Kojarzycie scenę z „Dnia Świra”, w której kobieta w pociągu nie może przestać podjadać dzieciakowi czipsów? Z promowaniem własnej twórczości literackiej – szczególnie w okolicach premiery – bywa podobnie.
Kilka tygodni temu założyłem profil na LinkedIn. Właściwie konto miałem już wcześniej, tyle że wykorzystywałem je wyłącznie w celach dziennikarskich (czytaj: do zaczepiania przedsiębiorców i menedżerów), ale teraz postanowiłem zacząć wykorzystywać je jako machinę propagandową. Wrzuciłem wreszcie zdjęcie, napisałem kilka słów o sobie, po konsultacji z przyjacielem dorzuciłem kwadraciki, trójkąciki, kółeczka i inne graficzne duperele, żeby się podlizać linkedinowym algorytmom. Może nie zrobiłem wszystkiego po mistrzowsku, ale na pewno po bożemu.
Wykombinowałem, że to będzie mój sposób, żeby się autorsko wyróżnić. W końcu konta na Facebooku mają pewnie wszyscy piszący. Na Instagramie – większość. Cześć autorów promuje się na Twitterze, wdając się przy okazji w światopoglądowe bitwy, a co odważniejsi i bardziej progresywnie pewnie już kombinują, jak ugryźć TikToka. Tak czy inaczej, ja postawiłem na LinkedIn. Dlaczego nie.
No i się zaczęło.
www.unsplash.com/Merakist
Posty na LinkedIn powinny się różnić od tych z Facebooka. W końcu to platforma zawodowa, miejsce, w którym szuka się pracy albo kontaktów biznesowych. Chcesz pokazać, co napisałeś, przekonać świat, że to coś wartościowego? Nie ma problemu. Chcesz pokazać zdjęcie kotka? Niekoniecznie. Zdjęcie kotka świetnie się za to nada na Instagram. Kotki, kolorki, ładne obrazki, krótkie filmiki – wszystko pasuje. Nawet lepiej niż treść. Zresztą instagramowy interfejs jest tak skonstruowany, że to relacje i obrazki są na wierzchu. Tekst jest drugorzędny. Czasem trzeciorzędny. Czasem wystarczą wyłącznie hashtagi. Facebook plasuje się gdzieś pomiędzy. Kotek nikogo nie zbulwersuje, biznesowo ukierunkowana treść też nie.
Nie chciałbym się rozwodzić nad specyfiką poszczególnych platform. Raz, że żaden ze mnie ekspert, a dwa – to nie jest felieton poradnikowy. Chcę jedynie naświetlić, że każda z nich to trochę inny świat, którym trochę inaczej trzeba zarządzać. Posty takie, śmakie, owakie. Ładne zdjęcia, ładne filmiki, ładne słówka, ładne kwadraciki. Lajwy i relacje. Kampanie reklamowe. A do tego interakcje z użytkownikami – publiczne i prywatne. Krótko mówiąc: robota na pełen etat. A przynajmniej na pół etatu.
A jeśli masz już jeden etat?
A jeśli musisz (no dobra, niech będzie, że chcesz) jeszcze pisać książki?
Wspominam o tym nie dlatego, żeby narzekać, ale by odpowiedzieć na pytanie, które często słyszę: dlaczego nie zdecydowałeś się na self-publishing? Jak ktoś, kto pisze o biznesie i z grubsza orientuje się w rynku wydawniczym, mógł zgodzić się na to, aby inni pożerali większość kwoty, jaką czytelnik płaci za jego książkę? Odpowiedź jest oczywiście złożona i wielowątkowa, ale część wyjaśnienia brzmi banalnie: ponieważ nie miałbym czasu, żeby wydać i wypromować książkę samodzielnie. Niby jak, skoro ledwo daję radę zająć się marketingiem, który przecież i tak w ogromnej mierze leży na barkach wydawcy (kontakt z blogerami i dziennikarzami, przygotowywanie grafik, organizacja spotkań autorskich, podcastów itd.)? A co z pozostałymi powinnościami i obowiązkami – produkcyjnymi, drukarskimi, dystrybucyjno-handlowymi?
