Kategoria: Aktualności

  • Powraca Krzyż. Norbert Krzyż. Rozmowa z Michałem Zgajewskim

    Norbert Krzyż powraca, więc razem z Michałem Zgajewskim zapraszamy do Żywca, gdzie porozmawialiśmy o książce „Ciemność żyje w nas”. Spotkaliśmy się na pewnej górze, na której rozgrywa się jedna z ważniejszych scen, ale rozmawiamy o egzorcystach, czarnych mszach, demonach Krzyża z pracy w policji, a także o szczęściu prywatnego detektywa, które być może nadciąga, a być może nie. O ile w „Strażniku jeziora” – pierwszej książce Zgajewskiego, pierwsze skrzypce grało Jezioro Żywieckie, tak teraz na pierwszym planie jest Krzyż. Norbert Krzyż.

    Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Agora.

  • Gliwicki pub inspirowany literaturą

    Pub i literatura to wyrazy, które niezbyt często występują w jednym zdaniu, ale są wyjątki. Na szczęście. W Gliwicach działa miejsce o nazwie „Pierwsza polka”, które jest inspirowane książką…„Pierwsza polka” Horsta Bienka, pisarza pochodzącego właśnie z tego miasta. W pubie znajdziecie podobiznę autora, menu inspirowane jego książką, a także ducha literatury, unoszącego się nad każdym stolikiem. Dlaczego to miejsce w ogóle powstało? Skąd inspiracja książką? O tym, a także o wielu innych rzeczach związanych z tym biznesem opowie Konrad Kołakowski.

     

     

  • Hej, ChatGPT, napisz za mnie książkę! Artur Kurasiński o AI

    Jeśli czytasz ten tekst, to znaczy, że prawdopodobnie marzysz o dwóch rzeczach – napisaniu własnej książki oraz żeby nie musieć się przy tym napracować. Rozumiem Cię doskonale! Praca nad książką (niezależnie jaką), to droga przez mękę. Trzeba nauczyć się szukać informacji, budować świat, tworzyć bohaterów, dialogi, no i (taki drobiazg), mieć pomysł na to wszystko.

    Jest wiele książek opisujących proces tworzenia – pisali o tym między innymi Stephen King i Remigiusz Mróz. Każdy z nich zniechęcał, pokazywał jak bardzo jest to proces ciężki, niszczycielski wręcz i najeżony problemami.

    Fantazjowanie o pisaniu książek jest miłe i bezpieczne. Pisanie książek to proces skrajnie wyczerpujący i destruktywny (napisałem, bądź współuczestniczyłem w wydaniu 8 książek i komiksów, więc trochę o tym wiem).

    Być może nawet zacząłeś (albo zaczęłaś) robić coś w tym kierunku, ale niestety idzie Ci jak po grudzie. I potrzebując wsparcia, siedzisz właśnie w jakiejś knajpie z kumplem, który po trzeciem piwie odzywa się i mówi „Hej, a próbowałeś AI? Wiesz, że ChatGPT może pisać teksty?”

    No właśnie.

    Sztuczna Inteligencja.

    www.unsplash.com/Florian Olivo

    Magiczna fraza za którą kryją się totalnie fantastyczne wyobrażenia o tym, co ta „ej aj” potrafi. Na potrzeby niniejszego felietonu muszę zatem wytłumaczyć (bardzo pobieżnie) czym jest, a czym nie to AI o którym słyszymy od prawie dwóch lat.

    Sztuczna inteligencja nie zaczęła się w listopadzie 2022 roku, kiedy OpenAI pokazało świat swój model językowy ChatGPT-3. Naukowcy zajmują się kwestiami AI od lat sześćdziesiątych zeszłego wieku.

    Problemy z małą wydajnością mocy obliczeniowej, brak algorytmów oraz danych skutecznie uniemożliwiał rozwój tej dziedziny nauki. Niektórzy naukowcy wręcz twierdzili, że stworzenie AI, które chociaż minimalnie będzie w stanie nam pomagać, jest skazane na porażkę. A o oprogramowaniu, które będzie w stanie zdać tzw. test Turinga (w określenie poziomu posługiwania się językiem naturalnym przez maszynę oraz umiejętności myślenia) nie ma mowy.

    Minęło kilkadziesiąt lat, wiele ścieżek i prób okazało się błędnych, aż wreszcie mały zespół badawczy pracujący w firmie OpenAI dokonał przełomu. Udało się stworzyć algorytm (nazywany wielkim modelem językowym z powodu ilości danych, które musi zawierać aby działał poprawnie), który zgaduje kolejność słów.

    Tak, dobrze słyszycie. Tak naprawdę ten jeden z największych wynalazków ludzkości można opisać jako „stochastyczną papugę” czyli twór, który bezmyślnie powtarza zasłyszane słowa i zdania bez ich rozumienia, za to w większości wypadków w sensownie brzmiących frazach. I robi to całkiem nieźle bo oprócz tekstów tworzy też grafikę i wideo, a nawet bardzo dobrze radzi sobie z tworzeniem kodu.

    Jak to się dzieje? Nikt tego nie wie.

    Naukowcy z OpenAI, Meta, Microsoftu, Apple czy Google rozkładają ręce i bardzo chętnie używają terminu „czarna skrzynka”, co ma oznaczać „stworzyliśmy coś, ale nie rozumiemy jak to działa”. Wiemy jakie algorytmy są potrzebne, ile treści (danych na podstawie których algorytm się uczy), jaka moc obliczeniowa, ale nie wiemy dlaczego dany model językowy działa.

