działa na odbiorców sugestywnie i zmusza do różnych działań. Tak między innymi tłumaczył mój wypadek samochodowy – że niby się zasugerowałem i nie widziałem drogi przed sobą. Bzdura. Gdyby tak było, kobieta za mną musiałaby też słuchać tej samej płyty, a niczego takiego nie stwierdzili. Słuchała Abby.

www.unsplash.com/Andrew Ebrahim –Powiedziałeś mu, że to bzdura?
–Oczywiście! Dziwiłem się nawet, że niby inspektor policji, człowiek doświadczony w racjonalnym myśleniu, bo przecież na tym polega policyjne śledztwo – i takie głupoty zmyśla.
Siorbnął kawy i teatralnie wzruszył ramionami by pokazać, jak to zawiódł się na racjonalizmie inspektora. Żona przyglądała mu się z uwagą.
–Kiedy dzwoniłam do ciebie, też nie brzmiałeś szczególnie racjonalnie – stwierdziła. – Zabroniłeś Zośce słuchać tego audiobooka. W ogóle wszystkim. Widać ta bzdura miała wczoraj wieczorem całkiem sporą siłę rażenia.
Popatrzył w bok, jak w czasach swoich najświetniejszych wykrętów.
– To prawda – przyznał bębniąc palcami po stole. – Miałem chwilę słabości i uległem jego argumentom. Puszczaliśmy tę płytę w kółko by sprawdzić, co usłyszymy.
– I co usłyszeliście?
– W zasadzie nic takiego – odparł profesor i nie patrząc na żonę sięgnął po kawę. Za bardzo przechylił kubek, trochę płynu pociekło mu na brodę i pierś.
–Cholera!
Odstawił kubek i zaczął wycierać się rękawem szlafroka, a żona przyglądała mu się z jeszcze większą uwagą. Jej wewnętrzny wariograf zaczął pikać. Na razie cichutko.
–Nic takiego – powtórzył. – Mniej więcej to samo, co i ty słyszałaś. Okropne powieścidło napisane w konwencji płaszcza i szpady, nieudolne naśladowanie Dumasa. Akcja jeszcze osiemnastowieczna, albo i wcześniejsza, a język z podrzędnego kryminału z czasów pozytywizmu. Bohater jak skrzyżowanie głupca i psychopaty. Pomieszanie z poplątaniem.
–Wiecie, kto to napisał?
Pokręcił głową i odwrócił się do okna. Krzewy porzeczkowe na końcu ogrodu zasnuwała poranna mgła. Koniec września. Tak, na pewno koniec września, skoro mgła, a nie koniec sierpnia, jak mu szyderczo podpowiadał syn.
– O której wróciłeś?
–Wpół do pierwszej.
– I?
– Co i?
– I co dalej?
–Nie ma żadnego dalej.
–Owszem, jest, tylko nie chcesz mi powiedzieć. Coście tam robili do północy? Od czwartej popołudniu do dwunastej w nocy puszczaliście w kółko jeden audiobook i sprawdzaliście, co do was mówi? Zapisywaliście sobie na karteczkach zapamiętane zdania, a potem porównywaliście swoje wersje i ustalali, kto wygrał? Czy ty słyszysz, jak to brzmi?
–Słyszę. Ale…
– To brzmi jak zabawa dwóch zdziecinniałych pensjonariuszy w domu starców. Albo dwóch półgłówków z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, jeszcze przed przybyciem Nicholsona. Inspektor policji oraz profesor od literatury… I pewnie mi jeszcze powiesz, że niczego tam nie jadłeś. – Pokazała talerz przed sobą, nakryty drugim talerzem. – A kanapki zostały na stole. Daj spokój, Olek. Nie chcesz rozmawiać, to nie, ale nie rób ze mnie idiotki.
Wstała z krzesła, podeszła do komody w jadalni i ostentacyjnym gestem włączyła radio, pogłaśniając je tak, że dalsza rozmowa nie miała za bardzo sensu.
–Magda, przestań.
Podszedł do niej i próbował objąć, ale go odepchnęła. Został z rękami w powietrzu, a ona wróciła do kuchni i zaczęła zmywać. Wrócił na krzesło i dla częściowego choćby zadośćuczynienia zabrał się do jedzenia wczorajszych kanapek. Dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny.
W połowie drugiej kanapki wzięły go nerwy i rzuciwszy o talerz resztkami jedzenia, wyszedł z jadalni.
