Tag: Chmielarz

  • Sztuczna inteligencja w kryminale – październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W zeszłym tygodniu spotkałem się (wirtualnie) z Zygmuntem Miłoszewskim oraz Jakubem Szamałkiem, żeby pogadać trochę o wpływie nowych technologii na pisarską robotę. Rozmowę prowadził Kubę Szamałek i chyba wypadła dość interesująco (przynajmniej tak mi donosili czytelnicy). Mieliśmy jednak jeszcze poruszyć jeden temat, na który nie starczyło czasu. Czy kryminały będzie w przyszłości pisać za nas sztuczna inteligencja?

    No więc jestem przekonany, że to technicznie jak najbardziej możliwe. Już powstają pierwsze powieści napisane przez sztuczną inteligencję, jak „1 the road”, o której jeden z krytyków napisał, że nie ma tam żadnej fabuły, ale znalazło się w niej kilka uderzających i zapadających w pamięć akapitów. Z kolei firma ScriptBook chwali się, że w przeciągu pięciu lat opracuje program do pisania scenariuszy, którego dzieła będą lepsze od tych napisanych przez człowieka. Wierzę w te zapewnienia, bo na jakimś poziomie literatura to zbiór reguł, motywów, pomysłów, którymi można mniej lub bardziej swobodnie żonglować i układać z nich kolejne fabuły. Trudno wymyślić coś absolutnie nowego. Wszyscy mniej lub bardziej odbijamy się chociażby od campbellowskiej drogi bohatera, szukamy pierwszego i drugiego zwrotu akcji, skupiamy się na strukturze trzech aktów i tak dalej. Wszyscy też wiemy, że 99 proc. kryminałów zaczyna się od sceny, w której ktoś kogoś morduje, potem pojawia się śledczy, śledczy zabiera się za rozwiązywanie sprawy, po drodze ginie od pięciu do dziesięciu osób, a na końcu winny zostaje ukarany. Nie wygląda to jak coś, czego nie mogłaby napisać sztuczna inteligencja.

    www.unsplash.com/Michael Dziedzic

    Moim zdaniem jednak samo pytanie powinno być zadane inaczej. Czy ludzie będą chcieli czytać teksty napisane przez sztuczną inteligencję? No więc moim zdaniem, nie.

    Dlaczego? W klasycznej powieści „O czym śnią elektryczne owce” (na podstawie której potem Ridley Scott nakręcił kultowego „Blade Runnera”) Philip K. Dick zadaje pytanie, co różni człowieka od androida? I daje odpowiedź – empatia. To właśnie empatia, zdolność wczuwania się w drugiego człowieka, odróżnia nas od najbardziej inteligentnej nawet maszyny. Gdybym był złośliwy… Cholera, nie – po prostu, będę złośliwy i powiem, że już teraz niektóre powieści, nawet uznanych polskich autorów, wyglądają tak, jakby były napisane przez sztuczną inteligencję. Brakuje w nich po prostu empatii dla postaci. Czytam to i kręcę głową z niedowierzaniem i chcę raz po raz krzyczeć, że ludzie po prostu się tak nie zachowują! I nie chodzi mi o to poczucie, że JA zachowałbym się inaczej. Nie. Żadna żywa istota postawiona w takiej sytuacji nie zrobiłaby tego, co postać w tej powieści.

    No, ale takie książki też się sprzedają. Ku mojemu zaskoczeniu, mają też spore grono wielbicieli. I nie będę udawał, że to rozumiem. Gusta czytelnicze kilka razy mnie już zaskoczyły i zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

    Wciąż jednak uważam, że książka to miejsce spotkania dwóch istot ludzkich – czytelnika i pisarza. I w pewien sposób wspólnie tworzymy tę opowieść. Wspólnie ją przeżywamy. Ja, bo ją napisałem. Państwo, bo ją czytacie. A czytając, uruchomiacie swoją wyobraźnię. Przefiltrowujecie mojej słowa przez waszą wrażliwość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Czytanie, które wydaje się być czynnością bardzo pasywną, jest w tym ujęciu czynnością wymagającą wielkiej aktywności. To wielka rozmowa. W książce szukam (i wierzę, że nie tylko ja) drugiego człowieka. Jego uczuć, jego przemyśleń, jego marzeń i obaw.