    Nie wiemy dlaczego (i co ważniejsze – jak!) doprowadzić do sytuacji, w której taki model nie „halucynuje” (w przypadku ludzi napisałbym „kłamie” – czyli robi to świadomie).

    Witajcie zatem w krainie wspaniałości, w której macie za kilkanaście dolarów miesięcznie dostęp do narzędzia, które (w teorii) może napisać za was dowolną pracę i tekst. Nikt nie wie co prawda jaki będzie efekt i czy to, co dany czatbot napisze, będzie tym, o co go poprosiliście, ale to drobiazg.

    Będąc początkującym pisarzem mamy do dyspozycji magicznego pomocnika, który odwali za nas pracę a my tylko podpiszemy umowę z wydawnictwem i zgarniemy górę szmalu. Prawda?

    Niestety, nic takiego się nie wydarzy.

    Po pierwsze – polskie prawo stanowi jednoznacznie – tylko człowiek może być twórcą. Maszynie nie możemy przypisać praw autorskich. Innymi słowy, jeśli napiszecie swoją książkę za pomocą czatbota to nie macie do niej praw autorskich.

    www.unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Oczywiście możesz skłamać i twierdzić, że to twój pot i łzy wsiąkały w kartki kiedy stukałeś swój opus magnum na maszynie, ale cóż – istnieją sposoby aby sprawdzić czy dany tekst został stworzony za pomocą AI (najprościej to wykazać w przypadku prac naukowych, gdzie AI po prostu plagiatuje prace innych osób).

    Jaka jest inna konsekwencja tworzenia przy pomocy AI? Otóż taki wytwór nie jest utworem i nie podlega ochronie prawa autorskiego. Część prawników twierdzi, że takie wytwory powinno umieszczać się w tak zwanej domenie publicznej, czyli każda inna osoba może z nich korzystać, ale nie posiada do nich praw.

    Kolejną konsekwencją używania czatbota do pisania swojej książki to ryzyko pozwu od właściciela praw do tekstów, na których dany czatbot był szkolony.

    Pamiętacie co jest potrzebne żeby dana AI tak pięknie zgadywała kolejne literki i zdania? Duże zasoby danych, czyli mówiąc prościej, teksty. Książki, opracowania naukowe, komentarze w Internecie, strony www, wszelkie zbiory danych.

    Praktycznie każdy z tych wymienionych obszarów ma swojego właściciela i jest objęty prawem autorskim. Czy firmy tworzące czatboty kupiły prawa do tych tekstów albo poprosiły o zgodę autorki i autorów?

    Wolne żarty. Przecież nie po to Mark Zuckerberg już ponad dwie dekady temu dumnie twierdził „move fast and break things” żeby kolejne spółki z Doliny Krzemowej przejmowały się czymś tak prozaicznym jak prawo czy własność intelektualna.

    OpenAI i praktycznie wszystkie firmy, które stworzyły swoje czatboty są obecnie w sporze prawnym z największymi światowymi wydawcami. Od wyników tych sporów będzie zależał dalszy rozwój sztucznej inteligencji.

    Zostawiam jednak na chwilę na boku kwestie prawne i spróbuję teraz odpowiedzieć na pytanie, czy ChatGPT (i jemu podobne) rozwiązania technologiczne mogą pisać książki?

    W ogromnym skrócie: tak

    Czatboty wyszkolone na bardzo dużej liczbie (liczonych w dziesiątkach milionów) książek i dokumentów mają w sobie możliwość tworzenia tekstów w zadanym stylu („napisz kryminał w stylu Chandlera, ale potem dorzuć trochę stylu Chmielarza”), używania słów, czy wręcz całych zdań charakterystycznych dla danej twórczyni czy autora.

    Problemów jest jednak kilka – po pierwsze, czatboty nadal mają problem z tak zwaną „pamięcią” i po napisaniu kilku stron tekst przestaje być logiczny albo gubi założenia. Możemy w tekście o II WŚ nagle zobaczyć elfy walczące ze smokami. Albo tekst popularnonaukowy zamieni się w hiphopowy utwór.

    Pamiętacie jak pisałem, że naukowcy nie wiedzą dlaczego AI halucynuje?

    No właśnie. Nie wiemy i dlatego nie bardzo na razie możemy to naprawić (być może nigdy to nie będzie możliwe bez pomocy całej masy towarzyszących „ej ajek” które będą odpowiedzialne tylko za spójność tekstu).

    Czy teksty pisane przez AI mogą być lepsze niż teksty, którymi je „nakarmiliśmy”? Nie. Generatywna sztuczna inteligencja to wspaniały i genialny naśladowca. Sam niczego nie wymyśli, bo będzie posiłkować się tekstami, na których się uczył.

    W branży informatycznej istnieje pojęcie „garbage in, garbage out” oznaczające, że jeśli wprowadzimy złej jakości dane, to efektem będą wyniki również podobnej jakości.

    Sprowadzając ten przykład do polskiego podwórka: jeśli ChatGPT nakarmimy książkami Czornyja, to nie spodziewajmy się, że algorytm wytworzy nam literaturę na poziomie Olgi Tokarczuk.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Nie, czatbot nie uczyni z nas genialnego pisarza, nie spowoduje, że nagle będą spod naszych palców spływały arkusze wspaniałych dialogów czy też opisów przyrody.

    Na chwilę obecną czatbot pomoże nam w zaplanowaniu akcji książki, pomoże w znalezieniu pomysłu, opisie postaci, znalezieniu wątków. Musimy bardzo świadomie działać i wiedzieć co chcemy osiągnąć. Wpisanie frazy „napisz książkę o X” nic nie da.

