Tag: Leopold Tyrmand

  • „Niecodziennik”. Leopold Tyrmand – model do składania. Cykl Marcela Woźniaka

    Niewiele brakowało, a jedno z najważniejszych świadectw życia w komunizmie w Polsce nie ujrzałoby światła dziennego. Wszystko przez pękniętą rurę, która zalała bruliony Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda.

    Polski pisarz od 1945 do marca 1953 pracuje w różnych redakcjach, przy czym z każdej notorycznie wylatuje z hukiem. Gdy w 1950 roku relacjonuje mecz bokserski pomiędzy Polską, a ZSRR, sędzia faworyzuje gości, na co widownia odpowiada buczeniem i hasłami „Bij Iwana za Katyń!”. Lecą butelki, Polska przegrywa, a Tyrmand pisze wkrótce w gazecie, że „publiczność zachowywała się wzorowo”. Krytyka komunistycznego absurdu kosztuje go  posadę w „Przekroju”.

    Ląduje w „Tygodniku Powszechnym”. Na kolegiach krakowskiej redakcji poznaje wielu intelektualistów – Jana Parandowskiego, Ludwika Stommę. Śpi u Stefana „Kisiela” Kisielewskiego, a z Karolem Wojtyłą jeździ na narty. Gdy 5 marca 1953 umiera Stalin, polskie gazety dostają prikaz druku czołobitnego nekrologu wodza. Jerzy Turowicz, naczelny TP, odmawia. Redakcja zostaje natychmiast spacyfikowana, a dziennikarze – w tym Tyrmand, Herbert, Kisielewski czy Najder – lądują na bruku.

    fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Lolek pomieszkuje w skromnym pokoiku w Warszawie i przymiera głodem. Drobne sumy wpadają z korepetycji udzielanych od dwóch lat Krysi, przyszłej maturzystce, z którą ma romans. Czasem tłumaczy jakieś sztuki, wykonuje drobne prace redaktorskie, ale jest naprawdę źle. Jako pisarz jeszcze niczym wielkim się nie wykazał. W 1947 roku wydał zbiór opowiadań, w 1952 napisał dwa rozdziały Siedmiu dalekich rejsów, które wylądowały w szufladzie. Nie wierzy, że coś z tego kiedyś będzie.

    W tym samum roku Instytut Literacki w Paryżu wydaje polskie tłumaczenie Roku 1984 George’a Orwella. Książka dociera do Polski i trafia w ręce Leopolda Tyrmanda, który przez wiele miesięcy leczy chorą wątrobę i uszkodzone na nartach kolano. Nie mając przed sobą perspektyw druku ani pracy dziennikarskiej, 1 stycznia 1954 roku postanawia rozpocząć pisanie dziennika…

    Pierwsza strona brulionów diariusza. Archiwa Hoovera

    Orwell zaczynał, jako… policjant w Birmie. Dopiero potem wrócił do Europy, gdzie opisywał nędzarzy z Londynu i Paryża. Podczas wojny, pracował w redakcji BBC, a potem… A potem napisał książki, z których jego zdaniem, niewiele miało być. Nosiły tytuły: Rok 1984 i Folwark zwierzęcy. Jakże się mylił!

    Gdy jest rok 1954, Tyrmand może tylko roić sobie marzenia o literackim sukcesie, natomiast robi to, co robią pisarze: pisze.

    Każdego dnia przelewa na kartki swoje myśli, wielokrotnie porównując w nich się do Winstona Smitha. Tak jak literacki bohater Orwella mieszkał w Eurazji, tak bohater Tyrmanda czyli sam Tyrmand, tkwi w satelickiej – względem rozciągniętej przez oba kontynenty ZSRR – Polsce. Orwellowska perspektywa świata Wielkiego Brata rzutuje na jego ocenę brutalnej rzeczywistości. Dziennik nie jest jego opus magnum. To raczej tratwa dla człowieka, który nie ma przed sobą perspektyw ani literackiego, ani towarzyskiego sukcesu.

    Brulion oryginalnego Dziennika 1954. Archiwa Hoovera

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 1 stycznia 1954:

    (…) Jak powiedział mi ostatnio „Kisiel”, noszę w sobie wielką potrzebę i umiejętność dzielenia się z ludźmi moją wewnętrzną pracą myśli. Z najgłębszego powołania czuję się dziennikarzem, stąd konstrukcje mych przemyśleń ulegają dezaktualizacji, ponadto nie wierzę w możliwość własnego wysiłku nad kompozycją dzieła sztuki nie przeznaczonego dla kogoś konkretnego w czasie i przestrzeni. Dlatego zdecydowałem, że dziennik przyniesie mi ulgę.

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 9 stycznia 1954:

    (…) Oto leżysz, sławny i popularny dziennikarz, przedmiot podziwu swych czytelników (…) i nie możesz pohamować łez, albowiem w sekundzie najgłębszej nędzy istnienia, nie ma ci kto podać łyka wody. Wśród tych wszystkich akcesoriów udanego życia zabrakło ci ręki matki, żony lub dziecka – tych skarbów nie masz, a więc jesteś w gruncie rzeczy nędzarzem, i teraz widzisz to z oślepiającą wyrazistością.

    Dziennik staje się odbiciem marzeń, lęków, wspomnień i futurospekcji. Opisuje w nim przyjaciół, wrogów, wspomnienia wojenne oraz romans z Krystyną, która w książce nosi imię „Bogna”. Pracę nad tekstem przerywa, kiedy podpisuje umowę na napisanie powieści Zły. Wkrótce osiąga literacki sukces, dwukrotnie się żeni. Bruliony dziennika wywozi z Polski w marcu 1965 roku. Na początku lat 70. tekst zaczyna być drukowany w odcinkach, na łamach londyńskich „Wiadomości” – literackiego pisma polskiej emigracji. Na jego łamach ukazuje się 40% objętności – zredagowanego przez Tyrmanda i londyńską redaktorkę – pamiętnika.

    W 1980 roku Dziennik 1954 zostaje wydany wreszcie w formie książkowej. Czasy „Solidarności” i stanu wojennego są dla lektury przukurzonego tekstu podatnym gruntem. Jest przedrukowywany w Polsce na powielaczach, nagrywany na kasety, czytany w Radiu Wolna Europa i, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, it goes viral. Jest jednak haczyk.

    Pierwsze książkowe wydanie, 1980

    Na okładce umieszczona zostaje fotokopia jednego z brulionów oryginalnego tekstu. Sfotografowane akapity różnią się nieznacznie od tekstu umieszczonego w książce! Padają zarzuty o apokryfizm tekstu, o stworzenie go nie w tytułowym roku 1954, ale wiele lat później, na emigracji.

    List do Romana Zimanda, 13 października 1983:

    (…) Bruliony miały zaległości, pisane na luźnych kartkach w dzień dwa lub kilka dni potem. Były one wrzucane do specjalnej teczki, a włączone do maszynopisu w ’73 w New Canaan, Connecticut. Wkrótce po ukończeniu „zedytowanej” – jak Pan słusznie uznaje – wersji, w której zapomniany cytat był nieco inaczej sformułowany, lecz identyczny w sensie i znaczeniu z rękopisem, nasz basement (piwnica) padł ofiarą totalnej powodzi, spowodowanej pęknięciem w wodociągowych w naszej części miasta. Niektóre bruliony ocalały, wśród nich marcowy, obejmujący owe strony, lecz duża część innych papierów, dokumentów, archiwów, w tym rzeczone… (nieczytelne) – uległy zniszczeniu.

    W 1984 roku zekranizowany zostaje film Rok 1984. Tyrmand umiera w roku 1985. Czy film widział, nie wiadomo. Po 1989 roku Dziennik 1954 jest w Polsce wielokrotnie wznawiany i z powodzeniem radzi sobie na kapitalistycznym rynku. O czasach orwellowskiego Wielkiego Brata przypomina pierwszy w Polsce program typu reality show czyli „Big Brother”. Na długo przed pojawieniem się smartfonów, aplikacji i portali społecznośniowych ludzie podglądają jego uczestników, dziękując w duchu, że to tylko rozrywka, a nie czasy komunistycznej agentury.

    Jakże trudno jest pisać dziennik – wyznaje Tyrmand. Archiwa Hoovera

    O rzekome zalanie piwnicy pytam Mary Ellen Tyrmand, trzecią żonę pisarza. Jest zima 2016 roku, przeprowadzam z nią wywiad do książki Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Po chwili zastanowienia, kobieta otwiera oczy i wspomina:

    Tak, pamiętam. Wynosiliśmy te kartki w kartonach. Leopold był wściekły.

    Gdy odwiedzan na Manhattanie syna, Matthew Tyrmanda, stos egzemplarzyDziennika 1954 zauważam na najwyższej półce w salonie. Matt mówi, że daje tę książę w prezencie każdemu, kto pyta o to, jaki był komunizm.

    Kilka dni później lecę do archiwów w Kalifornii, gdzie odnajduję między innymi list do Zimanda, zaświadczenie z pracy w „Tygodniku Powszechnym” oraz… bruliony Dziennika 1954.

    18 stycznia 1954 roku Tyrmand pisze:

    (…) za piętnaście lat będę jeszcze ciągle siedział samotny, bez rodziny, chory na wątrobę, w tym zasranym pokoiku i pisał ten dziennik.