Jak to wyglądało dawniej – w erze przedsocialmediowej (albo jeszcze wcześniej – w czasach przedinternetowych)? Czy autor miał mniej pracy, ponieważ promocja książek sprowadzała się do wywiadów, kilku spotkań w kawiarniach literackich i podtykania pod nos swojej twórczości wszystkim napotkanym osobom? Czy dobra książka częściej niż dzisiaj z automatu dobrze się sprzedawała? Czy może wszystko dało się załatwić potężnymi budżetami wpompowanymi w reklamę telewizyjną, prasową albo na przystankach autobusowych? Nie mam pojęcia, nie sprawdziłem, nie zapytałem starszych kolegów. Ale wiem, że dzisiaj nawet mając wsparcie wydawnictwa, autor musi być copywriterem, specem od marketingu i PR-owcem w jednym. Najlepiej z influencerskim zacięciem i podstawowym zrozumieniem technologii. Musi umieć budować własne media. Kreować markę. Ekstrawertycznie eksponować siebie. Musi być sprzedawcą.
A skoro już wywołałem wilka z lasu…
www.unsplash.com/dole777
Przy okazji „Sprzedawcy” po raz kolejny (i to ze zdwojoną mocą) poczułem, jak wiele zadań promocyjnych potrafi się skumulować w okolicach premiery – i jak wieloma obowiązkami niezwiązanymi bezpośrednio z pisaniem trzeba się zająć. Nawet jeśli masz podejrzenie, że możesz nieco przesadzać, że po prostu spamujesz swoją premierową rzeczywistością, to jednak co rusz coś szturcha cię w bok, wrzeszcząc, że musisz to robić. Jak nie teraz, to kiedy? A jeśli ktoś zapomni o twojej książce, a jeszcze nie zdążył jej kupić? Może był na wakacjach i robił sobie socialmediowy detoks? Może facebookowe algorytmy tak ci pościnały zasięgi, że nikt się nie dowiedział o twojej bazgraninie? Przecież nie masz – a szkoda – narzędzi, które pozwoliłyby w czasie rzeczywistym precyzyjnie monitorować sprzedaż twoich utworów ze wszystkich możliwych kanałów. Może ten jeden dodatkowy post nie zaszkodzi? I kolejny też nie? I jeszcze jeden…
Oczywiście im dalej od premiery, tym kociokwik jest mniejszy. Ale to nie oznacza, że masz łatwiej. W okolicach premiery miałeś przynajmniej marketingową amunicję. Posty same się pisały. Później musisz kombinować. Szukać nowych metod komunikacji. Nowych platform, cykli, tematów, myków. Intensywność i emocje opadają, ale pracy nie ubywa. A że twoja zawodowa codzienność nie wygląda jak zdobywanie Everestu, to i o wciągające treści może nie być łatwo. A jeżeli jeszcze nałożysz na to filtr introwertyka, który nie przepada za obnoszeniem się z prywatnością, to już w ogóle.
Pewnie trochę zniechęciłem Was do pisania (nie taki miałem cel, ale może to i lepiej – po co mi nowa konkurencja?), ale mimo wszystko nadal się upieram, że to najprzyjemniejsza praca na świecie. I nie sądzę, że gdybym swoją pisarską harówę zamienił na cokolwiek innego, byłbym szczęśliwszy niż teraz. W końcu mamy skłonność do idealizowania cudzej rzeczywistości. Do wyciągania wniosków ze strzępów prawdy. Z puzzli, których nie bylibyśmy w stanie ułożyć bez podpowiedzi na opakowaniu. Czasem można dojść do fatalnej konkluzji, jeśli nie dostrzeże się całego obrazka. Dlatego warto się wysilić, aby dojrzeć całość.
A teraz – czas zaplanować pościk z tym felietonem. Ooostatni. Obiecuję.
Pomysł dojrzewał jak owoc, aż w końcu dojrzał, ale nie zdążył spaść, bo go zerwałem, więc nie jest poobijany. Smaczny Przegląd Tygodnia to nowy cykl na smakksiazki.pl. Będę Wam opowiadał o ciekawych książkach, z którymi zetknąłem się w ostatnim czasie, a będę to robił w miejscach, w jakiś sposób związanych z danym tytułem. W każdą sobotę będę serwował nowy odcinek, który, mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu. Będą kryminały, biografie, reportaże, powieści, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Partnerem cyklu jest Legimi, więc po książki, które są dostępne w ich abonamencie, będzie mogli sięgnąć praktycznie od razu. Skąd wiadomo, że dany tytuł jest dostępny w Legimi? Ano stąd, że będzie oznaczony specjalną grafiką, nie przeoczycie jej. Oddaję w Wasze ręce pierwszy odcinek, do zobaczenia za tydzień!