    Musimy umieć określić bardzo dokładnie w czym chcemy żeby dany czatbot nam pomógł i opisywać to zrozumiałym językiem (to jest ta słynna „inżyniera promptów” o której obecnie tyle się mówi).

    Czatboty genialnie radzą sobie za to z analizą ogromnych zbiorów danych – możecie wrzucić mu wielkiego PDFa i kazać wyciągnąć wnioski, albo zrobić porównanie z innym, równie ogromnym tekstem.

    Artur Kurasiński, fot: www.kurasinski.com

    Wszędzie tam, gdzie nasz ludzki umysł nie radzi sobie pod kątem analizy czy liczenia warto poprosić o pomoc AI. Traktujemy go (ją?) jako naszego kumpla, który zawsze i wszędzie jest nam w stanie pomóc.

    Nie napisze za nas książki, ale pomoże w zaplanowaniu akcji, postaci, opisów. Wytknie błędy logiczne i wskaże alternatywy.

    Nie liczmy jednak na to, że jej poziom kreatywności będzie kiedyś na tyle duży żeby zastąpić pisarki i pisarzy.

    Bo na koniec dnia liczy się człowiek, który tę książkę napisał.

    Kupujemy książki dlatego, że ich autorem jest Stephen King a nie dlatego, że zostały napisane za pomocą Worda z domieszką AI.

    Artur Kurasiński – od ponad dwóch dekad obserwuje trendy technologiczne i społeczne. Często występuje na najważniejszych konferencjach technologicznych w Polsce. Więcej – kurasinski.com.

  • Po które premiery sierpnia sięgnąć? Podpowiadam

    Niby sierpień, a jednak trochę ciekawie zapowiadających się lektur jest. Po co sięgnąć? Podpowiadam, bo przeklikałem strony wydawnictw, wybrałem to i owo, a teraz Państwo mogą ocenić co warto, a czego nie warto. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującym tytule. Smacznego!

  • Premio Strega – o książkach, likierze i czarownicach. Agata Pachucy i jej cykl włoski

    Według najstarszych legend, czarownice z Benewentu w południowych Włoszech zbierały się pod ogromnym orzechem nad rzeką Sabato, gdzie odprawiały swoje magiczne rytuały. Najbardziej znane były janary, które podobno rodziły się w Wigilię, znały się na medycynie ludowej i czarach. Krąży o nich mnóstwo opowieści, różniących się jedynie drobnymi szczegółami. To właśnie do tych wierzeń nawiązuje nazwa lokalnego likieru Liquore Strega, w którego skład wchodzi 70 różnych ziół, tworzących mieszankę idealną do sączenia tuż po posiłku dla lepszego trawienia. Trzeba też dodać, że w tłumaczeniu na język polski strega to właśnie czarownica, a czasownik stregare oznacza czarować, oczarować, więc jeśli zdarzy nam się przesadzić z ilością likieru to, krótko mówiąc, jesteśmy zaczarowani lub, jak kto woli, oczarowani.

    No dobrze, ale jak to wszystko ma się do książek? Otóż jednym z właścicieli rodzinnej firmy produkującej ten magiczny trunek był aktor Guido Alberti, który wraz z pisarką Marią Bellonci ufundował w 1947 roku nagrodę literacką Premio Strega. Nazwa nawiązuje oczywiście do wcześniej wspomnianego likieru i, w konsekwencji, do czarownic z Benewentu również, bo czarownica – albo lepiej, wiedźma – to ta, która wie, w tym wypadku wie, jaka książka może nas oczarować, dlatego jej nagroda to największa gwarancja jakości.

    Pomysł stworzenia nagrody powstał spontanicznie podczas spotkań, aż chciałoby się powiedzieć sabatów, odbywających się w każdą niedzielę od 1944 roku, czyli jeszcze w czasie wojennych bombardowań i terroru, w domu Marii i Goffreda Bellonci w Rzymie. To była duża i pełna pasji grupa zróżnicowanych kulturowo ludzi o bardzo różnych poglądach i charakterach. Nazywano ich „Niedzielni przyjaciele” (Amici della domenica) od dnia tygodnia, w którym się spotykali. W spotkaniach brali udział pisarze, dziennikarze, artyści, literaci, którzy chcieli po prostu dodać sobie otuchy i czerpać siłę z bycia razem w tamtych niepewnych czasach. Po wojnie kontynuowali rytuał spotkań, zapoczątkowując tym samym najważniejszą włoską instytucję literacką i najbardziej prestiżową i pożądaną nagrodę we Włoszech. Niedzielnymi przyjaciółmi nazywani są teraz jurorzy nagrody. Początkowo było ich około dwustu i składali się wyłącznie z przedstawicieli świata literatury. Z biegiem czasu grupa się rozrosła i dołączyli do niej reprezentanci świata kultury, szkół, Włoskich Instytutów Kultury z całego świata, grup czytelniczych, a wszystko po to, by nagroda jak najbardziej odzwierciedlała wrażliwość i gusta czytelników. Aktualnie grupa jurorów liczy 660 osób i wszyscy mogą oddać głos na swojego faworyta wśród finalistów. Niedzielni przyjaciele wybierają najpierw liczną grupę kandydatów do nagrody, (w tym roku było ich 82), następnie Komitet zarządzający złożony tylko ze specjalistów (pisarzy, krytyków, profesorów nauk humanistycznych), wybiera 12 tytułów, które podlegają dalszej ocenie. Potem pałeczka wraca znowu do „przyjaciół”, którzy podczas głosowania, odbywającego się tradycyjnie w siedzibie Fundacji Bellonci przy Via Fratelli Ruspoli w Rzymie, wybierają pięciu finalistów. Oczywiście nie wszystkie sześćset osób przybywa na spotkanie, część głosów przekazywanych jest zdalnie, a wszystko jest tak przemyślane, żeby zapewnić anonimowość głosującym. Taka kilkuetapowa selekcja to pomysł samej Bellonci, która chciała dać możliwość głosu wszystkim, nie tylko literatom, aby zbliżyć do siebie dwa światy: literacki i czytelniczy. Obecnie, oprócz głównej nagrody Premio Strega przyznawane są również (w innych terminach): Premio Strega Poesia (nagroda dla najlepszego tomiku poezji), Premio Strega Europeo (nagroda uznania dla kultury i literatury Starego Kontynentu i jego związków z Włochami), Premio Strega Giovani (nagroda przyznawana przez licealistów w wieku od 16 do 18 lat) i Premio Strega Ragazzi e Ragazze (nagroda dla najlepszej książki przeznaczonej dla dzieci w wieku od 6 do 13 lat).

