Tag: książki

  • Po które tytuły sięgnąć w listopadzie?

    Patrząc na sytuację, w której jesteśmy, to mam wrażenie, że może nas uratować tylko literatura. Liczba dziennych zakażeń koronawirusem rośnie, że o polityce nie wspomnę, bo macie oczy i uszy. Brakuje jeszcze tylko deszczu ze śniegiem, temperatury bliskiej zeru oraz silnego wiatru. Wtedy będzie już komplet i nic, tylko zamknąć się w domu i czytać. Skoro już przy tym jesteśmy, to przejrzałem listopadowe zapowiedzi, jest sporo fajnych rzeczy, albo potencjalnie fajnych rzeczy, po które planuję sięgnąć. Ich lista poniżej, a gdy klikniecie w okładkę, to przeniesiecie się na stronę sklepu, gdzie możecie książkę zamówić, ale też o niej poczytać.

  • Sztuczna inteligencja w kryminale – październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W zeszłym tygodniu spotkałem się (wirtualnie) z Zygmuntem Miłoszewskim oraz Jakubem Szamałkiem, żeby pogadać trochę o wpływie nowych technologii na pisarską robotę. Rozmowę prowadził Kubę Szamałek i chyba wypadła dość interesująco (przynajmniej tak mi donosili czytelnicy). Mieliśmy jednak jeszcze poruszyć jeden temat, na który nie starczyło czasu. Czy kryminały będzie w przyszłości pisać za nas sztuczna inteligencja?

    No więc jestem przekonany, że to technicznie jak najbardziej możliwe. Już powstają pierwsze powieści napisane przez sztuczną inteligencję, jak „1 the road”, o której jeden z krytyków napisał, że nie ma tam żadnej fabuły, ale znalazło się w niej kilka uderzających i zapadających w pamięć akapitów. Z kolei firma ScriptBook chwali się, że w przeciągu pięciu lat opracuje program do pisania scenariuszy, którego dzieła będą lepsze od tych napisanych przez człowieka. Wierzę w te zapewnienia, bo na jakimś poziomie literatura to zbiór reguł, motywów, pomysłów, którymi można mniej lub bardziej swobodnie żonglować i układać z nich kolejne fabuły. Trudno wymyślić coś absolutnie nowego. Wszyscy mniej lub bardziej odbijamy się chociażby od campbellowskiej drogi bohatera, szukamy pierwszego i drugiego zwrotu akcji, skupiamy się na strukturze trzech aktów i tak dalej. Wszyscy też wiemy, że 99 proc. kryminałów zaczyna się od sceny, w której ktoś kogoś morduje, potem pojawia się śledczy, śledczy zabiera się za rozwiązywanie sprawy, po drodze ginie od pięciu do dziesięciu osób, a na końcu winny zostaje ukarany. Nie wygląda to jak coś, czego nie mogłaby napisać sztuczna inteligencja.

    www.unsplash.com/Michael Dziedzic

    Moim zdaniem jednak samo pytanie powinno być zadane inaczej. Czy ludzie będą chcieli czytać teksty napisane przez sztuczną inteligencję? No więc moim zdaniem, nie.

    Dlaczego? W klasycznej powieści „O czym śnią elektryczne owce” (na podstawie której potem Ridley Scott nakręcił kultowego „Blade Runnera”) Philip K. Dick zadaje pytanie, co różni człowieka od androida? I daje odpowiedź – empatia. To właśnie empatia, zdolność wczuwania się w drugiego człowieka, odróżnia nas od najbardziej inteligentnej nawet maszyny. Gdybym był złośliwy… Cholera, nie – po prostu, będę złośliwy i powiem, że już teraz niektóre powieści, nawet uznanych polskich autorów, wyglądają tak, jakby były napisane przez sztuczną inteligencję. Brakuje w nich po prostu empatii dla postaci. Czytam to i kręcę głową z niedowierzaniem i chcę raz po raz krzyczeć, że ludzie po prostu się tak nie zachowują! I nie chodzi mi o to poczucie, że JA zachowałbym się inaczej. Nie. Żadna żywa istota postawiona w takiej sytuacji nie zrobiłaby tego, co postać w tej powieści.