–Nie ciskaj się, tylko dokończ śniadanie! – zawołała za nim żona, ale nie słuchał. Twardym krokiem poszedł na górę, zamknął się w gabinecie, padł na kozetkę pod ścianą, która służyła do popołudniowych drzemek, i zakrył ramieniem oczy.
Spokojnie. Nic się nie sypie. Smok śpi. Wszystko idzie zgodnie z długofalowym planem… Planem czego? Jaki właściwie był plan? Gdzie jest to życie, które jeszcze pięć lat temu miało swój mocny, wyrazisty smak?
Diabli wzięli. Zapadło w sen razem ze smokiem, zwinięte w kłębek u jego boku jak zmęczony psiak, który się wyhasał i teraz odpoczywa. A on, szanowany naukowiec i ceniony wykładowca, czyta powieści, sporządza notatki do zajęć, układa referaty na konferencje, które następnie wygłasza z werwą, jakby wierzył w to wszystko, po czym wraca do domu na obiad albo kolację, a kiedy zajęcia się przeciągną, zdarza mu się wrócić późno i wtedy na stole czekają nieco podeschnięte kanapki i nakryta podstawkiem herbata. Dobre. Spokojne. Komfortowe. Więc o co chodzi?
Obrócił się na bok, owinął kocem i podciągnął kolana pod brodę. Ssanie w żołądku nieco zelżało, ale bynajmniej nie znikło. Serce tłoczyło krew spokojnie, rytmicznie, bez zakłóceń, jak dobrze wyregulowana przez harmonijne użytkowanie pompa. Wszystko będzie dobrze, tylko wytrzymaj ten atak – jest słaby i wkrótce przejdzie. Wszystko będzie dobrze – ta fraza brzmi terapeutycznie, dlatego musi paść w dobrej powieści czy w poruszającym filmie.
Zamknął oczy i wtulił twarz w poduszkę. Zmuszał się, by pomyśleć o czymś dobrym. O czymś jasnym, dobrym i ciepłym. Była kiedyś taka łąka za domem, pełna kwitnących kwiatów i brzęczących owadów, nad nią zwisało rozkoszne niebo z uśmiechniętym słońcem, niedaleko szemrała rzeczka Macocha, a przy nodze chłopca szedł mały czarny pies, jego najbliższy przyjaciel. Szli sobie, nieważne dokąd. Za polami i rzeką, na tle parkowego starodrzewu, panoszyła się bryła starego młyna dworskiego. Dzień wokół chłopca był ciepły i jasny, a okienne oczodoły ceglastej ruiny – ciemne i chłodne.
„I tak jest ze wszystkim”, zwykła mawiać ciotka Leokadia, która przeniknęła mechanizmy rzeczywistości. Światło wlecze za sobą ciemność, jak chromy kulawego. Jasnowłosy chłopiec prowadzi u nogi czarnego kundla. Woda na powierzchni jeziora jest ciepła i srebrna, ale w głębi panuje lodowaty mrok. Błękitna czasza nieba nakrywa czarną ziemię. Najjaśniejszy zamek o wrotach z pierzastych chmur mieści w podziemiu lochy…
Z łańcucha metafor wyrwało go pukanie w drzwi.
–Olek, jesteś tam? Otwórz!
–Jestem, jestem.
–Dobrze się czujesz? Wpuść mnie.
–Dobrze. Po prostu chcę pobyć sam. Jestem zmęczony.
Tym razem łomotanie było znacznie silniejsze.
–Otwórz te drzwi, do jasnej cholery, i przestań błaznować! Możesz odpoczywać z otwartymi drzwiami! Tak robią normalni ludzie.
Wstał ciężko i z najwyższą niechęcią przekręcił klucz w zamku. Wpuścił Magdę do środka i z powrotem położył się na łóżku. Nie patrzył na nią.
– W porządku? – spytała siadając na jego obrotowym fotelu przy biurku.
–Wszystko jest pod kontrolą – odparł uśmiechając się w sufit. Nie rozbawił jej ten żart.
–Właśnie tego się obawiam – stwierdziła przyglądając mu się z tym samym napięciem, które pięć lat temu bezpośrednio poprzedzało wysłanie męża na odwyk. – Powiesz mi wreszcie, co się z tobą dzieje?
