Kategoria: Aktualności

  • Na które premiery stycznia czekać? Podpowiadam

    Zaczynamy wszystko od nowa! Przed nami styczeń, mam więc dla Was ciekawe (wg mnie) zapowiedzi pierwszego miesiąca roku. Przekilkałem strony wydawców, u niektórych jeszcze dział „zapowiedzi” świeci pustkami, więc jeśli dojdzie coś ciekawego, będę informował w osobnych komunikatach. No to ruszamy w 2025 rok, życzę dużo dobrych lektur, a zapowiedzi na stronie będą się pojawiały co miesiąc, jak zawsze. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie będzie można przeczytać więcej o interesującej Was pozycji.

  • 16 razy był pod pełną narkozą, prawie umarł – Vincent Severski szczerze o byłej pracy i nowej książce

    Adam Szaja: To nasz pierwszy wywiad bez kamery, chociaż nie off the record, bo pamiętam naszą wspólną podróż 36 godzin rejsu ze Sztokholmu do Helsinek i z powrotem, wiele tematów wtedy przegadaliśmy. Zobaczymy, co z tych opowieści ujrzy światło dzienne.

    W wywiadzie przepracowałeś ponad 26 lat. Zauważasz, że więcej śladów swojej dawnej pracy masz na ciele czy raczej w psychice?

    Vincent Severski: Tego się nie da oddzielić. Efekty tej pracy są psychosomatyczne, można powiedzieć. Uszkodzenia psychiczne, jakich się doznaje, w późniejszym czasie przekładają się na schorzenia fizyczne, tego się po prostu nie da oderwać i rozdzielić. To jest praktycznie to samo, bo jeśli psychicznie jesteś wyalienowany, skoncentrowany na pewnej rzeczywistości, to zapominasz wtedy o elementarnych sprawach życia codziennego, a do tych rzeczy należy też dbanie o zdrowie. Prawda jest taka, że na życie szpiegów nie wpływają tak bardzo sztylety, trucizny i kule, jak niehigieniczne życie, bo życie szpiegów to trzeba podkreślić jest dosyć niehigieniczne.

    Alkohol, niedojadanie albo niezdrowe jedzenie, częste podróże?

    Wszystko po trosze. Nie ma takiej jednej kategorii, nie można powiedzieć, że „szpiedzy piją, bo z tymi Ruskami muszą pić” (śmiech). To nie jest tak, że alkohol jest jakimś sposobem komunikowania się zawodowego czy realizacji zadań. Oczywiście w określonych warunkach tak czasami jest ale nie jest tak, że to sprawia nam przyjemność. To jest tylko jeden ze środków. Wykorzystujemy też alkohol jak wszyscy, sposób na oderwanie się od rzeczywistości, zaleczenie pewnych problemów emocjonalnych.

    Ale tylko chwilowo…

    Tak, na chwilę, bo organizm i tak wystawi rachunek za to wszystko. Nie tylko za alkohol, ale też za nerwy, za podróże, za częste zmiany czasu, a nawet za latanie. Ja na przykład miałem przez pewien czas problem z zębami. W przeszłości dentysta źle zrobił mi plombę, co powodowało duży dyskomfort w czasie latania. Miałem też kłopot z uszami przylatywałem z jednego do drugiego kraju, godzina, dwie i dalsza podróż. To wszystko plus moje uwarunkowania biologiczne powodowało, że te poszczególne problemy zdrowotne nakładały się na siebie.

    Co więcej każdy szpieg musi mieć zdrowe nogi, w tym zawodzie bardzo dużo się chodzi. Szpieg, jeśli nie ma zdrowych nóg i jasnego umysłu, to się po prostu do tego zawodu nie nadaje. Dlatego w szkole w Kiejkutach codziennie rano, bez względu na pogodę, biegamy kilka kilometrów. Za moich czasów dopiero temperatura ciała powyżej 38 stopni wykluczała z przebieżki. Młodemu adeptowi takie praktyki mogą wydawać się niepotrzebne, ale dopiero po czasie się okazuje, jak ważne są zdrowe nogi. Co istotne to są też napięte nogi, chodzi się na spacerek po bulwarach czy po Avenue des Champs-Élysées ale pod stałą obserwacją, wtedy organizm inaczej pracuje, jesteś spięty psychicznie, fizycznie, nogi bardzo silnie reagują na stany psychiczne człowieka. To wszystko trzeba jakoś pogodzić.

    www.unsplash.com/Eva Darron

    Zdiagnozowanie u ciebie nowotworu i operację biodra łączysz ze swoją wcześniejszą pracą?

    Mógłbym odpowiedzieć, że ludzie mają takie schorzenia, a wcale nie wykonują zawodu szpiega, ale patrząc na kolegów, widzę, że bardzo wielu ma problemy z biodrami. Mamy taki nasz „klub dojrzałych szpiegów”, w ramach którego spotykamy się regularnie. Jest nas czterech i tylko jeden nie ma sztucznego biodra, a jeden ma nawet dwa! Tak, to nie tylko biodra, ale i kolana, ogólnie nogi z całą pewnością płacą za ten zawód nieprawdopodobną cenę. Ja przeszedłem na Księżyc i z powrotem kilka razy, mam poczucie ogromnego wysiłku, jaki mój organizm w to włożył. We wszystkie „trasy sprawdzeniowe”, bo zanim taką trasę pod obserwacją przejdziesz, to musisz ją przygotować, niejako zbudować, trzeba przejść „na sucho”. A jeszcze czasami trzeba pójść po mleko do sklepu.

    Tak, trochę łączę te moje dolegliwości z pracą z przeszłości. Jeśli chodzi o krtań, to mój laryngolog zresztą kiedy trafiłem do niego, okazało się, że zna moje książki, co było czystym przypadkiem – na pytanie, z jakiego powodu, jakim cudem dostałem raka krtani, a tak dokładnie: fałdu głosowego, powiedział, że według niego jedną z przyczyn jest długie życie w stresie. Jeżeli człowiek przez długi okres żyje na adrenalinie, tak że już nawet tego nie dostrzega, że jest na tym adrenalinowym haju, jak narkoman to żołądek zaczyna inaczej pracować. Wydziela coraz więcej kwasów, których nie czujesz, a one jednak gdzieś w tobie cały czas się unoszą. Te opary dotykają jednej z najbardziej delikatnych części ciała człowieka, czyli fałdów głosowych, które na tego typu oddziaływanie są bardzo podatne. Mój przyjaciel i mentor, Dawid z Mossadu, zmarł na raka krtani. To był oficer operacyjny, całe życie jak to się mówi: działał „w polu”. Tyle że on sobie sytuację pogorszył, bo palił 80 czerwonych Marlboro dziennie. Ja też paliłem, ale nie byłem aż takim nałogowym palaczem, więc byłem zdziwiony, że jak to, ja? Rak krtani? Ktoś oczywiście raka może dostać i dostaje bez takiej pracy jak moja. Ale w moim postrzeganiu świata widzę związek.

    Jest takie poczucie, kiedy jesteś oficerem operacyjnym i latasz po świecie, działasz, zasuwasz, jesteś na tym tzw. haju, to wydaje ci się, że jesteś nieśmiertelny. Widzisz śmierć, obcujesz z nią ale nie z taką jak choroba. Nam się wydaje, że jesteś ponad to, a później trzeba zapłacić rachunek. Dziewczyny też płacą za to rachunek, ta praca u nich też wywołuje skutki…

    Jakie?

    Zapominają o badaniach, o mammografii, o cytologii, o kobiecych sprawach. Organizm kobiety pracuje trochę inaczej niż u mężczyzny. Później, kiedy przychodzi rachunek, to trzeba go zapłacić. Nie każdy płaci najwyższą cenę za to wszystko, ale wiele osób ma problemy, wśród moich kolegów i koleżanek na emeryturze także. Według moich obserwacji u nas w pracy wcześnie, o wiele za wcześnie, zaczynają chorować. To nie są żadne choroby popromienne, nawet jeśli się pracuje przy programie atomowym jakiegoś kraju, tylko właśnie taki elementarny brak higieny życiowej.

