Tag: felieton

  • „Jak nie wiadomo o co chodzi…” Przemysław Semczuk odpowiada Wojciechowi Chmielarzowi.

    Felieton Wojtka Chmielarza mnie zaskoczył. Bo oto Wojtek stawia tezę, że media nie promują czytelnictwa. Słusznie. Ale nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje. A odpowiedź jest bardzo prozaiczna – że tak to literacko ujmę.

    Moje doświadczenia promocyjno-medialne są dużo bogatsze niż Twoje Wojtku. I śmiem twierdzić, że nie wynika to wcale ze znajomości ani ze szczęścia. Załapałem się do TVN24, kilka razy do TVP2 i bodaj do wszystkich stacji radiowych. Gazet i Internetu nie zliczę. Przy okazji zaobserwowałem jak działa machina medialna. A do tego sam jestem dziennikarzem, pisywałem w znaczących tytułach i niektóre rzeczy znam od podszewki. Problemy są dwa i oba mają wspólny mianownik.

    Ja piszę literaturę non-fiction, Ty Wojtku jesteś autorem z gatunku fiction. Tematy, które opisuję są ogólnie znane. Każdy coś tam słyszał o takim Marchwickim, Knychale, czy choćby o małym fiacie. Dziennikarz przygotowujący się do wywiadu musi zajrzeć do Wikipedii albo przeczytać dwa krótkie teksty w necie. I już ma pojęcie o czym ten Semczuk napisał. Zada kilka pytań i zmajstruje fajny tekst. Niestety ja w trakcie takiej rozmowy wiem, ile czasu poświęcił na przygotowanie. To czuć. Przymykam jednak oko, bo znam zasady. Ktoś musi szybko napisać i zarobić swoją wierszówkę. Nie jest w stanie czytać od deski do deski (to nie jest reklama wydawnictwa Sekielskich). Bywa i tak, że rozmawiam z kimś kto nie wysilił się nawet na Wikipedię. Pewna reporterka oświadczyła wprost (nie to nie był ten tygodnik), abym jej opowiedział o czym jest książka, bo ona nie ma pojęcia. Wypadało się obrazić i wyjść, ale wtedy w znanym dzienniku nie ukazałaby się recenzja. Zagryzłem zęby i opowiadałem przez godzinę. Dziennikarze z portali internetowych są jeszcze gorsi. Przysyłają pytania licząc, że autor napisze odpowiedzi. Czyli odwali za nich całą robotę. I znowu trzeba zagryźć zęby i pisać wywiad z samym sobą. Nie obrażają się nawet za zmianę pytań. Młodzi gniewni, bez skrupułów. Grunt, że jest tekst, a do kieszeni wpadnie wierszówka.

    www.unsplash.com/Thomas Charters

    A jak zrobić wywiad z Chmielarzem przy okazji ukazania się jego nowej powieści? Tu zaczyna się kłopot. Wikipedia odpada. Trzeba tę książkę przeczytać. A może nawet tę poprzednią, bo to cykl. Bo o co pytać? Pół biedy jak Bonda chce się dzielić doświadczeniami ze swojego życia. No, gdyby choć Chmielarz pobił się z Semczukiem o różnice poglądów politycznych. A tu klops. Kilka wymęczonych pytań i na koniec z ulgą ostatnie – nad czym Pan teraz pracuje? Takich oryginałów jak Piotr Bratkowski z Newsweeka, który czyta, to ze świecą szukać.

    Piszesz Wojtku, że prasa we Francji działa inaczej. Ano inaczej, bo dzieli nas od niej czterdzieści lat zaległości i potężna różnica kulturowa. Tam nikt nie napisze recenzji nie czytając książki. A spotkanie z autorem nieprzeczytanej książki to już nie do pomyślenia. Do tego W Polsce rocznie ukazuje się ponad dwieście kryminałów. Wszystkich książek coś koło trzydziestu tysięcy. Dziennikarze muszą wybierać. I tu działa stara zasada – lubimy te piosenki, które znamy. Jeśli Czytelnik kojarzy autora, to warto napisać. A jak autor jakąś nagrodę dostał? Sam wiesz jak to jest. Kiedyś usłyszałem od napotkanego znajomego, że biegnie do księgarni, bo ktoś tam dostał Nike i nie wypada tego nie przeczytać. Samospełniająca się przepowiednia.