    Tyrmand w 1954 roku nie wie, że w 1969 roku będzie znanym polskim pisarzem i cenionym dziennikarzem „The New Yorker”. Że do tej najpoczytniejszej gazety w USA trafi dzięki innemu dziennikowi –Zapiskom dyletanta. Że będzie to dziennik równie błyskotliwy, jak ten z 1954 roku, pisany podczas podróży przez Amerykę. W 1954 roku może tylko marzyć o Ameryce, żyjąc w Eurazji. I nawet nie przypuszcza, że ta Ameryka wymyśli w przyszłości publiczny monitoring, Facebooka, Google’a i inne teleekrany.

    George Orwell, Roku 1984:

    (…) Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nie narodzonych pokoleń.

    Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, 12 lutego 1954:

    (…) Piszę ten dziennik dla ludzi, którzy przetrwają komunizm.

    Marcel Woźniak

  • Bo to zła książka była. Leopold Tyrmand: Model do składania

    Ogonek kolejki ciągnął się przez pół ulicy. Nie stano jednak ani za masłem, ani pastą do zębów – oblegano… księgarnię. Zimą 1956 roku bowiem to powieść o warszawskim superbohaterze była najchodliwszym towarem na rynku. A nosiła tytuł Zły.

    Gdy Henryk Sienkiewicz święcił triumfy, jego czytelnicy tak gorąco wierzyli w realizm odmalowanych przez niego wydarzeń, że za Podbipiętę dawali na mszę. Kilkadziesiąt lat później czytelnicy wyrywali sobie Złego. Czasem na dwa dni, czasem na jedną noc, bo na „czytanie” były zapisy. Ot, chętnych więcej, niż egzemplarzy.

    Zaczęło się od Tajemnic Paryża. Młody Tyrmand zaczytywał się w tej – kluczowej dla francuskiej kultury popularnej – powieści i pewnie nie przypuszczał, że podobnie, jak Eugeniusz Sue, tak i on zawładnie kiedyś wyobraźnią czytelników. Potem były teksty Egona Erwina Kischa – wybitnego reportera, zwanego „szalejącym”. Był też Zorro i uliczne ballady. Historie o zabijakach z Grochowa, Woli i Pragi. Ciężko powiedzieć, który z nich zabierał bogatym i oddawał biednym, ale jedno jest pewne. Mieszkającemu do 1938 roku na Trębackiej 5 w Warszawie Lolkowi długo kotłowało się pod kopułą i od najmłodszych lat ukochał swoje miasto tą miłością, z jaką pisarze i poeci patrzą na znajome szynki i esplanady. Gdy w 1945 wrócił do Polski, kolejne siedem lat przepracował, jako reporter. Reporter szalejący po Warszawie. Po jej zakątkach, melinach, stadionach, bazarach, jadłodajniach, autobusach.

    W pierwszych dniach stycznia 1954 roku odwiedził go Stefan Kisielewski – przyjaciel, pisarz, kompozytor. Poznali się na gruzach stolicy, polemizując na łamach „Ruchu Muzycznego”. Tyrmanda toczyły robaczywe rozstroje egzystencjalne. Wykopali go z kilku redakcji, do garnka nie było co włożyć. Przesiadywał u niego Zbyszek Herbert, dziennikarz Andrzej Roman, pisarz Jerzy Przeździecki. Albo Stefan. I Stefan właśnie, bo zawsze był dla Lolka drogowskazem, powiedział tak.

    – Musisz znaleźć dla siebie jakieś zajęcie.


    – Kiedy właśnie nie mam jak! – pomstował Lolek. – Nie mogę dostać pracy nawet, jako tragarz na Dworcu Głównym, bo blokuje mnie UB. Moje scenariusze filmowe giną w kolejnych biurach wytwórni filmowej. Wciąż jestem „młodym, zdolnym scenarzystą i dziennikarzem”, ale nie wiem, co mam robić, żeby nie zaprzedać swoich ideałów.

    – Może więc znajdź jakieś zajęcie, które pozwoli ci się spełnić, a jednocześnie, wykonując je, pozostaniesz w zgodzie ze swoimi przekonaniami?

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    Tyrmand przerabiał dziesiąty raz z rzędu scenariusz filmu o chuliganach. Była to plaga powojennej Warszawy i powojennego świata: całe pokolenie dzieciaków wychowanych na gruzach wojny, którzy weszli do powojennego świata z zaciśniętymi ustami. Formujące się struktury szkolnictwa, ekonomii czy prawa nie nadążały za galopującą młodością nowego pokolenia, które chciało brać wszystko, co wpadnie im w ręce.

    Dzienniku 1954 Tyrmand zapisuje, jak podróżując wiosną pociągiem na południu Polski, słyszy rozmowę o współczesnym Janosiku. Gość ma napadać bogatych i rozdawać pieniądze biednym… 2 kwietnia dziennik niespodziewanie się urywa. Podobno miał w tym udział Kazimierz Koźniewski – pisarz, autor Piątki z ulicy Barskiej. Tyrmand miał przyjść do redakcji „Dookoła świata” z pomysłem na „graphic novel”. Czyli po prostu gruby komiks z prawdziwego zdarzenia. Koźniewski miał powiedzieć:

    – Lolek, a może ty napiszesz po prostu powieść? Przecież w komiksie masz w dymkach same dialogi, a twoją najmocniejszą stroną są barwne opisy. W komiksie nie byłoby na nie miejsca!

    W przeeedytowanej po latach wersji Dziennika 1954 w USA Leopold zapisze, że podpisał wtedy umowę z wydawnictwem „Czytelnik”. Umowę na „powieść antychuligańską”.

    Od tego momentu wali w maszynę do pisania, jak oszalały. Jej terkot dudni po korytarzach budynku YMCA przy Konopnickiej 6. Koledzy wpadają do pokoju, czyta im co lepsze kawałki. Dostaje nawet specjalne zaświadczenie od Milicji Obywatelskiej, że takiego zadania pisarskiego się podjął. Na wypadek zatrzymania szwędającego się po podejrzanych rejonach okularnika z notesem w ręku.

    Książka drukuje się pod koniec 1955 roku. W tym czasie Tyrmand jada tanie zupy w stołówce „Czytelnika”. Siada też w ostatnim rzędzie na zebraniach Związku Literatów Polskich i nigdy nie zabiera głosu.

    Gdy w styczniu 1956 roku przechadza się Marszałkowską, natyka się na ogonek kolejki.

    – Co dają? – pyta.

    – Złego!– odkrzykuje niespodziewanie ostatni z ogonka. – Złego! Jeden egzemplarz na ryło!

    Warszawiacy książkę przyjmują, jak swoją. Druk szybko zostaje wykupiony, a wielki nakład daje Złemu tytuł bestsellera, detronizując na tronie trylogię Sienkiewicza. Tyrmand powtarza mit Dołęgi –Mostowicza, pisząc książkę na miarę Warszawy i jej tajemnic oraz tworząc „bohatera o białych oczach” na miarę Zorro. O książkę upominają się podobno nawet osadzeni w warszawskim areszcie. Niektórzy będą sugerować, że listy do prasy z tą plotką pisał… sam Tyrmand.

    Numer 565 „Przekroju” z przełomu lutego i marca 1956.

    Dzięki tej jednej książce, z „obiecującego scenarzysty” Leopold Tyrmand zostaje pisarzem przez duże „P”. Już na zawsze zapisuje się w świadomości czytelników i w krajobrazie stolicy, a jego łotrzykowska opowieść o warszawskim półświatku przez kolejne dekady mieni się wszystkimi kolorami Bazaru Różyckiego.

    Wkrótce po tym, jak Tyrmand w 1965 roku wyjeżdża z Polski, jego książki trafiają na czarną listę. Znikają z księgarń i bibliotek, ale czy oznacza to, że znikają z obiegu?

    Gdy siedziałem nad archiwami pisarza na Uniwersytecie Stanforda, podeszła do mnie bibliotekarka. Spojrzawszy na karton z fiszką „Tyrmand”, rzekła niespodziewanie:

    Zły… Czytałam, czytałam. – A w jej spojrzeniu widać było, że bez trudu odnalazła w pamięci wspomnienie lektury książki.

    Dyrektor Regionalnego Centrum Kultury w Pile opowiadał, jak lekturę Złego streszczał jemu i jego kolegom z podstawówki ksiądz. Biegali więc na rekolekcje z wypiekami na twarzy. Marcin Meller wspominał po latach jakiś rysunek z gazety, gdzie facet – zaczytany w lekturze powieści – wpadł do otwartego włazu kanału w chodniku.

    – Z czego był najbardziej dumny? – spytałem trzecią żonę Leopolda, Mary Ellen, gdy w lutym 2016 roku rozmawialiśmy w jej mieszkaniu na Brooklynie.

    – Ze Złego. O Dzienniku 1954 mówił, że będzie czytany, jako świadectwo komunizmu, ale Zły… – zawiesiła głos i spojrzała w okno tak, jakby prowadził za nią długi, świetlisty tunel. – Mówił, że Zły będzie zawsze.

    Man with the white eyes– przypomniałem angielski tytuł.

    – Tak.

    – Ale przecież tu w Ameryce książka nie była takim bestsellerem.