    Pozostając na chwilę jeszcze przy twoim głosie, to jeśli w czasie wywiadu pada pytanie: „O, to chyba wczoraj była jakaś impreza?” to ty już wiesz, czy ktoś jest przygotowany czy nie. Specjalnie zostawiłeś na swojej skrzynce głosowej swój „stary” głos? Bo gdy go pierwszy raz usłyszałem, to cię nie rozpoznałem, stwierdziłem, że takiego cię nie znam.

    Ha! Też czasem do siebie dzwonię, żeby usłyszeć swój dawny głos. Bardzo często, kiedy ludzie do mnie dzwonią i odzywa się poczta, to myślą, że to jakaś pomyłka. Miałem kiedyś zupełnie inny głos. Chociaż mój wydawca powiedział mi kiedyś: „panie Włodku, jeżeli pan by nie miał takiego głosu, to trzeba by go było panu zrobić”. Zdaję sobie sprawę, że mam teraz ciekawy głos, ale z samym głosem już ciekawie nie jest, bo przede wszystkim mam ograniczone możliwości mówienia. Może on w radiu brzmi fajnie, nawet miałem propozycje prowadzenia radiowych programów. Ponoć jak ten głos się jeszcze zmoduluje, to on brzmi interesująco, ale problem z tym głosem jest prosty na przykład nie mogę krzyknąć. Gdybym potrzebował kogoś zawołać albo zawołać o pomoc, to nie mogę tego zrobić. Jeżeli próbuję krzyknąć, to wychodzi taki bardzo cichutki, zduszony pisk.

    Przez pół roku przechodziłem z logopedą ciężką pracę, miałem specjalne urządzenie, siedziałem po 2-3 godziny dziennie ze specjalistycznym nawilżaczem struny głosowej i uczyłem się mówić. Zaraz po operacji mówiłem bardzo cicho, ledwo słyszalnie, niemal szeptałem mówiłem bez użycia strun głosowych, tylko przy udziale górnej części aparatu głosowego. To jest trochę poczucie kalectwa, że człowiek nie może robić wielu prozaicznych rzeczy. Mam na przykład problem z przebywaniem w pomieszczeniach, gdzie jest głośna i intensywna muzyka czy w ogóle dźwięki, które swoją częstotliwością nakładają się na częstotliwość mojego głosu, bo ja siebie wtedy nie słyszę. Nie mogę iść na spotkanie do lokalu, gdzie jest muzyka, której wibracje pokrywają się z moim głosem, bo wtedy nie mogę mówić w ogóle. Próbuję wtedy mówić z przepony, a to jest makabra.

    Mimo ponad 10 lat znajomości czuję się, jakbym odkrywał cię na nowo. Rozmawialiśmy o twoim głosie, o biodrze, o psychice, ale gdybyś ściągnął teraz koszulkę, to po twojej poprzedniej pracy są jakieś ślady?

    (zdejmuje koszulkę) Tu mam sześć dziur. Raz, dwa, trzy… tak, sześć, a tam niżej inne takie jeszcze. No i do tego biodro! Przeszedłem w sumie dużo. Dziury są po drenach, nie po kulach, żeby była jasność.

    Brzmiałoby to filmowo, gdybyś powiedział, że po kulach.

    Wiem, ale przeszedłem w życiu, w tym moim niehigienicznym życiu, jak bym to powiedział, w sumie 16 operacji. 16 razy byłem pod pełną narkozą. Są lekarze, którzy mówią, że to zostawia ślad, bo każda narkoza to jest uszkodzenie którejś części mózgu, ale od jakiegoś czasu piszę książki i nie widzę tych ułomności, chociaż wiek zaczyna robić swoje i pamięć, i tak dalej, ale to naturalne.

    Wróciłem w połowie lat 90. z zagranicy, z trudnego terenu, i byłem w złym stanie, coś mi zaczęło dolegać. Karetka zabrała mnie z pracy do szpitala. Później się okazało, że mój organizm nie miał odporności na wszystko, co jest w otoczeniu bakterie, wirusy i inne świństwa. Od razu mogę powiedzieć, że AIDS to nie było, to też oczywiście ludzka choroba, ale to było zupełnie coś innego. Tak, jak ważę 100 kg, to wtedy spadłem do 70, wyglądałem jak kościotrup. Przeszedłem kilka operacji, miałem przez długi czas 40 stopni gorączki, z powodu braku odporności złapałem wszystkie możliwe gronkowce, ropnie, miałem gronkowca złocistego na głowie, wtedy straciłem wszystkie włosy.

    Kiedy profesor brał mnie na trzecią operację, to ja już byłem w takim stanie, że mi się żyć nie chciało. Człowiek w pewnym momencie jest zmęczony tym cierpieniem; jesteś tak tym udręczony, że chciałbyś tylko zasnąć. Jeszcze kiedy widzisz, że cierpią twoi bliscy wokół ciebie, człowiek ma takie poczucie, że chce umrzeć. Ja wtedy też chciałem. Profesor wziął mnie na tę operację i mówi: „Panie Włodku, to już jest ostatni raz, jak się teraz nie uda, to już…”. Ja to z pełnym spokojem przyjąłem, nawet powiedziałbym, że z ulgą. Mogłem zasnąć na stole i się już nie obudzić, ale się, kurna, obudziłem (śmiech). Co więcej tam jest jeszcze sprawa leku, w którego szczegóły za bardzo nie chcę wchodzić. Chodzi o taki unikalny lek, który moja firma pomogła zdobyć i który to lek uratował mi życie. Po dwóch dniach poczułem, że mam ochotę na piwo. Znaczyło, że będę żył. Poprosiłem żeby mi ktoś je przyniósł i dostałem trochę piwa bezalkoholowego. Wyszedłem z tego, jakiś czas chodziłem w specjalnym gorsecie, miałem poprzecinane mięśnie odpowiadające za trzymanie brzucha. To moje zdarzenie było potem badane, bo prawdopodobnie coś tam [red: w czasie misji] dostałem na to wychodzi. Nie wiadomo do tej pory co to było, ale fachowcy uznali, że musiała być tam jakaś interwencja człowieka.

    Z twoich opowieści wynika, że bliżej śmierci byłeś na stole operacyjnym niż w czasie swojej pracy operacyjnej

    Tak, ale to jest właśnie to, o czym mówiłem. Jak jesteś w pracy, to ci się wydaje, że jesteś nieśmiertelny. W naszym zawodzie bardzo często znajdujemy się w sytuacji zagrożenia życia, ale o tym nie wiemy. Zdarza się, że wiemy, ale to nie jest takie zagrożenie życia, jak się wielu osobom wydaje. Oczywiście, koledzy zginęli na służbie, nawet moi bardzo bliscy przyjaciele. Niby wypadek, ale my wiemy, że to było coś innego. Wiemy, gdzie to było, jak było, ale nie udowodnisz tego do końca. Każdy z nas jest w takim niebezpieczeństwie.

    Są też zagrożenia wynikające z miejsc, w których się przebywa, gdzie zwykli ludzie giną, bo są wybuchy, bo jest terroryzm, natomiast takie zagrożenie intencjonalne bo wiesz, że ktoś na ciebie poluje i chce cię zabić to generalnie masz wpisane w swoje DNA, ale tego nie doświadczasz w sposób bezpośredni. Jeśli ktoś mówi, że jest inaczej, to buja. Ja mówię oczywiście o polskim wywiadzie, bo są też inne wywiady walczące na wojnach, ale u nas to troszeczkę inaczej wygląda.