    W telewizji nie jest lepiej. Z ostatnią książką trafiłem do „Świat się kręci” w TVP2 (popołudniowe pasmo „dwójki”, duża oglądalność, program na żywo). Prowadził Artur Orzech i Kayah. Jesteśmy na antenie, a ja widzę kątem oka jak na prompterze wyświetla się tekst – Kayah pytanie do Przemka …. Doskonale wiem, że prowadzący nie czytali książki. Bo niby jak? Nie są w stanie poświęcić kilkunastu godzin na czytanie, gdy sama rozmowa na antenie ma zaplanowane 12 minut. Książkę czyta, a przynajmniej powinien czytać, wydawca programu. To on przygotowuje i pisze pytania na prompterze, lub podpowiada w „ucho” o co zapytać. W praktyce najczęściej czyta ktoś kto przygotowuje research. Taka jest telewizyjna kuchnia. Oczywiście są wyjątki.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Problem drugi to po prostu pieniądze. W TVN 24 usłyszałem przed wejściem na antenę, że rozmawiamy o sprawach kryminalnych, które opisałem w „Czarnej wołdze”, ale nie wymieniamy tytułu książki. Bo to by był product placement, a to kosztuje. I tu jest odpowiedź na tezę, którą stawiasz. Książka jest produktem. Takim samym jak szampon przeciwłupieżowy, czy nowy model telefonu. Autor pisze – trochę z misji, ale o tym innym razem – a wydawca musi zarobić i potrzebuje produkt wypromować. Promuje w mediach, które są komercyjne i muszą zarabiać. Ich właściciele mówią: zaraz, chwileczkę, my promujemy i nic z tego nie mamy, a oni zarabiają! Przy książce non fiction to się jeszcze jakoś broni, bo w końcu chodzi o oglądalność, słuchalność czy odbiorcę tekstu. Prawdziwa historia dobrze się „sprzedaje”. Ludzie mówią: wow, słyszałem o tym. I znowu to samo, jak się Chmielarz z Semczukiem pobiją, to trafią przynajmniej do „Na językach” gdzie przy okazji wspomną co tam napisali.

    Wydawcy (książek) próbują to jakoś obejść. Ale bez pieniędzy się nie da. Z „Czarną wołgą” trafiłem do „Pytania na Śniadanie”. Razem z Agnieszką Więdłochą i Arturem Barcisiem. Aktorzy mówili o tym co ostatnio przeczytali, a ja o tym co napisałem. Mechanizm jest prosty. Wydawca pakuje elegancko książkę w znanego aktora, który swoim autorytetem poleca ją Czytelnikowi. Oczywiście musi za to zapłacić, aktorowi. Ale taka forma jest atrakcyjna dla wydawcy programu, bo dostaje kogoś znanego, rozpoznawalnego, przyciągającego uwagę widza. Nie oszukujmy się, ani Semczuk ani Chmielarz nie są rozpoznawalni. No może w pewnym środowisku. Będą, jeśli paparazzi zrobi im fotkę z randki z Więdłochą. Ale nie określam, który z nas ma się umówić z Agnieszką i odbić ją Mroczkowi.

    Wojtek, piszesz też, że w telewizji nie ma programów o książkach. Fakt. Tylko po co by miały być? Telewizja rządzi się pewnymi prawami. Nic nie jest przypadkiem. Określone audycje są emitowane wtedy gdy grupa docelowa akurat siedzi przed telewizorem. To po co robić program o książkach, skoro grupa która czyta nie siedzi przed telewizorem? Nie ogląda, bo czyta. Oczywiście masz rację, jak telewizja zacznie mówić to ktoś kto nie czyta, w końcu sięgnie po książkę. Tylko znowu wracamy do punktu pieniądze. Produkcja programu kosztuje, czas antenowy kosztuje. I to są duże pieniądze.

    Wyjścia są dwa. Albo dostaniemy Nike, albo się pobijemy. I to najlepiej publicznie, na scenie w czasie MFK czy Grandy. To oczywiście żart, bo przecież się kolegujemy. A tak serio. Wydawcy muszą zawrzeć umowy z mediami i się podzielić pieniędzmi. Tylko nie wiem czy dla nas autorów coś zostanie. Bo jak mi powiedziała księgowa z pewnego wydawnictwa gdy zapytałem o pieniądze: ma pan satysfakcję, że jest pan pisarzem, to powinno wystarczyć.

    Przemysław Semczuk.

  • „OTO SĄ MORDERCY KSIĄŻEK”, czyli felieton Kuby Ćwieka.

    Kilka dni temu opinia publiczna poznała kolejny raport odnośnie do poziomu czytelnictwa w naszym kraju. Teraz wszyscy, którzy nie mają tego kompletnie gdzieś – a powiedzmy sobie szczerze, większość jednak ma – są w żałobie, noszą się na czarno i w każdym mijanym przechodniu widzą potencjalnego idiotę i wtórnego analfabetę. Czyli w zasadzie nic się nie zmieniło.

    Taka jest już jednak świecka tradycja, że gdy Biblioteka Narodowa ogłasza wyniki, to potem ludzie w bezpośredni sposób związani z książkowym rynkiem, jak chociażby ja, są pytani o taki stan rzeczy, o przypuszczenia, dlaczego tak się dzieje i skąd to się bierze. A ja zawsze w pierwszej kolejności mówię: Hmmm, być może dlatego, że jedyny moment, w którym pisarz wzbudza zainteresowanie mediów to chwila, gdy dyskutujemy o… nieczytaniu? To jakby dość wyraźna wskazówka od czego ekspertami są ludzie pióra.

