Kategoria: Aktualności

  • Nowa książka, nowe wydawnictwo. Rozmowa z Marcinem Mellerem

    Na nową książkę Marcina Mellera jeszcze trochę poczekamy, ale to nie przeszkadza w ujawnieniu kilku szczegółów na jej temat. Czy będzie to nowa seria? Tego jeszcze nie wiemy. Wiemy natomiast, że Meller osadzi fabułę w Turcji i Etiopii, a książka ukaże się w Wydawnictwie Znak. Rozmawiamy też o sytuacji w Gruzji, którą pisarz śledzi praktycznie każdego dnia, pojawia się też wątek „Chłopek” i pewnej afery literackiej.

    Miłego odbioru!

  • Kieruj się w kosmos – rozmowa z Jarosławem Juszkiewiczem

    Pytań o kosmos jest wiele, ale jest też wiele odpowiedzi. Jarosława Juszkiewicza nie pytałem o bycie głosem nawigacji samochodowej, bo temat był już przerabiany trzysta razy, chociaż wątek wykorzystaliśmy w inny sposób. Porozmawialiśmy o kosmosie – jak wiele o nim wiemy, a jak wiele nie wiemy? Gdyby autor książki „Kosmos. Wyznaczam nową trasę” mógł zgłębić jedną z planet, to którą by wybrał? Czy w ogóle chciałby polecieć poza Ziemię?

    Łapcie naszą rozmowę, ale przede wszystkim przeczytajcie książkę, bez względu na wiek. Nie powiem, że po jej lekturze zafascynowałem się kosmosem, ale znalazłem odpowiedzi na kilka pytań.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Helion.

  • Siembieda namalował „Sobowtóra”. Pędzlem i słowem

    Maciej Siembieda dostał jedno zadanie – namalowania okładki swojej najnowszej książki. Zupełnie jak przy pisaniu, miał pełną dowolność, a do dyspozycji wszystkie najważniejsze narzędzia. Jak mu poszło? To już musicie ocenić, ale moim zdaniem dobrze, że jednak żyje z pisania, a nie z malowania. Rozmawiamy też oczywiście o „Sobowtórze”, bo wątków jest w najnowszej powieści sporo. Obrazy oryginalne, ich podróbki, śledztwo Jakuba Kani, który zamienił barwy Instytutu Pamięci Narodowej na firmę ubezpieczeniową.

    Oszustw w „Sobowtórze” jest sporo, ale czy wszystkie uda się wytropić? No i czy to ostatnia przygoda Jakuba Kani, a Siembieda zajmie się czymś innym? Zapraszam do zobaczenia naszej rozmowy!

     

  • Ściąganie długów, ochranianie Dworca Centralnego – Dariusz Gizak o „Wolcie”

    Prywatny detektyw, były policjant, czyli Jacek Kowalik. Potrafi wiele, bo sporo przeżył, jeszcze więcej widział, więc sprawa, którą zleca mu dawny kolega z policji, wydaje się prosta do rozwiązania. Wydaje się. Kowalik wplątuje się w gigantyczną aferę, która zatacza międzynarodowe kręgi. Czy uda mu się uciec przez zemstą gangsterów, a jeśli tak, to jak daleko?

    Dariusz Gizak to były oficer policji, szef ochrony Dworca Centralnego, a także Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Pracował też jako dyrektor w firmie windykacyjnej oraz jako specjalista do spraw windykacji w jednym z dużych banków. Był konsultantem filmu „Dług” Krzysztofa Krauzego. Rozmawiamy o ochroniarzach, długach, nawykach, a także o powieści „Wolta”.

    smakksiazki.pl: Zacznijmy od ważnej rzeczy. Chodzi mi o pierwsze zdanie Twojej książki: “Każdy człowiek ma takie miejsce, do którego wraca, żeby zobaczyć upływ czasu.” Miejsce, do którego ty wracasz, to?…

    Dariusz Gizak: To jest właśnie Dworzec Centralny. Już w czasach szkolnych byłem z nim związany — dojeżdżałem do Warszawy na treningi i zawsze wysiadałem właśnie tam. To miejsce, w którym można dosłownie zobaczyć upływ czasu. Pracowałem tam też przez pewien czas. Dworzec się trochę zmienił, ale nadal to ten sam Centralny, pełen ciekawych postaci.

    Kiedyś każdy, kto przyjeżdżał do Warszawy — albo z niej uciekał — trafiał właśnie tutaj. To był punkt wyjścia: człowiek wysiadał na Centralnym i dopiero wtedy się rozglądał. I w sumie do dziś to miejsce przyciąga podobne osoby.

    Ty byłeś przez rok szefem ochrony na Dworcu Centralnym?

    Tak.

    Na co powinienem zwracać uwagę jako podróżny? Czy w 2025 roku Dworzec Centralny to nadal to samo miejsce, które znasz z pracy? Trzeba się czegoś obawiać — kieszonkowców, narkomanów? Czy to już przeszłość?

    Z narkomanią — tak, choć ochrona cały czas stara się sobie z tym radzić. Narkomani przenieśli się bardziej pod „bąbla”, czyli pod Złote Tarasy. Przed galerią teraz częściej się gromadzą, na Centralnym już rzadziej.

    Kieszonkowcy zawsze byli i nadal są. Szczególnie przy wsiadaniu do pociągów — to wtedy najłatwiej o kradzież. Ale jestem przekonany, że Centralny stał się trochę bezpieczniejszy. Dużo się zmieniło, odkąd zainwestowano w monitoring. Obiekt jest dziś dobrze nadzorowany, a to nie podoba się złodziejom.

    Czyli ryzykujemy tezę, że Dworzec Centralny jest miejscem bezpiecznym?

    Moim zdaniem tak.

    www.unsplash.com/Tobias Tullius

    A twoje najciekawsze albo najniebezpieczniejsze wspomnienie z Dworcem Centralnym?

    Po latach pracy w policji – nic. Później wszystko wydaje się dosyć płaskie. Z tym dworcem wiąże się dla mnie historia dwójki policjantów, którzy odwozili stamtąd urzędnika państwowego do Siedlec i zginęli, wypadając z drogi do stawu.

    Ale Dworzec Centralny to miejsce pełne tajemnic i labiryntów. Często tam bywam i mam wrażenie, że nigdy nie wyszedłem dwa razy tym samym wyjściem. Ty pokazujesz Centralny od strony miejsc niedostępnych dla zwykłych ludzi.

    Większość ludzi tak ma — nawet warszawiacy. Wychodzą nie tym wyjściem, którym planowali. Kiedyś to był jeden z najlepiej zaprojektowanych dworców w Europie. Ma mnóstwo zakamarków, do których nie ma normalnego dostępu.

    Jakie to są miejsca? Ty opisujesz między innymi, nie zdradzając za bardzo fabuły, basen, który zawsze był suchy, bo ktoś nie dobudował do niego kanałów. Ile jest takich miejsc?

    Są antresole i miejsca łączące różne części dworca — nie ma tam normalnego przejścia. W tych miejscach są np. pomieszczenia techniczne, komisariat. Dla zwykłego przechodnia to zamknięty świat. Ale sam dworzec nie jest aż tak skomplikowany. Więcej miejskich legend krąży wokół Pałacu Kultury niż Centralnego. Jak już trochę się tam pobędzie, to łatwiej też się poruszać.

    Istnieje ten basen, który opisałeś?

    Tak, ale nie na Centralnym.

    Jest przeniesiony na potrzeby fabuły?

    Tak. A pomysł powstał na bazie prawdziwego wydarzenia. Kiedyś poproszono mnie o odnalezienie dwójki zaginionych dziennikarzy. Chcieli spotkać się z jednym z groźniejszych przestępców. On ich wykiwał: powiedział, że spotka się z nimi w dużej hali, pod warunkiem że zostawią telefony. Weszli, drzwi zostały zamknięte od zewnątrz — i zostali tam uwięzieni. To była hala przemysłowa. Na tej bazie powstał wątek z basenem. Oni też mieli problemy z narkotykami, więc pojawił się głód, a ja miałem z czego czerpać. Udało się ich stamtąd wyciągnąć, ale to nie było proste.

    Wydaje mi się, że pisząc tę książkę nie musiałeś niczego wymyślać – wszystko wiedziałeś, pewnie zmieniałeś tylko miejsca.

    Tak, łączyłem zdarzenia. W książce jest wiele prawdziwych historii, dlatego w ogóle wpadłem na pomysł, żeby pisać tego typu książki. Przez lata pisałem do „Detektywa” — to były z założenia krótkie formy. A trafiałem na historie, które domagały się szerszego ujęcia. Zawsze czułem niedosyt. „Detektyw” opiera się tylko na faktach, bez fikcji — więc przez lata zebrało się tego mnóstwo. Aż za dużo.

    Kończąc wątek Dworca Centralnego: będąc szefem ochrony w takim miejscu bardziej wzbudza się respekt, czy raczej strach?

    Ani jedno, ani drugie. Zadaniem ochrony jest przede wszystkim utrzymanie wizerunku dworca jako miejsca bezpiecznego. Trochę dublują działania policji. Jedynymi osobami, które się tej ochrony bały, byli złodzieje, bezdomni, narkomani, którzy próbowali gdzieś się zagnieździć i nocować. Ich ochrona usuwała. Oni po prostu robią swoje i tyle. Nie są to też jacyś specjalni ludzie. Zawsze miałem problem z wyborem dobrej kadry, bo ludzie nie chcieli tam pracować. To jednak jest ileś godzin w stresie, w kółko wyprowadzanie bezdomnych. Była duża rotacja tej kadry. Trudno mi się tam pracowało, dlatego robiłem to tylko przez rok.

    www.unsplash.com/Matheus Ferrero

    Czy gdyby była taka sytuacja, że z jakichś względów, czekając na przykład na poranny pociąg, trzeba by się przespać na ławce na Centralnym – to polecasz, czy odradzasz? Ochrona przyjdzie i mnie wyrzuci?

    No pewno sprawdzi, czy nie zasłabłeś. Ci ludzie jednym spojrzeniem ocenią, czy jesteś podróżnym, czy jesteś bezdomnym. Wystarczy, że spojrzą na ciebie. Więc zdrzemnąć się – tak, ale dłuższe spanie raczej odpada. Jeśli jesteś normalnie ubrany, masz jakieś bagaże, to nie będą się czepiali. Mogą zapytać co najwyżej o bilet.

    A pomyliłeś się kiedyś w ocenie “na oko”?

    Tak. W drugą stronę. Za bezdomnego wziąłem człowieka z wysoką kulturą osobistą. Był taki profesor z Uniwersytetu Warszawskiego, na emeryturze. Przebywał tam całymi dniami. Genialna postać. Pisał tym bezdomnym jakieś podania o zasiłki, wszyscy na niego mówili “profesor”. Ja w tych pierwszych dniach pracy myślałem, że to zwykły człowiek. Podwładni powiedzieli, że nie ma gdzie mieszkać i spać, bo ma syna narkomana, który sprowadza do domu towarzystwo i jego po prostu wygania…

    W książce występuje podobna postać kobiety, która jest przez syna wyganiana na przystanek autobusowy.

    Takich zdarzeń jest mnóstwo. Ci rodzice mają barierę moralną, żeby składać zawiadomienia przeciwko własnym dzieciom. To jest poruszające i bardzo trudno im pomóc. Oni tej pomocy często nie chcą.

    Zostawmy dworzec i przejdźmy do Twojej książki. Ta historia opisana w “Wolcie” mogłaby się wydarzyć naprawdę? A może się wydarzyła?

    Mam nadzieję, że takie mieszkania, jak w książce, nie są normą. Ale po przemianach ustrojowych, po 1990 roku, wielu ludzi z wywiadu, dawnych służb bezpieczeństwa czy rosyjskich służb nawiązało kontakty z przestępcami. Oni od zawsze potrafili doskonale posługiwać się różnymi technikami. Dlatego właśnie służby państwowe tak dbają o zabezpieczenie miejsc odwiedzanych przez zagraniczne delegacje.

    Zresztą, o tym, jak sprawdza się takie mieszkania i po co się to robi, najlepiej porozmawiać z Vincentem V. Severskim — on by to dobrze wytłumaczył. Mam nadzieję, że nie istnieją takie osiedla czy wieżowce jak w książce… Choć obawiam się, że może być złudna.

    A co wiesz o inwigilacji w hotelach?