    No, ale takie książki też się sprzedają. Ku mojemu zaskoczeniu, mają też spore grono wielbicieli. I nie będę udawał, że to rozumiem. Gusta czytelnicze kilka razy mnie już zaskoczyły i zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

    Wciąż jednak uważam, że książka to miejsce spotkania dwóch istot ludzkich – czytelnika i pisarza. I w pewien sposób wspólnie tworzymy tę opowieść. Wspólnie ją przeżywamy. Ja, bo ją napisałem. Państwo, bo ją czytacie. A czytając, uruchomiacie swoją wyobraźnię. Przefiltrowujecie mojej słowa przez waszą wrażliwość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Czytanie, które wydaje się być czynnością bardzo pasywną, jest w tym ujęciu czynnością wymagającą wielkiej aktywności. To wielka rozmowa. W książce szukam (i wierzę, że nie tylko ja) drugiego człowieka. Jego uczuć, jego przemyśleń, jego marzeń i obaw.

    I w tym upatruję nadzieję. Bo sztuczna inteligencja, zgodnie z zapowiedziami ScriptBook, może będzie pisała rzeczy lepsze od ludzi. Może będzie pisała od nas szybciej (nawet od Remigiusza Mroza) i może będzie żądała niższych honorariów.

    Ale czy będzie miała cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

    Wojciech Chmielarz

  • Trzydzieści tysięcy minęło jak jeden dzień

    Kiedy czytacie te słowa, blog smakksiazki.pl zbliża się do trzydziestu tysięcy polubień na Facebooku. Fajna sprawa, bo gdy zaczynałem przygodę z książkami, to taki poziom był marzeniem. Są blogi większe, są mniejsze, ale czy to blogowanie, jest naprawdę takie fajne, że garnie się do niego coraz więcej osób?

    Pewnie wyobrażacie to sobie tak: leżę w łóżku do południa, czytam książki, śniadanie jem koło siedemnastej, a pieniądze wpadają na konto. Jeśli tak myślicie, to jesteście bliscy prawdy jedynie z tym, że czytam książki. Paradoksalnie – mam na to coraz mniej czasu, więc ślęczę nad nimi po nocach, ale nie narzekam, bo nadal sprawia mi to ogromną przyjemność, a jeśli przestanie, to pójdę na kasę do Biedronki. Nie narzekam również na to, że jestem swoim marketingowcem, kierowcą, księgowym, kierownikiem produkcji, montażystą, a czasem, nawet i operatorem. Nie narzekam też na to, że czasem chodzę po domu i kombinuję, co wrzucić na tego cholernego Facebooka albo Instagrama, bo przecież coś wrzucić trzeba. Nie wrzucasz, nie istniejesz.

    Innym problemem jest to, że nie mam zbyt seksownych nóg, których zdjęcie z książką mogłoby wygenerować pierdylion serduszek. Nie mam też kota, który leżący na książce wygenerowałby pierdylion kciuków w górę. Mimo wszystko staram się wrzucać rzeczy merytoryczne. Co to oznacza? Ano to, że Michał Rusinek opowiadający o swojej książce nigdy nie wygenereuje więcej serduszek, niż rozmowa o niczym z Blanką Lipińską. No, ale póki mam 100% wpływu na to, co się tutaj pojawia, to o wizytę Blanki się nie martwcie. Swoją drogą, to  Michała będę nagrywał na Śląskich Targach Książki, zobaczymy, czy się Wam spodoba.