– A co się ma dziać? Leżę na łóżku z rękami pod głową, patrzę w sufit i mówię z uśmiechem, że wszystko jest w porządku. Mam specjalnie coś wymyślać, żeby zaspokoić twój niepokój? Proszę bardzo, jeśli tak bardzo chcesz. Wczoraj wieczorem pewien audiobook groził mi śmiercią. Nie tylko mnie, inspektorowi Madejowi również. Powiedział, że nas zabije, ale najpierw musimy go odwiedzić, ponieważ bardzo chce z nami porozmawiać i szykuje już eleganckie, chociaż nieco staroświeckie przyjęcie na naszą cześć. Droga do niego nie jest łatwa i prowadzi tylko w jedną stronę, jak był łaskaw się wyrazić, niemniej nie powinno nas to zniechęcać, ponieważ korzyści płynące z tej wizyty znacznie przekroczą wszelkie straty związane z niedogodnościami podróży. Powinniśmy wyruszyć niezwłocznie, by uniknąć kolejnych zwłok, że się tak wyrażę. Zwłaszcza że niezwykły nasz gospodarz nie nawykł do czekania. Leżę teraz i obmyślam szczegóły…
–Mógłbyś przestać pierdolić? – przerwała mu ostro. – Pytam poważnie.
Westchnął jak nauczyciel w rozmowie z tępym uczniem i uniósł się na łokciu.
– No widzisz, chcesz ze mną porozmawiać, a kiedy grzecznie i szczerze odpowiadam na pytania, nazywasz to pierdoleniem. Nie tędy droga, kochanie, jeśli ta rozmowa ma jeszcze trochę potrwać.
–Olek, spójrz mi w oczy. – Zakręciła się na obrotowym krześle, by znaleźć się na wprost niego. – Chcesz, żebym uwierzyła w coś tak kretyńskiego? Nazwałeś bzdurami pomysły tego inspektora o autosugestii, a tymczasem to pikuś w porównaniu z tym, co mi tu wciskasz. Cholera jasna, tego się właśnie obawiałam!

prof. Krzysztof Zajas –Czyli czego? – spytał z uśmiechem.
– Że jak okrzepniesz trochę w swoim dobrym samopoczuciu, to zaczniesz znowu wariować. I po to tylko, żeby nam zrobić na złość za wysłanie cię na terapię. Wiedziałam! Bo ty taki już jesteś. Ukryta mściwość to twoja właściwa natura. Zawsze taki byłeś, tylko nauczyłeś się to świetnie maskować.
– To po co za mnie wyszłaś?
– Bo cię kochałam, idioto! I nadal kocham.
–Jak się kocha idiotę, trzeba się liczyć z konsekwencjami.
–Taa, taa, do tego jeszcze te twoje bonmoty. Zręczne riposty. Retoryczne popisy pan profesora. Daruj sobie i lepiej mi powiedz, czy mam dzwonić do twojej terapeutki, czy sam zadzwonisz? Masz pięć sekund na decyzję.
– I co jej powiem? Że powinna ze mną porozmawiać, ponieważ audiobook groził mi śmiercią i nie wiem, co począć?
Pozostała niewzruszona.
–Dzwonisz?
–Nie.
–Dlaczego?
Spoważniał, przetarł dłońmi twarz i popatrzył na nią smutno.
– Bo to prawda, co powiedziałem. A ja, widzisz, jestem służbowo zobligowany do służenia prawdzie.
–Szlag mnie trafi! – wykrzyknęła żona i zerwała się z fotela, który zakręcił się fantazyjnie, jakby właśnie usiadł w nim klaun z twarzą rozciągniętą w czerwonym uśmiechu. – Słuchaj, mam tego dosyć! Albo kompletnie ci odbiło, albo sobie ze mnie robisz pańskie jaja. Jedno i drugie pustoszy nasz związek w sposób nieodwracalny. To nie jest groźba, drogi mężu, tylko stwierdzenie faktu. Ciekawa jestem, co z nim zrobisz.
–Mam jeszcze trudniejsze fakty, z którymi muszę coś zrobić – burknął.
– A ja mam nadzieję, że to nie ty podpaliłeś tę księgarnię na Grodzkiej – odcięła się kładąc rękę na klamce. – Są ofiary śmiertelne.
–Jakie ofiary? – spytał nieswoim głosem. Nagłe podejrzenie zacisnęło mu dłonie na gardle.
–Sprzedawca. Zobacz sobie w internecie – powiedziała i wyszła zatrzaskując głośno drzwi gabinetu.