    Hotele od zawsze były pod opieką służb — nie tylko polskich. Nie jest tajemnicą, że jeśli ktoś był już wcześniej „namierzany”, to trafiał do odpowiedniego pokoju, z odpowiednim „wyposażeniem”. Obsługa hotelowa wiedziała, gdzie go zakwaterować. Oczywiście właściciele hoteli nie przyznają się do takich praktyk, ale to standard na całym świecie — hotel to najgorsze miejsce, jeśli chcesz zachować jakąkolwiek tajemnicę.

    Jako zwykły śmiertelnik idący do hotelu i śpiący tam mam się czego obawiać? Na przykład, że w telewizorze jest kamera?

    Jeśli nikt się tobą nie interesuje, to po co taki pokój ci dawać. Chyba, że przez przypadek. Normalnie te hotele muszą dbać o swoją renomę, ludzie muszą czuć się tam bezpiecznie. Nie przyszłoby mi do głowy robić coś niezgodnego z prawem w hotelu. To jest najlepsze miejsce na wpadkę.

    Z jednej strony wydaje się bardzo anonimowym miejscem, a z drugiej strony…

    Łatwo w nim po prostu trafić w miejsce, gdzie to wszystko może się nagrać.

    Mamy w Twojej książce postać detektywa jeżdżącego jaguarem o ksywie “Kot”. Znaczy nie detektyw, tylko samochód.

    Tak ludzie mówią na Jaguary.

    Nie spotkałem się z tym, bo nigdy nie miałem. Ta postać wydaje się mieć sporo wspólnego z tobą, to znaczy jest byłym policjantem. Teraz jest prywatnym detektywem i przyjaciel prosi go o pewną przysługę. On się bierze za tę sprawę i otwiera puszkę Pandory.

    Łatwiej pisać o kimś, kogo cechy się zna. Takie postacie nie są zresztą trudne do znalezienia. Kiedyś po 15 latach służby w policji można było iść na emeryturę w wieku 35 lat. I co taki facet miał robić dalej? Często tacy ludzie byli skuteczniejsi niż sama policja — właśnie dlatego, że nie obowiązywały ich te wszystkie procedury. Stąd też taki wysyp agencji detektywistycznych w tamtym czasie.

    A hodujesz kwiatki?

    Tak.

    Dariusz Gizak z książką „Wolta”

    Czyli kolejna rzecz wspólna z twoim bohaterem.

    Tak, ale ze storczyków już zrezygnowałem. Mam cały parapet sukulentów pochodzących z południowej Afryki. Sporo podróżuję, więc muszę mieć rośliny, które poradzą sobie beze mnie przez dłuższy czas.

    Czytałem wersję twojej książki przed ostateczną korektą. Zastanawiam się, czy w finalnej wersji zostanie twój prywatny numer telefonu. Pamiętam, że kiedyś Jędrzej Pasierski w swojej książce zostawił numer i… zadzwoniłem. Odebrał zupełnie przypadkowy facet. Pod twój numer nie dzwoniłem, ale sprawdziłem, czy to twój. Może czytelnik albo czytelniczka zadzwoni?

    Weź też to pod uwagę, że ja jestem też dziennikarzem. Więc mój numer zna wiele osób, bo rozdałem dużo wizytówek. Mam ten numer od dziesięcioleci.

    Twój bohater jest człowiekiem szczęśliwym?

    To zależy, jak rozumiesz szczęście.

    Myślę, że trzeba by to było rozdzielić na sferę zawodową i strefę prywatną.

    Myślę, że prywatnie nie. Zawsze mówię, że bawiąc się brudami, trudno się nie ubrudzić. Wszystko zostaje w głowie. To nie jest tak, że robienie takich rzeczy pozostaje gdzieś poza nimi. Wiem na przykład, że większość policjantów po zakończeniu pracy w policji ma problem z tym, że wszystko jest jakieś płaskie… Nie ma napięć, nie ma adrenaliny, i to jest trudne dla wielu z nich, żeby odnaleźć się w późniejszym życiu.

    Jak długo byłeś w policji?

    10 lat.

    Wygumowałeś sobie już to wszystko z głowy czy nie?

    Nie, nie da się.

    Ale nie da się, czy nie chcesz?

    Nie da się. Po prostu niektóre mechanizmy zostają. Na przykład do tej pory nie lubię siadać plecami do sali, tylko do ściany. Przez długi czas, kiedy pukałem do drzwi mieszkania, to stawałem z boku, nie na wprost. Żeby nie oberwać, gdyby ktoś strzelał przez drzwi. Takie wydawałoby się idiotyczne nawyki.

    Ile już nie jesteś policjantem?

    Odszedłem w dziewięćdziesiątym czwartym roku.

    To jest 31 lat. I teraz łapiesz się na tym, że, jadąc samochodem, spoglądasz w lusterko, czy ktoś cię nie śledzi?

    To zależy co robię w danym czasie. Czasami dziennikarsko trochę się włóczę, ale czasem pomagam znajomym – wtedy muszę na to uważać. Ale to oglądanie się w lusterko…

    Bardzo hollywoodzkie.

    W swojej książce próbowałem pokazać rzeczywiste zachowania i procedury. Nie to, co widzimy w filmach. Bardzo trudno czyta mi się kryminały i ogląda filmy kryminalne, bo o wielu rzeczach wiem, że muszą być w filmie, a tak naprawdę w rzeczywistości nie występują. Chociażby wchodzenie policjanta prowadzącego daną sprawę razem z grupą realizacyjną. Grupy specjalne nie wpuściłyby na akcję policjanta spoza swojego składu, bo mógłby im tylko przeszkadzać, a nawet zostać ranny.

    Czyli to są rzeczy, na które ja nie zwracam uwagi, oglądając film, a ty już wiesz, że tak nie mogło być.

    Tak. Żadna grupa nie pozwoli na przykład, żeby jej się plątał jakiś ktoś dodatkowy, kogo mogą niechcący uszkodzić. Jak widzisz zamaskowanych funkcjonariuszy z tarczami i jednego gościa bez kasku, w garniturze — wiesz, że to ściema. Grupa, sekcja – różnie się to nazywa – robi swoje, a innych wpuszcza, gdy bandyci są spętani i jest już bezpiecznie.

    Strażnik Teksasu. Bardzo mi się spodobało jedno zdanie twojego bohatera, bo jest tożsame z moim postrzeganiem dziennikarstwa. Zawsze mówię, że dziennikarstwo to sztuka czekania, a twój bohater, że właśnie praca w policji to w dziewięćdziesięciu procentach jest czekanie na coś.

    Zgadza się. Zwłaszcza na tych najostrzejszych oddziałach – realizacyjnych. Ludziom się wydaje, że to jest dynamika. Nie, to jest często żmudne czekanie. Podobnie przy obserwacji – czekanie czy coś się wydarzy. A przy prowadzeniu spraw! Na przykład na badanie środków elektronicznych przez biegłego czekałem dwa lata. Wyobraź sobie, że masz sprawę zabójstwa, czujesz się odpowiedzialny za złapanie bandyty. Wiesz, że masz dowód na nośniku, który może ci powiedzieć, kto to jest. Dajesz to do biegłego i czekasz dwa lata…

    Masz przy sobie broń?

    Nie.

    A jeździsz czasem z bronią?

    Nie.

    Ale w domu masz?

    Tak. Ale przy moim doświadczeniu broń jest zbędna. Wiem w porę, kiedy się wycofać, wiem, co powoduje jej użycie, kiedy jest potrzebna.

    A jak zachowujesz się w sytuacjach, kiedy coś się dzieje w mieście? Na przykład idziesz ulicą i widzisz szamotaninę, kłótnię, ktoś kogoś popycha. Reagujesz czy przechodzisz obok?

    Mam kłopot z powstrzymywaniem się przed reakcją. Zawsze staram się sobie przypomnieć historię Andrzeja Strója z Warszawy, tego policjanta, który zginął. Chociaż nie zawsze mi się udaje, ale myślę, że w takich ostrych sytuacjach, jeśli na nią trafię, czułbym się bardzo źle, gdybym się odwrócił i odszedł. Czułbym się winny po prostu.

    A zdarzyło się, że zareagowałeś?

    Wielokrotnie.

    Słowem czy czynem?

    Różnie. Czasami trzeba po prostu pokazać, że nie tędy droga. Ale staram się tego nie robić, zwłaszcza gdy jestem z kobietą. Mam też coraz większą świadomość wieku i swoich ograniczeń, mimo że ćwiczę.

    Zawsze znajdzie się ktoś mocniejszy od ciebie.

    No tak.

    Zdarzyło ci się kiedyś kogoś przecenić albo nie docenić? Ktoś wyglądał niepozornie, a okazał się naprawdę groźny?

    Bardzo rzadko się mylę – byłem tego uczony, latami trenowałem i praktykowałem. Ale pamiętam jedną sytuację. Chciałem przeprowadzić rozmowę z człowiekiem, który ściągał długi na Stadionie Dziesięciolecia. Zaintrygowała mnie ta postać – bez żadnych dokumentów, a potrafił odzyskać pieniądze. Spotkaliśmy się – okazał się niedużym, szczupłym facetem, może metr sześćdziesiąt kilka. Zapytałem go: „Nie boisz się dużych gości?” Odpowiedział: „Ja się nie boję dużych i głośnych. Ja się boję szybkich i tych, co mało mówią”.

    Mój dziadek był bardzo dobrym zawodnikiem. Niski, bardzo szczupły, ale jako cinkciarz pod Peweksem w Radomsku był bardzo skuteczny. A naprawdę nie dałbyś za niego dolara.

    Oczywiście. Przy takich starciach ulicznych liczy się doświadczenie i szybkość. Tam nie trzeba wielkiej siły. Wiem, bo przez jakiś czas prowadziłem ochronę na dyskotekach.

    Ten wątek też pojawia się w książce.

    Tak. Ja pracowałem na dużych wiejskich imprezach. W Rudzienku, kiedy przyjechał Savage, miałem na sali 3000 osób. Dobierałem i szkoliłem ekipę bramkarzy – oni potem pracowali już sami na kolejnych dyskotekach.

    Muszę zapytać – z perspektywy incydentalnego klubowego bywalca sprzed lat. Przepraszam, jeżeli ktoś poczuje się obrażony, ale miałem wrażenie, że ochroniarz to głównie siła i groźna mina. Intelekt nie był obowiązkowy.

    Ochroniarze na drzwiach to tak zwana „furtka”. Ci na sali muszą się umieć bić, obezwładnić człowieka z nożem, wyprowadzić go. Prawdziwych zawodników raczej nie zauważysz – wtapiają się w tłum. Ci na drzwiach mają być duzi, silni i zasłaniać wejście. Do bójek są bezużyteczni. Ale nie chodzi o to, żeby bramkarz był wielki. Patrz film „Wykidajło” z Patrickiem Swayze’em – tam to jest dobrze pokazane.

    Poruszyłeś wątek ściągania długów. Byłeś konsultantem przy pisaniu scenariusza filmu “Dług”. Pracowałeś też w banku. Jak się ściąga długi? Rozumiem, że w banku robi się to kulturalnie, w białych rękawiczkach.

    Zgodnie z prawem. Są odpowiednie procedury. Obecnie rynek ściągania długów jest ucywilizowany i można to zrobić bez wchodzenia w jakiejś ciemne rzeczy. Mój kontakt ze ściąganiem długów zaczął się po odejściu z policji. Wtedy uznano mnie za kogoś, kto się na tym zna. Krzysztof Krauze poprosił mnie o konsultacje do „Długu”.

    Czyli ty się zacząłeś zajmować tematyką ściągania długów po odejściu z policji – to była gdzieś połowa lat dziewięćdziesiątych, jak się wtedy to robiło?

    Skutecznie. Brakowało narzędzi prawnych, ludzi z doświadczeniem. Część obrotu finansowego była „na gębę”. Czasami wyglądało to tak, że nie da się o tym opowiedzieć.

    Tak jak na filmie?

    Gorzej. To był dziki zachód. Pruszków, Wołomin – żerowali na tym. Brali połowę kwoty, a często wystarczyło, że się pojawili i dłużnik od razu oddawał. Wiedział, co go może spotkać, jak nie odda. Czasem nie trzeba było przemocy – wystarczyła sama obecność.

    A jeśli mimo tego ktoś nie oddał?

    Ginęli ludzie. Znikali, byli bici. To nie były żarty. Choć wielu z nich miało to trochę na własne życzenie – oszukiwali, brali pieniądze z góry, nie mając zamiaru oddać. Kogo wtedy żałować – tego, kto pożyczył, czy tego, kto chciał oszukać?

    Czasami ludzi nie interesowało już odebranie długu, bo to na przykład była niewielka kwota, tylko kłopoty, które zrobią temu, który ich oszukał. Czyli dawali zlecenie i mówili: dobra, chłopaki, pieniądze są wasze, ale pokażcie mu, że należy oddawać długi.