    Jo Nesbo, fot: smakksiazki.pl

    Przeczytałem kiedyś w „Forbesie” wywiad z Dodą. Tak, z Dodą. Powiedziała tam kapitalne zdanie, że „podniecanie się lajkami na Facebooku, czy Instagramie, to dokładnie tak, jak podniecać się pieniędzmi z gry Monopoly”. Sam się czasem zastanawiam, dlaczego zdjęcie pustego peronu, na którym miał stać Stanisław Wokulski, ale nie zdążyłem go uchwycić z jadącego pociągu, ma więcej lajków niż Karl Ove Knausgard opowiadający o swojej książce. Mam pewne podejrzenia, dlaczego tak się dzieje, ale mam też nadzieję, że jednak jestem w błędzie.

    Co dalej? Dalej będę prowadził ten pług przez literackie zaułki i autostrady. Dalej będę jeździł za swoje pieniądze na targi we Frankfurcie, żeby dać radość sobie o raz Wam. Bo naprawdę, pogadanie chwilę z Jo Nesbo, Mają Lunde, czy wspomnianym już Knausgardem, jest dla mnie czymś o wiele ciekawszym, niż wydanie kasy na wyjście do klubu. Opowiem Wam anegdotkę. Gdy Umberto Eco przyjechał na Uniwersytet Łódzki, wziął udział w konferencji prasowej. Zdając sobie sprawę, że zainteresowanie dziennikarzy będzie ogromne, wyjechałem z Katowic na tyle wcześnie, że na miejscu byłem dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania mediów z Umberto Eco. Nie powiem, zdziwiłem się srodze, gdy na dziesięć minut przed godziną zero, na sali było może z dziesięcioro przedstawicieli mediów. Dla mnie sam fakt przebywania w jednym pomieszczeniu z pisarzem tej klasy, był czymś niewyobrażalnym. Chyba z pół dnia układałem pytania – nie miałem pewności, że uda mi się zadać chociaż jedno. Po co Wam to piszę? Po konferencji podeszła do mnie Pani Grażyna Szponder, właścicielka Domu Wydawniczego Rebis, pochwaliła za zadane pytanie i obiecała, że jeśli będę chciał z jej wydawnictwem współpracować, to mam się odezwać. Ta współpraca trwa już od czterech lat. Jak się okazało, Umberto Eco zmarł kilka miesięcy później, a moje nagrane w Łodzi ujęcia były wykorzystane w „Faktach” TVN.

    Nie wierzcie w to, że jeśli robicie to, co kochacie, to nie przepracujecie ani jednego dnia w życiu. Guzik prawda, bo jeśli robicie to, co kochacie, to będziecie pracować o wiele więcej i ciężej niż na umowie o pracę. Kiedy pytają mnie, czy warto zostać blogerem, to odpowiadam, że oczywiście, ale pod jednym warunkiem. Jeśli poświęcisz temu wszystko inne – inaczej to nie ma sensu. Nie zrobisz czegoś na pół gwizdka, nie przeczytasz połowy książki, nie zmontujesz połowy materiału, nie wyjdziesz w połowie prowadzonego spotkania. Kilka lat temu powiedziałem jak w pokerze: „all in”. Póki co, mam chleb, ale mam też czym go posmarować, więc powiem Wam jedno – gońcie za swoimi marzeniam!

    Adam Szaja

  • Mikołajowy poradnik prezentowy

    Hoł, hoł, hoł! W końcu nadszedł ten moment! Przepełnione sklepy, przepełnione koszyki, przepełnione głowy, puste portfele. Wielkimi krokami zbliża się szósty dzień grudnia, praktycznie wszędzie można już usłyszeć „Last Christmas”, więc co to oznacza? Tak! PREZENTY! Dużo prezentów, ale co kupić? Ha! Wtedy wchodzę ja, cały na biało i podrzucam Wam kilka pomysłów. Nie muszę przypominać, że to właśnie książka jest najlepszym upominkiem, bo nie spleśnieje, nie straci walorów smakowych, nie ma daty ważności – same plusy. Specjalnie nie dzielę poniższych książek na kategorie „dla niej” oraz „dla niego”, bo doskonale wiemy, że jest to strasznie płynnie. Wszystkie tytułu w zestawieniu pochodzą z tego roku, niektóre są nowsze, niektóre ciut starsze, ale pod wszystkimi się podpisuje rękami, a jak trzeba, to też nogami. Zasada jest prosta – klikacie w okładkę, lądujecie na stronie sklepu, dodajecie do koszyka, płacicie, czekacie, obdarowujecie. Proste? Proste. No to hoł, hoł, hoł, Mikołaje!