Gdy tylko jej kroki ucichły na schodach, usiadł przy biurku i włączył komputer. Najpełniejsza informacja była na Interii po wielkim nagłówkiem ŚMIERĆ W POŻARZE:
„Wczoraj około północy wybuchł pożar w jednej z księgarń przy ulicy Grodzkiej. Chodzi o popularną Tanią Książkę, gdzie krakowianie z upodobaniem wertowali swoje ulubione lektury. Sklep spłonął całkowicie, zniszczeniu uległy również zapełniające go woluminy, zalane wodą ze strażackich sikawek. Niestety, na zapleczu znaleziono ciało jednego z pracowników obsługi, Rafała Olbarskiego, który zmarł wskutek uduszenia dymem. Powody jego obecności w sklepie w godzinach nocnych nie są znane, podobnie jak przyczyny pożaru. Jeden ze strażaków biorących udział w gaszeniu pożaru powiedział nam nieoficjalnie, że w grę może wchodzić podpalenie. Policja na polecenie prokuratury podjęła czynności śledcze”.
W okienku obok tekstu widniała fotografia ofiary – rudzielca w okularach, który trzy dni wcześniej patrzył z wyrzutem na Aleksandra Zawijasa, zbierając z podłogi rozsypane przez profesora płyty z audiobookami, w tym Cegielnię.
Krzysztof A. Zajas
Cdn.
-
Warszawa w wersji retro, czyli śladami książek Grzegorza Kalinowskiego
Jeśli jesteście ciekawi, co tam słychać u Kornela Strasburgera, to w końcu nadszedł dzień, w którym się tego dowiecie. Tym razem los, a właściwie Grzegorz Kalinowski, rzucił sympatycznego policjanta na odcinek filmowy. Spokojnie, spokojnie, Kornel nie zostanie gwiazdą kina, chociaż z drugiej strony… „Śmierć z ogłoszenia” to książka o tym, jak cienka jest granica między tym, co na ekranie, a prawdziwym życiem. Spotkacie tutaj Jana Kiepurę, Eugeniusza Bodo, Mieczysława Fogga, bez wstawania z fotela przeniesiecie się do Lwowa, Bukaresztu, a także, a może przede wszystkim, do przedwojennej Warszawy. Co z filmowym śledztwem mają wspólnego Żwirko i Wigura? Kto zagra prywatny koncert dla jednego z policjantów? I dlaczego ogromną rolę w książce odegra truskawka? „Śmierć z ogłoszenia” już w księgarniach, a my zapraszamy na spacer. Nie musicie się ciepło ubierać, wystarczy kubek gorącej herbaty. No to co, zaczynamy?
-
Denaturat, Jeremi Przybora oraz Śląsk, czyli autobiografia Kazimierza Kutza
Swoją autobiografię pisał praktycznie do końca swojego życia. Z kim pił denaturat? Jak doszło do tego, że został reżyserem kultowych filmów? Co z jego życiem ma wspólnego Jeremi Przybora, a co Wenecja? Kazimierz Kutz opowiada w tej książce o sobie, ale też o aktorkach oraz aktorach, z którymi się zetknął. Nie zawsze są to opowieści, o które stawiają opisywanych w pozytywnym świetle. Skandale, anegdoty, pikantne opowieści – to znajdziecie w książce „Będzie skandal. Autoportret Kazimierza Kutza”. Niesamowicie ważny był dla niego Śląsk, który pozostał w nim aż do śmierci.
„A ja wiedziałem jedno: stawką jest wyrwanie się z tego śląskiego chomąta, bo u nas każdy chłop musiał być roboczym wołem, niewolnikiem. No i chciałem coś osiągnąć w kulturze. Chciałem być kimś. (…) zachciało mi się zostać facetem moc jakąś w sobie mającym, tajemnicę jakowąś.”
Zobaczcie wideo, w którym o Kazimierzu Kutzu mówi…sam Kutz oraz także jego syn, a także Jerzy Trela, Daniel Olbrychski, Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego, Marek Plura, senator RP.
Ten wybitny reżyser to kawał historii nie tylko polskiej kinematografii, ale także, a może przede wszystkim, Śląska. Premiera książki już jutro.
