Kategoria: Aktualności
-
567 dni. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego
W czasach nieokiełznanej konsumpcji zadziwiająco zmienia się czas oraz sposób obcowania z książkami. I to zarówno z perspektywy czytelników, jak i autorów.
Mniej więcej półtora roku. Osiemnaście i pół miesiąca. Ponad osiemdziesiąt tygodni. A dokładnie pięćset sześćdziesiąt siedem dni. Tyle czasu najprawdopodobniej upłynie od premiery „Sprzedawcy” do chwili, w której w księgarniach pojawi się moja następna powieść. Odkąd zdałem sobie z tego sprawę, próbuję odpowiedzieć na pytanie, czy to dużo, czy mało. I chyba jedyna słuszna odpowiedź brzmi: to zależy.
Jeśli spojrzeć na to z perspektywy – że tak to ujmę – ogólnej, okiem osoby niezaprawionej w literackim boju, to bardzo niewiele. Pstryknięcie palcami. Shinkansen. W końcu przy utworze liczącym ponad pięćset pięćdziesiąt stron wychodzi prawie strona bazgrania dziennie. A wiadomo, że książkę trzeba jeszcze zredagować, połatać, wycyzelować, upiększyć na wszelkie możliwe sposoby, a potem odpowiednio wypromować i rozdystrybuować. Słowem: masa roboty.

www.unsplash.com/Claudio Schwarz Ale jeśli spojrzeć z perspektywy – że tak to ujmę – rynkowej, a więc okiem osoby nałogowo pożerającej książki, w dodatku mającej nieźle zmonitorowaną branżę kryminalną, jest to tempo ślimacze. Nieprzystające do rzeczywistości. Irytująco wolne. Dają mi o tym regularnie znać czytelnicy – wprawdzie w swoich dociekaniach zawsze zwracają się do mnie z sympatią, ale w ich pytaniach o następną książkę daje się wyczuć nutę zniecierpliwienia. I całkowicie to rozumiem.
Kiedy zaczynałem pisać, uważałem, że wydawanie więcej niż jednej książki rocznie jest wręcz niemoralne. Że jedna w zupełności wystarczy, aby dać czytelnikom kilkanaście godzin rozrywki i wzbudzić zdrowe oczekiwanie na kolejną powieść. I że jedną rocznie to nawet maruderzy są w stanie wyrzeźbić, o ile nie porywają się na teksty wymagające wielomiesięcznych przygotowań. Ale po debiucie szybko się zreflektowałem. Bo w świecie kryminału – a może i całej literatury gatunkowej – jedna książka rocznie to absolutne minimum. Granica przyzwoitości. Właściwie dobrym standardem są dwie książki rocznie, najlepiej wypuszczane wiosną i jesienią. A coraz więcej autorów wydaje w trybie kwartalnym albo jeszcze częściej. Nawet Remigiusz Mróz doczekał się konkurenta – jeśli dobrze liczę, Max Czornyj wypluł w tym roku już dziewięć sztuk.

