Kategoria: Aktualności

  • „Kto nie trzyma się zasad, musi robić pompki”. Jak wytrzymać miesiąc w Amazonie?

    Heike Geißler, niemiecka pisarka i tłumaczka, nie mogąc utrzymać się z freelancerskich zleceń, w 2010 roku zatrudniła się jako sezonowa pracowniczka w hali wysyłkowej Amazona w Lipsku. Jednak już po kilku dniach okazało się, że jej nowe stanowisko pracy to źródło nie tylko frustracji, ale i inspiracji literackich. Przeczytajcie fragment książki „Praca sezonowa. Miesiąc w Amazonie”, która ukaże się 8 lipca. Możecie ją zamówić już teraz klikając w okładkę. 

    A więc ma pani pracę. Bardzo to panią uspokaja. Wciąż pani liczy, ile pieniędzy zarobi jako pracownica sezonowa. Stwierdza, że kwota, której może się spodziewać, odpowiada mniej więcej minusowi na koncie. Uznaje pani zatem, że niedługo wyjdzie na zero i będzie mogła zmienić bank. Rzeczywiście chce pani zmienić bank, to już zostało powiedziane, nawiasem mówiąc, ja też wciąż myślę o zmianie, ale jeszcze mi się to nie udało. Pod tym względem jestem jak pani, co oczywiście wynika z tego, że pani tutaj – w znacznym przynajmniej stopniu i tylko hipotetycznie, wie pani, o czym mówię – jest mną. Nie umie się pani obchodzić z pieniędzmi i często myśli o tym, co napisała Gertrude Stein: „Każdy musi teraz naprawdę zdecydować. Czy pieniądze są pieniędzmi, czy też nimi nie są. […] Każdy, kto codziennie z nich żyje, wie, że pieniądze są pieniędzmi, ale ludzie, którzy je przegłosowują, prezydenci i kongres, nie widzą ich w ten sposób, podejmując decyzje. Przypominam sobie [pisze Gertrude Stein], jak mój bratanek, mały wówczas chłopiec, zobaczył na spacerze dużo koni; wrócił do domu i powiedział: tato, widziałem milion koni. Milion, powtórzył ojciec, no nie, trzy, poprawił się bratanek. Powtarzaliśmy to później, gdy ktoś używał liczb, których nie umiał policzyć, nie no, milion albo trzy. To sedno sprawy. Gdy zarabia się pieniądze i codziennie je wydaje, zna się różnicę między 24 milionem a trzema. Jeśli jednak decyduje się o pieniądzach, nie ma różnicy między milionem a trzema. Tak więc każdy musi sam zdecydować, czy pieniądze są pieniędzmi, czy nie”.

    Myśli pani o słowach Stein, ale to nie pomaga. Gdyby ktoś zapytał, co trzeba tymi pieniędzmi zapłacić, zajrzałaby pani w mroczną głębię. Pani pieniądze bardzo są podobne do tych, o których mowa powyżej, zarządzanych przez kongresy i prezydentów, chociaż próbuje pani tymczasem być dokładniejsza i wyobraża sobie monety i banknoty w liczbach widocznych na ekranie komputera, ilustrujących ruchy na koncie. Ale tak się dzieje tylko czasem. Zapomina pani, czym są pieniądze. Prawdopodobnie zresztą pieniądze też już same nie wiedzą, czym właściwie są. W  każdym razie w  swojej radości zapomina pani o miesięcznych wydatkach i wyobraża sobie oczekiwane wynagrodzenie jako część układanki, wielki jak głaz element pasujący dokładnie do wielkiej luki na pani koncie. Wówczas konto byłoby kompletne, wykończone, a pani mogłaby je oglądać jak puzzle ułożone z tysiąca pięciuset części. Być może motyw nie za bardzo by się pani podobał, ale zawsze można poszukać nowej układanki, czyli konta z pieniędzmi, albo zająć się po prostu innymi rzeczami. Czasem jednak chciałaby pani wypisać rachunek za czynności, za które nie wypisuje się rachunków. Czasem chce pani policzyć wszystko i nie zna umiaru. Jeszcze do tego wrócimy, bo koniec pracy na przykład, pani codziennej pracy sezonowej, nie jest tak jednoznaczny, jak można by się spodziewać, będzie się pani zdawało, że wciąż jeszcze nie nadszedł. Praca zmieni stan skupienia ze stałego na gazowy i dlatego, gdy zostanie zakończona, będzie wciskać się pani do nosa i w pani krążyć.

    A więc jest pani w drodze na szkolenie, za udział w którym nie należą się pieniądze. Oczywiście, że powinna je pani dostać. Gdy zbliża się pani do firmy, słyszy w swoim wnętrzu cichutkie utyskiwanie, ale tu nikt nie będzie wysłuchiwał od pani i jej podobnych, że za szkolenia należy się wynagrodzenie, nikt nie powie: Zgadza się! Po prostu o tym zapomnieliśmy. Natychmiast naprawimy nasz błąd.

    Wszystkie swoje oczekiwania względem firmy musiałaby pani uświadomić klientom, zjednać ich sobie, żeby zapłacili za szkolenie. Ale niech pani do nich dotrze w takim krótkim czasie!

    Poza tym siedemdziesiąt pięć procent z nich, słysząc takie żądanie, z całą pewnością odparłoby: A to niby dlaczego? Za moje szkolenie też nikt nie zapłacił.

    Tak czy owak siedzi pani w zaciemnionym pomieszczeniu szkoleniowym, w szóstym, przedostatnim rzędzie. Prawie wszystkie krzesła są zajęte. Wokół pani ściśnięci, ubrani na ciemno ludzie w różnym wieku, pod wszystkimi krzesłami foliowe torby. Pani natychmiast swoją rozpakowuje, jest w niej pomarańczowa kamizelka odblaskowa, niebieski długopis, skrobaczka do szyb samochodowych i kolorowe kartki z informacjami ogólnymi. Wkłada pani zawartość z powrotem do torby, która wydaje jej się podróbką plecaka dla pierwszoroczniaków, dostała go pani na rozpoczęcie studiów, a w nim frisbee, pisaki, prezerwatywy.

    Czeka pani, wszyscy czekacie. Niektórzy się znają, inni nawiązują po prostu rozmowę, większość gapi się przed siebie, ludzie zdejmują kurtki, wkładają je, znowu zdejmują. Pani, wyposażona jak na wycieczkę, trzyma w ręce kłódkę do szafki i czeka. A czekać pani nie umie, w ogóle nie potrafi pani czekać, chce wracać do domu albo pójść gdziekolwiek indziej. Dlatego mówię: wprawdzie nikt pani nie zapłaci za to szkolenie, ale może pani spróbować przyjrzeć mu się jak swego rodzaju sztuce teatralnej. Nieszczególnie dobrze napisanej, zrzynającej z rzeczywistości, ale sztuce, a nie szkoleniu; ewentualnie, jeśli o mnie idzie, sztuce szkoleniowej.