    A był jakiś kodeks? Na przykład: najpierw ostrzegamy, potem łamiemy rękę, nogę?

    Zawsze była zasada najmniejszego zaangażowania. Jeśli się uda łatwo, to po co robić kryminalne rzeczy? Stąd też korzystano z reputacji Pruszkowa czy Wołomina. Oni mieli na to patent – jechali na opinii.

    A jaka była twoja rola w tych w połowie lat dziewięćdziesiątych w kwestii ściągania długów?

    Znikoma. Doradzałem, wyszukiwałem informacje, majątki. Wiedziałem, gdzie szukać – najczęściej tam, gdzie dłużnik się urodził. Nieruchomości na matkę, samochód na siostrę.

    www.unsplash.com/Roman Manshin

    Było też tak, że cierpiały rodziny, jeżeli ktoś nie chciał oddać pieniędzy?

    Ależ oczywiście, że tak. Były porywane dzieci. Lata dziewięćdziesiąte były straszne. Policja jeszcze sobie wtedy z tym nie radziła. Ofiary bały się mówić – często same miały sporo na sumieniu. To nie były aniołki.

    Czyli jest to branża, która przez te 30 lat się ucywilizowała?

    Ja później miałem swoją firmę windykacyjną przez ileś lat w Warszawie. Jednocześnie parałem się dziennikarstwem i przez rok pracowałem w takiej firmie windykacyjnej.

    Teraz się to odbywa już wszystko listem poleconym, a nie wizytą.

    Nie zawsze, nie. Zdarzają się sytuacje, gdzie ktoś kogoś wywiezie do lasu. To się dzieje dalej.

    Mam nadzieję, że to nie jest ktoś, kto przyjeżdża samochodem oznaczonym logo jakiegoś banku i mówi “pan pojedzie z nami do lasu”?

    Nie, broń Boże. Nawet firmy stricte windykacyjne nie robią takich rzeczy, tylko kierują się prawem. Ich bronią jest znajomość prawa, umiejętność użycia go i wyszukanie informacji. Po prostu znalezienie tego majątku dłużnika i zabezpieczenie go, albo uzyskanie nakazu i współpraca z komornikiem.

    Przeraziło mnie w Twojej książce to, że przepis na bombę każdy może znaleźć w internecie. Czy łatwo jest komuś podłożyć bombę w samochodzie?

    Bardzo łatwo. I każdy jest to w stanie zrobić. No nie wiem czy będziesz chciał to napisać, ale zdobycie składników, zwłaszcza na Śląsku, nie jest wielkim problemem. I zrobienie jakiegokolwiek zapalnika, łącznie z zapalnikiem na telefon, to też nie jest żaden problem.

    Piszesz o tym, że często używano zapalnika górniczego.

    Tak. Opisałem zaciąg klasyczny. Rosjanie tak robili, że zamiast tego ładunku podpinali granat. Jak linka nawijała się na koło wyciągała zawleczkę – i koniec.

    W 2025 roku w mediach zaczęły się pojawiać różne informacje o powrocie gangów ze wschodu. Uważasz, że to realne zagrożenie?

    Gangi ze Wschodu były u nas od zawsze, ale w ostatnich latach uaktywniły się grupy kaukaskie. Mają możliwość przyjeżdżania do nas turystycznie, na paszport i trochę przestaliśmy być ochraniani. Po wojnie między Rosjanami, po wydarzeniach w Groznym, cała masa ludzi stamtąd uciekła do nas.

    To były żony tych bojowników i ich dzieci. U nas Kadyrow nie mógł ich dosięgnąć, Polska była dla nich takim azylem. Kaukaz tu nie rozrabiał, bo tu są żony, dzieci, tu się nie robi bałaganu. Kradnie się gdzie indziej. Po jakimś czasie to się też zmieniło. Rodziny powyjeżdżały i te grupy naprawdę bardzo intensywnie zaczęły u nas działać.

    Policja zorientowała się, że nie może na to pozwolić. To są ludzie, którzy robią robotę, wyjeżdżają i znikają. Bardzo trudno infiltrować te grupy i wprowadzić jakiegoś agenta, bo przecież kto zna czeczeński, czy chociażby gruziński? Nawet policjanci mają problem z tłumaczami gruzińskiego. Oczywiście wszyscy Gruzini znają rosyjski, ale przy zatrzymaniu niby znają tylko gruziński. Trzeba im wtedy dostarczyć tłumacza w ich narodowym języku, i z tym też jest problem. Te grupy są mocne i bezwzględne.

    Mamy się bać, czy możemy jednak patrzeć z optymizmem?

    Jeśli już zaczęły się działania i zaczęło się robić głośno, to oni przeniosą się gdzie indziej, tam gdzie znajdą społeczności nieświadome zagrożenia. Po co walczyć o rynek, skoro można spokojnie zarabiać gdzie indziej?

    Jest też tak, że ten świat jest podzielony przez grupy. Na przykład u Francuzów ludzie z Kaukazu nie porozrabiają za bardzo. Bo tam z kolei są Marokańczycy czy Algierczycy. Są bezwzględni na równi z tymi z Kaukazu. Każdy ma swoje terytorium.

    A jak w latach dziewięćdziesiątych i później z perspektywy Warszawy wyglądał mafijno-gangsterski Śląsk?

    Śląsk zawsze był trochę poza wpływem Pruszkowa. Trudniej im było tu działać. Krakowiak miał tu najwięcej do powiedzenia. Podobnie było w Szczecinie. Tu trochę trudniej było Kolikowskiemu (Pershingowi) i jego kompanom. Grupy kibolskie na Śląsku też były bardzo silne.

    Nadal są. Czytałeś świetną książkę Marcina Pietraszewskiego „Wojny niebieskie. W środku najbrutalniejszego gangu kiboli” – o bojówce Psycho Fans z Ruchu Chorzów, która ma z piłką nożną mało wspólnego?

    Tak. Ale takie grupy zawsze rekrutowały „żołnierzy”.

    Ten wywiad ukaże się przed premierą Twojej książki, więc za dużo nie możemy mówić. Chcę jednak zapytać, czy losy Jacka w drugiej części – którą piszesz – jakoś się ustabilizują?

    Trudno o stabilizację w tej pracy. Masz z tyłu głowy swoich bliskich – to cecha policjantów, którzy się angażują. Dlatego często wybierają samotność, bo trudno jest funkcjonować z odpowiedzialnością za bezpieczeństwo rodziny.

    Na koniec warszawska Praga, którą opisujesz w książce. To jest  miejsce, w którym dzieją się cuda na kiju. Nadal?

    Praga troszkę się zmienia. Została rozrzedzona plombami nowych budynków, gdzie przyjechali tak zwani flancowani warszawiacy. Ale dalej ma swoje rewiry, jak słynna Ząbkowska, Brzeska, Targowa. Trójkąt bermudzki, czyli kraina dzika, gdzie wszystko znika. Na Szmulowiźnie też tak jest, ale to są klimaty wynikające z tradycji złodziejskiej: ojciec siedział, dziadek siedział, to syn też będzie siedział. Nie ma wyjścia, bo tylko takie wzorce widział. Na podwórku szczytem sukcesu jest wyrąbać frajera, a nie dostać piątkę z matematyki.

    Jednak na Pradze zaczynają mieszkać ludzie, którzy posługują się odmienną mentalnością, innymi wartościami. To już nie jest to miejsce, co kiedyś, choć są jeszcze takie enklawy, tak jak na Bałutach w Łodzi.

    Na Śląsku też mamy takie miejsca.

  • Autorce „Chłopek” proponujemy dobre i uczciwe warunki – rozmowa z Hanną Mirską-Grudzińską

    „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak to tytuł, który od blisko dwóch lat nie schodzi z list najlepiej sprzedających się książek, nie zniknął też z dyskusji o literaturze. Autorka zwróciła się do Wydawnictwa Marginesy z prośbą o wyższe honararium, bo, jak twierdzi, obecne nie odpowiada zyskom, jakie ze sprzedaży książki osiągnęło wydawnictwo. Strony rozmawiają od sierpnia zeszłego roku – na razie do porozumienia nie doszło. O sprawie dyskutuje się już nie tylko w branżowych mediach, porozmawiałem więc z z Hanną Mirską-Grudzińską, redaktorką naczelną Wydawnictwa Marginesy o sprawie „Chłopek”, ale także o „Tatuażyście z Auschwitz” oraz o innych, branżowych tematach. Zapraszam do lektury. 

    smakksiazki.pl: Ostatnie tygodnie to pewnie duży, emocjonalny rollercoaster. Jak pani znosi ten czas?

    Hanna Mirska-Grudzińska: Znoszę go źle, chociaż z nadzieją. Pierwszy raz spotyka mnie sytuacja, na którą kompletnie nie byłam przygotowana. Ta sprawa zatoczyła szerokie kręgi, dotarła nawet do moich najbliższych, którzy na co dzień nie uczestniczą w moim życiu zawodowym. I to jest najtrudniejsze, bo niełatwo wytłumaczyć się najbliższym z tego, jak mówi się teraz o Marginesach.

    Gdy pani zobaczyła post Joanny Kuciel-Frydryszak w mediach społecznościowych, jaka była pani pierwsza myśl?

    Dlaczego.

    Rozmowy trwają od sierpnia 2024 roku, minęło już sporo czasu. Dlaczego nadal nie udało się dojść do porozumienia?

    Wciąż nie możemy ustalić warunków, które będą satysfakcjonujące zarówno dla nas, jak i dla pani Kuciel-Frydryszak – chociaż robimy wszystko, aby nasza propozycja była jak najlepsza, ale realna do spełnienia. Wywiązujemy się z umowy, płacimy tantiemy zgodnie z zapisami, a to, co proponujemy w ramach klauzuli bestsellerowej, jest dobrym procentem dodanym do rozliczeń wynikających z dotychczasowej umowy. To uczciwe i dobre warunki.

    Czy rozumie pani stanowisko autorki?

    Z jednej strony – tak, oczywiście. Autorka ma prawo rozmawiać o pieniądzach, a my, na żadnym etapie tych negocjacji nie powiedzieliśmy, że nie zapłacimy dodatkowego wynagrodzenia. Jednak sprawa rozrosła się do ogromnych rozmiarów i zaczęła być przedstawiana w sposób, który nie odzwierciedla żadnych faktów. Przedstawiane w mediach i social mediach honoraria, możliwe sumy i wypłaty są zaniżane i nieprawdziwe. Przez te dywagacje i sugestie jesteśmy na straconej pozycji, z góry zakłada się nasza złą wolę i nieuczciwość.

    Podkreślam raz jeszcze: jako wydawnictwo wywiązaliśmy się ze wszystkich umów i wypłaciliśmy honoraria zgodnie z zapisami. Obecne rozmowy dotyczą zwiększenia honorarium za sprzedane egzemplarze i są wynikiem ogromnego sukcesu książki. Od sierpnia chcemy wypłacić dodatkowe honorarium, ale obie strony muszą dojść do porozumienia na warunkach, które będą sprawiedliwe dla wszystkich.

    Nie rozumiem, dlaczego afera wybuchła akurat w czasie trwania negocjacji. Przyniosła niezrozumienie i jednoznaczną interpretację naszych działań.

    Może problem polega na tym, że wydawnictwo oferuje autorce za mało?

    Z perspektywy autorki – być może tak. Natomiast honoraria w wydawnictwach muszą uwzględniać także inne koszty, bo inaczej firma nie mogłaby funkcjonować. Proponujemy tyle, co jesteśmy w stanie, a nasze warunki są bardzo konkurencyjne na rynku. Nie możemy jednak zaoferować więcej, ponieważ musimy również dbać o stabilność finansową wydawnictwa i bezpieczeństwo finansowe wszystkich autorów, również debiutantów.

    Jeśli miałaby pani obstawiać – dogadacie się, czy sprawa trafi do sądu?

    Nie mam pojęcia. Wierzę, że dojdziemy do porozumienia i że uda się przedstawić autorce nasze propozycje osobiście. Dotychczas, mimo próśb i zaproszeń do rozmowy, nie mieliśmy okazji do bezpośredniego spotkania w tej sprawie. Wierzę, że gdyby doszło ono do skutku, to pani Joanna zrozumiałaby nasze stanowisko. Jestem też pewna, że nie chciałaby doprowadzić do sytuacji, w której jej wydawca, z którym współpracuje od wielu lat, znalazł się w trudnym, a nawet bardzo trudnym położeniu finansowym. Bardzo chciałabym, aby ta sprawa dobiegła końca i abyśmy mogli dalej pracować bez niepotrzebnych napięć i w warunkach obustronnego szacunku. I dla nas, i zapewne dla pani Joanny to ogromny wydatek emocjonalny, który w normalnej sytuacji wydawniczej powinien być wykorzystany do dobrej i twórczej pracy.