-
„Wiele tytułów”, fragment najnowszej książki Ryszarda Koziołka
Zdradziecka mowa
Długo byłem nieświadomy, że pewna treść mojego życia, przeżywanego w ruchliwej krzątaninie zabawy, nauki i pracy na terytorium o promieniu nie większym niż dwadzieścia pięć kilometrów, nosi nazwę „Śląsk”. W dzieciństwie nikt tak nie nazywał mojej wsi położonej u stóp Beskidów, między Bielskiem a Cieszynem. Cieszyn to już był całkowicie inny świat, a cóż dopiero miasta Górnego Śląska. Dla wiejskiego dziecka obcy są wszędzie – w innej dzielnicy, innej wsi, za rzeką, za płotem. A ci z miasta to już są obcy najbardziej. Dalej jest kosmos, czyli zagranica. Ten atawizm terytorialny jest naturalny jako zwierzęcy depozyt w człowieku. Dopiero dojrzałość przynosi rozumienie, że istnieje przestrzeń dzielona pokojowo z innymi – wspólne boisko, basen, drogi, parki, czyste lub brudne powietrze, ojczyzna. O tej wspólnocie z „obcymi” powiedzieli mi dopiero w szkole. Uczyli jej poloniści, geografowie, historycy, folkloryści. Nadali mi nową tożsamość, a jednak źródłowe poczucie, kim jestem, jest wywiedzione z domowego języka, lokalnego pejzażu, codziennych rytuałów – trudnych do uzgodnienia z narracją historii powszechnej, a jednak niezbędnej.
Droga do siebie wiedzie bowiem przez obce krainy. Trzeba wyjść poza swoją lokalność, żeby zrozumieć, że jest się innym dla innych. U siebie byłem taki sam, wszyscy mówili podobnie i zachowywali się zrozumiale. Dopiero jako nastolatek po raz pierwszy usłyszałem od rówieśników przygodnie spotkanych nad Bałtykiem, że jestem Ślązakiem. Poznali mnie po śladach mowy, choć mówiłem „czysto, po polsku”. Pewnie zdradziły mnie gardłowa artykulacja samogłosek i lekkie przesunięcie akcentu na ostatnią sylabę. Pamiętam falę wstydu i swój niezdarny protest, że wcale nie!, że jestem spod Bielska-Białej, a Cieszyński to nie to samo co Górny. Czułem się dotknięty podwójnie. Po pierwsze, zostałem włączony w pewną całość, z którą wcześniej nie czułem żadnej wspólnoty, a po drugie, dostrzegłem, że ktoś we mnie widzi innego, to znaczy, że mam jakąś odrębność, może skazę, która mnie stygmatyzuje. Chciałem być neutralny. Chciałem być chłopakiem, z którym inne chłopaki grają w nogę. Jako że oni pierwsi dokonali tego nazwania, oni byli tymi, którzy nazywają, a ja tym, który został nazwany, czytaj: przezwany. Wydawało mi się, że mówię czystą polszczyzną, tymczasem oni słyszeli akcent, intonację, artykulację i powiedzieli: „Widzimy cię. Jesteś widzialny”. Jakbym miał jakąś rysę, szramę, coś innego niż mają oni. Być może to jest niezbędne doświadczenie, że ktoś nas musi pokazać palcem i powiedzieć: „Jesteś inny”. Wtedy rodzi się tożsamość, ale zaraz zaczyna nas uwierać, ponieważ równocześnie nas eksponuje i postponuje.

Katowice z lotu ptaka, zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl Dziś, mimo nieprzerwanego kształcenia się w „polszczyźnie literackiej”, nie byłoby inaczej. Po trzydziestu latach życia na Górnym Śląsku jeszcze łatwiej można usłyszeć w moich wypowiedziach dźwiękowe ślady pozostawione przez ludzi, których słucham i z którymi rozmawiam tu przez dziesiątki lat. Mowa jako pierwsza wiąże nas z lokalnością; przenika i stygmatyzuje w okresie, kiedy nie mamy żadnej szansy oporu wobec języka, jakim mówią do nas dorośli, których słowa bezwiednie lub pod przymusem powtarzamy przez pierwsze lata życia. Mowa mówi do nas, kiedy nie mamy żadnej innej – urodzeni bez języka. Dostajemy ostatecznie tylko jeden, nigdy w pełni nasz własny. Tylko ten jeden posiadamy, podczas gdy innych już się uczymy. Kiedy zyskujemy tego świadomość i zdolność oporu, zwykle jest już za późno.
Wycyrklowane dni sóm, że nie lza się cióntać – Czas jak szwindlyrz nas łorżnie, nie ciućko się z nami.