    – Powiem panu coś. Byliśmy kiedyś w polskiej restauracji w Chicago. Kelner rozpoznał Lolka i natychmiast zawołał kierownika. Nie pozwolili nam uregulować rachunku, tylko zastawiali stół polskimi daniami. Żeby uhonorować Leopolda. Bo wiedzieli, jaką książkę napisał. Wie pan, co mi wtedy Lolek powiedział na ucho?

    – Tak?

    – Powiedział: „I told you”.

    Kilka z obcojęzycznych wydań Złego. Archiwum Matthew Tyrmanda

    Książka doczekała się adaptacji teatralnych, znakomitego musicalu, wystaw, komiksu, murali, wlepek, słuchowisk, a wkrótce – być może – zostanie wreszcie zekranizowana.

    Dziś tytuł tej książki jest niemal tożsamy z pisarzem. Nie wiadomo do końca czy znał środowisko przestępcze Warszawy czy tylko podsłuchiwał, co mówiła ulica. Wiadomo, że ulice Warszawy odmalował, jak najlepszy pejzażysta.

    Po napisaniu biografii Tyrmanda odwiedziłem wiele miast w kraju. Ilekroć padał tytuł Zły, w gronie czytelników zawsze zapalały się spojrzenia tych, którzy książkę czytali pomimo tego, że była zakazana. Mógłbym przysiąc, że ludzie ci mieli białe oczy.

    Marcel Woźniak

  • Kolumb, rocznik 1920. Leopold Tyrmand: model do składania

     

    Do Ameryki przybyłem drogą morską…” – rozpoczyna Tyrmand. Właśnie wyszło wznowienie jego Zapisków dyletanta. Opisuje w niej siebie, jako Kolumba u brzegów Nowego Świata. – Bzdura! – zapewnia mnie jego syn Matthew, kiedy w kwietniu 2015 roku rozmawiamy w Sheratonie. – Pewnie wziął samolot. Cały Leopold, te jego opowieści…

    Lolek opuszcza Polskę 16 marca 1965 roku. Pakuje się w Krakowie, robiąc żonie awantury. Basia Hoff próbuje wcisnąć mu smoking na drogę.

    – Po co mi!? – grzmi Tyrmand.

    – Przyda ci się, może będziesz mieć jakieś ważne spotkanie! – odpowiada żona.

    Basia i Lolek. Podpisanie aktu ślubu w Katowicach, 30 lipca 1959.

    Ale kiedy tego samego dnia Leopold rozmawia z Ludwikiem Jerzym Kernem, przyznaje mu, że do tej Polski, to już raczej nie wróci. Kolega z „Przekroju” przypomni o tym ćwierć wieku później, publikując ze Stefanem Kisielewskim wspominkowy tekst Barwny motyl na beznadziejnym tle.

    I tak, jak w 1939 roku Tyrmand uciekał z brylantyną pod pachą na Wschód, tak teraz, znów wepchnięty pod koła historii, wyrusza na Zachód. Jako ukształtowany czterdziestopięciolatek, jako pisarz, animator, mąż.

    Skrupulatnie przygotowuje dokumenty. Wyrabia międzynarodowe prawo jazdy, u lekarza dostaje receptę na maść z kasztanowca, a Ministerstwo Kultury i Sztuki odmawia mu przydziału skromnych 100$. 16 marca 1965 roku trop w Polsce urywa się – odtąd o losach Lolka wiedzieć będą tylko przyjaciele. Po Tyrmandzie zostaje Zły, wznowiony jeszcze w 1966, a potem ocenzurowany. Zostaje wydane na emigracji Życie towarzyskie i uczuciowe, zostają też plotki. W 1968 roku Tyrmand zrzeka się na łamach „The New York Times” polskiego obywatelstwa, na znak protestu przeciwko wydarzeniom w Czechosłowacji. W ojczyźnie zostaje banitą, pisarzem, którego książki – jak w latach 60. pisze prasa – były literackim niewypałem. Tyrmand: kucyk w literackich derby, warszawski szmonces.

    Ministerstwo Kultury i Sztuki odmawia przydziału 100 dolarów. Archiwa Hoovera

     

    Zostawmy polskie piekiełko. Co porabia wtedy Tyrmand? Podróżuje przez Europę. W Niemczech remontuje swojego opla i odsyła go Basi do Polski. Bo w podróży, która przed nim, auto mu się nie przyda.

    Jakiś czas mieszka w Izraelu. Pierwszy raz od końcówki lat 40. widzi się z matką, która – wyszedłszy trzeci raz za mąż – wiedzie tam szczęśliwe, spokojne życie. Ale Tyrmand nie ma zamiaru do tej sielanki się przyłączać. Pisze listy, nadaje depesze i planuje podróż, która na zawsze zmieni jego życie. Podróż do Nowego Świata.

    W notatniku zapisuje:

    Notatki z podróży do Ameryki – jak się miało okazać – nie trafiły do szuflady. Archiwa Hoovera

     

    Do Ameryki przyjeżdża (przypływa?) ze stypendium w kieszeni. Dzięki niemu ma w planie objazdowe tournée po USA, które uskutecznia przez kolejne miesiące: wizyta w Nowym Jorku, San Francisco, w Klubie Rotariańskim, w siedzibie NASA, w programie telewizyjnym, w Chicago. Robi to, co wychodziło mu najlepiej w powojennej Warszawie: patrzy i notuje. „My name is Leopold Tyrmand…”, mówi na początku swojego pierwszego przemówienia w USA, dodając dalej: „As you can immediately hear, my English is very poor”.

    Pierwsze przemówienie

    A jednak wkrótce swoje notatki ma już przetłumaczone na język angielski. W redakcji pomaga mu poznana w Kalifornii dziennikarka, Beverly di Angelo.

    Wbrew radom agenta, Tyrmand wysyła swoje teksty do redakcji „The New Yorker”. Selekcja w tej największej amerykańskiej gazecie dokonywana jest osobiście przez naczelnego, przez którego biurko rocznie przepływa 250 tysięcy tekstów. Wkrótce nadchodzi odpowiedź: będzie druk! A jak druk, to i czek na pokaźną sumę.

    Na łamach Los Angeles Times Tyrmand określił Amerykę, jako inny świat. Archiwa Hoovera

     

    Czek za American Diary

    Wkrótce teksty Tyrmanda zaczynają ukazywać się w amerykańskiej prasie. Ostre pióro i okraszone dowcipem sporzestrzeżenia przybysza z komunistycznej Polski robią piorunujące wrażenie na czytelnikach „The New Yorker”. Nieznany nikomu autor z dalekiego kraju staje się reporterem najlepszej próby. Do redakcji napływają telegramy i listy z pytaniami o inne teksty autora, a nawet o porę, kiedy można umówić się z nim na obiad. Reklama artykułów Lolka jeździ po Nowym Jorku na boku autobusu. Widoczny jest na niej zaczytany w „The New Yorker” czarnoskóry mężczyzna. Podpis na pojeździe mówi: młody mieszkaniec Harlemu czyta teksty polskiego imigranta.

    (…) Jak zrezygnować z ambicji i nadal tworzyć? Życie w tym kraju, na każdym kroku, daje odpowiedź na to pytanie. Obfitość wszystkiego jest tak przytłaczająca, że ambicja wydaje się stratą czasu. (…) W Ameryce wszyscy się uśmiechają do człowieka, to cecha tego społeczeństwa. Wszyscy, z wyjątkiem obsługi hotelowej, która czasem szczerzy zęby, co przyprawia raczej o dreszcze.”

    Książka wydana w 1970 roku, nakładem Macmillan Company

    W 1970 nakładem wydawnictwa McMillan zapiski ukazują się w zwartym druku. Opisy i spostrzeżenia Tyrmanda są trafne, choć Amerykanie nie do końca rozumieją perspektywę, z jakiej pisarz w końcówce lat 60. na nich spogląda. Bo Lolek nie poprzestaje na wrażeniach z podróży po USA, ale sięga po szerszy kulturowo kontekst. Warszawski liberał i mężczyzna „w kolorowych skarpetkach”, po dotarciu do upragnionego, amerykańskiego lądu szybko zauważa, że wolność ma swoją cenę. Jego przyjaciele mówią: „Lolek, uczysz Amerykanów, jak żyć”.

    (…) W sztuce z dużymi ambicjami para aktorów zrzuca na scenie ubrania, wskakuje do dobrze widocznego łóżka i realistycznie naśladuje (miejmy nadzieję) uprawianie miłości. (…) Niepokoję się, czym będzie mnie można jeszcze zaszokować. Wyzucie mnie z przywileju przeżywania szoku wywołuje niesmak. Obawiam się, że inni też tak myślą, ale symulują wesołość i dobrą zabawę, sterroryzowani fałszywym nakazem bycia niekonwencjonalnym, oświeconym, wyzwolonym, oswobodzonym i wyemancypowanym. Wyzwolonym – tylko od czego? (…) Nie chcąc znaleźć się w sytuacji, gdzie życie seksualne będzie się równało jedzeniu, musimy ocalić jego wyjątkowość.”

