Kategoria: Aktualności

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (45-48 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    1 maja 2020 (13105 zarażonych, 651 zmarłych)

    Pada deszcz. Taki porządny, z niebem w szare szmaty i zachodnim wiatrem, siekącym z ukosa. Beczki na deszczówkę w mig się napełniły. Gdybym na majówkę zaplanował przyjęcie z grillem w ogrodzie, tobym psioczył na czym świat stoi, że tyle czasu było pogodnie, a teraz akurat musi lać. Ale nie zaplanowałem i nie psioczę, przeciwnie, łażę po trawie na bosaka i moczę głowę wdychając mokre, liściaste powietrze. Rozładowanie napięcia. Zwilżenie suchych zmysłów. Nawodnienie wyschłego strumienia myśli. Deszcz potrafi być psychiczny, naprawdę.

    Może jednak przesadzałem z tymi biblijnymi plagami. Koronawirus jakoś przycichł, lęki i mroczne wizje zastąpiła nuda, po niedzieli otwieramy galerie i biegniemy znowu kupować. Już tłumy klęczą w starterach z napiętymi ścięgnami, w poniedziałek rano chorągiewka w górę i lecimy. Media obiecywały, że po pandemii będą jakieś straszliwe obniżki cen i wyprzedaże wszystkiego prawie za darmo, więc chętnych nie braknie. Oby nie doszło do rękoczynów. Susza również spuściła z tonu, pada deszcz, rzeki pewnie wkrótce się napełnią i dziennikarze przestaną się włóczyć z kamerami po wyschniętych korytach, biadoląc nad klimatyczną katastrofą. Pożary pogasły i podobno nie wyrządziły takich szkód, jakich się obawiano. Może faktycznie przesadzałem z tymi apokaliptycznymi wizjami. Bajania o końcu świata raz pasują do świata lepiej, raz gorzej. I tak jest od zarania dziejów.

    Kraków, fot: www.unsplash.com/Erik Kossakowski

    Wczoraj byłem na chwilę w mieście. Kraków pełen samochodów, a na weekendowych wylotówkach wręcz korki. Spragnieni normalności krakowianie wypełzli z dusznych mieszkań i ruszyli na powietrze. I dobrze. Wprawdzie ten i owa ostrzegają, że koronawirus przenosi się w powietrzu, ale powszechna świadomość banuje takie wieści. Nigdzie nie widać dżumy ani cholery, karetki na sygnałach nie krążą wściekle po mieście, żadne trupy na chodnikach nie zalegają – czego się bać? Natomiast w okolicach Rynku nadal upiorne pustki. Widać, co się stało z miastem pod wpływem rozpasanej turystyki i co się dzieje z nim teraz, kiedy tej turystyki zabrakło. Jak stadion po meczu. Albo Błonia po papieskiej mszy. Dopiero były tłumy, przejść się nie dało, nieprzebrane rzesze ludzi kręciły się w jakimś zapamiętałym flaneurowskim obrzędzie – a teraz pustka. Kubki po kawie turla wiatr. Paru ostatnich stałych mieszkańców Śródmieścia rozgląda się w zdumieniu po swojej-nieswojej okolicy, jakby nie do końca wierzyli w obudzenie po długim i dręczącym śnie. Trauma nagle opróżnionego kontenera.

    Intryguje mnie masowy wymiar informacji. Nikt nic nie wie, faktów za oknem nie widać, cokolwiek do nas dociera, jest zbiorem bitów w necie – a wszyscy śledzą z wypiekami na twarzach i potem wyciągają mądre wnioski oraz wygłaszają opinie. Sieć roi się od rozmaitych porad i instrukcji, jak przetrwać kwarantannę, jak sobie radzić ze stresem i lękiem, jak nie dać się nudzie i nie stracić formy fizycznej, jak podtrzymać relacje międzyludzkie, jak nie utyć… A ty siedź, człowieku, od rana do wieczora i zajmuj się swoim samopoczuciem, żebyś przypadkiem na chwilę nie poczuł grozy bytu. A co by się, kurde, stało, gdybyśmy na chwilę ją poczuli? Gdyby groza bytu walnęła nas po łbach i nieco przywołała do porządku w tym zapamiętałym przeciamkiwaniu swoich dni? Co jest złego w tym, że się trochę przestraszymy i przekonamy, że życie nie sprowadza się do kupowania żarcia w Macu i wywalania papierowych toreb przez okno pędzącego samochodu? Że tu nie chodzi o prowadzenie za rączkę od kołyski do trumny?

    Obawiam się, że niestety o to chodzi. Tworzenie powszechnej iluzji prawdy, faktu, wiedzy – nie służy informowaniu nas o czymkolwiek dla samej informacji, tylko utrzymaniu nas na smyczy mediów. Ich bez nas nie ma. A nas bez nich. Nie widzimy, nie słyszymy i nie mamy głosu, jak te trzy chińskie małpki. Koronawirus w fenomenalny sposób uaktywnił i wzmocnił media internetowe, a jednocześnie objawił ich par excellence wirtualny charakter. Oraz handlowy, ponieważ informacja stała się towarem. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale trzeba trochę krytycznego wysiłku, by sobie uświadomić cały ogrom konsekwencji. Na przykład taką, że w zasadzie każda wiadomość jest na sprzedaż, została kupiona bądź dopiero ma zostać kupiona. I nie chodzi tylko o tak zwane brukowce. Deklaracje rzetelności, służby prawdzie i uczciwości, misji społecznej – również mają w tle rachunek rynkowy. Albo zarobię na tym i się utrzymam, albo stracę i wypadnę z obiegu. Memowe szydery, przewrotne filmiki na youtube i wulgarne rapy popluwające na cośtam zmierzają do jednego: zdobyć poklask, publiczność i zarobić. Proste i brutalne.

    Brutalne dlatego, że wszechobecny klientyzm w tym układzie zmierza do zaspokojenia moich oczekiwań, a nie do ich zmiany. Że mam nie tyle się uspokoić zdobytą wiedzą, co podjarać wrzutką i natychmiast szukać następnych podobnych. Kręci się niekończona karuzela powierzchownych doznań, momentalnych drgnień, które się w żadną mapę poznawczą nie układają. Dużo mówią o pokręconej psychice konsumenckiej, ale o świecie – nic. Na początku pandemii żywiłem złudzenia, że izolacja oderwie nas od sieci, zrzuci z krzesełka na karuzeli i lądując tyłkami na trawie posmakujemy wreszcie prawdziwej ziemi. Ale nie. Przeciwnie, gdy tylko otrząsnęliśmy się z szoku, szybko biegiem do krzesełek i dalejże w ruch, jeszcze szybciej, wyżej, jeszcze więcej. Sieciowa kręcioła wiruje, byle uciec od realu. Internet święci triumfy. Czy my również – nie wiem.

    Wiem, internet jest jak świat. Zawiera wszystko, łącznie z przedustawnym chaosem i końcową apokalipsą. Każdy może z niego wziąć, co mu się podoba, nie ma ograniczeń. Ten potoczny mit ma jednak dosyć poważne mankamenty, na przykład taki, że ze wszystkich naszych zmysłów pielęgnowane tam są jedynie wzrok i słuch. Pozostałe – węch, smak, dotyk – są nieobecne w naszych doznaniach, a tym samym zepchnięte na margines. Nieużywane. Widoczek bez aromatu kwitnącej łąki i muśnięcia wiatru na policzkach jest tylko kolorowym maziajem o zapachu dusznego pokoju. Tworzy zastępczość, ale raczej udaje niż daje. Sorry, ale dwa zmysły zamiast pięciu, to jednak ograniczenie.

    Wyrzucam z siebie te antysieciowe diatryby na marginesie aktualnej lektury. U Kinga znalazłem dające do myślenia zdanie o tym, że większość ludzi nie zważa na istotne szczegóły wokół siebie i idzie dalej, zaprzątnięta „kolejnym dniem wyrzuconym na owo tajemnicze śmietnisko, na którym lądują przeżyte dni” (Jest krew, s. 143). Nagle ujrzałem mój dzień jako zmarnowany i wyrzucony na tajemnicze śmietnisko, gdzie leżą również wszystkie poprzednie. Jasna cholibka, wszystkie? Co miałem zrobić, żeby choć jeden z nich nie był zmarnowany? Przestać oglądać strony w necie? Ale wtedy w ogóle już nic nie będę wiedział! „Jutro dzień/ jeszcze jeden/ zrób co możesz” – mówi anioł w wierszu Miłosza, ale kto dzisiaj wierzy w anioły? I od razu telepka: zostaw to beznadziejne surfowanie i zrób coś ważnego. Nie marnuj dni, masz ich coraz mniej. Dramatycznie mniej. Być może już całkiem niewiele. Zrób coś ważnego!

    Zrobiłem. Polazłem na bosaka do ogrodu.

    Parę dni temu w moim dzienniku walnąłem się i umieściłem Antares w gwiazdozbiorze Raka, zamiast Skorpiona. Zwierzątka na oko podobne, ale inna grupa w ogóle. Skąd mi się to wzięło? Chyba stąd, że szukałem figury tego, co się teraz z nami dzieje. Idziemy do tyłu.