    Dla osób spoza branży – o jakie sumy chodzi? Dziesiątki, setki tysięcy złotych? Milion?

    Jestem zobowiązana tajemnicą umowy i nie mogę ujawniać takich informacji.

    Może warto więc upublicznić umowę, skoro wszyscy o niej mówią, ale nikt jej nie widział?

    Być może.

    Joanna Kuciel-Frydryszak, fot: smakksiazki.pl

    Sprzedano 600 tysięcy egzemplarzy. Rozumiem, że to sukces, który przerósł oczekiwania?

    Tak, nikt się tego nie spodziewał. Od początku otwarcie i z wielką radością informowaliśmy o wynikach sprzedaży. Cieszyliśmy się razem z autorką, że przejmująca i niełatwa w odbiorze opowieść jest tak chętnie czytana i kupowana. Dziś ciągle myślę o tym ze wzruszeniem, przypominam sobie, jak radował nas każdy sprzedany tysiąc, jak cieszyliśmy się, że czytają tę książkę osoby, które latami nie czytały niczego albo sięgały po zupełnie inną literaturę. To zjednoczenie czytelników było dla nas niezwykłe, ale było też efektem naszej gigantycznej pracy.

    Czytając od trzech tygodni liczne wypowiedzi i komentarze, nie dostrzegam uczciwego spojrzenia na pracę wydawnictwa przy tym tytule, która była wielka. I oczywiście, nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie pomysł pani Kuciel-Frydryszak, sposób, w jaki napisała tę książkę, a także jak o niej mówiła i jak potrafiła przekonać do niej czytelników. Jednak ostatecznie na cały sukces sprzedażowy złożyły się trzy składowe: doskonała książka i wyczucie autorki, ciężka praca naszego wydawnictwa oraz szczęście.

    Każdy, kto zna rynek, wie, że bardzo dużo dobrych książek leży w magazynach. Poza fenomenalnym pomysłem i wykonaniem musi pojawić się wydawca, który uwierzy w książkę, który doskonale wyczuje jej potencjał, zaangażuje odpowiednich ludzi do współpracy, jak Anna Pol i jej genialna okładka, sporo zainwestuje w pierwszy, w tym wypadku 30-tysięczny nakład, i będzie umiał porwać czytelników, ale najpierw dziennikarzy, influencerów i krytyków, którzy opowiedzą o książce innym. Wydawca, który doskonale wyczuje klimat wokół książki i będzie go umiejętnie podsycał. Wydawca, który zapewni natychmiastowe dodruki, stałą dostępność książki na rynku, bo w sytuacji popytu nie może jej nigdzie zabraknąć. Wydawca, który nie boi się ryzyka, który potrafi pokierować pracą całego wydawnictwa na rzecz tego jednego, jedynego tytułu, nie zapominając przy tym o innych. Wreszcie wydawca, który wymyśli i zrealizuje koncepcję długotrwałej promocji, a także promocji handlowej, zapewni warunki trasy promocyjnej i codziennie od rana do nocy będzie nad wszystkim czuwał.

    Przecież to się nie dzieje samo, nawet szeptankę wokół książki zapewnia wydawnictwo, a to, co sprawia, że się udaje, to ludzie, wszyscy pracownicy Marginesów, którzy ze swoją wiedzą, kompetencjami i wielkim zaangażowaniem pracowali nad projektem „Chłopki” od początku 2022 roku. I zresztą nadal pracują.

    Kończąc temat „Chłopek” – co ma pani sobie do zarzucenia w tej sytuacji?

    Przede wszystkim to, że nie dostrzegłam możliwego braku porozumienia między nami. Pani Joanna jest w Marginesach od prawie 10 lat. Opublikowaliśmy już cztery jej książki i od początku z szacunkiem, w ścisłej współpracy wspólnie budowaliśmy strategię, wizerunek i plany na przyszłość.

    Po drugie – nie wyszłam sama z inicjatywą podwyższenia honorarium. Dziś słyszę z wielu stron, że wydawca nie wystąpił z taką propozycją, w związku z tym jest winny. Tymczasem wydawało mi się, że wciąż jesteśmy w procesie intensywnej pracy, a sprawy finansowe można będzie rozstrzygnąć za chwilę, kiedy już odetchniemy i rozpocznie się praca nad nową książką. To był błąd zaniechania i już nigdy go nie powtórzę.

    Nie wiem, czy będę miała jeszcze kiedyś możliwość wypromowania tytułu, który okaże się aż takim ewenementem. Chociaż „Chłopki” to oczywiście niejedyna książka, którą udało nam się świetnie wypromować i sprzedać. Mamy w Marginesach dużo wysokonakładowych tytułów, także wysokonakładowych wznowień.

    Natomiast nad „Chłopkami” pracowaliśmy z przyjemnością i jeszcze raz podkreślam: to praca całego zespołu. Dziś ten poobijany zespół, który bardzo się starał i wszystkim od początku uczciwie się zajmował: redakcją, drukiem, kreacją i dwuletnim zaspokajaniem na czas zapotrzebowania rynku na tę książkę, jest bardzo rozżalony i rozgoryczony z powodu eskalacji nagonki na ich wydawnictwo.

    Reakcja środowiska i branży panią zaskoczyła?

    Reakcja autorów była przewidywalna – stanęli w obronie swojej koleżanki. Natomiast język, który pojawił się w dyskusji, jest dla mnie przerażający. Internet pozwala każdemu wypowiedzieć się na dowolny temat, niezależnie od znajomości faktów, każdego obrazić, podać nieprawdziwe informacje, liczby, wystawić ocenę.

    W pewnym momencie zaczęto przedstawiać sytuację tak, jakby Marginesy były równoznaczne ze „złodziejami”.

    No właśnie. Jak się przed tym bronić… Postanowiliśmy, że nie będziemy publicznie komentować tej sprawy, zwłaszcza że obowiązuje nas prawo handlowe. Od początku jesteśmy więc w tej dyskusji na gorszej pozycji. Nawet to, co teraz mówię, filtruję przez zapisy umowy.

    Najbardziej jednak boli mnie to, jak bardzo ucierpiał w ostatnich trzech tygodniach nasz zespół. To właśnie ludzie, którzy włożyli najwięcej pracy w to, by projekt „Chłopki” udał się jak najlepiej, zostali najbardziej skrzywdzeni.

    Zapytał pan o środowisko. Jeśli chodzi o wydawców, to wiem, że wszyscy jesteśmy poobijani, ale poza słowami wsparcia, właściwie tylko prywatnymi, wydawcy w tej sprawie niemal nie zabrali publicznie głosu. Tym najbardziej słyszalnym był wywiad z Ewą Wieleżyńską, szefową wydawnictwa Filtry. Wiadomo, że każdy z wydawców ma swoje interesy i musi chronić własnych autorów i swój dorobek wydawniczy. Być może zabranie głosu w tej sprawie by się im nie przysłużyło. Nie wiem, nie chcę spekulować.

    Zmieniamy temat, ale nie obiecuję, że będzie milej. Trzeba było wydawać „Tatuażystę z Auschwitz”?

    Nie uwierzy pan, ale „Tatuażysta” był książką, która przybyła do nas w kilku zdaniach streszczenia. Usłyszeliśmy o niej na międzynarodowym spotkaniu wydawców. Jeden z nich zapowiedział, że taka książka powstaje i że gdyby nas zainteresowała, to możemy rozmawiać o zakupie praw. Uznaliśmy, że to ciekawe, zwłaszcza że historia oparta została wyłącznie na wspomnieniach Lalego Sokołowa, który był tytułowym tatuażystą i który opowiedział swoją historię Heather Morris tuż przed śmiercią.

    Nasz pierwszy nakład wyniósł trzy tysiące egzemplarzy. I nagle „Tatuażysta” stał się nie tylko polskim, ale też międzynarodowym bestsellerem.

    Ile egzemplarzy sprzedało się finalnie na ten moment? Pół miliona?

    Na pewno. Gdyby książka sprzedawała się słabo, to pewnie nikt by o niej nie mówił. Ale ze względu na swój zasięg „Tatuażysta” wywołał gorącą dyskusję na temat książek holocaustowych. Zaczęto badać zgodność fabuły z historycznymi faktami, znajdując uchybienia i błędy. Książka stała się przyczynkiem do dyskusji, czy tego typu powieści powinny się w ogóle ukazywać, stała się flagowym przykładem tego typu „złej” literatury.

    Myślę, że jednym z momentów, w których bardzo źle pani o mnie myślała był ten, kiedy na konferencji prasowej zadałem pytanie o “Tatuażystę” dyrektorowi Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Odpowiedział wtedy, że zarówno autor, jak i wydawca ponoszą moralną odpowiedzialność za takie książki. Pani się czuje w jakiś sposób winna, że do dzisiaj, i to mówią przewodnicy po Muzeum, część czasu przeznaczonego na wycieczkę muszą przeznaczać na tłumaczenie ludziom, że to, co działo się w tej książce, nie miało prawa zdarzyć się w rzeczywistości?

    Wydaliśmy książkę Heather Morris w Marginesach i pamiętajmy, że z jednej strony to fikcja, a z drugiej fabuła oparta na opowieści Lalego Sokołowa, który przekazał autorce to, co przeżył. Morris napisała tę książkę na prośbę bohatera, w najlepszej wierze.

    Ale gdyby pani tego nie wydała, wydałby to ktoś inny?

    Prawdopodobnie tak. W Polsce mamy wciąż wysoką świadomość dotyczącą Zagłady, ale myślę, że na świecie wiele osób dzięki „Tatuażyście” dowiedziało się, co oznaczał Holocaust i być może dzięki tej popularnej książce sięgnęło po inne – opracowane przez naukowców i historyków.

    www.unsplash.com/Tom Hermans

    Jakoś dzisiaj pesymistycznie, bo kolejne pytanie, to czy rynek książki stoi na krawędzi i za chwilę wykona duży krok do przodu? Mówię o raporcie dla Instytutu Książki sporządzonym przez Polską Sieć Ekonomii, który pokazuje, że lepiej to już było.

    Naprawdę trudno odpowiedzieć mi na to pytanie. W Marginesach dalej pracujemy jak szaleni, sprzedajemy książki, przygotowujemy nowe tytuły, zamawiamy kolejne, pracujemy z naszymi autorami, pozyskujemy też nowych autorów i nowe tematy, wymyślamy tysiące możliwości, by dotrzeć do czytelnika.

    Bardzo chcemy wrócić do codziennej stabilnej pracy, bez martwienia się, z której strony przyjdzie kolejny atak. Pracujemy uczciwie, robimy, co możemy –według założonych budżetów. Więc nie mam poczucia, że powinnam pakować walizkę i zacząć zwalniać pokoje. Nie.

    Zaraz pani pomyśli, że jestem tutaj na czyjeś zlecenie, żeby panią cisnąć w różnych tematach, ale jak już się rozpędziłem, to lecę dalej. Czemu nie udało się z komiksami?

    Myślę, że my jako wydawnictwo nie byliśmy przygotowani, a rynek komiksowy jest ograniczony. Mamy w Polsce przynajmniej dwa wydawnictwa bardzo dobrze w nich wyspecjalizowane, istniejące od dawna. Oczywiście można się zastanawiać, czy jest miejsce dla innych, ale my poczuliśmy, że nie damy rady, że to jest bardzo specyficzna, wymagająca społeczność czytelników. Na rynku są lepsi od nas, dlatego postawiliśmy na rozwój Marginesów i pozostałych imprintów, zamykając redakcję komiksów.

    A propos imprintów, skąd pomysł na Port, to znaczy na literaturę faktu, gdzie konkurencja jest już na rynku duża?

    Świat nas nie oszczędza. Dlatego wiedza z zakresu geopolityki, ekonomii, historii czy sztucznej inteligencji jest dzisiaj niezbędna, żeby zrozumieć to, co dzieje się wokół.