  • „Bestseller to nie nagroda”, tekst Bartosza Szczygielskiego

    Zapewne większość z was pamięta, co działo się po gali Bestsellerów Empiku. Ileż to jadu wylało się w komentarzach po tym, jak ogłoszono wyniki. No bo niby dlaczego taki Wojewódzki czy Nosowska dostali nagrodę? Jacy są z nich pisarze? Odpowiedź jest prosta – nie są pisarzami, a bestseller nie jest nagrodą.

    Jeszcze jakiś czas temu, każdy plebiscyt popularności, gdzie pojawiał się Remigiusz Mróz, kończył się podobnie. Pisarz wygrywał i deklasował konkurencję. Ostatnio się to zmieniło, bo na Lubimy Czytać nagrodę zdobył Wojciech Chmielarz. W jego ręce, a przynajmniej taką mam nadzieję, trafiła przepiękna statuetka, a „Żmijowisko” dzierży tytuł najlepszego kryminału 2018 roku. I choć nie zauważyłem pod tą konkretną informacją komentarzy mówiących, że wynik jest niesprawiedliwy, to już w przypadku Literatury Pięknej oraz wygranej Katarzyny Nosowskiej i owszem.

    Sytuacja tożsama z tym, co działo się po wspomnianej już gali Empiku. Głosy nienawiści lub przynajmniej wzburzenia, widywałem wszędzie. „Jakim prawem? To nie literatura! Gdzie jej/jemu do kogoś tam/czegoś tam”. I takich głosów wcale nie było mało, bo przecież zawsze warto powiedzieć swoje zdanie. Nawet wtedy, kiedy jest identyczne z trzydziestoma innymi komentarzami pod wpisem. W końcu lubimy dzielić się swoimi przemyśleniami.

    Szkoda tylko, że te przemyślenia zazwyczaj pisane są pod wpływem emocji. I w tym przypadku, a raczej w tych dwóch przypadkach, powstały z niezrozumienia. Owszem, na Lubimy Czytać widnieje piękny napis „Wybraliśmy najlepsze książki 2018 roku”, co może niektórych boleć. Najlepsze? Najlepsze czy najpopularniejsze?

    www.unsplash.com/Robert Anasch

    Żeby była jasność, bo jeżeli nie napiszę czegoś wprost, to potem będą pretensje. Nie neguje wartości żadnej z książek. Niech sobie je piszą celebryci, muzycy czy rzeźbiarze. Niech nominacje do Bestsellerów Empiku też dostają, bo nie trafiają w ich ręce z powodu jakości dzieła. Trafiają tam, bo zwyczajnie się dobrze sprzedały. Bardzo dobrze. Dlatego nominację dostała Blanka Lipińska. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, że jej książka dostałaby jakąkolwiek nominację w jakimkolwiek konkursie, gdzie jury ocenia wartości literackie dzieła. Ewentualnie, gdzie jury potrafi czytać.

    Plebiscyt na Lubimy Czytać i gala Empiku mają ze sobą dużo wspólnego. Pokazują, co najchętniej czytamy. Tyle. Tak było od dawna i nie sądzę, żeby kiedykolwiek mogło się to zmienić. Możemy żałować, że wyznacznikiem jakości poniekąd stała się popularność. Przynajmniej z tym jest ona mylona, bo jeżeli ktoś komentuje wyniki tego typu konkursów to znaczy, że nie potrafi tego rozróżnić. Książki, które dostały nagrody Bestsellerów, wcale najlepsze nie są, ale to moja subiektywna opinia.

    Podobnie jak każdy oddany na Lubimy Czytać głos był czyjąś subiektywną opinią. Czemu więc przy tego typu plebiscytach pojawia się słowo „najlepsze”? Pewnie dlatego, że nazwa „Rekordowo sprzedające się książki 2018 roku”, brzmiałaby jak hasło reklamowe ogórków konserwowych.