    Ale powodów jest rzecz jasna więcej. Zacznijmy od tego najbardziej prozaicznego – traumy. Zapytajcie kogoś, kto nie czyta o jego ostatni kontakt z książkami. Co usłyszycie? Najpewniej: lektury szkolne. To, w jaki sposób do nich przymuszano, to jak wciskano absolutnie bezwartościowe literacko pierdoły , jak choćby patriotyczny „Zmierzch” czyli „Nad Niemnem” Orzeszkowej, zostawiło w nich traumę do końca życia. To, jak w ich umysłach orano Sienkiewicza czy Bułhakowa, jak szatkowano te opowieści, sprowadzając całe z nimi obcowanie do zapamiętywania bezużytecznych faktów pod kartkówki, nie mogło się dobrze skończyć. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, to w większości nie jest atak na nauczycieli. To po prostu systemowy bubel, który coś, co powinno być przyjemnością, co powinno uczyć łaknienia świata, sprowadza do przykrego obowiązku.

    www.unsplash.com/Redd Angelo

    I dla nauczycieli, i dla uczniów. Bo powiedzmy sobie szczerze – jak mogłem wierzyć mojej polonistce w liceum mówiącej mi o niebywałych wartościach literackich dowolnej lektury, skoro przy pierwszej okazji, zupełnie przypadkowej, wyszło, że nie odróżnia Hellera od Vonneguta? Ktoś taki miałby skłonić mnie do czytania i dobierać mi lektury?

    W ogóle, na co ktoś wreszcie powinien zwrócić uwagę – należałoby po pierwsze rozdzielić w szkole dwa przedmioty. Po pierwsze – „Język polski”, na którym uczniowie winni się uczyć gramatyki, ortografii i że „bynajmniej” i „przynajmniej” bynajmniej nie znaczą tego samego. Po drugie, „Literatura”, dzięki której można by pokazać trendy, zaprezentować ważne tytuły, nazwiska i tym samym ułatwić ludziom odkrywanie wspaniałego świata książek. Nie tylko ramotek, ale i rzeczy współczesnych, które nas teraz dotyczą i które nas obchodzą. My tymczasem budzimy w uczniu liceum bezpośrednie skojarzenie książki z bólem i cierpieniem. Bo cały semestr literatury łagrowo-obozowej to zdecydowanie za dużo dla każdego.

    Ale przecież nie tylko o to chodzi. Ostatni tekst na tym blogu pisałem o praktykach marketingowych. O tym, jak kurczący się rynek próbuje tanim kosztem zalać nas pozytywnymi opiniami o publikacji i używa do tego zjawiska na kształt marketingu szeptanego – blogów literackich. Jeśli dodać do tego powszechne praktyki dobitnego sugerowania autorom co powinni pisać – a wiem o takich zarówno z drugiej, jak i pierwszej ręki – mamy wyraźny sygnał, że coraz częściej nie chodzi o literacką wartość. Nie chodzi o to, co książka może dać czytelnikowi. Chodzi o to, by ją sprzedać. I potencjalny czytelnik to czuje, nawet jeśli tylko podświadomie. I zaczyna kalkulować. Bo skoro X pisze jak Y, to zamiast go czytać, poczekam na już zapowiedziany film. Film zabierze mi z życia dwie godziny, nie dziesięć, i będzie kosztował dychę taniej. A jeśli do okładkowej ceny książki dorzucę piętnaście zeta to mam dwa bilety. Randka, czyli wartość dodana.

    I tu dochodzimy do następnego aspektu – cen książek. Nie odkrywam tu Ameryki, mówiąc, że książka jest droga. Nie zdradzam wielkich tajemnic, mówiąc o tym, że gdyby nie dość barbarzyńskie praktyki – którym w żaden sposób nie zaradzi szykowana ustawa o jednolitej cenie książki – mogłaby być tańsza. O tym, że od każdego sprzedanego egzemplarza autor ma około dziesięciu procent, to pewnie wiecie, prawda? A o tym, że wydawca, ponoszący większość kosztów, ma z tego niewiele mniej też? Jak to zwykle w biznesie na wszystkim wygrywają pośrednicy, niczym w klasycznym przekręcie: biorąc coś za (prawie) nic. Nie dziwi więc, że wydawca, ale i autor, mierzą raczej w potencjalne hiciory, nie podejmując ryzyka, prawda? Upada więc argument, dlaczego warto.

    Jest w tym wszystkim jeszcze odbiorca, w jakiś sposób ukształtowany przez ten koślawy system na książkowego konserwatystę. To ten, który nie kupi czytnika, bo raz, że nie jest wiele taniej, a dwa, że wciąż jest masa fetyszystów papieru wmawiających mu, że ebook nie jest pełnowartościową książką. Ten czytelnik, który nie ma czasu na książkę – nie, nie drwię, naprawdę nie ma – ale nie spróbuje się zmierzyć z audiobookiem, bo to nie jego forma i to przecież nie jest prawdziwe czytanie. A kolejnych publikacji papierowych nie ma już gdzie stawiać. Coraz to ładniejsze okładki, po których wedle powiedzenia nie należy oceniać, coraz bardziej niepraktyczne pomysły na książki tak wielkie, że nie sposób ich czytać. Powieści LeGuin w jednym tomie i twardej oprawie? Serio? Czyta to ktoś jeszcze prócz starego brytyjskiego lorda Tytanowe Kolana, który ma kominek, głęboki fotel i cały czas, który ukradł swoim niewolnym pracownikom na plantacji herbaty w Indiach? Szacki Miłoszewskiego, wydany w jednym tomie jest wyłącznie po to, by go położyć na półce. Nie wierzę absolutnie nikomu, kto powie, że kupił to, by w takiej formie przeczytać.