    I w tym upatruję nadzieję. Bo sztuczna inteligencja, zgodnie z zapowiedziami ScriptBook, może będzie pisała rzeczy lepsze od ludzi. Może będzie pisała od nas szybciej (nawet od Remigiusza Mroza) i może będzie żądała niższych honorariów.

    Ale czy będzie miała cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

    Wojciech Chmielarz

  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • „Pomożecie? Pomożemy? Rzecz o znikających księgarniach”, czyli styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Niedawno pojechałem na spotkanie autorskie do pewnego miasteczka. Było miło. Przyszło sporo czytelników. Rozmawialiśmy sobie, odpowiadałem na pytania. Wydaje mi się, że poszło całkiem nieźle. Po wszystkim jedna z pań zapytała mnie, czy może przywiozłem może swoje książki na sprzedaż, bo ona chętnie by jedną kupiła. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie robię takich rzeczy. Trochę dlatego, że nie mam do tego głowy. Nie chce mi się też po prostu rozkładać całego straganu, wydawać paragonów, resztę, a potem jeszcze rozliczać się ze sprzedanych książek. Przede wszystkim jednak, jeżdżę po Polsce, żeby spotkać się ze swoimi czytelnikami, a nie po to, żeby wcisnąć im kolejny egzemplarz. Nie mam natomiast nic przeciwko, jeśli na spotkaniu pojawi się przedstawiciel lokalnej księgarni. Wydaje mi się to zresztą bardzo dobrym rozwiązaniem. Czytelniczka pokiwała ze zrozumieniem głową. A potem powiedziała, że u nich byłoby o to trudno, bo w mieście nie ma ani jednej księgarni.

    Przyznam szczerze, że mnie zatkało. Miasteczko, które odwiedziłem nie było co prawda żadną wielką metropolią. Liczyło sobie około dwadziestu tysięcy mieszkańców, ale fakt, że nie było w nim księgarni jednak mnie zszokował. A potem zacząłem szperać i poznałem liczby. Ostatnie dane pochodzą co prawda z 2019 roku (podaję je za dziennikiem „Rzeczpospolita”), ale myślę, że dobrze oddają również obecny stan. W roku 2009 w Polsce działało około siedem tysięcy księgarni. Przez dziesięć lat ich liczba spadła poniżej czterech tysięcy. Innymi słowy, w przeciągu dekady w Polsce zniknęła co druga.

    Nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich godzin, które spędziłem w różnych księgarniach. W tych mniejszych, tych większych. Specjalistyczny i ogólnych. Akademickich, geograficznych, dziecięcych, językowych i komiksowych. Ale pewnie były ich setki, tysiące. Możliwość wędrowania wzdłuż półek, sięgania po kolejne tytuły, oglądania okładek, czytania opisów, przewracania kartek to przyjemność sama w sobie. A jeśli do tego dodamy rozmowę ze znającym się na swojej pracy księgarzem, to znaleźliśmy miejsce niemalże idealne. Są takie miejsca w Polsce. Z głowy mogę wymienić „Smak słowa” w Sopocie, „Sztukę wyboru” z Gdańska, „Tajne komplety” i Księgarnię Hiszpańską „Elite” we Wrocławiu czy „Big Book Cafe” i księgarnie wydawnictwa Czarne z Warszawy.