    3 maja 2020 (13693 zarażonych, 678 zmarłych)

    Dzisiaj wieczorem miałem wykład o najnowszym czteropaku opowiadań Stephena Kinga pt. Jest krew. Portal smakksiazki.pl i Jakub Ćwiek zorganizowali Viralowe Targi Książki w internecie, a ostatnim punktem dwudniowego programu był mój wykład. „Wykład” to zbyt wielkie słowo – raczej prelekcja, pogadanka o nowych tekstach ulubionego pisarza, z mocnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym, bo i o mnie, i o pisaniu trochę. Próbowałem przekonać słuchaczy i słuchaczki (nie wiem, na ile skutecznie), że Kinga od reszty producentów popkulturowej grozy różni to, iż jest prawdziwym pisarzem. Nie dostawcą popkultu na tony, byle wycisnąć kasę strasząc czym się da, ale właśnie pisarzem, czyli autorem tekstu z co najmniej podwójnym kodowaniem. Co dosłowne, jakimś zręcznym sposobem układa się zarazem w metaforę, czyli opowieść o każdym z nas. Niby dykteryjka o telefonie do nieboszczyka, a tak naprawdę wzruszająca historia o naszym pragnieniu utrzymania kontaktu z bliskimi zmarłymi. Niby opowiastka o szczurze podstępnie spełniającym życzenia, a właściwie studium niemocy twórczej i transgresji pisarza, który stoi przed dramatycznym wyborem: pisanie lub życie. Niby polowanie Holly Gibney na kolejnego outsidera, a w gruncie rzeczy moralitet o rytualnym zabijaniu odwiecznego Zła.

    Facet uwodzi mnie językiem (uuch, jak to brzmi). Najprostszą scenę potrafi napisać jak wyrafinowany poemacik, który chłonę z mieszaniną wysokiego zachwytu i niskiej zawiści. Rzadko zazdroszczę innym, każdy ma swoje życie, ale chciałbym choć raz sięgnąć jego warsztatu. Nie żeby od razu Ręka mistrza czy To, ale jedno takie opowiadanko jak Szczur. Powiedziałem w prelekcji, że King przestał uprawiać grozę za pięć groszy, rodem z tanich produkcji dla młodzieży, i pisze jak klasyk anglosaskiej prozy. Do pewnego stopnia zawsze tak pisał, to drugie dno można wyczuć wszędzie, tylko czytelnikom się nie chciało zwykle tam schodzić, bo wystarczy strach, ogryzanie paznokci i przegryzanie popkornem. Ponoć taki jest los wielkich – ludzkość dostępuje tylko cząstki ich niezmierzonego bogactwa. Tyle, ile udało jej się wyczytać. Reszta spoczywa w krypcie z inskrypcją: „Niewyrażone”.

    Myślę, że miał kompleks Prawdziwego Pisarza, bo tego tytułu przez całe życie krytycy mu odmawiali. Ja mu go przyznaję i podtrzymam w każdym starciu. Niech ktoś rzuci rękawicę.

    4 maja 2020 (14006 zarażonych, 698 zmarłych)

    Miałem nosa – ruszyli. Od rana sieć pełna zdjęć spod galerii handlowych i supermarketów. Pełne parkingi, tłumy pod drzwiami, kolejki na kilkaset metrów. Rzucili się jak horda wygłodniałych dzikusów na upolowanego mamuta. Dosyć mnie w tym zastanawia atrakcyjność Ikei po przymusowym siedzeniu naszego Narodu w domu. Z głodu porozbijali szafki w kuchni? Porysowali blaty stołów zębami połowic i pociech? Połamali łóżka w sypialniach od długiej i nieopanowanej chuci? W każdym razie masowa tęsknota do nowych mebli zdradza wezbraną w Narodzie pożądliwość nowych wystrojów wnętrz, powinienem zatem pogratulować mu gustu i schludności. Ciekawe, czy rzuci się również na te hotdogi za złotówkę przy wyjściu. Wtedy jeszcze musiałbym pogratulować kulinarnej finezji. Jacyś ryzykowni dowcipnisie zgłosili podłożenie bomb w Galerii Krakowskiej i w Solvayu, trzeba było ewakuować. Co za pech! Ledwieśmy przyszli i się rozejrzeli, co i jak, a tu trzeba wychodzić pod eskortą antyterrorystów. Masakra.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Sześć dni do pseudowyborów pocztowych i nadal nikt nic nie wie. Także rządzący. To są takie jaja, że nie pamiętam podobnych! Nawet komuniści, którzy robili cyrk z wyborów, jednak nad porządkiem i terminami panowali. Od lat powtarzam: nie chodzi o to, że prawica, katole i nacjonaliści, ale o to, że PiS po prostu nie umie rządzić. To są nieudacznicy i amatorzy, powyciągani z jakichś głębokich zapleczy partyjnych, daleko od szosy, którzy mają problemy z tak podstawowymi ludzkimi umiejętnościami, jak mówienie i zachowanie się w publicznym miejscu. Jak mają dobrze rządzić państwem! A teraz jeszcze koronawirus im dodatkowo we łbach pomieszał i nie wiedzą, czy udawać, że nic się stało, czy się barykadować. Czy może już uciekać. I nic w tym wypadku nie znaczy fakt, że ktoś tam ich wybrał. Absolutnie nic! Jak nie umiesz rządzić, człowieku, to idź do domu i najpierw się czegoś naucz. To takie proste! I takie trudne.

    Ech, szkoda nerwów, idę z Aksą na łąki.

    Byliśmy, pobiegaliśmy. Słońce zachodziło matowo, krwawo, na deszcz. Ulga. Biegam tak z moimi kolejnymi psami od pół wieku, od pacholęctwa niewinnego wiejskiego, z jedną Azą, drugą Azą, potem z Korą i jeszcze paroma innymi. Teraz jest Aksa. Zawsze suka. Czarna albo podpalana. „Dzieciństwo moje szło przez pola z psem”, pisał Tadeusz Nowak w jednym z wczesnych wierszy i powtarzam sobie te słowa kładąc się na trawie ot tak, po nic, żeby poleżeć i popatrzeć na niebo. Ksysio Marzyciel. Dużo się w dzisiejszej humanistyce gada o rozchwianej tożsamości, o dezintegracji podmiotu, redukcji osobowości i tym podobnych trudnościach identyfikacyjnych, sam zresztą również o nich nauczam biedną od tych rozchwiań młodzież. I faktycznie, z nosem w mądrych książkach odczuwam podobnie. Na łąkach jest jednak inaczej. Opada pancerz wiedzy i świadomości, jest tylko bieganie, oddychanie, patrzenie, wołanie psa. To samo od pół wieku. I ja jestem ten sam, na pewno, moje odczucia identyczne jak wtedy, i wtedy, i wtedy. Łąka i pies to wyznaczniki ciągłości mojej osoby, czymkolwiek by ona nie była. Piszę to zastrzeżenie dlatego, że na łące żadne pytania o definicje i znaczenia nie padają. Więcej, one w ogóle nie istnieją. Jestem i tyle, nieważne kim. Może biegam z psem na łąki właśnie po to: żeby przestać pytać o siebie i po prostu być. To takie proste. I takie trudne.

  • Kim jest Ułan, jedna z kluczowych postaci „Wyrwy”?

    Rodzinna tajemnica skrywana przez wiele lat, śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach oraz konsekwencje kłamstw z przeszłości, to wątki, z którymi będą musieli zmierzyć się bohaterowie słuchowiska Empik Go „Wyrwa. Historia Ułana”. To prolog do nowej powieści Wojciecha Chmielarza, której premiera już w najbliższą środę. W rolach głównych pojawią się Nikodem Rozbicki, Adam Woronowicz, Katarzyna Warnke i Jacek Beler. Słuchowisko jest już dostępne w aplikacji Empik Go.

    Kilkanaście dni temu pisałem, że nowa powieść Wojtka podeszła mi o wiele bardziej niż poprzednia, a nawet napisałem, że „Wyrwa” jest lepsza od „Żmijowiska”, co oczywiście nadal podtrzymuję. Ciekawi mnie natomiast to słuchowisko, którego głównym bohaterem jest Ułan. Gdy przeczytacie książkę to sami stwierdzicie, że nie jest to postać z pierwszego planu, ale jednak szalenie istotna dla całości. Nie mogę Wam napisać co się z nim dzieje, ani jaka jest jego rola. Uzbrojony w wiedzę z książki mam zamiar zabrać się za odsłuchanie prologu, bo sam jestem ciekaw, dlaczego Ułan jest w „Wyrwie” właśnie taki. Czym jest więc „Wyrwa. Historia Ułana”?

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojtek Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jest to spin-off „Wyrwy”. Produkcja, która powstała w oparciu o scenariusz autorstwa pisarza, miała swoją premierę na tydzień przed pojawieniem się książki. Chmielarz stworzył wciągającą historię, której bohaterowie mierzą się z bolesnymi kłamstwami oraz tajemnicami sprzed lat. W „Wyrwie. Historii Ułana” w rolach głównych występują: Jacek Beler, Nikodem Rozbicki, Adam Woronowicz i Katarzyna Warnke, zaś narratorem jest Krzysztof Czeczot. Producentem wykonawczym tytułu jest studio Osorno, które odpowiadało także za poprzednie realizacje Empik Go.

    Nieustannie szukamy nowych form współpracy z autorami i słuchowisko „Wyrwa. Historia Ułana” jest takim nowatorskim projektem. Wojciech Chmielarz zapalił się do pomysłu przedstawienia tzw. „origin story” Ułana, czarnego charakteru z jego nowej powieści. Produkcja funkcjonować może jako świetny prolog do „Wyrwy”, ale równie dobrze sprawdza się jako samodzielny utwór. Cieszymy się, że mogliśmy pracować z tak wspaniałym autorem przy tym projekcie, pierwszym takim na naszym rynku. Liczymy na kolejne możliwości tego typu współpracy z autorami i wydawnictwamimówi Paweł Heba, Dyrektor Wydawniczy Virtualo.