    Wspomniałem już mimochodem o czasie, czy też jego braku, ale to rzecz, której warto poświęcić chwilę. Naprawdę go nie mamy. Naprawdę żyjemy szybciej, a każde medium dostosowuje się i dopasowuje do nowych czasów i naszych potrzeb. Newsy dostajemy albo w tweetach, albo w krótkich filmikach, wreszcie w fotogaleriach na mobilnych apkach. Na ekranach naszych telewizorów królują Netflixy i inne platformy, które zdają się mówić: spokojnie, zobaczysz, kiedy będziesz miał czas, a nie kiedy oni ci to narzucą. Renesans seriali też wiąże się z brakiem czasu. Choć całościowo serial jest dłuższy, to odcinek czyli pojedyncza dawka, trwa znacząco krócej. Łatwiej wpisać go w grafik.

    www.unsplash.com/James Tarbotton

    Książka natomiast wymaga spokoju. Wymaga całkowitej uwagi i skupienia. Nastroju. Czyli wielkich nieobecnych. Patrzę po sobie – ogarniam kolejne tytuły tylko dlatego, że słucham audiobooków ćwicząc i biegając (co i tak bym robił), a czytam po rozdziale w toalecie, wannie czy w łóżku przed snem. Całe moje życie związane jest ze słowem pisanym a i tak ciężko mi znaleźć czas na lekturę. A co dopiero ktoś, kto mimo szkolnej traumy, utrzymał w sobie trochę chęci i zapału? Czy je w nowych okolicznościach utrzyma?

    Pytają mnie różni ludzie, co w obliczu tak tragicznej sytuacji polskiego czytelnictwa należy robić i jak to zmienić. Zawsze uważałem, że sposób na to jest jeden – namów jedną osobę, która nie czyta, do książki, która mu się spodoba. Musisz go wtedy posłuchać, dowiedzieć się z kim masz do czynienia i dobrać dlań lekturę. A gdy chwyci, podrzuć jeszcze parę innych, możliwie różnych od siebie rzeczy. Potem zachęć go, by to samo zrobił wobec kogoś innego. Pożyczaj książki, a nie zmuszaj do ich kupowania. To przyjdzie z czasem. Nie pieprz bez sensu, że jak książka to tylko papier – tak ględzą tylko snoby i papierowi fetyszyści i nie ma to nic wspólnego z czytelnictwem. Nie pomaga mu, a wręcz szkodzi. No i wreszcie, chyba najważniejsza porada – nie rezygnuj, czytaj.

    Bo warto.

  • Meble z IKEI pełne tajemnic. Felieton Tomka Kowalskiego.

    Lubię chodzić po sklepach firmy IKEA. Krążyć pomiędzy stolikami, lampami, kolorowymi ręcznikami i kartonowymi reniferkami, zgodnie z kierunkiem wyznaczonym nam przez strzałki naziemne, niczym w harcerskich podchodach. Kupować te wszystkie maleńkie, nic nie kosztujące drobnostki, jak siteczko do herbaty, obieraczka do warzyw, haczyk na zużyte waciki, czy świeczka pachnąca kamykiem. Wszystko po 3 zł – magicznie i ku naszemu zaskoczeniu – przy kasie przyjmujące całkowitą wartość 385 zł.

    Najbardziej jednak urzekają mnie nazwy produktów, oferowanych nam przez szwedzkich projektantów, tworzących dla sieci sklepów IKEA. Postanowiłem wiec pochylić się nad znaczeniem niektórych z nich, zaczynając od takiego FJELLSE.

    Samo znaczenie słowa FJELLSE, nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że znaczy ono tyle co niełaska, niechęć, brak przychylności, znikomą życzliwość, krzywe spojrzenie, aberrację kory z brzozy etc. Jest jednak spora grupa zwolenników teorii, szczególnie profesorów Cyrylo-Metodiańskiego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Palackiego w Ołomuńcu, iż słowo LEIRVIK oznacza deszcz typu kapuśniaczek. Ja jednak skłaniam się w kierunku przyjęcia pierwszej teorii, z uwagi na to, iż kapuśniak nie był znany we wczesno średniowiecznej Skandynawii. Dlaczego o tym mówię? Sama etymologia słowa FÖRVARA, też nie jest jednoznaczna. Wszystko wskazuje na to, iż swoją genezę OLOFSTORP bierze wprost z mitologii skandynawskiej.