    Vincent V. Severski i Adam Szaja na promie Sztokholm-Helsinki

    Kraj, w którym najbardziej bałeś się o swoje bezpieczeństwo?

    Taki duży kraj na wschodzie.

    Na literę „I”?

    Nie, na inną literę. W „I” też się bałem, ale nie aż tak. W tym kraju na inną literkę bałem się bardzo, bo to było realne zagrożenie, wynikające ze środowiska, w jakim się obracałem. Nie musiało to bezpośrednio wynikać z tego, że byłem szpiegiem, wynikało to bardziej z tego, że obcowałem z ludźmi, wśród których obowiązywały bardzo proste zasady. Tam się umów nie podpisywało. Zamiast umowy był uścisk dłoni, a to jak podpis twoją krwią. Wystarczył mały błąd, żeby zapłacić najwyższą cenę. Strasznie to wszystko wyglada. Można mieć wrażenie, że sam się o to prosiłem i jest w tym sporo prawdy. Ale gdybym jeszcze raz miał wybierać, to znów wybrałbym ten los. Tyle, ze teraz wiedziałbym, czego nie należy robić i jak żyć mądrze. To samo mówię młodym, którzy idą w moje ślady.

    Czy Krawiec, tytuł twojej książki, która ukaże się w przyszłym roku, to nawiązanie do Krawca z Panamy Johna le Carrégo?

    Trochę tak jest! Ja tego nie ukrywam, że Krawiec z Panamy to jest moja ulubiona książka Johna le Carrégo, i wiem, że to nie jest jego najlepsza powieść, którą krytycy daleko pozycjonują na liście jego największych dzieł, ale dla mnie ona ma szczególny urok, chociażby dlatego, że opowiada historię, która jest taka banalna, prozaiczna, a co za tym idzie bardzo prawdziwa, i każdy oficer wywiadu taką historię w swoim życiu miał. Z sytuacjami, jakie często le Carré opisywał w innych swoich powieściach, wielu oficerów operacyjnych nigdy się nie zetknęło, a z czymś takim jak w Krawcu z Panamy miał styczność prawie każdy. Była nawet taka kategoria w źródłach operacyjnych, która się nazywała „kontakt informacyjny”, czyli ktoś, kto był wykorzystywany przez wywiad nieświadomie. Brało się od takiej osoby informacje, wykorzystywało, a on nawet nie wiedział, że jest źródłem informacji, czyli w pewnym sensie pracował dla wywiadu nieświadomie. Agent pracuje cały czas świadomie, a kontakt informacyjny nie.

    Z drugiej strony tytuł Krawiec nadałem dlatego, że tu powraca Grigorij Portnoy z Placu Senackiego taka postać, którą tam zamarkowałem, a którą uważałem za wartą kontynuacji. W Placu posiłkowałem się jego pierwowzorem, czyli Grigorijem Rapotą, autentyczną osobą, nazywaną księciem wywiadu szefem fińskiej mafii w dawnym KGB. Postanowiłem go trochę pociągnąć, bo uznałem, że to jest fajna postać, przez którą można sporo opowiedzieć. A Portnoy to po rosyjsku „krawiec”.

    Pytanie, w którym jest też zarzut z mojej strony. Dlaczego zamiast Stambułu na miejsce akcji Krawca wybrałeś Czarnogórę?

    Stambuł jest „zajecudowny”, fajny, aczkolwiek już trochę za bardzo wykorzystany w fabułach sensacyjnych i szpiegowskich. To nie znaczy, że nie jest nadal do wykorzystania, bo ma i klimat, i historię. Czarnogórę chciałem wykorzystać, bo znam dobrze to miejsce, a w szczególności Budwę.

    To z jednej strony, z drugiej zaś ten okres, który opisuję, bo powieść dzieje się w roku 2003, wtedy Czarnogóra to była taka rosyjska enklawa, bardzo wyjątkowe miejsce w Europie. Po ulicach jeździły luksusowe samochody na rosyjskich rejestracjach, było to też ulubione miejsce rosyjskich oligarchów, oni się tam bardzo bezpiecznie czuli. Z bardzo wielu powodów. Byli po prostu dobrze przyjmowani przez Czarnogórców i Serbów, wojny utrwalały ich braterstwo. Rosjanie się tam bardzo dobrze czuli, na tyle dobrze, że z liczącego 300 km wybrzeża Czarnogóry stworzyli swoją enklawę. Uznałem, że to jest bardzo dobra i barwna scenografia do tej powieści. Stare miasto w Budwie jest cudowne, to taki mały Dubrownik, i tam umieściłem też część akcji.

    Plac Senacki jest o Finlandii, o Finach, o ich historii, a Krawiec jest o niezaleczonych ranach wojny w byłej Jugosławii, o tym, co ta wojna zrobiła z ludźmi i jakie konsekwencje tych wydarzeń oni ponoszą do dzisiaj, bo wciąż krwawią. Ukraina trochę przykryła to, co tam się działo, a ja mam po prostu potrzebę podzielenia się swoimi osobistymi przemyśleniami i przeżyciami, których w jakimś sensie doświadczyłem.

    Powiedziałeś, że bardzo dobrze czuli się tam wtedy oligarchowie rosyjscy, a gdzie teraz dobrze czują się rosyjscy oligarchowie?

    Oni teraz mają problem, żeby gdziekolwiek dobrze się czuć. Przypływali wtedy nad Adriatyk, także do Chorwacji, na tak zwane „zimowanie”. Zimowały tam ich jachty i w Budwie, i wyżej, w Chorwacji. Mieli ogromne jachty i wiele z nich zostało zarekwirowanych, wiele krajów po wybuchu wojny zarekwirowało oligarchom ich atrybuty oligarchiczności. Rozpierzchli się, duża część z nich wróciła do Rosji, część się przyczaiła, nie wykazują jakiejś większej aktywności. Zresztą to widać. Abramowicze i inni nagle zniknęli z mediów, ale nie zniknęli z życia.

    Ta książka jest też o oligarchach. Jedną z ważniejszych postaci, o których opowiadam, jest niejaki Aleksander Gierman młody, dobrze wykształcony, zamożny rosyjski oligarcha, król metali ziem rzadkich, a metale ziem rzadkich to jest przemysł zbrojeniowy itd. Odgrywa bardzo istotną rolę w mojej historii, wygląda nawet początkowo na pierwszoplanową postać, ale okazuje się tłem. Organizuje w Budwie zjazd tzw. „gajerników”. „Gajer” to garnitur, a garnitur w Rosji jeszcze za czasów Związku Radzieckiego był problemem, czyli towarem luksusowym. Były sklepy Bierioska, można w nich było kupić jakieś zagraniczne ubrania, nawet dżinsy, ale był problem z garniturami. Garnitury było trudno ściągnąć z zagranicznego turysty. Czasami były polskie garnitury, to się kupowało, a matki czy babki przerabiały na taką numerację, żeby można w tym było jakoś wyglądać bo żydowskich krawców już nie było. Bo żydowskich krawców, ani krawców w ogóle, w Związku Radzieckim już wtedy nie było. Kiedy pojawiła się nowa Rosja, a wraz z nią oligarchowie, to chcieli mieć takie poczucie, że oni są jak yuppies, czy nawet jak arystokracja angielska, i garnitur dlatego był w pewnym sensie symbolem statusu. I tu nie chodzi o jakikolwiek garnitur to musiał być garnitur od określonego krawca. Garnitur od najlepszych krawców szyjących dla najbogatszych. One się niewiele różnią od innych, ale sam fakt posiadania garnituru od krawca Lorenzo, który występuje w mojej książce, to tak, jakby ten krawiec samym faktem tylko dotknięcia tego garnituru nadawał mu cechy niemal mistyczne. Dlatego oni mieli taką obsesję na punkcie eleganckich garniturów.