    Ta sztuka nazywa się więc szkoleniem i właśnie się zaczyna.

    Wchodzi wysportowany, muskularny mężczyzna, nic nie mówi i wychodzi. Po kilku sekundach wraca. Przysiada na biurku stojącym między ekranem a pierwszym rzędem krzeseł, krzyżując nogi i ręce, i rozgląda się. Jego schludne sportowe ubranie zapewne rozsiewa zapach płynu do płukania, ale może się pani mylić. Do sali wchodzi także kobieta z jasnofioletowymi pasemkami, staje przed słuchaczami po prawej stronie, pod ścianą, uśmiecha się do mężczyzny. Jest naprawdę gruba, ma na sobie sprany czarny podkoszulek.

    Mężczyzna klaszcze.

    – Zaczynajmy – mówi.

    Kobieta podchodzi do drzwi, zamyka je.

    – Kto się spóźni, będzie musiał wszystkich przeprosić – oznajmia, zwrócona bokiem do słuchaczy.

    Mężczyzna opuścił swobodnie ręce; może dlatego, że są tak muskularne, nie przeszkadzają mu, nie jest zdenerwowany, nie szuka dla nich miejsca.

    fot: www.unsplash.com/Hello I’m Nik

    – Mam na imię Robert – przedstawia się. Mówi z lekkim amerykańskim akcentem. – Studiuję ekonomię na uniwersytecie w Lipsku, jestem ekonomistą sportu. Aktualnie odbywam praktykę w Amazonie. – Robi mały krok do przodu. – Teraz chciałbym przedstawić ciebie – zwraca się do stojącej z boku kobiety. – To jest Sandy, stara wyjadaczka, chociaż jeszcze bardzo młoda. Ile masz lat, Sandy?

    – Trzydzieści – odpowiada kobieta.

    – Jest tu zatrudniona – ciągnie Robert – odkąd powstał magazyn wysyłkowy. Sandy pracuje w wysyłkach, powinniście to zobaczyć. Jej ręce poruszają się niezwykle szybko. Wygląda jak jedno z tych hinduskich bóstw o wielu ramionach. – Sandy się śmieje. – Jak zauważyliście, mówimy tu sobie po imieniu. Jesteśmy firmą międzynarodową, która jednak, to wszyscy wiecie, wywodzi się z Ameryki. A Amerykanie nie używają form pan,  ani pani. My też nie. Mówimy sobie po imieniu wszyscy, od samej góry do samego dołu. Tak się przyjęło. Co będziemy dzisiaj robić? – Rozgląda się, ale nie oczekuje odpowiedzi. – Zgadza się, będziemy się szkolić. Mamy dużo roboty.

    Znów klaszcze.

    Schylając się nad komputerem, żeby włączyć prezentację, dodaje, że gra półprofesjonalnie w rugby, grał już w Ameryce. Jako sportowiec wszystko bierze na sportowo.

    – A zatem – mówi – kto nie trzyma się zasad, musi robić pompki. Ameryka jest wspaniała, ale Lipsk też. Tu, w Amazonie, myślimy: każdy dzień jest jak pierwszy dzień. Musicie to zapamiętać. To dobra okazja, żeby zapamiętać te słowa, wejść do firmy, awansować. Jeszcze są stanowiska do obsadzenia, firma jest jeszcze młoda, rozwija się, ale między nami: każdy wie, że nic nie może rosnąć wiecznie. Wprawdzie jest jeszcze wiele możliwości, ale kiedyś być może to się zmieni. A więc wykorzystajcie szansę. Macie ją teraz, zrobiliście już pierwszy dobry krok, przychodząc tu.

    Przełożyła Elżbieta Kalinowska

  • „Jeszcze się nie pobiliśmy” – Chmielarz i Ćwiek o wspólnym pisaniu słuchowiska

    Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek ogłosili wspólny projekt w trakcie Viralowych Targów Książki, które odbyły się na początku maja. Zapowiedzieli wtedy, że zamierzają napisać słuchowisko, ale szczegółów było jak na lekarstwo. Wiecie jak to jest, czasem pewne historie nie wychodzą poza moment ich ogłoszenia, czasem współpracownicy się kłócą, albo mają inne podejście do pracy.  Jak jest w tym przypadku? 

    W tej chwili oceniamy, że jesteśmy mniej więcej w jednej czwartej pracy. Co to znaczy? Mamy wymyśloną całość fabuły, rozpisane plany odcinków, co zawsze jest najtrudniejsze, a teraz pozostał nam ten najbardziej czasochłonny proces, czyli rozpisanie tego” – mówi Wojciech Chmielarz. Panowie zdradzają, że będzie to opowieść grozy, która toczy się w małym, fikcyjnym miasteczku na Opolszczyźnie. Niestety, więcej szczegółów w kwestii fabuły nie zdradzają. Nie mówią  też, gdzie słuchowisko będzie wyemitowane, bo trwa właśnie dopinanie szczegółów. Jeśli chodzi o codzienną pracę, to pisarze nie mają cichych dni, nie rzucają też słuchawkami. „W tej chwili jesteśmy już umówieni na dwie solówki. Jedna w rękawicach, druga na gołe pięści. Niestety, jeden z nas jest w tej chwili w Głuchołazach, drugi w Warszawie i trudno nam to było załatwić od razu. Poza tym negocjujemy warunki streamingu pay-per-view. A na poważnie – idzie zaskakująco dobrze. Chyba obaj traktujemy ten projekt jako przygodę, okazję, żeby nauczyć się czegoś od tego drugiego, zderzyć nasze wrażliwości i zobaczyć, co z tego wyjdzie” – dodaje Jakub Ćwiek.

    Jeśli chcecie zobaczyć materiał, w którym Jakub Ćwiek i Wojciech Chmielarz ogłosili współpracę, kliknijcie tutaj.

  • Piosenka pisarza kryminałów hitem w sieci!

    Nominowali go do nagrania piosenki związanej z pandemią, ale z racji tego, że nie ma raperskiej duszy, to wyszedł protest song na ludową nutę. Ryszard Ćwirlej tekst piosenki napisał w przerwie pracy nad najnowszą powieścią. Jak mu wyszło? Posłuchajcie, a nawet zobaczcie, bo do piosenki „Dymisja dla notariusza” powstał też teledysk.