Takimi słowami i zdaniami mojego pierwszego języka mogły mówić opiekujące się mną babki: Hela i Milka. Albo dziadek Władek. Mogli, ale na pewno nie mówili. W domu się „rządziło” (w Cieszyńskim) lub „godało” (na Górnym Śląsku), ale nie były to gwara czy język o spójnym słowniku i gramatyce. Mowa dziadków była już zmącona – przez Kościół, w którym mówiło się polszczyzną Reja i Biblii gdańskiej; przez kilka klas szkoły powszechnej; językiem radia i gazet. Władek w fabryce mógł jeszcze mówić z majstrem po niemiecku lub czesku. Mama i tata mówili już inaczej, językiem mocniej ukształtowanym przez polszczyznę szkoły, pracy i mediów. Niemniej mowa domowa mówiła do mnie językiem niejednorodnym, zmąconym wiekiem i wykształceniem domowników; światami, w których przebywali poza domem.
Na dodatek moja rodzina była religijnie dwubiegunowa. Jeśli nie każdy, to wielu ma swoją stronę Méséglise i stronę Guermantes, swego Naphtę i Settembriniego. Ja miałem „stronę Milki” i „stronę Heli”. To imiona dwu moich babek. Hela była luteranką, jak większość rodziny. Jej sypialnia przypominała pieczarę. Na stoliku stał wielki słój z tranem, którego wielką łyżkę musiałem wypić za każdym razem, gdy byłem skazany na jej opiekę. Prawdziwa chłopka chodząca boso od czerwca do sierpnia; chuda, twarda, surowa, nieco złośliwa, skąpa, bogobojna i kochająca swoje wnuki despotyczną, arbitralną miłością, która nie pyta, czego pragniesz, ponieważ wie najlepiej, jak cię uszczęśliwić. Zawdzięczam jej obycie ze zwierzętami, zrozumienie ludowego luteranizmu oraz zabroniony mi przez mamę styl ubierania się, który polega na tym, że nieważne jak wyglądasz, byleby ci było ciepło.
Milka była katoliczką, grubą matką-boską-wszystko wybaczającą. Zmyślała, kłamała, można ją było doprowadzić na skraj śmierci przez rozśmieszenie. Lubiła jedzenie, Sienkiewicza i koncerty noworoczne z Wiednia. Jej zawdzięczam pierwszą wizytę w katolickim kościele. Kiedy mnie tam zabrała w tajemnicy przed rodzicami, byłem przekonany, że trafiłem do pogańskiej świątyni. Musiała to być poranna msza w tygodniu. Nikłe światło przebijające przez witraże potęgowało półmrok wnętrza wypełnionego przedmiotami i wizerunkami, które wprawiały w osłupienie umysł pięciolatka od urodzenia przebywający na ikonoklastycznej diecie. Posągi, chorągwie, obrazy, wota, baldachimy, całe to neobarokowe przegięcie stylu dewocyjnego zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Ksiądz też był inaczej ubrany. Byłem przekonany, że popełniam straszliwe bluźnierstwo, a pastor Janik na pewno się o tym dowie i pójdę do piekła.
Choć bardziej niż piekła i Janika bałem się Heli, to strategia budowania tożsamości luterańskiej na posiadaniu wyraźnego katolickiego wroga była w moim wydaniu niemożliwa. Wszelki radykalizm został zablokowany miłością, która sprawiła, że tworzyliśmy z babkami nieczysty trójkąt wyznaniowy, w którym ja byłem bokiem najbardziej pokrzywionym.
Niedawno, zaledwie kilka dni temu, czytając korespondencję Jana Wantuły, zrozumiałem, że ten rodzaj pomieszanej tożsamości ideowej wcale nie musi owocować wewnętrznymi konfliktami. Pisze mianowicie Wantuła do Marii Wysłouchowej tak:
Co do mnie, to jestem wielkim nieprzyjacielem klerykałów, ale nigdy Kościoła katolickiego. – Daleki jestem od tego, by powiedzieć, że moje wyznanie jest ideałem, ale szanuję mój Kościół gwoli wolności sumienia, jaką posiadam. Gdy mię ktoś drażni gwoli mego przekonania, tedy odpowiadam: „Pierw byłem Polakiem, później luteranem [!]”. Polakiem jestem z krwi – urodzenia, ewangelikiem od chrztu… Uznaję religię jako konieczność w dzisiejszym ustroju społecznym, ale nie uznaję formy, wierzeń i różnych wymagań utartych lub przestarzałych, a tak zaciekle bronionych przez klerykałów. Mnie wystarczy religijność Mickiewicza, Słowackiego, Prusa – ale do Sienkiewiczowej się nigdy nie skłonię!
Gdybyż to była kwestia wyboru!