    www.unsplash.com/Breather

    Otóż STENSTORP, którego można również czytać jako LUDDE, (to w zależności od regionu Szwecji, w którym czyta się lub też nie czyta się – nieme „M”, oznaczane w niektórych plemionach symbolem ↈ), był pasierbem po kądzieli prastryja świekry samego Odyna. Ten pół bóg, pół nie bóg, był – zgodnie z podaniami – istotą niezwykle krnąbrną, zdeprawowaną i obleśną, obdarzoną mocą wywoływania łupieżu znacznych rozmiarów u mężczyzn i łysienia plackowatego wśród kobiet i piżmowych wołów, a poza tym uwielbiał nosić owerole z wysokim kołnierzem, czym złościł niezmiernie Odyna. Odyn, jak głosi legenda, wprost nienawidził oweroli z wysokim kołnierzem, które gryzły go w szyję, powodując podrażnienia i zaczerwienienia (Odyn ponoć kochał pulowery). A musicie wiedzieć, że czerwona szyja w dawnej Szwecji, była określana słowem JANSJÖ, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało tego, który ma problemy z erekcją we wczesnych godzinach popołudniowych. Jako ciekawostkę przytoczę jeszcze taki oto fakt, wskazujący na bliskie kontakty wikingów duńskich z odłamem wikingów śląskich. Otóż określenie „szraubencyjer (często używane podczas najazdów śląskich wikingów, szczególnie u wybrzeży stawu Borki w Szopienicach (stąd nazwa cieśniny Bornholm), zwanych ongiś MONGSTAD) oznaczające gołoledź, zapożyczone było wprost z norweskiego święta HÖNEFOST, podczas którego, w pierwszych w roku, promieniach wschodzącego słońca, najmłodszy chłopak, koniecznie o imieniu Szrauben i najstarszy mężczyzna w wiosce o imieniu Cyjer, biegali bez gaci po tundrze, trzymając cię za ręce. 

    Teraz robiąc zakupy w IKEI wiecie już, ile cudownych znaczeń mają te wszystkie słowne wygibasy, ułatwiające nam odnalezienie np. stoliczka nocnego.

  • Rasa Panów…Czytelników. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Czytam książki, odkąd pamiętam i nie ma w tym przesady. Czytać zacząłem dość wcześnie, bo jeszcze w przedszkolu, a z racji tego, że moja mama jest bibliotekarką, zawsze miałem do fajnych książek nie tylko dostęp, ale i dodatek w postaci rekomendacji. Czytałem w zasadzie wszędzie – w szkole na przerwach i pod ławką, chodząc po mieście, siedząc w toalecie, w wannie, w łóżku. I choć dość szybko przypadła mi do gustu fantastyka, nie stawiałem sobie żadnych ograniczeń. Przeciwnie, wymyślałem sobie dziwaczne wyzwania typu brania losowej książki z dowolnej półki albo czytania po kolei wszystkich autorów na literę C. Średnia liczba książek czytanych rocznie za czasów ogólniaka to dwieście pięćdziesiąt. Średnią obecną mam sporo niższą, ale nadal na niektórych robiącą wrażenie – około setki.

    Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby się chwalić. Przeciwnie, uważam, że to zwyczajne stwierdzenie mało znaczących faktów dotyczących mojego hobby, nie zaś jakiś wyjątkowy powód do bezbrzeżnej dumy. Powodem do napisania tego felietonu jest natomiast głębokie przeświadczenie, że jestem w tym poglądzie dość mocno odosobniony.

    Zacznijmy od czytelniczych akcji mających w ogóle zachęcić nas do sięgnięcia po lekturę. Co nam one mówią? Po pierwsze, że czytelnictwo (w domyśle: książek) rozwija wyobraźnię, wzbogaca nasze słownictwo, wyczula nas na niuanse naszego języka. I jasne, jest w tym wszystkim trochę prawdy. Jednak nie należy ślepo jej przyjmować. Po pierwsze, nie ono jedno rozwija nas w tym zakresie. Z poszerzaniem granic naszej wyobraźni wyśmienicie radzi sobie muzyka, ale też przecież -dajmy na to- teatr budujący często wyłącznie wizualny kontekst, nie podając niczego wprost. Słownictwo i język nade wszystko rozbudowują konwersacje z innymi ludźmi, bo wtedy nie dość, że słyszymy dane słowo, to jeszcze mamy możliwość odniesienia się do niego, użycia go samemu, sprawdzenia jego różnych znaczeń czy kontekstów. Tak więc książka, owszem, ale jako jedna z opcji, medium będące nośnikiem treści, rzecz fajna, ale w kwestii naszego rozwoju wcale nie obligatoryjna.

    Po drugie, to przecież nie jest bez znaczenia, co się czyta. Książka równie dobrze jak poszerzać nasze horyzonty, może je drastycznie zawęzić. Co z tego, że czytam dwieście książek rocznie, skoro one wszystkie są przygotowane według tego samego schematu, skrojone pod gusta tego samego czytelnika, który, owszem, lubi taką formę rozrywki, ale tylko podaną tak, jak się już przyzwyczaił. Doskonale pasuje tu określenie, jakiego kiedyś użył Neil Gaiman zapytany o serię Harry’ego Pottera. „Ta seria jest jak dobry obiad, który zamówiłeś. Nie ma zaskoczenia, gdy kelner przynosi ci talerz, a na nim jest kotlet, ziemniaki, sałatka z ogórków, ale przecież nie o zaskoczenie chodziło, a o to, by było smacznie”. I żeby nie było wątpliwości: tak, jak słowa Gaimana nie były atakiem wymierzonym w książki Rowling, tak i moje nie są ciosem w czytelników serii tworzonych według schematu. Sam lubię takiego chociażby Reachera. Tyle że -powiedzmy sobie szczerze- czy on naprawdę ubogaca mnie bardziej niż nowy film Chrisa Nolana?