    Jak przebiegało nagranie piosenki? „Porozmawiałem ze Zbyszkiem Starostą, szefem Rokietnickiej Orkiestry Dętej i okazało się, że pomysł mu się bardzo spodobał. Skontaktował mnie z Pawłem Pełczyńskim z De Mono, mieszkańcem mojej gminy, który również lubi ciekawe wyzwania, a ponadto ma w domu własne studio nagrań. Pojechałem do niego z tekstem w ręku, żeby pogadać o tym co możemy zrobić, i naraz zaczęła powstawać koncepcja, potem muzyka, którą Paweł aranżował i nagrywał na bieżąco, a gdy w końcu gotowa była linia melodyczna i niemal cała aranżacja, stanąłem przed mikrofonem. Gdy trzy godziny później wychodziłem od niego moje wokale były już nagrane” – mówi Ryszard Ćwirlej. Później dograno sekcję dętą, skrzypce oraz chórki, za które odpowiedzialne były nauczycielki z miejscowej szkoły. Nad warstwą wideo czuwał Adam Michta, radny z Rokietnicy, a montażem syn Ryszarda Ćwirleja – Michał.

    https://www.youtube.com/watch?v=TrUAIJMz-yY&fbclid=IwAR2Emf0HYMC3SeoB4yYDcPbjpOPVIHgYMFfI5w72Hi9JN1YU-PMcqFt6NXc

  • O czym będzie nowa książka Szczepana Twardocha? Znamy szczegóły

    Powieść o rewolucji, wojnie i miłości. 11 listopada 1918. Leutnant Alois Pokora wychodzi ze szpitala na ulice zrewoltowanego Berlina. Stary świat się skończył. La Belle Époque umarła w okopach I wojny światowej. Nowy świat rodzi się w bólach: na froncie zachodnim i podczas rewolucji, przetaczającej się przez pokonane Niemcy. Alois nie należał do starego świata, nie należy też do nowego. Syn górnika z Górnego Śląska, zrządzeniem losu wyrwany z proletariackiej rodziny, wszędzie spotyka się z pogardą i odrzuceniem. Samotny i prześladowany, wierzy tylko w erotyczną relację z perwersyjną, dominującą Agnes. Jednak w świecie, który się skończył, nic nie jest prawdziwe. „Pokora” to porywająca powieść o miłości, wojnie i rewolucji. Historia o Berlinie i Śląsku, o Niemcach i Polakach, o podziałach społecznych i etnicznych. O pożądaniu, władzy, uległości i cenie, jaką płaci się w walce o godność.

    Piszę takie powieści, jakie sam chciałbym czytać: rozległe, wielogłosowe i wielotematyczne. I taka chyba jest Pokora, taki jest obraz George’a Grosza, który zdobi jej okładkę. Pokora opowiada o władzy i uległości, o cenie jaką płaci się walcząc o własną godność, opowiada o wojnie i o następującej po niej rewolucji na ulicach Berlina i Górnego Śląska, o klasowych niepokojach i o erotycznym napięciu w czasach płynnej, rozedrganej rzeczywistości. Akcja „Pokory” dzieje się sto lat temu, zacząłem ją pisać w kwietniu 2019 roku, a jednak wydaje mi się, że jest to powieść właśnie na takie czasy, w jakich przyszło nam żyć” — mówi Szczepan Twardoch.

    Szczepan Twardoch, to marka sama w sobie i każda jego nowa powieść wzbudza olbrzymie zainteresowanie. Pokora ma jednak szczególne znaczenie — mówi Marcin Baniak, Dyrektor Promocji w Wydawnictwie Literackim. To literackie paliwo, na które czeka cały rynek: księgarnie, czytelnicy dobrej literatury, krytycy i publicyści. Wydanie tej powieści ogłaszamy w trakcie pandemii, która z pewnością poważnie osłabiła rynek książki, czytelnicy też mają już prawo tęsknić do dużych literackich wydarzeń. Dlatego właśnie potrzebujemy Pokory. To najlepsza książka na nowe czasy, o ogromnym czytelniczym potencjale, a jednocześnie świetnie napisana i stawiająca wiele aktualnych pytań. Jest na co czekać”.

    Pokora będzie miała premierę 16 września. Tego samego dnia ukaże się niemieckie wydanie „Królestwa” — głośna kontynuacja Króla, świetnie przyjętego w tym roku przez krytyków w Stanach Zjednoczonych. 

  • Fragment norweskiej petardy, absolutny must read!

    Słuchajcie, to jest naprawdę dobra, mocna rzecz. Nawet zaryzykuję tezę, że to jedna z najlepszych książek, które pojawiły się w tym roku na polskim rynku.  Kiedy widzimy hasło „literatura skandynawska”, myślimy – kolejny kryminał, wciągająca lektura, które porwie nas w wir dochodzeń, przesłuchań, tajemniczych śmierci i niewyjaśnionych zaginięć. Simon Stranger staje jednak po drugiej stronie, dodając cegiełkę do niekryminalnej siły literatury norweskiej. Mówi wprost o rzeczach, które dotychczas były pomijane, przemilczane. Autor  nakreśla portret podwójny młodego mężczyzny, jednej z najbardziej znienawidzonych postaci podczas niemieckiej okupacji. Henry Oliver Rinnan, bo o nim mowa, to postać historyczna, nazistowski kolaborant, pracujący dla okupanta szpieg i zbrodniarz wojenny.

    Pewnego dnia autor, i jednocześnie narrator oraz bohater, odkrywa, że jego teściowa urodziła się w willi w Trondheim, w której w latach II wojny światowej miał swoją kwaterę Rinnan. Cała historia jest niezwykła o tyle, że rodzina żony Strangera ma korzenie żydowskie… Odkrycie staje się przyczynkiem do próby odtworzenia historii domu w przy Jonsvannsveien czterdzieści sześć.

    Opowieść przeplatana jest relacjami z badań przeprowadzanych przez autora, migawkami z życia jego rodziny oraz refleksjami na temat antysemityzmu w ujęciu historycznym. Szkielet realnych wydarzeń historycznych uzupełniony jest elementami fikcji literackiej w najlepszym wydaniu. Język jest precyzyjny, dosadny, doskonale opisujący istotę zła.

    Przeczytaj fragment Leksykonu światła i mroku:

    N

    N jak nowi członkowie, nowe upoważnienia i nowa kwatera główna pod nowym adresem, przy Jonsvannsveien czterdzieści sześć.

    Jest wrzesień 1943 roku. Rinnan po raz pierwszy wchodzi do salonu, w butach. Rozgląda się, szeroko uśmiecha i myśli, że tutaj będzie im dobrze. Blisko centrum, a jednak na uboczu. Dużo miejsca i widok na pola, jeżeli ktoś by coś kombinował, do rodziny zaś szybko można dojechać autem.

    Podchodzi do okna, skąd patrzy w dal, ponad więdnącymi drzewami owocowymi w ogrodzie, wydmuchuje chmurkę dymu, która rozpływa się w tym samym miejscu, i odwraca się do pozostałych. Są wśród nich Ivar Grande, Kitty i Inga. Karl Dolmen, Solveig Kleve i jej ośmioletnia córka, która też ma zamieszkać w tym domu. Wszyscy młodzi, tak jak on. Wszyscy weseli, tak jak on. Pokazuje im, gdzie mają odstawić skrzynki, które wnoszą, a następnie otwiera jedną i wyjmuje butelkę koniaku. Zdobył ją specjalnie na tę okazję. Inni mieszkańcy miasta nie mają papierosów, nie mają wódki, nie mają samochodów, benzyny ani pracy. On ma wszystko.