Byłem naiwny. Być może Państwo też, ale mogę się wypowiadać tylko w swoim imieniu. Kiedy? W marcu, kwietniu, maju – wtedy byłem, w czerwcu trochę mniej, w lipcu prawie wcale. U progu sierpnia stwierdzam, że naiwniakiem już nie jestem. Kim jestem teraz? Chyba realistą. W jakim temacie? Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie, które mają się odbyć, jak to one, w październiku.
W marcu naprawdę targi były bardzo odległą perspektywą. Mówiłem wszystkim, że spokojnie, gdzie tam jesień, życie wróci do normy, trzeba się szykować na szereg imprez, które czekają nas od września do grudnia. Jak to ładnie powiedział ktoś z branży – wiosną suchary, jesienią kawior, tyle będzie roboty. Czy aby na pewno? Żeby była jasność, jestem pewnie jednym z ostatnich blogerów, którzy mogą narzekać. Na smaku odbyło się ponad 60 Kryzysowych Spotkań Autorskich, razem z Kubą Ćwiekiem zorganizowaliśmy Viralowe Targi Książki, wydawcy łaskawszym okiem zerkają na to co robię, mam na chleb, na coś do chleba też. Jednak jak doskonale wiecie, branża eventowa leży i kwiczy. Jesień była ratunkiem po chudej wiośnie, ale być może zamiast pas poluzować, będzie go trzeba zacisnąć jeszcze bardziej. Ministerstwo Zdrowia poinformowało dziś o nowych 615 zakażeniach koronawirusem. Od wczoraj. Tradycyjnie już najwięcej zakażeń odnotowano w województwie śląskim, ale dzielnie goni nas Małopolska. Na podium załapało się też Mazowsze. Czy już powinniśmy bić na alarm? Sądzę, że tak. Czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie powinny się w tym roku odbyć? Sądzę, że nie.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe
Możecie powiedzieć, że Szaja oszalał, ale przecież większość ekspertów sądzi, że jesienią liczba zakażonych będzie rosła. Skoro dziś jest 615, to ile będzie za miesiąc, a ile za dwa? Oczywiście, nie wiemy, ale umówmy się, że szczepionka to temat najwcześniej na wiosnę. Czy wcześniej? Chyba nikt takich informacji nie podaje, prócz Madonny. Żeby dowiedzieć się więcej, podzwoniłem tu i tam, czyli do wydawców, z niektórymi rozmawiałem przy kawie. I co? Kilka naprawdę dużych wydawnictw poważnie rozważa odpuszczenie sobie krakowskiej imprezy, kolejni zapowiadają, że nawet jeśli pojadą, to na pewno nie będą narażać swoich autorów, a jeszcze inni czekają na rozwój sytuacji, pewnie jeszcze z miesiąc. Organizatorzy robią co mogą, żeby jednak zachęcić wydawców, autorów oraz czytelników do odwiedzenia imprezy. Najnowszym pomysłem jest wprowadzenie Strefy Autora, czyli specjalnie wydzielonego miejsca na terenie hali, w którym czytelnicy będą mogli zdobyć autograf pisarki lub pisarza. Reporterka Ewa Winnicka uważa, że to rozwiązanie może się sprawdzić. „Na razie wygląda na to, że autor, jeśli będzie wchodził osobnym wejściem do swojej strefy, to przetrwa. Ale co z czytelnikami? Jak będzie regulowana przepustowość? Gdzie będą czekać czytelnicy? Jak będzie chronione ich zdrowie? Być może trzeba ograniczyć liczbę osób w hali i sprzedawać bilety na godziny i kilka razy dziennie odkażać salę? Czy na temat tych rozwiązań wypowiedział się ekspert? Czekamy”. Co ciekawe, o możliwości wprowadzenia biletów czasowych wspominała w trakcie czerwcowej rozmowy na żywo na facebookowym profilu smaku także Grażyna Grabowska, prezes Targów w Krakowie. W podobnym tonie jak Ewa Winnicka wypowiada się pisarz kryminałów, Robert Małecki. „Mam wrażenie, że w przypadku sukcesu frekwencyjnego na targach proponowane działanie nie rozwiąże kluczowych problemów. Obawiam się tłumów przed wejściem do sal, w których autorzy będą podpisywali powieści, trudno będzie tam zagwarantować dystans. O tym organizatorzy milczą. Szkoda. Żeby wziąć udział w takiej imprezie wszyscy musimy mieć pełnię wiedzy. Bezpieczeństwo nade wszystko”. Pełny komunikat organizatorów o Strefie Autora znajdziecie tutaj.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: smakksiazki.pl
Oczywiście – można ograniczyć liczbę ludzi, ale jeśli do tego dodamy ograniczoną liczbę autorów, a może i wydawców, to czy takie targi mają sens? Warszawskie Targi Książki się nie odbyły – tak, wtedy sytuacja była ciut inna, bo nikt nie wiedział, jak się sprawy potoczą, poza tym od marca żyliśmy w zamknięciu. Wiecie, ile było zakażeń w dniu, kiedy warszawska impreza miała wystartować? 404. Dziś 615. W październiku? Nie wiemy, ale bądźmy chociaż raz mądrzy przed szkodą, bo, pełna zgoda, spotkania w sieci są tylko protezą realnych targów, to chyba jednak lepsza proteza niż amputacja drugiej nogi?