www.unsplash.com/Karolina Kołodziejczak Żeby to zjawisko kompleksowo zrozumieć, należałoby prześledzić literackie i ekonomiczne trendy, poznać kulisy międzyautorskich i międzywydawniczych rywalizacji, zajrzeć pisarzom do portfeli, wydawcom w sprawozdania finansowe, a czytelnikom do domowych budżetów. Ale na poziomie – że tak to ujmę – ogólnym, wystarczy zerknąć na to, w jaki sposób obcujemy z naszą galopującą rzeczywistością. W jaki sposób ją konsumujemy. Jak pożeramy informacje i produkty cyfrowe. Jak pozwalamy najróżniejszym platformom, od Instagrama po Netfliksa, pożerać nasz czas. Jak dajemy się opaczkomatować i ożabkować, aby mieć wszystko pod nosem. Jak łakniemy szybkich zakupów, przewozów, pożyczek, posiłków, badań, znajomości, efektów, sukcesów. Jak chcemy mieć wszystko tu, teraz, na wczoraj.
Książki, choć lubimy myśleć inaczej, są produktem jak każdy inny. Dlatego kolejne tytuły po prostu wpadają do naszego konsumpcyjnego młyna. Ulegają inflacji. Fastfoodowieją. I nie ma się co zżymać, to cywilizacyjny trend. Podobnie jak skracanie, upraszczanie, wyrzynanie esencji – w myśl wirusowo rozprzestrzeniającej się reguły tl;dr (too long; didn’t read).
W literaturze również się z tym stykamy. Nie zdarzyło mi się jeszcze usłyszeć – ani od redaktorów, ani czytelników – że powinienem którąś ze swoich historii wydłużyć. Za to każdą muszę kondensować, obcinać z wszelkich zbytków. I żeby nie było: nie pamiętam, abym narzekał, że jakaś powieść była zbyt krótka. Nawet jeśli oczekiwałem bardziej rozbudowanej intrygi albo pogłębionej psychologii bohaterów, to nie kosztem wzrostu objętości utworu. Co to to nie.
Z potężnym pragnieniem szybkiej i bezbolesnej lektury zderzyłem się przed paroma dniami, kiedy sięgnąłem po „Baśkę”, debiutancką powieść Wojtka Friedmanna i wydawnictwa „Wydałem”. To 109-stronicowa książeczka o wszystkim i o niczym, napisana naturalnym, świetnie przyswajalnym językiem. Wyłowiłem ją z plecaka w drodze do redakcji, na samym początku bardzo pracowitego dnia, i podczytywałem na przystankach, w autobusie czy do obiadu. Skończyłem pod wieczór, dojeżdżając na siłownię, z poczuciem, że właśnie tego potrzebowałem – lekkiej i zabawnej historii, którą napocznę i zamknę tego samego dnia. I jeszcze zdążyłem pomyśleć, że kryminalni rewolwerowcy utwór o podobnej objętości daliby radę wyskrobać w tydzień, góra dwa.
Kilka dni pracy dla autorów, dzień rozrywki dla czytelników. To chyba uczciwy układ.
Krzysztof Domaradzki
-
Co wybrać z październikowych premier? Podpowiadam
Powoli zbliżamy się do końca roku, ale to nie znaczy, że machina wydawnicza zwalnia. Jak zwykle jest sporo nowości, ale jeśli miałbym Wam coś zaproponować, to polecam przejrzenie poniższej listy. Kliknijcie w interesującą okładkę, przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o danej książce. No to co, zaczynamy październikowe buszowanie w nowościach.
-
Toruń jak Frankfurt nad Menem, Semczuk w mundurze, Woźniak wszystko spisuje. „Filip” Tyrmanda wkrótce na ekranach
Toruń. Samo południe. Na gmachu banku powiewa szarfa ze swastyką. Mokry sen faszysty? Nic podobnego, to tylko ekranizacja Filipa Leopolda Tyrmanda. Ekipa przyjechała do Torunia, który odegra na ekranie rolę Frankfurtu nad Menem z okresu II wojny światowej. Plan zdjęciowy w mieście pierników, to nie lada wydarzenie. Kilka lat temu wszyscy tu żyli serialem Lekarze i skręconą kostką Magdaleny Różdżki. Jeszcze wcześniej – Rejsem Marka Piwowskiego. Na Rynku Nowomiejskim stoi z kolei katarynka – replika wózka węglowego z filmu Prawo i pięść – która co godzinę odgrywa skomponowany przez Komedę utwór Nim wstanie dzień.
Kilka dni temu moje media społecznościowe zasypały zdjęcia rodem z kampanii wrześniowej. Niemieccy oficerowie spacerowali na nich po głównym deptaku miasta, swastyki zdobiły co drugi budynek na ulicach Szewskiej czy Łaziennej, a na kilku uliczkach stanęły zakazy wjazdu, opatrzone tabliczkami: „Nie dotyczy ekipy technicznej filmu Filip”.
Przypomnijmy: Filip, to powieść Leopolda Tyrmanda, wydana po raz pierwszy w małym nakładzie przez Wydawnictwo Literackie w roku 1961. Autor opisuje w niej wojenne perypetie młodego Polaka, Filipa Vencela, który błąkając się po litewsko-białoruskich lasach (brzmi znajomo?), postanawia na lewych papierach wyjechać na roboty do Niemiec. Od tej pory, podając się za Francuza, pracuje jako kelner w Park Hotelu we Frankfurcie nad Menem. Jego perypetie, to z jednej strony romanse i przyjaźnie, z drugiej samotność człowieka w wojennej zawierusze.
Tyle o fabule książki. A jaki jest szerszy kontekst? Zacznijmy od tego, co wie popkultura.
Tyrmand napisał powieść Zły, hit lat 50., opowieść o Warszawie i bandytach, a niedługo potem wyjechał z Polski. W latach 80. w podziemiu ukazał się nieznany Dziennik 1954, opisujący zmagania z komunizmem, przyjaźnie z Herbertem czy Kisielewskim. Tyrmand pozostał ikoną stylu i elegancji, człowiekiem od jazzu i panienek (głównie za sprawą opisanego w dzienniku romansu z maturzystką), bohaterem licznych legend okołopisarskich. Wraz z rozwojem nowoczesnych mediów, popkultura skutecznie zassała mit Tyrmanda, robiąc gry miejskie, murale, wystawy, kolekcje skarpetek, komiksy. Tyrmand pozostał nazwiskiem, które wypada znać wśród inteligentów, nazwiskiem, które zaciekawia warszawiaków i nazwiskiem kojarzącym się seniorom z czasami siermięgi komunizmu. Jego książki nie trafiły do lektur ani szkolnych biogramów. Kilka lat temu popełniłem jego pierwszą, oficjalną biografię, to dzięki Tyrmandowi przecięły się moje losy z Adamem Szają ze smakksiazki.pl, rok 2020 został oficjalnie Rokiem Tyrmanda w Polsce. Dwa lata temu głośno było o filmie Pan T., będący zmienioną adaptacją Dziennika 1954, choć według oficjalnych przekazów, filmem autorskim, pozostającym bez związku z twórczością Tyrmanda. W roku pisarza, autorzy filmu trafili do kin z filmem opartym na zapisie ciężkiego życia niezależnego i genialnego twórcy, po czym powiedzieli – rzec można – że ta cała jego historia była nieważna. Ot, nic ponad inspirację.