    Trzech braci i jedna tajemnica

    Prolog powieści Chmielarza to kompletna, wciągają historia. W mazurskim Mrągowie przed laty dochodzi do nieszczęśliwego wypadku, w którym ginie Mirek – ojciec, mąż, brat i syn. Zagadka jego śmierci zostaje rozwiązana dość szybko, a w sercach bliskich pozostają ból i tęsknota. Choć czy na pewno? Taką wersję poznają znajomi, mieszkańcy miasteczka i przede wszystkim tytułowy bohater słuchowiska, kilkuletni Paweł, nazywany Ułanem. Sprawa komplikuje się, gdy chłopak wyrasta na niezłe ziółko i pewne tajemnice jest coraz trudniej utrzymać. Z taką historią zderza swoich czytelników Wojciech Chmielarz.

    Podczas pisania książek czasem dzieje się tak, że pewne historie trzeba pominąć. Często zajmują zbyt dużo miejsca czy nie mieszczą się w ramach jednej powieści. Tak też wydarzyło się w przypadku „Wyrwy”. Z pomocą przyszedł Empik Go, który dał przestrzeń dla „Wyrwy. Historii Ułana”. To słuchowisko oddaje głos postaciom ważnym dla fabuły, choć drugoplanowm – dzięki temu możemy lepiej zrozumieć ich motywacje mówi Wojciech Chmielarz, autor słuchowiska oraz książki.

  • „Podróż do przyszłości”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Koronawirus niewątpliwie zaskoczył świat bardziej niż zima drogowców. Ale czy w branży literackiej rzeczywiście przyniósł wstrząs, jakiego nikt się nie spodziewał, czy tylko przyspieszył nieuniknione?

    Na kryzysach finalnie zwykle wygrywają firmy wyznaczające lub wyprzedzające trendy oraz błyskawicznie adaptujące się do zmian. A te wszystkie nowatorskie pomysły, które uchodziły za ciekawostki, dziwactwa albo po prostu zawracanie dupy, często stają się nową rzeczywistość. To ogólna, ponadczasowa zasada. Bo kryzysy to przede wszystkim katalizatory zmian, które częściej uwypuklają zjawiska już istniejące, niż generują nowe. I nie ma powodów przypuszczać, żeby po koronawirusie miało być inaczej – bez względu na to, czy pandemia wygaśnie za miesiąc czy za dwa lata. Już teraz wiemy, że lekarz w internecie to dalej lekarz, że sprawy urzędowe da się załatwić na odległość, że mycie rąk po wizycie w toalecie wcale tak bardzo nie boli.

    Jeżeli zaś chodzi branżę literacką, wiele wskazuje na to, że przez kryzys najłagodniej przejdą firmy zaprzyjaźnione z internetem: dystrybuujące treści w sieci oraz stawiające na ebooki i audiobooki. Te, które starają się trzymać rękę na pulsie, zamiast bezrefleksyjnie bronić starego porządku. Bo jak zauważył na łamach „Financial Timesa” Stephen Page, szef londyńskiego wydawnictwa Faber and Faber, w ciągu najbliższych trzech do sześciu miesięcy możemy dostać się w miejsce, w którym prawdopodobnie znaleźlibyśmy się dopiero za kilka lat, gdyby nie przytrafił się koronawirus.

    A gdzie dokładnie? Tego oczywiście nikt nie wie na pewno. Ale na bazie danych i obserwacji można już trochę pogdybać. Łapcie więc moje postcovidowe prognozy dla rynku książki.

    1. Online wyraźnie wyprzedzi offline

    Sprzedaż od lat przesuwa się w stronę internetu. Nihil novi. Ale w dobie koronawirusa popędziła galopem w stronę online’u, często nie tyle redukując, co wręcz całkowicie wygaszając handel za pomocą kanałów stacjonarnych. I to stan, który może się utrzymać. Również w branży literackiej.

    Najdobitniej świadczą o tym decyzje największego gracza na rynku książki – Empiku (1,8 mld złotych przychodu w 2018 roku). To jeden z wielkich przegranych decyzji o zamknięciu centrów handlowych. Dziś Empik wcale się nie napala na odmrożenie gospodarki, tylko zakłada, że przez najbliższe kilkanaście miesięcy galerie będą zdecydowanie rzadziej odwiedzane niż przed pandemią. I dlatego postanowił odstąpić od ponad 40 umów najmu w takich punktach – także zanim wybierzecie się do swojej księgarni, sprawdźcie, czy nadal tam jest. Zamiast tego stawia na sprzedaż internetową, która już w 2019 roku odpowiadała za około 40 proc. obrotów całej grupy. A w tym roku Empik spodziewa się dalszego zdecydowanego wzrostu w tym segmencie.

    Ograniczenia handlowe, reżim sanitarny i zmiana zwyczajów zakupowych prowadzą do wielkiej rekalkulacji założeń biznesowych, której ostatecznym owocem może być zdominowanie handlu przez kanały internetowe. Summa summarum zyskają na tym gracze, którzy w porę zbudowali online’owe przyczółki, a w obliczu pandemii zdecydowanie na nie postawili, a także ci, którzy narodzili się w sieci – jak np. księgarnia internetowa Bonito. A kto nie umie w internety albo uparcie nie chce się przestawić, najprawdopodobniej zginie. Niestety wiele niezależnych księgarni czy bibliotek stacjonarnych może się nie doczekać nowej rzeczywistości. Jeszcze w pełni nie poznaliśmy koronawirusa, ale nie wydaje się sentymentalnym kolesiem.

    www.unsplash.com/Glenn Carstens-Peters

    2. Czas streamingu

    W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2020 roku Netflix zyskał prawie 16 mln nowych subskrybentów. To oczywiście w dużej mierze zasługa koronawirusowej izolacji i odcięcia społeczeństwa od pozadomowych rozrywek, ale też kolejny sygnał świadczący o tym, że pokochaliśmy streaming. Taki czy inny. I nie ma w tym nic dziwnego. Płacisz niewygórowany miesięczny abonament i zyskujesz w zmian dostęp do dużego zbioru treści – albo filmowo-serialowych (dostępnych m.in. w Netliksie, HBO GO, Amazon Prime Video, Apple TV czy Disney Plus), albo muzycznych (Spotify, Tidal, Deezer, Apple Music).

    Te same trendy widoczne są w literaturze. Apostołem streamingu książkowego jest Legimi, od dawna określany jako „Spotify dla ebooków”, ale modele abonamentowe popularyzują się także za sprawą aplikacji Audioteki i Storytela (specjalizujących się w audiobookach) czy Empik Go (ebooki i audiobooki). Obstawiam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy zobaczymy kolejne tego typu modele biznesowe. Może doczekamy się platform streamingowych poszczególnych wydawnictw? Albo grup wydawnictw? Może zobaczymy pierwszy abonament na książki papierowe? Może powstaną apki pozwalające budować całkowicie autorskie biblioteki w modelu abonamentowym? Możliwości jest multum.

    3. Ebooki i audiobooki to też książki

    Z badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że po ebooki i audiobooki sięga odpowiednio 2,5 proc. i 3 proc. Polaków. Wniosek? Książki w tej postaci nadal stanowią niszę i nijak nie konkurują z utworami papierowymi. Do tej pory czytelnicy często sięgali po ebooki i audiobooki dopiero w ostateczności – podczas dalekiej podróży samochodem albo przy okazji wyjazdu wakacyjnego, kiedy ograniczony bagaż uniemożliwiał wzięcie drukowanej knigi. Ale w czasie izolacji wielu czytelników mogło się przekonać, że sięga się po nie w sposób szybki, bezpieczny i dziecinnie prosty. Że w ten sposób też można przyjemnie obcować z literaturą. Że to dalej książki, tyle że zapisane na innych nośnikach. Jestem pewien, że dzięki temu ebooki i audiobooki zyskały nowych użytkowników, z których część zostanie z nimi na dłużej.

    A skoro tak, to może w nowej rzeczywistości więcej książek – również ze względu na oszczędności wydawnictw – będzie trafiać na rynek jedynie w postaci ebooków i audiobooków? Może wobec ich rosnącej popularności więcej autorów będzie się decydowało na self-publishing? Może (to wariant skrajny, ale łatwy do wyobrażenia) papierowa książka stanie się luksusem zarezerwowanym dla najpopularniejszych autorów, a większość publikacji ograniczy się do formy cyfrowej lub audio?

    4. Kanapowe targi

    Zamrożenie branży eventowej sprawiło, że z literackiego kalendarza wypadły targi książki i spotkania autorskie. To znaczy wypadły w fizycznej formie, bo wydawcy, blogerzy literaccy i autorzy rzucili się do organizowania ich w przestrzeni wirtualnej. W końcu współczesne wyzwania technologiczne tyczą się sztucznej inteligencji, nowych metod wytwarzania energii czy przetwarzania gigantycznych wolumenów danych, a nie montowania wywiadów i paneli dyskusyjnych na Facebooku czy Instagramie. Tutaj jedyną barierą była społeczna niechęć do takich rozwiązań. Ale koronawirus szybko się z nią rozprawił.

    Targi i imprezy kulturalne są więc masowo przenoszone ze stadionów i ciasnych alejek hal wystawienniczych na kanapy i przed monitory. Dopiero co jarałem się Viralowymi Targami Książki (zorganizowanymi przez twórcę smakksiazki.pl Adama Szaję i pisarza Jakuba Ćwieka), a teraz już napalam się na We Are One: A Global Film Festival, dziesięciodniową ucztę filmową online, która będzie połączeniem festiwali w Cannes, Berlinie, Wenecji i wielu innych (startuje 29 maja).