    www.unsplash.com/Ugur Akdemir

    Skąd się wziął ten spadek? Powodów oczywiście jest wiele. Wśród nich zmieniające się zachowania zakupowe Polaków, spadek czytelnictwa czy inwazja centrów handlowych. Pytanie, czy coś z tym spróbujemy zrobić? Oczywiście, zawsze można stwierdzić, że wolny rynek zdecydował i tyle. Pozostaje wtedy wzruszyć ramionami i może rzucić jeszcze tę zgraną uwagę na temat mitycznej „niewidzialnej ręki”. Ja jednak z takim postawieniem sprawy się nie zgadzam. Jeśli uważamy, że literatura ma jakąś wartość, że jest nam z różnych powodów (także ekonomicznych przecież!) potrzebna i uznajemy, że należy ją wspierać, to powinniśmy zdać sobie sprawę, że księgarnie są ważnym elementem tego kulturalnego ekosystemu. Do cholery jasnej, jak możemy oczekiwać, że poprawią się wskaźniki czytelnictwa w Polsce skoro ludzie w małych miasteczkach (bo jestem pewien, że to przeze mnie odwiedzane nie jest wyjątkiem) nie mają nawet szans kupić książki? I od razu też powiem, że moim zdaniem księgarnie internetowe nie poprawią sytuacji. Sam jestem ich użytkownikiem, mam zresztą swój ulubiony sklep, ale to jednak coś innego. W Internecie nie spotkamy się z żywym człowiekiem, księgarzem, który czasami pomoże, a czasami zaskoczy, a co najwyżej z bezdusznym marketingowym algorytmem. Nie ma w tym magii. Poza tym, nie mam tutaj twardych danych, raczej intuicję, odpada element impulsywnych zakupów. Do księgarni internetowej przychodzę, żeby kupić konkretną rzecz. Nie buszuję w jej zbiorach, nie sprawdzam, co jest, a czego nie ma. Robię zakupy i wracam na Facebooka. Za to nie raz i nie dwa się zdarzyło, że z tradycyjnej księgarni wyszedłem z naręczem książek, których wcale nie planowałem zakupić. No i wreszcie ostatni element. Tradycyjna księgarnia to konkretny sklep w konkretnym miejscu ze sklepową witryną. Żywy dowód na to, że książki istnieją i są obecne w miejskiej przestrzeni.

    Jak można pomóc księgarniom? Istnieje kilka narzędzi. Po pierwsze, samorządy mogą obniżyć czynsze takim lokalom. To rozwiązanie najprostsze i najszybsze. Ale o ograniczonej skuteczności. Możemy także przyjrzeć się sprawie nie od strony kosztów, ale strony dochodów. I tutaj też pojawiają się pewne propozycje. Możemy sobie wyobrazić na przykład, że szkoły hurtowo kupują podręczniki w lokalnych księgarniach. Tak samo robią biblioteki. Zamiast zamawiać bezpośrednio u wydawcy czy dystrybutora, pieniądze zostawiają u miejscowego księgarza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to się wiąże z kosztami. Takie podręczniki i książki będą wtedy po prostu droższe. Więcej płacić będą rodzice, biblioteki zamówią mniej pozycji do swoich zbiorów. Ale zyskamy przecież coś w zamian. Dobrze funkcjonującą księgarnię. Tylko tyle. Aż tyle. Może warto się nad tym zastanowić i jednak coś zrobić, zanim z miast i miasteczek w całej Polsce zniknie kolejnych kilkaset księgarni.

    Wojciech Chmielarz

  • „Książki zdychają w ciszy”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Dzisiaj będzie mało oryginalnie, bo 31 grudnia, ostatni dzień 2019 roku, więc małe literacko-rynkowe-czytelnicze podsumowanie tego, co było i pewnie kilka słów na temat tego, na co czekam w roku 2020. A na koniec gorzka refleksja, bo to także część tej konwencji.

    Zacznę z grubej rury. Najlepszym polskim kryminałem, jaki przeczytałem w roku 2019 jest „Około północy” Mariusza Czubaja. Koniec i kropka. To przede wszystkim książka napisana z niewiarygodną miłością. Do gatunku, jazzu, legendy lat sześćdziesiątych, trudnej polskiej historii i samej literatury wreszcie. Strasznie mi przykro, że tak niewiele o tej powieści się mówiło w zeszłym roku. Mam wrażenie, że nie udało się jej przebić. Nie rozmawia się o niej, nie pojawia się na grupach czytelniczych, nie widziałem jej na listach bestsellerów. A szkoda, bo to naprawdę wielka rzecz. Najlepsza powieść Czubaja i jedna z najlepszych, jakie przeczytałem w tym roku.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Krzysztof Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Ale w ogóle ten rok był moim zdaniem bardzo dobry dla polskiego kryminału. Pojawiło się sporo dobrych tytułów. Bo najpierw wrażenie na mnie zrobił Bartosz Szczygielski ze swoim „Sercem”, potem Jędrzej Pasierski z „Roztopami”. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po tych dwóch pozycjach, a pojawił się „Szwindel” Jakuba Ćwieka. No i potem wielki come back (jeśli można tak to nazwać) Jakuba Szamałka z technothrillerami „Cokolwiek wybierzesz” i „Kimkolwiek jesteś”. Gdzieś tam jeszcze pojawił się Jacek Galiński z rewelacyjnym debiutem „Kółko się pani urwało”. A jestem pewien, że to nie wszystkie wartościowe tytuły, które pojawiły się w tym roku. Ale o tym później.