Leopold Tyrmand, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka A jak to było z Tyrmandem naprawdę?
Choć Tyrmand w drugiej połowie lat 50. XX wieku był w Polsce autorem znanym i cenionym (zwłaszcza za sprawą powieści Zły), jego karierę zastopowały zapisy cenzorskie i działania Służby Bezpieczeństwa. Bezpieka zamontowała pisarzowi podsłuch, rozmieściła wokół niego siatkę TW, a uprzejmie donoszący artyści i ludzie świata kultury utrudniali Tyrmandowi życie, jak mogli (odsyłam do mojej książki Tyrmand. Pisarz o białych oczach). Tyrmanda wplątano w sprawę zabójstwo Bogdana Piaseckiego, musiał wystąpić o pozwolenie na broń i ochronę, dostawał telefony z pogróżkami. Nie pomagały mu także bardzo bliskie kontakty z ambasadą USA, skąd często dzwoniono do Tyrmanda w sprawach politycznych (jak choćby z pytaniem, jacy dziennikarze powinni zostać zaproszeni na zaprzysiężenie prezydenta Kennedy’ego). Wciąż toczyło się przeciwko niemu postępowanie za czasy wojenne (wyrok wydany na niego przez NKWD), milicja tropiła jego kontakty z półświatkiem, a na domiar złego, rozpracowywano operacyjnie także teścia pisarza, a ojca Barbary Hoff – mecenasa Tadeusza Hoffa. Wkrótce ojciec jego żony znaleziony został martwy w celi aresztu, gdzie rzekomo miał popełnić samobójstwo. Kiedy Tyrmand zaczął sprawę rozwiązywać własnymi kanałami, zjawiły się służby i zmusiły go, by o temacie zapomniał. Człowiek odpowiedzialny za sprawę dwa miesiące wcześniej zamieszany był w łudząco podobną historię: z 6. piętra kamienicy wyskoczył Henryk Holland, ojciec przyszłej reżyserki, Agnieszki. Tyrmand kilka lat później wyemigrował z kraju. Jego książki objęto zakazem druku, obowiązującym aż do roku 1989. Przez lata pojawiał się na orbicie zainteresowań naukowców, ale długo brakowało rzetelnych opracowań. W 1992 roku książkę Zły Tyrmand wydał Mariusz Urbanek. Zebrał w niej kilkadziesiąt wywiadów wokół Tyrmanda, nieco podkoloryzował i utwór uznano wkrótce za biografię pisarza. Nieco dalej poszedł Henryk Dasko, nieżyjący mąż pisarki Agaty Tuszyńskiej, który przez lata badał oryginały Dziennika 1954 oraz biografię Tyrmanda. Lecz i on nie ustrzegł się błędów. Jak to bywało z postkomunizmem po roku 1989, wiele historii pozostawało przez lata nieznanymi i mimo apeli licznych intelektualistów, szkolny kanon pozostawał niezmieniony.
Lolek – będąc jawnym antykomunistą – skazany był na przełomie lat 50. i 60. XX wieku na skonfliktowanie nie tylko ze środowiskiem urzędników, ale także tym wydawniczym. Powieści Siedem dalekich rejsów zarzucono pornografię. O Dziennik 1954 (wywieziony na Zachód w tajnym schowku w aucie) wypytywało UB i SB. Maszynopis Życia towarzyskiego i uczuciowego okazał się wielkim skandalem w świadku literackim, ponieważ Tyrmand nie zostawiał suchej nitki na nikim, kto stykał się z komunistyczną socjetą.
W efekcie tego, z czterech utworów, nad jakimi pracował: Dziennik 1954, Siedem dalekich rejsów, Życie towarzyskie i uczuciowe i Filip, ukazał się tylko ten ostatni, i to w bardzo małym nakładzie. Wkrótce na łamach magazynu „Twórczość” ukazały się dwie, jakże odmienne, recenzje Filipa, napisane na zamówienie Jarosława Iwaszkiewicza, szefa wszystkich szefów ówczesnej literatury. Pierwszy z tekstów, szczery i przychylny, napisał przyjaciel Tyrmanda, Stefan Kisielewski, ten, którego za kilka lat gomułkowcy omal nie zatłuką na śmierć za słowa o „dyktaturze ciemniaków”. Drugi tekst pisze krytyk, Andrzej Kijowski. To z jego recenzji przejdzie do historii określenie Tyrmanda jako „Balzaca dla gówniarzy”, powtarzane później przez lata, jak refren. Kijowski po latach żałować będzie tej napastliwej opinii, nie mogąc sobie wybaczyć, że przyczynił się do wyjazdu Tyrmanda z Polski. Kisielewski uzna zaś Filipa za najlepszy utwór w dorobku przyjaciela.
Czytelnicy nie wiedzą ani wtedy, ani wcześniej, ani później ani perypetiach Tyrmanda w komunizmie, ani o jego konflikcie z Iwaszkiewiczem, ani o tym, co było przed wojną i podczas niej. Na przykład o tym, że Filip jest powieścią… autobiograficzną.
W Filipie Tyrmand pominął jeden, zasadniczy szczegół: był nie tylko Polakiem ukrywającym się w lasach, ale Polakiem ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Urodzony w roku 1920 Tyrmand wychował pochodzący z ortodoksyjnej familii Tyrmandów ojciec Mieczysław (jego ojciec, a dziadek Tyrmanda, Zelman, był w radzie Synagogi im. Nożyków w Warszawie) oraz nieortodoksyjna matka, Maryla z rodziny Oliwensteinów (po śmierci ojca wzięta pod skrzydła wuja Jakóba, człowieka renesansu i… wysokiej kultury). Tyrmand, po zdaniu matury, spędził rok na studiach we Francji, gdzie nauczył się perfekcyjnie języka. Po wybuchu wojny jesienią 1939 roku, los rzucił go na Wschód, gdzie przez Brześć i Lwów dotarł do Wilna. Tam działał w konspiracyjnej organizacji Liga Wojenna Walki Zbrojnej, pracując pod przykrywką w radzieckiej gazecie. Wiosną 1941 roku został wydany i cała siatka konspiratorów wpadła w ręce NKWD. Tyrmand trafił na Łukiszki, gdzie przetrzymywano go w przepełnionym, opanowanym przez epidemię duru brzusznego więzieniu. Za przywództwo w antyradzieckiej organizacji polskiej dostał ten sam wyrok według paragrafu 58, co wszyscy. Czyli: Sybir. Pod koniec czerwca 1941 wybuchła tzw. Wielka Wojna Ojczyźniana (jak uczą w Rosji), i wkrótce wojska niemieckie (czy też nazistowskie, jak uczą w Niemczech) wkroczyły do Wilna. W trakcie bombardowania doszło do uszkodzenia trakcji i wagony – ewakuujące więźniów na Wschód – zatrzymały się, a w jednym z nich był Tyrmand. Ukrywał się początkowo u kolegi na poddaszu. Jego dawna miłość, Janka, przepędziła go spod domu, z obawy o życie swojej rodziny: na słupach i ścianach wisiały plakaty zabraniające kontaktów z Żydami. W Wilnie, podobnie, jak w Warszawie, funkcjonowało getto, z którego stłoczonych w biedzie i głodzie Żydów systematycznie wywożono – albo do obozów, albo na rozstrzelanie w Ponarach. Tyrmand ukrył się wówczas w okolicach Oszmiany, wspólnie z rodziną Klimowiczów. Na pytanie czy jest Żydem, Tyrmand miał odpowiadać:
– Ależ skąd! Jestem… Fhancuzem!
Na życie Polaków dybali Niemcy, Rosjanie, Rusini, szaulisi i szmalcownicy. Wkrótce administrację na tych ziemiach przejęło gestapo. Częstą praktyką było obsadzanie w urzędach polskich, przedwojennych urzędników i tak też stało się w miejscowości Cudzieniszki, gdzie trafił Tyrmand. Pomagając tamtejszemu sołtysowi szybko się zorientował, że ten dysponuje starymi blankietami dowodów osobistych. Udało mu się zdobyć taki formularz i tak wpadł na pomysł zmienienia swojej tożsamości. Ani jako Żyd, ani jako Polak nie miał tam żadnych szans na przetrwanie. Wpisawszy w blankiet, że jest pochodzącym z Warszawy Francuzem, zgłosił się na wywózkę do robót. W ten sposób, przez Moguncję, trafił do Frankfurtu nad Menem. Tam, kłamiąc gestapowcom w żywe oczy dzień w dzień, żył, jakby jutra miała nie być. Kradnący jedzenie ze spiżarni, kantujący na kartkach i sypiającymi z Niemkami polski Żyd, Leopold Tyrmand, nie uważał, że czeka go specjalna przyszłość. Był sam, z dala od rodziny, co do losów której mógł mieć już pewne podejrzenia (w Holokauście zginęła niemal cała jego rodzina; ojciec zginął na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyjechała do Izraela, gdzie dożyła później starości). Wkrótce opuścił Frankfurt i niedługo potem podjął pracę marynarza na statku Kriegsmarine, z zamiarem dopłynięcia do neutralnej Szwecji. Los rzucił do jednak do Norwegii, gdzie znów, zadenucjowany przez kogoś, trafił w ręce wroga. Tym razem nie było to NKWD a gestapo, które posłało Tyrmanda do obozu Grini, pod Oslo. Zajmował się tam m. in. rozminowywaniem pól…
Reszty biografii opowiadać nie będę, ale ogólny kontekst został już zarysowany. Tyrmand po wojnie zaczyna nowe, samotne życie. Nikomu nie mówi o wojennej przeszłości, ani o żydowskiej rodzinie, ani o NKWD (i wciąż wiszącym na nim wyroku), ani o gestapo. W powieści Filip zmienia personalia bohatera na litewsko brzmiące Filip Vencel. Przyjacielem bohatera jest Holender imieniem Piotruś (zdjęcie poniżej).