Skąd wiadomo, że zbliża się jesień? Wiadomo, z coraz większej liczby ciekawych premier. Jak widzicie, w sierpniu jest ich sporo, a we wrześniu będzie jeszcze większy ból głowy. Wybrałem dla Was poniższe pozycje, na które, według mnie, warto wydać pieniądze. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni, bo każdy znajdzie coś dla siebie. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o konkretnym tytule, a także go zamówić. Smacznego!
Zanim oddam głos i łamy Piotrowi Niemczykowi, ekspertowi do spraw bezpieczeństwa, byłemu dyrektorowi Biura Analiz i Informacji Urzędu Ochrony Państwa, a także autorowi książki „Krótki kurs szpiegowania” oraz współautorowi „Christine. Powieści o Krystynie Skarbek”, to chcę Pana Piotra serdecznie tutaj powitać, a Wam powiedzieć, że nie jest to incydentalna wizyta. Piotr Niemczyk będzie nas prowadził przez kręte drogi współczesnego świata, a będzie to robił w odniesieniu do literatury – najczęściej szpiegowskiej, ale nie tylko. Panie Piotrze, witam na pokładzie, proszę się czuć jak u siebie. Teraz już oddaję Was w ręce eksperta.
Media, politycy i część opinii publicznej ekscytuje się ostatnio możliwościami systemu Pegasus, który CBA wykorzystywała prawdopodobnie do inwigilacji byłego ministra transportu w rządzie Donalda Tuska, Sławomira Nowaka. Co bardziej bulwersujące, system ten pośrednio mógł służyć zdobywaniu informacji ze sztabu wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Mariusz Kamiński temu zaprzecza, ale nieprzekonująco.
W każdym razie, nagle wiele mediów obudziło się, ścigając się jak na wyścigach, kto opublikuje bardziej przerażający opis możliwości tego systemu. Tymczasem wystarczy poczytać trochę powieści szpiegowskie, żeby zorientować się, że wiedza dotycząca zaawansowanych systemów inwigilacji i sposobów ich wykorzystania jest prawie tak stara jak komputery.
Dan Brown, fot: www.danbrown.com
Systemom inwigilacji elektronicznej, o możliwościach podobnych do Pegasusa, poświęcona jest powieść Dana Browna „Cyfrowa Twierdza”, wydana w Polsce w 2005 roku. Kiedy się ją czyta, można podejrzewać, że została ona napisana na podstawie rewelacji ogłoszonych przez Edwarda Snowdena. Tyle, że Dan Brown napisał swoją powieść zanim świat dowiedział się o tym amerykańskim uciekinierze.
Ale po co szukać literatury amerykańskiej, w której nb. można się dowiedzieć naprawdę bardzo wiele o możliwościach „Singal Intelligence”, „Electronic Intelligence”, „Telekomunication Intelligence” i innych SIGINTÓW, ELINTÓW, COMINTÓW. Szczególnie tych najnowszych (polecam Toma Clancy’ego), w których akcja opiera się głównie o takie urządzenia.