    Pytanie, czy uinternetowienie kultury utrzyma się w nowej normalności. Na dzisiaj najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: na początku tak. Rozmrażanie wszystkiego co masowe (koncertów, meczów, imprez literackich) będzie następowało powoli. Nie spodziewam się żadnych spektakularnych wydarzeń kulturowych offline w 2020 roku. Za to przypuszczam, że wojna o najlepsze, najfajniejsze, najbardziej napakowane merytoryką i gwiazdami imprezy literackie dopiero się rozpoczęła.

    5. Wydawnicza selektywność i nowe rozdziały

    W 2018 roku wydano w Polsce 33,9 tys. książek, a więc o 6 proc. mniej niż w 2017 r. (dane Biblioteki Narodowej). Ale i tak wydaje się nieporównywalnie więcej niż na początku XXI wieku – po raz ostatni mniej niż 30 tys. tytułów na rynku ukazało się w 2010 roku. Wydawcy sami twierdzą, że książek jest za dużo, że malejące średnie nakłady ich niepokoją, że wcale im się nie uśmiecha wydawanie byle czego, ale skoro wszyscy tak robią, to trzeba się dostosować.

    Nic tak dobrze nie zmienia zasad gry jak porządny kryzys. Może więc koronawirus sprawi, że zubożali wydawcy staną się bardziej selektywni? Może ucierpi na tym literatura ambitna i spoza głównego nurtu, a księgarnie zaleją biografie i poradniki celebryckie? Może największym wyzwaniem początkujących autorów nie będzie wyróżnienie się z tłumu tylko w ogóle znalezienie wydawcy? A może wydarzy się coś pozytywnego? Na przykład literaci zaczną się wznosić na wyżyny kreatywności, aby przekonać wydawców, że warto w nich zainwestować? Cholera wie.

    Pewna wydaje się tylko korekta trendów wydawniczych. Spodziewam się, że nastąpi wysyp książek covidowych i postcovidowych, a więc w ten czy inny sposób odnoszących się do naszej nowej, zamaskowanej, niepewnej rzeczywistości. Kto wie, czy nie zrodzi się z tego jakiś większy nurt, który za kilkadziesiąt lat literaturoznawcy będą rozkładać na atomy. Poza tym przypuszczam, że może wystrzelić literatura psychologiczna, ponieważ po pandemii koronawirusa zanosi się na kolejną pandemię – depresji i problemów mentalnych. Ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.

    Krzysztof Domaradzki

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (41-44 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    27 kwietnia 2020 (11761 zarażonych, 539 zmarłych)

    Dzień minął jak poprzednie: zajęcia zdalne czyli gadanie do własnego laptopa (bo studenci się wycwanili i wyłączają kamerki; ciekawe, co tam robią), potem trochę grzebania w książkach i w ogrodzie (kupiłem nowy wózek na węża), wieczorem czytanie i granie. Czyli nic ciekawego. Wiadomości ze świata unikałem jak ognia. Dopiero nocą coś drgnęło w dniu świstaka. Z balkonu patrzyłem na gwiazdy. Robię to od zawsze, ale tym razem koronawirus zmienił mi oko. Patrzyłem na nie tak, jakby nas już nie było. Nikogo. Domy nadal stoją, ale puste. Latarnie świecą, migocze na czerwono wieża telekomunikacyjna, blada łuna od dalekiej zakopianki, która milczy, bo nie ma już samochodów. Cisza. Nocny ptak krzyknie, zaszeleści trawa pod brzuchem przemykającego jeża, w dolinie prychnie młody sarniak. Tylko ludzi nie ma. Czyli nie ma również ich hałasów, migotań reflektorów samochodowych, buczeń samolotów i całego tego cywilizacyjnego harmideru, którym uszczęśliwiamy na co dzień swoje zmysły. Mogę to sobie tym łatwiej wyobrazić, że kwarantanna trochę nas przystopowała i przymknęliśmy jadaczki na chwilę. Częściej jest cicho. A gdyby nas całkiem zabrakło, byłoby jeszcze ciszej.

    Patrzę w niebo słuchając, jak niszczeje świat. Czas z rozpędu jeszcze płynie i co trwało mocą ludzkiej krzątaniny, rozpada się dzień po dniu. Wysoce przetworzona materia pokonuje drogę odwrotną i rozkłada się w pierwotne surowce, wraca do źródła, do ziemi. Wyłączają się kolejne bloki energetyczne i świateł jest coraz mniej, gaśnie zakopianka, latarnie wzdłuż ulicy Świątnickiej, najdłużej migocze czerwona sygnalizacja wieży koło Wieliczki, bo ma własne zasilanie, ale i ona w końcu znika…

    www.unsplash.com/Kyle Gregory Devaras

    Ciemność. Absolutna cisza i ciemność. Po wielu latach, ale to bez znaczenia, nie ma nikogo, kto by je umiał policzyć. Z lasów wychodzą zwierzęta, najpierw ostrożnie, niepewne, bo nigdy nie wiadomo, co ten człowiek znowu wymyślił, ale w końcu się orientują, że naprawdę sobie poszedł. A może go ktoś zabrał siłą i uwolnił wreszcie ziemię od tego szalonego destruktora. Sarny, lisy, bażanty coraz śmielej buszują po opustoszałych siedliskach byłego człowieka, wyjadają zdatne do spożycia resztki z naszego konsumenckiego raju, śpią i rozmnażają się w betonowych mieszkaniach, biurach, kościołach… Bo wolno. Nareszcie wolno.

    A one patrzą. Widziały wzlot i upadek dinozaurów, ewolucyjne zwycięstwo ssaków, stawanie na tylne nogi małpy z dużą czaszką i jej pierwsze narzędzie zbrodni, którym była wyschnięta kość udowa pobratymca. Nieruchomym, szklanym wzrokiem obserwowały, jak dwunożna małpa rozłazi się po świecie z pożądliwością przekraczającą jej potrzeby i możliwości. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz patrzą na wilka swobodnie załatwiającego się na betonowym placu, w środku kamiennego gruzowiska zwanego niegdyś Krakowem, i widzą w tym nadzieję na nowe otwarcie. Widzą? Nie wiem, nas i tak to już nie dotyczy.

    Arktur przesunął się do zenitu i chowa się za krawędzią dachu, na południu gwiazdozbiór Skorpiona z piękną, czerwoną Antares, rzadko podziwianą z racji niskiego położenia tuż nad horyzontem. Oddycham pełną piersią, żeby poczuć życie. Pulsowanie krwi. Jeszcze na chwilę być tu i teraz człowiekiem, dopóki można. Patrzeć na gwiazdy i chłonąć obrazy nocnego nieba, póki jeszcze są dla mnie. Te same, co zawsze. Niewzruszone. Boże, to wszystko takie kruche!

    Zapisuję późną nocą słuchając Jaszczurki King Crimson. Pasuje jak ulał.

    28 kwietnia 2020 (12218 zarażonych, 596 zmarłych)

    Już myślałem, że do cna wyzuci zostaliśmy z naszego metafizycznego zmysłu, ale na szczęście nie. Przykościelne księgarnie ojca Rydzyka handlują dewocjonaliami na okoliczność pandemii. Krzyże modlitewne, teksty religijnych zaklęć, obrazki patronów i święcona woda to podstawowy asortyment duchowej apteki dla maluczkich. Maseczek nie trzeba nosić, rękawiczek można nie zakładać, ale modlitwę trzeba mieć. I pięć złotych na tacę. Ciekawe, czy gdyby poszło od głęboko wierzącego ludu poszeptywanie, że najlepsze na pomór jest smarowanie się krowim łajnem, też by sprzedawali. Właściwie czemu nie?

    Jerzy Sawka przedwczoraj sugestywnie i nie bez ironii dowodził, że pandemiczne wybory najlepiej byłoby zorganizować w kościołach. Wysoki poziom zaufania publicznego do księży, znakomita sieć placówek w całym kraju, do tego nadzór administracyjny i moralny instancji o najwyższym współczynniku wiarygodności (Jezus Chrystus Król Polski). To znakomity pomysł i w dodatku oferujący mnóstwo możliwości przywabiania wyborców. Można zanęcić lokale obietnicą natychmiastowej spowiedzi, gdyby ktoś głosował nienadudę. Można do każdej karty wyborczej dołączyć flakonik z wodą z Lourdes, albo oprawną w plastikowe srebro relikwią z odzienia, dajmy na to, błogosławionej siostry Faustyny. Obok urny oczywiście puszka na DOBROWOLNE datki, a przy wyjściu kramik z substancjami do duchowej dezynfekcji. Siedzibę komisji wyborczej wypełniają opary kadzidlanego dymu i chorały gregoriańskie nucone dyskretnie przez mnichów na galeryjce. Do takiego pomieszczenia wchodzą tylko prawdziwi Polacy, nie jakieś tam żydokomuchy czy gendery. Gdyby wtedy ktoś jeszcze nie wiedział, jak ma głosować, byłby skończonym głupcem.

    A tak poważnie, zastanawiam się coraz bardziej przerażony, czy oni naprawdę chcą przepchnąć te wybory 10 maja. Przecież to jest znacznie większa obelga dla tego kraju, niż humoreski o komisji wyborczej w kościele!