    www.unsplash.com/Jilbet Ebrahimi

    Zdaniem twórców akcji czytelniczych owszem: w nich linia podziału przebiega tyleż wyraźnie, co fałszywie pomiędzy tymi, co czytają, a tymi, co nie. Przykładem niech będzie akcja „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki”. Już w nazwie podkreśla albo dumę z samego faktu bycia wyjątkiem, albo, w innym wariancie, potrzebę dania świadectwa. Ale to przecież jeden z najmniej wyrazistych przykładów. Kuriozalna w swym przesłaniu jest akcja „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, która nie dość, że próbuje zgranej już dawno temu marketingowej sztuczki sprzedawania dowolnego produktu seksem, to jeszcze karmi nas, czytelników, złudną nadzieją, że może skoro to jest condicio sine qua non, to działa on w obu kierunkach – jeśli czytam, to mam zagwarantowany seks, bo przecież majtki same spadają na myśl o tym, że ktoś umie w składanie literek! A jeśli nie seks, to może narodowe wartości? Czy sam fakt czytania może nas uczynić lepszymi obywatelami, jak sugeruje to akcja “Narodowe Czytanie”?

    I teraz, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie tak, że potępiam w czambuł wszystkie inicjatywy zachęcające do czytania. Jest mnóstwo naprawdę wartościowych, jak choćby akcja „Czytam sobie!” zachęcająca do zabawy z czytaniem, „Cała polska czyta dzieciom!” pogłębiająca więzi między rodzicami a dziećmi i pokazująca, że czytanie to dobry sposób na spędzanie czasu. „Książka w podróży” z darmowymi rozdziałami czy całymi książkami do ściągnięcia za pomocą QR code też robi, myślę, wiele dobrego. Podobnie jak promowany z różnym natężeniem Bookcrossing, projekty typu Legimi czy Bookrage (tak, wiem, że dwa ostatnie to coś innego niż tylko czytelnicze akcje, ale wpływ na czytelnictwo mają większy niż niejedna inicjatywa stricte promująca).

    www.unsplash.com/Glen Noble

    To, do czego zmierzam i co jest jedną z największych bolączek tego typu działań, jest wspomniane już głębokie przeświadczenie, że my, czytelnicy jesteśmy lepsi, bo czytamy. Statystyki czytelnictwa kiedy nikt nie czyta są „przerażające!” albo „zatrważające!”. Niski poziom czytelnictwa jest „żenujący!”. Zupełnie jakbyśmy byli zobligowani do czytania, bo bez książek nie mamy szans zbudować społeczeństwa spójnego, nastawionego na rozwój i wzajemne zrozumienie. Naprawdę? To z nimi mamy? W czasach, gdy każdy może napisać, wydać i wypromować w zasadzie co chce, wyrazić dowolny pogląd od prawa do lewa z tą samą stanowczością, naprawdę to książka jest lekiem na zło?

    Ten idiotyzm prowadzi nas płynnie do następnego. No bo skoro już staliśmy się w jakiś sposób narodem wybranym – My, czytelnicy – to przecież spoczywa na nas brzemię. Gdy już staniemy się niestatystyczni, wyjątkowi, następnym poziomem jest zrozumienie czym właściwie czytelnictwo jest, jakie lektury powinny nas określać, byśmy opisani tym, co czytamy, wyglądali wystarczająco światle. By zaistnieć pośród ludzi wyjątkowych, dookreślamy się czytanymi książkami, uważnie dobieramy, o których lekturach wypada nam wspomnieć w towarzystwie, a które należy wyszydzić. Bo mogło się nam wydawać, że , gdy już oddzielimy się od nieczytających, statystycznych Polaków, będzie nam po prostu dobrze w naszym oświeceniu i wyjątkowości, nagle okazuje się, że jesteś tym, co czytasz. Nie tym, co przyswoiłeś, co do ciebie dotarło, co przedyskutowałeś, przeanalizowałeś, wyciągnąłeś wnioski. Dosłownie, jesteś tym, co czytasz. Twoja wartość wśród wyjątków z miejsca spada, jeśli zamiast Houellebecqa wolisz poczytać Cobena.

    Nie chcę dramatyzować, to dość naturalna tendencja w dowolnym środowisku. Pragnienie elitarności, grupy radykałów, dla których nikt nie jest dość dobry, kółka wzajemnej adoracji i grupy wpływów. Miłośnicy czytania… no właśnie, nie są tu wyjątkiem. To po prostu ludzie, których łączy zamiłowanie do konkretnego medium, jednej z rozlicznych form przekazywania informacji czy opowieści. Może kiedyś, gdy opcji przyswajania komunikatów było mniej, rzeczywiście dawało im to pewne fory, ale dziś? W większości przypadków to zwykła legitymizacja snobizmu.