    Przy Krawcu pomagał mi mój bliski znajomy, który jest właścicielem bardzo eleganckiego zakładu krawieckiego w Warszawie, takiego „z topki”. Dlatego nie wiem, czy wiesz, ale podszewki w tych garniturach robione były ze specjalnego materiału, który przedstawiał obrazy słynnych francuskich czy włoskich malarzy. To było ukryte pod spodem, tego nikt nie widział. Dopiero kiedy marynarkę się zdjęło i rozłożyło, można było zobaczyć, co jest pod spodem. To oczywiście nie jest materiał na całą powieść, ale na tyle fajny, żeby go wpleść, i użyłem go właśnie do tego celu. I to jest trzeci powód, dla którego książka ma tytuł Krawiec.

    Skoro już jesteśmy przy Rosji, to zawsze na spotkaniach autorskich lubię ten moment i niech to będzie już zapisane i już cię chyba nigdy o to nie będę pytał: trzy książki, które musimy przeczytać, żeby zrozumieć rosyjską duszę?

    Zacznijmy od tego, że nie ma czegoś takiego jak „rosyjska dusza”. Tak się mówi, ale w mojej ocenie ona nie istnieje. Prawdę mówiąc, to wymysł francuskich pisarzy, którzy obserwowali szaleństwa rosyjskich arystokratów w paryskich kabaretach. Natomiast młodym oficerom, którzy pracowali na kierunku rosyjskim czy innych, zawsze mówiłem, że należy czytać klasykę literatury danego narodu. Najwybitniejszych autorów, którzy w danym narodzie są uznawani za wieszczy czy mentorów, każdy naród takich ma. Młodym oficerom, którzy pracowali na kierunku rosyjskim, radziłem, żeby zacząć właśnie od trzech dzieł: od Wojny i pokoju, Mistrza i Małgorzaty i Archipelagu Gułag. Oczywiście jest też mnóstwo innych, bo rosyjska literatura jest bogata, ale te trzy dzieła są takim wytrychem i kamieniami milowymi do zrozumienia [kultury narodu – red.].

    Są ludzie, którzy przeczytają Wojnę i pokój i nic z tego nie zrozumieją albo zwrócą uwagę na rzeczy, które tu nie są istotne. Ja zawsze młodym ludziom mówiłem, na co mają zwracać uwagę w każdym z tych dzieł, jakie jest ich przesłanie, żeby może na te książki z tej strony spojrzeli. Wojna i pokój opisuje istotę rosyjskości, rosyjskiego narodu, chociaż mówi o arystokracji. Tam nie ma rosyjskiego chłopa, bohater tylko przejeżdża przez te „dierewnie”. Chłop nie był człowiekiem w znaczeniu gospodarczym, on był tylko narzędziem ale to jest ważne, by ich zrozumieć. Mistrz i Małgorzata to jest opowieść o tym, co się stało z tą rosyjską duszą, co to jest homo sovieticus, co system zrobił z tym człowiekiem.

    Trzecie dzieło, czyli Archipelag Gułag, pokazuje, czym jest ten system, w jaki sposób działa ten kraj. Te trzy dzieła są ponadczasowe, bo każde z nich swoim wymiarze jest aktualne. Mówi się, że Archipelag to obraz komunizmu. Nie! Zsyłki w Rosji były zawsze i traktowanie ludzi w ten sposób także. Carat może nie był zbrodniczym systemem, ale stosował takie same metody [jak reżim – red.]. Sowieci to tylko udoskonalili, wyostrzyli i stworzyli NKWD. To jest ważne, ale to jest tylko początek. Jeśli chcesz pracować na kierunku rosyjskim i w ogóle zastanawiać się nad tym, z czym mamy do czynienia na wschodzie, to musisz nieustannie czytać i się rozwijać.

    www.unsplash.com/Michael Parulava

    Polakom się wydaje, że my Rosjan doskonale znamy, rozumiemy, że posiadamy jakąś nadprzyrodzoną wiedzę o nich, co ma wynikać między innymi z naszej historii. Nic bardziej błędnego. W ogóle ich nie znamy. Nawet teraz, przy okazji wojny w Ukrainie, kiedy ogląda się doniesienia medialne, to od razu ktoś, kto zna Rosję, wyczuwa, gdzie jest propaganda, gdzie jest naiwny obraz. W wojnie psychologicznej to nawet konieczne, ale w pracy wywiadu nie, bo jeżeli mamy się im przeciwstawić, to musimy ich znać. Dlatego polecam studiowanie kultury i historii fińskiej, wycieczki do Finlandii, rozmowy z Finami bo oni Rosję znają dobrze.

    Na koniec wybiegnijmy trochę w przyszłość. Za chwilę rok 2025. Rosjanie już zacierają ręce na wybory prezydenckie w Polsce?

    O, z pewnością! W Rumunii, wszędzie gdzie mogą, wpychają łapy i Polsce też nie odpuszczą. To czuć, a jeśli czuć Kreml, to znaczy, że Kreml coś szykuje. Jak coś „śmierdzi ruskim”, to po prostu jest ruskie. Dla nich rozwalenie Polski od środka jest ważne oni tu nie muszą czołgami wjeżdżać. Oni nie muszą Siergieja Aleksandrowicza Milusińskiego robić gubernatorem w Warszawie, oni gubernatorem zrobią jakiegoś lokalnego Brauna, którego ludzie, z ich pomocą, wybiorą będzie to samo, bez ofiar i taniej. Przecież demokratyczne wybory nie oznaczają, że ludzie wybiorą demokratów. Stara prawda, ale ludzie wciąż o niej zapominają. Nie chodzi o to, żeby zajmować terytoria. Ukraina to jest zupełnie inna sytuacja. Ich celem jest dezintegracja Unii Europejskiej i odbudowa strefy bliskiej zarubieży Słowację i Węgry już mają, teraz czas na większe kawałki, Rumunię i Polskę. Mają całkiem dobre perspektywy, z ich punktu widzenia.

    Czyli mówiąc, że nie odpuszczą, uważasz, że będą grali na prawicę i skrajną prawicę?

    Z całą pewnością. Druga strona pokazuje zupełnie inną perspektywę i kierunek dla kraju. To nie jest ważne, kogo oni lubią. Oni mają w nosie, że prawica na nich wiesza psy wieszać i opowiada coś o ruskiej agenturze. To dla nich nie ma znaczenia. Ważne, żeby skutki polityczne były takie, o jakie im chodzi. A zdezintegrowana Polska jest im na rękę. Co się dzieje w Niemczech, we Francji? Tam sytuacja jest dalej niestabilna, niepewna w obu tych krajach, Le Pen i AfD rośnie. Wybory w Polsce na to się nakładają. Tylko głupi by się tym nie zainteresował, a Rosjanie głupi nie są.

    Rok 2025 to także zapowiedź Donalda Trumpa, że wojnę w Ukrainie uda się szybko zakończyć. Myślisz, że to będzie rok przełomowy, że Ukraina za cenę pokoju będzie musiała oddać część swoich terytoriów, czy też ta wojna będzie się cały czas tliła?

    Jestem umiarkowanym pesymistą, jeśli chodzi o szybkie zakończenie tej wojny. To jest oczywiście moje gdybanie, bo ja nie mam żadnych informacji wywiadowczych i wszystko opieram na przekazach medialnych i jakiejś mojej wiedzy z przeszłości, doświadczeniu i znajomości ogólnej tematu. Ukraina jest w bardzo trudnej sytuacji. Nie wiem, jak to się zakończy. Na początku myślałem, że Putinowi łatwo nie pójdzie, że to się szybciej skończy, Ale już półtora roku czy dwa lata temu twierdziłem, że to jest wojna na zamordowanie Ukrainy. Oni ją chcą po prostu zamordować, jeśli nie będzie ich, to będzie niczyja. Na razie ze strony Rosjan nie widać żadnych oznak chęci zakończenia w sposób cywilizowany tej strasznej wojny. My cały czas mówimy, że ich [Ukraińców – red.] wspieramy, że oni walczą za nas, wysyłamy im broń, pomoc i solidaryzujemy się. Ale to oni giną. A ludzie giną nie z pięknymi hasłami na ustach, tylko raczej z rozpaczy. Śmierć? Kto nie widział wojny i śmierci, ten może sobie opowiadać różne dyrdymały. Śmierć jest straszna, nie ma w sobie nic z heroizmu i piękna.