    Czy mamy wystarczającą wiedzę, żeby właściwie ocenić ludzi i zjawiska, przeanalizować sytuację na świecie? Czy znamy historię na tyle, by spojrzeć na nią w sposób analityczny, a nie wyłącznie emocjonalny? Czy mamy świadomość możliwych scenariuszy przyszłości – w tym tych, które mogłyby zakończyć świat, jaki znamy? Jak się przed tym uchronić? Odpowiedzi na te pytania nie znajdziemy w literaturze popularnej ani w reportażach, dlatego powołaliśmy wydawnictwo Port. Uznaliśmy, że książki historyczne oraz te, które pozwalają zrozumieć geopolitykę, stosunki społeczne i fenomeny przywódcze są dziś szczególnie potrzebne. Żeby zrozumieć Donalda Trumpa, musimy wiedzieć, kim jest, skąd się wywodzi, jakie ma poglądy i kim się otacza. Jeśli chcemy się z nim zgodzić lub mu się przeciwstawić, najpierw musimy go poznać. Dlatego jesienią w Porcie ukaże się biografia Trumpa Maggie Haberman, laureatki Nagrody Pulitzera .

    Od razu zaznaczę: jej wydanie nie oznacza opowiedzenia się po stronie Trumpa! Takie uproszczone spojrzenie jest bardzo groźne. W Porcie wydamy wiele książek, które pozwolą dostrzec różne perspektywy. Wydawnictwem kieruje Szymon Langowski. Szykuje się dużo dobrego.

    Dzisiaj rozmawiamy dużo o pieniądzach. Co przekonało Szczepana Twardocha do transferu do Marginesów – projekt czy finanse?

    Myślę, że przede wszystkim skuteczność i pracowitość Marginesów. Wyłącznie to. Możliwość dotarcia do szerokiego grona czytelników, skuteczna sprzedaż, doskonała promocja, opieka nad autorem. To przekonało Szczepana Twardocha.

    Czy to będzie długotrwała współpraca, czy tylko romans?

    Chciałabym, żeby współpraca układała się możliwie najdłużej i satysfakcjonująco dla obu stron.

    A czy był już telefon z Wydawnictwa Literackiego z „podziękowaniami”?

    Nie, nie było. Staramy się działać uczciwie, dlatego przed publikacją książki pana Twardocha zawiadomiłam Wydawnictwo Literackie, że przygotowujemy jej wydanie. Tak powinny działać wydawnictwa – konkurować, ale też szanować się nawzajem. Wydawnictwo Literackie przez wiele lat publikowało książki pana Twardocha i budowało markę pisarza, my z tego czerpiemy. Pamiętając o przeszłości, o pracy poprzedniego wydawcy, realizujemy nowe zadania.

    Pracujemy z autorem, który jest gwiazdą, jednym z najwybitniejszych pisarzy tworzących w języku polskim. To ogromny zaszczyt i wielka odpowiedzialność. Nie możemy zawieść ani autora, ani czytelników.

    Nie sposób nie wspomnieć o Wojciechu Chmielarzu, który przyszedł do Marginesów po swojej przygodzie w wydawnictwie Czarne. Początkowo nie był jeszcze czołową postacią rynku wydawniczego, a jego książki nie sprzedawały się w zawrotnych nakładach. Dziś jest jednym z najważniejszych autorów kryminałów i thrillerów w Polsce. Czy to zasługa jego talentu, czy też pracy zespołowej wydawnictwa?

    Myślę, że jednego i drugiego. Pan Chmielarz to nie tylko utalentowany pisarz. To przede wszystkim niezwykle pracowity, wytrwały, uczciwy człowiek. Pycha kroczy przed upadkiem – jemu to zupełnie nie grozi, bo bardzo cierpliwie i z wielką determinacją dba o swój status. Poza regularnym pisaniem przemierza Polskę wzdłuż i wszerz, spotyka się z czytelnikami, promuje swoje książki. To pochłania czas, energię, ale nie ma innego wyjścia – czytelników trzeba odwiedzać.

    Sukces sprzedażowy powieści Wojciecha Chmielarza to także efekt pracy konkretnych ludzi z redakcji, promocji, działu handlowego, bo od początku konsekwentnie, z pieczołowitością i pomysłem budowaliśmy rynkową pozycję Pana Chmielarza. To dowód na to, że sukces w literaturze to nie tylko talent, ale i dobrze przemyślana strategia.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojtek Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jeden z autorów powiedział ostatnio w wywiadzie, że przemierza Polskę PKS-ami i TLK, śpi w hotelach i tęskni za swoim łóżkiem.

    Dziś bycie pisarzem to nie tylko tworzenie książek – to też chęć i umiejętność ich wypromowania. Samo napisanie i oddanie tekstu na czas to dopiero pierwszy krok. Potem zaczyna się druga część przygody: wspólna praca z wydawcą nad tym, by książka dotarła do czytelników. Pan Chmielarz zawsze bierze udział w opracowanej wcześniej, przygotowanej i zaakceptowanej promocji. Bardzo lubię z nim pracować, bo wiem, na co go stać, i wiem, że jest to człowiek, który jeśli coś obieca, to dotrzyma słowa. Nasza serdeczna współpraca jest dowodem na to, że pracujemy z pisarzami w przemyślany i konsekwentny sposób. Planujemy, realizujemy, dowozimy.

    Pan Wojciech zgodził się na określony plan długoterminowy. I musiał pracować nadzwyczaj dużo. Przed nami – uwaga! – dwudziesta książka w dorobku pisarza. Będzie bal!

    Milion sprzedanych egzemplarzy.

    Milion trzysta, myślę.

    Na koniec, gdyby miała pani wymienić największy sukces i największą porażkę Hanny Mirskiej-Grudzińskiej w świecie wydawniczym?

    Nigdy nie czekałam na kurę, która zniesie mi złote jajko. Dzisiaj mówimy już o dużych Marginesach, ale przecież one się budowały od pierwszej książki, od pieniędzy, które pozyskałam z urzędu pracy w ramach dofinansowania dla własnych biznesów. Było to osiem tysięcy złotych! I to jest mój sukces, myślę o tym z dumą. Wiedziałam, że jeśli sama nie odkryję mojego autora albo nie wymyślę książki, którą komuś zaproponuję, to po prostu nie będę jej miała. I pomogli mi ludzie: dali siłę i stali za mną, wierzyli we mnie. Nie zapominam o tym.

    Pamiętam początek prac z autorką, dziś moją mentorką i przyjaciółką – Zofią Turowską, która jest wspaniałą dziennikarką i biografistką. Napisała wtedy dla Marginesów biografię Zofii Nasierowskiej.

    To była rzecz gigantyczna, bardzo trudna. Pani Nasierowska jeszcze wtedy żyła i pomagała nam w pracy. Kiedy książka została opublikowana i przyszedł sukces, natychmiast odezwało się duże wydawnictwo, które postanowiło przejąć moją autorkę. Redaktorka naczelna tamtego wydawnictwa zadzwoniła do pani Turowskiej, proponując napisanie książki. Wiadomo było, że oznacza to koniec naszej współpracy i brak dobrych tytułów.

    Dzisiaj prawdopodobnie zareagowałabym inaczej, ale wtedy wpadłam w czarną rozpacz. Odważyłam się na telefon. Byłam tak zdeterminowana i rozżalona, że dzwoniąc do tej redaktorki naczelnej wręcz wrzeszczałam do słuchawki: jak mogła mi coś takiego zrobić, takiej bidzie Marginesowej, dlaczego odbiera mi autorkę, ma tyle swoich, po co jej moja? I ona wtedy zachowała się zupełnie niesamowicie. Powiedziała: rozumiem panią, proszę uznać, że tej propozycji nie było. Zostawiła mi autorkę, a ja zrozumiałam, że taki będzie mój los. Że będę musiała sobie organizować wszystko sama: walczyć o swoich autorów, o swoje tematy, kreować, wymyślać. I tak jest do dziś.

    A jakie to było wydawnictwo?

    Nie wypada mi o tym mówić, bo wydawnictwo oczywiście istnieje, pani redaktor naczelna jest już na emeryturze, ale dała mi szansę, rezygnując ze swojej.

    Drugim moim zwycięstwem są ludzie, z którymi pracuję od wielu, wielu lat. To moi najbliżsi współpracownicy. To oni są Marginesami, zawdzięczam im tak wiele, że nie starczyłoby miejsca i czasu, by opowiedzieć wszystko. To są po prostu ludzie, którym ufam bez reszty, i którzy nigdy mnie nie zostawili w żadnym momencie wydawniczego życia.

    Skoro były dwa sukcesy, to teraz dwie porażki?

    Moją porażką jest to, że czasami nie umiem zatrzymać kogoś, kto jest bardzo wartościowy, na kim mi zależy. To dotyczy i autorów, i współpracowników.

    A druga to chyba ta, która się dzieje teraz, czyli ta piękna katastrofa. To, co wyrąbaliśmy trudem, znojem, czasami śmiechem, zostało tak bardzo osłabione, zanegowane, sprowadzone do konfliktu. Myślę, że to jest moja porażka, że nie spostrzegłam dyskomfortu autorki w porę, nie umiałam tego zatrzymać i przekuć w coś bardzo dobrego. Chociaż jako naiwna z natury wierzę, że to się po prostu dobrze skończy. Mój zmarły niedawno przyjaciel powiedziałby: Haniu, nie martw się, zaświeci słońce na twojej ulicy! Ja jednak myślę, że ono dalej świeci, no, może za lekką chmurką, ale świeci. I tego się trzymam!

  • 10 książek kwietnia, na które czekam

    Kwiecień za pasem, więc czas na przejrzenie nadchodzących premier. Czekam na poniższe książki z niecierpliwością, mam nadzieję, że skorzystacie z podpowiedzi, bo jak wiecie, wydaje się bardzo dużo, więc selekcja musi być ostra, ale merytoryczna! Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującym Was tytule.

  • „Dokładamy do interesu” – Szymon Świtajski o sytuacji księgarni w Polsce

    smakksiazki.pl: Szymonie, spotykamy się w Sopocie, w waszej księgarni Smak Słowa. Czy w 2025 roku w środku Europy, w blisko 40milionowym kraju prowadzenie księgarni można nazwaćsportem ekstremalnym?

    Szymon Świtajski: To byłby sport ekstremalny, gdybyśmy mieli szanse na odniesienie sukcesu. Bo w sporcie masz rywalizację, ale także nadzieję na zwycięstwo. Nazwanie prowadzenia księgarni sportem ekstremalnym jest niejako wprowadzeniem w błąd, ponieważ w sporcie możesz jednak wygrać. Natomiast dziś prowadzenie księgarni w Polsce jest skazane na porażkę. Nie ma szans, warunków i możliwości, żeby księgarnia pod względem ekonomicznym dobrze funkcjonowała. Przynajmniej ja nie znam takiej księgarni w Polsce.

    Cały czas w dyskusji o księgarniach mówimy o ich misji: kulturotwórczej i miastotwórczej. Jakby wszyscy zapomnieli, że księgarnie są przedsiębiorstwami. A jak wiadomo głównym celemprowadzenia przedsiębiorstwa – księgarni jest generowanie zysku.

    Moim zdaniem w 2025 roku nie ma możliwości prowadzenia z sukcesem działalności gospodarczej polegającej na sprzedaży detalicznej książek. Mówię o takiej działalności, kiedy np. rodzina lub grupa ludzi prowadzi księgarnię. Taki biznes nie ma szans ekonomicznych na przetrwanie. Widzimy to bardzo wyraźnie w mediach społecznościowych czy na portalach informacyjnych – można odnieść wrażenie, że niemal codziennie jakieś księgarnie znikają. Faktem jest, że około 70100 księgarni rocznie jest w Polsce zamykanych.

    Szymon Świtajski w księgarni Smak Słowa w Sopocie

    Zanim do Ciebie przyszedłem czytałem artykuł na portalu bankier.pl, w którym napisano, że co trzy dni w Polsce zamyka się jedna księgarnia.

    Nikt nie prowadzi dobrze tej statystyki. Jest ogólnopolska baza księgarń prowadzona przez Instytut Książki i tam są rejestrowane księgarnie sieciowe. Z drugiej strony – największe sieci typu Empik otwierają około 20 30 rocznie nowych salonów. Bo to są nie tylko księgarnie, ale „salony”, w których można dostać m.in. książki. Otwiera się około 30 nowych salonów [w statystyce w miejsce zamykanych księgarni – red.], więc w statystykach tego nie widać.