Ale nie trzeba szukać daleko. Tomasz Sekielski, w powieści „Sejf” wydanej już w 2012 bardzo dokładnie wyjaśnia o co chodzi w tych „zabawkach”. Bardzo proszę: „Na monitorze komputera pułkownika Wyrwickiego pojawiła się ikona sygnalizująca nadejście nowej wiadomości. Była to informacja przesłana przez jego ludzi obsługujących system Mozart, specjalistyczne niemieckie oprogramowanie do podsłuchiwania tysięcy rozmów jednocześnie. W zależności od potrzeb Mozart mógł nagrywać połączenia wykonywane z określonych numerów, rozpoznawać i wyławiać głosy wybranych osób albo reagować na słowa klucze wypowiadane w trakcie rozmowy telefonicznej. Co więcej, pozwalał na wykorzystanie konkretnego aparatu jako mikrofonu i podsłuchiwanie rozmów, gdy telefon, pozornie nieaktywny, leżał na biurku lub spoczywał w kieszeni właściciela.”1
I kawałek dalej o tym czy można się zorientować będąc „figurantem” systemu, że on działa: „Ani on, ani dziennikarz nie zwracali uwagi na swoje telefony komórkowe, które leżały na stole. Ale nawet gdyby im się przyjrzeli, nie byliby w stanie zauważyć, że urządzenia te pracują, działając jak pluskwy. Ich dzisiejszą rozmowę, tak jak wszystkie inne prowadzone przez ostatnie dni, zarejestrował system podsłuchowy Mozart i w postaci pliku dźwiękowego przesłał do Agencji Wywiadu.”2
Sporo na temat systemów inwigilacji elektronicznej pisze również Vincent V. Severski. Zwraca uwagę na przykład na to, że aby uniknąć podsłuchiwania rozmów przez telefon, najlepszym sposobem jest… pozbyć się go. W książce wydanej 8 lat temu napisał: „Neo wie, że możemy nie tylko śledzić jego telefon, ale też podsłuchiwać go aktywnie, jeśli jest włączony. Dlatego musi go gdzieś zostawiać.”3
Vincent V. Severski, fot: smakksiazki.pl
Żeby poznać więcej szczegółów trzeba jednak wrócić do literatury amerykańskiej. O tym jak wygląda efekt monitoringu osoby objętej systemem pisze były funkcjonariusz CIA (polskiego pochodzenia), ukrywający się pod pseudonimem Martin Zelenay: „W kolumnie, pojawiają się zielone litery i cyfry. To wyniki analizy danych z internetu, poczty elektronicznej i nasłuchu prowadzonego przez NSA. Pojawienie się czerwonych cyfr u góry oznacza uruchomienie nagrywania któregoś ze znanych nam numerów telefonów; podsłuchujemy ponad czterysta bezpośrednio związanych ze sprawą. Wyłapujemy kluczowe słowa z każdej rozmowy, przekazu radiowego, analizowany jest każdy przekaz elektroniczny. Wprowadziliśmy do systemu wszystkie dane, nazwiska, pseudonimy, przezwiska, inicjały osób, mających związek z akcją. Wyniki innych analiz pojawiają się w kolumnach niżej, na jasnym tle, natomiast aktualny przekaz z SCS jest jeszcze wyżej. – Mężczyzna uniósł rękę, wskazując rzędy pomarańczowych oznaczeń literowych i cyfrowych.”4
Czy to wszystko legalne? W literaturze szpiegowskiej polskich autorów dość trudno znaleźć wyczerpującą analizę prawną. Ale już w przypadku amerykańskiej jak najbardziej. Na przykład Alex Berenson na chwilę przestaje być pisarzem, a staje się publicystą, wiernie oddając argumenty używane w amerykańskim Kongresie i w mediach:
„W USA legalność monitoringu jest wątpliwa – zgodnie z konstytucją tego rodzaju przeszukania wymagają oficjalnego nakazu sądowego. Administracja Busha uznała monitoring za legalny, pod warunkiem że NSA będzie <dokładać wszelkich starań>, aby pomijać transakcje dokonywane przez zwykłych obywateli. Zasada ta pozostawiała ogromną lukę. <Wszelkie starania> nigdy nie zostały dokładniej zdefiniowane. Nikt spoza NSA nie wiedział dokładnie, ile danych amerykańskich obywateli przechwycił rząd. Jednak po kolejnych wyborach programu nie zakończono. Nowy prezydent zdecydował, że – podobnie jak więzienie w Guantanamo – jest on zbyt przydatny, aby go tak po prostu zakończyć. (…)
Mimo to monitoring kart nie był pozbawiony wad. NSA nie zawsze była w stanie uzyskać dostęp do żądanych informacji, zwłaszcza w Chinach czy Rosji. Szacowano, że wychwytuje mniej niż połowę wszystkich transakcji na świecie dokonywanych za pomocą kart kredytowych. Wszystkie pozyskiwane dane były zakodowane, więc po ich wyłapaniu NSA musiała je jeszcze odszyfrować. (…)
NSA śledziła rozmowy telefoniczne, e-maile, komunikatory internetowe, zmiany statusów na Facebooku – cyfrową falę tsunami. Codziennie w świat wypływały miliardy wiadomości, otwartych i zakodowanych. NSA poświęcała masę energii już na samą segregację potencjalnie interesujących ją informacji. Jedynym zajęciem jednej trzeciej agencyjnych komputerów było decydowanie, czym powinny zajmować się pozostałe dwie trzecie.”5
Oczywiście sytuacja i możliwości służb specjalnych w USA, ale także Rosji, Chinach, Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech, jest diametralnie różna od tej w Polsce. I systemy nadzoru nad służbami, i kultura prawno-polityczna jest zupełnie inna. Jednak możliwości małych Pegasusów i wielkich Pegazów są identyczne, albo prawie identyczne. Dlatego ewentualność wykorzystywania narzędzi inwigilacyjnych, pod pretekstem walki z korupcją, praniem pieniędzy i przestępczością zorganizowaną, do przechwytywania informacji ze sztabu wyborczego kandydata na prezydenta, wymaga co najmniej solidnego zbadania przez odpowiednie instytucje państwowe. A przydałaby się też porządna książka na ten temat. Taka jak „Wszyscy ludzie prezydenta”.
Piotr Niemczyk
1 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 112;
2 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 138;
3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 293;
4 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str.303;
5 Alex Berenson; „Tajny agent”; przekład Magdalena Grala-Kowalska; Wydawnictwo Hachette Polska; Warszawa 2012, str. 204;
584 nowe przypadki koronawirusa w Polsce, drugi największy wzrost dobowy, największy wynik od początku czerwca. Chyba możemy już powiedzieć, że epidemia wcale się nie skończyła i zacząć zastanawiać, co zrobić dalej.Piszę te słowa w sobotę 25 lipca. Podejrzewam, że w niedzielę wynik będzie niższy, tak jak zazwyczaj w niedzielę. W poniedziałek, kiedy Państwo będzie czytać ten tekst, również powinniśmy mieć mniej nowo odkrytych przypadków. Od początku epidemii bowiem w te dni obserwujemy spadki, co wynika z rytmu pracy laboratoriów, a wzrosty zaczynają się zazwyczaj od wtorku. Ale patrząc na liczby możemy już śmiało powiedzieć, że epidemiologicznie niewiele się w Polsce zmieniło od czerwca czy maja.
Piszę o tym wszystkim w kontekście mojej aktywności pisarskiej oraz ogólnie pojętego życia festiwalowego w Polsce. Bo mam rozdarte serce. Z jednej strony chciałbym wyruszyć już w trasę, Spotkać się z Państwem, porozmawiać, opowiedzieć o książkach, które napisałem i o tych, które chcę napisać. Z drugiej strony, te ponad pięćset przypadków, w większości województw wskaźnik reprodukcji wirusa wynosi powyżej jednego (co oznacza, że epidemia jest ciągle w fazie wzrostowej), a zachorowało co najmniej siedemnaście osób, które brały udział w imprezie na katamaranie – a to są informacje tylko z tej nieszczęsnej soboty.
koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC
Sam postanowiłem już kilka tygodni temu, że zawieszam swoją aktywność spotkaniową do końca września. Wyjątkiem mogą być tylko spotkania na świeżym powietrzu (chociaż i tutaj mam pewne wątpliwości). Wydawało mi się, że do tego momentu sytuacja się wyjaśni i będę wiedział, na czym stoimy. W domyśle, będzie już na tyle bezpiecznie i na tyle spokojnie, że będzie można organizować spotkania. No cóż… Teraz, pod koniec lipca wszystko wskazuje na to, że bezpiecznie nie będzie. Jakoś nie potrafię znaleźć żadnego powodu, dla którego miałaby spać przez te dwa miesiące liczba nowych zachorowań. A do koronawirusa dojdzie jeszcze znana, swojska, ale przecież także niebezpieczna grypa.
W tym momencie zadaję sobie pytanie nie tylko o swoje bezpieczeństwo, bo to uważam, mówiąc szczerze i grzesząc przy tym arogancją, za najmniej istotne. Jestem w miarę młodym, zdrowym facetem, który prawdopodobnie przejdzie tę chorobę w miarę łagodnie. Moje obawy dotyczą przede wszystkim Państwa. Oczywiście, wiem, że na spotkaniach organizatorzy zapewniają przestrzeganie wszystkich możliwych rygorów sanitarnych. Ale znowu, wiadomość z dzisiaj, żadne półtora metra nie gwarantuje bezpieczeństwa. Nawet dwa metry. Naukowcy z Niemiec opublikowali pracę, z której wynika, że jeden z chorych zarażał osoby, które stały nawet osiem metrów od niego. Czy w tej sytuacji mam w ogóle prawo ryzykować Państwa zdrowiem?
A równocześnie mam poczucie pewnej hipokryzji. Bo odbyłem już dwie rozmowy z organizatorami festiwali kryminału, którym powiedziałem jedno i to samo – ja nie przyjadę, ale super, że robicie tę imprezę. Super, bo zdaję sobie sprawę, że ten syf z nami zostanie na długo, a najprawdopodobniej na zawsze. Musimy nauczyć się z nim żyć i tyle, a nie da się całego życia, szczególnie życia kulturalnego, przenieść do internetu. Ale czuję na sobie ciężar pewnej odpowiedzialności. Mam świadomość, że od moich wyborów może zależeć Państwa zdrowia. A równocześnie cały czas się zastanawiam, czy przesadnie nie panikuję. Być może powinienem machnąć na to wszystko ręką i po prostu robić swoje. Co będzie, to będzie. Ale chyba nie jestem jeszcze na to gotowy.
fot: www.unsplash.com/Mika Baumeister
I tak sobie myślę, że tak właśnie będzie wyglądało nasze życie w najbliższych miesiącach, a zapewne i latach. Cały czas będzie nam towarzyszył niepokój. Cały czas będziemy się zastanawiać, czy nie przyjdzie ktoś z wirusem na spotkanie autorskie, do sklepu, w którym robimy zakupy, na koncert czy nawet do pracy. Szczerze rzecz mówiąc, zastanawiam się, jak na to wszystko odpowie literatura. I postawię nieśmiałą hipotezę, że być może kolejną ofiarą koronawirusa będzie uprawiany właśnie przeze mnie gatunek. Bo kryminał rozkwita w społeczeństwach, która są bezpieczne i względnie zamożne. Co jest naturalne, bo lubimy się bać tylko wtedy, kiedy strach jest dla nas emocją niecodzienną i wiemy, że minie wtedy, kiedy odłożymy książkę lub wyłączymy telewizor. Nie potrzebujemy go, kiedy towarzyszy nam nieustannie, przy każdym wyjściu z domu. Co więc zamiast kryminału? Sam jestem ciekaw. Ja stawiam na fantastykę. Kiedy świat za oknem jest nieprzyjemnym miejscem, fajnie jest uciec do jakiegoś wymyślonego neverlandu, gdzie wszystko jest prostsze i łatwiejsze.
Trzymajcie się Państwo zdrowo. Uważajcie na siebie. Noście maseczki. Trzymajcie dystans. I do zobaczenia, im szybciej, tym lepiej.
Powiem szczerze, że gdy dwa lata temu Łukasz Orbitowski opowiedział mi o tematyce swojej najnowszej książki, czyli o objawieniach maryjnych, to byłem przekonany, że właśnie padłem ofiarą kiepskiego żartu. Jak się to wszystko potem potoczyło – wiemy. „Kult” okazał się kapitalną książką, którą zresztą umieściłem wśród najlepszych książek 2019 roku. Przyznacie, że miałem prawo poczuć się dość nieswojo, gdy kilka dni temu Łukasz powiedział, że… chce napisać książkę o UFO. Mam nadzieję, że efekt będzie podobny jak z „Kultem”, ale o tym przekonamy się wiosną przyszłego roku, bo wtedy ma pojawić się w księgarniach „Chodź ze mną”. Rozmawiamy też o śmierci Jerzego Pilcha, a także o „Pokorze” – nadchodzącej książce Szczepana Twardocha.
Nowy sezon „Opowiem Ci o zbrodni” zostanie wyemitowany na antenie Crime + Investigation Polsat już w listopadzie. Będzie to trzecia edycja tej serii, a jak doskonale pamiętacie, odcinki telewizyjne to nie wszystko, bo zawsze towarzyszy im książka, która tym razem zostanie wydana przez Skarpę Warszawską. Kto wystąpi w nowej serii?
Tą informacją podzielił się z Czytelnikami w piątek na swoim profilu facebookowym Rafał Bielski, szef Skarpy Warszawskiej. Z jego wpisu wynika, że będzie naprawdę ciekawie. Część nazwisk jest Wam już znana, ale są też zupełnie nowe osoby. Na ekranie, ale też w książce, mają się pojawić: Katarzyna Bonda, profiler Bogdan Lach, Joanna Opiat-Bojarska, Wojciech Chmielarz, Max Czornyj, Igor Brejdygant, Małgorzata i Michał Kuźmińscy oraz Robert Małecki. Wyżej wymienieni wezmą na warsztat wybrane przez siebie zbrodnie, które opiszą na podstawie dostarczonych im akt sądowych. Z racji tego, że koszula bliska ciału, to jestem ciekaw, czy w nowej serii pojawi się jakaś historia ze Śląska. W zeszłej edycji Małgorzata i Michał Kuźmińscy opisali morderstwo rytualne w bunkrze w Rudzie Śląskiej. Przyznam, że ciekawi mnie również jak wypadnie profiler Bogdan Lach, dla którego rozwiązywanie kryminalnych zagadek to codzienna praca. Jeśli chciecie zobaczyć naszą rozmowę o seryjnych zabójcach, to kliknijcie tutaj.
W ostatnich miesiącach mierzymy się z nową rzeczywistością, częściej zostajemy w domach, szukamy kontaktu z kulturą, potrzebujemy rozrywki. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, Wydawnictwo Sonia Draga rozpoczyna realizację projektu Czas na czytanie w ramach programu Kultura w sieci finansowanego przez Ministerstwo Kultury.
Już od 20 lipca na facebookowym profilu Wydawnictwa Sonia Draga dwa razy w tygodniu prezentowana będzie powieść Radka Knappa Osioł na ósmym piętrze(przeł. Jacek Stanaszek) w interpretacji Mirosława Neinerta, aktora i dyrektora katowickiego Teatru Korez.
Osioł na ósmym piętrze to przewrotna opowieść o znawcach natury ludzkiej i koneserach kobiecych wdzięków, o Otisie Reddingu i sprytnych wiedeńczykach, o spojrzeniu w dal i znaczeniu rozgwieżdżonego nieba. Nawiązując do wspaniałej tradycji wschodnioeuropejskich prozaików, Radek Knapp opisuje przygody obiboka i poszukiwacza sensu życia, który ma nadzieję, że cierpliwość i przychylny los przyniosą mu kiedyś upragnione szczęście.
W ramach projektu odsłuchać będzie można także fragmenty innych powieści publikowanych przez Wydawnictwo Sonia Draga czytane przez aktorów śląskich teatrów. Zaplanowane są choćby wyimki z monumentalnej powieści Antonia Scuratiego M. Syn stulecia (przeł. Alina Pawłowska-Zampino) w interpretacji Grzegorza Przybyła, aktora Teatru Śląskiego.
www.unsplash.com/FPVmat A
Zapraszamy do śledzenia profilu Wydawnictwa na Facebooku, gdzie będą się pojawiać informacje o kolejnych realizacjach w ramach projektu oraz dacie uruchomienia strony internetowej poświęconej realizacji Czasu na czytanie.
Wydawnictwo Sonia Draga jest jednym z czołowych producentów audiobooków na polskim rynku. Wydało już ponad 240 tytułów i stale powiększa swoją ofertę. Bogata kolekcja kryminałów oraz literatury pięknej zadowoli gusta nawet najbardziej wymagających miłośników książek.
Dzięki realizacji projektu Czas na czytanie Wydawnictwo chce dotrzeć do szerszego grona czytelników i zachęcić ich do korzystania z tej formy odbioru literatury. Audiobooki znakomicie sprawdzają się w podróżach krótkich i długich, w domu, podczas wykonywania innych czynności, a także w czasie uprawiania sportu. Wszystkie tytuły, których możecie posłuchać znajdziecie tutaj.
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.