    Zapiski dyletanta z cytatem z Gombrowicza. Archiwa Hoovera

     

    Z czasem Tyrmand zaczyna być spychany na prawo. Jego buńczuczne teksty, walące ostro w komunizm i zajadły kapitalizm, zaczynają razić skręcającą na lewo redakcję. Gdy pisarz widzi protestującą na amerykańskich ulicach młodzież, nie może wyjść ze zdziwienia, że nastolatkowie malują sobie na twarzy czerwone, komunistyczne gwiazdy i krzyczą o wyższości komunizmu nad przeżartym wojną wietnamską i aferą Watergate kapitalizmem. Podczas audycji radiowej, słucha z zaciekawieniem dezertera z amerykańskiej armii, który przedstawiwszy się z imienia i nazwisko, odmawia na antenie służby. W sformułowanym przez siebiePrawie Tyrmanda, pisze:

    (…) Chciałbym, by od tej pory i na zawsze już łączono moje nazwisko z prawem, które odkryłem i sformułowałem, mianowicie: Wartość rewolucjonisty jest odwrotnie proporcjonalna do wartości systemu, z którym walczy – im bardziej represyjny i okrutny system, tym bardziej mężny i ofiarny buntownik. Innymi słowy, im lepszy i łagodniejszy system, tym większy z buntownika arogant.”

    W przyszłość Leopold z redakcji odejdzie, by kilka lat później redagować czasopismo „The Cronicles of Culture”. Choć mógł pić w Nowym Jorku szampana z Kosińskim i Polańskim, a nawet – zgodnie z radą Basi Hoff – nosić smoking, ponownie wybiera banicję. Ale na peryferia w Rockford nie pojedzie sam. Zabiera tam swoją trzecią żonę, Mary Ellen Tyrmand. Najpierw pokochała jego teksty w „The New Yorker”, a potem jego. On, jak mi powiedziała, pokochał ją z czasem.

     

    Tyrmand zrzeka się obywatelstwa. Wycinek z New York Timesa, 30 sierpnia 1968. Archiwa Hoovera

    „Zapiski dyletanta” wydano w Polsce w 1991 roku, ale nie spotkały się z szerszym odzewem. Wkraczające w kapitalizm,pokolenie PRL-uw Tyrmandzie widziałosymbol antykomunizmu, autora zaczytywanej w drugim obiegu powieści „Zły” i walącego w stalinizm,Dziennika 1954. Barwnego ptakna beznadziejnym tle, jak w tekście Kerna i Kisielewskiego. Amerykańskie życie? Pozostawało nieznane. Nikt nie słyszało„The New Yorker”, o listach od Ronalda Reagana, o Milesie Davisie. Był „Zły”, i tego „Złego” nie było właśnie.

    Tymczasem Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie powstawała w latach 2015-2016 po obu stronach oceanu, dlatego nic dziwnego, że i tu, i tam można znaleźć nazwisko Tyrmanda w archiwach.

    Mógłbym powiedzieć, że dokonałem tego odkrycia w wyniku śledztwa, ale nie byłaby to do końca prawda. Kiedy miałem otóż wolny dzień, postanowiłem udać się promem ku Statule Wolności. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w planie jest wizyta na dwóch wyspach. Tą drugą było Ellis Island z Muzeum Imigracji. Przystałem na plan wycieczki – z racji siarczystego mrozu droga wpław przez Wrota Ameryki nie wchodziła w grę.

    Widok na Manhatan

    W Muzeum dowiedziałem się z dotykowego ekranu o „Wall of Honour”. Nikt nie potrafił wskazać tego miejsca, wobec czego sądziłem, że chodzi o jakąś wirtualną ścianę pamięci. Po mniej więcej godzinie, na tyłach muzeum, w ogrodzie, odnalazłem metalową tablicę, ciągnącą się przez dwieście metrów. Wśród kilkunastu milionów nazwisk, uwagę zwraca pozycja między nazwiskami „Tyrka” i „Tyroler”. Kolumb, rocznik 1920. Dyletant: Leopold Tyrmand.

    Ściana Pamięci, Muzeum Imigracji

    Kilka tysięcy kilometrów dalej, w archiwach Tyrmanda odnaleźć można pożółkły bilet do Ameryki. Transatlantyk na blankiecie nosi dumną nazwę „Queen Anna Maria” i – zgodnie z wbitą pieczątką – wypłynął do Nowego Jorku z Genui. Miasta Krzysztofa Kolumba.

    Bilet na transatlantyk. Warto zwrócić uwagę na pieczątkę. Archiwa Hoovera

     

    Dziś aktualność Tyrmanda uderza jakby bardziej. W czasach permanentnego, cyfrowego szoku i wiru humanistycznej redukcji, autor Filipaodnajduje swoje miejsce na nowo. Czy nowojorskie teksty znajdą dziś odbiorców? Wydaje się, że tak.

    (…) Dyletantyzm wydaje się dziś dumną postawą intelektualną. Nadmiar wiedzy usystematyzowanej, narzucanej z fanatyczną siłą, prowadzi w końcu do brzydkich relatywizmów. Dyletantyzm, to bezstronność: zdobywając się na sądy dojrzałe równa się starożytnej mądrości”.

    Marcel Woźniak

     

  • Filipika z historią. Model do składania

    Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten.

    Tydzień temu zatrzymaliśmy się na wykopanej spod ziemi płycie Milesa Davisa „Dig” i historii, według której Leopold Tyrmand miał z niemieckim żołnierzem słuchać jazzu w ogarniętych wojną Niemczech. Drugi felieton warto zacząć w tym tygodniu od pytania: co polski Żyd robił podczas wojny w Niemczech?

    Tytułem wstępu. Czym właściwie jest dla nas historia? Niech pytanie towarzyszy nam aż do ostatniej linijki tego tekstu, swoistej filipiki z historią.

    Bez względu na to, ile dowodów mamy w ręku, zawsze korzystamy z „luksusu perspektywy dystansu”. Historia Tyrmanda zaczyna się w połowie lat 50. w takim samym sensie, w jakim historia Polski zaczęła się od Chrztu w 966. Oczywiście, że było coś wcześniej! Ale… co?

    Leopolda uważano wtedy za zdolnego dziennikarza i scenarzystę, animatora życia jazzowego i człowieka świata kultury. Dla gawiedzi był kimś na kształt celebryty, co nie dziwiło. Nosił eleganckie garnitury i (czasem) słynne, kolorowe skarpetki. Jego żoną była czołowa felietonistka „Przekroju” Barbara Hoff, ubierająca w drugiej połowie XX wieku kolejne pokolenia Polek. Tyrmanda jednym tchem wymieniano obok Hłaski, Komedy, Cybulskiego, Polańskiego czy Herberta, z którymi się znał i przyjaźnił. Był posiadaczem samochodu (gdy zatrzymywała go milicja, bajerował oficera z Cybulskim, podczas gdy Herbert chował się ze strachu pod kierownicą) i mistrzem ceremonii, rokrocznie otwierającym słynne festiwale jazzowe. A wreszcie: panem pisarzem. Powieść „Zły”, którą wciąż widać na empikowej topce (sprawdzałem dziś, wciąż pierwsza 50. w dziale kryminał!), okazała się hitem na miarę „Zorro” (z którego z resztą Tyrmand zainspirował się słynnymi białymi oczami – stąd tytuł angielskiego przekładu: „Man with white eyes”). Słynna anegdota głosi, że kiedy w styczniu 1956 roku zobaczył kolejkę pod sklepem, przystanął i spytał „co dają”. Ostatni z ogonka odparł:

    – Złego! Złego dają! Jeden egzemplarz na ryło!

    Spotkanie autorskie, kadr z filmu dokumentalnego

    Książka rozeszła się na pniu. Choć krytycy (jak Toeplitz) uważali ją za grafomanię, a inni (jak Czesław Miłosz) przez kolejne lata nazywali Tyrmanda pisarzem 2. kategorii („Balzaac dla gówniarzy”, napiszą w złośliwej recenzji), ludzie szaleli na jej punkcie. Łotrzykowska powieść o magicznej Warszawie – sztos, bratku! Strzał w dziesiątkę! Bo tętniła na kilkuset stronach rytmem Kercelaka, Bazaru Różyckiego, Grochowa, Pragi, Woli i wszystkich „warsziaskich” miejscówek – od melin po „aliganckie” kawiarnie. Była eposem na miarę odbudowującej się Warszawy, peanem na cześć bohaterów ulicy – od taksówkarzy, przez kioskarzy i „koników”, po szatniarki, bufetowe i szoferów z przegubowych autobusów. W „Złym” zaczytywała się Maria Dąbrowska, zaczytywał się Grombrowicz (nazywając Tyrmanda spadkobiercą romantycznej tradycji) i zaczytywał się Konwicki.

    Z autorem „Małej apokalipsy” przed 1956 relacje mieli chłodne. To ponoć przez to, że Konwicki napisał raz, jakoby Tyrmand – podczas wywijania na parkiecie w Jastarni – kopnął się… sam w głowę. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie strzeliłby focha z półobrotu?

    Aż spotkali się w windzie.

    – Dobra książka – wyszeptał wtedy cicho Konwicki.

    Poszli tedy do kawiarni „Czytelnik” i od tego dnia chadzali do niej codziennie przez kolejne dziewięć lat. We „Wniebowstąpieniu” jeden z bohaterów Konwickiego mówi:

    – Szkoda, że pan Lolo wyjechał.