    Mimo to nadal rozsądne w założeniach akcje czytelnicze skierowane do dzieci -jak większość tu wymienionych- mają moje pełne poparcie. Bo dają alternatywę, trochę wyrównują szanse tego konkretnego medium wobec innych, bardziej kolorowych, dla dziecka atrakcyjniejszych. Bo uczą, że do opowieści nie trzeba prądu, że można je sobie przekazywać na wiele sposobów, i angażując innych, i zupełnie samemu. Bo choć książce od dawna nie należy się z automatu piedestał pośród form przekazu, to jednak powinna móc o niego powalczyć.

    Niekoniecznie jednak seksem czy łechtaniem wewnętrznego snoba.

    Jakub Ćwiek

  • „Rozczarowanie”. Tomasza Kowalskiego wizyta w księgarni.

    Ile razy przytrafiło się Wam w księgarni, że osoba, która powinna znać się na swoim fachu nie potrafi pomóc? Albo myli tytuły, albo nie zna autorów? Miałem taką sytuację, gdy chciałem kupić „Książkę twarzy” Marka Bieńczyka. Pani w Matrasie miała gigantyczny problem ze znalezieniem jej w komputerze. Powód? Wpisywała „twarzy”. Przeczytajcie felieton Tomka Kowalskiego, który przechodził podobne męki.

    Jako człowiek niezwykle naiwny, obdarzony pewną dozą wrażliwości i wiarą w ludzi, jestem narażony na częste cięgi i razy ze strony rozczarowania – tej choroby toczącej ludzi naiwnych i obdarzonych pewną dozą wrażliwości (że o wierze w ludzi nie wspomnę). Rozczarowania ludźmi i otaczającym mnie światem.

    Udałem się pewnego wiosennego dnia do księgarni, ponieważ poszukiwałem książki. Jakiej? O tym później. Wspomnę tylko, że jest to pozycja ważna i znana w kręgu światowej literatury – żadne tam, niszowe memłanie, jakiegoś tam amerykańskiego poety z Seattle. Nic z tych rzeczy. Idąc do księgarni, tej świątyni myśli uwięzionej w druku, żywiłem się nadzieją i naiwnym wyobrażeniem, iż ludzie tam pracujący, robią to nie tylko po to, by zarobić parę złotych na życie, ale głównie z powodu ich miłości do literatury. Byłem przekonany, że ktoś biegający przez osiem godzin, pomiędzy półkami uginającymi się od książek, posiada wiedzę o tym, co dzieje się i działo na rynku literackim na przestrzeni ostatnich, dajmy na to, 200 lat. I że wie, iż oprócz Biblii, ludzie stworzyli jeszcze parę innych wartościowych pozycji książkowych. Wyobrażałem sobie, że tymi osobami, są to na przykład absolwenci filologii polskiej, którzy po skończeniu studiów, postanowili resztę życia spędzić w sieciowej księgarni i że znajomość kanonów literatury obcej i tej rodzimej, nie stanowi dla nich wiedzy tajemnej. Zaraz po przekroczeniu progu świątyni, otrzymałem pierwszy cios ostrzegawczy ze strony dziewczęcia, ubranego w granatową podkoszulkę z logiem księgarni, wyszytym na piersi.

    Dzień dobry! – Dziewczę rzuciło w moją stronę, kategorycznie, ostro, wręcz karcąco. No tak. W końcu przyszedł cham, który nie wie, że jak się gdzieś wchodzi, to trzeba najpierw wytrzeć buty, a potem grzecznie powiedzieć dzień dobry, a nie od razu walić do książek, jak jakiś knur do koryta. To, że ja po prostu nawet nie zdążyłem się przywitać, nie miało znaczenia, niesmak pozostał. Pouczony i skarcony, przywitałem się jak trzeba, co nie zmienia faktu, że było mi głupio. Dobra nasza. Dziewczyna w granatowym podkoszulku podeszła do mnie i już jakoś tak sympatycznej, spytała.

    – W czym mogę pomóc?

    Tak lepiej” – pomyślałem. Następnie dodała.

    – Czego pan szuka, może wskażę?

    Takie pytanie zadać mężczyźnie! Kurcze! Przecież wiadomo, jak to jest. My mężczyźni jesteśmy obarczeni zapisanym w naszych genach, atawistycznym pierwiastkiem „myśliwego”. Mężczyzna nigdy, ale to przenigdy nie zapyta się o drogę. Mężczyzna nie zapyta się gdzie coś leży, gdzie się znajduje. Mężczyzna to wie, a jeśli nawet tego nie wie, to sam to znajdzie. Będzie szedł po tropach, po śladach i w końcu to znajdzie, bez niczyjej pomocy. Nawet jeśli miałby przez tydzień brnąć po pas w głębokich śniegach zlodowaconej, północnej Europy, ścigany przez prehistoryczne wilki i niedźwiedzie i tak w końcu dotrze do półki, na której znajduje się płyn do zmiękczania swetrów. Tak jesteśmy skonstruowani. Ja jednak jestem mężczyzną nowoczesnym, który brzydzi się pierwotnymi instynktami. Ja, w przeciwieństwie do moich kolegów, tych zarośniętych goryli, jestem otwarty na propozycję pomocy ze strony słabej niewiasty w wieku przedszkolnym. Tak więc, jako mężczyzna nowoczesny odpowiedziałem.