    Wyłączam więc dwa źródła nagrywania jako profesjonalny szpieg. Dziękuję ci bardzo.

  • Świąteczna rozmowa z ks. Adamem Bonieckim

    Zapraszam do obejrzenia podcastu „Tygodnika Powszechnego”, który powstał przy gościnnym udziale smakksiazki.pl. Olbrzymi podziękowania dla Michała Kuźmińskiego, wicenaczelnego Tygodnika, bez którego to wszystko by się nie udało. Dziękuję także Remikowi, który nagrał, zmontował, zadbał o dźwięk oraz Mikołajowi, który mu w tym wszystkim pomagał – bez Was tego odcinka by nie było.

    Z księdzem Adamem Bonieckim rozmawiamy o jego najnowszej książce „Testament”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego, a także o pisaniu testamentu, życiu po śmierci, wierze w Boga oraz o drobnych przyjemnościach. Są też życzenia świąteczne, ale wątek o trudach bycia papieżem. Mam więc nadzieję, że przyjemnie spędzicie te kilkadziesiąt minut.

     

  • Księgarnia to dusza miasta i szpital dla mózgu. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Księgarnie są miejscami magicznymi. Zawsze to wiedziałam i czułam. W dobrej księgarni można jednocześnie poczuć euforię (bo jest tyle fascynujących i pachnących nowością książek do przeczytania!) i kojący spokój – czytanie książek i ich przeglądanie na księgarnianych półkach to nie jest szybkie zajęcie, to raczej cudowna, uważna powolność. Księgarnia jest zwykłym sklepem, ale zarazem zupełnie nie. Jest to na przykład jedyny rodzaj sklepu na świecie, z którego można wyjść odrobinę mądrzejszym – w dobrej księgarni można bowiem spędzić sporo czasu i trochę poczytać.

    W Sztokholmie nie ma dostatecznie dużo naprawdę dobrych księgarń, ale trochę ich się ostało. Prawie codziennie zaglądam do księgarni Hedengrens, jednej z najstarszych w mieście. Istnieje od 1897 roku, zdążyła przez 300 lat zmienić nazwę i miejsce, ale nadal jest i jestem w niej zawsze bardzo miło widziana, bez względu na to, czy coś kupuję, czy nie. A jeśli zapytam o interesujący mnie tytuł, osoba za kontuarem nie będzie piętnaście razy prosić o powtórzenie nazwiska, bo tak jak ja czyta i zna się na literaturze. I tak powinno być w dobrej księgarni.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Żyję już na świecie tyle lat, że pamiętam – z dzieciństwa, ale pamiętam – jakim oknem na świat były Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki i jak wspaniałe były powstałe z nich w latach ’90 salony Empik – było tam tyle świetnych książek, taka przestrzeń dla spragnionego lektury umysłu, taki wybór tytułów zamiast stosu plastikowych kubków, obok których leżą stosy książek wydanych przez wydawców, których stać na wybulenie SIECI za wyeksponowanie tego, czym chcą zachwycić czytelników, przez co raczej nie jest to literatura, ale poczytne książki kucharskie, poradniki jak usidlić faceta oraz jak się odchudzić, a także różne pseudoliterackie dziwolągi, które może już pisze AI, może nie, cholera wie, w każdym razie literatury jest mało, chociaż oczywiście się zdarza. Na szczęście! Zawsze przeżywam uniesienie, gdy widzę, że wśród bestsellerów Empiku jest takie cudo jak „Chłopki” Joanny Kuciel Frydryszak – za to chcę wybaczyć Empikowi wszystkie grzechy i nadal wierzę, że stanie się jeszcze siecią księgarń, do których będę biegła jak na skrzydłach (a może pobiegnę tak do nowej siedzibym EMPiK-u na rogu Marszałkowskiej i Alej w byłym pawilonie Cepelii? Może tam już jest tak, jak być powinno?) Na razie sieć nie zaspakaja mojej tęsknoty za księgarnią, bo księgarnia to jest miejsce, w którym rozumie się, czym jest jakość i w którym znający się na książkach księgarze i księgarki decydują, co gdzie będzie leżało. W moich ulubionych księgarniach w Szwecji (i nie tylko) księgarze i księgarki piszą nawet własne recenzje książek i eksponują je na półkach. To nie są miejsca czystej komercji. Księgarnia to jest po prostu kapitalizm z ludzką twarzą, którego tak bardzo nam dziś brak. Dobra, duża i piękna księgarnia to także wizytówka miasta. Jeśli miasto jest międzynarodowe, w księgarni są książki w różnych językach.

    Kiedy biegam po mojej ukochanej Warszawie zachwycam się wszystkim poza tym, że większość dobrych księgarń już nie istnieje. Zniknęły, albo zostały zredukowane. Warszawa zaczyna przypominać poksięgarniany grobowiec. I podobnie jest w innych polskich miastach. Jest to kompletnie niezrozumiałe, zważywszy na przykład na to, jak dużo się Polsce odbywa targów książki i jakie tłumy je odwiedzają. Czy włodarze polskich miast tego nie widzą? Czy dlatego skąpią kasy na pomoc księgarniom, bo nawet jeśli trochę im pomagają (Warszawa podobno trochę obniża czynsz), to nadal nie rozumieją, że księgarnia to nie jest ani sklep z butami, ani sklep papierniczy z dodatkiem plastikowych wyrobów z Chin i walającymi się w tyle poradnikami, jak zrobić mu dobrze i jak jeść, a zarazem nie jeść i że dlatego obowiązkiem miast jest WALKA o to, by było w nich mnóstwo wspaniałych księgarń? Księgarnia to jest miejsce, w którym jest półka z klasyką literatury, w którym eksponuje się także to, co niszowe, a szalenie dobre, na przykład filozofię i poezję. To jest takie miejsce, tylko znacząco WIĘKSZE jak warszawskie Korekty, albo Tarabuk, albo Big Book Cafe czy Wrzenie Świata. Grażyna Plebanek pisze na Facebooku ” W Londynie księgarnie żyją. Nowe i używane książki mają się dobrze, a na każdej ulicy handlowej znajduje się przybytek z książkami. Kupują ludzie w każdym wieku. To jakaś zagadka, zwłaszcza wobec doniesień, że w Warszawie nawet tuż przy Uniwersytecie, księgarnie znikają.” I to jest prawda. Słowa Plebanek przypominają mi o wszystkich moich pobytach w najwspanialszych miastach świata, w Nowym Jorku, w Londynie, w Paryżu, w Lizbonie, czy w Tokio w każdym z nich (także w Tokio choć nie znam słowa w języku japońskim) godzinami łaziłam po wspaniałych, ogromnych księgarniach. Księgarnie to są przecież dusze miasta. Nie da się zrozumieć miasta ani kraju bez połażenia po księgarniach.

    www.unsplash.com/Robert Anasch

    Jeśli nie wierzycie, że księgarnie mówią o mieście wszystko, zerknijcie na kilka linków pod tym tekstem i obejrzyjcie sobie zdjęcia i opisy. Są to przewodniki (najnowsze i w pełni aktualne) po najlepszych księgarniach w Londynie, Nowym Jorku, Paryżu i Lizbonie.