    W mojej ocenie, i według mojej wiedzy, doświadczenia, rozmów z kolegami i koleżankami księgarzami – dziś nie ma możliwości ekonomicznych prowadzenia księgarni. My przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, bo otworzyliśmy w 2019 roku księgarnię, nie będąc księgarzami. Prowadziliśmy z Anią Wydawnictwo Smak Słowa i szukaliśmy w Sopocie takiego miejsca, gdzie moglibyśmy nie tylko sprzedawać nasze książki, ale także robić dużo rzeczy promocyjnych dla naszego wydawnictwa, jak choćby organizowanie spotkań o książkach, spotkań z autorami

    W siedzibie wydawnictwa mieliśmy duże pomieszczenie, około czterdziestometrowe, taki duży salon. Tam robiliśmy spotkania – o naszych książkach i nie tylko – z różnymi gośćmi ze świata literackiego. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że chcemy mieć na ten cel osobne miejsce, więc otworzymy księgarnię. Szukaliśmy przez dwa lata lokalu, na szczęście miasto Sopot organizowało przetargi na różne lokale o funkcji kulturalnej. Wygraliśmy, otworzyliśmy księgarnię. Nie przyświecał nam cel ekonomiczny, chcieliśmy stworzyć miejsce spotkań z książką. I to było główne założenie tego projektu: żebyśmy mogli zapraszać ludzi, głównie na spotkania autorskie.

    W pierwszych tygodniach działania księgarni wpadliśmy w wir zamawiania nowych książek, tak żeby mieć wszystkie nowości i dużo klasyki, zresztą klasyków początkowo mieliśmy w asortymencie najwięcej. To był pewien ewenement i ludzie się dziwili, że jest jeszcze klasyka w księgarni, nie tylko same nowości. Z czasem zaczęliśmy zapełniać księgarnię, rozbudowywać półki, dostawiać regały, bo było za mało miejsca na nowe książki. Pierwsze pół roku to był fantastyczny sukces, ale już po roku działalności, w marcu [2020] przyszła pandemia. I to nasz biznes zgasiło.

    Później przez cztery lata prowadziliśmy w naszej księgarni szeroko rozumianą działalność kulturalną. W samym tylko 2024 roku w księgarni odbyło się prawie 60 wydarzeń związanych z książką. Na przykład przychodził autor i podpisywał książkę, odbywały się spotkania autorskie albo spotkanie wokół premiery nowej książki. Na potwierdzenie, że był to bogaty program jedna z uczestniczek spotkań przyszła do nas w styczniu i powiedziała, że poprzedni rok był bardzo udany i oczekuje od nas równie bogatego programu w księgarni w tym roku.

    I znów wracamy do tego, co powiedziałem wcześniej: że księgarnia nie jest stworzona tylko po to, żeby organizować spotkania autorskie i kulturalne. Księgarnie zostały wymyślone lata temu po to, żeby sprzedawać książki, kiedyś także wypożyczać. I to jest ich główny cel. 

    A ludzie przychodzą do Smaku Słowa po to, żeby kupić książkę czy po to, żeby zrobić zdjęcie, sprawdzić cenę, a i tak kupią ją w Internecie?

    Sopot jest specyficznym miastem, turystycznym. Możemy wyróżnić tu trzy grupy naszych klientów. Po pierwsze cały czas są to mieszkańcy Sopotu. Ta grupa niestety systematycznie maleje, co ma związek przede wszystkim ze spadkiem liczby ludności naszego miasta. W ostatnich pięciu latach stajemy się coraz bardziej starzejącą się społecznością, a jednocześnie mamy do czynienia z silną migracją. Ludzie wyjeżdżają z Sopotu, bo jest to miasto drogie i coraz mniej atrakcyjne dla codziennego życia. Mimo to, mamy cały czas swoich klientów – mieszkańców Sopotu, którzy kupują u nas książki i przychodzą na spotkania autorskie. Drugą grupą to są ludzie, którzy przychodzą na spotkania autorskie i przy okazji kupują książki, spoza Sopotu, z Trójmiasta. A trzecia grupa to są turyści.

    I to jest może specyfika naszego miasta, bo ja nie znam innej turystycznej miejscowości, w której funkcjonuje tak duża księgarnia, i to nie jedyna. W Zakopanem chyba nawet takiej księgarni już nie ma, choć teoretycznie powinna być, żeby turyści mogli sobie kupić książki – a tam jest ich przecieżbardzo dużo. W naszym przypadku od maja do października głównym klientem księgarni jest turysta.

    Funkcjonowanie w małej miejscowości księgarni nakłada na nią dodatkowe obowiązki, i tu akurat Sopot wymyka się temu obowiązkowi, z racji jego turystycznego charakteru. Inna jest specyfika księgarni w bardzo małej miejscowości, która musi mieć w asortymencie zabawki, podręczniki, książki, zeszyty, czyli zaspokajanie także podstawowych potrzeb w zakresie tzw. art papu – taką funkcje spełnia u nas empik. Jesteśmy w małej miejscowości, ale jesteśmy taką trochę księgarnią elitarną, wielkomiejską.

    Mnie się w ogóle wydaje, że każda księgarnia ma swoją specyfikę. Oprócz tego, że musi sprzedawać książki i generować z tego tytułu dochód, spełnia także wizję właścicieli i wiele zależy od tego, jaki oni program oferują, jakie książki czytają, jakie książki proponują swoim klientom. Jej specyfika zależy także od miejsca, w którym ta księgarnia się znajduje. Czy to jest małe miasteczko, duże miasto, czy ma konkurencję, czy nie, czy jest młody zespół, czy starszy i doświadczony.

    To wszystko, co mówię o księgarniach wynika z naszych doświadczeń. I już wracam do Twojego pytania.

    Ostatnio wyraźnie nasiliło się zjawisko polegające na tym, że ludzie przychodzą oglądać książki, ale ich nie kupują. Dyskutują z nami o książkach, rozmawiają o tym, co jest nowego i ciekawego. Coraz częściej zdarza się, że ludzie bezceremonialnie fotografują książki i sprawdzają je sobie w internecie. Niestety to powoli staje się nagminne. Praktycznie przez cały grudzień i połowę stycznia ludzie przychodzili do nas oglądać książki, nie kupować.

     Moi koledzy i koleżanki z różnych księgarni też piszą i mówią o tym zjawisku. Niektórzy w sposób zawoalowany, a niektórzy bardzo zdecydowanie, bo mają taki sposób komunikacji, promocji. Na przykład znana bydgoska księgarnia Toniebajka. Piotr ma taki styl i po prostu mówi prosto z mostu, jak jest, a jest źle.

    Zwracasz wtedy ludziom uwagę czy po prostu to przyjmujesz?

    To chyba jest kwestia kultury, na razie tego nie robimy… Miałem kiedyś taką sytuację: przyszedłem pomóc Agnieszce w księgarni, i ktoś zapytał o jakiś tytuł. My mówimy, że nie mamy. I ten ktoś znajduje ją przy nas w sklepie internetowym, a potem prosi, żebyśmy mu coś o niej powiedzieli, to on sobie kupi w internecie. To są takie sytuacje, kiedy człowiek po prostu już nie wytrzymuje. Wyobraź to sobie: przychodzisz do księgarni, sprzedawca mówi, że książki nie ma, a Ty: „A ja tu znalazłem w sieci X, kupię sobie, bo tu jest dobra cena, a pan powie mi o czym ta książka jest i czy warto”. No i wtedy już nie wytrzymałem. Wyrzuciłem gościa. Ja mogę sobie na to pozwolić, Agnieszka raczej nie. Agnieszka,która pracuje u nas w księgarni i w wydawnictwie, styka się na co dzień z takimi sytuacjami, że ludzie po prostu robią wywiad, oglądają książki i niczego nie kupują. Jesteśmy jak showroom.

    To trochę nas załamuje. To zjawisko nasiliło się w ciągu ostatnich dwóch, trzech miesięcy. Wcześniej trzymaliśmy poziom, byliśmy świątynią książek, ale powoli zamieniamy się w muzeum. Powinniśmy, jak „Toniebajka” pobierać dziesięć złotych za wejście… Cały czas mi to chodzi po głowie, ale to byłbychyba już upadek… 

    Rozumiem też ludzi. Jestem równocześnie wydawcą – może nie umiem tego robić tak dobrze, jak to robią moi koledzy i koleżanki z innych wydawnictw, ale mam wrażenie, że poznałem te mechanizmy, które kształtują cenę, sprzedaż i promocję książek. Nie dziwię się ludziom, że skoro mogą kupić książkę za 55% ceny okładkowej, to kupują ją w internecie. Jestem tym przerażony, ale rozumiem, dlaczego to robią.

    I tu znów wracam do tego twojego pierwszego pytania, dlaczego nie ma dziś w naszym krajumożliwości prowadzenia księgarni. Nie ma, ponieważ jest walka cenowa pomiędzy dystrybutorami, sklepami internetowymi, ogólnie internetem, w której książki można kupić prawie za połowę ceny detalicznej, okładkowej.

    Podam ci świeży przykład: robimy tutaj event społecznie, promocja dla autorki z Gdyni, w dniu premiery książki. I wydawnictwo proponuje mi cenę książki dla naszej księgarni 35% taniej, a ja w internecie, w mojej stałej hurtowni mogę ją kupić z rabatem 48%.

    Coraz częściej zmuszeni jesteśmy dawać rabat naszym klientom, tak około 10%, kiedy widzimy, że ludzie są zainteresowani książką, wybierają, oglądają, ale jej nie kupują. I chociaż część klientów wciąż nie ma problemu z pieniędzmi i kupuje książki w cenie okładkowej, to niektórzy się wahają: wziąć jedną czy drugą książkę? W tej sytuacji oferujemy rabat, bo sami widzimy, jaką sytuację mamy na rynku. Jeśli nie kupią u nas, to kupią w internecie. Nie kupią w innej księgarni, bo tu nie chodzi o konkurencję między księgarniami.

    Dzisiaj w Sopocie są trzy funkcjonujące księgarnie i dwa antykwariaty. Czyli pięć punktów sprzedaży książek, plus jeszcze wielki Empik. W pandemii zamknęły się trzy księgarnie: jeden Świat Książki i dwa Domy Książki, czyli było wtedy w Sopocie… dziewięć miejsc, gdzie można kupić książki! Na tak bardzo małe miasto. Ale my tutaj z księgarniami nie konkurujemy. Często wysyłam klienta na przykład do innej księgarni, która się specjalizuje w jakiejś tematyce. Kolejna na przykład ma dział antykwaryczny, więc nie ma tu konkurencji; może nie jest to współpraca, ale co najwyżej zdrowa rywalizacja.

    Dzisiaj głównym problemem, z którym się mierzą księgarnie, jest właśnie brak obrotu i związanego z tym zysku. Udaje się zarobić na koszty utrzymania księgarni i to coraz trudniej.

    Anna i Szymon Świtajscy

    W takim razie, co według ciebie byłoby lekarstwem? Są różne pomysły: jednolita cena książki, zerowy VAT na książki. Czytałem na lokalnym portalu Głos Lubuski, że w Gorzowie Wielkopolskim radni obniżyli czynsz księgarniom, które prowadzą działalność w budynkach należących do miasta z 50% do 10% kwoty bazowej. Czy to jest lekarstwo?

    Śledzę tę sytuację w Gorzowie Wielkopolskim i nie mam jednoznacznej opinii, ponieważ tam dwie księgarnie się zamknęły. Właściciele podjęli decyzję w listopadzie czy w grudniu, a nawet wcześniej, bo podjęcie decyzji o zamknięciu księgarni trwa latami. Czy obniżenie czynszu wpłynęło na tych właścicieli, sprawiło, że zmienili zdanie? (jedna księgarnia się zamknęła, a druga w lokalu komunalnym kontynuuje działalność). Moim zdaniem nie powinno, ponieważ koszty czynszu są tylko jednym z elementów składowych. Wysoki czynsz to nie jest powód do zamknięcia tych księgarni.Przyczyna prawdopodobnie jest taka, że nie mają obrotu, nie sprzedają wystarczająco dużo książek,więc nie mogli zarobić między innymi na ten czynsz. Domniemywam, nie wiem tego na pewno.

    W Sopocie kilkanaście lokali komunalnych ma zniżkę w czynszu na prowadzenie działalności kulturalnej. My, jako księgarnia prowadząca działalność kulturalną, plus spotkania autorskie, też mieliśmy problem, kiedy miasto chciało przeznaczyć ten lokal na kulturę. Trzeba było tłumaczyć opozycyjnym radnym, że to będzie działalność kulturalna. Część radnych stała na stanowisku, że to będzie księgarnia (handel), a więc nie kultura. Była o to cała dyskusja, o której dowiedziałem się po kilku latach. W Bydgoszczy na przykład jedna z księgarń walczy o obniżony czynsz w lokalu komunalnym, wiele księgarń walczy. Ale moim zdaniem obniżenie czynszu nie jest wystarczającym lekarstwem dla księgarń, bo nie tu jest główny problem. Księgarnie z wysokim czynszem doskonale sobie radziły przez poprzednie lata, tylko teraz po prostu przestały sprzedawać książki. Księgarnie, księgarze potrafią zarabiać pieniądze, jak mają szansę i dobre, uczciwe warunki.