Coś większego
„Śląskość” była bliskim doświadczeniem, ale odległym słowem. Za to „polskość” przyszła do mnie niemal wyłącznie za sprawą języka. Najpierw poprzez czytaną mi głośno przez mamę i babcię literaturę, a później dzięki samodzielnej lekturze książek, prasy i oglądaniu telewizji. W polszczyźnie zostałem opowiedziany i wyjaśniony jako członek tysiącletniej wspólnoty narodowej, której dzieje, święte miejsca, wielkie księgi i wielcy ludzie należeli teraz do mnie. Przede wszystkim polszczyzna w niewyobrażalny wcześniej sposób poszerzyła granice domowej mowy. Nic dziwnego, że tym językiem chciałem mówić, a później badaniu jego najwspanialszych wytworów poświęciłem swoje zawodowe życie filologa.
Dla śląskiego nastolatka polskość miała jeszcze inną wartość. Życie na wsi nauczyło mnie, że nic tak łatwo nie przychodzi człowiekowi żyjącemu w małej wspólnocie, jak separacja od innych społeczności składających się z „obcych”. Ci z Jaworza, Rudzicy, Wapienicy, Grodźca nie byli „nasi”, a wiejskie legendy mówiły, że żywią wobec nas złe intencje. Podobno niektórzy mieli nawet czarne podniebienia. Polskość była obietnicą gościnnej uniwersalności, wyzwolenia się od szajby podziału na tych „stela” (stąd) i „nie stela”, od stygmatu gwary, braku ciągłości historycznej i państwowej. I schronienia się w „czymś większym”, co ostatecznie ujednolici moją zmąconą tożsamość. Przystępowało się tam po wyzbyciu się złego akcentu oraz dzięki znajomości polskiego języka symbolicznego uczonego w szkole na polskim, historii i lekcjach wychowawczych; i w telewizji.
W apogeum miłosnego zauroczenia, czyli na studiach polonistycznych, pojawiła się bolesna świadomość, że wyparcie się języka domowego i przejście do polszczyzny były rodzajem zdrady. Silna odrębność kulturowa i historyczna Górnego Śląska, odczuwana i pojmowana dzięki wejściu w rodzinę żony, dała mi szansę zrozumienia, jak bardzo powszechna edukacja humanistyczna wyobcowała mnie z własnego doświadczenia kulturowego. Wiedza o Polsce, którą przekazywano w szkole podstawowej, była mieszaniną bajek i mitów. Indoktrynacji tej do dziś nie sposób się pozbyć. Znałem na pamięć dopływy Wisły i Odry, ale nie uczono mnie niczego o Jasieniczance, Bajerce czy Brynicy. Bliższe mi były dąb Sobieskiego, sosna Żeromskiego, limba Kasprowicza czy wierzba Chopina niż buk albo smrek rosnące w beskidzkich lasach. Polski świat, jaki wyłaniał się ze szkolnej edukacji, nie miał nic wspólnego z naturalnym i społecznym światem, w którym żyłem. W kanonie polskiej literatury nie odnajdywałem śląskiego doświadczenia zbiorowego – pejzażu, lokalnej historii, obyczaju, chłopskiego luteranizmu, gwary, mitów i legend. Literackie scenariusze polskości były do „odegrania” w mowie, geście, stroju i scenografii Pana Tadeusza lub Potopu, ale nie Czarnej Julki czy Cholonka. Wystarczy zaznaczyć na mapie miejsca urodzenia klasycznych pisarzy polskich – Jana Kochanowskiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Elizy Orzeszkowej, Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza – aby zdać sobie sprawę, że ich światy dzieciństwa, podniesione do rangi polskiego uniwersum, nie leżą po „mojej” stronie Wisły, a nawet są od niej bardzo odległe.
Choć nie byłem zdolny do krytyki własnego oczarowania, drobne epizody zapowiadały już katastrofę.