    A dobrze przecież wiemy, że książki to coś znacznie więcej niż produkt.

    Wiemy?

    Bartosz Szczygielski

  • „Czasem stuletnia książka może być nic niewarta”. Kulisy działania antykwariatu

    Znajdujecie na strychu lub w piwnicy dziesiątki starych książek. Pierwsza myśl? Pewnie taka, że zaniesiecie je do antykwariatu i wyjdziecie bogatsi o co najmniej kilkaset złotych. Brzmi pięknie, ale trzeba mieć dużo szczęścia, żeby książka, którą chcecie sprzedać, była cenna dla kolekcjonerów. O jej wartości świadczy wiele rzeczy, np. czy to jest pierwsze wydanie? Czy jest z autografem, a jeszcze lepiej, z dedykacją? W jakim jest stanie? Okazuje się, że nie zawsze stary egzemplarz musi być wart fortunę. Zajrzeliśmy z kamerą do Antykwariatu Kwadryga, obejrzyjcie rozmowę, a dowiecie się, że z książkami jest jak z muzyką – są różne mody, że rozkład kolejowy z lat trzydziestych ubiegłego wieku może być warty nawet kilkaset złotych, a także o tym, że encyklopedia, która była kiedyś warta pół malucha, teraz nadaje się tylko na makulaturę. Jak wygląda praca antykwariatu od kulis? Zobaczcie.

     

  • „WyZysk, czyli historia pewnej korespondencji”, tekst Jakuba Ćwieka

    W pierwszej chwili większość z Was pomyśli pewnie: nic złego. Ot uczciwie postawiona propozycja, wszystko zaznaczone na początku rozmowy. Potem ta sama grupa przeczyta odpowiedź na zagajenie i powie: no ale po co ten sarkazm. Nie można było po prostu podziękować za współpracę? No i jeszcze ta literówka. To nie przystoi człowiekowi zajmującemu się książkami! I wtedy pojawia się trzeci mail, w którym te właśnie myśli znajdują ucieleśnienie. Padła propozycja, a jedna złośliwa odpowiedź pociągnęła kolejną i tak to niepotrzebnie eskaluje. A przecież można było pokojowo!

    Tyle, że nie, nie można było. I już tłumaczę dlaczego nie, a także dlaczego namówiłem Adama, by pozwolił mi o tej sprawie napisać, choć sam czuł się niezręcznie (proszę czytać od dołu). 

     

    Pamiętacie jeszcze mój felieton Blogobojni (klik)? Pisałem wtedy o potwornie niebezpiecznym trendzie w wydawniczym marketingu polegającym na tym, że wydawnictwa nobilitują wyrastające jak grzyby po deszczu maleńkie blogi czytelnicze, nadając im rangę nieomal krytyków literackich. Cytaty z blogów zostały wyciągnięte na okładki, u co przytomniejszych odbiorców wzbudzając ciekawość z rodzaju „kto tu komu pomaga”?

    I teraz wracamy do Adama. Z tego, co się orientuję, to nie jest tak, że duże Wydawnictwa pokroju Zysk i Spółka zainteresowały się nim od razu. Adam wkłada kawał pracy i pasji w to, żeby książki promować ciekawie. A to przejedzie pół Polski z autorem po to, by zrobić wywiad na tle ważnych dla książki wiatraków, a to zejdzie do kanałów, bo to dobre tło, by opowiedzieć o innej historii. Swoje materiały realizuje z reporterskim zacięciem, materiały cudze wykorzystywane w swoich produkcjach kupuje legalnie u źródła. Zaprasza do współpracy różnych zaprzyjaźnionych autorów i prosząc ich po przyjacielsku o teksty, zawsze za nie płaci po umówionych z autorem stawkach. Zresztą – przejrzyjcie sobie smakksiazki i zobaczcie jakie teksty możecie na nie znaleźć. Zobaczcie na zróżnicowanie prezentowanych tam materiałów! Już sama lista ludzi współpracujących z Adamem dłużej wiele mówi: Jest Wojtek Chmielarz, Bartek Szczygielski i ja. Co jakiś czas pojawia się Krzysztof Zajas, czy Marta Guzowska. A to tylko ci, którzy pisali więcej niż jeden felieton!

    Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Dziś wiem, że są duże wydawnictwa chwalące sobie stałą współpracę ze smakiem. I Adam też chwali sobie pracę z nimi, bo wie, że nawzajem traktują się poważnie. Nie będę wymieniał, przejrzyjcie sobie na blogu. Zobaczcie materiały tam prezentowane! Patrzcie na tytuły! Patrzcie na stale rosnący fanpage i zapytajcie sami siebie ile to kosztuje, bo przecież Facebook już od dawna nie da się wykpić zaangażowaniem, domagając się sporych kwot za regularną promocję.

    Obserwuję smakksiazki od samego początku tej witryny. Więcej, od pomysłu, który Adam obgadywał ze znajomymi. I pamiętam wszystkie te momenty, gdy dobijał się do jednego, drugiego, trzeciego wydawcy z ofertą promocji sieciowej innej niż dotychczasowe. Pomysłowej, zaangażowanej.

    Dziś udało się na tyle, że Zysk i Spółka, w osobie pana Konrada, dostrzegając potencjał w tej współpracy, proponuje… barter. To taki trochę biznesowy odpowiednik: dzień dobry, pani kurwo, z ogromną przyjemnością wyruchałbym panią pod tą latarnią, oferując wynagrodzenie w naklejkach na Świeżaki”.

    Odpowiedź Adama była rzecz jasna sarkastyczna, ale przyjmijmy na moment, że nie. Na ułamek sekundy potraktujmy ją dosłownie. Oto człowiek, który działając w marketingu, promujący książki i angażujący się w swoją pracę dowiaduje się nagle, że oto wydawnictwo Zysk i Spółka płaci za marketing w barterze. A skoro i pan Konrad pracuje w marketingu to jakby dodając dwa do dwóch… Ale to przecież nie do pomyślenia, nie? Bo pan Konrad, którego polot w obliczu sarkazmu sprowadził się do wyszydzenia zgubionej litery zasługuje na wypłatę w prawdziwych pieniądzach! Zaoszczędził je dla firmy wciskając ludziom wokół barter. To się nazywa marketing książkowy! Brawo!

    Jakub Ćwiek

  • Styczniowe fajerwerki. Oto one

    Cześć i czołem! Pewnie zastanawiacie się, na które tytuły wydać w styczniu pieniądze. Żebyście nie szastali biletami Narodowego Banku Polskiego w ciemno, to wybrałem dla Was kilka wartościowych, według mnie, premier. O niektórych jeszcze usłyszycie, bo smakksiazki.pl jest ich patronem medialnym. Reasumując – gdybym miał wydać na coś pieniądze, to pewnie w styczniu wydałbym na kilka rzeczy z poniższej listy.  No to łapcie! Gdy klikniecie na okładkę, to przeniesiecie się na stronę, na której przeczytacie szczegółowe opisy. 

  • „Jak nie wiadomo o co chodzi…” Przemysław Semczuk odpowiada Wojciechowi Chmielarzowi.

    Felieton Wojtka Chmielarza mnie zaskoczył. Bo oto Wojtek stawia tezę, że media nie promują czytelnictwa. Słusznie. Ale nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje. A odpowiedź jest bardzo prozaiczna – że tak to literacko ujmę.

    Moje doświadczenia promocyjno-medialne są dużo bogatsze niż Twoje Wojtku. I śmiem twierdzić, że nie wynika to wcale ze znajomości ani ze szczęścia. Załapałem się do TVN24, kilka razy do TVP2 i bodaj do wszystkich stacji radiowych. Gazet i Internetu nie zliczę. Przy okazji zaobserwowałem jak działa machina medialna. A do tego sam jestem dziennikarzem, pisywałem w znaczących tytułach i niektóre rzeczy znam od podszewki. Problemy są dwa i oba mają wspólny mianownik.