    Najlepsza rzecz z zagranicy to „Granica” Dona Winslowa. Ogromna powieść w każdym tego słowa znaczeniu. Bo i 900 stron, i temat, i dziesiątki wątków oraz bohaterów. Literacka mozaika, która opowiada o amerykańskiej wojnie z narkotykami oraz jej bohaterach. Są tam i agenci DEA, i policjanci, i meksykańscy bossowie, i dilerzy, i narkomani i wreszcie, przypadkowe ofiary. Wszystko się elegancko przeplata i tworzy przerażający obraz świata oplecionego narkotykowymi mackami. Naprawdę mocna powieść. Jedna z tych, które na długo pozostają w pamięci.

    No to teraz o planach czytelniczych na nadchodzący rok. Bardzo czekam na nowy kryminał Jakuba Ćwieka. Przy okazji opowiedział mi mniej więcej, o czym mam być i naprawdę już przebieram nóżkami, żeby dostać go w swoje ręce. Na początku roku nową powieść wydaje wspomniany wcześniej Bartosz Szczygielski. Jestem cholernie ciekaw, jak poradzi sobie bez Gabriela Bysia. Może być ciekawie. Przede wszystkim jednak, i tutaj pojawia się ta gorzka refleksja, spróbuję nadrobić zaległości z 2019 roku. Bo mam ich sporo. Znana każdemu czytelnikowi „kupka wstydu” rośnie z każdym miesiącem. Leży na niej „Pokuta” Anny Kańtoch (książka, na którą przecież czekałem!), „Wiatraki” Krzysztofa Zajasa, „Mara” Kuźmińskich czy „Golem” Marka Krajewskiego. A są jeszcze autorzy zagraniczni. Pomimo idiotycznego nazwiska bohatera chciałbym przeczytać chociaż jedną powieść Chrisa Cartera. Czeka na mnie „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” i zaległe powieści Roberta Harrisa i „Wiedźmie drzewo” Tany French. A to tylko pierwsze przykłady z brzegu i tylko kryminały!

    Przez długi czas kiedy myślałem o tej rosnącej z tygodnia na tydzień liście, czułem wstyd. Ale niedawno przeczytałem wpis Roberta Małeckiego, w którym chwali się, że rzucił pracę i został zawodowym pisarzem (powodzenia, stary!) i gdzieś tam między linijkami dodał, że w przeciągu trzech lat od debiutu wydał sześć książek… Sześć książek. Przez trzy lata. To dwie książki rocznie. Równocześnie łącząc to z pracą zawodową i pewnie jakimś normalnym, rodzinnym życiem. Kiedy to przeczytałem, ten wstyd, o którym wspominałem przed chwilą, zniknął. Bo zrozumiałem jedno – w Polsce wydaje się po prostu za dużo książek.

    Bo, żeby nie było, dwie ostatnie książki Roberta są na mojej liście. Tak „Wada”, jak i świeżutka jeszcze „Zadra”. I Robert jest do cholery jasnej całkiem dobrym pisarzem. Ale gdzieś rośnie we mnie przekonanie, że tych książek (podobnie jak dwóch ostatnich tomów o losach Marka Benera) po prostu nie przeczytam. Będą sobie leżeć na półce, a ja, kiedy będę ją mijać, za każdym razem będę sobie powtarzać w myślach, że już zaraz, ale tym razem już naprawdę na pewno, po nie sięgnę i przeczytam. Ale koniec końców, pewnego szarego, smutnego dnia zapakuje je w sklepową torbą i zaniosę do biblioteki. Tym razem będę sobie powtarzał kłamstwo, że kiedyś je z tej biblioteki wypożyczę i już naprawdę przeczytam. Ale tego też nie zrobię. A szkoda, bo „Wada” podobno jest lepsza od chwalonej także przeze mnie „Skazy”.