Zbigniew Herbert, archiwum Michała Kapitaniaka/Wydawnictwo Znak Najważniejsze było ściganie się z Jackiem w lekturze Sienkiewicza. Chyba w szóstej klasie czytaliśmy Potop „na wyścigi”, codziennie przepytując się z treści, żeby sprawdzić, czy aby ten drugi nie oszukuje. Przemierzanie ukochanej lektury było niczym braterstwo broni – w fantazji identyfikacyjnej obaj byliśmy Kmicicami. Kres tej wspólnoty nastąpił, kiedy dotarliśmy pod Częstochowę. Tam drogi lektury Jacka, katolika, i mojej, luteranina, gwałtownie się rozdzieliły. On mógł być z Kordeckim i Kmicicem na murach klasztoru, wysadzać największą armatę, cierpieć okrutnie palony ogniem, a ja byłem ze Szwedami w okopach i śpiewałem te, jak mówi Wołodyjowski, „psie psalmy”. Zabolało, a bardziej jeszcze uczyniło ze mnie nieubłaganą konsekwencję historii – tej największej, powszechnej sprzed setek lat, ale i tej kameralnej, lokalnej i rodzinnej, której bohaterowie dokonywali przejęcia wyznania lub byli konwertytami, abym w rezultacie ja musiał wybierać między przywiązaniem do Sienkiewicza a dumą i lojalnością wobec protestantyzmu.
Kto wie, czy wówczas nie stałem się prawdziwym czytelnikiem, czyli takim, który afektywny odbiór literatury łączy ze zdolnością do jej krytyki. Wiele lat później, już jako badacz literatury, odkryłem, że Sienkiewicz, jak każdy wielki pisarz, tworzy ideowy wielogłos, który udziela gościny wielu różnym odbiorcom. W Ogniem i mieczem swoistą afirmację luterańskiego etosu pracy stanowi scena, w której regiment niemieckich najemników pod dowództwem podpułkownika Johana Wernera nie chce przejść na stronę kozacką wcześniej niż w czerwcu, kiedy to kończy się ich umowa z Rzeczpospolitą. W chaosie anarchii, jaka wypełnia świat wojny domowej, dotrzymywanie umowy wydaje się absurdem, zwłaszcza że wszyscy Niemcy zginą, broniąc „tylko” honoru zawodowego żołnierza. Wciąż zachwyca mnie ten drobny epizod. Dowodzi uznania autora dla innych wzorców heroizmu wojennego niż ten, który reprezentują polscy bohaterowie powieści. Okazywało się, że nawet coś tak potwornego jak wojna może być miarkowane zawodowstwem, które nie pozwala sobie na rozpasane okrucieństwo.
Właściwego pogodzenia z Jackiem doznałem dopiero niedawno, za sprawą Jerzego Pilcha, który sprawił, że peryferyjny cieszyński luteranizm stał się kulturową własnością czytających Polaków. Mnie zaś pozwolił wyobrazić sobie inną, przyjacielską lekturę Sienkiewicza z dawnych lat. W powieści Tysiąc spokojnych miast odnajduję wspaniały pastisz, którym Pilch bierze w posiadanie brawurową narrację sienkiewiczowską i oddaje ją w służbę luterańskiej intrydze powieściowej, a przynajmniej jej możliwości. Oto kościelny Messerschmitt snuje historię pewnego kościelnego dzwonu:
Oto ciemną kiejdańską nocą czterej szlachcice, historia nie zna ich nazwisk, wiemy jedynie, iż byli to trzej kalwini i jeden luter, ciemną, mroczną nocą ta kacerska czwórka zdejmuje z wieży kiejdańskiego kościoła dzwon Mikołaja Radziwiłła, ładuje go na sanie, okłada sianem i słomianymi wiechciami, i ruszają. Sześciokonny zaprzęg rusza w głąb ciemnej i mroźnej Rzeczpospolitej. Kilkudziesięciostopniowy, choć wtedy nie do zmierzenia, mróz sprawia, iż sanie suną chyżo po kiejdańskim gościńcu. Siedemnastowieczna pełnia księżyca, czarne lasy i białe pola […]. Czterech protestantów, czterech jeźdźców nie Apokalipsy, ale czterech jeźdźców Ewangelii wiezie na saniach przez zamarznięte stulecie protestancki dzwon. Nie wiedzą, dokąd jechać. Może do Warszawy? Do Leszna? Do Lublina? A może do Prus, do Królewca? Nie znają drogi, nie mają celu, wiedzą jedynie, że trzeba chronić święty przedmiot. A wokoło ciemności, zbójcy, Kozacy, Tatarzy, Turcy, Szwedzi, czerń i dzicz.
No więc znów, po latach, czytam z przyjacielem Potop, tym razem jego apokryf, w którym bohaterami są luterańscy jeźdźcy-awanturnicy. I teraz to Jacek chciałby wraz z nimi się przekradać, wioząc kiejdański dzwon na odległe południe, do naszej wsi, gdzie chodzimy do szkoły, aby zawiesić go w moim luterańskim kościele.