    Ja piszę literaturę non-fiction, Ty Wojtku jesteś autorem z gatunku fiction. Tematy, które opisuję są ogólnie znane. Każdy coś tam słyszał o takim Marchwickim, Knychale, czy choćby o małym fiacie. Dziennikarz przygotowujący się do wywiadu musi zajrzeć do Wikipedii albo przeczytać dwa krótkie teksty w necie. I już ma pojęcie o czym ten Semczuk napisał. Zada kilka pytań i zmajstruje fajny tekst. Niestety ja w trakcie takiej rozmowy wiem, ile czasu poświęcił na przygotowanie. To czuć. Przymykam jednak oko, bo znam zasady. Ktoś musi szybko napisać i zarobić swoją wierszówkę. Nie jest w stanie czytać od deski do deski (to nie jest reklama wydawnictwa Sekielskich). Bywa i tak, że rozmawiam z kimś kto nie wysilił się nawet na Wikipedię. Pewna reporterka oświadczyła wprost (nie to nie był ten tygodnik), abym jej opowiedział o czym jest książka, bo ona nie ma pojęcia. Wypadało się obrazić i wyjść, ale wtedy w znanym dzienniku nie ukazałaby się recenzja. Zagryzłem zęby i opowiadałem przez godzinę. Dziennikarze z portali internetowych są jeszcze gorsi. Przysyłają pytania licząc, że autor napisze odpowiedzi. Czyli odwali za nich całą robotę. I znowu trzeba zagryźć zęby i pisać wywiad z samym sobą. Nie obrażają się nawet za zmianę pytań. Młodzi gniewni, bez skrupułów. Grunt, że jest tekst, a do kieszeni wpadnie wierszówka.

    www.unsplash.com/Thomas Charters

    A jak zrobić wywiad z Chmielarzem przy okazji ukazania się jego nowej powieści? Tu zaczyna się kłopot. Wikipedia odpada. Trzeba tę książkę przeczytać. A może nawet tę poprzednią, bo to cykl. Bo o co pytać? Pół biedy jak Bonda chce się dzielić doświadczeniami ze swojego życia. No, gdyby choć Chmielarz pobił się z Semczukiem o różnice poglądów politycznych. A tu klops. Kilka wymęczonych pytań i na koniec z ulgą ostatnie – nad czym Pan teraz pracuje? Takich oryginałów jak Piotr Bratkowski z Newsweeka, który czyta, to ze świecą szukać.

    Piszesz Wojtku, że prasa we Francji działa inaczej. Ano inaczej, bo dzieli nas od niej czterdzieści lat zaległości i potężna różnica kulturowa. Tam nikt nie napisze recenzji nie czytając książki. A spotkanie z autorem nieprzeczytanej książki to już nie do pomyślenia. Do tego W Polsce rocznie ukazuje się ponad dwieście kryminałów. Wszystkich książek coś koło trzydziestu tysięcy. Dziennikarze muszą wybierać. I tu działa stara zasada – lubimy te piosenki, które znamy. Jeśli Czytelnik kojarzy autora, to warto napisać. A jak autor jakąś nagrodę dostał? Sam wiesz jak to jest. Kiedyś usłyszałem od napotkanego znajomego, że biegnie do księgarni, bo ktoś tam dostał Nike i nie wypada tego nie przeczytać. Samospełniająca się przepowiednia.