    Pierwszym laureatem Premio Strega w 1947 roku był Ennio Flaiano (scenarzysta, dramaturg, pisarz i dziennikarz, współautor dziesięciu scenariuszy do filmów Federica Felliniego) za „Tempo di uccidere” („Czas zabijania”). Tytuł kojarzy się może również z filmem nakręconym na podstawie powieści w 1989 roku, z Nicolasem Cagem w roli głównej. Kolejni historyczni zwycięzcy to m.in. Cesare Pavese, Alberto Moravia, Giorgio Bassani, Elsa Morante, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Dino Buzzati, Dacia Maraini, Natalia Ginzburg, Umberto Eco i wielu innych. Jestem jednak przekonana, że również wśród zwycięzców ostatnich edycji znajdą się znajome dla niektórych nazwiska i tytuły. Miłośnikom kryminałów i zawiłych historii rodzinnych polecam powieść „La ferocia” Nicoli Lagioia („Dzikość”, tłum. Anna Wójcicka, Wydawnictwo Alter, 2018). Wielbicielom historii „M. Il figlio del secolo” Antonio Scuratiego („M. Syn Stulecia”, tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Sonia Draga, 2020), czyli opowieść o tym, jak Mussolini doszedł do władzy. “Otto montagne” Paolo Cognettiego („Osiem gór”, tłum. Tomasz Kwiecień, Sonia Draga, 2018) to z kolei historia przyjaźni Pietra i Bruna, trudnych relacjach z ojcem i miłości do gór. „La ragazza con la Leica” Heleny Janeczek („Fotografka”, tłum. Katarzyna Skórska, Prószyński i S-ka, 2021) opowiada o Gerdzie Taro (1910-1937) niemieckiej fotografce z rodziny polskich Żydów, która zmarła w wyniku ran odniesionych na froncie podczas hiszpańskiej wojny domowej. Była jedną z pionierek fotografii wojennej i pierwszą fotoreporterką, która zginęła na froncie. I wreszcie zwyciężczyni z ubiegłego roku Ada D’Adamo i jej autobiograficzna powieść „Come d’aria” („Jak powietrze”, tłum. Anna Osmólska-Mętrak, Albatros, 2024). Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale opowieści o samych książkach i autorach to nieskończony temat na kolejne teksty.

    Wróćmy do tegorocznej, 78. Edycji Nagrody. Wieczór finałowy organizowany jest co roku w pierwszy czwartek lipca, w Narodowym Muzeum Etruskim, mieszczącym się w pałacu Villa Giulia w Rzymie. Zwycięzca odbierając nagrodę musi napić się łyk Liquore Strega prosto z butelki. W tym roku, 4 lipca, likieru napiła się Donatella Di Pietrantonio, która odebrała Premio Strega za powieść „L’età fragile”(Einaudi, „Wiek dojrzewania”, tłum. własne). Tej książki nie znajdziemy jeszcze w polskich księgarniach, ale, jak wiadomo, wszelkie nagrody literackie napędzają sprzedaż, więc z pewnością wkrótce ktoś zajmie się przekładem. W międzyczasie można zapoznać się ze stylem autorki czytając jej poprzednie książki „L’Arminuta” i „Borgo sud” („Porzucona córka” i „Opowieść sióstr”, tłum. Lucyna Radziewicz-Doktór, Wyd. Mando).

    Tak prestiżowe wydarzenie nie może obejść się bez polemiki, plotek i skandali. W zeszłym roku furorę na wieczorze finałowym zrobił włoski minister Kultury Gennaro Sangiuliano, który publicznie przyznał się, że nie przeczytał żadnej z 12 nominowanych powieści, mimo że swój głos oczywiście oddał. Późniejsze tłumaczenia, że źle go zrozumiano, bo chodziło mu po prostu o to, że nie miał możliwości na dokładniejszą analizę każdej książki na nic się zdały. Cóż, teraz wszyscy wiedzą, że jeśli minister wypowiada się na temat literatury, to prawdopodobnie zerknął tylko na okładkę i tytuł. Pewnie dlatego w tym roku nie pojawił się w Villa Giulia podczas finału.

    W tym roku polemizowano na temat strojów kandydatów, których po raz pierwszy ubrali słynni projektanci i ponoć niektórzy byli zbyt frywolni. Pojawiły się oskarżenia o promowanie i faworyzowanie przede wszystkim tych, którzy mają kontakty we włoskim świecie wydawniczym i kulturalnym. Ale głównym tematem była książka Valentiny Miry „Dalla stessa parte mi troverai” (Wyd. SEM, „Po stronie prawdy”, tłum. własne; autorka znalazła się wśród 12 kandydatów do nagrody), która, zdaniem prawicowej partii rządzącej, przepisuje historię i w dodatku publikuje niefortunne zdjęcie aktualnej premier Włoch Giorgii Meloni. To, ich zdaniem, wystarczający powód, aby opowiedzieć się przeciwko Nagrodzie w całym jej wymiarze.