    Ivar? Przyniesiesz kieliszki? — pyta Rinnan.

    Czy to chwilowe wahanie w spojrzeniu zastępcy dowódcy, Ivara Grandego? Czy uważa się za zbyt ważnego, by wykonywać tak proste zadania? Mimo to robi, co każe mu Rinnan. Wychodzi z nim Inga. Potem wszyscy gromadzą się wokół Henry’ego, tak jak kiedyś stawał w półkręgu z rodzeństwem w lesie albo na piętrze, gdzie spali. Rinnan podchodzi do każdego po kolei, napełnia kieliszek za kieliszkiem, czuje unoszącą się woń koniaku, tak mocną, że prawie szczypie go w oczy. Po tym jak nalewa wszystkim, wznosi toast.

    Drodzy członkowie bandy. Witajcie w naszej nowej kwaterze głównej — mówi i zbliża kieliszek do warg, czuje palący smak w ustach, zauważa też, że alkohol prawie natychmiast rozprasza myśli. — Tutaj możemy w spokoju planować akcje. Stąd będziemy koordynować ataki. Planować infiltrację ruchu oporu, szykować się do zmiażdżenia go od wewnątrz.

    Widzi, że słowa te wzbudzają zachwyt, wszyscy się ożywiają.

    Razem, moi przyjaciele i współpracownicy, razem jesteśmy najważniejszą bronią Niemców w Norwegii! Słyszeliście, co Goebbels powiedział w swojej przemowie?! Agenci, o których wspomniał, to my! Tak dobrze nam idzie, że wieść o nas dociera aż do serca Niemiec! A będzie jeszcze lepiej! To nasza nowa kwatera główna. Tu będziemy planować akcje… I oczywiście się bawić!

    Niektórzy się rozluźniają i unoszą kieliszki. Rinnan wstaje i robi kilka kroków w stronę kominka. Zatrzymuje się, odwraca do pozostałych. Jednym haustem wypija resztę koniaku.

    Otrzymaliśmy upoważnienie, by robić, co nam się podoba. Możemy aresztować wrogów, przesłuchiwać ich, a jeśli trzeba — dokonywać egzekucji. Wszelkie środki dozwolone, przypomnijcie sobie tylko, jak próbowali mnie zabić przed moim własnym domem! W czasie gdy spały tam moje dzieci! Jest wojna, ale my ją wygramy. Stąd zmiażdżymy ruch oporu. Tutaj, w tym domu, moi przyjaciele, napiszemy historię! — woła Rinnan na koniec, unosząc przed sobą pusty kieliszek, chwilę wytrzymuje spojrzenia pozostałych, aż nagle ciska nim do kominka. Kieliszek trafia w polana, sypią się iskry, brzęczy szkło rozbite o ściankę za płomieniami.

    Kilka osób aż podskakuje. Niektórzy zaczynają się śmiać, ale jego nie oszukają. Już wie, że się go boją, że są niepewni, co może wymyślić, i tak właśnie ma być, bo w ten sposób może dalej nimi sterować, mieć nad nimi pełną władzę. Rinnan zapala kolejnego papierosa i rozgląda się po pokoju, jakby nic się nie stało.

    Potem schodzi na dół przyjrzeć się piwnicy.

    N jak nazwiska.

    N jak nerwy.

    N jak noc i nękające myśli, które nachodzą Ellen Komissar, kiedy leży w ciemności w sypialni przy Jonsvannsveien czterdzieści sześć i nie może spać. Nasłuchuje oddechu męża, próbuje poznać, czy śpi, aż wreszcie odzywa się do niego szeptem:

    Gerson?

    W mroku nie widać tapety, szafek nocnych ani firanek. W mroku nie widać oczu Gersona, które się otwierają i patrzą w ciemność po przeciwnej stronie łóżka, odwrócone od niej.

    Cicho odpowiada „tak”. Kilka sekund panuje cisza, aż wreszcie Ellen znów otwiera usta.

    Nie wiem, czy dam radę tu dłużej mieszkać.

    Ależ, Ellen…?! Myślałem, że tę dyskusję mamy już za sobą?

    Ja…

    Wiesz, że nie mogę zostawić Jacoba w Trondheim samego z matką. Ktoś musi prowadzić sklep…

    Tak, ale dlaczego musimy mieszkać tutaj… w tym domu?

    Może wytrzymasz jeszcze trochę? Przejdzie ci.

    Mówiłeś tak przed przeprowadzką, ale wiesz, że mi nie przejdzie. Będzie jedynie gorzej. Wszyscy pytają mnie, jak się tu mieszka, czy się nie boję, czy nie…

    Cicho, Ellen! Obudzisz Jannicke!

    Wiesz, co oni tu robili, Gerson? Wiesz?!

    Tak, jasne, że wiem. Ellen, ale to było dawno!

    Dawno?! Dzisiaj Jannicke przyniosła z piwnicy kolejną kulę i zapytała, co to takiego. Myślałam, że wszystkie zebrałeś?

    Rozejrzę się tam jeszcze raz. Ponownie wszystko umyję. W porządku?

    Przez kilka sekund żadne z nich się nie odzywa. Myśli błądzą po omacku w ciemności, jak dwoje ludzi uciekających nocą przez las, bez tchu, wystraszonych, odsuwających gałąź za gałęzią w poszukiwaniu miejsca, w którym można by się wydostać; wtedy Gerson znajduje prześwit.

    Nigdy nie narzekałaś na morderstwa w twierdzy Akershus, kiedy tam byliśmy. Albo na wojny, które toczyły się za granicą. To tylko przeszłość! Musimy myśleć o tym, co będzie!

    Ja…

    Nie możesz po prostu spróbować, Ellen?

    Tak…

    Dobrze… A teraz muszę już spać. Dobranoc, Ellen.

    Dobranoc.

    N jak niespodziewane znalezisko. Jest popołudnie w połowie lat pięćdziesiątych. Siostry wdrapują się po schodach na poddasze. Za zamkniętymi drzwiami, które mają przed sobą, znajduje się pokój z łukowym oknem, gdzie nie wolno im wchodzić, bo matka znów ma migrenę i musi odpocząć, ale mogą za to wejść do jednego z pokoików po lewej stronie, do tajnego pomieszczenia na strychu, nazywanego przez Jannicke Klubem Stearynowym. Tajemny kącik, do którego można się dostać jedynie w pozycji skulonej, na czworakach. Starsza siostra prowadzi, trzymając oburącz świecę o rozedrganym płomieniu, i z przerażeniem zmieszanym z radością pokazuje Grete, co znalazła w środku: malutki woreczek związany sznurkiem. A w nim coś dziwnego. Nieduże, powyginane płatki czegoś suchego i twardego, co Grete rozpoznaje dopiero po kilku sekundach. To paznokcie. Nie tylko końcówki, ale całe ludzkie paznokcie.