    Oczywiście to nie jest tylko przypadek Małeckiego. Nie raz, i nie dwa, powtarzałem, że rośnie presja ze strony wydawców na autorów, żeby dostarczać więcej, szybciej i najlepiej grube. Wpływ na jakość to ma, jaki ma. O tym też już pisałem parę razy. Ale zaryzykuję jeszcze jedną tezę, jaki ma wpływ ta nadprodukcja na polską literaturę. Otóż ludzie może i te książki kupują, ale czy faktycznie je czytają?

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Ale Małecki jeszcze ma nieźle. Zdążył sobie wyrobić nazwisko, jakąś markę, grono czytelników. A co mają powiedzieć debiutanci? Na mojej półce leży „Marsz w mrok” Miłosza Fryzła. Przeczytałem pierwszych trzydzieści stron i zaczyna się całkiem nieźle. Potem musiałem niestety odłożyć, bo praca goniła i od tej pory książka leży. Nie wiem, czy ktokolwiek o niej poza mną słyszał ( i tymi 27 osobami, które dały jej ocenę na lubimyczytac.pl). Wydano ją, książka przeszła bez echa i zniknęła. Podobnie „Niszcz, powiedziała” Piotra Rogoży. Tutaj jest już trochę lepiej, ocen „aż” ponad sześćdziesiąt. A to tylko dwa debiuty (w przypadku Rogoży debiut podwójny), które akurat tak się złożyło, że wpadły mi w ręce. I czekają na swoją kolej. Może się nawet doczekają.

    Problem nie dotyczy tylko kryminału. Podobnie jest w literaturze obyczajowej. Niemniej, skutek jest ten sam. Mówiąc krótko – książki zdychają. Brzydko, w ciszy, przygniecione kurzem na półkach lub zalegające w magazynach hurtowni. Nigdy nie czytane. Zgrzytam zębami, bo jestem pisarzem. Wiem, ile trzeba dać z siebie, żeby napisać dobrą książkę. Wiem, jakie to trudne i ile to kosztuje. I zadaję sobie pytanie, po co to robić, skoro istnieje duża szansa, że nikt mojej powieści nie zauważy? Powiecie Państwo, że tak było zawsze. Owszem. Ale nie aż tak. Jestem pewien, że gdybym debiutował teraz z „Podpalaczem”, to nigdy bym się nie przebił. Zrezygnowałbym z pisania po drugiej, góra trzeciej pozycji, bo po co pisać, skoro mój kryminał zostanie zaraz przygnieciona lawiną innych? Naprawdę, żal mi obecnych debiutantów. Żeby zaistnieć, będą musieli wypruwać sobie żyły i wypluwać powieść za powieścią.

    Powiedzą Państwo, że to nie mój problem. Że ja, tak jak Małecki, mam już nazwisko, mam markę, nie grozi mi, że moje książki przejdą niezauważone przez czytelników. Ale Szanowni Państwo, jeśli spotkało to Mariusza Czubaja z jego najlepszą powieścią, to czemu nie miałoby spotkać i mnie?

    Wojciech Chmielarz

  • „Kraj bez Playboya”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Wiadomość, że polska edycja „Playboy’a” zwija żagle była dla mnie sporym zaskoczeniem. Chociaż nie powinna być. Trendy na rynku prasy drukowanej są, jakie są. Jeśli inni kończą działalność, a właściwie każdy tytuł walczy o byt, to czemu nie miałoby to spotkać „Playboy’a”?