    Polska ostatnio trąbi w świat o tym, że się zbroi, trąbi tak głośno i skutecznie, że nawet na ogół olewające nas media szwedzkie również trąbią, że w Europie rośnie nowa potęga, ba nawet mocarstwo. Nie żartuję! I teraz mam tylko takie małe pytanie: kiedy już zostaniemy tym mocarstwem i cały świat będzie chciał do nas przyjeżdżać, o czym będą pisać światowi miłośnicy turystyki księgarnianej (yes! taka istnieje!)? Że w Warszawie najlepiej się udać do mini punktu Bonito na Chmielnej, bo na wystawie jest kilka książek? Czy może wyślemy wszystkich po kubki i makulaturę do Empiku? (A może uratuje nas chociaż ten nowy salon? O Bogowie, niech tak się stanie)

    I na zakończenie – Renata Pol napisała na moim wallu na Facebooku kilka słów o czytelnictwie, które warto teraz przytoczyć:

    Jesteśmy wszyscy coraz bardziej przyklejeni do ekranów. Ekspozycja mózgu na tak silne i szybko zmieniające się bodźce (scrollowanie) z natychmiastową gratyfikacją (lajki, znalezienie informacji) przyzwyczaja go do takiego trybu pracy, zmienia jego chemię, wytycza i utrwala inne ścieżki neuronowe. (…)Nieprzypadkowo słowem roku w Wielkiej Brytanii zostało w tym roku „brain rot” czyli stopniowe gnicie mózgu (pol. odmóżdżanie?) na skutek dostarczania mu miałkiego, popkulturowego, nie rozwijającego kontentu.”

    Nie da się lepiej tego podsumować. W tej rzeczywistości czytanie PRAWDZIWEJ LITERATURY jest jogą dla mózgu, lekiem na całe zło i być może jedyną szansą na to, by nam pod kopułą wszystko do reszty już nie zgniło. W tym kontekście prawdziwa księgarnia jest miejscem świętym, rodzajem szpitala lub sanatorium dla mózgu. Czy naprawdę chcemy żyć w kraju, który stać na to, by już niedługo zostać większą potęgą militarną niż Niemcy i Wielka Brytania razem wzięte, ale nie stać na choć kilka wspaniałych, wielkich księgarń z przemyślanym wyborem książek i prawdziwymi księgarzami?

    NAJLEPSZE KSIĘGARNIE W BOSKICH MIASTACH:

    LONDYN

    https://www.visitlondon.com/things-to-do/shopping/books/top-bookshops-in-london

    NOWY JORK

    https://www.vogue.com/article/best-bookstores-in-new-york-city-a-guide

    https://www.timeout.com/newyork/books/best-bookstores-in-new-york-city

    PARYŻ

    https://frenchly.us/best-bookstores-in-paris/

    LIZBONA

    https://www.portugal.com/activities-experiences/11-bookstores-in-lisbon-you-need-to-visit/

    Ze świątecznymi uściskami dla prawdziwych księgarzy i księgarek,

    Katarzyna Tubylewicz

  • „Gruba Literatury” – „Sto lat samotności”

    Doczekaliśmy się! Na platformę Netflix wjeżdża właśnie serial – ekranizacja „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Czego się spodziewać? Sam nie wiem, bo trochę mam nadzieję, że będzie super, a trochę się boję, że super nie będzie. O czym w ogóle jest książka, jak powstawała, jakie były warunki spadkobierców Marqueza, żeby serial w ogóle powstał? O tym opowiadam w wideo, które poniżej!

    W realizacji materiału dziękuję Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”.

     

  • W poszukiwaniu grudniowych nowości

    Umówmy się – grudzień nie rozpieszcza, jeśli idzie o liczbę premier książek. Poklikałem, przejrzałem, więc mam dla Was krótszą niż zwykle, ale nadal, według mnie, interesującą listę nowości ostatniego miesiąca roku. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule. Smacznego!

  • „Pisarze są sumieniem swojego społeczeństwa” – rozmowa z Elif Shafak

    Są czasem takie dni, kiedy już nic się nie chce, bo roboty po pachy, a najbliższy czas też zapowiada się bardzo intensywnie. Trudno to sobie wyobrazić, ale w takiej chwili jedna wiadomość może zmienić wiele, o ile nie wszystko. Tak właśnie było w piątek po ogłoszeniu literackiego Nobla, kiedy szedłem przez Sztokholm i rozmyślałem nad sensem wyjazdu na Targi Książki we Frankfurcie. Szczególnie, że tydzień po nich czekały mnie Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, czyli kumulacja kumulacji. Co było we wspomnianej wiadomości? Katarzyna Kończal z Wydawnictwa Poznańskiego spytała, czy zrobię we Frankfurcie rozmowę z Elif Shafak, bo autorka ma godzinne okienko i jest opcja zorganizowania spotkania. Znacie mnie już trochę, więc doskonale wiecie, co wydarzyło się w mojej głowie, bo chwilę chwilę później palce same powędrowały ku aplikacji LOT-u i zaczęły szukać odpowiednich połączeń.

    Kim właściwie jesteś? Urodziłaś się we Francji, wychowałaś w Hiszpanii, mieszkałaś w Turcji, USA, Wielkiej Brytanii.

    Mieszkałam w Hiszpanii, ale nie jestem Hiszpanką. Urodziłam się we Francji, ale nie jestem Francuzką. Kim jestem? Jestem gawędziarką, pisarką, powieściopisarką. Jestem osobą, która uwielbia literaturę. Jestem zarówno Turczynką, jak i Brytyjką. Jestem imigrantką, pisarką-imigrantką, nie tylko imigrantką w Wielkiej Brytanii, ale i w języku angielskim. Piszę literaturę w swoim trzecim języku, bo angielski jest moim trzecim językiem.

    Rozmawiamy kilka dni po ogłoszeniu literackiego Nobla południowokoreańskiej pisarce Han Kang. Jaka była Twoja pierwsza myśl?

    Bardzo się ucieszyłam, myślę, że jest wspaniałą pisarką, bardzo lubię jej twórczość i sądzę, że to ważne, aby mieć w literaturze różnorodność. Kiedy mówię różnorodność, mówię nie tylko o tożsamości, pochodzeniu etnicznym, kulturowym, ale też o stylu pisania. Są różne sposoby snucia opowieści, i ta wielorakość powinna być pielęgnowana i dostrzegana. Więc bardzo się ucieszyłam, że dostała Nobla w dziedzinie literatury.

    Znacie się?

    Tak, trochę.

    Wróćmy na moment do „Twoich” miejsc. Stambuł to miasto, do którego, póki co, chcę wrócić najbardziej. Jakim miejscem jest dla Ciebie?

    Nie ma czegoś takiego jak jeden Stambuł. Są Stambuły, liczba mnoga. To miasto-matrioszka, otwierasz lalkę, a tam w środku jest następny Stambuł, w nim kolejny, i jeszcze jeden. Zobaczenie tych wszystkich warstw wymaga czasu. To piękne, skomplikowane miejsce. Stambuł to miejsce i ruin, i budynków. To miejsce amnezji i pamięci. Tak wiele ze Stambułu zostało utracone. Więc trochę to trwa, zanim dostrzeżemy wszystkie jego warstwy. Jako pisarka zawsze interesowałam się tym, co pod spodem. Oczywiście uwielbiam opowieści, ale uwielbiam również ciszę. Lubię zwracać uwagę na ciszę. Jeśli ktoś został zepchnięty na margines, na peryferia, jeśli jego historia została wymazana, ocenzurowana, zapomniana, moje pióro i serce organicznie zmierzają w tym kierunku. Więc zawsze interesowała mnie kontrkultura, podbrzusze Stambułu, nieszczególnie widoczne na pierwszy rzut oka; mniejszości – seksualne, etniczne, każdy, kogo wtłacza się w poczucie inności. Stambuł potrafi ludzi ranić, nie tylko ich karmić. To bardzo skomplikowane miasto.

    www.unsplash.com/Tolga Ahmetler

    Bardzo lubię klimat Mostu Galata. Knajpki, kawiarnie, ludzie łowiący ryby z mostu.