    W telewizji nie jest lepiej. Z ostatnią książką trafiłem do „Świat się kręci” w TVP2 (popołudniowe pasmo „dwójki”, duża oglądalność, program na żywo). Prowadził Artur Orzech i Kayah. Jesteśmy na antenie, a ja widzę kątem oka jak na prompterze wyświetla się tekst – Kayah pytanie do Przemka …. Doskonale wiem, że prowadzący nie czytali książki. Bo niby jak? Nie są w stanie poświęcić kilkunastu godzin na czytanie, gdy sama rozmowa na antenie ma zaplanowane 12 minut. Książkę czyta, a przynajmniej powinien czytać, wydawca programu. To on przygotowuje i pisze pytania na prompterze, lub podpowiada w „ucho” o co zapytać. W praktyce najczęściej czyta ktoś kto przygotowuje research. Taka jest telewizyjna kuchnia. Oczywiście są wyjątki.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Problem drugi to po prostu pieniądze. W TVN 24 usłyszałem przed wejściem na antenę, że rozmawiamy o sprawach kryminalnych, które opisałem w „Czarnej wołdze”, ale nie wymieniamy tytułu książki. Bo to by był product placement, a to kosztuje. I tu jest odpowiedź na tezę, którą stawiasz. Książka jest produktem. Takim samym jak szampon przeciwłupieżowy, czy nowy model telefonu. Autor pisze – trochę z misji, ale o tym innym razem – a wydawca musi zarobić i potrzebuje produkt wypromować. Promuje w mediach, które są komercyjne i muszą zarabiać. Ich właściciele mówią: zaraz, chwileczkę, my promujemy i nic z tego nie mamy, a oni zarabiają! Przy książce non fiction to się jeszcze jakoś broni, bo w końcu chodzi o oglądalność, słuchalność czy odbiorcę tekstu. Prawdziwa historia dobrze się „sprzedaje”. Ludzie mówią: wow, słyszałem o tym. I znowu to samo, jak się Chmielarz z Semczukiem pobiją, to trafią przynajmniej do „Na językach” gdzie przy okazji wspomną co tam napisali.

    Wydawcy (książek) próbują to jakoś obejść. Ale bez pieniędzy się nie da. Z „Czarną wołgą” trafiłem do „Pytania na Śniadanie”. Razem z Agnieszką Więdłochą i Arturem Barcisiem. Aktorzy mówili o tym co ostatnio przeczytali, a ja o tym co napisałem. Mechanizm jest prosty. Wydawca pakuje elegancko książkę w znanego aktora, który swoim autorytetem poleca ją Czytelnikowi. Oczywiście musi za to zapłacić, aktorowi. Ale taka forma jest atrakcyjna dla wydawcy programu, bo dostaje kogoś znanego, rozpoznawalnego, przyciągającego uwagę widza. Nie oszukujmy się, ani Semczuk ani Chmielarz nie są rozpoznawalni. No może w pewnym środowisku. Będą, jeśli paparazzi zrobi im fotkę z randki z Więdłochą. Ale nie określam, który z nas ma się umówić z Agnieszką i odbić ją Mroczkowi.

    Wojtek, piszesz też, że w telewizji nie ma programów o książkach. Fakt. Tylko po co by miały być? Telewizja rządzi się pewnymi prawami. Nic nie jest przypadkiem. Określone audycje są emitowane wtedy gdy grupa docelowa akurat siedzi przed telewizorem. To po co robić program o książkach, skoro grupa która czyta nie siedzi przed telewizorem? Nie ogląda, bo czyta. Oczywiście masz rację, jak telewizja zacznie mówić to ktoś kto nie czyta, w końcu sięgnie po książkę. Tylko znowu wracamy do punktu pieniądze. Produkcja programu kosztuje, czas antenowy kosztuje. I to są duże pieniądze.

    Wyjścia są dwa. Albo dostaniemy Nike, albo się pobijemy. I to najlepiej publicznie, na scenie w czasie MFK czy Grandy. To oczywiście żart, bo przecież się kolegujemy. A tak serio. Wydawcy muszą zawrzeć umowy z mediami i się podzielić pieniędzmi. Tylko nie wiem czy dla nas autorów coś zostanie. Bo jak mi powiedziała księgowa z pewnego wydawnictwa gdy zapytałem o pieniądze: ma pan satysfakcję, że jest pan pisarzem, to powinno wystarczyć.

    Przemysław Semczuk.