    Powieść ukaże się 17 czerwca w Wydawnictwie Literackim. Z norweskiego przełożyła Katarzyna Tunkiel.

    Materiał powstał na podstawie informacji prasowej

  • „Nie czerpię przyjemności z pisania”. Zygmunt Miłoszewski w ogniu pytań!

    W końcu nadszedł moment, który razem z Wojciechem Chmielarzem wyobrażaliśmy sobie od kilku miesięcy. Jeśli mam być szczery, to byłem przekonany, że twórca Jakuba Mortki odpowie w stylu: „okej, zadzwonimy do Pana”, ale miło mnie zaskoczył, bo już w trakcie pierwszej rozmowy powiedział „okej”. Bez ciągu dalszego. Wybór pierwszego gościa nie był oczywisty, bo chcieliśmy z rozmowami ruszyć jesienią, ale jeśli dostaje się pod nos premierę „Kwestii ceny” oraz Zygmunta Miłoszewskiego, który mówi, że chętnie przyjdzie, no to sami wiecie, że takich szans się po prostu nie marnuje. Jest to odcinek pierwszy, który może być zarówno ostatnim, bo wszystko zależy od Was – czy chcecie taki format oglądać oraz od wydawców, czy będą chcieli wysyłać nam swoje topowe autorki oraz autorów, a dodatkowo dorzucą kilka Biletów Narodowego Banku Polskiego.

    Nie przedłużając – oddajemy w Wasze ręce rozmowę z Zygmuntem Miłoszewskim. Mamy wrażenie, że bardzo szczerą, bo jest o pieniądzach, lenistwie, relacjach z wydawcą, głupich pomysłach na książki, planach na najbliższą przyszłość, Szackim. Momentami jest szermierka słowna, czasem śmiech, chwilami przekleństwa. Dajcie znać po obejrzeniu co sądzicie, bo to dla nas bardzo ważne. Naszym miejscem rozmów będzie Antykwariat Kwadryga, któremu dziękujemy za świetną współpracę, a także sporo towaru dla literackich ćpunów. 

     

     

     

  • „Skuteczny lek bez recepty”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Kiedy nadciąga tsunami, można włożyć kąpielówki i liczyć na fart albo wziąć nogi za pas. A kiedy nadciąga tsunami dla zdrowia psychicznego, można załamać ręce i czekać na cios albo… sięgnąć po książkę.

    Bardzo się ucieszyłem, kiedy kilka tygodni temu natknąłem się na tekst dotyczący korzyści z obcowania z literaturą w okresie pandemii autorstwa Marii Deskur, prezeski Fundacji Powszechnego Czytania (klik). Dowiedziałem się z niego, że czytać nie tylko wypada, ale nawet trzeba, ponieważ od tego zależy nasze zdrowie psychiczne. Niby już to wcześniej domniemywałem, ale zawsze miło jest się dowiedzieć, że są badania, które o tym niepodważalnie świadczą.

    A takie przeprowadzili eksperci z Mindlab International at the University of Sussex. Brytyjczycy wyliczyli, że sześć minut czytania dziennie może zredukować poziom stresu aż o 68 proc. Czytanie radzi sobie z tym lepiej niż słuchanie muzyki (61 proc.), picie herbaty albo kawy (54 proc.) czy nawet spacer (42 proc.). Nie wspominając o grach komputerowych, które może i redukują napięcie o 21 procent, ale i przyspieszają tętno.

    Jak powiedział neuropsycholog David Lee: „zatracanie się w książkach to ostateczna relaksacja”.

    Pamiętacie już, że trzeba czytać? Że to świetne lekarstwo na wzrost napięcia? Że szczególnie w mocno stresującym okresie warto sięgać po literaturę?

    No to łapcie garść danych, które dodatkowo zachęcą Was do czytania. A jeśli nie muszą zachęcać, to przynajmniej ułatwią szermierkę słowną z „niewiernymi”.

    www.unsplash.com/Miika Laaksonen
    • Między 9 marca a 10 kwietnia tego roku Polacy wydali ponad 200 mln złotych na leki refundowane wspierające samopoczucie (szacunki firmy PEX PharmaSequence zebrane na zlecenie „Dziennika Gazety Prawnej”). Sprzedaż antydepresantów względem analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła o jedną trzecią. Na wszelki wypadek przypomnę, że pandemia została ogłoszona 11 marca.

    • Amerykanie w koronakryzysie też łykają tabletki jak szaleni – firma Express Scripts wyliczyła, że między 16 lutego a 15 marca liczba recept na antydepresanty, leki przeciwlękowe i nasenne wzrosła o 21 proc. rok do roku. Oni mają ku temu jeszcze lepszy powód niż my, ponieważ w ciągu paru tygodni 30 mln z nich straciło robotę.

    • Jeszcze przed wybuchem pandemii Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ostrzegała, że już ponad 320 mln ludzi cierpi na depresję (prawie 5 proc. światowej populacji). Do 2030 będzie to najczęściej występująca choroba na świecie.

    • Według WHO w rejonach postkonfliktowych wskaźnik depresji w społeczeństwie często skacze do poziomu około 10 procent. A zdaniem psychiatrów pandemia koronawriusa pod wieloma względami przypomina doświadczenie wojenne.

    • Firma Upper Finance Med Consulting wyliczyła, że w Polsce mamy około 4,3 tys. psychiatrów i 455 specjalistów od psychiatrii dziecięcej, a psychiatrycznie leczy się około 1,6 mln osób. Efekt? Średni czas oczekiwania na niewymagającą skierowania wizytę u psychiatry wynosi 3-4 miesiące.

    Mało w tych danych literatury, prawda? Ale wnioski płyną z nich przynajmniej dwa, w tym jeden literacki.

    Po pierwsze: nadciąga apokalipsa dla naszego zdrowia psychicznego, której w żaden znany nam dzisiaj sposób nie jesteśmy w stanie uniknąć. Koronawirusowy kryzys mentalny, który najpewniej zbierze żniwo dopiero za kilka miesięcy (już po ustaniu pandemii), jest jak niewidzialny pociąg pędzący po zawiłych torach naszego umysłu. A my – związani, usztywnieni, zdezorientowani – możemy się jedynie wpatrywać w tunel, z którego za moment powinien się wyłonić.