    Tak, uwielbiam ten obszar. Mam tyle ulubionych miejsc w Stambule, które nadal noszę w sobie. Nie byłam tam od 9 lat. Mam ciekawe połączenie – połączenie melancholii – bardzo tęsknię za Stambułem, chętnie bym go odwiedziła. Mieszkałam tam przez wiele lat. Byłam młodą, ambitną pisarką, kiedy się pierwszy raz przeprowadziłam, mieszkałam przy ulicy Kazanci Yokushu, ulicy wytwórców kotłów, bardzo blisko placu Taksim i było to nieprawdopodobnie różnorodne miejsce. Byłam tam w noc trzęsienia ziemi, widziałam wiele różnych twarzy Stambułu, ale lubię też prowadzić badania na temat tego miasta. Wiele rzecz przepadło, więc moim zdaniem pisarze muszą być trochę archeologami, być jak archeolodzy literatury i kultury i kopać głęboko, żeby przekopać się przez warstwy historii, ale też amnezji.

    Jesteś mile widziana w swoim kraju? Bo z prezydentem Recepem Erdoganem przyjaciółmi nie jesteście.

    Bardzo chciałabym tam pojechać, mieć wystąpienia, odczyty, mam wielu czytelników w Turcji i czuję się z nimi blisko związana. Szczególnie kobiety, młodzież, mniejszości. Kocham kulturę, kocham ludzi, ale kiedy myślę o polityce i politykach, to jest to bardzo przygnębiające. Chcę, żeby w moim kraju była prawdziwa demokracja. Dla nas, pisarzy, dla każdego, demokracja jest ważna. Również dla nas, pisarzy, ważna jest wolność słowa. Miałam sprawę sądową za pisanie powieści, wniesiono przeciwko mnie oskarżenie, prowadzono w mojej sprawie dochodzenie, oskarżono mnie o obrazę tureckości, żądano dla mnie kary 3 lat więzienia. Kilka lat później prokurator nakazał policji zabrać moje książki z mojego tureckiego wydawnictwa – tym razem byłam oskarżana o obsceniczność, ponieważ piszę o życiu sex workerki, seksualności, przemocy na tle płci. Zmierzam do tego, że jako pisarze potrzebujemy wolności słowa. Nie jest łatwo być turecką pisarką, nie jest łatwo być kobietą-pisarką w Turcji, bo są dodatkowe warstwy patriarchatu, ale nie chcę nigdy zapominać, jak piękni są tamtejsi ludzie, czuję duże przywiązanie do ludzi i kultury. W 2006, kiedy miałam sprawę sądową, było to dla mnie bardzo niepokojące, również dlatego, że byłam wówczas w ciąży. Po raz pierwszy turecki powieściopisarz został podany do sądu na mocy artykułu 301 – mamy taki artykuł w konstytucji, chroniący tureckość, ale nikt nie wie, co to znaczy. Nigdy wcześniej nie był wykorzystywany przeciwko pisarzom, był używany przeciwko dziennikarzom i historykom, ale nigdy autorom literatury pięknej, to było nieoczekiwane, bardzo surrealistyczne. Słowa wypowiadane przez postaci fikcyjne były wyjmowane z moich powieści i używane jako ‘dowód’ na sali sądowej. W efekcie mój turecki prawnik musiał bronić moich ormiańskich postaci. W tym czasie na ulicach pojawiały się grupy plujące na moje zdjęcia, palące flagi UE. Potem zostałam uniewinniona, fikcyjne postaci też zostały uniewinnione. Całe to szaleństwo trwało rok, a potem przez półtora roku musiałam mieć ochroniarzy, więc to jest niepokojące, a mówimy o fikcji, o wyobraźni.

    Skoro jesteśmy przy wolności słowa, ostatnio jest głośno o wycofywaniu książek Stephena Kinga z bibliotek na Florydzie, ale sprawa w całych Stanach Zjednoczonych nie dotyczy tylko jego tytułów. 

    Doceniam to, że poruszamy ten temat – obecnie w Ameryce książki są nie tylko zakazywane, ale też, coraz częściej, usuwane. Książki są po cichu wynoszone z biblioteki – nie brzmi to jak zakaz, ale na jedno wychodzi. PEN America podaje liczbę zakazanych i usuniętych książek w całym kraju i jak spojrzysz na liczby, to widzisz eskalację tego procesu. W zeszłym roku ta liczba była dość wysoka, w tym roku będzie jeszcze wyższa. Tak wygląda rzeczywistość i naiwnością byłoby myśleć, że wolność słowa to problem w zaledwie kilku krajach na świecie, że Zachód nie musi się tym martwić. Musimy martwić się o przyszłość demokracji, także na Zachodzie, nawet w Europie, nawet w Ameryce, musimy martwić się o przyszłość praw kobiet, praw LGBTQ+ oraz ogólnie o demokrację. Instytucje są atakowane, ale wszystko zaczyna się od atakowania książek, idei, słów. I sądzę, że wszyscy musimy zwracać uwagę na to, co dzieje się w Ameryce.

    W Turcji mamy inny system – zwykle książki nie są zakazywane, natomiast stawia się autora w stan oskarżenia. Mieliśmy dużo zakazanych książek przed 1980 rokiem, potem sytuacja trochę się zmieniła. Autorom więc wytacza się sprawy sądowe, czasem z powodu wiersza, powieści, tweeta, retweeta, można w ciągu jednego dnia wpaść w kłopoty. Może rozpocząć się dochodzenie, można zostać oskarżonym, mieć rozprawę, iść do więzienia, zostać zmuszonym do wyjazdu z kraju. W tej chwili wielu intelektualistów siedzi w tureckich więzieniach, zarówno Turków, jak i Kurdów, tak wygląda rzeczywistość, o której też musimy też rozmawiać.

    W Ukrainie od blisko trzech lat trwa wojna. Powinniśmy usuwać z przestrzeni publicznej literaturę rosyjską?

    To trudne pytanie. Zawsze uważałam, że należy odróżniać rządy od ludzi. Często ironia, tragedia, polega na tym, że ludzie są znacznie bardziej postępowi, niż ich rządy, ale nie słyszymy ich głosów. Jako pisarka pochodząca z kraju takiego jak Turcja sądzę, że błędem byłoby utożsamianie tureckiego rządu z mieszkańcami Turcji. Ludzie są znacznie bardziej złożeni. I jestem pewna, że w Rosji są również ludzie, którzy pragną prawdziwej demokracji i chcą, aby zakończyło się szaleństwo wojny. Pisarze są sumieniem swojego społeczeństwa, pisarze, poeci. Nie sądzę, żeby zakazywanie rosyjskiej literatury było właściwym rozwiązaniem. Oczywiście, zawsze będę słuchać tego, co mówią nam pisarze i poeci ukraińscy, bo doświadczają teraz bólu i cierpienia w sposób dojmujący, więc w tej chwili nadałabym wyższy priorytet literaturze ukraińskiej, bo powinniśmy usłyszeć ich głos, ich głosy powinny wybrzmieć głośniej. Ale nie powinniśmy, moim zdaniem, zakazywać literatury rosyjskiej. Zakazanie Tołstoja, Czechowa, Turgieniewa, Dostojewskiego, Anny Achmatowej, nie przybliży nas do pokoju. Próbuję przez to powiedzieć, że możemy robić różne rzeczy jednocześnie. Dlatego media społecznościowe nie są właściwym miejscem na takie rozmowy, a literatura tak. Powinniśmy przede wszystkim wspierać ukraińskich pisarzy, poetów, i pomóc głośniej wybrzmieć ich głosom, ale czyniąc to, wcale nie musimy zakazywać literatury rosyjskiej, szczególnie klasyków, bo to moim zdaniem nie ma sensu.