    Bo Lolo wyjeżdża 16 marca 1965 roku.

    Tyrmand w latach 50. i 60., dla ówczesnych, był człowiekiem pełnym dwuznaczności. Nie do końca wiedziano, skąd pochodził, kim byli jego rodzice, co robił podczas wojny. Basia, żona, nie miała nawet pojęcia o… żyjącej ówcześnie, żydowskiej rodzinie męża! Ani o pogrzebie wuja, który Tyrmand wyprawił. Krążyły jakieś historie obozowe, jakieś pomówienia o współpracę z Rosjanami, coś o Skandynawii. Do tego pan Lolo nosił ostentacyjnie złoty krzyżyk na szyi, odnawiając sobie na początku lat 50. chrzest (będąc pod wpływem katolickiego „Tygodnika Powszechnego” i duchowych podróży Herberta). Jeśli miał już opowiadać, rzucał w towarzyskich rozmowach mitomańskie opowieści o kurlandzkim baronie o francuskim nazwisku. A jak było naprawdę? Tego ówcześni się nie dowiedzieli już nigdy.

    Gdy pan Lolo wyjechał w 1965 roku z Polski, jego książki ocenzurowano, a nazwisko wymazano z życia publicznego i historii literatury na lata. Co się działo z Tyrmandem w Ameryce, nie wiedziano (my dowiemy się w jednej z kolejnych części felietonów). Zostały artykuły w prasie, w których nazywano go „brudasem”, „szmoncesem”, „alkoholikiem” i „pseudopisarzem” oraz… została legenda. Krążący w drugim obiegu „Zły” zyskał miano „białego kruka” i „literatury zakazanej”, a „Dziennik 1954”, wydany w latach 80., okazał się błyskotliwym portretem stalinizmu, co na pokolenie KOR-u i „Solidarności” działało ze zdwojoną siłą.

    Gdy w latach 90. zaczęto Tyrmanda przypominać, na powrót wymieszano wspomnienia z fikcją, a anegdoty z dykteryjkami. Podstarzali pisarze wspominali „Złego”, inni wytykali współpracę z Rosjanami (o czym niebawem osobny felieton) i niestworzone historie wojenne. Sam zainteresowany nie mógł się do niczego odnieść, bo leżał w piachu na Long Island. I po cichu przeszedł do kronik, jako „barwny ptak PRL-u”, autor dwóch znanych książek i bohater towarzyskich skandali. Dzięki temu, w publikacjach o celebrytach czy alkoholikach minionej epoki bohater niniejszego tekstu zawsze grał pierwsze skrzypce.

    Tymczasem prawdziwa historia była na wyciągnięcie ręki. Oddajmy na początek głos tytułowemu bohaterowi „Filipa”, mało znanej powieści Leopolda Tyrmanda:

    „(…) Siedziałem przeto na plebanii w Cudzieniszkach nad czyściutkim blankietem, wklejałem fotografię, do której przezorny sołtys przybił prawidłową pieczątkę. (…) Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten (…) Tylko, że w razie najprostszej rewizji znajdą dwa paszporty, zarobisz z miejsca w czapę i cześć. Tak nie można. Stary paszport trzeba spalić, jest obciążony tym, co się wyczyniało w Wilnie, a potem więzieniem, jest odnotowane w najmniej potrzebnych kartotekach, na przykład w kancelarii więziennej, na Łukiszkach, którą ma teraz w łapach gestapo. Nie, tak nie można, trzeba spalić stary, a nowy wypełnić na nowe nazwisko, nową narodowość i obywatelstwo. Znasz francuski (…) A więc: Filip Vencel, urodzony w Warszawie, bez przynależności państwowej, narodowości francuskiej, z zawodu architekt, zamieszkały w Cudzieniszkach pod Oszmianą…”

    Zdaniem pisarza i kompozytora Stefana Kisielewskiego, „Filip” był najbardziej udaną z tyrmandowskich powieści. Książka była sprężysta, nie za długa, barwna i pełna autotematycznego pazura. W redakcji pomagała żona – wprawiona w krótkich tekstach dla „Przekroju” Basia Hoff. Gdy Tyrmand rozpędzał się z opisami rodem ze „Złego”, Basia skreślała całe akapity. – To niepotrzebne! – mówiła. A żony trzeba słuchać.

    Mały nakład przeszedł bez większego echa, a książka wznowiona została dopiero trzydzieści lat później. I umknęło wszystkim, że Leopold wszył w stronnice książki historię swojego życia.

    Filipowi na rehabilitację przyszło czekać ponad pół wieku. Tak, jak historii, przeciw której pozostało wytoczyć dziś tu najcięższe działa.

    Był ostatni dzień mojego pobytu w archiwach na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii, gdy z pewnej teczki wysunęła się drobna kartka. Spadła fotografią do dołu, toteż schyliwszy się po nią, najpierw przeczytałem zapisane po niemiecku daty. Później kartkę odwróciłem. I zobaczyłem na niej to, co poniżej:

    Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera

    Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Kolejna lektura „Filipa”, a potem przeszukiwanie setek stron poświęconych historii Polaków na wschodzie, drzewa genealogiczne, wspomnienia, kroniki. Dwie stare strony internetowe wypluły wspomnienia polonusów, w których pojawiało się nazwisko „Tyrmand”. Adres mailowy był zaszyfrowany, znałem tylko alias oraz imię i nazwisko. Pozostało wysłać zapytanie na jakieś pięćdziesiąt wymyślonych adresów, licząc, że któryś okaże się trafiony. W międzyczasie trzeba było szukać dalej: bazy danych, fora polonijne, ambasady. Po kilkunastu tygodniach przyszła upragniona odpowiedź, list z Kanady od pana Aleksandra:

    „(…) Moja teściowa (studentka polonistyki Uniwersytetu Stefana Batorego) po ucieczce z ghetta w Wilno przechowywala sie u rodziny jej męża Klimowiczów (Polaka Katolika) w miasteczku Krewo pow. Oszmiany na Wilenszczyznie. Z nimi razem przebywał znany literat Leopold Tyrmand. Obawa przed szmalcownikami, którzy zdradzali Żydów gestapowcom i wydawali ich na niechybną śmierć, zmusiła ich do zgłoszenia sie na dobrowolne roboty w Rzeszy, gdzie mieli szansę uratować się przed śmiercią. Pisze z resztą o tym obszernie Tyrmand w swoich pamiętnikach, wspominając również nazwisko rodziny teścia: Klimowiczów. Spłacałem i w dalszym ciągu spłacam dozgonny dług wdzięczności Klimowiczom i Hryniewiczom i ich potomkom.”

    Rodzina Klimowiczów

    Najbezpieczniej jest podobno w oku cyklonu. Tak też Tyrmand, od tej pory narodowości francuskiej, zaczął swoją podróż przez zachodni front. We Frankfurcie nad Menem był kelnerem, gdzie pluł Niemcom do kawy. Gdy pytali, czemu taka wodnista, odpowiadał: – Wojna! Mamy małe zapasy!

    W latach 80. przyjechał do Frankfurtu na konferencję. Mając wolną chwilę, zaszedł do hotelu Park.

    – Mieszkałem w tym miejscu – rzekł do menadżerki.

    – Jako gość w którymś z pokojów? – spytała.

    – Nie. Jako kelner, w tym schowku pod schodami.

    Mimo braku blizny w kształcie błyskawicy na czole, z Harrym Potterem było coś na rzeczy.

    O losach Tyrmanda podczas wojny przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć. Pewnym jest jednak, że Tyrmandowi współczesnym, a także jego pierwszym czytelnikom i tym, którzy o Tyrmandzie opowiadali, pewne historie te były nieznane. A czym jest historia, jeśli nie ciągłą próbą sprawdzania pod światło szklanych paciorków i wciąż zadawanym pytaniem o to „jak było?” Niczym monetę pod światłem, obracamy w ręku paciorki historii, to powątpiewając w czyjeś pobudki w przeszłości, to heroizując inny nieistotny szczegół. Koło historii, niczym koło zamachowe, posiada liczne przekładnie i dlatego tak ważne jest, by biografowie, badacze historii, a wreszcie, my sami, abyśmy odpowiednio operowali jej zębatkami, powiększając i/lub pomniejszając kręcące się w niej – jak w kalejdoskopie – obrazy. Czy dziś nie wydaje się to aktualniejsze, niż wcześniej?

    Tyrmand w „Dzienniku 1954” zapisał:

    (…) Pamiętasz, stary, te szaleńcze eskapady z Frankfurtu do Badgastein, z Wiednia przez Karlsbad do Szczecina, ze Stavanger do Oslo? Pamiętasz pogonie za pociągami, akrobatyczne ucieczki przez dachy pędzących wagonów, (…) Pamiętasz ukochanego przyjaciela Piotrusia van Diggele i wielką zabawę na szynach całych, ogarniętych wojną, hitlerowskich Niemiec?

    My pamiętamy, Leopoldzie. I dzięki ci za te historię.