    A po drugie: skoro czytanie jest prawdopodobnie najprostszym, najtańszym i najzdrowszym sposobem łagodzenia napięć, to może warto przy jego pomocy choć trochę zminimalizować siłę uderzenia? W końcu 68-procentowa obniżka stresu piechotą nie chodzi. A przeznaczanie 30 czy 50 złotych miesięcznie na literaturę nie wydaje się takie upiorne, jeżeli alternatywą jest wydanie fortuny na leczenie głowy albo kontakt z publiczną służbą zdrowia.

    Za koronakryzys tak czy inaczej zabulimy. Warto więc zrobić to na swoich warunkach.

  • Nowa literacka impreza plenerowa na mapie Polski?

    W trakcie wczorajszej rozmowy na żywo na antenie smakksiazki.pl Sonia Draga zdradziła, że prawdopodobnie na literackiej mapie Polski pojawi się nowa impreza plenerowa. Jeszcze w tym roku, a właściwie to za niecałe trzy miesiące. Gdzie? Kto będzie jej organizatorem?

    Prezes spółki Targi Książki, Rafał Skąpski zasugerował, że wydarzenie może nosić nazwę Śląski Plener Czytelniczy, a ma odbyć się na przełomie sierpnia i września w Katowicach. Gdzie dokładnie? Tego jeszcze nie wiemy, ale może to być Dolina Trzech Stawów. Co ciekawe, zarówno Sonia Draga, członkini zarządu spółki Targi Książki, jak i prezes Skąpski przyznali, że impreza może zastąpić listopadowe Śląskie Targi Książki przy ewentualnym powrocie pandemii koronawirusa. Pytanie, czy wydawcy jesienią jeszcze raz będą chcieli wrócić ze swoją ofertą na Śląsk? Czy organizacja Śląskiego Pleneru Czytelniczego w Katowicach to dobra decyzja? Wydaje się, że tak, bo jak podkreślali organizatorzy – ze względu pandemii łatwiej zaplanować coś na przełomie sierpnia i września, niż na końcówkę listopada. Całą rozmowę możecie zobaczyć klikając tutaj. Gościem była również Grażyna Grabowska, prezes spółki Targi w Krakowie, organizatora Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie, o których sporo rozmawialiśmy, bo to największa impreza literacka, która odbędzie się jeszcze w tym roku w Polsce. 

     

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (62-71 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 maja 2020 (21326 zarażonych, 996 zmarłych)

    Zapisuję słowo „ognisko” i czuję zapach dymu. Dopisuję drugie, „gitara”, i brzęczy akord a-moll. Działa, myślę sobie. Palce zawisają nad klawiaturą, w opuszkach wibrują możliwości. Mogę napisać wszystko i chwilę sycę się wszechmocą. Słowa wynurzają się z mroku wlokąc za sobą rzeczy, ludzi, zdarzenia. Wspaniałe. Idą. Wynurzają się z mroku. Na przedzie dwaj chłopcy z naręczem gałęzi, za nimi dziewczyna i jeszcze jeden chłopak, z gitarą na ramieniu. Idą. Siadają wokół ognia. Trzeba im dać imiona. Kiedyś już je mieli, ale czy te same? Nie jestem pewien. Pamiętam je, ale ich znaczenie wiąże, odbiera swobodę, drażni opuszki palców alergią prawdziwości. Musiałbym wtedy pisać wszystko tak, jak było. Prawdę. Cóż za dziwne słowo!

    Byli. Zeszli na groblę płytkim wąwozem, wyżłobionym kołami w gliniastym podłożu, które w czasie suszy zamieniało się w żółty popiół. Można było go nabierać w garść i podrzucać do góry, a wtedy spadał kaskadami dymu i grudek, ciągnących za sobą smugi jak zestrzelone samoloty. Kazek był w tym najlepszy, podobnie jak w wynajdywaniu grzybów w wysokiej trawie Figarni. Brał kurz w obie dłonie, jak spragniony nabiera wody ze strumienia, i rzucał pionowo nad ich głowy. Uciekaliśmy, a on się cieszył. Imię jednak nie do przyjęcia. Kazek – jak menel spod sklepu. Powinienem mu je odebrać i zapisać, powiedzmy, Łukasz. Chyba jednak tego nie zrobię.

    Ona była Anka. Zwyczajnie, najprościej jak można. Powinna być Julka, albo Weronika. Albo Iza, które bardzo lubię. Ale to Anka, pamiętam. Niech zostanie. Miała długie jasne włosy i kiedy opuszczała głowę, opadały po obu stronach twarzy pofalowanymi kurtynkami. Dźwięk gitary ożywiał w jej orzechowych oczach błyski napięcia. Słuchała wtedy z półotwartymi ustami i myślała o czymś bardzo dalekim i ważnym. Znacznie ważniejszym, niż ta grobla, ognisko i wieczór.

    Mirek, przypomnij mi, który to był rok? Ile wtedy mieliśmy?

    Mirek jest cały czas ze mną i w żadnym razie nie chce zgodzić się na zmianę imienia. Jest okropne, ale on się upiera. Mówi, że już za późno na wymyślanie mu nowych imion i może mieć rację. Mirek nie żyje od ośmiu lat.

    Pewnie siedemnaście. U ciebie wszystkie ważne rzeczy wydarzyły się, kiedy miałeś siedemnaście lat. Powtarzasz to przy każdej okazji.

    Fakt. Ale to nie jest żadna ważna rzecz. Po prostu ognisko na Tatarskiej Grobli.

    Mirek szczerzy zęby nieco czaszkowo i kościotrupowo.

    Jak nie, to po co o tym piszesz?

    Dobre pytanie, więc odrywam opuszki palców od klawiszy i chwilę gapię się w okno. Niebem płyną szmaciane chmury. Szczeka pies. Przeleciał ptak. Chwieją się gałęzie na wietrze. Parę drobiazgów, w żadnym nie ma słowa. Wracam do ogniska.

    Trzeci chłopak miał na imię Tadek i na prawym policzku nosił dużą bliznę po kopycie końskim. Był mały i ciekawy, podszedł od tyłu, a potem się obudził w szpitalu. Blizna ściągała skórę i Tadek wyglądał, jakby się ciągle uśmiechał.

    Tadek, z czego się śmiejesz?

    Nie śmieję się.

    Aha, to koń, przepraszam.

    Nigdy nie chciałbym mieć na imię Tadek, nie z powodu konia, tylko tak w ogóle. Sto lat temu mogło być, ale teraz? Zresztą, nie wiem, czy on tam wtedy był, jakoś go niespecjalnie widzę. Nie wyłania się z mroku.

    Tadek tam wtedy był?

    Mirek energicznie potrząsa głową, szczęka chwieje się na zawiasach. Wiedzę ma już niewątpliwą. Kiedy żył, w zasadzie go nie było. Jako dorośli prawie się nie widywaliśmy, on miał swoje życie, ja swoje, oba na swój sposób jedyne, niepowtarzalne i całkiem niewłaściwe. Nie wiem, dlaczego teraz przychodzi do mnie, siada za lewym ramieniem i gapi się na zapisywane zdania. Kiedyś go o to spytałem, ale wykręcił się paradoksem.