    Moje związki z „Playboy’em” nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie. Niemniej, opublikowałem tam dwa teksty. Rzutem na taśmę (w przedostatnim numerze) ukazał się tam wywiad ze mną. Ba! Znalazłem się nawet na sesji zdjęciowej (w ubraniu, żeby uprzedzić komentarze). W sumie, zawodowo wycisnąłem z tego tytułu niemal wszystko, co się dało. Ale jednak wiadomość o rychłym końcu „Playboy’a” w Polsce wywołała we mnie pewien smutek. Z dwóch podstawowych przyczyn. Po pierwsze, jak zwracało uwagę wielu dziennikarzy, których znam i szanuję, był to jeden z niewielu na rynków magazynów, gdzie dało się opublikować duży i poważny tekst na tematy kulturalne i literackie. Odnoszę wrażenie, że nawet tzw. „tygodniki opinii” mają teraz z tym problem. Druga rzecz, to obserwacja bardziej ogólnej natury. Trendy na rynku prasy papierowej od lat są niezmienne. Spada sprzedaż, nakłady i przychody poszczególnych tytułów. Mowa tu o miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach, tytułach lifestylowych, hobbystycznych, politycznych. Nie ma segmentu, który nie musiałby się z tym zmagać. Bronią się zaledwie pojedyncze tytuły, ale wszyscy wiedzą, że jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Miarą tego upadku jest inna wiadomość z ostatnich dni, kiedy koncern Agora poinformował, że przychody spółki ze sprzedaży popcornu w należącej do niego sieci kin Helion przewyższają przychody ze sprzedaży „Gazety Wyborczej”. Oczywiście, że do przychodów, które generuje dziennik, należy też dodać przychody z reklam publikowanych na jego łamy. Ale nawet jakby dodać obie te sumy (sprzedaż i reklamy) to okazuje się, że Agora więcej zarabia na samej sprzedaży biletów w Heliosie. A mówimy przecież nie o byle jakiej tam gazetce, ale ciągle jednym z największych i najważniejszych tytułów prasowych w Polsce!

    www.unsplash.com/Max Letek

    Nie jest wielką tajemnicą, że kiedyś wiązałem swoje plany życiowe z dziennikarstwem właśnie. Co więcej, miała to być właśnie prasa papierowa. Widziałem siebie jako poważnego pana redaktora, który pisze poważne teksty, a potem może je sobie przeczytać następnego dnia w wydaniu porannej gazety. Moje życie z różnych powodów potoczyło się inaczej, w sumie lepiej, ale i tak robi mi się trochę smutno na myśl, że to moje nastoletnie marzenie nigdy się nie spełni. Ale upadek prasy papierowej martwi mnie z jeszcze jednego powodu. Na papierze czyta się jednak inaczej i tutaj mogę się podzielić dowodem anegdotycznym z mojego własnego życia. Przez lata byłem wiernym czytelnikiem magazynu „Książki”. Pędziłem do kiosku, kiedy tylko ukazywał się kolejny numer i czytałem właściwie od deski do deski. W pewnym momencie kupiłem jednak internetową prenumeratę „Gazety Wyborczej” i dostałem również dostęp do artykułów z „Książek”. Przestałem je więc kupować i, jak się niedawno zorientowałem, także je czytać. Nie do końca wiem, dlaczego. Jakby czegoś mi brakowało. Papier powodował jakiś przymus czytania. Leżąca na stole gazeta nieustannie o sobie przypominała, a z czasem potrafiła nawet stać się wyrzutem sumienia. Nigdy nie miałem takich uczuć w stosunku do treści z Internetu. Artykuły, które chciałem przeczytać najpierw znikały w odmętach sieci, a potem z mojej pamięci. Prasa papierowa ma też swój ciężar. Wspominał o tym Cezary Łazarewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że kiedy pisał dla Wirtualnej Polski jego teksty były znacznie częściej czytane i komentowane przez tysiące ludzi, ale nic z tego nie wynikało. Publikacje „na papierze”, chociaż miały mniejszą widownię, przynosiły znacznie bardziej konstruktywny odzew czytelników i potrafiły realnie coś zmienić.

    Oczywiście, dostrzegam też ironię sytuacji, bo czytacie Państwo ten tekst w internecie właśnie. Na ekranach komputerów czy komórek. I raz jeszcze powtórzę, trendy są jakie są i jakoś nie widać szans, żeby się odwróciły. Ale śmierć polskiego „Playboy’a” wydaje mi się jednak kamieniem milowym. Szkoda tego tytułu. Szkoda polskiego rynku prasy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Nostalgia”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kilka dni temu odwiedziłem swoje rodzinne Gliwice. W drodze na spotkanie autorskie przejeżdżałem obok domu dawnej koleżanki z podstawówki. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że w jej mieszkaniu znajduje się teraz sklep z trumnami. Trudno o lepszy symbol przemijania

    Jestem już w tym wieku, a może to kwestia charakteru, kiedy proces przemijania wprowadza mnie w nostalgiczny nastrój. Najczęściej dzieje się tak właśnie w Gliwicach. Co jest dość łatwe do wytłumaczenie. Bywam tam dość często, mniej więcej raz w miesiącu, ale na krótko. Dzień, dwa, rzadko dłużej. Trzymam się jednej okolicy, rzadko wypuszczając się na dalsze wędrówki. Są więc takie rejony miasta, których nie odwiedzałem od lat. I one potrafią mnie zaskoczyć.

    Teraz okazją do wizyty było spotkanie autorskie organizowane przez radę osiedla Wójtowa Wieś. To dzielnica Gliwic, którą opisałem w „Zombim” i częściowo w „Wampirze”. Spędziłem w tej okolicy wczesne dzieciństwo. Przez długie lata mieszkali tam moi dziadkowie, a ja chodziłem tam do szkoły.

    Gliwice, fot: Urząd Miasta w Gliwicach (www.gliwice.eu)

    Moja babcia mieszkała w niskim bloku z lat sześćdziesiątych lub pięćdziesiątych. Na podwórku przed budynkiem znajdowały się dwie betonowe budowle – wyjścia ewakuacyjne ze schronów przeciwlotniczych. Wspinałem się na nie, zeskakiwałem z nich, udawałem, że to wojskowe bazy, okręty, samoloty, oblężone przez hordy wrogów zamki. Miały tysiące funkcji. Najważniejsza była jednak wierzba. Potężne, ogromne drzewo, które zawładnęło niemalże całym podwórkiem. Jej witki tworzyły coś na kształt wielkiego klosza. Pod nim panował wieczny półmrok. Powietrze było wilgotne, a wokół unosił się lekki zapach zgnilizny. Te same witki mogły robić potem za liany, bicze, gałęzie były mieczami. Teraz tej wierzby nie ma. Pozostał po niej tylko nisko ucięty pieniek. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, długo przypatrywałem mu się z rosnącym niedowierzaniem. Chociaż to głupie, poczułem się tak, jakbym stracił kogoś bliskiego.

    Takich zmian jest zresztą dużo, dużo więcej. Nie ma już dziury w płocie na najkrótszej drodze pomiędzy szkołą podstawową, a sklepem, gdzie kupowaliśmy bułki z majonezem. Przy okazji spotkania dowiedziałem się zresztą, że był to przysmak nie tylko lokalny, ale także pokoleniowy. Młodsze klasy rozkoszowały się już bowiem bułkami z ogórkiem, daniem równie tanim, a nieporównanie zdrowszym. Zamiast pętli tramwajowej jest parking i dyskont „Biedronki”. No i co naturalne, wszystko wydało mi się teraz jakby mniejsze. Przestrzenie pomiędzy blokami uległy skróceniu, trasy moich heroicznych wędrówek okazały się odpowiednie na spokojny, niedługi spacer. Być może również wierzba nie była też tak potężnych rozmiarów, jak to zapamiętałem. Samo miejsce spotkania było zresztą również pod tym względem symboliczne. Restauracja „Pod więzami” to elegancki, szykowny lokal z nienaganną obsługą w śnieżnobiałych koszulach. Kiedyś mieścił się tam bar „Bartosz”. Prawdziwa mordownia obok, której strach było nawet przechodzić.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    To dziwne, ale dopiero podczas tego niedawnego spotkania, odpowiadając na pytania z sali, zdałem sobie sprawę, dlaczego napisałem „Wampira” i „Zombiego”. Chciałem po prostu ocalić swoje wspomnienia z dzieciństwa – te wszystkie miejsca, zapachy, obrazy. Zapisać je na czymś twardszym, bardziej trwałym niż niepewne zakamarki mojej pamięci. Zakonserwować w słowach, zanim wszystko się nieodwracalnie zmieni.

    Wracałem tą samą drogą. Znowu spojrzałem w okna mieszkania mojej koleżanki i ze zdumieniem zauważyłem, że ktoś kręci się po kuchni. Nie byłem pewien, czy to ona, jej mama, a może ktoś inny. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Zniknął przecież sklep z trumnami! Ze zdumieniem przecierałem oczy, aż zorientowałem się, że tak naprawdę znajduje się on dwie klatki dalej. Za pierwszym razem po prostu pamięć spłatała mi lekkiego figla. Poczułem miłą ulgę. Tak jak salon z trumnami był dla mnie symbolem przemijania, tak moja pomyłka stała się symbolem tego, że mimo upływu lat, jednak nie wszystko się zmienia.

    Wojciech Chmielarz