    Tego typu dyskusje są częścią medialnego show i napędzają publikę, zwłaszcza tę, która jest zainteresowana tylko plotkami, a nie literaturą. To, co liczy się najbardziej w moim odczuciu, to popularyzacja czytelnictwa, a także pisarek, pisarzy i ich powieści. Bez względu na polemikę prawda jest taka, że zabłyśnięcie w świetle reflektorów Premio Strega jest dla wszystkich, kandydatów i zwycięzców, ogromnym prestiżem. I tego się trzymajmy!

    Agata Pachucy – z wykształcenia italianistka i pewnie dzięki temu, któregoś dnia, znalazła się na jednej z dróg prowadzących do Rzymu, a konkretnie do Szkoły Filmowej Sentieri Selvaggi, gdzie ukończyła kurs krytyki filmowej. Przez kolejne cztery lata w Wiecznym Mieście pracowała w sekretariacie organizacyjnym Arcipelago – Międzynarodowego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych i Nowych Obrazów jako specjalista ds. relacji międzynarodowych, selekcjonerka filmów konkursowych i współorganizatorka przeglądu polskich filmów krótkometrażowych. Aktualnie wykładowczyni w Katedrze Italianistyki UW i redaktorka prowadząca dwumiesięcznika polsko-włoskiego Gazzetta Italia. W wolnych chwilach ćwiczy jogę i chodzi po górach. Ze zwierzętami, zwłaszcza z kotami, rozumie się czasem lepiej niż z ludźmi.

  • Poszedłby walczyć nie za kraj, a za ludzi – Leoš Kyša o „Sudetenlandzie”

    Jak mogła wyglądać sytuacja Czechosłowacji po aksamitnej rewolucji, gdyby nie wysiedlono wszystkich Niemców Sudeckich? Z autorem „Sudetenlandu” rozmawiamy o wojnie, Vaclavie Havlu, pewnej firmie cukierniczej, a także o podejściu Czechów do Rosji i Ukrainy. Piszę, że rozmawiamy, bo w materiale pojawia się również Piotr Długosz z Wydawnictwa Silesia Progress, który dopytuje, a także czuwa nad poprawnością języka polskiego u Leoša Kyšy, bo ten udzielił wywiadu właśnie po polsku. Jak wyglądałyby Czechy, gdyby historia potoczyła się troszkę inaczej?

    Zobaczcie naszą rozmowę, na którą wybraliśmy się za południową granicę.

    Materiał powstał przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Silesia Progress.

  • „Jak pisać” Stephena Kinga. Gdy tłumacz przeszkadza czytelnikowi. Felieton Grzegorza Kulika

    Ile razy zdarzyło Wam się sięgnąć po książkę za granicą uważaną za arcydzieło, zacząć ją czytać i czuć, że coś nie gra? Dialogi były drewniane, narracja nienaturalna, po pięćdziesięciu stronach dawaliście sobie spokój. Jeżeli mieliście takie poczucie, to wiedzcie, że nie byliście sami i nie była to wina ani autora, ani Wasza.

    Wpadła mi do ręki ostatnio wydana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka autobiografia Stephena Kinga „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” w przekładzie Pauliny Braiter-Ziemkiewicz (cały tekst pierwszego wydania) i Tomasza Wilusza, który odpowiadał za dodatek, składający się z listy polecanych lektur, jednego eseju i jednej rozmowy. Jak rozumiem, jest to wydanie trzecie, które znalazło się na rynku w 2021 roku. Książka nie jest wprawdzie arcydziełem, ale jest zgrabnie napisaną gawędą głównie o tym, jak King został pisarzem, co go ukształtowało, oraz jak wygląda z grubsza jego proces twórczy.

    Do słowa „zgrabnie” w powyższym akapicie powinienem jednak dopisać „w angielskim oryginale”, bo w polskiej wersji tłumaczka po prostu przeszkadza czytelnikowi w odbiorze tekstu.

    Zacznijmy od tego, że autor w swoich wywodach argumentuje, że choć wulgaryzmy to zwykle język ignorantów, King wyrósł pośród amerykańskiej niższej klasy średniej, która mimo wszystko przeklina, a on tylko o niej potrafi pisać szczerze. Dlatego nie stroni od przekleństw ani w swojej twórczości beletrystycznej, ani w „Jak pisać”.

    Breiter-Ziemkiewicz jednak niezbyt ma ochotę stosować się do tego i przekłada tekst z manierą tłumacza filmów do puszczenia o siedemnastej w niedzielę na Polsacie. W ten sposób na przykład „Why are people such fucking slobs?” zmienia się w „Dlaczego ludzie są takimi pieprzonymi flejtuchami?”, „Even when he was drunk on his ass, he was a fucking genius” w „Nawet gdy był urżnięty w trupa, pozostawał pieprzonym geniuszem”, a „What do you think you’re doing, you fucking faggot?” w „Co ty sobie wyobrażasz, pieprzony pedale?”.

    Ostatnie zdanie brzmi szczególnie karykaturalnie. Osoba nazywająca kogoś pedałem używa formy „co ty sobie wyobrażasz” i hamuje się z wulgaryzmami, mówiąc „pieprzony”. Brzmi jak ta scena z „Poranku Kojota”, gdzie aktor na castingu ma zagrać twardziela i mówi „nie zmuszaj mnie, żebym ci pokazał, gdzie pieprz roś… raki zimują”.