    My jesteśmy specyficzną księgarnią, która w sezonie wakacyjnym gości mnóstwo klientów. Bardzo chętnie odwiedzają nas ludzie z całego świata, przyjeżdżają do Sopotu, widzą ładne miejsce, zaglądają, i ja z nimi rozmawiam.

    Mam bardzo dużo klientów z Niemiec, którzy pochodzą z Polski, wracają tutaj, odwiedzają rodziny. Większość z nich ma świadomość, że w Niemczech jest stała cena książki. Dla nich nie ma różnicy, czy kupują w księgarni, na Amazonie, czy gdzieś indziej. Jeden z klientów opowiadał mi ostatni, że przegląda katalog w internecie, a później idzie do swojej najbliższej księgarni i kupuje książkę. Wie doskonale, że wspiera lokalny biznes, a jednocześnie kupuje w tej samej cenie i ma tę książkę natychmiast.

    Druga strona medalu jest taka, że w Polsce nie rozwija się np. „dostawa książki po południu” tak jak jest w krajach, gdzie jest stała cena. Internet konkuruje wtedy ze sklepem, księgarnią tym, że ma olbrzymi katalog i bardzo szybko dostarcza towar. Na przykład – zamówisz dziś do godziny 12:00, to do 20:00 masz książkę w domu. Albo masz ją następnego dnia do południa. U nas zamawiając w internecie możesz czekać tygodniami na książkę.

    Po rozmowach z klientami, księgarzami, ale też kierując się naszymi doświadczeniami uważam, że dzisiaj nie tylko dla księgarń, ale dla całego polskiego rynku książki ustawa o jednolitej cenie książki jest jedynym ratunkiem. Dlaczego? Bo to jest rodzaj polityki kulturalnej, którą powinno prowadzić państwo. Jeżeli państwo polskie uznaje, że ważna jest cena prądu, gazu, benzyny, papierosów, farmaceutyków, cukru i tam państwo interweniuje, wprowadzając ograniczenia ustawodawcze, śmiało stosuje narzędzia interwencjonizmu czy protekcjonizmu gospodarczego, a w obszarze książek nie interweniuje, to znaczy, że dla państwa nie jest to istotny element polityki.

    Bardzo mocno zaangażowałem się w zgłębienie tego tematu, poświęciłem na to ponad pół roku, rozmawiałem z najważniejszymi osobami, które mówią między innymi tak: „Zrobimy wam ustawę o jednolitej cenie książki, jak się dogadacie”. Tyle że to jest jakaś rola negocjatora, mediatora w biznesowych sprawach. To nie jest polityka, polityka kulturalna.

    Już w 1981 roku rząd francuski, czując zagrożenie dla rodzimej kultury przez nadchodzącą globalizację rynku, amerykanizację (walczył między innymi z winem amerykańskim, z McDonaldem, itp. zjawiskami) przygotował ustawę o cenie książki. Francuzi zauważyli zagrożenie i wprowadzili ustawę regulującą cenę książki na wolnym rynku. Dzięki temu rynek książki we Francji rozwija się cały czas, otwierają się nowe księgarnie, nowe działy w nich, na przykład coraz liczniejsze księgarnie z komiksami. Ta ustawa była wzorem polityki kulturalnej państwa.

    Za rządów Mitterranda powstał cały program związany ze wspieraniem kultury. Dla Francuzów kultura jest ważna, książka jest ważna. Śladem Francji poszło większość państw europejskich, żeby wymienić tu choćby: Niemcy, Austrię, Grecję, Włochy, Hiszpanię, Portugalię i inne.

    Według ekspertów najbardziej odpowiadającą dzisiejszej polskiej sytuacji na rynku jest niedawno wprowadzona w Hiszpanii ustawa regulująca rynek książki. To chyba największy rynek w Europie – czytelnictwo jest gigantyczne, jeśli chodzi o ilość tytułów i przeczytanych książek. Ta ustawa ma kilkadziesiąt wyjątków i przepisów dostosowujących: targi, eventy, akcje promocyjne. Nie to, że jedna cena i koniec. Uważam, że rolą państwa jest dbanie o różne elementy polityki. Tylko nasze państwo jest w stanie ocalić polską kulturę i księgarnie, które są jej niezbywalną częścią.

    Nie mam też żadnych wątpliwości, że ustawa o książce powinna obejmować wiele innych obszarów z tym związanych, czyli między innymi: rolę pisarzy, tłumaczy, rozliczeń między podmiotami rynkowymi, ograniczenie oligopoli dystrybutorów. Mogłaby regulować wiele aspektów rynku i jednoczyć wszystkich w walce o kulturę polską. Mam jednoznaczne w tej sprawie zdanie, mam na to dowody. Ale jestem też przekonany, że nic się w tym zakresie się nie wydarzy w Polsce 2025 roku. Nic się nie zmieni. Dlatego jestem bardzo smutny z tego powodu, że nasz pięcioletni projekt księgarni musi się mierzyć z takimi problemami.

    www.unsplash.com/Tom Hermans

    Zadam Ci przewrotne pytanie. Prowadzicie tę księgarnię od 2019 roku i nadal wam się chce, chociaż z tego, co mówisz, powinniście trochę załamywać ręce. Ale jednak widzisz coś dobrego, dlaczego?

    Nadal nam się chce. W ciągu tych pięciu lat prowadząc księgarnię, spotkaliśmy wielu autorów, których byśmy nigdy w życiu nie spotkali osobiście. Z niektórymi się poznaliśmy, z innymi wręcz się zaprzyjaźniliśmy. To jest dla nas wielka przygoda.

     Ta księgarnia, nasza osobowość, serdeczność i gościnność powoduje też, mam nadzieję, że stwarzamy możliwość bliskiego kontaktu z autorami. To jest chyba największa nasza radość z prowadzenia księgarni, a dzisiaj wręcz główny cel jej prowadzenia – umożliwienie ludziom kontaktu z wartościowymi książkami i z ich autorami. I to jest równocześnie nasz największy sukces. Kilkaset spotkań w ciągu tych pięciu lat tego dowodzi. 

    Na rok 2025 przyjęliśmy taki model – prywatny domu kultury z jakąś marginalną funkcją księgarską, zakładający, że dokładamy do tego interesu, ale jednak chcemy to robić, bo to jest nasza pasja. Więc musimy to zrównoważyć i pewne rzeczy przeorganizować. Teraz mamy przerwę zimową po to, żeby wszystko policzyć, ponaprawiać, i na wiosnę wystartować z nowym otwarciem. Chcemy to robić, bo jest to dla nas misja, ważna funkcja społeczna, miastotwórcza.

    To również forma innej misji – nasze wydawnictwo wydaje też książki popularnonaukowe z zakresu psychologii. Sprowadzamy do nas, troszkę siłą wyciągamy z gabinetów wielkich naukowców, największe polskie autorytety. Byli u nas najsłynniejsi żyjący psychologowie, którzy pracują dzisiaj za publiczne pieniądze na uczelniach, robią wielkie granty, badania, uczestniczą w dyskusji o światowej psychologii: profesor Bogdan Wojciszke, profesor Wiesław Łukaszewski, profesor Dariusz Doliński, profesor Janusz Rejkowski, to jest w ogóle legenda polskiej psychologii, profesor Edward Nęcka. Byli u także psychologowie młodszego pokolenia profesorka Małgorzata Kossowska, profesorka Agata Gąsiorowska, doktorka Natasza Kosakowska-Berezecka, i już wkrótce profesorowie psychologii Michał Bilewicz czy Tomasz Grzyb. To największe osobistości w tej dziedzinie, osoby które prowadzą dialog o psychologii na świecie. I my umożliwiamy spotkanie z nimi. To nam rekompensuje wszystkie negatywy. Widzimy też radość naszych klientów wynikającą z możliwości kontaktu z tymi idolami naukowymi albo pisarskimi.

    Z kolei na jednym ze spotkań Michał Witkowski w trakcie spotkania u nas czytał fragmenty niewydanej autobiografii. Wszyscy pokładali się ze śmiechu, to było coś niesamowitego. To jest najważniejsza rzecz: taki mały dom kultury i bezpośredni kontakt.

    Mówisz, że fajnie jest widzieć radość w oczach ludzi, którzy przychodzą się spotkać z autorkami i autorami. A wy jeszcze macie radość w sercu?

    Tak, tak, bardzo. Ania dzwoniła przed chwilą i poinformowała mnie, że rok trwało zdobycie dla Wydawnictwa pewnej książki. Czekaliśmy na nią bardzobyła wydana już kilka lat temu i trudno ją było dostać od macierzystego wydawnictwa. Będziemy wydawać biografię Hilmy af Klint, to jest szalenie ważna książka i się strasznie się tym jaramy. Rozumiesz? [śmiech] Jaramy się wydawnictwem i jaramy się też księgarnią, książką. To jest takie… dziwne. Żyjemy książką. Ja rocznie czytam kilkadziesiąt książek, a Ania ponad setkę.

     Ale wiesz, że jest tak, czego też jestem przykładem, że pasja przekuta w pracę to jest najlepsza rzecz na świecie?

    No tak, tak. Te problemy, które są z księgarnią i rynkiem książki, trochę jednak utrudniają. Przygaszają nam emocje i studzą zaangażowanie. Dlatego teraz znów mocno wracamy do wydawnictwa, tak żeby było nas stać na dofinansowywanie księgarni. Jeden projekt, czyli wydawnictwo, zarabia na drugi projekt, czyli księgarnię. I szczerze przyznaję, że mam minusy z zeszłego roku w księgarni, które musi spłacić wydawnictwo, i to trochę nas boli. Anię, która odpowiada za wydawnictwo, i mnie – odpowiadającego za księgarnię.

    Miałbym dla ciebie challenge: żebyś otworzył i prowadził księgarnię w Świętochłowicach, w moim mieście. Myślę, że gdybyś zrobił tam księgarnię, która by przetrwała kilka lat, dostałbyś księgarskiego Nobla

    Wiesz, u was jest taki problem, że jest miasto przy mieście, czyli właściwie nie mówimy o czterdziestopięciotysięcznym mieście (Świętochłowice), tylko o części trzymilionowej konurbacji. Różne funkcje różne miasta spełniają. Jeżeli idziesz na kawę, to jedziesz raczej do Katowic albo do Gliwic.. I z drugiej strony to jest taki wielofunkcyjny moloch, właśnie dlatego jest to konurbacja. Można to porównać do Zagłębia Ruhry, gdzie aktualnie w grę wchodzą olbrzymie pieniądze na kulturę.

    Katowice też w tym kierunku idą przecież, prawda? Macie targi, festiwale kultury, muzyczne. I nie, nie podjąłbym się tego. Otworzyliśmy księgarnię w Sopocie, bo tu mieszkamy, tu żyjemy. Jako wydawcy robiliśmy wszystko w Polsce, dla ogólnopolskiego czytelnika, a w Sopocie nic nie robiliśmy, nie byliśmy tu znani. I jak pojawiła się możliwość wynajęcia tego lokalu, to było naszą misją oddanie czegoś społeczności lokalnej, ubogacenie jej, stworzenie możliwości kontaktu z wielkimi nazwiskami. Uważaliśmy, że brakowało takiego niezależnego miejsca, miejsca spotkań i rozmów o książce. 

    www.unsplash.com/Kamil Molendys

    Powiedz mi jeszcze na koniec, bo to mnie zaciekawiło, gdybyś mógł porównać procentowo czy liczbowo okres październik-marzec do sezonu wysokiego, kiedy się zjeżdżają turyści i jak mówiłeś wtedy są żniwa. Jak to wygląda?

    To jest bardzo proste, bo znam obroty. Obrót jest podstawą każdego przedsiębiorstwa, czyli przychód, wartość uzyskanych pieniędzy ze sprzedaży książek. Co zadziwiające – i dotyczy nie tylko nas, ale mam wrażenie całego rynku książki – sektor „księgarnie”– grudzień przestał być miesiącem szczytowym. Przychody w grudniu kiedyś miały na rynku książki wartość nawet trzech miesięcy.

    U nas skończyło się to już dawno, przed pandemią. Ostatni grudzień przed pandemią był bardzo dobry, Później taką sprzedaż mieliśmy rok po pandemii, w lipcu i w sierpniu. Ale w tym roku już nie. W tym roku mieliśmy obrót w wielkości połowy z zeszłego roku z lipca, sierpnia. Połowę. Najlepszymi miesiącami dla nas są czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień. 