    29 kwietnia 2020 (12640 zarażonych, 624 zmarłych)

    Deszcz! Deszcz! Pada i pada! A ja jeszcze nie mam gotowego zbiornika na deszczówkę i łapię do beczek. Byle jak najwięcej nałapać. Kiedyś na Środkowym Zachodzie USA (Bogie, Przyjacielu, dzięki za pamiętną wyprawę!) z zainteresowaniem przyglądałem się starym drewnianym cysternom na rusztowaniach – wiecie, takie, co się do nich na westernach strzelało i sikała woda – i myślałem o dziwactwie dzikiego kapitalizmu, który nawet na wodzie po chamsku sknerzy. Podobne później widziałem w Australii, z czego wnioskowałem, że sknerstwo, jak kapitalizm anglosaski, jest globalne. Oczywiście, nie chodziło o sknerstwo, tylko o konieczność w warunkach klimatycznych, gdzie deszcze bywają obfite, ale rzadkie i zbieranie deszczówki stanowi czasem sposób na przeżycie. Dopiero teraz pojąłem, czym jest czekanie na deszcz. Teraz patrzę z zachwytem na mokre szyby i kombinuję, do czego by tu jeszcze nałapać: wiadra, wanienki na zaprawę z czasów remontu, miski, balie… Pada, co za ulga! Kto powiedział, że woda to życie? Jeżu, całym ciałem czuję brylantowość tej myśli! No i proszę, teza antropologiczna gotowa: wraz ze zmianą klimatu zmienia się człowiek. Taka sobie, nie jakaś wystrzałowa…

    Widziałem się dzisiaj z Adamem Szają, który dzielnie publikuje na smakksiazki.pl kolejne odcinki tego dziennika. Wręczył mi przedpremierowy egzemplarz najnowszej książki Stephena Kinga, zbiór czterech minipowieści pod tytułem Jest krew… Nie brzmi to najlepiej, ale angielski tytuł If It Bleeds koresponduje ze starą prawdą dziennikarską, że jak jest krew, to jest publiczność, oraz ze słynną kwestią z „Predatora”: If it bleeds, we can kill it (Jeśli to coś krwawi, możemy to zabić). Nie umiem się oprzeć wieloletniej fascynacji Kingiem. Zwykle u mnie to się szybko zmienia, ale ten facet trzyma mnie przy sobie wyjątkowo długo. Mody przemijają, nazwiska autorów bestsellerów przelatują przez księgarskie regały i znikają jak świetliki, a on się trzyma. Mnie trzyma. Nawet kiedy już znam na wylot wszystkie jego pomysły i po paru stronach domyślam się, co go tym razem zaciekawiło w konstrukcji fabuły, czytam z lubością jak nastolatek. Gdy tylko dostałem tom do ręki, natychmiast zacząłem wertować w poszukiwaniu ulubionych fraz, ale nie, nie da się. King uwodzi powoli, systematycznie. Opanowałem się i zacząłem od początku. Spokojnie. Nie za szybko. Wyluzuj. To jest wytrawna opowieść, a nie hamburger do wpieprzenia w dwie minuty i popicia zimną colą. Pierwsze opowiadanie – zwykła, prosta historyjka, a już wciąga. Chcesz dalej i dalej. Jak on to robi?

    To na razie, idę czytać.

    30 kwietnia 2020 (12781 zarażonych, 628 zmarłych)

    W styczniu 2019 roku zmarł mój starszy brat Janusz. Urodził się i prawie całe życie spędził w Oświęcimiu, ale był człowiekiem morza. Jako młody chłopak poszedł do marynarki, gdzie spędził 5 lat pływając na łodziach podwodnych i skąd powrócił z nieuleczalną miłością do wody i wszystkiego, co po niej pływa. Był zdolnym modelarzem, wygrywał ogólnopolskie zawody, specjalizował się w modelach jachtów, ale składał również okręty i samoloty. „Składał” to nie jest właściwe słowo; on je budował od zera, od wycinania sklejki na wręgi i gięcia drutu na elementy pokładu. Jeśli dodam, że robił to wszystko w malutkiej piwniczce o wymiarach metr na dwa, będziecie mieli nieco pełniejszy obraz jego talentu. Oprócz uzdolnień manualnych miał również niekiepski umysł, który pochłaniał mnóstwo marynistycznej literatury. Kiedy czytając Josepha Conrada albo Hermana Melville’a czegoś nie wiedziałem, pytałem Janusza i on zawsze wiedział. Zawsze! Morze i okręty to była jedyna dziedzina wiedzy, w której wolałem pytać brata niż encyklopedię.

    www.unsplash.com/Thomas Haas

    W pół roku po jego śmierci – nagłej, bezczelnie zaskakującej – byłem na Wakacyjnym Kiermaszu Książki w Gdyni i w wolne popołudnie pojechałem na Oksywie. Znałem tę nazwę z jego opowieści, setki razy powtarzał, jak z kumplami w marynarce na Oksywiu to, na Oksywiu tamto – a wszystko dlatego, że tam się mieściła jednostka marynarki, w której służył. Przyjechałem, ponieważ nigdy wcześniej tu nie byłem i pomyślałem, że oddam Januszowi taki drobny pośmiertny hołd. Zszedłem na plażę i ruszyłem na północ, rozglądając się za czymś, co by mogło choć odrobinę przypominać brata marynarza. Ot, całkiem wysoki i miejscami malowniczy klif, drobna fala, w wodzie jakieś zielone paskudztwo, więc od razu mi się przypomniała rybia zupa z początku Weisera Dawidka. Ogólnie jednak nudno i mało ciekawie.

    W pewnej chwili jakieś dwieście metrów od brzegu ujrzałem wielką betonową ruinę, do której wiódł podwójny rząd słupków. Wyglądała na stary poniemiecki bunkier, ale lokalizacja trochę mało bunkrowa mi się wydała. Jaką by miał pełnić funkcję? Do ostrzału przecież lepszy był klifowy brzeg – dalej widać i łatwiej celować. Przystanąłem z zaciekawieniem i zacząłem snuć rozmaite domysły, aż wreszcie zniecierpliwiony sięgnąłem po telefon. Chciałem sprawdzić w googlu, wtedy jednak uruchomił się we mnie dawny odruch i nagle pomyślałem, że lepiej byłoby zadzwonić do Janusza. Hej, przecież on nie żyje. No tak, ale… co z tego? Wierzcie lub nie, dokładnie taka myśl mi przeszła przez głowę: zadzwonić do nieżyjącego od pół roku brata i zapytać go o tę ruinę przy brzegu na Oksywiu. Gapiłem się na obmywane falami betonowe monstrum, ściskając w dłoni smartfona i ważąc jakieś całkiem absurdalne argumenty. Wreszcie kliknąłem w książkę adresową – numer Janusza nadal tam był. Po chwili wahania nacisnąłem zieloną ikonkę i przystawiłem aparat do ucha. „Przepraszamy, abonent ma wyłączoną komórkę lub jest poza zasięgiem”. No jasne, głupia babo, wiem, że jest poza zasięgiem. Ale… co z tego? Dyskretnie jak detektyw Marlowe rozejrzałem się wkoło i zacząłem: „Cześć, jak ci tam leci? Słuchaj, bo jestem na Oksywiu i tu stoi w wodzie taka betonowa rudera. Co to jest? Za czasów twojej służby też tak wyglądała, czy było coś więcej? Chyba jakaś wojenna konstrukcja, nie? No dobra, to na razie, trzymaj się.” Miałem ochotę mówić dłużej, ale jakaś pani z pieskiem przechodziła i pośpiesznie zakończyłem. Chyba się przestraszyłem, że ona zobaczy, że mówię do głuchego telefonu.

    Szedłem dalej z jakimś bliżej nieokreślonym ssaniem w dołku, które nie wiem na ile było smutkiem, na ile zaś wstydem czy wyrzutem sumienia. W języku ludu zwie się to „robieniem sobie jaj z pogrzebu”. Pewnym pocieszeniem dla mnie było to, że Janusz należał do ludzi z kapitalnym poczuciem humoru i gdybym mu podobną hecę opowiedział podczas kolejnego naszego spotkania (torpedownia), na pewno setnie by się ubawił. „Nie dzwoń do nieboszczyka, bo ci jeszcze odpowie” – tak mógłby brzmieć jego dowcipny komentarz. Bardzo cenił moje uniwersyteckie ambicje, ale i potrafił mnie potraktować z ironiczną wyższością, jak to starszy brat. Tak, młody.

    Torpedownia.

    Brnąc po piasku słyszałem raz po raz to słowo, z jego brzmieniem głosu. Tak, głosu Janusza, wyraźnie słyszałem, jak je mówi. Torpedownia. Ruina niemieckiej konstrukcji z czasów drugiej wojny światowej, jeden z solidnych militarnych projektów, które miały zbudować III Rzeszę na tysiąc lat. Chodziło o to, żeby można było zmontować i załadować torpedy na łodzie podwodne bez wchodzenia do portu, po prostu na wodzie, niejako w biegu. Wiesz, Niemcy w te klocki byli naprawdę dobrzy.

    Dlaczego to wszystko opowiadam? Ponieważ usiadłem do najnowszej książki Stephena Kinga i pierwsze opowiadanie jest o… dzwonieniu do nieboszczyka z prośbą o radę. I co? Ktoś powie, że nic. A ja mówię, że jednak coś.

  • Program Viralowych Targów Książki

    Podobnie jak nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji, tak my nie spodziewaliśmy się, że zorganizujemy 20 godzin spotkań na żywo w trakcie jednego weekendu. Nie ukrywajmy, mamy obawy, bo przecież to nie są spotkania twarzą w twarz, gdzie w najgorszym wypadku możemy zahaczyć łokciem o szklankę z wodą. Tutaj tych niebezpieczeństw jest więcej, ale głównym jest sieć. Czy u wszystkich gości Internet będzie hulał? A może u nas coś się wydarzy i przerwie transmisję? Oby nie, ale wizualizujemy sobie najgorsze, a spodziewamy się najlepszego. Jak powstały Viralowe Targi Książki? Teraz powinna pojawić się opowieść, że myśleliśmy o tym od miesięcy, a za młodu mieliśmy nad łóżkiem plakaty z logiem targów. No nie. Pogadaliśmy z Jakubem Ćwiekiem przez telefon, ktoś coś rzucił, druga strona dorzuciła swoje, a trzy dni później mieliśmy logo. Zdajemy sobie sprawę, że wszystkim nie dogodzimy. Jeśli będziecie chcieli zobaczyć  Mamy jednak dużego partnera, czyli Legimi, więc oddajemy w Wasze ręce literacki weekend. Czujcie się zaproszeni, a jeśli nie możecie uczestniczyć na żywo, to wszystkie spotkania zapiszą się na Facebooku, możecie do nich wrócić później.