    Marcel Woźniak

     

    Przelew od Leopolda Tyrmanda dla Piotrusia po wydaniu Filipa, jako podziękowanie. Archiwum Hoovera

     

  • „Wykopalisko”, pierwszy z serii tekstów o Leopoldzie Tyrmandzie

    Jazz jest tam, gdzie go znajdziesz, napisano na okładce płyty Milesa Davisa. Dlaczego w tekście o pisarzu wyciągamy na światło historię jazzową? Do odpowiedzi na to pytanie zbliżymy się w trakcie podróży, w którą już teraz zapraszam. Rzecz w tym, że muzyka wolności, jak nazywany jest ten gatunek, w Polsce rozpoczęła swój marsz przez drugą połowę XX wieku w pierwszych dniach sierpnia 1956 roku, dokładnie 62. lata temu. To wtedy odbył się pierwszy festiwal jazzowy w naszym kraju, a poprowadził go… Leopold Tyrmand. Zaraz, ten literat? Czy nie miał być to cykl poświęcony życiu pisarza?

    Oczywiście, już się poprawiam. Leopold Tyrmand, Kolumb urodzony w roku 1920, pisarz, autor kultowej powieści „Zły” i „Dziennika 1954”, zaciekły antykomunista i późniejszy emigrant, wymazany na lata z historii i podręczników. Tak, tenże Leopold Tyrmand maczał palce w historii muzyki w Polsce. I wierzcie mi. Jego muzyczne losy odbiły się szerokim echem nawet za Atlantykiem. Historię o tym chcemy dziś na smakksiazki.pl właśnie odkopać.

    Gdy w warszawskiej Stodole pod koniec 2016 roku odbywał się festiwal „Niewinni Czarodzieje” zagadnąłem Hirka Wronę (a wówczas pana Hieronima, z którym chciałem zrobić sobie zdjęcie), gdy ten odparł niepodziewanie:

    – On był moim guru – rzekł, mając na myśli Tyrmanda.

    – Poważnie? – spytałem niepewnie.

    – Tak. Tyrmand jest dla nas legendą.

    Tak, jak ty dla mnie, pomyślałem. Przyznaję, zamurowało mnie. Tak, jak wtedy, kiedy trafiła mi w ręce płyta Milesa Davisa pod tytułem „Dig”, na której… Ale o tym później.

    Festiwal Jazz 56 nie bez powodu nazwano sopockim wstrząsem. Na otwarcie, 6 sierpnia 1956 (w poniedziałek!) zagrał zespół Andrzeja Kurylewicza. 8 sierpnia Sekstet Komedy i Melomani. „Dziennik Bałtycki” donosił: „(…) koszule na wierzch, kretyńskie grzywki u chłopców, swetry a la Sophia Loren (…) Jeśli odwilż ma być taka, to już chyba lepszy trzydziestostopniowy mróz”. Muzyka jazzowa, przez lata była zakazana w bloku komunistycznym, jako zła, imperialistyczna toksyna, sącząca się do dusz i umysłów pokoleń pogruzowców. Grywana i odtwarzana była nielegalnie po piwnicach (polecam film „Był jazz” Feliksa Falka), przez co – z racji deficytu światła i tlenu – ochrzczona została „katakumbową. W latach 50. przyszła odwilż. Adam Ważyk napisał „Poemat dla dorosłych”, Tyrmand „Złego”, a do głosu doszło nowe pokolenie muzyków. Grający wcześniej na starych rekwizytach teatralnych po strychach i garażach, nareszcie dostali swoje pięć minut. I wtedy nastąpił wstrząs. Tyrmand wpadł na pomysł festiwalu z Franciszkiem Walickim. Dziś jeden nazywany jest ojcem jazzu. Drugi – big beatu. Do dziś też festiwale otwiera melodia Swanee River, którą Tyrmand zaintonował na trąbce, choć na instrumencie grać nie umiał.

    Festiwal w Sopocie, lata 50. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Tyrmand był w świecie jazzu prawdziwym macherem. Rzecz niespotykana, biorąc pod uwagę, że w kawiarni „Czytelnik” przesiadywał z Tadeuszem Konwickim, a w stołówce literackiej jadł tanią zupę. A potem zakładał marynarkę i wchodził na scenę. Kiedy na warszawskiej Gwardii młodzież hałasowała podczas koncertów, Lolek wychodził i mówił:

    – Czy chcecie, żeby takie koncerty w przyszłości się odbywały?

    – Taaak! – krzyczał tłum.

    – To cicho! – I na jego słowa sala cichła.

    Kiedy jednak emocje kipiały zbyt mocno, a staniki latały pod sufit, jak w Sopocie w 1957, Tyrmand sięgał po pomoc mocarniejszych od siebie. Zza kulis wybiegał niejaki Atom, rosły zabijaka ze stolicy. Jego czarodziejskie pięści rzucały zaklęcia na lewo i prawo. I show trwał dalej.

    Wydana jesienią 1956 roku książka „U brzegów jazzu” stała się dla wielu encyklopedią. Choć nie wszyscy podłapywali encyklopedyczno-mentorski ton Tyrmanda.

    – My chcieliśmy po prostu grać – mówi Krzysztof Sadowski, znany jazzman i ojciec reżyserki, Marii Sadowskiej. – Zwłaszcza ci młodsi, w których kipiało życie.

    Może dlatego, gdy na słynnych Kalatówkach Roman Polański tańczy w piżamie na stole, Krzysztof Komeda gra na saksofonie w łóżku, a Duduś Matuszkiewicz wygrywa wyścigi na sankach w kuchni, Tyrmanda nie ma z nimi. Zbliża się do czterdziestki. Chadza do klubów w Warszawie, gdzie na fotografiach uwiecznia go Ryszard Horowitz. Pracuje nad powieściami, które giną w cenzorskich szufladach. W „Życiu towarzyskim i uczuciowym Warszawy” (bo tak brzmiał oryginalny tytuł książki), pisze:

    „W tej muzyce widział doskonałość, nic w sztuce nie przejmowało go taką pewnością, że znajduje się w obliczu perfekcji, jak przejrzyste, bezbłędne solo klarnetu czy trąbki.”

    Świat Tyrmanda. Nowy Jork, lata 70. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Chce uciec, gdy kleszcze bezpieki zaciskają się na jego pisarskich nadgarstkach. Jazzowy festiwal przenosi się w 1958 roku do Warszawy. „Co będziemy robić w Stodole? Będziemy słuchać jazzu!” – pisze w zapowiedzi imprezy. Co ciekawe, nazwę tego gatunku zawsze wymawia przez „j”. Przyjaźni się ze Stefanem Kisielewskim, na pierwsze jazzowe koncerty zabiera jego syna, Wacka – słynnego później kompozytora z duetu „Marek i Wacek”.

    Sam na pierwszy koncert jazzowy poszedł w Paryżu, w 1938 roku. Hot Club de France i zespół Duke’a Ellingtona ze Stephanem Grapellim w składzie. Podczas wojny słuchał jazzu gdzie się dało. Nawet na jeziorze, z niemieckim żołnierzem, który w każdej chwili mógł go zaaresztować. Ale nie zrobił tego, bo połączyła ich muzyka wolności.

    Gdy w 1965 roku festiwal jazzowy przenoszą do Sali Kongresowej, Tyrmand jest już daleko. Gdy wyjeżdża, w upchnięciu dokumentów w specjalnym schowku opla pomaga mu Duduś Matuszkiewicz. Ten sam, który skomponował muzykę do seriali „Stawka większa niż życie” i „Janosik” czy filmów „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” czy „Nie lubię poniedziałku”.

    W Ameryce pierwsze kroki kieruje do stolicy jazzu – Nowego Orleanu. To wtedy się orientuje, jak wiele błędów popełnił w książce „U brzegów jazzu”. Opisywane ulice wcale się nie przecinały, a niektóre miejsca miały inne nazwy, niż sądził. Ale odnajduje ten sam klimat, który zapamiętał z sopockiego festiwalu. W notatkach zapisze: „Z Ameryką i Europą is as with Dixieland and modern-jazz…”

    W latach 70. mieszka w Rockford. Ma w domu całą kolekcję płyt Louisa Armstronga. Po jednym z koncertów jazzowych w mieście, podchodzi po występie do składającego skrzypce muzyka i mówi:

    – Byłem kiedyś na pana koncercie.

    – Doprawdy?

    – 40 lat temu, w Paryżu.

    Nie wiadomo, kto jest bardziej wzruszony: Tyrmand czy Stephane Grapelli. Pewne jest jedno: w jednej sekundzie obaj mają cztery dekady mniej w metryce. 

    Ostatniego wywiadu udziela miesięcznikowi jazzowemu w styczniu 1985 roku. Paweł Brodowski, do dziś naczelny „Jazz Forum”, nie może dotrzeć do Rockford z powody śnieżycy i pozostaje im porozmawiać przez telefon.

    Lolek umiera 19 marca 1985.

    W 1992 roku ekipa telewizyjna dociera do rodziny Tyrmanda. Nastoletni syn, Matthew, w czołówce filmu dokumentalnego pt. „Zły” gra na trąbce Swanee River. Również nauczył się tylko kilku dźwięków. Dziś jest ekonomistą.

    Matthew Tyrmand, fragment filmu dokumentalnego Zły

    Kiedy pisałem biografię Tyrmanda, natknąłem się na ten wzruszający wywiad. W ramce pod tekstem padło jedno, elektryzujące mnie zdanie: „Leopold Tyrmand trafił na płytę Milesa Davisa z 1975 roku”.