    Przypadków takiego traktowania czytelników jak durniów jest więcej, ale niech te trzy posłużą za przykład. Wiadomo, że to jest książka dla dorosłych, rozgarniętych ludzi, którzy chyba jednak mimo wszystko są w stanie poradzić sobie z wulgaryzmami. Po co więc ta cenzura? Dlaczego nie napisać po prostu „Czemu ludzie są takimi pierdolonymi flejtuchami?”, „Nawet kiedy był najebany jak messerschmitt, to był, kurwa, geniuszem” i „Co ty, kurwa, robisz, pedale jeden?”?

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    King ma wyjątkowo dobre ucho do tego, jak ludzie mówią, dlatego gdy pisze swój pamiętnik, to też robi to tak, jakby mówił. Zgrzytów było więcej, ale jeden szczególnie zapadł mi w pamięć. Gdy pisze o tym, jak został potrącony przez samochód, to najpierw relacjonuje powierzchowną ocenę jego obrażeń przez kierowcę, a potem się okazuje, że były one o wiele gorsze. Ten akapit kończy zdaniem: „Yeah, on the whole I’d say Bryan Smith was a tad conservative”, co zmienia się w polskie „O tak, Bryan Smith nader skromnie ocenił moje obrażenia”. „O tak”? Kto tak mówi? Poza tym „yeah” nie oznacza tutaj „tak”. To jest słowo, które ma setki znaczeń, a w tym miejscu jest pewnym wstępem do zdania podsumowującego. Typowa maniera, z którą się to robi po polsku, to użycie „więc” albo „tak że”. „Tak że ogólnie powiedziałbym, że Bryan Smith był dość umiarkowany w swojej ocenie”.

    W pewnym momencie podany jest przykład dialogu, dziejącego się w pokoju z miss maja (zapewne Playboya) na ścianie. Facet o ksywie Big Tony (Duży Tony) używa języka klas niższych, co jest wyraźnie zaznaczone poprzez odpowiedni zapis poszczególnych słów, zatem zamiast „don’t know” mówi „dunno”, zamiast „asking” mówi „askin”, a w trzeciej osobie używa „don’t” zamiast „doesn’t”. Gdy czytam ten fragment po angielsku, od ręki włącza mi się w głowie przy jego wypowiedziach ciężki bostoński akcent potomków włoskich imigrantów. Ale w przekładzie Big Tony brzmi, jakby znał język polski wyłącznie z książek pierwszej połowy XX wieku, a nie z życia. W jego ustach pojawiają się sformułowania: „nie mam pojęcia, dlaczego”, „sądzisz”, „wersja wydarzeń”. Do tego znowu pominięte są wulgaryzmy. No wyobraźcie sobie typa z ulicy, zaczynającego pytanie od „sądzisz, że”.

    Poza koślawymi zdaniami uwagę zwraca, jak często tłumaczka traci panowanie nad tekstem, gdy tylko pojawia się w nim slang. Kiedy w oryginale w powyższym dialogu czytamy „fucking mick” (jebany Irol), w polskiej wersji jest „pierdzielec”. W innym miejscu pojawia się zdanie „Let’s get the fuck out of Dodge”, które po polsku jest oddane jako „Wypierdalaj z wozu”. Tylko że po pierwsze jest tam „let’s” wskazujące na pierwszą osobę liczby mnogiej, a po drugie „Dodge” nie oznacza tu marki samochodu, tylko jest częścią frazeologizmu „get out of Dodge”, znaczącego po prostu „uciekać”. Jeżeli więc mamy te wszystkie informacje, to należałoby raczej przetłumaczyć to jako „w długą, kurwa” (chyba nikt już tak dziś nie mówi, ale nie przychodzi mi teraz do głowy inny frazeologizm), bardziej współcześnie „rura, kurwa”, albo po prostu „spierdalamy stąd”.

    Jeszcze bardziej jaskrawą porażką tłumaczki jest miejsce, w którym w oryginale czytamy: „And if you don’t like it, it’s a case of tough titty said the kitty, ’cause that’s just the way things are”. „Tough titty said the kitty” (dosłownie: twardy cycek powiedział kotek) to frazeologizm oznaczający przyjęcie, że coś jest nieprzyjemne dla drugiej osoby, ale odmówienie jej empatii. Zatem „A jeśli wam się to nie podoba, to trudno/każdego szkoda/sory Winnetou/sory Gregory, ale tak po prostu jest”. Zostało to przełożone jako „Jeśli się nam to nie podoba, no cóż, twardy cycek. Bo tak właśnie to wygląda”.

    Zadziwiających rozwiązań jest więcej, na przykład tłumaczka słowo „wheelchair” (wózek inwalidzki) z uporem maniaka przekłada jako „fotel na kółkach”, rozpoczynające oficjalny list „Dear Author” oddaje jako „Drogi Autorze” zamiast „Szanowny Panie”, a „Your ass is showing”, oznaczające w tym kontekście „Gówno mi wychodzi” tłumaczy jako „Ja widzę twój tyłek”.

    Nie przekonuje mnie też tłumaczenie samego tytułu. Oryginalne „On Writing. A Memoir of the Craft” (dosłownie: O pisaniu. Pamiętnik rzemiosła) nie sugeruje, że ta książka jest jakimś poradnikiem pisania. Zgadza się to z prawdą, bo jest to raczej gawęda o Stephenie Kingu – pisarzu. Polski tytuł sugeruje jednak poradnikowość publikacji. Jasne, jest tam kilka rad, ale one stanowią tak naprawdę niewielką część całości.