    Jaką rolę mają więc teraz pisarki i pisarze ukraińscy?

    Mam ogromny szacunek do ukraińskich powieściopisarzy, poetów, artystów, myślę o nich ze współczuciem i w duchu solidarności. To niezwykle trudny moment dla narodu ukraińskiego, dla ukraińskiej literatury, a to co robią poprzez literaturę jest niezwykłe, możemy się dużo od nich nauczyć. To ważny temat. Wojna oczywiście jest tak raniąca, destrukcyjna. Dzięki literaturze możemy zachować nadzieję na pokój, nadzieję na współistnienie, na empatię. Dlatego uważam, że to bardzo ważny temat, i śledzę go możliwie najuważniej.

    Jak ważny jest dla Ciebie „Don Kichot” Cervantesa?

    Jest naprawdę ważny. Byłam dzieckiem, gdy po raz pierwszy przeczytałam „Don Kichota”, mieszkałam w Hiszpanii, hiszpański był wówczas moim drugim językiem. Oczywiście, nie twierdzę, że w pełni zrozumiałam „Don Kichota”, to książka, do której trzeba wielokrotnie wracać. I ja tak robiłam na przestrzeni lat. Ale nawet, gdy czytałam ją po raz pierwszy, wyobraźnia, jaka za tym stoi, bohater w centrum ma wiele wad, nie jest bohaterem idealnym, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, w żadnym razie. Różnorodność postaci, sposób, w jaki zachęca czytelnika do udziału w opowieści. Kocham powieść jako gatunek, jako formę literacką. W obrębie powieści odnajduję wolność, mnogość, niuanse, pluralizm – wszystko, czego nie możemy celebrować w naszym życiu, w tym świecie, bo jesteśmy wpychani w sztywne ramy. W literaturze możemy je celebrować. Więc tak, „Don Kichot” będzie zawsze dla mnie ważną miarą, ważną książką.

    Idąc dalej w kierunku rzeczy dla Ciebie ważnych, podobno istotna jest muzyka, przy której piszesz.

    Jestem metalowcem, uwielbiam muzykę metalową, zawsze lubiłam ten gatunek, od wczesnej młodości, nie spodziewałbyś się tego po Turczynce w średnim wieku, ale to moja rzeczywistość. Szczególnie lubię podgatunki heavy metalu, takie jak industrial metal, metal symfoniczny, melodyjny death metal – uwielbiam ten gatunek, metalcore. Uwielbiam zespoły skandynawskie, ale też jest świetny zespół ukraiński, Jinjer, inny z Mongolii, kolejny z Grecji. To bardzo ciekawe. Mogę podać ci nazwy. Na całym świecie odkrywam nowe zespoły heavymetalowe.

    Wracamy do książek. Dwa lata temu w Wydawnictwie Poznańskim ukazała się „Wyspa zaginionych drzew”, jak myślisz, co mogłyby nam powiedzieć drzewa?

    Myślę, że drzewa naprawdę mówią, przyroda mówi do nas cały czas. Tak, bardzo interesuje mnie ekofeminizm, powinnam to dodać. Ekofeminizm próbuje połączyć kropki. Co mam na myśli? Kiedy mówimy o kryzysie klimatycznym, mówimy głównie o kryzysie wody pitnej. Spośród 10 krajów najmocniej dotkniętych tym kryzysem, 7 znajduje się na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Nasze rzeki umierają. Deficyt wody może wydawać się odrębnym tematem, prawda? Ale wyobraź sobie, że kobiety na całym świecie odpowiedzialne są za przynoszenie wody dla swojej społeczności, kobiety i dzieci. Jeśli w pobliżu nie ma wody, dystans, jaki musi przejść kobieta zwiększa się, co wiąże się z rosnącym ryzykiem przemocy na tle płci po drodze. Jeżeli obchodzi nas deficyt wody, musi nas również obchodzić nierówność płci. Jeżeli obchodzi nas nierówność płci, musi nas obchodzić nierówność rasowa. Jeżeli obchodzi nas nierówność rasowa, musi nas obchodzić nierówność klasowa, itd. Po prostu wszystko jest ze sobą powiązane. Przyroda to pokazuje – że wszystko się ze sobą wiąże. Drzewa mówią nam, że jesteśmy połączeni. Człowiek łudzi się myśląc, że stoimy ponad przyrodą. Jesteśmy bardzo aroganccy, zamieniliśmy się w konsumentów przyrody, ale jesteśmy zaledwie malutką cząstką bardzo delikatnego ekosystemu. Drzewa przypominają nam, że nie dominujemy nad przyrodą tak, jak nam się wydaje, że musimy nawiązać z nią kontakt na nowo, w zupełnie inny sposób.

    Na początku rozmawialiśmy o literackim Noblu. Moim zdaniem dostaniesz go w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Myślisz o tym?

    Chciałabym, żeby moje dzieła tworzyły mosty, aby łączyły kulturę słowa pisanego i mówionego. Opowiadanie drogą przekazu ustnego jest umniejszane i traktowane z pogardą, a przecież zawiera tyle mądrości, tyle prawdy. Chciałabym też bardzo, żeby moje książki tworzyły pomost między europejskim kanonem powieści, do którego czuję się bardzo przywiązana, ale to nie jedyna rzecz, do której jestem przywiązana, a snuciem opowieści o Bałkanach, Bliskim Wschodzie, Anatolii, Lewancie – to coś zupełnie innego, bardziej cyklicznego, zataczającego kręgi. Więc mam w głowie i w sercu różne tradycje opowiadania, i sądzę, że ten drugi świat snucia opowieści nie jest dobrze znany w Europie, na Zachodzie, więc chciałabym, aby moje dzieła je łączyły i tworzyły więcej empatii, więcej zrozumienia. Mam nadzieję, chciałabym, aby moje dzieła wzmacniały mądrość – rozróżniam między informacją, wiedzą, a mądrością, bo moim zdaniem to zupełnie różne rzeczy. Informacja jest krótka, do szybkiej konsumpcji, do wiedzy potrzebne są nam rozmowy takie, jak ta, niespieszne dziennikarstwo, potrzebne są książki, i jest jeszcze mądrość – tu musimy wprowadzić do rozmowy serce. To są rzeczy, które mają dla mnie znaczenie.

  • Wysyp listopadowych premier, na które się zdecydować?

    To jeden z najlepszych listopadów odkąd pamiętam! Zapowiadają się świetne premiery, bardzo dużo czytania, świetnie spędzony czas. Przejrzałem strony wydawnictw, wybrałem dla Was najciekawsze, według mnie, nowości tego miesiąca. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule. Smacznego!

  • „Zatruta krew”, Bruno Schulz i rollercoaster w Polsce – rozmowa z Jo Nesbø

    Wiele rzeczy musiało się zgrać, żeby do tej rozmowy w ogóle doszło, bo wiadomo, że karty rozdawali agencji norweskiego pisarza. Odpowiednia konstelacja gwiazd, czas autora, dogranie miejsca, ale nawet pięć minut przed wywiadem miałem z tyłu głowy, że coś może jeszcze się nie udać. Udało się, spotkaliśmy się w Newcastle i pogadaliśmy nie tylko o „Zatrutej krwi”, czyli najnowszej książce Jo Nesbo, ale też o Brunonie Schulzu, Kainie i Ablu oraz złu, które jest w każdej rodzinie. Chociaż przyznacie, że rodzina z „Królewstwa” i „Zatrutej krwi” jest rodziną specyficzną. Kto wygra najnowszą partię szachów między braćmi? A może będą sami przegrani? Przeczytajcie, bo naprawdę warto! Książka ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego.