Kategoria: Aktualności

  • „Gdy byłam mała liczyłam wagony”. Rozmowa z Anną Kańtoch o „Wiośnie zaginionych”

    Wątek pociągów pojawia się w książce Anny Kańtoch nie pierwszy raz. W „Wierze” pojawił się dworzec w Węgierskiej Górce, a my spotkaliśmy się przy posterunku kolejowym w Katowicach Janowie – w te okolice wybiera się na spacery główna bohaterka „Wiosny zaginionych”. Bohaterka, która jest emerytowaną policjantką, ale ma do rozwiązania jeszcze jedną zagadkę, związaną bezpośrednio z jej rodziną. Co wydarzyło się w 1963 roku na wycieczce w Tatry? Dlaczego z piątki studentów wróciła tylko jedna osoba? Co się stało z bratem głównej bohaterki? „Wiosna zaginionych” to pierwsza część trylogii kryminalnej, której fabuła toczy się przede wszystkim na Śląsku. Zobaczcie naszą rozmowę, w trakcie której: przejeżdża pociąg, gryzą nas komary, znajdujemy wenę w katowickim lesie oraz rozmawiamy o naszej fascynacji koleją.

     

  • Czego warto wypatrywać w październiku?

    Październik równie obfity jak wrzesień, ale nie może być inaczej, bo przecież dziesiąty miesiąc roku to zawsze gwarant sporej liczby premier. Poklikałem, poszukałem, a efekty widzicie poniżej. Gdybym miał wydawać pieniądze na nowości, to z dużym prawdopodobieństwiem wybierałbym z tej listy. Macie swoich faworytów? Jest też kilka ciekawych wznowień, ale jednak to zestawienie dotyczy tylko nowości. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się do sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule, a także zamówić książkę.

  • Wszystko zaczęło się od toalety w sądzie, czyli historia „Ostatniego wyroku”

    Morderstwo w sądzie okręgowym w Warszawie! Nie żyje sędzia, która w przerwie rozprawy wyszła do toalety. Podejrzanym, a finalnie oskarżonym jest radca prawny, którego odciski palców oraz długopis śledczy znaleźli w feralnej toalecie. Pewnie tak, albo jeszcze bardziej dramatycznie, brzmiałyby nagłówki brukowców, gdyby wszystko wydarzyło się naprawdę. W „Ostatnim wyroku” Bartosza Lecha Grykowskiego prawdziwy jest sąd oraz toaleta, a reszta to na szczęście tylko wytwór wyobraźni autora. Oskarżonego radcę prawnego broni jego szef, a w tle przewijają się wątki reprywatyzacji warszawskich nieruchomości. Czy prokurator Tomasz Wilczur ma niezbite dowody, dzięki którym wsadzi Piotra Radeckiego za kratki na długie lata? Do jakich informacji dotrze obrońca? Czy panowie są ze sobą szczerzy, a może grają w skomplikowaną grę? O tym wszystkim rozmawiam z Bartoszem Lechem Grykowskim, który na co dzień jest…adwokatem.

  • Fragment „Bez reszty”, najnowszej książki Wojtka Miłoszewskiego

     

    Wojtka Miłoszewskiego poznaliśmy dzięki, jak sam mówi, „trylogii o szczelaniu”. Już dawno ma sobą czas, kiedy był dla czytelników młodszym bratem Zygmunta, bo dorobił się swojego grona fanów i fanek. 30 września w księgarniach pojawi się „Bez reszty”, czyli kryminał z Kastorem Grudzińskim w roli głównej. Czy kupić? Kupić. Czy przeczytać? Przeczytać. Na zachętę zapoznajcie się z prologiem. Wkrótce pojawi się na stronie rozmowa z autorem, a także będą książki do zgarnięcia, bo smakksiazki.pl jest jednym z partnerów medialnych „Bez reszty”. No to w imieniu Wojtka Miłoszewskiego zapraszam Państwa do mroźnego Krakowa lat dziewięćdziesiątych. Aha, jeśli macie ochotę przeczytać więcej o fabule książki oraz ją zamówić, to kliknijcie w okładkę. 

    Mróz pokrył świat skrzącym się szronem. Dachy stoisk i pawilonów nowohuckiego Tomexu mieniły się delikat- nie w świetle latarni. Z powodu przedświątecznej pory w ciągu dnia na bazarze kwitł wzmożony handel. Teraz dochodziła północ, ale ekipy sprzątające skończyły pracę ledwie dwie godziny wcześniej. Dwa samochody zaparkowane pod jednym z dachów nie wzbudzały podejrzeń, bo na terenie kompleksu stało jeszcze kilka pojazdów, a mrok skrywał sylwetki ludzi w środku. Za kierownicą dużego fiata kombi siedział komisarz Kastor Grudziński. Miał na sobie grube sztruksowe spodnie oraz zimowe buty na twardej podeszwie. Cholernie niewygodne i piekielnie ciepłe. Pod spodniami kalesony, a pod kurtką dwa swetry i trzy podkoszulki. Zerknął w lusterko, na swoją przeraźliwie bladą twarz z drobnym nosem. Skóra wyglądała tak samo jak dachy bazaru. Spod grubej wełnianej czapki wystawały długie do ramion blond włosy. Czoło znaczyła blada po- szarpana blizna.

    Chryste, popatrz na moją twarz – mruknął. – Czy to już hipotermia?

    Weź mi nic nie mów. Od kwadransa się nie poruszyłem. Mam wrażenie, że z każdym ruchem tracę połowę ciepła.

    Kastor spojrzał na siedzącego obok nadkomisarza Krzysztofa Tyszowieckiego. Naczelnik wydziału kryminalnego nosił okulary w drucianej oprawce, które w połączeniu z bujną brodą nadawały mu wygląd dobrodusznego profesora. Tyle że teraz Tyszol, jak nazywano go na komendzie, wyglądał na zmarzniętego profesora, który wylazł spod mostu, żeby wyżebrać od przechodniów kilka drobniaków.

    Wyglądamy jak bezdomni – powiedział komisarz.

    Ale zmotoryzowani. – Tyszowiecki skrzywił twarz w uśmiechu i nacisnął uszankę mocniej na głowę.

    Mam wrażenie, że w tym zasranym fiacie jest zimniej niż na zewnątrz.

    Zabawa się zacznie, jak nie przyjadą za dwie albo trzy godziny. Wtedy szyby pokryje szron. Wiesz, co to znaczy? Choć chwilę wcześniej wydawało mu się to nieprawdopodobne, Kastor zesztywniał jeszcze bardziej. Nie mogli zeskrobać szronu, by samochód się nie wyróżniał. Musieliby wyjść i prowadzić dalej obserwację z zewnątrz, stercząc na dziesięciostopniowym mrozie.

    Cofam to, co powiedziałem. Tu jest cieplej niż na zewnątrz. Znów zerknął we wsteczne lusterko. Kilka metrów za nimi stał polonez. Wydział przestępstw gospodarczych reaktywowano po krótkiej przerwie; w samochodzie siedziało więc dwóch, jak ich potocznie nazywano, pegowców. Władek i Mirek, jeden głupszy od drugiego. Byli kompletnymi fajtłapami, ale kryminalni zabierali ich na akcje, bo dzięki temu mieli o wiele mniej papierkowej roboty.

    Kastor przeniósł wzrok na budkę przy szlabanie zagradzającym wjazd na teren Tomexu. W oknach paliło się światło. Siedzący tam cieć wiedział, że przyszykowali tej nocy zasadzkę. Nie mogli mieć pewności, czy nie współpracował ze złodziejami, więc na wszelki wypadek odcięli mu telefon i zabronili wychodzić. Komisarz pomyślał z tęsknotą o małej farelce, która w ciasnym wnętrzu stróżówki dbała o odpowiednią temperaturę. Dałby się teraz pokroić za taki luksus.

    Kilka dni wcześniej dostali cynk od jednego z ucholi, że na bazar trafi transport kradzionych płyt kompaktowych. Kastor słyszał już o tym technologicznym cudeńku. Muzykę zapisywano na nośniku w sposób cyfrowy. Nieważne, ile razy przesłuchało się taką płytę, jakość dźwięku pozostawała bez zarzutu. Niedawno się zastanawiał, czy nie kupić sobie takiego odtwarzacza, ale okazało się to marzeniem ściętej głowy. Ceny były astronomiczne. Z drugiej strony nie narzekał, bo bogatsi pozbywali się płyt gramofonowych. Dwa tygodnie wcześniej wszedł w posiadanie pokaźnej kolekcji, którą ktoś po prostu zostawił na śmietniku pod jego domem.

    Super, pomyślał z rozżaleniem. Tkwię tu od kilku godzin, mrożąc dupsko, żeby złapać złodziei. Ale na nic mnie nie stać i grzebię po śmietnikach.

    Coś tak ucichł? – spytał Tyszol.

    Nic. Myślałem o muzyce rozrywkowej dla bezdomnych buszujących po kontenerach ze śmieciami.

    Czyli użalałeś się nad sobą? – Skąd wiesz? – Parę dni temu wygrzebałem u siebie pod blokiem kilka albumów Zauchy. Okładki musiałem wywalić, bo waliły starym jajem, ale płyty chodzą jak złoto. – Nadkomisarz zarechotał, a Kastor szybko do niego dołączył. – Pamiętaj, że użalanie się nad sobą jest niemęskie.

    Wiem. Ale nic nie poradzę, że jednocześnie jest trochę przyjemne.

    Kawy może łykniemy? Komisarz chciał odmówić, bo miał wrażenie, że choć napój cudownie rozgrzewał, to potem robiło się jeszcze zimniej, ale podniósł tylko rękę w geście nakazującym ciszę, bo szlaban na wjeździe bazaru powędrował w górę. Ciężarowa scania wtoczyła się na plac, a zaraz za nią ciemne bmw serii 7. Warte tyle, co kilka mieszkań w centrum Krakowa. Policjanci opuścili dużego fiata i ruszyli pewnym krokiem w kierunku dwóch mężczyzn, którzy właśnie wysiedli z bmw. Komisarz widział tylko jeden problem. Żeby się wylegitymować, musiał rozpiąć kurtkę, wpuszczając pod spód lodowate powietrze. Zatrzymywanie złodziei zwykle przebiegało bezproblemowo. Wiedzieli, że wpadli i poddawali się bez problemów, by jak najszybciej usłyszeć wyrok, odsiedzieć swoje i wracać do pracy. Czyli do kradzieży. Co innego rozbojarze. Z tymi zawsze były problemy. Ale złodzieje unikali przemocy.

    Policja! – ryknął i jak najszybciej wyciągnął legitymację.

    Tyszol zrobił to samo. Przyspieszyli kroku, na wypadek gdyby tamci spróbowali ucieczki. To akurat mogło się zdarzyć. Jeden z mężczyzn otworzył jednak niespodziewanie tylne drzwi bmw, sięgnął do środka i zaraz rozpętało się piekło. Grad pocisków zagrzechotał na skutej mrozem zie- mi. Spanikowani policjanci rzucili się do tyłu, za dużego fiata.

    Po krótkiej chwili nocną ciszę przerwała kolejna kano- nada. Rozległ się łoskot kul przebijających karoserie fiata, brzęk tłuczonych szyb. Kastor, kuląc się, na migi ponaglał pegowców, by wysiedli i też zaczęli strzelać. Polonez błysnął światłami, a z rury wydechowej buchnął siwy dym. Komisarz przeraził się, że tamtych dwóch debili postanowiło staranować przestępców. To byłaby pewna śmierć!

    Obawa ustąpiła jednak wściekłości, gdy tylko zobaczył, że polonez ruszył ostro na wstecznym, by wykręcić pod płotem w kierunku drugiej bramy.

    Te chuje z PG uciekają!

    Będą przeładowywać! – Tyszol przekrzykiwał terkot pistoletów maszynowych.

    Biegnij pod ścianę za filar, osłonię cię!

    Kastor kiwnął głową i wyszarpnął spod kurtki czaka. Kanonada ucichła, a nadkomisarz Tyszowiecki wychylił się zza kufra fiata i odpowiedział ogniem. W tym samym momencie Kastor rzucił się do pobliskiej ściany. Przywarł do betonowego słupa i wymierzył dokładnie. Trafił jednego z tamtych w ramię. Drugi z miejsca skierował broń na pozycję komisarza i kule gruchnęły w beton filaru, wzbijając chmarę odłamków.

    Gdy Kastor się wychylił po kilku sekundach, zachęcony ciszą, zobaczył, że kierowca scanii przesiadł się do bmw i wszyscy trzej wyjeżdżają pełnym gazem w Bieńczycką. Wybiegł za nimi na ulicę i złożył się do strzału, ale luksusowe auto szybko nabrało prędkości. Byli poza zasięgiem. Do fiata wracał z wyrazem kompletnego szoku na twarzy. Policję się obrażało. Policję się opluwało. Poniewierało się. Policji ostatecznie można było dać w łeb. Ale ostrzeliwać w taki sposób? Z pistoletu maszynowego? To przypominało jakąś cholerną bitwę! Gdy tylko dostrzegł Tyszola, pobiegł. Klęknął przy nim i zobaczył, że z ust tamtego wypływa krew.

    Zerwał się na nogi i pognał do dyżurki. W pierwszej chwili uznał, że cieć uciekł. Dopiero po chwili zauważył gruby tyłek wystający spod biurka. Kastor sięgnął po słuchawkę, po czym z rozpaczą uświadomił sobie, że przecież sami odcięli telefon. Wrócił biegiem do fiata tylko po to, by się przekonać, że ich radiotelefon roztrzaskała kula.

    Klęknął przy nadkomisarzu i zaczął reanimację. Nigdy go do tego nie szkolono, ale widywał nieraz zespoły pogotowia w akcji. Uciskał rytmicznie klatkę Tyszola, co jakiś czas wdmuchując mu powietrze do ust. Jęknął, gdy się zorientował, że przy każdym dmuchnięciu z dziury w piersi kolegi wypływa spieniona krew. Gdzieś w oddali zawyły syreny. Ktoś pewnie zadzwonił na policję, zaniepokojony kanonadą. Albo funkcjonariusze PG wspięli się na wyżyny bohaterstwa i powiadomili centralę. Wytrzeszczone oczy Tyszola patrzyły bez wyrazu, a spływająca krew parowała w kontakcie z lodowatą ziemią.

    Nie umieraj, słyszysz?! – Kastor ryknął, nie przerywając rozpaczliwej reanimacji. – Nawet mi się, kurwa, nie waż zdychać!

  • „Żałuję, że nie wydałam książek Stiega Larssona”

    Pierwsza rozmowa w nowym cyklu, w którym będę pytał wydawczynie i wydawców o ich pomysły na uporządkowanie rynku literackiego, spostrzeżenia na bieżące kwestie, wizje działania w trakcie pandemii, a także o wydane tytuły, które są powodem do dumy oraz te, z którymi się nie udało. Sonia Draga przyznaje, że żałuje sagi „Millennium” Stiega Larssona, a po stronie zysków zdecydowanie zapisuje Dana Browna. Łapcie naszą rozmowę, już pracuję nad kolejnymi. Sonia Draga jest kandydatką na szefową Polskiej Izby Książki. 

  • „Historia jest dla mnie podstawowym pożywieniem literackim”. Rozmowa ze Szczepanem Twardochem

    Pokora” to opowieść o synu górnika z Górnego Śląska, który wyrwany z jednego świata nie jest w stanie zapuścić korzeni już nigdzie indziej, ale też historia o wojnie, Europie, świecie i miłości. Rozmawiamy o samotności bohatera, podziałach klasowych, jarmarcznym postrzeganiu Śląska oraz serialu „Król” na podstawie książki Szczepana Twardocha, który już wkrótce pojawi się na ekranach dzięki Canal+.

  • „Związek z Rudolfem Heinzem uważam za udany”

    Nic nie trwa wiecznie, wszystko się kiedyś kończy, każda seria ma swój kres, itd. Te zwroty słyszeliście pewnie w swoim życiu wiele razy, ale jednak łezka się w oku kręci, gdy uświadomimy sobie, że naprawdę pewna era dobiega końca. Mariusz Czubaj postanowił zakończyć cykl z Rudolfem Heinzem w roli głównej. Czy będziemy tęsknić? Oczywista oczywistość. Czy „Cios kończący” naprawdę wszystko kończy? Co robi profiler w ostatniej części swoich przygód i jak ona się w ogóle kończy? O tym wszystkim rozmawiam z Mariuszem Czubajem w pięknych okolicznościach przyrody, czyli między świętochłowickimi familokami, bo tam również Heinz się zapuszcza.

  • Osobista instrukcja czytania – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Jako człowiek żyjący z pisania – w większym stopniu do gazety, w mniejszym książek – doskonale rozumiem, że czytelnik to mój pan, klient i chlebodawca. Ale gdyby tak spróbować trochę pogrzebać w jego guście?

    Wielu autorów – w tym niżej podpisany – utrzymuje, że pisze takie książki, jakie sami chcieliby przeczytać. Oczywiście nie można tych deklaracji traktować zbyt dosłownie. Żaden z nas nie żyje w próżni. Tworzymy powieści, które są oceniane i recenzowane. Widzimy, co się czytelnikom podoba, a co ich odtrąca. Mamy osobistych recenzentów, obeznanych w literaturze wydawców i porządnych redaktorów, którzy weryfikują nasze fabularne i językowe fikołki, zanim trafią do druku. Więc choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli się wybić na niezależność, nigdy nie będzie dla nas w pełni osiągalna.

    Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest wielu autorów, którzy chętnie tworzyliby inaczej – może wolniej, może bardziej wysublimowanie, może w ogóle dryfowaliby wokół innych tematów – ale prawa ekonomiczne są główną determinantą ich działań. Sprawiają, że piszą pod dyktando swojej bazy fanów albo grasujących tu i ówdzie trendów. Ale przyjmijmy na chwilę, że jednak większość autorów – w tym niżej podpisany – stara się pisać tak, żeby usatysfakcjonować przede wszystkim siebie, swojego najważniejszego czytelnika.

    Z tej okazji przygotowałem ściągę – dla tych, którym nie chce się mnie czytać albo którzy z jakiegoś powodu są ciekawi, dlaczego piszę tak, a nie inaczej. Wyjaśniam pokrótce, jak wygląda mój czytelniczy – a więc też pisarski – świat. Co mi się podoba, a co mnie mierzi w kryminałach, które zabiegi fabularne kupuję, a przy których czuję się tak, jakby ktoś próbował wcisnąć mi odkurzacz przez telefon.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Być może odniesiecie wrażenie, że to rodzaj polemiki z niektórymi czytelnikami moich książek (zwłaszcza „Sprzedawcy”) i nie będę się tego wypierał. Być może uznacie, że wpisuję się tem tekstem w toczoną w mediach społecznościowych dyskusję o tym, czy autorzy powinni krytycznie oceniać innych autorów. Tego też się nie wyprę. Ale prawda jest taka, że podobnie jak każdy uważam, że moja racja jest mojsza niż twojsza. I jeżeli zdołam przekonać choćby jednego czytelnika do innego spojrzenia na niektóre elementy kryminalnej układanki, poczuję, że świat stał się ciut bliższy takiemu, w jakim chciałbym żyć.

    Brutalność

    W łódzkiej trylogii nie patyczkowałem się z czytelnikami. Sypałem brutalnymi zabójstwami, wątkami pedofilskimi, zoofilią. Nie było lekko. Było ciężko, gorzko, duszno, brzydko, ponuro. Momentami brutalnie, momentami obrzydliwie. Często strasznie. Ale zależało mi na tym, żeby tej traumatycznej rzeczywistości nie przedstawić aż nadto dosłownie. Żeby nie fruwały wszędzie flaki. Żeby – jak to określił redagujący moje powieści Mirosław Grabowski – powieść nie zamieniła się w poradnik dla zwyrodnialców. Nie mam pojęcia, czy to mi się w pełni udało, ale chęci miałem dobre.

    Nie przepadam za lukrowaniem bohaterów i koloryzowaniem rzeczywistości. Podobają mi się dosadne kryminały, w których zniszczeni przez życie śledczy podejmują się spraw przerastających ich kondycję psychiczną. Ale lubię, gdy autor wie, w którym momencie należy postawić kropkę. Gdy przemoc opisana jest w sposób pobudzający wyobraźnię, a więc zawierający pewne niedopowiedzenia i zmuszający do wybiegania myślami poza to, co znajduje się na papierze. Nie w sposób anatomiczny, dosłowny, szokujący, efekciarski.

    W „Sprzedawcy” wspomnianą kropkę postawiłem jeszcze nieco wcześniej. I dostałem za to po uszach, ponieważ najczęstszym zarzutem padającym pod adresem książki jest ten, że nie dość szczegółowo opisałem, jak główny bohater maltretuje swoje ofiary… Chyba powinienem się cieszyć, że padło na niedostateczną brutalność, a nie, dajmy na to, koślawość fabularną, ale mimo wszystko jestem tym zaniepokojony. Znane z epatowania brutalnością filmy klasy B pozostały tam, gdzie ich miejsce – w niszy. Natomiast literatura klasy B niebezpiecznie wkracza do głównego nurtu.

    Objętość

    Jestem nieco oldschoolowym i pragmatycznym czytelnikiem. Po pierwsze: uwielbiam papier. Po ebooki sięgam w ostateczności, a audiobooki umilają mi głównie bieganie. A po drugie: zwykle sięgam po książki, które jestem w stanie względnie komfortowo czytać w zatłoczonym autobusie. Choć rzecz jasna zdarzają się wyjątki – „Terror” Simmonsa czy „Wyznaję” Cabré połknąłem w całości, kursując między domem a pracą.

    Jednak objętość nigdy nie była dla mnie fabularnym problem. Także w przypadku literatury czysto rozrywkowej. Lubię dłuższe kryminały – liczące po 500, 600 stron. Takie, w których autor może się w pełni wypisać. W których przedstawia coś więcej niż zdawkowy rys charakterologiczny bohaterów. W których nie chodzi na fabularne skróty i nie narzuca rollercoasterowego tempa. W których od czasu do czasu wrzuci coś, co być może jest bez znaczenia dla głównego wątku, ale wnosi fajną niekryminalną wartość.

    Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby obniżyć ocenę powieści kryminalnej ze względu na jej poważną objętości – chyba że byłaby fabularnie pusta i rozdmuchana jak niektóre seriale. Nie odrzuciłbym też książki przed lekturą z powodu jej grubości. I nie bałbym się tego, że poboczne wątki spowolnią tempo czytania – nie jestem zawodowym recenzentem, więc od szybkości mielenia utworów nie zależy mój dobrostan finansowy. Nie chodzi o to, żeby tygodniami łamać sobie głowę nad literaturą rozrywkową, ale miło jest czasem zwolnić, spojrzeć z szerszej perspektywy na postępowanie bohaterów, rozsmakować się w słowach albo pomysłach fabularnych. O ile, rzecz jasna, treść na to pozwala.

    Realizm

    Kiedy rozpoczynałem przygodę z literaturą Jørna Lier Horsta, sądziłem, że przeczytam kryminał inny niż wszystkie. W końcu facet przez połowę życia pracował w policji. Myślałem, że wreszcie się dowiem, jak naprawdę wygląda świat śledczych. I co? I nic. Przeczytałem kryminał (dobry, może nawet bardzo dobry), który pod względem opisu działań policyjnych niespecjalnie się różnił od innych tego typu utworów. Wtedy zrozumiałem, że powieściowy świat kryminalny musi być w mniejszym lub większym stopniu podkręcony. Że gdybym dostał utwór, w którym praca policyjna opisana jest z reporterską dokładnością, najpewniej potwornie bym się przy nim wynudził.

    Oczywiście oczekuję, że kryminalna fabuła finalnie jakoś się zepnie. Że bohaterowie będą postępować logicznie. Że na koniec odniosę wrażenie, iż właśnie przeczytałam historię, która mogłaby się wydarzyć naprawdę – przy założeniu, że w życiu garstki osób skumulowałaby się masa przedziwnych zdarzeń. Ale nie fetyszyzuję realizmu, ponieważ wiem, że mógłby zdewastować odbiór powieści.

    Kryminał to nie reportaż. Ale to także nie fantasy. Słabo, gdy bohater przyjmuje trzy kulki, a potem niczym John Rambo wycina w pień przeciwników. Równie słabo, gdy kryminał dostarcza emocje jak film o facecie w łódce. Tak więc: podkręcanie lub upraszczanie rzeczywistości – tak, niebezpieczne igranie z logiką – nie.

    Zakończenia

    Jestem fanem Jo Nesbø. Uważam, że to najlepszy współczesny autor powieści kryminalnych. Porywa mnie swoimi historiami – nie tylko o Harrym Hole. Ale finały większości jego książek wydają mi się przekombinowane. Zbyt sensacyjne. Napakowane twistami. Nie jak filmy ze Stevenem Seagalem, ale jednak odbiegające od moich oczekiwań.

    Jo Nesbø, fot: smakksiazki.pl

    Teoretycznie o to w kryminałach chodzi. Żeby przez całą książkę wpuszczać czytelnika w maliny, a potem go zaskoczyć. Tyle że ciężko wszystko zaaranżować tak, aby trzymało się kupy. Łatwo zgubić balans i popaść w przesadę. Znacznie trudniej zafiniszować tak, żeby się większości podobało. I to nie dlatego, że autorzy się spieszą, piszą końcówki na kolanie albo nie mają na nie pomysłu. Po prostu taki już urok finałów. Nie śmiem się dąsać na Nesbø za jego zakończenia.

    Całkiem niedawno odkryłem, że najprzyjemniej czyta mi się kryminały, które są lustrzanym odbiciem treningu biegowego. Zwykle zaczynasz go trochę zbyt ostro, jakbyś był zaskoczony tym, że w ogóle zwlekłeś się z kanapy. Potem wyrównujesz tempo i starasz się utrzymać je na satysfakcjonującym poziomie. Na koniec decydujesz się na sprint w granicach swoich możliwości, żeby podkręcić wynik. A po ostrym finiszu pamiętasz o tym, żeby się rozbiegać, porozciągać, wyciszyć, nawodnić i nieinwazyjnie wrócić do rzeczywistości.

    Krzysztof Domaradzki

  • Pełny program pierwszego Salonu Smaku Książki

    Gdybym rok temu powiedział, że zaczynam robić spotkania w sieci, to pewnie wysłalibyście mnie do najbliższego psychiatry. Co więcej, pewnie bym z tej propozycji skorzystał, bo przecież imprezy odbywały się często, było ich dużo, nikt nie wiedział, co czai się za rogiem oraz jakie będą tego konsekwencje. Gdy w maju zrobiłem z Jakubem Ćwiekiem Viralowe Targi Książki, to sami nie wiedzieliśmy czy to wszystko zadziała. Później wirtualne targi zaczęli robić możni tego świata, z którymi ani nie mogę, ani nie chcę iść na zderzenie czołowe. Czym jest Salon Smaku Książki? Cyklem spotkań w sieci, których we wrześniu będzie dwanaście, wszystkie na żywo. Będzie aż osiem paneli, trzy spotkania „sam na sam”, a także jedna prelekcja. Czy Salon się Wam spodoba? Mam nadzieję, ale jeśli macie juz uwagi/sugestie w kontekście programu, to dajcie znać. Niczego nie zmienię, ale na przyszłość jestem otwarty na Wasze pomysły. Do zobaczenia w najbliższą sobotę!

    10:00 „Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie 2020 – nowa rzeczywistość, nowe wyzwania”. Porozmawiam z Grażyną Grabowską, prezes Targów w Krakowie oraz  Hanna Grudzińską, redaktor naczelną Wydawnictwa Marginesy.

    11:00 „Nowości z przeszłości”, czyli jak wygląda praca w antykwariacie, dlaczego stara książka nie zawsze jest coś warta, a także o wyszukiwaniu kolekcjonerskich perełek i nadchodzącej aukcji online Antykwariatu Kwadryga. Moimi gośćmi będą Artur Jastrzębski oraz Marcin Gałązka.

    12:00 Panel dotyczący tegorocznej Nocy Księgarń. Jak koronawirus utrudnił zorganizowanie imprezy, jakich gości i gdzie możemy się spodziewać w październiku?

    13:00 „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny”. O zbiorze opowiadań porozmawiam z Marią Paszyńską, Magdą Knedler oraz Maciejem Siembiedą. Kliknijcie tutaj, jeśli chcecie przeczytać więcej o książce.

    14:00 Przepytam Marka Stelara na temat „Blizn” – jego najnowszego kryminału. Więcej o książce tutaj.

    15:00 „Książka na ekranie, czyli jak zamienić słowa w obraz?”. O tym porozmawiam z Ałbeną Grabowską, Igorem Brejdygantem i Jarosławem Sokołem.

    16:00 Maciej Siembieda porozmawia ze swoimi gośćmi o prywatności w Internecie. Jak daleko można dopuścić czytelnika, a może nie ma żadnych granic? W panelu wezmą udział: Magdalena Witkiewicz, Vincent V. Severski, a także Robert Małecki.

    17:00 Marcel Woźniak opowie o „Tyrmandzie. Pisarzu o białych oczach” – czyli swojej najnowszej książce, która ukaże się w październiku.

    18:00 Janusz Szostak opowie mi o poszukiwaniach Iwony Wieczorek, ale też o tym, jak przekonać gangsterów do rozmowy z człowiekiem mediów. Porozmawiamy też o „Otchłani grzechu” oraz kolejnych pomysłach na książki znanego dziennikarza śledczego.

    19:00 Przedpremierowe spotkanie z Anną Kańtoch o „Wiośnie zaginionych”

    20:00 „Opowieść czy nawalanka? Miejsce gier komputerowych w uniwersum popkultury”. W panelu udział wezmą:  Krzysztof Zajas, Jakub Szamałek,  Tomasz Majkowski

    21:00 Co nowego w skandynawskim kryminale? Na kogo powinniśmy zwrócić uwagę? Czy ktoś dopisze kolejne tomy sagi „Millenium”? O tym, a także o wielu innych tematach związanych z kryminałem porozmawiam z Katarzyną Tubylewicz, Natalią Kołaczek (Szwecjoblog) oraz Rafałem Chojnackim (deckare.pl)