Lolek i Piotruś, rok 1975. Byli kelnerzy w oku cyklonu. Archiwum Mary Ellen Tyrmand Mija pół wieku. Powstaje pierwsza, a potem kolejna książka mojego autorstwa poświęcona życiu Tyrmanda. W archiwach w Kalifornii trafiam na oryginalny dowód osobisty Tyrmanda, w którym podaje się za Francuza (zdjęcie poniżej). Jest także czek na 200 dolarów wysłany do Amsterdamu pod koniec roku 1960, do Pitera von Diggele: Tyrmand dzieli się swoim honorarium za Filipa z książkowym Piotrusiem. W Bonn i Toronto udaje mi się skontaktować z potomkami rodzin, które ukrywały się z Tyrmandem. W archiwach KGB w Wilnie czytam dokumenty z postępowania przeciwko Tyrmandowi, udaje się także odnaleźć dom, w którym mieszkał. We Frankfurcie nad Menem wciąż stoi i działa Park Hotel. Kiedy opowiadam recepcjonistce historię Tyrmanda, wybucha śmiechem. Też pochodzi z Francji, ale uczy się niemieckiego. Mikołaj Wolski z IPN opisuje ze szczegółami, w jaki sposób niszczono Tyrmanda. Reportażystka Joanna Siedlecka śledzi zapisy cenzorów, a profesor Dariusz Pachocki z KUL-u analizuje, w jaki sposób wydawnictwa zmieniały treść książek Tyrmanda. W 2020 roku wydaję książkę Tyrmand. Pisarz o białych oczach, w której całą tę historię opisuję. Moja historia z Tyrmandem rozpoczęła się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wybucham i ja śmiechem, kiedy vis a vis mojego wydziału widzę tabliczkę: „Nie dotyczy ekipy technicznej filmu Filip”. Myślałem, że szczytem przypadku będzie mieszkanie studenckie, w którym kilkadziesiąt lat przede mną mieszkał… Zbigniew Herbert.

Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera Tym razem film powstaje zgodnie ze sztuką i w porozumieniu na temat praw autorskich ze spadkobiercami. Producentem jest Michał Kwieciński i Akson Studio (Katyń, Wałęsa, Miasto 44), a produkcja powstaje na zlecenie TVP (tak!). Jak podają autorzy, Filip z grubsza pokrywa się z tematem książki, przy czym tytułowy bohater nie trafia do Frankfurtu z Litwy, a z… warszawskiego getta (licencia poetica!). Piszę o tym na wypadek porównań filmu do książki….
W rolę główną wciela się Eryk Kulm, na planie pojawili się także Robert Więckiewicz i Hanna Śleszyńska. Jako statysta w filmie pojawi się także… pisarz Przemek Semczuk.

Przemysław Semczuk na planie filmu „Filip” – Zaproponowałem synowi, żebyśmy zgłosili się do filmu – powiedział mi Przemek – mieli trochę wspólnej zabawy. Skończyło się na tym, że to jednak mnie przypadło parę dni zdjęciowych więcej. Jestem niemal pewien, że w filmie pojawi się moja lewa noga. Nie wiem, jak z prawą…
Jeśli chcecie zobaczyć, jak autor Wampira z Zagłębia wypadł w filmowym kostiumie, odsyłamy na jego Instagram [instagram.com/psemczuk].
Kiedy kończyłem pisać niniejszy tekst, niespodziewanie otrzymałem telefon z produkcji, z zaproszeniem na plan. Reżyser Michał Kwieciński zaprosił do swojej reżyserki, by pokazać surówkę nakręconego materiału. Ujęcia oglądamy na dużym monitorze, upchniętym w korytarzu jednej z kamienic.
– Eryk Kulm dostał rolę bez castingu – mówi Michał. – Od razu wiedziałem, że to on ma grać. I jak podobają się ujęcia? – pyta mnie i moją małżonkę.
– Najważniejsze, jak tobie się podoba! – odpowiadamy. – Podoba się?
– Jakby się nie podobało, to bym tego nie robił – mówi z uśmiechem i żegna się szybko. Zaraz ruszają zdjęcia nocne.

Kadr z filmu, w roli głównej Eryk Kulm Filip ma 42 dni zdjęciowe. To sporo. Michał Kwieciński o film starał się blisko dziesięć lat. Wszystko jest przemyślane na pierwszym, drugim i trzecim planie, widać dużo granych mastershotów. Wybudowano specjalną scenografię z wnętrzami i kuchnią Park Hotelu. Na jednej ze scen z tytułowym bohaterem ściska mi gardło, mimo że oglądamy po prostu take z taśmy, jeden z wielu dubli nieudźwiękowionej i niepokolorowanej sceny. Wcale się nie silę na obiektywizm. Nie chcę. Bo widzę Filipa Leopolda Tyrmanda na ekranie i cieszę się, jak dziecko.
Na premierę będę czekał z niecierpliwością. Cieszę się przy tym, że ścieżki literatury i filmu znów się przecięły, i to nie tylko na czerwonym dywanie.
Więcej fotografii z planu tutaj.
Marcel Woźniak
-
Koszulki, bluzy, kubki, czapeczki – już można zamawiać gadżety smakksiazki.pl!
No dobrze, pytaliście, pisaliście komentarze, więc w końcu można zamawiać. Gadżety smaku przestają być moją własnością, mogą trafić też do Was. Pora na szczegóły, ceny, rozmiary oraz wskazówki jak zamówić.
Wszystkie gadżety są z nadrukiem smakowym. Wiemy, że zaraz zacznie się pisanie, wybrzydzanie, że ja chce inny nadruk, a ja chce nie pod pachą, a ja nie chce na przodzie, a ja chce mniejsze – nie ma tak łatwo – póki co.
Jak to działa?
Na adres smakowite@evergroup.com.pl wysyłacie następujące informacje:
Imię nazwisko
Numer telefonu
Adres mailowy
Lista zamówień + liczba + rozmiar (jeśli konieczny)
Adres dostawy: wysyłka kurierem DPD
Dane do faktury / rachunku
Na taką wiadomość otrzymacie informacje zwrotne z podanym całkowitym kosztem zamówienia oraz numerem konta do wpłat. Czekamy na zaksięgowanie przelewu – wtedy zamówienia leci do realizacji.
Kiedy dostaniesz zamówienie?
Najpierw musimy zebrać zamówienia (możecie to zrobić do ostatniego dnia września do 23:59), a potem startujemy z produkcją. Od tego momentu do 21 dni otrzymacie swoje przesyłki.
Sprawdźcie dobrze rozmiarówkę – dotyczy to bluz i tshirtów – w związku z tym, że będziemy zamawiać tylko takie rozmiary jakie zamówicie – nie będzie możliwości zwrotu / wymiany na inny rozmiar. Wszystkie rzeczy zostały przetestowane, ich zdjęcia znajdziecie na profilu FB smaku. Były mocno eksploatowane w trakcie podróży na Islandię – dały radę 🙂 Wszystkie produkty są czarne z białym nadrukiem, z wyjątkiem kubków (wersja czarna i biała) oraz czapki – czarny daszek, czarna siatka, biała reszta.
Ceny
We wszystkie ceny wliczony jest koszt przesyłki, ale jeśli zamówicie np. dwie rzeczy, to cena będzie niższa, bo za przesyłkę zapłacicie przecież tylko raz – szczegóły otrzymacie w mailu zwrotnym od Evergroup, która zajmuje się przygotowaniem oraz wysyłką zamówionych przez Was towarów. Miłego noszenia 🙂
Tshirty męskie – Fruit of the Loom – 69 złotych, B&C – 79 złotych.