    Zacząłem szukać jej, jak oszalały. Nikt nie wiedział co to za płyta, ani skąd. Bezskutecznie słałem maile do krytyków jazzowych z Ameryki. Nie wiedziałem, co dziennikarz miał na myśli, pisząc trzy dekady temu, że polski pisarz trafił na płytę króla jazzu. Co za intelektualna męka! Jak można zostawić kogoś w takiej niepewności? I co to znaczy, że Tyrmand trafił na płytę? Że jest na niej nagrany, a może, że trafił na nią, przeglądając kosz z winylami na roku 55th i 56tv Avenue?..

    Odpowiedź przyszła, kiedy książka była już niemal gotowa. Pamiętam, że odebrałem maila od nadawcy, z adresu którego wielokrotnie wracały automatyczne zwrotki. „Proszę wybaczyć ciszę (przez pół roku, sic!), miałem problemy z serwerem”. Z serwerem! Problemy dzisiejszego świata, a król jazzu przewraca się w grobie… Najistotniejsza była jednak dalsza część listu i kluczowe zdanie: „Oto ta płyta…”

    Album króla jazzu dociera do mnie dzięki Królowi Winylowi. Taką ksywę ma mój znajomy, który na czarnych krążkach zna się, jak nikt inny. Otwieram pakunek.

    Płyta pod tytułem „Dig” prezentuje na przodzie ciężki sprzęt pracujący na powierzchni kopalni. Odwracam płytę. Tracę oddech. Mdleję, przyjeżdża karetka. Nie, ciągle stoje, jak kołek i patrzę na kawałek tektury, gdzie pod zdjęciem Milesa Davisa idzie taki oto zapis:

    „(…) Jazz jest tam, gdzie go znajdziesz. Polski powieściopisarz i eseista Leopold Tyrmand, który spędził większość II wojny światowej na przymusowych robotach w Niemczech, opowiedział raz o tym, jak słyszał muzykę Benny Goodmana z patefonu na łódce. Patefon był obsługiwany przez żołnierza hitlerowskiego, który obawiał się, by nie pomyślano, iż jest amerykańskim szpiegiem lub sympatykiem. Nie bez trudności udało się Tyrmandowi zdobyć zaufanie owego żołnierza i ta dziwnie dobrana para fanów spędziła niedzielne popołudnie, zastępując się wzajemnie przy wiosłach i potajemnie delektując się Goodmanem.

    Historia musiała znaleźć swój finał. W 2016 roku zorganizowano w Sopocie festiwal „Jazz Wolności”. Imprezę otworzył Matthew Tyrmand, kończąc słowami „Let’s hear some jazz…” Później otrzymał płytę, która dziś stoi w jego mieszkaniu w należytym miejscu. Jak wykopalisko i muzyczna kometa.

    W 2018 roku mijają 62. lata od sopockiego wtrząsu. Jutro grałby Komeda.

    Skąd pisarz Leopold Tyrmand? Ze świata popkultury. Wraca po latach, przeżywając swój benefis. Rok 2020 będzie jego oficjalnym rokiem. Łotrzykowska powieść „Zły” doczekała się muralu na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Trzeba się trochę natrudzić, żeby trafić w odpowiednie wejście za budynki. Ale literatura jest tam, gdzie ją znajdziemy.

    Marcel Woźniak

  • „Leopold Tyrmand. Model do składania”

    Zanim zacząłem przygodę w branży książkowej, to znajomi, którzy sporo książek w życiu przeczytali, mówili do mnie: Szaja – drań. Nie wiedziałem, czy się obrażać, a może lepiej po prostu się uśmiechnąć, bo nie wiedziałem o co chodzi. Gdy jednak dotarło do mnie, że Leopold Tyrmand w „Złym” stworzył Szaję, oczywiście, że drania, to oczywistym się stało, że muszę to przeczytać. Potem poszło już z górki i zacząłem przeczesywać portale aukcyjne i kupować pierwsze wydania książek Tyrmanda. Zafascynował mnie świat stworzony przez tego okularnika. Teraz już mi nie przeszkadza, że ktoś mówi do mnie po nazwisku. Bo przecież Szaja, to postać wymyślona przez Tyrmanda, to duma!

    Teraz do rzeczy. Przez najbliższe dziesięć tygodni, w każdy wtorkowy wieczór (zaczynając od następnego), na smakksiazki.pl będą ukazywały się teksty Marcela Woźniaka, biografa Leopolda Tyrmanda, autora książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”. Co więcej, będą to teksty, które nigdy wcześniej się nie ukazały. Aha, przyznajcie Państwo, że zdjęcia, które ma w archiwum autor, również są kapitalne. Czego możecie się spodziewać po cyklu „Leopold Tyrmand. Model do składania”?

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    Leopold Tyrmand przemknął jak meteor przez polską scenę literacką, znikając szybko za Antlantykiem. Autor „Złego” i „Dziennika 1954” nieoczekiwanie powrócił po latach. Dziś przeżywa swój pośmiertny benefis, mieniąc się całym spektrum pisarskiego pejzażu. Zapraszam na cykl reportażowy poświęcony Lolkowi. Choć pojawią się w nim Picasso, Nixon, czy Miles Davis, Tyrmand nie będzie grzał się w ich blasku. Jego własna historia jest wystarczająco nieprawdopodobna, by obdzielić jej epizodami dziesięciu scenarzystów. Będą znikające domy i szaleni kelnerzy. Fałszywki na wojennej granicy i ucieczki z obozów. Będą podsłuchy w ścianach i spotkanie z Rockerfellerami. Wizyta w slipkach u Giedroycia i futro Agnieszki Osieckiej. Będzie zgryzota Mrożka i ostatni list Gombrowicza. Będzie też „Zły” i Orwell na kartach „Dziennika 1954”. Przed Państwem Leopold Tyrmand, polski pisarz i mozaikowa historia jego życia: model do składania.

    Marcel Woźniak, biograf Leopolda Tyrmanda. Fot: Tomasz Palacz

     

  • Szeryf nie żyje. Dziś mijają 33 lata od śmierci Leopolda Tyrmanda

    To już 33 lata. Właśnie wtedy, 19 marca 1985 roku Leopold Tyrmand zmarł na zawał serca. Jak pewnie wiecie, o autorze „Złego” można mówić i pisać dużo. Zanim oddam głos, a właściwie stronę, Marcelowi Woźniakowi, autorowi książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”, bardzo Was zachęcam żebyście sięgnęli po listy Tyrmanda i Mrożka. Jest to lektura, która wzrusza, bawi i uczy, tak w skrócie. Teraz już zostawiam Was z Marcelem, który przybliży Wam postać Leopolda Tyrmanda.

    Zmarł, jakby kula przeszyła mu serce – napisał w 1985 roku Sławomir Mrożek i było w tej metaforze coś z westernu. Z pisanej w dalekiej Ameryce historii o samotnym szeryfie, który sądził, że kurz po bitwie już opadł, gdy wtem – zza zakrętu – wychyliła się lufa colta.

    Polecieli do Fort Myers na Florydzie. Znajomi zostawili im na kilka dni dom. Był marzec 1985 roku i miały to być pierwsze po długiej przerwie wakacje Lolka, Mary Ellen i dzieciaków. Ciężko powiedzieć, kiedy w życiu Tyrmanda był przestój, ale z pewnością połowa lat 80. była bardzo intensywna. W Londynie w 1980 roku wydano Dziennik 1954, książka zrobiła spore zamieszanie. Odkopanie starych historii i kontrowersje wokół edycji tekstu (oskarżano Tyrmanda, że to apokryf) sprawiły, że ocenzurowany w 1966 roku autor Filipa znów wskoczył na orbitę zainteresowań polskiej inteligencji. Jego trafna diagnoza socjalizmu uderzała ze zdwojoną mocą: w Polsce wrzało i potrzebne były takie świadectwa, ostre jak brzytwa szpilki wbijane w aparat władzy.

    W 1981 roku został ojcem bliźniaków. Kilka miesięcy później poleciał do Chin, wytypowany przez prezydenta Reagana do delegacji wybitnych amerykańskich pisarzy. Choć pracował w małym ośrodku kulturalnym i jego walka o sprawę odbywała się gdzieś na marginesie mainstreamu, jego nazwisko było znane. W Polsce wznowiono prace nad ekranizacją Złego. Amerykańska polonia zapraszała Tyrmanda na spotkania w Chicago. Jeździł z odczytami.

    – Sytuacja polityczna zmieniała się i Tyrmanda słuchali ludzie z lewej i prawej strony – wspomina Zbigniew Stańczyk. Spotkał Leopolda na Uniwersytecie Stanforda w Paolo Alto około roku 1981. Nie przypuszczał wtedy, że kilka lat później będzie opracowywał archiwa po zmarłym pisarzu. Do Kalifornii trafił z Wrocławia. Po ogłoszeniu stanu wojennego nie mógł wrócić, bo był w Solidarności. Pod koniec lat 80. dostał pierwsze zlecenie – papiery po Tyrmandzie. W Paolo Alto został na wiele lat, niedawno wrócił do Polski. – Pamiętam, jak staliśmy tam w ciepły dzień. Był w znakomitej formie.

    W 1984 roku wybudowali nowy dom. Mary Ellen zadbała o wystrój, Leopold odświeżył nad deską kreślarską umiejętności, jakie ćwiczył w 1938 w Paryżu, na wykładach u Le Corbusiera i w pracowni Marcela Chappey’a.

    Z zapisków Tyrmanda widać, że pod koniec roku porządkował papiery. Oberwało się choćby Jackowi Woźniakowskiemu. Kreślił notatki na starych listach, notował, na kim się zawiódł, a z kim pozostał w dobrej komitywie.

    – Jesteś moim najstarszym żyjącym przyjacielem – napisze mu w liście Leopold Łabędź. Siedzieli w jednej ławce przed wojną, w warszawskim gimnazjum na Wilczej 41. Pod koniec lat 70. Łabędź opisze w „The Times” historię Tomasza Strzyżewskiego i słynnej Czarnej księgi cenzury PRL.

    Ostatnie zdjęcie Tyrmanda, to 4. urodziny dzieci. Ostatnie notatki pochodzą z początku marca. Niedługo potem przychodzi czas na urlop.

    Czwarte urodziny dzieci. Ostatnie zdjęcie Leopolda. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Fort Myers reklamowane jest, jako miejsce o najpiękniejszych na świecie zachodach Słońca. Dla Tyrmanda, pływającego podczas wojny na statkach, Słońce na horyzoncie oceanu zaszło poraz ostatni.

    Złapał się za serce i runął na ziemię. Dzieci obudziły się, nie wiedziały co się dzieje. Matka wybiegła na ulicę. Ktoś zadzwonił po pomoc.

    – To była chwila. Jeden moment, i już nie żył – wspomina Mary Ellen. W jej mieszkaniu na Brooklynie wiatr gwiżdże w grzejnikach. Mieszka na najwyższym piętrze budynku. – Mam w pamięci wyrwę. Nie pamiętam kolejnych miesięcy, ani pogrzebu. Wszystko zorganizowała moja matka.

    To dlatego pochowano go na Long Island, na żydowskiej nekropolii – tam, gdzie chowano rodzinę jego żony. Sam praktykującym Żydem nigdy nie był.

    – Miałam tylko przed oczami urwany film. Jak łapie się za to serce. Kiedy zadzwoniłam na pogotowie, zorientowałam się, że nie znam adresu. Zajmowałam się dziećmi, Leopold zorganizował wyjazd… – mówi, a jej oczy błądzą gdzieś w dalekiej przeszłości. – Mam świadomość, że on nie był tylko mój. Był pisarzem, osobą publiczną. Jego historia musi zostać opowiedziana. Więc powiedziałam to, a teraz zostanie to zapisane na wieki…

    Jej ostatnie słowa jeszcze długo pobrzmiewają echem.

    O jego amerykańskim życiu wiedziało niewielu. Gdy 16 marca 1965 przekroczył Most Przyjaźni w Cieszynie, jego ówczesna żona – Barbara Hoff – sądziła, że wróci. Pakowała mu walizki w Krakowie, w mieszkaniu Janki Iphorskiej.

    – Weź smoking, przyda ci się! – krzyczała.

    – Niczego nie potrzebuję! – emocjonował się Leopold i rozrzucał ubrania szerokim gestem. A Basia umiała pakować walizki. Potrafiła tak złożyć stos ubrań, że mieściły się do malutkiej torby. Nic dziwnego – projektowała ubrania przez pół wieku. Niedawno znów zaczełą pisać w „Przekroju”.

    Samotnik na prawicy. Archiwum Matthew Tyrmanda

    – Ja coś czułem, że on już nie wróci – miał po latach powiedzieć Ludwik Jerzy Kern. Znali się z „Przekroju”. Kiedyś, podczas składania numeru w krakowskiej redakcji, zaczęli rzucać w siebie piłką do kosza. Ta niespodziewanie spadła, rąbnęła w makietę i wszystkie czcionki rozsypały się w drobny mak.

    Kern wiedział, że Lolek nie wróci. Innego zdania była Basia.

    – Nie sądziłam, że wyjeżdżał na zawsze – dodała po półwieczu.

    Profesor Najder na pytanie o okoliczności wyjazdu Tyrmanda długo milczy, gdy pijemy w 2016 roku kawę w Batidzie na Krakowskim Przedmieściu. Pierwszego dnia w ogóle nie przyszedł, pomyliły mu się dni. Kiedy się zjawił nazajutrz i spytał „to dziś?’, przytaknąłem. Jak mogłem nie przytaknąć znawcy Josepha Conrada.

    – Mówiliśmy sobie o wszystkim, tak mi się wydawało. Tymczasem po latach okazało się, że skrywał wiele tajemnic – mówi, dopijając kawę z nieporęcznie pięknej filiżanki. Długo patrzy na rozprutą elewację Hotelu Europejskiego, którego budowla wygląda, jak u Słonimskiego w Dwóch końcach świata. – Czy to jest przyjaźń, jeśli nie mówi się sobie takich rzeczy? A on wtedy wyjechał i po prostu zniknął na zawsze. Przyjaciele tak nie robią.

    We Wniebostąpieniu Tadeusz Konwicki pisze w kilku miejscach frazę „gdyby pan Lolo nie wyjechał…” Bohaterowie co rusz go wspominają, grając na wojskowym boisku w kosza.

    Ale Lola już nie ma. 16 marca 1965 wyjeżdża w Cieszynie na Zachód. Zabiera ze sobą maszynę do pisania, papier, czekoladę, papierosy, jakieś figurki z Cepelii. Modlitewnik.

    Most Przyjaźni w Cieszynie wiele przyjaźni przerywa na zawsze. W Polsce po Tyrmandzie zostaje Zły, zaczytywany nocami, pożyczany od znajomych. Biały kruk. Bestseller. Zostaje także sława bikiniarza i „człowieka w kolorowych skarpetkach”. Cenzura i „życzliwi” przyjaciele skutecznie dbają o przykrycie wspomnień o pisarzu pijackimi anegdotami i etykietą kolorowego pajaca. Robili to już za jego życia, wystarczy zajrzeć do akt IPN-u. A w latach 70. wystarczyło skuć ściany. W mieszkaniu na Mariensztacie drugi mąż Basi Hoff wyrwał z tynku całe metry kabli z podsłuchami.

    Mało kto wiedział, że w Ameryce Tyrmand był równie sławny. Jego reportaże o Ameryce z „The New Yorker” czytywane były nie tylko w kraju – zebrane w książkowej formie przetłumaczono nawet w Tajlandii. Nie napisał nigdy wielkiej, amerykańskiej powieści, ale został cenionym publicystą. Po wydarzeniach marcowych w 1968 zrzekł się na łamach „The New York Times” polskiego obywatelstwa.

    Była w tym pewna przewrotność polsko-amerykańskiego życia człowieka, który z Polski wyjechał do Ameryki, by pisać to, co chce, a w której to Ameryce na własne życzenie usunął się ze środowisk nowojorskich, bo nie chciał iść z nimi w lewo. Bo amerykański liberalizm z europejskim miał niewiele wspólnego. Dzieciaki protestujące przeciw wojnie w Wietnamie malowały sobie na twarzach komunistyczne gwiazdy, krzycząc hasła o równości i braterstwie.

    Ostatnie notatki, 1 marca 1985. Archiwa Hoovera

    – Ludzie, ja tam byłem, w kraju komunistycznym. Tam jest inaczej, uwierzcie mi! – krzyczał.

    Uwierzono mu dopiero w Rockford. To tam dostał swoje pismo i swoją redakcję. Jak redaktor Kolanko z powieści. I nareszcie mógł pisać w zgodzie ze swoim sumieniem.

    Jest w Złym taka scena.

    Wielkich rewolwerowców cechuje przede wszystkim zimna krew – bąknął chłopak.

    – Krzysiu, a czy ty wiesz, co to jest prawo?

    – Wiem. Jest to coś, czego broni się do ostatniej kropli krwi przed zbrodniarzami. Czytałem o takim jednym szeryfie i detektywie. Ten był na medal!

    Gdy wywieszono w Warszawie klepsydry, ludzie przecierali oczy ze zdziwienia. Napisano, że 19 marca 1985 roku w Fort Myers zmarł wybitny amerykański konserwatysta, Leopold Tyrmand.

    – Ten Leopold Tyrmand? Ten liberał?

    Kolejne książki o Tyrmandzie podtrzymały mit „człowieka w kolorowych skarpetkach”. Najśmieszniejsze, że podobno wcale nie było czerwone, tylko w kratkę. Jak całe życie w Polsce.

    Dziś powoli się to zmienia. Wyszły niedawno listy Tyrmanda i Mrożka. Mało kto wiedział, że przyjaźnili się przez lata. Wcześniej ukazała się biografia. W produkcji jest film Marcina Kryształowicza Pan T., opowiadający o życiu Tyrmanda latach 50.

    Nie jest to western.

    Od autora:

    Dziś powraca. Sejm ustanowił rok 2020 oficjalnym rokiem Leopolda Tyrmanda. Czy to oznacza, że trafi też do lektur? Życzyłbym tego sobie! Bo warto Tyrmanda czytać. Jako jego biograf mam wielką nadzieję, że do jego trumny nikt nie wsadzi czegoś, czego sam do niej ze sobą nie zabrał.