    Rozumiem, że skoro książka po raz pierwszy wyszła w Polsce w 2001 roku, tłumaczka mogła nie mieć dostępu do pewnych źródeł. Być może z tego powodu w przekładzie jest tyle potknięć przy slangu albo mniej znanych frazeologizmach. Nie tłumaczy to jednak problemów z naturalnym formułowaniem wypowiedzi albo stylizowaniem ich. Nie tłumaczy to też strachu przed wulgaryzmami. Kto jak kto, ale Stephen King używając przekleństw ma jakiś w tym cel, więc raczej nawet nie wypada go cenzurować.

    Jeżeli natomiast chodzi o wydawnictwo, to zastanawia mnie, jak to jest możliwe, że po dwudziestu latach nie poprawiło tego tłumaczenia w żaden sposób, a jeżeli tłumaczka nie zgodziłaby się na zmiany, nie zleciło nowego przekładu. Wymienione przeze mnie fragmenty to problemy rozwiązywalne dziś za pomocą dosłownie pół minuty wyszukiwania w internecie. Nie wierzę też, że przez te wszystkie lata nikt nigdy nikomu nie zwrócił uwagi choćby na te twarde cycki czy fotele na kółkach.

    A jeżeli nie zwrócił, to może dobrze nam tak, że bulimy za takie coś 44,99.

    Grzegorz Kulik – tłumacz, publicysta, popularyzatōr ślōnskigo jynzyka. Ôn je autōr przekładōw „Godnij Pieśni” ôd Charlesa Dickensa, „Dracha” i „Pokory” ôd Szczepana Twardocha, „Małego Princa” ôd Antoine de Saint-Exupéry’ego, „Niedźwiodka Pucha” i „Zokōntka ôd Pucha” ôd A. A. Milne, „Przigōd ôd Alicyje we Kraju Dziwōw” ôd Lewisa Carrolla, „Kajś” ôd Zbigniewa Rokity, „Hobita” ôd J.R.R. Tolkiena i „Bōmbōn, ty rojbrze” ôd Waldemara Cichonia na ślōnski jynzyk. Stworzōł platformã Silling.org, co na nij ôpublikowoł Korpus Ślōnskij Mŏwy, maszinowy translatōr polsko-ślōnski i ślōnsko-polski jak tyż SileSłownik, nojsrogszy ślōnski słownik przistympny we internecie. Przełożōł na ślōnski jynzyk interfejs ôprogramowaniŏ Ubuntu i LibreOffice jak tyż kōmputrowych ger „Euro Truck Simulator 2” i „American Truck Simulator”. Laureat Gōrnoślōnskigo Tacyta za rok 2018.

  • Maj Sjöwall i policjanci z Bremy. Felieton Rafała Chojnackiego

    Zwykle nie pochylam się w antykwariatach nad niemieckojęzycznymi książkami. Bariera językowa robi swoje. Ale trafienie na tę pozycję w sztokholmskim second handzie (i to za ok. 4 PLN), musiało się spotkać z moją jednoznaczną pozytywną reakcją. Oto bowiem leży przede mną antologia z 2002 roku, zatytułowana Die 7 Todsünden (Siedem grzechów głównych), zawierająca opowiadania kryminalne, zebrane i zredagowane przez Bernharda Matta dla wydawnictwa Heyne (tego samego, które wydawało w Niemczech m.in. powieści Henninga Mankella). Wśród zaprezentowanych w tym zestawie tekstów, zainteresował mnie szczególnie jeden, zatytułowany Der letzte Raucher (Ostatni palacz). Jego autorami są Jürgen Alberts i Maj Sjöwall.

    Kryminalne duety

    Czytelnicy cyklu Syndrom sztokholmski wiedzą zapewne, że najważniejsza jest w tym zestawieniu Maj. To pisarka, której nazwisko powinien znać każdy miłośnik kryminału, nie tylko skandynawskiego.

    W jednym poprzednich odcinków (zatytułowanym Ostatnia zagadka Pera Wahlöö – klik), opowiadałem o „zleceniu”, jakie moja żona dostała od pisarki niedługo przed jej śmiercią. Podczas kilku spotkań z Maj, kiedy rozmawialiśmy sporo o jej pisarskiej przeszłości, udało nam się pociągnąć ją nieco za język w temacie współpracy literackiej z innymi autorami, niż kojarzony z nią niemal w tej samej chwili Per Wahlöö.

    O ile dorobek pisarski Pera, poza duetem z Maj, jest w miarę znany, o tyle o jej pisarstwie, które rozwinęło się po jego śmierci, wiemy w Polsce stosunkowo niewiele. Nie ukazał się również żaden tekst jej autorstwa, napisany w spółce z innym twórcą. Tymczasem w wielu szwedzkich opracowaniach możemy natknąć się na informacje o współautorstwie dwóch powieści: Dansk intermezzo (Duńskie intermezzo, napisana z duńskim pisarzem Bjarne Nielsenem w 1989 r.) i Kvinnan som liknade Greta Garbo (Kobieta, która przypominała Gretę Garbo, z Holendrem, Tomasem Rossem, w 1990 r.). Niemiecki autor Jürgen Alberts w wielu z tych źródeł nie jest nawet wspomniany.

    Niemiecki łącznik

    Natrafiwszy na książkę z niemieckim opowiadaniem, w którym pojawia się nazwisko Maj Sjöwall, uznałem, że warto napisać przede wszystkim o tym, kim jest autor, z którym tym razem pisarka połączyła swoje siły. Zwłaszcza, że sama Maj wspominała o tej współpracy jedynie jako o przyjacielskiej zabawie, która swój początek miała w znajomości zawartej w 1990 roku na festiwalu Criminale in Bremen.