Tshirty damskie – Fruit of the Loom – 69 złotych, B&C – 79 złotych.


Bluzy z kapturem męskie – 133 złote.

Bluzy z kapturem damskie – 133 złote.

Bluzy bez kaptura męskie – 116 złotych.

Bluzy bez kaptura damskie – 116 złotych.

Kubek biały lub czarny – 48 złotych.
Czapka z daszkiem – 53 złote.

-
Ze Śląska Kaszuby widać lepiej. Zapiski na marginesie „Kaszëb” Tomasza Słomczyńskiego. Tekst Bernadety Prandzioch
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w katalogu wydanych przez Wydawnictwo Czarne książek uzbierała się już prawdziwa kolekcja pozycji poświęconych mniejszościom narodowym bądź etnicznym w Polsce: Tatarom („U nas każdy jest prorokiem”), Łemkom („Pusty las”), Ślązakom („Kajś”), a od teraz także Kaszubom – za sprawą „Kaszëbë” Tomasza Słomczyńskiego. I choć nawet tych kilka jaskółek wiosny do nas nie sprowadzi, to jednak każda sytuacja, w której choć przez chwilę w przestrzeni medialnej mówi się o tych grupach, wydaje się cenna. Zwłaszcza gdy akurat mówi się merytorycznie, a nie umacnia się stereotypy i podsyca antagonizmy.
Za mało polscy, za mało niemieccy
Bo przecież najczęściej Kaszubów i Ślązaków wymienia się jednym tchem jako tych „niepewnych”. Dokładnie tak jak w cytacie z „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa, który Słomczyński obrał sobie za motto książki: „…bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom”. Połączeni wspólną niedolą, ale i wspólnotą wielu innych doświadczeń, chyba rozumiemy się wzajemnie nieco lepiej niż rozumie nas (jednych i drugich) cała Polska.