    Wszystko jedno, gdzie usiądę. Przecież mnie nie ma.

    Nie o to mi chodzi. Czemu chcesz widzieć moje słowa, skoro już wszystko wiesz? Bo wiesz, prawda?

    Niby tak – zgodził się niechętnie. – Ale co innego wiedzieć, a co innego pisać. Widzieć siebie zapisanego. Rozumiesz, to tak, jakbym dostał z powrotem kawałeczek ciała. I mógł nim czuć.

    A zapach tamtego ogniska czujesz?

    Jasne!

    To mnie trochę uspokoiło. Dlatego teraz siedzę przed oknem ze smutnym widokiem na chmury, gałęzie i psa, i piszę o ognisku na Tatarskiej Grobli w 1979 roku. Tak przynamniej twierdzi Mirek, a on teraz już wie, co mówi. Kiedyś gadał głupstwa. Teraz wie wszystko, tylko ciała mu brakuje, dlatego tak liczy na moje pisanie.

    Materia ginie, pleśnieje, rozkłada się. Zostaje słowo. I my w nim. Cienie własnych cieni.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    30 maja 2020 (23567 zarażonych, 1061 zmarłych)

    Wczoraj zmarł Jerzy Pilch. Nie na koronawirusa, tylko tak po prostu. Na siebie. Całe jego życie wyglądało trochę jak wielkie przygotowanie do śmierci – świadome siebie zabijanie, samobójcze do przerażenia. Potrafił sprawiać wrażenie sybaryty, używacza życia, dogadzacza sobie najlepszymi męskimi przyjemnościami: alkohol, seks, literatura. W środku był drżącym jak osika dekadentem, na kilometr węszącym śmierć przyczajoną w tętniących życiem i rozkoszą buduarach. Nawet tych najdowcipniejszych i najbardziej brawurowych ludycznie tekstów Pilcha nie umiałem czytać bez ciągłego oglądania się przez ramię, czy przypadkiem kostucha za mną nie stoi. Parskałem śmiechem i trząsłem się ze strachu. Potrafił uchwycić nagi i bezlitosny dramatyzm istnienia na samej krawędzi brzytwy, tam, gdzie Eros i Tanatos siedzą tuż obok siebie i wspólnie wychylają kielich gorzkiej ambrozji. Bo życie to miłość i śmierć. Nic więcej. Ach, i jeszcze literatura.

    Nazywano go kobieciarzem, koneserem damskiej urody, znawcą kobiet. Dla mnie był raczej znawcą męskich kłopotów z kobiecością. Tych naszych szarpnięć, napięć i rozpaczy, o których tylko blade mamy pojęcie, a które działają poza naszą wolą, jak alkohol we krwi. Po mistrzowsku potrafił oddać bezradność mężczyzny wobec kobiecego wdzięku, uwodzicielstwa i samej chuci, buszującej w facetach jak pijany demon. Ona idzie, ja patrzę. Ona tylko rzuca okiem i idzie dalej, ja rozwijam opowieść o miłości, przeznaczeniu i śmierci. Biegnę za nią, naprawdę albo tylko w marzeniach, co niewiele zmienia, bo dla człowieka literatury ta różnica istnieje w bladym zaledwie stopniu. Eros i Tanatos walą niedopitym kielichem o ścianę i biegną za mną dopełnić formalności. Można z tego zrobić romans, kryminał, horror, obyczajówkę, albo wykład – feministyczny czy antyfeministyczny. Pilch potrafił zrobić balladę o życiu i śmierci. Magiczną balladę.

    Powalał frazą. Olgę Tokarczuk kochamy za dar opowieści, Andrzeja Stasiuka za wierność Miłoszowi w dotykaniu słowem rzeczy, a Pilcha – za frazę. Parę jego figur weszło już na stałe do języka, na przykład że coś jest (lub nie jest) czymś „w sensie ścisłym”, albo „powiedzieć, że był (idiotą, geniuszem, pijakiem itd.) to nic nie powiedzieć”. Jestem pewien, że każdy polski czytelnik ma swoje ulubione Pilchowe frazy i całe akapity przepisane do kajecika, żeby były pod ręką. Ja mam mnóstwo. Na przykład tę o przepiciu przez bohatera Pod Mocnym Aniołem wszystkich pralek świata:

    Jaką duszę ma człowiek, który wie, że przepił wszystkie pralki świata? Odpowiadam: duszę ma uskrzydloną, a myśl jego wiruje jak bęben w ostatniej fazie odsączania. Kiedy czujesz na sercu ciężar miliarda przepitych pralek – jest nie do zniesienia. Ale kiedy unosisz udręczony wzrok i widzisz, jak ptasie ławice białoskrzydłych pralek szybują pod wodnistymi niebiosami niczym eskadry papieskich helikopterów, pojmujesz, iż jest ci dane więcej niż innym. Jest ci dany niekonwencjonalny dar i jeśli zdołasz przeżyć, jeśli przedtem nie umrzesz, możesz zacząć wędrówkę w poszukiwaniu wszystkich utraconych pralek, a nawet – tak jest – w poszukiwaniu wszystkich utraconych rzeczy.

    Jeśli przedtem nie umrzesz… Problem w tym, że każdy umiera przedtem. Zanim sięgnie tego, ku czemu się całe życie wychylał. Wychylał i wychylał… Pilch był majstrem frazy zręcznej, panem intelektualnego fajerwerku i laserowej ironii, którą ciął jak mistrz jedi świetlistym mieczem. Kto mu się nawinął pod rękę, cierpiał srodze i bezradnie, nie umiejąc się odciąć. Ale gdy zestawiam myśl jego – przepastnie śmiertelną i przewrotnie poważną – z formą zręczną i piorunowo błyskotliwą, wtedy myślę, że nie sięgnął. „Wędrówka w poszukiwaniu rzeczy utraconych” to stary i mocno już wydeptany szlak pisarski, z mnóstwem ścieżek bocznych i uroczysk, jeszcze nie tkniętych ludzką stopą. Pilch próbował. Wdrapywał się na urwiska, parł w górę skalnych osuwisk, a po obsunięciu nogi i zjechaniu w dół otrzepywał spodnie i lazł z powrotem. Żył i umierał straszliwie, jak na prawdziwego pisarza przystało. Doświadczył zła i cierpienia najczystszej próby, a kiedy mu było mało, sam siebie katował dla pogłębienia wymiaru. Bólu miał aż zanadto. Ale nie sięgnął. Słowo zbyt lekkie, „na fraszkę użyte”, nie uniosło ciężaru doświadczenia skrojonego na miarę prawdziwej epopei. Jego uporczywe powroty do ukochanej Wisły trącą sentymentem zaledwie, prowincjonalną apologią małej ojczyzny z Jerzykowym losem wpisanym w ckliwe wspomnienie. Powtórzenie, które jest solą literatury – tu powtarza samo siebie w obsesyjnych nawrotach. Chciałoby się powiedzieć – jest tylko powtórzeniem.

    Nie wiem, może taki jest los genialnych felietonistów, do których Jerzy Pilch z pewnością należał. Felieton pozwala szlifować styl, ale felietonowy. Niełatwo z niego wydobyć się na otwartą przestrzeń powieści, gdzie inne są geometrie i inne atmosferą targają porywy. Pewne rzeczy trzeba tam powiedzieć wprost, jeden do jeden, było tak a tak. U niego prawie nie ma takich sytuacji narracyjnych, każde zdanie jest figurą samą dla siebie, perełką, budulcem od razu z ozdobnikami, prawie nie ma prostych desek. Wiem, odpowiedziałby: proste deski są dla prostaków. I tak, i nie. Także w stylu bogactwo nadmiaru może się złamać w nadmiar bogactwa. Dlatego najlepsze jest Pod Mocnym Aniołem, gdzie sama rzeczywistość picia oraz szpitalnego odwyku wprowadza stany pośrednie, rozchwiane, mgliste i nieuchwytne. Króluje tam wymyślna i finezyjna fraza, ponieważ z założenia nie dostaje konkretnych przedmiotów.

    Całe życie lecisz w przepaść, od początku świadomości, od pierwszego spojrzenia. Patrzysz i widzisz przepaść. Spadasz. Pijesz, żeby złapać równowagę w tym stanie egzystencjalnej nieważkości. Na tym polega paradoks alkoholików. Wszystko spływa, gnie się i mięknie, osuwa w otchłań. Lecisz krzycząc aaa! i żeby jako tako się zorientować, przeciwstawiasz otchłani inną otchłań, alkoholową. Płynności się wyrównują, przez chwilę jest stabilniej. Ale tylko przez chwilę, więc trzeba ponawiać. To potrafi działać latami, wytwarza się ułuda porządku, sensu, harmonii. Dwie płynności po zderzeniu dają twardy grunt pod nogami. Złudzenie gruntu. Wtedy możesz pisać. Pisanie i alkohol zastępują życie. Nie – pisanie i alkohol likwidują życie. Na jedno wychodzi. Wychodzi na śmierć.

    Tym dla mnie jest pisarstwo Pilcha. Zawsze będę do niego wracał, ponieważ jest taki rodzaj ssania w duszy, które tylko on umiał uchwycić.

    Czyli jednak nie tylko fraza.

    Miał być jednym z bohaterów naszej Alei Pisarzy w Oświęcimiu, zaraz po Stasiuku i Bieńczyku. Za pierwszym podejściem już prawie się zgodził, ale wtedy wypadła mu poważna operacja i przełożyliśmy na później. Za drugim razem już był ciężko chory i przysłał tylko smsa mniej więcej takiego: „Panowie, odpuśćcie mi, nie dam rady. Pozdrawiam serdecznie”. Miałem już dla niego propozycję cytatu na mosiężną płytę alei, ostatnie zdanie z najlepszej powieści:

    Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną.

    Płyta w Alei Pisarzy musi być odsłonięta osobiście przez laureata/tkę, zatem siłą rzeczy pojawiają się tam wyłącznie pisarze żyjący. Jednakże siłą wyobraźni może się tam pojawić każdy. Panie Jurku, proszę spróbować. To nie jest takie trudne, trzeba się tylko lekko pochylić i unieść chustę zakrywającą fragment chodnika z płytą. Najpierw z jednej strony, potem z drugiej, powoli, nie za szybko, żeby publiczność zdążyła zrobić zdjęcia. Wszystko pójdzie gładko, w razie czego ja jestem obok. Później parę słów do zgromadzonych, krótka wypowiedź do lokalnych mediów i zapraszamy do auli na spotkanie z pisarzem.

    Wtedy pana dusza na pewno nigdy stąd nie odejdzie.

    Jerzy Pilch, fot: Jacek Poremba/Wydawnictwo Literackie

     

    2 czerwca 2020 (24395 zarażonych, 1092 zmarłych)

    Wirus się cofnął, brud został. Na światło dzienne wychodzą afery, przekręty, matactwa – całe to ludzkie śmieciowisko, które wyprodukowaliśmy pod przykrywką kwarantanny. Poluzowanie ram społecznego współżycia daje większą swobodę ruchów, a więc i odruchów. Odruchów bezkarności. Pochowali się, siedzą w domach, nikt nie pilnuje – można robić szwindle, myśli sobie szwindlarz, który – dajmy na to – ma dojścia do ministerstwa zdrowia i może sobie załatwić szybki zysk na opakowanym w sreberko guanie. A jeszcze jak jest góralem, wyposażonym w góralski zmysł do interesu, który rzadko liczy się z obowiązującym prawem, to już w ogóle. Podejrzewam, że minister Szumowski nawet nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co brat do spółki z góralami wyczynia w kwestii pandemicznych zakupów. Po prostu firmował to podpisami, bo taki był układ rodzinny. Ja załatwiam, ty przyklepujesz, pełna współpraca. I zaufanie. Kasą się podzielimy, jak już ucichnie.

    Wirus się cofnął, katastrofizm jakby też trochę. Wprawdzie pojawiają się zapowiedzi następnych kataklizmów i zagłady całej planety lub jej poszczególnych części, ale opowieści o końcu świata zbladły. Spowszedniały. Każdy sobie głosi swoją katastrofę i nie przejmuje się jej umotywowaniem, wystarczy, że jest katastrofalnie i za chwilę wszystko się zawali. Nie wiem, skąd się wzięło to powszechne czekanie na koniec. Wyglądanie końca. Ja sam też wyglądam i też nie wiem, skąd się to we mnie wzięło. Bo przecież nie z tego, że przez ileś lat pracowałem nad antologią poezji katastroficznej. A może jednak? Może tak wygląda bezpośredni wpływ literatury na życie? Jak się naczytasz o tym, że się zaraz wszystko rozleci w kibinimater, to ci odruchowo myśl i tęsknota w tym kierunku weksluje. Pragnienia ponoć wyprzedzają wszelkie nasze działania, w projekcie tkwi przecież potencjalna możliwość jego realizacji. Jak w spojrzeniu na pistolet tkwi zalążek morderstwa. A może po prostu zadziałał zwykły Hegel: było dobrze, teraz musi być źle, żeby świat poszedł do przodu. Teza, antyteza i synteza. Czyli nasze spaliny to odrzut dla silnika rakiety. My płoniemy, oni lecą. Katastrofizm, ale z lekką nutką optymizmu.