    Maj była tam zaproszoną gwiazdą, a jednym z gospodarzy był właśnie Alberts, reprezentujący lokalne środowisko autorów. Jako że w Niemieckiej Republice Demokratycznej książki duetu Sjöwall i Wahlöö były niezwykle popularne (o wiele bardziej, niż w tym samym czasie w RFN), pisarka, odwiedzając jeszcze kilkakrotnie festiwal w Bremie, była przez Albertsa wożona na spotkania z czytelnikami, odbywające się głównie w miastach dawnego NRD. Współpraca ta zaowocowała kilkoma tournee pisarki po Niemczech, już po zjednoczeniu kraju. Maj brała też udział w licznych niemieckich festiwalach kryminalnych, nie tylko w Bremie, ale i w innych miastach. Oprócz tego spotykała się często z niemieckim pisarzem i jego żoną Maritą (również autorką, piszącą czasem wspólnie z mężem) w Las Palmas na Majorce, w ulubionym zimowym kurorcie szwedzkich emerytów.

    Radiowa obietnica

    Jürgen Alberts, mimo że o ponad dekadę młodszy od Maj, mógł jej zaimponować szacunkiem, jakim cieszył się wówczas wśród miłośników kryminałów w Niemczech. Na początku ich znajomości nie miał jeszcze zbyt dużego dorobku jako niemiecki autor kryminałów, ale dał się poznać jako dobry organizator i człowiek zaangażowany w rozwój gatunku w swoim kraju. Później, w ślad za tym, doszedł jeszcze niemały dorobek literacki.

    Od 1987 Alberts roku tworzy serię Reihe Bremer Polizei (Policjanci z Bremy). Od czasu do czasu zdarzało się, że w poszczególnych tomach wspierali go inni autorzy (w tym m.in. wspomniana już powyżej żona, ale też inni niemieccy pisarze). Wkrótce przyszła też pora na współpracę z legendą europejskiej sceny kryminalnej. A wszystko zaczęło się od niepozornego wywiadu radiowego.

    Podczas jednego z bremeńskich festiwali Maj i Jürgen zostali zaproszeni na wywiad do lokalnej rozgłośni. Podczas rozmowy, która przebiegała w luźnej atmosferze, szwedzka pisarka wyznała, że po 50 latach palenia udało jej się zerwać z nałogiem. Wspólnie z niemieckim kolegą zaczęli żartować, że mogłoby to być dobre rozpoczęcie jakiejś napisanej w duecie historii kryminalnej… Tak właśnie powstało wspomniane opowiadanie Der letzte Raucher. To, które trafiło do kupionej przeze mnie antologii.

    Regularna współpraca

    Oboje zasmakowali w tej zabawie i postanowili od czasu do czasu wracać do stworzonej przez siebie dwójki bohaterów. Szwedzka dziennikarka Rebecca Eng i jej małomówny kolega, fotoreporter Bo Skog, pojawili się w kolejnych opowiadaniach i mikropowieściach. Pełna lista opublikowanych tekstów, przy których pracowali Sjöwall i Alberts prezentuje się następująco:

    • Der letzte Raucher (Ostatni palacz, antologia Die 7 Todsünden, 2002),

    • Erbsensuppe flambiert (Flambirowana grochówka, wydano osobno, w tomiku pod tym samym tytułem, 2003),

    • Hangover in Jever (Kac w Jever, antologia Fiese Friesen, 2005),

    • Tod eines Multimilliardärs (Śmierć multimiliardera, antologia Morden im Norden, 2006),

    • Fröndenberger Trichtertod (Śmierć na Fröndenberger Trichter, antologia Mord am Hellweg 4, 2008),

    • Killerjagd auf Zollverein (Polowanie na zabójcę w Zollverein, antologia Mord-am-Hellweg 5, 2010).

    Teksty odbiegają duchem od tego, co znamy z serii o Martine Becku duetu Sjöwall i Wahlöö. Więcej w nich humoru i zabawy kryminalną formułą. Nie znaczy to bynajmniej, że odbiło się to negatywnie na jakości intrygi. Trzeba jednak przyznać, że okazjonalność ich powstawania sprawiała, że nie można ich traktować jako poważnej, autonomicznej serii kryminalnej.

     

    Wspólne opowiadania duetu Sjöwall i Alberts zostały zebrane w osobnym zbiorze Kriminelles Doppel, z 2009 roku, jednak brakuje w nim ostatniego ze wspomnianych powyżej tekstów, są za to również utwory wcześniej nie publikowane.

    Rafał Chojnacki

  • Gen. Roman Polko po zamachu na Donalda Trumpa: „teorie spiskowe trzeba wyrzucić do kosza”

    Punktem wyjścia był zamach na Donalda Trumpa, ale gen. Roman Polko na tyle ciekawie opowiada, a także ma tak nieprawdopodobną wiedzę, że porozmawialiśmy o wielu innych rzeczach, także o literaturze. Posłuchacie więc o teoriach spiskowych, które zawsze pojawiają się przy zamachach, więc do tablicy wywołałem książkę „Uwierz w Plan” wydaną przez Wydawnictwo Czarne – świetny reportaż, bardzo polecam, chociaż niektóre teorie tam zawarte ocierają się o fantastykę. Rozmawiamy także o Ukrainie, Rosji, Korei Północnej, a także o tym, czy III Wojna Światowa rozpocznie się na Tajwanie, tutaj z kolei pojawi się „Nigdy” Kena Folletta od Wydawnictwa Albatros.

    Polecam naszą rozmowę, bo dowiecie się, mam nadzieję, wielu ciekawych rzeczy, bo podkreślę to jeszcze raz, wiedza generała jest niesamowita. Smacznego!