No właśnie… Co zatem Ślązaków i Kaszubów łączy – choć rozdziela ich cała Polska? Sporo zjawisk, o których Słomczyński w książce wspomina: nieufność wobec obcych, podejrzliwość względem państwa, naprzemienne traktowanie nas jako Niemców albo Polaków, a najczęściej jako nie-dość-Niemców czy nie-dość-Polaków. Ponure doświadczenie Wielkiej Wojny i służba w pruskiej armii, następnie rozczarowanie Polską w II Rzeczypospolitej, zawłaszczanie stanowisk (w administracji czy szkolnictwie) przez przyjezdnych Polaków, potem II wojna światowa, oznaczająca często służbę zarówno w polskiej armii, jak i w Wehrmachcie, wreszcie powojenne rugowanie z przestrzeni lokalnego języka i wszelkich oznak odmienności od polskości.
To ponad czterdziestoletnie PRL-owskie pęknięcie sprawiło, że przerwana została międzypokoleniowa transmisja zarówno języka, jak i – w mniejszym stopniu – kultury. Przez wiele lat bycie Kaszubą czy Ślązakiem oznaczało bycie tym gorszym w monokulturowej Polsce. Chcąc oszczędzić dzieciom trudności, pokolenie naszych dziadków nie uczyło ich języka, który mógł stać się przeszkodzą na drodze do awansu. Kaszubski i śląski stały się czymś wstydliwym, zepsutym. Dopiero pokolenie, które dorastało w III RP, na powrót odzyskiwało te języki dla siebie, czerpiąc wiedzę nie od rodziców, ale – znacznie częściej – od dziadków.
Wcale nie tacy sami
Ale trzeba też pamiętać, że choć znacznie rzadziej, to jednak czasem – najczęściej dla celów politycznych – Ślązaków i Kaszubów z rozmysłem się sobie przeciwstawia. Wtedy Kaszubi „awansują” na tych prawomyślnych (czyli właściwie: „polskomyślnych”). O co chodzi? Wystarczy spojrzeć na wyniki ostatniego Spisu Powszechnego. Wśród Kaszubów dominują podwójne deklaracje narodowościowe (232 tys. w 2011 roku), o wiele rzadsze są te obejmujące tylko narodowość kaszubską (16 tys.). U Ślązaków z tą prawomyślnością gorzej – znacznie częściej deklarują wyłącznie śląską narodowość. W 2011 roku wskazało tak 376 tys. osób, a 471 tys. deklarowało śląskość w połączeniu z polskością. Co oczywiście nie znaczy, że ta prawomyślność wystarczyła do uznania Kaszubów za mniejszość etniczną w naszym kraju. Zarówno Kaszubi, jak i Ślązacy wciąż nie mogą doczekać się takiego kroku ze strony państwa.
Różnice między Kaszubami i Ślązakami istnieją także w innych punktach. Ślązacy nie mają doświadczenia zaborów, zatem pruska armia nie była dla nich zewnętrzną siłą, pobór do niej był czymś normalnym, znanym od pokoleń. Kaszuby pozostawały poza Polską od 150 lat, Śląsk nie należał do Polski od blisko 600. Przed wybuchem II wojny światowej zaledwie część terytorium Górnego Śląska należała do Polski i to raptem od kilkunastu lat. I dlatego nieprawdą jest (albo: zbytnim uproszczeniem) zdanie, w którym Słomczyński zaznacza, że od 1942 Pomorzanie, podobnie jak Ślązacy, zasilali szeregi Wehrmachtu. Górnoślązacy po przedwojennej polskiej stronie – owszem. Ale cała reszta Ślązaków, w tym Górnoślązaków, od Bytomia począwszy, już znacznie wcześniej trafiała do niemieckiej armii. Zupełnie inna była też skala obu zjawisk. W 1944 r. – jak pisze Słomczyński – 70 tys. mieszkańców Pomorza (bez wchodzenia w przynależności etniczne) służyło w Wehrmachcie. Tymczasem – do czego odnosi się Ryszard Kaczmarek w „Polakach w Wehrmachcie” – już na przełomie 1942 i 1943 roku w mundurze feldgrau służyło 250 tys. Górnoślązaków.
A czego Ślązacy zazdroszczą Kaszubom, oczywiście oprócz dostępu do morza? Z pewnością tego, że kaszubski – w przeciwieństwie do śląskiego – ma status języka regionalnego. Dzięki temu dzieci na Kaszubach mogą uczyć się języka kaszubskiego w szkołach. I robią to całkiem licznie – na zajęcia uczęszcza 20 tys. dzieci. Wyobrażam sobie jak pięknie byłoby, gdyby choć 20 tys. dzieci mogło uczyć się języka śląskiego w szkołach…
Tego w szkole nie uczą
Wróćmy jednak do książki Słomczyńskiego. Najlepsza, najbardziej warta uwagi jest ta jej część, która najbardziej „odkleja się” od polskiej narracji historycznej, a więc ta poświęcona okołowojennym wydarzeniom: cień obozu w Stutthofie, który wpływa na losy i decyzje Kaszubów, ratowanie więźniów przez mieszkańców podczas ewakuacji obozu, później dramat wkroczenia Armii Czerwonej na teren Kaszub (dla czerwonoarmistów: na teren Niemiec).
Na szczególne uznanie zasługuje fragment, w którym autor dotyka trudnego tematu traum kobiet, które doświadczyły (po)wojennych gwałtów. Z wyczuciem i wrażliwością pokazuje, jak ogromny ładunek żalu oraz bólu niesie to z sobą aż do dzisiaj. Jak bardzo oddziałuje to na kolejne pokolenia. Zwłaszcza, że w rzeczywistości PRL-u nie było możliwości, by te traumy przepracować. Gwałty czerwonoarmistów, których doświadczyły kobiety, nie miały prawa istnieć tak samo, jak okrucieństwa wojenne doświadczone podczas służby w Wehrmachcie przez mężczyzn. Trzeba je było zakopać w sobie, tak jak zakopywano mundury i Wehrpassy.
Czy Kaszubi mogą być kim chcą?
Momentami można jednak odnieść wrażenie, że autor postawił przed sobą zbyt karkołomne zadanie, próbując zawrzeć w jednej książce tak wiele różnych kaszubskich wątków, zarówno tych z przeszłości, jak i zupełnie współczesnych (spory polityczne, kaszubskie organizacje, głośna sprawa usunięcia rzeźb demonów w niektórych kaszubskich wsiach). Co więcej, nie do końca udało mu się pozbyć filtru polskości.