    Sobota

    10:00 Czy piłkarze czytają książki? I co sprawia, że po zakończeniu kariery część z nich sięga po pióro? O tym opowiedzą byli reprezentanci Polski, czyli Tomasz Łapiński („Szmata”) oraz Sebastian Mila (Słodko-gorzki świat piłki nożnej). Prowadzenie: Adam Szaja.

    11:00 Marta Guzowska opowie o różnicach między pisaniem dla dzieci oraz dla dorosłych. Tematem rozmowy będzie też najnowsza książka pisarki – „Zagadka ducha Chopina”. Prowadzenie: Adam Szaja.

    12:00 Porozmawiamy też z Wojciechem Staszewskim o jego najnowszej książce „Ewangelia według św. Józka”. Prowadzenie: Jakub Frołow (Legimi).

    13:00 Marcel Woźniak opowie o Leopoldzie Tyrmandzie, wszak rok 2020 to czas „Lolka”. Będzie sporo anegdot, a także kilka słów o nowej książce Marcela, której bohaterem będzie właśnie Tyrmand.

    14:00 Z Zośką Papużanką porozmawiamy przede wszystkim o jej najnowszej książce „Przez”. Prowadzenie: Barbara Gawryluk.

    15:00 O tym czy naprawdę istnieje coś takiego jak literatura kobieca oraz co znaczy dla rynku książki fakt, że większość czytelników to kobiety porozmawiamy z Magdaleną Witkiewicz oraz Martą Kisiel . Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    16:00 Podczas panelu kryminalnego z debiutantami – Joanną Dulewicz, Michałem Kuzborskim i Konradem Grześlakiem – twórcy opowiedzą o swoich nadziejach i obawach związanych z byciem ludźmi pióra. Prowadzenie: Robert Małecki.

    17:00 Podczas spotkania autorskiego Rafał Kosik zdradzi (albo nie), czy można sobie wychować czytelnika oraz jakie ma na to sposoby. Oczywiście poza innymi tematami, które poruszymy. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    18:00 Magdalena Grzebałkowska i Maciej Siembieda zastanowią się nad tym, czy reportaż ma płeć. Prowadzenie: Adam Szaja

    19:00 Czy pisarze ze sobą rywalizują, a może jest możliwa prawdziwa wzajemna życzliwość w branży literackiej? Zastanawiać się będą Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek. A ponieważ spotkanie odbędzie się tuż przed premierą „Wyrwy” Wojtka, nie zamierzamy unikać pytań na jej temat! Prowadzenie: Adam Szaja

    20:00 Piotr Marecki opowie o swojej podróży przez Polskę powiatową oraz o hejcie, który wylał się na jego najnowszą książkę „Polska przydrożna”. Prowadzenie: Adam Szaja

    21:00 Świeżo po najnowszej książce Stephena Kinga zastanawiamy się nad rolą horroru w Polsce i jego przyszłością. Czy Polacy lubią się bać oraz czym pisarze mogą nas jeszcze przestraszyć porozmawiamy z Wojciechem Gunią i Jakubem Bielawskim. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Niedziela

    10:00 „Glatz. Kraj Pana Boga” to książka Tomasza Duszyńskiego, która ukaże się co prawda dopiero w czerwcu, ale już na Targach porozmawiamy o niej, o poprzednim Glatzu jak również o innych projektach autora, także tych skierowanych do najmłodszych. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    11:00 Jak wydawać żeby przetrwać? O losie mniejszych wydawców w czasie pandemii opowie nam Anita Musioł, szefowa Wydawnictwa Pauza oraz Michał Chlabicz z Oficyny 4eM. Prowadzenie: Adam Szaja

    12:00 Joanna Gierak-Onoszko podzieli się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi Kanady, w której spędziła dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką. Na podstawie tych obserwacji powstała książka „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Prowadzenie: Agnieszka Błaszczyk (Legimi).

    13:00 Tu Internet będzie się musiał wykazywać najbardziej, bo zamierzamy Was zabrać aż na Meekhańskie Pogranicza. Przewodnikiem będzie niezrównany Robert E. Wegner. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    14:00 Zabijając śmiechem, to z kolei rozmowa o komedii kryminalnej, w której udział wezmą: Katarzyna Berenika Miszczuk („Ja cię kocham, a ty miau”), Jacek Galiński („Kratki się pani odbiły”) oraz Alek Rogoziński („Teściowe muszą zniknąć”). Prowadzenie: Adam Szaja

    15:00 Czy w sieci łatwiej przetrwać kryzys? Mikołaj Małaczyński z Legimi oraz Marcin Beme z Audioteki potwierdzą lub obalą ten mit. Prowadzenie: Krzysztof Domaradzki (Forbes).

    16:00 Mira Marcinów opowie o swojej książce „Bezmatek”, brutalnej opowieści o pragnieniu życia i ucieczce od umierania oraz historii wielkiej, szalonej i zachłannej miłości, jaka może wydarzyć się tylko między matką a córką. Prowadzenie: Łukasz Wojtusik

    17:00 Natasza Socha zdradzi jak z dziennikarki stać się pisarką i jakie wiążą się z tym trudności. Nie zabraknie też tematu „Zamrożonej” oraz majowej premiery, która zbliża się wielkimi krokami. Prowadzenie: Katarzyna Domańska (Legimi)

    18:00 Czy promowanie literatury w czasie pandemii to rzecz miła, łatwa i przyjemna? Swoimi doświadczeniami podzielą się: Magdalena Śniecińska z Wydawnictwa Marginesy, Maciej Marcisz z Grupy Wydawniczej Foksal oraz Piotr Stokłosa z Wydawnictwa SQN. Prowadzenie: Adam Szaja

    19:00 Rozmowa z Sigríður Hagalín Björnsdóttir o „Wyspie”, która nagle stała się bardzo aktualną książką, a także o „Świętym słowie”. Islandzka pisarka zdradzi też swoje najbliższe plany literackie. Spotkanie w języku polskim, tłumaczyć będzie Agnieszka Ziajka-Małecka. Prowadzenie: Adam Szaja

    20:00 Profesor Krzysztof Zajas zagłębi się w książkę „Jest krew”, czyli najnowsze opowieści Stephena Kinga.

  • Które książki kupić w maju? Oto moje propozycje

    Miały być targi na Stadionie Narodowym, a nie będzie niczego. Na osłodę będą jednak premiery, sam jestem zaskoczony, że nie tak wcale mało, więc jest w czym wybierać. Przejrzałem zapowiedzi, poczytałem, wyselekcjonowałem te książki, które widzicie poniżej. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się do sklepu, w którym będziecie mogli dany tytuł kupić. Mam nadzieję, że ciekawe lektury pomogą Wam przetrwać ten trudny czas, bo co innego nam zostało?

  • „Kilka dni przed premierą”, felieton Wojciecha Chmielarza

     

    No to za parę dni, 6 maja, ukazuje się „Wyrwa” czyli moja nowa powieść. Trudno nawet powiedzieć, że trafi na księgarskie półki, bo przecież większość księgarń jest zamknięta albo działa na pół gwizdka.

    To nie była łatwa decyzja. Telefon pod koniec marca, z jednej strony ja, z drugiej wydawnictwo i długa rozmowa na temat tego, czy „Wyrwę” wydawać w maju tak jak planowaliśmy, czy nie. Argumentów przeciw było mnóstwo. Pandemia, zamknięte księgarnie i centra handlowe, odwołane Warszawskie Targi Książki, Międzynarodowy Festiwal Kryminału i wszystkie możliwe spotkania autorskie, rosnąca z każdym dniem niepewność. Argumenty za były właściwie dwa. Po pierwsze, czytelnicy czekają. Po drugie, nie wiadomo, co będzie później. Może będzie lepiej, może będzie gorzej.

    No i wydaję „Wyrwę” w tym dziwnym okresie. Z niepokojem odliczam dni do premiery, zastanawiając się, ilu czytelników ta książka w ogóle zainteresuje. I przede wszystkim, jak do nich dotrzeć. Jeszcze niedawno to było w teorii przynajmniej proste. Powieść trzeba było wydrukować, rozesłać do hurtowni, wykupić miejsca na stoiskach w księgarni, najlepiej tuż przy wejściu, żeby rzucała się w oczy. Ktoś przechodził, sięgał, czytał opis, jeśli mu się spodobało, to wędrował do kasy. A teraz, jak dotrzeć do tych czytelników? Wykupić reklamy pomiędzy serialami na netflixie? Oczywiście, jest ta grupa, która śledzi moje poczynania, czyta wiadomości na facebooku, interesuje się gatunkiem, czyta felietony na smakksiazki.pl. Oni o „Wyrwie” już wiedzą, czekają na nią i zapewne kupią. Ale co z resztą?