    – Szukam książki pod tytułem „Moskwa – Pietuszki”.

    Panienka na to odrzekła.

    – Zapraszam pana do tego tam komputerka, zaraz wspólnie poszukamy.

    Wiedziałem, że powieść, ten cudowny poemat autorstwa Wieniedikta Jerofiejewa, powstały w latach 1969-70, jest dla tej młodej istoty, niewątpliwej miłośniczki literatury, czymś tak znanym i oklepanym, że pytając się o tę książkę, narażam się z jej strony, na jakiś gest politowania i dezaprobaty dla moich braków w oczytaniu. Ale co tam. Idziemy sobie do komputerka. Dziewczę sprawnymi dłońmi zaczyna stukać po klawiaturze. I tu, właśnie tu, dopada mnie moja zmora, moja klątwa i przeznaczenie – czyli wspomniane na początku rozczarowanie. Specjalistka od sprzedaży dzieł literackich, patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczyma i mówi.

    – „Moskwa – Pietuszki”? To pewnie z kategorii przewodniki turystyczne?

    Kurwa! Wróciłem do domu. Otworzyłem butelkę wódki i wypiłem zdrowie Wieniczki – bohatera jednego z najsłynniejszych przewodników turystycznych.

    Tomasz Kowalski, pisarz. W Wydawnictwie MG ukazała się jego książka „Mędrzec kaźni”. Wiosną w księgarniach pojawią się „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”.

  • „Czekanie na Larssona”, czyli Wojciech Chmielarz o przyszłości polskiego kryminału. Felieton.

    Zastanawiam się, czy rok 2017 to nie będzie początek końca boomu na polski kryminał. Rynek zalewany dziesiątkami tytułów w końcu powie dość. Znacząca jest tutaj scena z ostatniego Poznańskiego Festiwalu Kryminałów Granda, gdzie organizatorki odmówiły zrobienia spotkań premierowych dla pojedynczych autorów – premier było po prostu zbyt wiele. Zamiast tego zrobiono jedno, zbiorcze. Siedliśmy na nim chyba w dziesięć osób i przez godzinę mieliśmy bodajże czas, żeby odpowiedzieć każdy na trzy pytania.

    Jak więc wygląda polska powieść kryminalna na początku 2017? Czołówka wydaje się być już znana i dość statyczna. Niewiele się tu zmieni. Dołączy do niej może jeden, dwóch debiutantów. Może przebije się ktoś z tego drugiego szeregu. W każdym razie, wśród nominowanych do Kryminalnej Piły i Nagrody Wielkiego Kalibru spodziewam się raczej zestawu w większości znanych nazwisk.

    Bonda pewnie będzie starać się z przytupem zakończyć swoją tetralogię. Istnieje szansa, że z nowym tytułem wyskoczy Miłoszewski (chociaż on zarzeka się, że z kryminału zrezygnował). Lawiną książek zaleje nas Mróz. Do tego może jedna lub dwie przyjemne niespodzianki. Słowem, będzie tak jak było. I teraz pojawia się to nerwowe pytanie, które sobie wszyscy, my pisarze, zadajemy – ile jeszcze ta moda na polski kryminał będzie trwać? Rok? Dwa? Boom się kiedyś skończy. I chyba jako autorzy powoli się na to szykujemy. Wspomniany Miłoszewski deklaruje ucieczkę z gatunku. Nie znam twórczych planów Kasi Bondy, ale mówi ona, że chce się rozwijać jako pisarka, co można w różny sposób interpretować. Mariusz Czubaj mruga okiem, opowiadając wszystkim, że jego „R.I.P” to żaden kryminał, tylko western. A ja? Póki co zostaję przy gatunku, ale z pewnym niepokojem patrzę na jego przyszłość.

    Wydaje mi się, że w Polsce kryminał osiągnął już wszystko, co w tych warunkach, osiągnąć mógł. Książki są i się sprzedają. Krytycy zauważają. Czytelnicy czytają. Wszyscy teraz chcielibyśmy jednego, żeby polska moda na kryminał, przemieniła się w modę na polski kryminał na świecie. Ale do tego potrzebna nam jest nasz rodzimy Larsson z trylogią „Millenium”, swojska „Dziewczyna z pociągu”, nasz własny Jo Nesbo i Harry Hole. Są na to szanse. Głośno o planach tłumaczeń Bondy. Pytanie, czy uda się ją równie mocno wypromować na bardzo wymagających rynkach. Sprzedanymi prawami chwali się Katarzyna Puzyńska. Wreszcie, największy sukces ostatnich lat, czyli przekłady Miłoszewskiego we Francji. Przekłady, którym sam zawdzięczam to, że w maju nad Sekwaną ukaże się „Podpalacz”, a po nim prawdopodobnie „Farma Lalek”. Ale tak naprawdę nie jest istotne, kto będzie autorem tego przełomu na rynkach zagranicznych. Ważne, że za nim pójdą kolejni. I polski kryminał nie będzie modny już tylko i wyłącznie w Polsce. Fajnie by było, gdyby właśnie to nam piszącym przyniósł rok 2017.

    Wojciech Chmielarz