www.unsplash.com/Kamil Molendys Słomczyński opowiada o Kaszubach – zwłaszcza tych współczesnych – ale ciągle na pierwszy plan wychodzi on sam i trochę jak starszy brat objaśnia nam rzeczywistość. Znacznie więcej w tym dziennikarstwa czy wręcz pamiętnikarstwa niż reporterstwa. Porównuję to sobie mimowolnie z nominowanym do Nike „Kajś”. Górnośląska opowieść proponowana przez Rokitę wygrywa subtelnością. Autor stara się Górny Śląsk zrozumieć, bo sam też jest częściowo spoza niego, ale nie przysłania go sobą, nie narzuca swojej interpretacji. A to częsta przypadłość tych, którzy na Śląsk/Kaszuby przyjeżdżają. Niejednokrotnie występująca w połączeniu z usilnym dążeniem do polonizacji zastanej przestrzeni.
Słomczyński – wydaje się – przez całą książkę szuka jasnej odpowiedzi: czy Kaszubi są Polakami? Należałoby raczej pytaniem odpowiedzieć na to pytanie: a czy Kaszubi mogą być po prostu Kaszubami? Albo: czy Kaszubi mogą być kim chcą? W Polsce bywa to czasem bardzo trudne.
Ostatnia część książki poświęcona jest rybakom i tutaj znów można odnaleźć podobieństwa z Górnym Śląskiem. To, co przez lata czy wręcz przez wieki było podstawą utrzymania lokalnej ludności powoli, ale nieubłaganie odchodzi w przeszłość. Ryb dzisiaj łowi się coraz mniej, tak samo jak coraz mniej wydobywa się węgla. Zmienia się rzeczywistość, do której trzeba się dostosować, co dla wielu bywa bolesne. Bo jak wyobrazić sobie przyszłość przez łowienia czy fedrowania, kiedy to samo robili nasi ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie? Łowienie ryb nie jest samotniczą pracą, wymaga współpracy i wzajemnego zaufania ludzi wypływających razem na morze. Nie inaczej jest z tymi, którzy zjeżdżają w dół, by wyrywać ziemi węgiel. I tu, i tu nader często tracono życie. Z pewnością uczyło to pokory, szacunku do pracy, ale i do natury. Czy coś z tego bagażu przodków pozostaje w nas do dzisiaj?
Czy tożsamość etniczną/narodową* da się opisać?
Na zakończenie swojej opowieści pisze Słomczyński o kaszubskiej tożsamości: „…to nie tak, że nagle się pojawia, objawia i już jest. Nie, ona rodzi się powoli, kiełkuje, wzrasta. Trudno powiedzieć, kiedy się zaczyna.” Z mojej własnej, śląskiej perspektywy bardzo trudno się z tym zgodzić. Tożsamość (kaszubska, śląska – nieważne) jest i trwa, niezależnie od tego czy inni przyznają jej prawo istnienia czy nie. Kaszubi żyją od wieków i od dawna przeżywają swoją tożsamość. I tak samo my tutaj, na Śląsku, żyjemy i przekazujemy dalej to coś, co zdaje się tak nieuchwytne, a jednak składa się na naszą tożsamość. I tak będzie jeszcze przez jakiś czas, przez kilka pokoleń.
Nie, nie każdy od początku nosi w sobie świadomość własnej tożsamości. Ale kiedy już ją odkrywa, uświadamia sobie, że ona wcale nie wykiełkowała, a zawsze była – choć nienazwana. Była tym dziwnym niepokojem, niepewnością, nieufnością, które czaiły się gdzieś pod powierzchnią. Była świadomością inności, odrębności, a może i niepełności. Była. Choć tak trudno ją opisać.
Pewnie, że na Śląsku książkę o Kaszubach czyta się zupełnie inaczej niż w Krakowie czy Radomiu. Dla nas wiele kwestii jest oczywistych, podwójna tożsamość nie brzmi abstrakcyjnie, nie-polska tożsamość obywateli Polski również nie wydaje się niczym kontrowersyjnym. I właśnie dlatego tak ważne jest, aby książki takie jak „Kaszëbë” powstawały. By kaszubskość, śląskość i wszelka odmienność nie były tylko tematami dla pasjonatów. By były częścią narracji o dzisiejszej Polsce.
* niepotrzebne skreślić
Bernadeta Prandzioch
Tomasz Słomczyński, „Kaszëbë”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021.
-
„Zamach”, kulisy działania służb, pionki na politycznej szachownicy – rozmowa z Maciejem Liziniewiczem
Rynek w Wadowicach, rozpędzona ciężarówka, kilkanaście osób zabitych, jeszcze więcej rannych oraz pojawiający się nagle bohater, ratujący życie dziecka. Kim są zamachowcy? Dlaczego służby nie przewidziały zamachu terrorystycznego? Czy politykom naprawdę zależy na bezpieczeństwie, czy interesuje ich tylko walka o stanowiska i budowanie swoich karier? O tym przeczytacie w świetnej napisanej sensacji Macieja Liziniewicza „Zamach”.
-
Mercedes, który się psuje, niedziałający telefon i pieniądze na chałwę – rozmowa z Wojciechem Orlińskim o książce „Lem w PRL-u”
Jakie filmy na podstawie książek Stanisława Lema mogły powstać, a jednak nie powstały? Do których tytułów miała zastrzeżenia cenzura? Jak Lem radził sobie ze zdobywaniem części do samochodów, a jak z wypłacaniem pieniędzy z konta? To tylko kilka pytań, na które znajdziecie odpowiedź w książce Wojciecha Orlińskiego „Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości”, która ukaże nakładem Wydawnictwa Literackiego (klik).
Z autorem rozmawiałem w Centrum Nauki Kopernik, w którym działa Teatr Robotyczny, w którym możecie zobaczyć adaptację opowiadania Stanisława Lema „O Królewiczu Ferrycym i Królewnie Krystali” (klik).
Rozmawiamy o zamożności Lema, motoryzacji, relacjach z wydawcami, źle działającej poczcie, a także o życiu w epoce PRL-u. Materiał powstał w ramach Telewizji Wydawnictwa Literackiego.














