    Zdaję sobie też sprawę, że napisałem w pewien sposób książkę historyczną. Powieść, której bohaterowie swobodnie jeżdżą po Polsce, spotykają się, rozmawiają, nie noszą maseczek. A ich problemy, także te finansowe, są przecież niczym wobec problemów, z którymi musimy zmierzyć się już dzisiaj. Jest więc „Wyrwa” pocztówką ze starego świata. Świata, do którego nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wrócimy. Przyznam szczerze, że lekko nieprzyjemne to uczucie. Jeszcze dwa miesiące temu „Wyrwa” opisywała naszą rzeczywistość za oknem. Dzisiaj to opowieść z dawnego świata.

    Wszystko to sprawia, że odczuwam niepokój zamiast zwyczajowej ekscytacji. Na jakimś poziomie to taki zwykły strach dotyczący spraw bytowych. Taki, który towarzyszy przecież teraz milionom Polaków. Jestem zawodowym pisarzem, utrzymuję się ze sprzedaży książek, więc stawką dla mnie jest tutaj po prostu zawartość mojego portfela, a więc i, koniec końców, żołądka. Ale jest też inny poziom. Nazwałbym go artystycznym, literackim. Uważam, że „Wyrwa” mi się udała. Nasz gospodarz, Adam Szaja, twierdzi, że ta powieść jest lepsza nawet od „Żmijowiska”. Nie potrafię opisać tego bardziej subtelnymi słowami, nie znajdę tutaj żadnej wyszukanej metafory, więc napiszę tak zwyczajnie – będzie mi po prostu smutno, jeśli ta powieść zaginie gdzieś w tym pandemicznym szaleństwie. Oczywiście, rozumiem, że w ogólnym zbiorze rzeczy strasznych i niewdzięcznych, których właśnie jesteśmy świadkami, jedna zapomniana powieść znaczy niewiele, a moje myśli są teraz mocno samolubne, ale nic na to nie poradzę.

    Tak czy siak, „Wyrwa” powędruje do Państwa szóstego maja. Pomimo wszystko, pomimo wszystkich moich obaw i wątpliwości, dalej uważam, że to dobra decyzja. Także dlatego, że po prostu chciałem się już podzielić z Państwem tą historią, dowiedzieć się, jak na nią zareagujecie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłej lektury!

    Wojciech Chmielarz

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (37-40 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    20 kwietnia 2020 (9593 zarażonych, 380 zmarłych)

    Susza. Jedna plaga nie wystarczy, natura szykuje drugą. Gorszą, samobójczą, bo zapłaci nie tylko człowiek. Przedwczoraj ryłem ogródek i z bólem serca patrzyłem na przesypujący się przez sztychówkę pył z nielicznymi, niemrawo wijącymi się dżdżownicami. Noszę wodę w konewkach na skarpę (wózek z wężem się rozleciał) i podlewam niedawno posadzone dzikie róże. Wypuściły pierwsze pączki i stanęły w miejscu, jakby się im odechciało walczyć w skrajnie niesprzyjających warunkach. Wilgoci jak na lekarstwo, a opadów na horyzoncie nie widać. Zaraza, susza – następny powinien być ogień, logicznie wynikający z prażenia ziemi przez słońce, koniecznie z silnym wiatrem. Na koniec woda, która spłucze popioły. A nad tym wszystkim Wenus, jasna i pewna swego bogini palącej miłości.

    Nad dolinę za moim domem powróciły myszołowy. Od lat rządzi tu ta sama para. Co roku wychowuje jedno młode, które uczy polować i potem wysyła gdzieś w szeroki świat, ponieważ następnej wiosny znowu jest dwójka. Latają powoli i jednostajnie, zataczając równe koła, coraz dalej i dalej, aż przeniosą się nad następną dolinę i znikają. Inne ptaki, które robią harmider od rana do nocy, milkną wtedy i chowają się po kątach udając nieistnienie. Co chyba nie wymaga od nich wielkiego wysiłku, bo nawet jak śpiewają, trudno je znaleźć. Wczoraj późnym wieczorem straszył nas puszczyk – mistrz dźwiękowego horroru. Boszsz, chciałbym tak umieć! Sikorka chyba już zbudowała gniazdo, bo przestała latać do ogródka, zresztą – właśnie go zryłem. Teraz się pojawiła para rudzików. Wygląda to trochę na romans, bo ona siedzi na gałęzi ketmii syryjskiej, on na płocie i niby patrzą w różne strony, ale jak jedno odleci, to drugie zaraz za nim. Kosior całymi godzinami grzebie w trawniku tym swoim żółtym dziobem, a o zmierzchu śpiewa jak wenecki mandoliniarz pod balkonem kochanki. Uwodzi na boku, bo stara koska gdzieś znikła, pewnie siedzi już na jajach.

    Córka, studentka weterynarii, zaleciła mi wywieszenie miseczek z wodą na płocie, czyli zmusiła humanistycznie ograniczony umysł do połączenia faktu suszy z faktem ogrodowej aktywności ptaków oraz z pozytywną strukturą afektywną obserwatora. Kwestia zmiany perspektywy z idealistycznej na praktyczną. Posłusznie uruchomiłem warsztat w szopie i miseczka już wisi. Z wodą. Czekam, aż pierwszy raz przylecą się napić, co pewnie trochę potrwa, bo one nieufne są.

    Tak wyglądają teraz moje wiadomości ze świata. Te drugie, z internetu, staram się ignorować, inaczej bym zwariował.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Problem moralny na dzisiaj: jak pogodzić ratowanie każdego ludzkiego życia z faktem, że właśnie nadmiar ludzi jest przyczyną katastrofy? Gołym okiem widać, że jest nas za dużo. W niespełna pół wieku liczba ludzi na Ziemi się podwoiła. Podwoiła! Gdzie w czasach mego pacholęctwa stał jeden człowiek, teraz stoi dwóch. Jest również inna zmiana. Ten jeden człowiek jadł wtedy znacznie mniej, niż je każdy z tych dwóch, którzy dzisiaj przyszli na jego miejsce. Potrzebują również więcej ubrań, lekarstw, pojazdów, narzędzi, zabawek – a wszystko to dostarcza im gigantyczna machina produkcyjna kapitalizmu, którego nadrzędną cnotą jest wzrost gospodarczy. Słowo „konsument” nabrało złowrogiego brzmienia: siedzi homo consumens i wtranżala po kawałku swój dom, jak termit ze słynnego odcinka psa Huckleberry. Tak to widzę w przypływie słodkich myśli. Nie oszukujmy się: nasza cywilizacja od jakiegoś czasu przypomina olbrzymi kopiec, z żarciem i wydalaniem na skalę niewyobrażalną jeszcze dla naszych dziadków i babek. W dodatku tego się nie da zatrzymać, bo nikt z własnej woli nie zrezygnuje z przyjemności, jeśli może ją mieć. Trzeba mu odebrać siłą. No i tu zaczynają się świetnie znane schody do nieba…

    W ciekawym tekście Powszechne prawo do oddychania (dostęp na www.ello.co) Achille Mbembe mądrze i przekonująco dowodzi, że musimy sobie narzucić pewne ograniczenia cywilizacyjne, w przeciwnym razie zginiemy. Na kilku przykładach pokazuje, że trzeba myśleć w kategoriach dobra całej planety i wszystkiego co żyje, a nie tylko w swoim wąskim interesie. Czyli że tytułowe prawo do oddychania ma każda żywa istota. Jego krytyczne wobec ludzkości argumenty do mnie przemawiają. Wszystkie oprócz końcowej „Kody”, gdzie możemy przeczytać:

    Jeśli koronawirus w spektakularny sposób wyraża globalny impas całej ludzkości, to rozwiązaniem jest ni mniej, ni więcej, tylko przywrócenie zdolnej do zamieszkania Ziemi, bo właśnie ona każdemu zaoferuje życie, w którym możliwe będzie oddychanie. Chodzi więc o nasze odnowienie ze źródeł świata, by wykuć nowe światy. Ludzkość i biosfera są ze sobą połączone. Jedno nie ma przyszłości bez drugiego. (tłum. Olga Byrska)

    Chwileczkę. Rzecz w tym, że na „zdolnej do zamieszkania Ziemi” człowiek nadal będzie się niepowstrzymanie rozwijał i rozmnażał. Równowaga w naszym rozumieniu służy człowiekowi, ale nie biosferze. Im nas więcej i fajniej nam się żyje, tym bardziej reszta przyrody jest zagrożona. Tu już nie ma szans na harmonię, homeostazę i zbalansowany rozwój. Przekroczyliśmy wszystkie granice harmonii i równowagi, świat przypomina dzisiaj jedną wielką nierównowagę, figurę dysproporcji i odchylenia od normy. To trzeba zastopować. Niestety, nikt nie wie jak, ponieważ każde humanitarne rozwiązanie jest nieskuteczne, a każde skuteczne – niehumanitarne. Żeby ratować planetę, trzeba powstrzymać człowieka. Powstrzymać, hmm…

    Człowiek dawno zrezygnował z życia w zgodzie z Naturą w duchu poczciwego Jana Jakuba Rousseau. Powrót jest niemożliwy, chyba że przez Apokalipsę, jak chce Biblia, albo inną kosmiczną katastrofę, jak snuli manichejczycy, gnostycy, kabaliści i inni magicy od metafizyki. To z naszego, arcyludzkiego punktu widzenia. Natomiast z perspektywy Natury da się kwestię załatwić znacznie prościej – za pomocą wirusa. Na przerost osobowości (przecież każdy z nas musi mieć osobowość!) najlepiej posłać coś bezosobowego.

    Pod warunkiem, że to ona, Natura, go wypuściła.

    No dobrze, dopowiem: to nie człowiek ma problem z wirusem – to świat ma problem z człowiekiem.