     Nasza specyfika powoduje to, że dzisiaj jesteśmy bardzo nastawieni na lokalność – spotkania, a obroty księgarnia generuje na turystach, na przyjezdnych, którzy są zszokowani, że jest jeszcze coś takiego jak lokalna, stacjonarna księgarnia. Bo u nich tego już nie ma. Ludzie przyjeżdżają z całej Polski i mówią: „U nas już nie ma księgarni”. I oczywiście podkreślają, że nasza jest piękna. I to też jest z kolei nagrodą za naszą pracę, nasz wkład w markę Sopot jako produkt turystyczny. Byliśmy nawet w pierwszym roku działalności rzeczywiście wyróżnieni przez lokalną organizację turystyczną jako „Perła Sopotu”. 

    Tymczasem myślę, że 90% obrotu jest generowane na klientach spoza Trójmiasta. Czyli jesteśmy produktem turystycznym. Jak pada deszcz, jest gorsza pogoda, to u nas są tłumy. Dużo ludzi przychodzi. Dlatego pozwoliliśmy sobie zamknąć księgarnię na trzy miesiące w martwym sezonie. Jak widzisz prawie nikogo nie ma na ulicy. Puste miasto. Nie przyjechali turyści w tym roku. [Rozmawialiśmy 30 stycznia.]

     Jesteście jakimś sopockim oscypkiem.

    Dla pewnej grupy ludzi. Ale najzabawniejsze jest właśnie to zdziwienie. Na szyldzie mieliśmy kiedyś tylko „Smak Słowa”, a później dodaliśmy słowo „księgarnia”. Bo ludzie myślą, że Smak Słowa to knajpa. Wchodzili i dziwili się, że to jest księgarnia. W ogóle, że jest to księgarnia. To jest fantastyczne.

     Chciałem się teraz oburzyć i zdziwić, że ludzie mogą pomyśleć, że „Smak Słowato może być knajpa, ale przecież czasami mnie też pytają, czy na „smakksiazki.pl” piszę tylko o książkach kulinarnych.

    No tak, Smak Słowa, Smak Książki. Mamy podobne nazwy i musimy mierzyć się z podobnymi problemami. Ostatnio pojawił się na rynku Smak Liter. Czyli już kolejna smaczna wariacja.

    Wszyscy smakują literaturę. 

    Ostatnio mówiłem Maćkowi Siembiedzie, że Sopot to by było dla mnie idealne miejsce do mieszkania od października do marca, bo potem jest najazd turystów.

    Ale wiesz, jesteś tutaj na wakacjach cały czas. I masz codziennie morze. My w tym roku jedziemy do Sopotu na wakacje – akurat nie planujemy wyjazdu, bo właśnie pracujemy. Jako mieszkańcy też potrafimy korzystać z tego Sopotu inaczej, bo wiemy, gdzie można chodzić, którędy. Pływaliśmy też na łódkach, bo moja córka była sportową żeglarką. A więc korzystasz z tych możliwości. Ludzie jeżdżą na koniach, na rowerach górskich, grają w tenisa, spacerują. Mamy cudowne miejsce do życia. Ja nie jestem z tych sopocian, którzy nienawidzą tłumów. Widać wtedy, że miasto żyje. Chodzimy na długie spacery, na plażę. Jesteśmy nietypowymi mieszkańcami, bo mieszkańcy Sopotu raczej nie korzystają z morza. I kochamy właśnie taki okres jak teraz. Pusty Sopot. Bo to dla mieszkańców jest super.

    Tylko że nikt sobie nie zdaje sobie sprawy, że nie ma tutaj usług, nie ma sklepów, są tylko knajpy, kebaby, zdominowały nas żabki. Brak miastotwórczych funkcji, które spełniają właśnie drobne usługi,małe sklepiki, piekarnie. Takie rzeczy praktycznie zniknęły w Sopocie. Ale to jest cena tej wakacyjnej turystycznej popularności.

    I taką funkcję pełni też nasza księgarnia – funkcję miastotwórczą, bo – jak zakładaliśmy – w pierwszej kolejności powinna służyć mieszkańcom. W ubiegłym roku mieliśmy dużo spotkań dla mieszakńców. Ale pierwszy raz zrobiliśmy wielki plakat ze wszystkimi letnimi wydarzeniami i przychodzili turyści na spotkania autorskie. Teraz dajemy sobie dwa lata na księgarnię, żeby się utrzymała na rynku. Mamy wymyślony oczywiście drugi wariant, że zrobimy taki prawdziwy klub, „klub książki”. Będziemy się utrzymywać ze składek członkowskich, wpisowych. 

    Często chodzę do księgarni Miejscownikw Katowicach albo Dopełniacz w Chorzowie, i tam jest na przykład dział literatury śląskiej albo związanej ze Śląskiem. Myślisz, że takie ukierunkowanie może być ratunkiem dla księgarń? Czy niekoniecznie? Że szukasz czegoś o Śląsku, idziesz do tej księgarni i…

    Ale oni sprzedają też inne rzeczy, prawda? Z Dopełnacza i Miejscownika dostawałem listy do listy bestsellerów i patrzę, a oni mają też historię, regionalia. Ale tak, na przykład Spacer po Chorzowie, albo coś takiego. I oni sprzedali tego najwięcej, nawet my to zamawialiśmy. 

    My mamy mikrodział regionalny, ale też jako wydawnictwo zrobiliśmy coś takiego, że wydaliśmy książki regionalne. Przewodniki o Sopocie, Spacerownik Sopocki i Bedeker Sopocki. I to są bardzo ciekawe książki, które znalazły uznanie wśród mieszkańców i turystów. Tak, ważnym elementem księgarni kameralnej jest posiadanie książek regionalnych.

    Ale czy korzystacie z jakichś programów, które doraźnie wam pomagają? Oprócz tego, że jesteście lokalem na kulturę, czyli macie niższy czynsz, to czy jeszcze jest gdzie wyciągnąć rękę po jakąkolwiek pomoc?

    Odkąd powstał „Certyfikat dla małych księgarni” wszędzie o nim trąbię. To jest program prowadzony przez Instytut Książki, podległą jednostkę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tak naprawdę to jedyny ogólnopolski program, który reaguje na pogarszającą się sytuację ekonomiczną księgarń. To jest właściwie konkurs – dostajesz w nagrodę grant na półtora roku, który ci pozwala poprawić twoje szanse ekonomiczne, czyli na przykład wyposażyć w nowoczesny sprzęt, załatwić jakieś drobne inwestycje, takie jak szyldy, naprawy drzwi, podjazd, schody. Takie rzeczy, na które nigdy księgarz nie zarobi pieniędzy. Na pewno już nie dzisiaj, w tej obecnej sytuacji. 

    To jest naprawdę fantastyczny program i jedyny, który realnie pomaga finansowo księgarniom się utrzymać i poprawić swoją konkurencyjność wobec wielkich graczy. Uczestniczyliśmy w nim dwa razy, właśnie zakończyliśmy drugą edycję. Jest to dla nas oprócz pomocy finansowej takżewyróżnienie, certyfikacjamamy naklejki na drzwiach, bo jest to też certyfikat jakości. 

    I na przykład w tym programie bardzo ważny jest udział księgarni w lokalnym środowisku, promowanie lokalnych autorów, książek regionalnych. To wszystko jest brane pod uwagę i cieszę się, że nam udało się dwukrotnie ten certyfikat uzyskać. Wiem również, że ten program jest najlepiej oceniony przez księgarzy, bo realnie dostarcza im pomoc finansową.

    Czyli z takim programem księgarnia w Świętochłowicach nie stoi na straconej pozycji?

    Musisz funkcjonować dwa lata, żeby móc otrzymać ten grant. Ale to bardzo by pomogło, na przykład na start. Nasz dwuletni plan ratowania księgarni zakłada, że jeżeli w marcu wystartuje program, to złożymy wniosek, ale czy dostaniemy to dofinansowanie nigdy nie wiadomo.  

    Mamy też Fundację Smak Słowa, po to, żeby móc wnioskować o wszystkie wspierające rzeczy na księgarnię. I spośród pięciu grantów, które realizowaliśmy w 2024 roku, trzy są na fundację.

     Czyli, reasumując, jest projekt, Wydawnictwo Smak Słowa, który w duży sposób ekonomicznie wspomaga księgarnięSmak Słowa. Jest certyfikat małych księgarń i jeszcze do tego wszystkiego otworzyliście fundację, po to, żeby można było łatwiej startować w konkursach?

    Tak, Ania Świtajska w 2021 roku założyła Fundację Smak Słowa właśnie po to, żeby mieć możliwość w ogóle startowania w konkursach, bo jednak stowarzyszenia, organizacje, fundacje są tak zwanym trzecim sektorem, , do których jest skierowane wiele grantów i możliwości finansowania działalności kulturalnej. 

    Na przykład Miasto Sopot wspierało nas w organizacji wydarzeń, ale nie mogą nas dotować, bo miasto nie wspiera finansowo przedsiębiorczości. Nie ma takich grantów. Utworzyliśmy fundację, która nie zatrudnia żadnych pracowników, ma minimalne koszty, jest podmiotem nastawionym na realizację celów statutowych, czyli między innymi promocji literatury, realizacji spotkań, wydawania ważnych książek.

    Otrzymujemy i realizujemy te granty, i to też jest pomysł, żeby stworzyć wokół siebie strukturę, która będzie wspierać księgarnię. Czyli znów wracamy do stwierdzenia, że księgarnia – zamiast zarabiać na siebie i generować dochód – musi być wspierana. 

    Fundacja jest narzędziem pomocowym w procesie utrzymania niezależnej księgarni. Myślę, że wiele wydawnictw utrzymuje cały czas księgarnie. Sonia Draga, Wydawnictwo Czarne, Muza – wiele wydawnictw ma księgarnię firmową i prowadzi politykę promocji swojej marki przez to. U nas to bardziej wydawnictwo wspiera księgarnię. I uważam, że takie łączenie funkcji jest także jedyną szansą dla księgarni, że poprzez kilka narzędzi można jeszcze utrzymać księgarnie kameralne w krajobrazie miast i miasteczek.

    Od Ciebie teraz zależy, czy ostatnie zdanie tej naszej rozmowy będzie optymistyczne czy pesymistyczne, bo rzucam tezę, że gdyby nie było Wydawnictwa Smak Słowa, to księgarnia Smak Słowa już by nie istniała.

    Tak. To jest prawda i jeśli mamy te wszystkie nasze aktywności na polu książki zrównoważone, wszystko dobrze ustawione, jeżeli dalej część ludzie będzie przychodzić po książki, to nie będzie problemu, jesteśmy w stanie wspierać księgarnię. I dlatego świadomie też daliśmy jej nazwę Smak Słowa. Jakiś czas temu Ania wymyśliła tę nazwę dla wydawnictwa i tak nam się podoba, że księgarnię też tak nazwaliśmy. Ale co zadziwiające dla mieszkańców Sopotu nazwa „Smak Słowa” nie jest kojarzona z Wydawnictwem Smak Słowa, tylko z Księgarnią. Smak Słowa to definicja tego, czym to właściwie się zajmujemy: umożliwiamy smakować słowa, czyli książki. Autorów nie będziemy raczej smakować, pozostawimy to czytelnikom…

     

     

  • Na które premiery marca zwrócić uwagę? Podpowiadam

    W marcu dużo literackiego dobra, więc nie ma co przeciągać – przeklikajcie, przeglądnijcie, może coś Was zainspiruje, zaciekawi, pchnie do zakupu. Tradycyjnie klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o danej książce. Smacznego!

  • „Ogień z każdej strony” dowodem, że można wydać świetną powieść samemu

    Spotkaliśmy się w lesie, bo to ważne miejsce w powieści „Ogień z każdej strony”. Rafał Cichowski napisał książkę, przy lekturze której czuć nie tylko zapach wsi, ale też samotność i nutę realizmu magicznego. Rozmawiamy o ogniu, ale też o ognisku domowym, zamykaniu się w sobie i szczęśliwym zakończeniu, jeśli takim jest. Pojawia się pies o imieniu Śnieg, braterska miłość i chęć ucieczki, która może być ucieczką donikąd.

    Oczywiste, że książkę polecam, bo inaczej by nie było tej rozmowy. Powieść możecie kupić u Rafała na stronie, bo wydał ją własnym sumptem. Kliknijcie po prostu TUTAJ.