    21 kwietnia 2020 (9856 zarażonych, 401 zmarłych)

    Jedziemy wieczorem na zakupy. Najpierw powoli okrążamy samochodem Lidla by sprawdzić, ilu ludzi czeka przed wejściem. Potem ostrożny wjazd na parking, na sam koniec, jak najdalej od innych. Spokojne, profesjonalne przygotowanie: rękawiczki, maseczki, płyn do dezynfekcji, chusteczki. Gotowe? Aj aj, kapitan. No to wchodzimy. Normalnie jak para włamywaczy, Bony i Clyde u szczytu popularności. Zgarniamy zakupy do dwóch osobnych wózków, każdy ze swojej listy, żeby było szybciej i sprawniej. Pojedynczych klientów o podobnie podejrzanym wyglądzie oraz sprzedawczynie omijamy szerokim łukiem. Nikogo o nic nie pytam, skupiam się na datach przydatności, cenach (znowu wyższe niż ostatnio) i żeby nie tracić czasu. Do kasy podchodzimy osobno, z nakazanym odstępem, jakbyśmy się nie znali. Pach, pach, towar do toreb, przystawienie karty do terminalu, pin, dobranoc pani i wypad na parking. Im szybciej, tym lepiej. Tu strzelisty akt oddechu, jak mówi poeta. Patrzę w górę, gwiazdy. Nocny podmuch wywiewa z kosza na śmieci jednorazowe rękawiczki i sumiennie rozprowadza po okolicy. Żona wychodzi chwilę później, pakujemy się, wsiadamy, zdejmujemy maseczki i wymieniamy uśmiechy. Bingo! Wszystko jak trzeba. Nie popełniliśmy błędu. Ocean’s Two.

    www.unsplash.com/Claudio Schwarz | @purzlbaum

    Puenta? Mnie pani w kasie orżnęła na piętnaście złotych, żonę na jakieś dwadzieścia pięć. W bardzo prosty sposób: licząc podwójnie towar na wagę lub wklepując odręcznie inny kod. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś pytał, o co mi chodzi z tą solidarnością w czasach zarazy.

    Druga puenta bardziej literacka: przebraliśmy się za włamywaczy i nas okradziono.

    23 kwietnia (10511 zarażonych, 454 zmarłych)

    Deszczu nadal nie widać. Dolewam wody do miseczek na płocie, ale ptaszki przylatują sporadycznie, widocznie mają gdzie pić. Ganiają się po drzewach całkiem raźno, świergolą na potęgę i susza im najwyraźniej nie doskwiera. Nie potrzebują mojej pańskiej łaskawości, która ma zrobić dobrze bardziej mnie samemu niż im. Krzywię się głupio i cofam do domu, jak ślimak.

    W „Wyborczej” ranking czytelnictwa w Polsce, na podstawie „badań Biblioteki Narodowej”. Na pierwszym miejscu Remigiusz Mróz. Jak McDonald’s. Która kuchnia jest najlepsza na świecie? Francuska. W której najwięcej ludzi jadło ostatniego roku? W McDonaldzie. Na drugim miejscu rankingu Olga Tokarczuk, na trzecim Stephen King. Co z tego wyniku ma niby wynikać? Chyba tyle, że czytamy nie pod wpływem własnych gustów czytelniczych, lecz promocji medialnej i „ogólnego trendu”. Albo o tym, że ankietowani wymieniają książki kupione lub wypożyczone, ale niekoniecznie przeczytane. Tokarczuk sama powiedziała o Księgach Jakubowych, że wszyscy je mają i nikt nie przeczytał. Może, nie wiem. „Stosunkowo młody, ale wyjątkowo płodny” Mróz ma trzydzieści trzy lata i wydał 43 powieści, czyli średnio 6 rocznie licząc od debiutu. Chciałoby się spytać, kiedy on śpi, je i udziela wywiadów. Nie mówiąc o czytaniu i myśleniu…

    I wciąż to rytualne narzekanie na „dramatycznie niski” poziom czytelnictwa w Polsce. Nie wiem, kiedy on był dramatycznie wysoki, wydaje mi się, że nigdy, ale zważywszy na ogrom i jakość polskiej produkcji literackiej powinniśmy się cieszyć, że ktoś w ogóle jeszcze czyta. Wszyscy piszą, klecą, wywodzą, chcą być Pisarzami i żeby ich Czytelnicy czytali i uwielbiali. I kupowali, wtedy się jeszcze zarobi, bo „pisorz to mo klawe życie”. W czasach ulicznej swobody wchodziłem czasem do księgarni, ze stolika NOWOŚCI albo BESTSELLERY brałem do ręki jedną książkę, drugą, piątą, dziesiątą – nie było na czym oka zaczepić. Całe regały z pseudoobyczajową kryptopornografią i parakryminalną nibysensacją. Tony papieru zadrukowane banalną paplaniną bez pomysłu i stylu. Ja jestem stary jaszczur, ogień namiętnej lektury zdarza mi się coraz sporadyczniej, ale wyobraziłem sobie mniej wyrobionego odbiorcę, który błąka się po tym targowisku literackiej próżności w bezradnych próbach rozeznania. Ogrom przytłacza, wszystko wygląda i brzmi tak samo – co wybrać? No więc bierze, co mu na wejściu ustawiają: Mróz, Tokarczuk, King. Czy to czyto – nie wiym.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Słuchajcie, pisarze! Jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa w Polsce, może powinniśmy zacząć od siebie i pisać lepsze książki? Nie, ja wiem, że są również dobre, ale one giną w tym natłoku miernoty i księgarniany flȃneur ma kłopot z dotarciem do nich. Zmęczony kupuje byle co i potem w statystykach wychodzi, że Mróz. A jak nie umiemy pisać lepiej, to może powinniśmy odwrócić relacje? Gonzalo z Trans-Atlantyku Gombrowicza wybudował bibliotekę, ale nie miał czasu czytać, bo „za dużo, za dużo i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może”, więc najął czytelników, żeby czytali za niego, „bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieczytane leży”. Idźmy tropem przez Wieszcza Naszego Przewrotnego podrzuconym i najmijmy Czytelników, żeby te dzieła wiekopomne nasze czytali i statystyki poprawiali. Dlaczego oni mają płacić za czytanie pisania naszego? Co my im takiego oferujemy, czego by oni gdzie indziej nie znaleźli, w lepszej jakości i cenie? Powinniśmy dopłacić i nająć. To jest do zrobienia. Mróz najął.

    24 kwietnia (10892 zarażonych, 494 zmarłych)

    Koronawirus, który zjawił się jak prorok nowego porządku globalnego i jego główny wykonawca, rozwiązał również problem afrykańskich imigrantów. Właśnie madrycki „El Pais” doniósł, że przybysze z Maroka i Algierii płacą (znowu) wielkie pieniądze, żeby wrócić. Zamiast kupić normalny bilet pasażerski na wycieczkę do Europy, kładą ciężkie tysiące euro za przyjechanie, posiedzenie i wracanie. Jeśli – jak donoszą wścibskie media i organizacje humanitarne – mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością turystyczną na Morzu Śródziemnym, to może prościej byłoby zalegalizować działalność i uruchomić kursy wahadłowe tam i nazad. Zapaść w turystyce by się trochę spłyciła…

    Wiem, to nie jest śmieszne. Sytuacja na świecie jest nienormalna, ludzie reagują nerwowo, czasem panicznie, a inni ludzie świetnie to umieją wykorzystać. Bardziej interesuje mnie siła oddziaływania czynnika pozaludzkiego na nasze reakcje. Powszechna panika, irracjonalne odruchy, masowe działania, kupowania, sprzedawania, wyjeżdżania i zamykania w domach. Gdyby tak się udało tym sterować…

    Dobre. Mocne. Literackie. Siedzi taki Wujaszek Samo Zło w kapciach przy biurku, słucha Schulzego, gapi się za okno na taniec sikorek i snuje dywagacje o sterowaniu ludzkością. Szuka języka do opisu świata, który się wymknął. Milczy gderliwie, ponieważ nie znalazł właściwego słowa, a niewłaściwe go irytują. „Jak mówić? Jak rozedrzeć skórę słów?” – Czesław Miłosz.

    O polityce polskiej nic nie powiem. Szkoda słów, nawet tych niewłaściwych. Co mogę pozytywnie odnotować od siebie, to jakiś rodzaj równowagi w żalu i cierpieniu. Już się nie szarpię, nie miotam, nienawidzę spokojnie i systematycznie. Moja rozpacz jest stabilna. Niewzruszona.

  • Czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie się odbędą? Oświadczenie organizatora

    Szanowni Państwo,

    w związku z dużym zainteresowaniem Międzynarodowymi Targami Książki w Krakowie pragniemy zapewnić, że podobnie jak Messe Frankfurt GmbH – organizator Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie (Frankfurt Buchmesse), aktualnie nie planujemy zmiany terminu wydarzenia.

    Wszystkich miłośników książek zapraszamy w dniach 22-25 października do EXPO Kraków. Nasz zespół nie zwalnia tempa, przygotowuje plany, opracowuje program i każdego dnia przyjmuje zgłoszenia od Wystawców, którzy deklarują udział w targach.

    Z uwagą śledzimy wszelkie postanowienia Ministra Zdrowia oraz rekomendacje Głównego Inspektora Sanitarnego i na bieżąco reagujemy w przypadku konieczności przenoszenia wydarzeń firmy Targi w Krakowie. Oczywiście jeśli tylko sytuacja ulegnie zmianie, będziemy Państwa niezwłocznie informować o wszelkich nowych postanowieniach. Wszak jesteśmy tak samo spragnieni spotkań, jak i odpowiedzialni.

    Targi w Krakowie, organizator Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe