Tag: Marcel Woźniak

  • Toruń jak Frankfurt nad Menem, Semczuk w mundurze, Woźniak wszystko spisuje. „Filip” Tyrmanda wkrótce na ekranach

    Toruń. Samo południe. Na gmachu banku powiewa szarfa ze swastyką. Mokry sen faszysty? Nic podobnego, to tylko ekranizacja Filipa Leopolda Tyrmanda. Ekipa przyjechała do Torunia, który odegra na ekranie rolę Frankfurtu nad Menem z okresu II wojny światowej. Plan zdjęciowy w mieście pierników, to nie lada wydarzenie. Kilka lat temu wszyscy tu żyli serialem Lekarze i skręconą kostką Magdaleny Różdżki. Jeszcze wcześniej – Rejsem Marka Piwowskiego. Na Rynku Nowomiejskim stoi z kolei katarynka – replika wózka węglowego z filmu Prawo i pięść – która co godzinę odgrywa skomponowany przez Komedę utwór Nim wstanie dzień.

    Kilka dni temu moje media społecznościowe zasypały zdjęcia rodem z kampanii wrześniowej. Niemieccy oficerowie spacerowali na nich po głównym deptaku miasta, swastyki zdobiły co drugi budynek na ulicach Szewskiej czy Łaziennej, a na kilku uliczkach stanęły zakazy wjazdu, opatrzone tabliczkami: „Nie dotyczy ekipy technicznej filmu Filip”.

    Przypomnijmy: Filip, to powieść Leopolda Tyrmanda, wydana po raz pierwszy w małym nakładzie przez Wydawnictwo Literackie w roku 1961. Autor opisuje w niej wojenne perypetie młodego Polaka, Filipa Vencela, który błąkając się po litewsko-białoruskich lasach (brzmi znajomo?), postanawia na lewych papierach wyjechać na roboty do Niemiec. Od tej pory, podając się za Francuza, pracuje jako kelner w Park Hotelu we Frankfurcie nad Menem. Jego perypetie, to z jednej strony romanse i przyjaźnie, z drugiej samotność człowieka w wojennej zawierusze.

    Tyle o fabule książki. A jaki jest szerszy kontekst? Zacznijmy od tego, co wie popkultura.

    Tyrmand napisał powieść Zły, hit lat 50., opowieść o Warszawie i bandytach, a niedługo potem wyjechał z Polski. W latach 80. w podziemiu ukazał się nieznany Dziennik 1954, opisujący zmagania z komunizmem, przyjaźnie z Herbertem czy Kisielewskim. Tyrmand pozostał ikoną stylu i elegancji, człowiekiem od jazzu i panienek (głównie za sprawą opisanego w dzienniku romansu z maturzystką), bohaterem licznych legend okołopisarskich. Wraz z rozwojem nowoczesnych mediów, popkultura skutecznie zassała mit Tyrmanda, robiąc gry miejskie, murale, wystawy, kolekcje skarpetek, komiksy. Tyrmand pozostał nazwiskiem, które wypada znać wśród inteligentów, nazwiskiem, które zaciekawia warszawiaków i nazwiskiem kojarzącym się seniorom z czasami siermięgi komunizmu. Jego książki nie trafiły do lektur ani szkolnych biogramów. Kilka lat temu popełniłem jego pierwszą, oficjalną biografię, to dzięki Tyrmandowi przecięły się moje losy z Adamem Szają ze smakksiazki.pl, rok 2020 został oficjalnie Rokiem Tyrmanda w Polsce. Dwa lata temu głośno było o filmie Pan T., będący zmienioną adaptacją Dziennika 1954, choć według oficjalnych przekazów, filmem autorskim, pozostającym bez związku z twórczością Tyrmanda. W roku pisarza, autorzy filmu trafili do kin z filmem opartym na zapisie ciężkiego życia niezależnego i genialnego twórcy, po czym powiedzieli – rzec można – że ta cała jego historia była nieważna. Ot, nic ponad inspirację.

    Leopold Tyrmand, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    A jak to było z Tyrmandem naprawdę?

    Choć Tyrmand w drugiej połowie lat 50. XX wieku był w Polsce autorem znanym i cenionym (zwłaszcza za sprawą powieści Zły), jego karierę zastopowały zapisy cenzorskie i działania Służby Bezpieczeństwa. Bezpieka zamontowała pisarzowi podsłuch, rozmieściła wokół niego siatkę TW, a uprzejmie donoszący artyści i ludzie świata kultury utrudniali Tyrmandowi życie, jak mogli (odsyłam do mojej książki Tyrmand. Pisarz o białych oczach). Tyrmanda wplątano w sprawę zabójstwo Bogdana Piaseckiego, musiał wystąpić o pozwolenie na broń i ochronę, dostawał telefony z pogróżkami. Nie pomagały mu także bardzo bliskie kontakty z ambasadą USA, skąd często dzwoniono do Tyrmanda w sprawach politycznych (jak choćby z pytaniem, jacy dziennikarze powinni zostać zaproszeni na zaprzysiężenie prezydenta Kennedy’ego). Wciąż toczyło się przeciwko niemu postępowanie za czasy wojenne (wyrok wydany na niego przez NKWD), milicja tropiła jego kontakty z półświatkiem, a na domiar złego, rozpracowywano operacyjnie także teścia pisarza, a ojca Barbary Hoff – mecenasa Tadeusza Hoffa. Wkrótce ojciec jego żony znaleziony został martwy w celi aresztu, gdzie rzekomo miał popełnić samobójstwo. Kiedy Tyrmand zaczął sprawę rozwiązywać własnymi kanałami, zjawiły się służby i zmusiły go, by o temacie zapomniał. Człowiek odpowiedzialny za sprawę dwa miesiące wcześniej zamieszany był w łudząco podobną historię: z 6. piętra kamienicy wyskoczył Henryk Holland, ojciec przyszłej reżyserki, Agnieszki. Tyrmand kilka lat później wyemigrował z kraju. Jego książki objęto zakazem druku, obowiązującym aż do roku 1989. Przez lata pojawiał się na orbicie zainteresowań naukowców, ale długo brakowało rzetelnych opracowań. W 1992 roku książkę Zły Tyrmand wydał Mariusz Urbanek. Zebrał w niej kilkadziesiąt wywiadów wokół Tyrmanda, nieco podkoloryzował i utwór uznano wkrótce za biografię pisarza. Nieco dalej poszedł Henryk Dasko, nieżyjący mąż pisarki Agaty Tuszyńskiej, który przez lata badał oryginały Dziennika 1954 oraz biografię Tyrmanda. Lecz i on nie ustrzegł się błędów. Jak to bywało z postkomunizmem po roku 1989, wiele historii pozostawało przez lata nieznanymi i mimo apeli licznych intelektualistów, szkolny kanon pozostawał niezmieniony.

    Lolek – będąc jawnym antykomunistą – skazany był na przełomie lat 50. i 60. XX wieku na skonfliktowanie nie tylko ze środowiskiem urzędników, ale także tym wydawniczym. Powieści Siedem dalekich rejsów zarzucono pornografię. O Dziennik 1954 (wywieziony na Zachód w tajnym schowku w aucie) wypytywało UB i SB. Maszynopis Życia towarzyskiego i uczuciowego okazał się wielkim skandalem w świadku literackim, ponieważ Tyrmand nie zostawiał suchej nitki na nikim, kto stykał się z komunistyczną socjetą.

    W efekcie tego, z czterech utworów, nad jakimi pracował: Dziennik 1954, Siedem dalekich rejsów, Życie towarzyskie i uczuciowe i Filip, ukazał się tylko ten ostatni, i to w bardzo małym nakładzie. Wkrótce na łamach magazynu „Twórczość” ukazały się dwie, jakże odmienne, recenzje Filipa, napisane na zamówienie Jarosława Iwaszkiewicza, szefa wszystkich szefów ówczesnej literatury. Pierwszy z tekstów, szczery i przychylny, napisał przyjaciel Tyrmanda, Stefan Kisielewski, ten, którego za kilka lat gomułkowcy omal nie zatłuką na śmierć za słowa o „dyktaturze ciemniaków”. Drugi tekst pisze krytyk, Andrzej Kijowski. To z jego recenzji przejdzie do historii określenie Tyrmanda jako „Balzaca dla gówniarzy”, powtarzane później przez lata, jak refren. Kijowski po latach żałować będzie tej napastliwej opinii, nie mogąc sobie wybaczyć, że przyczynił się do wyjazdu Tyrmanda z Polski. Kisielewski uzna zaś Filipa za najlepszy utwór w dorobku przyjaciela.

    Czytelnicy nie wiedzą ani wtedy, ani wcześniej, ani później ani perypetiach Tyrmanda w komunizmie, ani o jego konflikcie z Iwaszkiewiczem, ani o tym, co było przed wojną i podczas niej. Na przykład o tym, że Filip jest powieścią… autobiograficzną.

    W Filipie Tyrmand pominął jeden, zasadniczy szczegół: był nie tylko Polakiem ukrywającym się w lasach, ale Polakiem ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Urodzony w roku 1920 Tyrmand wychował pochodzący z ortodoksyjnej familii Tyrmandów ojciec Mieczysław (jego ojciec, a dziadek Tyrmanda, Zelman, był w radzie Synagogi im. Nożyków w Warszawie) oraz nieortodoksyjna matka, Maryla z rodziny Oliwensteinów (po śmierci ojca wzięta pod skrzydła wuja Jakóba, człowieka renesansu i… wysokiej kultury). Tyrmand, po zdaniu matury, spędził rok na studiach we Francji, gdzie nauczył się perfekcyjnie języka. Po wybuchu wojny jesienią 1939 roku, los rzucił go na Wschód, gdzie przez Brześć i Lwów dotarł do Wilna. Tam działał w konspiracyjnej organizacji Liga Wojenna Walki Zbrojnej, pracując pod przykrywką w radzieckiej gazecie. Wiosną 1941 roku został wydany i cała siatka konspiratorów wpadła w ręce NKWD. Tyrmand trafił na Łukiszki, gdzie przetrzymywano go w przepełnionym, opanowanym przez epidemię duru brzusznego więzieniu. Za przywództwo w antyradzieckiej organizacji polskiej dostał ten sam wyrok według paragrafu 58, co wszyscy. Czyli: Sybir. Pod koniec czerwca 1941 wybuchła tzw. Wielka Wojna Ojczyźniana (jak uczą w Rosji), i wkrótce wojska niemieckie (czy też nazistowskie, jak uczą w Niemczech) wkroczyły do Wilna. W trakcie bombardowania doszło do uszkodzenia trakcji i wagony – ewakuujące więźniów na Wschód – zatrzymały się, a w jednym z nich był Tyrmand. Ukrywał się początkowo u kolegi na poddaszu. Jego dawna miłość, Janka, przepędziła go spod domu, z obawy o życie swojej rodziny: na słupach i ścianach wisiały plakaty zabraniające kontaktów z Żydami. W Wilnie, podobnie, jak w Warszawie, funkcjonowało getto, z którego stłoczonych w biedzie i głodzie Żydów systematycznie wywożono – albo do obozów, albo na rozstrzelanie w Ponarach. Tyrmand ukrył się wówczas w okolicach Oszmiany, wspólnie z rodziną Klimowiczów. Na pytanie czy jest Żydem, Tyrmand miał odpowiadać:

    – Ależ skąd! Jestem… Fhancuzem!

    Na życie Polaków dybali Niemcy, Rosjanie, Rusini, szaulisi i szmalcownicy. Wkrótce administrację na tych ziemiach przejęło gestapo. Częstą praktyką było obsadzanie w urzędach polskich, przedwojennych urzędników i tak też stało się w miejscowości Cudzieniszki, gdzie trafił Tyrmand. Pomagając tamtejszemu sołtysowi szybko się zorientował, że ten dysponuje starymi blankietami dowodów osobistych. Udało mu się zdobyć taki formularz i tak wpadł na pomysł zmienienia swojej tożsamości. Ani jako Żyd, ani jako Polak nie miał tam żadnych szans na przetrwanie. Wpisawszy w blankiet, że jest pochodzącym z Warszawy Francuzem, zgłosił się na wywózkę do robót. W ten sposób, przez Moguncję, trafił do Frankfurtu nad Menem. Tam, kłamiąc gestapowcom w żywe oczy dzień w dzień, żył, jakby jutra miała nie być. Kradnący jedzenie ze spiżarni, kantujący na kartkach i sypiającymi z Niemkami polski Żyd, Leopold Tyrmand, nie uważał, że czeka go specjalna przyszłość. Był sam, z dala od rodziny, co do losów której mógł mieć już pewne podejrzenia (w Holokauście zginęła niemal cała jego rodzina; ojciec zginął na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyjechała do Izraela, gdzie dożyła później starości). Wkrótce opuścił Frankfurt i niedługo potem podjął pracę marynarza na statku Kriegsmarine, z zamiarem dopłynięcia do neutralnej Szwecji. Los rzucił do jednak do Norwegii, gdzie znów, zadenucjowany przez kogoś, trafił w ręce wroga. Tym razem nie było to NKWD a gestapo, które posłało Tyrmanda do obozu Grini, pod Oslo. Zajmował się tam m. in. rozminowywaniem pól…

    Reszty biografii opowiadać nie będę, ale ogólny kontekst został już zarysowany. Tyrmand po wojnie zaczyna nowe, samotne życie. Nikomu nie mówi o wojennej przeszłości, ani o żydowskiej rodzinie, ani o NKWD (i wciąż wiszącym na nim wyroku), ani o gestapo. W powieści Filip zmienia personalia bohatera na litewsko brzmiące Filip Vencel. Przyjacielem bohatera jest Holender imieniem Piotruś (zdjęcie poniżej).

    Lolek i Piotruś, rok 1975. Byli kelnerzy w oku cyklonu. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Mija pół wieku. Powstaje pierwsza, a potem kolejna książka mojego autorstwa poświęcona życiu Tyrmanda. W archiwach w Kalifornii trafiam na oryginalny dowód osobisty Tyrmanda, w którym podaje się za Francuza (zdjęcie poniżej). Jest także czek na 200 dolarów wysłany do Amsterdamu pod koniec roku 1960, do Pitera von Diggele: Tyrmand dzieli się swoim honorarium za Filipa z książkowym Piotrusiem. W Bonn i Toronto udaje mi się skontaktować z potomkami rodzin, które ukrywały się z Tyrmandem. W archiwach KGB w Wilnie czytam dokumenty z postępowania przeciwko Tyrmandowi, udaje się także odnaleźć dom, w którym mieszkał. We Frankfurcie nad Menem wciąż stoi i działa Park Hotel. Kiedy opowiadam recepcjonistce historię Tyrmanda, wybucha śmiechem. Też pochodzi z Francji, ale uczy się niemieckiego. Mikołaj Wolski z IPN opisuje ze szczegółami, w jaki sposób niszczono Tyrmanda. Reportażystka Joanna Siedlecka śledzi zapisy cenzorów, a profesor Dariusz Pachocki z KUL-u analizuje, w jaki sposób wydawnictwa zmieniały treść książek Tyrmanda. W 2020 roku wydaję książkę Tyrmand. Pisarz o białych oczach, w której całą tę historię opisuję. Moja historia z Tyrmandem rozpoczęła się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wybucham i ja śmiechem, kiedy vis a vis mojego wydziału widzę tabliczkę: „Nie dotyczy ekipy technicznej filmu Filip”. Myślałem, że szczytem przypadku będzie mieszkanie studenckie, w którym kilkadziesiąt lat przede mną mieszkał… Zbigniew Herbert.

    Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera

    Tym razem film powstaje zgodnie ze sztuką i w porozumieniu na temat praw autorskich ze spadkobiercami. Producentem jest Michał Kwieciński i Akson Studio (Katyń, Wałęsa, Miasto 44), a produkcja powstaje na zlecenie TVP (tak!). Jak podają autorzy, Filip z grubsza pokrywa się z tematem książki, przy czym tytułowy bohater nie trafia do Frankfurtu z Litwy, a z… warszawskiego getta (licencia poetica!). Piszę o tym na wypadek porównań filmu do książki….

    W rolę główną wciela się Eryk Kulm, na planie pojawili się także Robert Więckiewicz i Hanna Śleszyńska. Jako statysta w filmie pojawi się także… pisarz Przemek Semczuk.

    Przemysław Semczuk na planie filmu „Filip”

    – Zaproponowałem synowi, żebyśmy zgłosili się do filmu – powiedział mi Przemek – mieli trochę wspólnej zabawy. Skończyło się na tym, że to jednak mnie przypadło parę dni zdjęciowych więcej. Jestem niemal pewien, że w filmie pojawi się moja lewa noga. Nie wiem, jak z prawą…

    Jeśli chcecie zobaczyć, jak autor Wampira z Zagłębia wypadł w filmowym kostiumie, odsyłamy na jego Instagram [instagram.com/psemczuk].

    Kiedy kończyłem pisać niniejszy tekst, niespodziewanie otrzymałem telefon z produkcji, z zaproszeniem na plan. Reżyser Michał Kwieciński zaprosił do swojej reżyserki, by pokazać surówkę nakręconego materiału. Ujęcia oglądamy na dużym monitorze, upchniętym w korytarzu jednej z kamienic.

    – Eryk Kulm dostał rolę bez castingu – mówi Michał. – Od razu wiedziałem, że to on ma grać. I jak podobają się ujęcia? – pyta mnie i moją małżonkę.

    – Najważniejsze, jak tobie się podoba! – odpowiadamy. – Podoba się?

    – Jakby się nie podobało, to bym tego nie robił – mówi z uśmiechem i żegna się szybko. Zaraz ruszają zdjęcia nocne.

    Kadr z filmu, w roli głównej Eryk Kulm

    Filip ma 42 dni zdjęciowe. To sporo. Michał Kwieciński o film starał się blisko dziesięć lat. Wszystko jest przemyślane na pierwszym, drugim i trzecim planie, widać dużo granych mastershotów. Wybudowano specjalną scenografię z wnętrzami i kuchnią Park Hotelu. Na jednej ze scen z tytułowym bohaterem ściska mi gardło, mimo że oglądamy po prostu take z taśmy, jeden z wielu dubli nieudźwiękowionej i niepokolorowanej sceny. Wcale się nie silę na obiektywizm. Nie chcę. Bo widzę Filipa Leopolda Tyrmanda na ekranie i cieszę się, jak dziecko.

    Na premierę będę czekał z niecierpliwością. Cieszę się przy tym, że ścieżki literatury i filmu znów się przecięły, i to nie tylko na czerwonym dywanie.

    Więcej fotografii z planu tutaj

    Marcel Woźniak

  • Podsłuchana rozmowa w pociągu inspiracją do napisania „Złego”?

    O „Złym” napisano już wiele, a jeszcze więcej powiedziano. Powoli kończy się rok Leopolda Tyrmanda, ale to nie znaczy, że ten pisarz zniknie z przestrzeni medialnej. Mam wrażenie, że zainteresowanie „Lolkiem” oraz jego twórczością wzrasta, do czego przyczynia się w dużym stopniu jego biograf, czyli Marcel Woźniak. Przed chwilą ukazała się jego najnowsza książka „Tyrmand. Pisarz o białych oczach”. Na tle katowickiego Spodka Marcel opowiada o tym, że pomysł na złego mógł narodzić się właśnie na Śląsku. Jak do tego doszło? Obejrzyjcie.

  • 16 maja 1920 roku urodził się Leopold Tyrmand. Przedpremierowy fragment książki o „Lolku”

    Urodził się dokładnie sto lat temu w Warszawie. Miłośnik jazzu, autor „Złego”, człowiek w kolorowych skarpetkach. Jeszcze w tym roku, roku Leopolda Tyrmanda, ukaże się nowa książka Marcela Woźniaka o„Lolku”. Jej tytuł zostanie ujawniony wkrótce, ale dziś, w dzień urodzin wybitnego pisarza, możecie przeczytać fragment. Zachęcam też do obejrzenia mojej rozmowy z Marcelem, którą nagraliśmy w Darłowie. Miejscu, w którym toczy się akcja „Siedmiu dalekich rejsów”. Żeby ją zobaczyć, kliknijcie po prostu tutaj. 

     

    3 października. Brooklyn. Mary Ellen nic się nie zmieniła. Elegancka, szczupła, o wielkich ciemnozielonych oczach.

    Wzięłam Mr. Magica do wyczyszczenia płyty. Widziałam zdjęcia z cmentarza i coś chyba na tej płycie rośnie.

    Mary Ellen przygotowała notatki ze wskazówkami, dokąd jechać i jak znaleźć grób.

    Tu jest dokładnie napisane, Rebeko – mówi do córki.

    Mamo, teraz uważaj, coś ci pokażę. To jest nawigacja GPS, która – mówi wklepując adres – doprowadzi nas – poprawia literówkę – na miejsce!

    Dotrzesz do celu – podaje nawigacja – za 1 godzinę i 34 minuty.

    Widzisz, mamo?

    It’s wonderful! – mówi Mary Ellen. – A skąd będziesz wiedziała, gdzie skręcić?

    Mamo, to jest właśnie najlepsze! – mówi, uśmiechając się do nas. – On mi wszystko podpowie!

    To wspaniałe!

    Dzielnicę zamieszkują ortodoksyjni Żydzi, Mary Ellen nie jest praktykująca. Ale mieszkała tu jako dziecko i wróciła tu, kiedy minęła jej młodość.

    Na cmentarzu Westwood na Long Island jesteśmy po godzinie.

    *

    3 października 2019. Long Island. Niemiłosierny skwar i rozległe, niekończące się zielone pola z rozsypanymi płytami nagrobnymi.

    Alejka trzydziesta.

    Skwar leje się z nieba. Powietrze naładowane jest iskrami, każdy wdech to jak łykanie łyżki podgrzanej mazi.

    Pytamy sympatycznego kierowcę kosiarki o lokalizację kwatery. Antonio ma latynoskie rysy, jest bardzo uczynny.

    Wy czekacie, ja jadę – mówi, po czym rusza swoim pojazdem jak bohater Prostej historii.

    Zawrotna prędkość pojazdu sprawia, że ten jakby wcale się nie oddalał. Po dziesięciu minutach kierowca zawraca na końcu alejki i skręca nieopodal wysepki drzew. Kiedy chcemy ruszyć w jego stronę, macha, żebyśmy zostali tam, gdzie stoimy. Wreszcie wraca do nas.

    Tak, to tam.

    Uśmiechamy się, dziękujemy i ruszamy. Biorę od Mary Ellen siatkę z chemikaliami i rękawicami gumowymi.

    Nie musisz tego robić – mówi Rebecca.

    Jesteśmy na miejscu. To grób rodzinny. Od lewej ciągną się jasne płyty z wyrytymi imionami członków rodziny Foxów.

    Nie byłyśmy tu ponad dwadziescia lat! – mówi Mary Ellen.

    Tak, od pogrzebu wujka Alviego.

    He was so lovely man.

    Trzecia od końca płyta z prawej to kamień Leopolda Tyrmanda.

    Kiedy dochodzę do niej, coś ściska mi gardło. Trochę wzruszenie, a trochę sens tego wszystkiego zmieniają gwałtownie mieszankę we krwi, wrzucając do krwiobiegu trochę adrenaliny, a trochę oksytocyn. Przybycie w to miejsce jest symboliczne.

    Tu leży Leopold Tyrmand. Autor Złego. Chłopak z Trębackiej. Były jeniec. Imciarz skaczący z drzew. Tygodniak, przyjaciel Kisiela. Liberał, konserwatysta. Apostoł jazzu. Ojciec, mąż. Wszyscy razem leżą pod tym kamieniem, na którym napis mówi:

    Leopold Tyrmand

    BELOVED HUSBAND

    DEVOTED FATHER

    MAY 16, 1920

    MAR 19, 1985

    IN THY LIGHT

    DO WE SEE LIGHT

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Mary Ellen kładzie na jego płycie zebrane z ziemi kamienie. To zwyczaj jeszcze z czasów biblijnych – skały miały chronić miejsce pochówku przed hienami, a kapłanów przed płynącą ze śmierci nieczystością. Tu jest to jednak zastosowane tylko symbolicznie. Dlatego też kwiaty, uważane niegdyś za symbol pogański, nikogo tu nie rażą.

    Kładzie je Rebecca.

    Mary Ellen zaczyna czyścić płytę, którą porasta mech, Agnieszka bierze od niej gąbkę.

    Świetnie, powoli schodzi – mówi Mary Ellen.

    Chyba już jest okej, chyba wystarczy – przekonuje Rebecca.

    Cały czas trzyma torebkę. Choć uśmiecha się, jest przejęta najbardziej z nas wszystkich. Nie pojechali z Matthew na pogrzeb, bo byli za mali.

    Mary Ellen wyciąga z torebki kartki, wręcza nam po jednej.

    A teraz – mówi – chciałabym, żebyśmy coś przeczytali. Poprosiłam sąsiadkę, Żydówkę, żeby przygotowała mi kilka rzeczy. Jest lesbijką, wspaniała kobieta. To tekst z hebrajskiego.

    Staje przed płytą nagrobną Tyrmanda i zaczyna czytać. Najpierw po hebrajsku, fonetycznie. Potem po angielsku. Ostatnie zdanie każdego wersu powtarzamy we czwórkę:

    In the rising of the sun and in its going down, we remember him

    In the blowing of the wind and in the chill of winter, we remember him

    In the opening of buds and in the rebirth of spring, we remember him

    In the blueness of the sky and in the warmth of summer, we remember him

    When we have achievements that are based on his, we remember him

    So long as we live, he too shall live because he is a part of us –

    We remember him

    Zbieramy się do drogi powrotnej. Rozglądam się jeszcze raz po okolicy. Tysiące płyt, pomiędzy nimi równo skoszona trawa. Gdzieś w oddali słychać kosiarkę pana Antonia. Temperatura – nieznośna. Patrzę ostatni raz na płytę. Dotykam jej – parzy.

    W głowie kołacze mi pytanie: „Czy tak miało być, Lolek? Miałeś umrzeć w wieku 65 lat gdzieś na Florydzie, spocząć z dala od Polski i z dala od domu, każdego, który miałeś? Tu, na Long Island? Czy zdążyłeś przed śmiercią odszukać swoje przeznaczenie?”.

  • „Przyszły rok będzie pośmiertnym benefisem Tyrmanda”. Rozmowa z biografem pisarza, Marcelem Woźniakiem

    „W Darłowie, przed małym dworcem w stylu pruskiej prowincji, kończyła się kariera pociągu. Krótkiego pociągu o starych, rozklekotanych wagonach”. Tak rozpoczyna się „Siedem dalekich rejsów” Leopolda Tyrmanda. Piszę o tym dlatego, że właśnie w Darłowie porozmawiałem z Marcelem Woźniakiem, biografem „Lolka”. O czym? Ano o tym, że rok 2020 będzie poświęcony właśnie Tyrmandowi. Autor książki „Moja śmierć  będzie taka, jak moje życie” opowiedział też o tym, dlaczego zapanowała moda na autora „Złego”, jak to się stało, że znów zachwycamy się twórczością faceta w kolorowych skarpetkach? A może nie znów, tylko dopiero teraz Tyrmand ma swoje pięć minut sławy? Niech Was nie zmyli pogoda, bo rozmawialiśmy w lipcu 🙂

     

     

  • #Tyrmand

    Co pisaliby na instagramie dawni pisarze? O czym – pomijając oczywistość postępu technologicznego – klikałby w swoich czasach Tyrmand? O tym czy wgląd w pisarskie śniadania zmienia nasz pogląd na mityczne „pisarskie życie”, opowiada Marcel Woźniak.

    Tego dnia lekko wieje. Jest 18 marca 2019 roku i jest zimno, ale tylko na zewnątrz. Pisarze – jak wiadomo – skrywają się we wnętrzach przytulnych kawiarni. Jeden z nich właśnie tam, na miękkiej kanapie, postanawia napisać teskt w przededniu 34. rocznicy śmierci Leopolda Tyrmanda. Jaką obierze taktykę? Będzie popularnonaukowo czy może da coś o siebie? #coffeetime #warszawa

    Przez prawe ramię widzę Plac Trzech Krzyży. Nie jest to moje ramię, a pana na sąsiedniej kanapie. Zagarnia ją i – przy okazji – mój widok naplacowy, oferując w sytuacyjnym barterze woń hugo boss.

    Najważniejsze jest jednak odpowiednie miejsce akcji: właśnie tam, za oknem, rozpoczyna się akcja tyrmandowego Złego, tędy szusuje autobiograf w Dzienniku 1954. Tu – obok Teatru IMKA – jest Pasaż Tyrmanda, mural ze „Złym”, tablica na domu obok Studia BUFFO. Teraz wyobrażam sobie stukot pisarskiej maszyny, Tyrmanda spacerujące gdzieś w okolicach kościoła Świętego Aleksandra. Odpalam komputer. Ma rozbudowaną baterią, można pracować cały dzień. Jeśli się rozładuje, w pogotowiu czekają telefon z podpórką, bezprzewodowa klawiatura, powerbank. W dawnych czasach literaci mieli utrudnione zadanie. Chociażby ctrl+F – nie działało. Jest też kubek termiczny na kawę. Tyrmand pijał czarną, o ile w ogóle miał kawę. W obozie na przykład, w Norwegii, gotował zupę na wygrzebanych ze śmietnika ościach. #foodporn #dipis

    Mural ze Złym na Placu Trzech Krzyży, fot: Marcel Woźniak

    Teraz zastanawiam się, jak zacząć. Jak opisać tę supremację znaczeń nad faktami, zwycięstwo wizerunku nad tym, co naprawdę przymykają pod sobą pisarskie powieki. Myślę, co przetrwało z tyrmandowej aury, ile w nim było prawdy, a ile przeciekło przez sitko cenzury i historii. Autor bestsellera, mistrz ubioru i król sytuacji, guru jazzmanów, antykomunista. Podszewkę pisarskiego płaszcza opisał wDzienniku 1954, ale zarzucano mu autokreację. W roku 2019 jest to zarzut równy wobec nas wszystkich. #influence

    Myślę chwilę nad formą. Legendą obrósł Zły – książka wciąż jest na topce, a rok 2020 ma być w Polsce oficjalnie rokiem Tyrmanda. Jak to opisać? Walnąć popularnonaukowo czy z wątroby? Po prawdzie myślę, że Szaja i tak puści, w końcu rocznica. #szaja #smakksiazki

    Trochę się boję, że dziś człowiek w centrum, to norma. Ale nie taki człowiek witruwiański, tylko człowiek–algorytm. Że książki dogoniły trend zapoczątkowany przez Coca–Colę: by docierać przez emocje. Sądziłem, że to domena tylko kultury popularnej, ale patrząc na rankingi… Wiemy, że dziś nikt nie powie głośno: „w popie jest pewne niebezpieczeństwo, kryjcie się, to Gargamel!” Bo pop napędza sprzedaż, empikowe gale i zasięgi. Wydawcy naginają się na popularne tytuły, książki dostają okładki z plakatem filmowej ekranizacji i aktorami wcielającymi się w bohaterów, których dopiero miałem sobie dowyobrazić. „Nie trzeba, Truman, wszystko już dowyobrażono!” Nawet znajomy pisarz stwierdził niedawno, że „swojego sierściucha toleruje tylko przez jego zasięgi na instagramie”. Ostatecznie, wszystko się kręci. Tyrmand napisał kiedyś: „życie przypomina gówno na kole – raz jest na górze, a raz na dole”. #fame #cat #smellycat

    To samo miałem przy książce Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Chciałem napisać o nim szczery, prawdziwy tekst. Siebie usunąłem w cień, nawet tam, gdzie relacjonuję spotkanie Matthew i Rebeccą Tyrmandami, piszę bezosobowo. Nie wiedziałem czy biografowie tak robią, bo wszystkie inne biografie wpakowałem do kartonów i schowałem w piwnicy. Potem rozmawiałem z Przemkiem Semczukiem, tym, co „przyjaźni się” z seryjnymi zabójcami. Mówił, że uczestnictwo, to sól reportażu, że w pierwszej osobie zabierasz czytelników do środka. To samo Mariusz Szczygieł. Kiedy staliśmy na stoisku w Krakowie, przewertował przy mnie książkę Nie mai pokazał narracyjne sztuczki. Poczułem wrzenie pod czaszką. Czyli może jednak trzeba było inaczej? #inspiration #biopic

    Trębacka 5 – tu Tyrmandowie mieszkali przed wojną. Fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Przerwa w pisaniu. Dzwoni Szaja, że „na spokojnie, tekst na popołudnie”. Mamy się spotkać za kilka dni w Toruniu, ma przelotkę na targi w Gdańsku. Po prawdzie, muszę w końcu zapisać jego numer. Szczerze, po prostu zapominam! Wybacz, Adam, ale… #nieogarniam! A Tyrmand miał tylko stacjonarny i notes z numerami przy aparacie. Kiedy ktoś nie przychodził na umówione spotkanie, to skreślał jego nazwisko. #friends #celebra

    Forma tekstu się krystalizuje. Chajzer napisał dziś na Facebooku, że poprowadzi show Big Brothera. Wciąż lubimy podglądać? Sam nie wiem. Myślę o tym, w jakie narracje dziś wchodzimy i na ilu płaszczyznach. Na ubiegłorocznym festiwalu Granda poznałem Marcina Wrońskiego. Rozmowa szła na temat przyszłości gatunku. Gdy spytałem, w co przeewoluuje kryminał, odparł, że „będzie czymś innym, jakimś nowym otwarciem”. #orwell #innowacja

    Za radą Semczuka zabieram czytelników do środka. Mamy XXI wiek, może tak trzeba?

    Tyrmand podczytywał dzienniki Prousta i Tajemnice Paryża w czytelni na ulicy Niecałej. Jako dzieciak zaczytywał się we „Wiadomościach Literackich”. Na studia w Paryżu dostał się jednak nie dzięki pisaniu, a genialnym rysunkom. Dorabiał długo, jako dziennikarz. Pierwszą powieść wydał dopiero w wieku 35 lat i był to Zły. Mówili mu zawsze, że jest zdolnym dziennikarzem i się nie przeliczył. Pierwsza książka okazała się bestsellerem. #złyRLZ #debiut #wydawnictwoczytelnik

    Cofnijmy się do roku 2015. Miałem lat 31 i kilka lat w zawodzie dziennikarza za sobą. Pomysł biografii podsunął mi Bartek Janiszewski, który walczył podówczas z książką o Grzesiuku (Król życia).#ferajnaUsłuchałem go i z wydawcą dogadałem się w trymiga. „Jak zacząć?” – myślałem. #umowaO książce nie powiedziałem prawie nikomu i dłubałem ją długimi wieczorami, jak krzywe freski. Pisanie kosztowało dużo pokory wobec słowa. By tekst oddać na czas, zarwałem ostatnie kilkanaście nocy i odsprzedałem bilety na Polska–Niemcy na Euro 2016.#euro2016 #FIFA #nawałka Sądziłem, że jeśli nie wyrobię się przed terminem, biologicznie rzecz ujmując umrę. Stało się to dopiero, kiedy oddałem tekst, pisząc ostatnią partię od 6 rano w niedzielę do 11 w dzień w poniedziałek. Kawę zastąpiła adrenalina, gdy o 4 rano microsoft office wywalił plik i było blisko utraty 30 stron rozdziału. Po wysłaniu maszynopisu spałem dobę. Obudził mnie dźwięk Gmaila, pisał wydawca: „wszystko świetnie, ale zamiast pdf–a ze zdjęciami, poprosimy plik tekstowy bez fotografii”. Miałem wrażenie, że dostanę zaraz udaru. Kiedy się już wyspałem, a wydawca powiedział, że „dobra robota”, zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. #warsztat #storytelling

    Pisząc książkę o Tyrmandzie, przewertowałem tony notatek i zapisków. Czymś, co przyszło do mnie z zaskoczenia, była bliskość czyjegoś, pisarskiego życia, gdy, jak w soczewce, zobaczyłem zmaganie tego faceta z losem. Walkę o swoje teksty i wyrywanie kawałka tortu, choć nie za wszelką cenę. Jego pierwsze artykuły sportowe. Nieudane wiersze spisane we Frankfurcie i powrót do Frankfurtu na łamach Filipa.Złegoz kolorytem Warszawy, którą kochał. Dziennik 1954, napisany w duchu orwellowskiego Roku 1984. Odwrót od obiecującego homary i dolary nowojorskiego establishmentu. Walkę o epikureizm w swojej publicystyce. W archiwach po Tyrmandzie są setki, tysiące tekstów. Codziennie wstawał o 6 rano i pisał, redagował, pisał i redagował – mimo, że Ameryka za zielone czeki chciała coś w zamian. Polityczną lojalność, którą odrzucił. #usa #fromherotozero Dbał o wizerunek, jedna z moich rozmówczyń nazywała go 'arbitrum eleganciarium’, ale na instragramie nie miałby zasięgów. Jego marynarka, koszula i skarpetki nie były bowiem facebookowym wcieleniem ani diariuszem przemian na talerzu. Ubierał się dla własnego poczucia godności.#fashion #ciuchy #różyc #bikiniarze #dżolerBywał, a i owszem, ale nie oznaczał się w postach, a jedynie zbierał skrzętnie bileciki i zaproszenia, potem gryzdał na nich notatki, sporo z nich przetrwało pół wieku w tyrmandowych pudłach.#notebook #dyletant Branża? Przyjaźnił się z pisarzami, z tymi, których szanował. Wielu przychodziło z nieetycznymi propozycjami, tłumaczyli się z życiowych wyborów, ich czoło pokrywał pot. Jest piękna scena w Dzienniku 1954,gdy siedzi na kolacji u Koźniewskich. I ci mówią mu, że chyba nie jest mu tak źle w tej komunie: ma koszulę przecież, marynarkę, coś tam pisze… W rzeczywistości wykrawał materiał z pleców koszuli i dosztukowywał u krawca kołnierzyk. Ubranie wciąż wyglądało, jak nowe, mimo, że dziura na plecach rosła. Gdyby Lolek miał w połowie lat 50. jakiś lemowski opton czy inny teleekran, napisałby na Facebooku, że „taka sytuacja”. #takasytuacja#tyrmand #prl #bida.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Podobnie Herbert. W latach 50. dorabia jako chronometrażysta w spółdzielni produkującej… budziki. #poezja#toughlife #pancogito

    Konwicki działa w zespole filmowym. Z Tyrmandem obaj wstają o świcie, piszą do 10, potem spotykają się na kawę, dyskutują o sztuce.#wniebowstapienie Są literatami, zgodnie ze słownikową definicją. Obaj pisywali sportowe kolumny, obaj do starości oglądać będą w telewizji tenisowe mecze, bo tylka ta dyscyplina przywoła im w pamięci olimpizm i ducha fair play. Piszą reportaże i scenariusze filmowe. To Konwicki pomaga Lolkowi w realizacji Naprawdę wczoraj, główne role zagrają Tyszkiewicz i Łapicki. #cinemagram

    Tyrmand albo Konwicki wiedzieli, że piszą, by ich czytano. Nie wiedzieli, co przyniesie przyszłość, tak, jak Baczyński nie wiedział czy wojna się skończy, a Tyrmand – czy komuna w Polsce upadnie. Pisali, bo tak im podpowiadało serce. Nie roili sobie nadziei, że kiedyś ktoś się dowie, jak to było naprawdę, a wtedy ich uhonoruje, nazwie ich imieniem jakiś pasaż czy ulicę. Nie liczyli na to – i na tym właśnie ich pisarskie życie polegało. Nie dzielili się swoją niedolą w trybie live. Żyli z tą niedolą, starali się ją akceptować i ubogacać nią duszę swoją oraz te czytelnicze. Była to, w gruncie rzeczy, bardzo samotna droga. Pozostawały tylko maszyny do pisania, cholernie ciężkie i bez baterii. Albo notesy i pióra, bez powerbanków. #reallife

    Leopold Tyrmand zmarł 19 marca 1985 roku w nieswoim domu, w Fort Myers na Florydzie. Złapał się za serce i runął na ziemię jak długi. Kilka lat później jego syn przechadzał się po Central Parku i zobaczył na straganie książkę ze swoim nazwiskiem. Był to Zły.#deathatflorida

    Badanie życia pisarza skłoniło mnie do zostania pisarzem. A jak zostać pisarzem?

    Po pierwsze, pisania nauczyć się trzeba tak, jak chodzenia. To drugie następuje mniej więcej po roku, a pisanie?.. Są podręczniki, które obiecują stworzenie książki w miesiąc. Ciasto z paczki też można wypiec w kwadrans, posypać brokatem i podać na złotej paterze… Pisarstwo nie obiecuje niczego, prócz bólu. Serca, wątroby lub mózgu – zależnie od usytuowania najwrażliwszych na egzystencję ośrodków nerwowych. I żadna aktywność na instagramie tego bólu nie uśpi. #nopainnogame

    Po drugie, życie pisarza nie jest usłane różami, a rachunkami, które wpycha pod drzwi nieprzychylny, niepisarski świat. Nikt pisarzowi nie powie, jak negocjować, jak niepodpalać się gonitwą, w którą wrzucają go społecznościowe media i wydawcy. „Czy da pan radę cztery książki w roku?”, pytają. Ale dlaczego miałbym „dać radę”? Dlaczego rzecz rozchodzi się wokół dawania rady, a nie dawania światu możliwie najlepszych, książkowych wypieków? Wokół pisarza wciąż toczy się wydawnicza gonitwa. Na rynek wchodzą nowi pisarze, wychodzą nowe książki. Gdzie wydać, kiedy wydać? Sami pisarze nawet mają problem z rozróżnieniem, co jest prawdą, a co nie. Siedzieliśmy swego czasu z Robertem Małeckim, dzieląc się swoimi perypetiami, aż w końcu obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

      • Żartujesz? – mówił. – U mnie było jeszcze gorzej!

      • Nieprawda, u mnie! – przekonywałem.

    Słupki, zasięgi, promocje, opinie, recenzje. Żeby wejść w rynek, trzeba wiedzieć dużo więcej, niż kiedyś. Brać na klatę, nie marudzić, przetrzymać. Nie wystarczy talent i miłość do książek. Choć bardzo bym chciał, żeby tak było. Nie obraziłbym się za powrót do czasów terkoczących maszyn do pisania. #publishers #share

    Po trzecie, życie pisarza nie polega na kawie z pianką każdego dnia, choć zasięgi to lubią. To raczej prokrastynacja, znana większości z nas albo desperacka próba wyrwania się z zaklętego kręgu domowizmy. Zaliczyłem wszystkie kawiarnie w moim Toruniu i wiem, że nie ma lepszego miejsca, niż biblioteka albo dom. Dom z wysłużonym fotelem, na którym napisałem trzy książki. Oparcie się siepie, kot zostawia kłaki. Na parapecie po roku hibernacji zakwitł nam hiacynt. Jest bliższy mojemu sercu, niż kwiaty ze wszystkich kawiarni świata. #workplace

    Po czwartek, życie pisarza nie polega też na ciągnięciu rozmów na Facebooku, bo nie z ich powodu pisarz jest pisarzem, choć bardzo to lubi robić, bo nie musi wtedy pisać. Ci, co ich stać, mają swoich ludzi od social mediów, ale się do tego nie przyznają. Czemu nie piszemy do swojego fryzjera czy hydraulika. Powinniśmy! Jestem przekonany, że ci majstrzy mają o wiele więcej do powiedzenia o życiu, niż niejeden z nas. Oni znają sól życia! #lifeislife

    Pasaż Tyrmanda w Warszawie, fot: Marcel Woźniak

    Miało być o Tyrmandzie, a zrobiłem jak Kapuściński. Był w tym jednak pewien trick. Czy gdyby dziś konta w mediach społecznościowych miał Leopold Tyrmand, wrzucałby zdjęcie z Kawiarni u Literatów, oznaczając na fotce Konwickiego i Herberta? #writerslife

    W ich czasach pisarskie życie wpozostało niedostępne dla czytelników. Był zatem nimb wielkiej pani autor i pana autora, obiektów szacunku i westchnień. I był też samotny pan autor i pani autorka klepiący biedę, kruszący ostatne suchary na stosie niesprzedanch rękopisów. Pisarskie życie objawiało się więc po prostu w obranej przez pisarza drodze. Ta droga nie skadała obietnic, prócz tej jednej, że będzie się przed pisarzem wiła i spływała atramentem. Widać to bardzo na łamach Dziennika 1954.#journey #pisanie #dziennik1954

    Siedzę dziś w tej kawiarni z premedytacją, za oknem już pociemniało, sąsiad z wielkim łokciem zniknął. Chciałem patrzeć na Plac Trzech Krzyży i myśleć o Tyrmandzie, wyobrażać sobie, że przechodzi za oknem. Co by powiedział na darmowe wifi? #hotspot

    Przed wyjściem, wyjmuję z plecaka biografię Tyrmanda i piszę dedykację dla tych, którzy tu kiedyś wejdą i usiądą nad kawą z pianką. W środku jest wskazówka, jak trafić do Pasażu Tyrmanda i czemu Plac Trzech Krzyży. Obsługa lokalu jest zaskoczona. Dodaję pytanie o media społecznościowe, może jakiś pościk… Niestety, fanpage idzie centralnie, to sieciówka. Zostawiam książkę na półce.#nerocoffee #plactrzechkrzyzy

    Szaja dzwoni. Obejrzał nagranie z kawiarni, wrzuci zapowiedź na Facebooka. Żaden z nas nie jest kotem akceptowanym za robienie zasięgów, ale jaramy się książkami. #PR

    Do Torunia dojeżdżam o 23:01.

    Co tak patrzysz? – pyta moja narzeczona, gdy od pół godziny wlampiam się bez ruchu w ekran.

    A wiesz, chciałem mieć taki pisarski look. Ja, zamyślony nad książką…

    Acha, acha. Myślałam, że po–pro-stu myślisz nad czymś, niepisarsko – mówi z uroczą kpiną. – Teraz mam pełen obraz.

    Śmiejemy się chwilę. Bliskie osoby najlepiej wiedzą, jak się żyje z pisarką czy pisarzem. Mają też wpływ na jego głowę, temperują go. Mogłyby powiedzieć „wziąłbyś się do jakiejś roboty”. Ale zamiast tego wspierają i wierzą. Jak czytelnicy, tylko, że bardziej. No i czytają, jako pierwsi.#koszmar #misery

    Idę ze śmieciami. Po napisaniu tego zdania nie wierzę, że napisałem je w felietonie. No więc, śmietnik. Ostatni łyk powietrza przed powrotem nad klawiaturę. Mam opowiadanie do wykończenia. A może ono ma mnie?..

    Wracam. Siadam. Już 19 marca, rocznica śmierci Lolka. Jego syn, Matthew, przesłał pozdrowienia z plaży na Florydzie. Fort Myers jest niedaleko stamtąd.

    Kawa grzeje się w termicznym kubku. Dysk szumi. Hiacynt rośnie. Kot przejmuje kontrolę nad światem. Jeszcze tysiąc znaków i spać, jeszcze tylko jeden trup na kartce. Żeby być pisarzem bowiem – jak mówi mistrz Stephen King – trzeba czytać i pisać. Tylko czemu doba jest tak krótka? #read #write

    #autor

  • Jestem Matthew, syn Leopolda Tyrmanda

    Gdy pisałem biografię Leopolda Tyrmanda, cały czs powtarzał: pisz jak było. Przed państwem Matthew, syn Leopolda, który najwięcej o ojcu dowiedział się z Dziennika 1954.

    Znaleźliśmy się na Facebooku w 2008 roku. Czytałem wtedy Złego, gdy Matt mignął mi w sieci.

    – Hej. Jestem wielkim fanem książek twojego ojca – napisałem.

    – To wspaniale! – odpisał.

    Nie przypuszczałem wtedy, że osiem lat później będziemy w zaśnieżonym Nowym Jorku wertować papiery jego ojca. Gdy powstawała książka Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie, zawsze był pomocny. Nic dziwnego – to dzięki jego aktywności wznowiono książki i uregulowano kwestię zagranicznych wydań. Trochę bałem się jednak tej zażyłości – bo co, jeśli znajdę coś niewygodnego w historii Leopolda?

    – Pisz, jak było – odparł bez wahania.

    W dwa lata od wydania książki, zgodził się na szybką rozmowę dla smakksiazki.pl.

    Marcel Woźniak: Kiedy się zorientowałeś, że twój ojciec, no wiesz, był znanym gościem?

    Matthew Tyrmand: Miałem wtedy z 10 lat, chodziłem do czwartej klasy podstawówki. Przyjechała do nas polska telewizja, na Brooklyn.

    Tam, gdzie dorastałeś, gdy wyjechaliście z Rockford. To był film dokumentalny o Leopoldzie Tyrmandzie?

    Tak. Rozmawiali dość szczegółowo z moją mamą (Mary Ellen Tyrmand – przyp. M.W.). Moja siostra (bliźniaczka Rebecca – przyp. M.W.) i ja znaleźliśmy się w czołówce nagrania. Kazali mi grać na trąbce…

    Wyszło ci całkiem nieźle!

    Żartujesz? Wyszło potwornie! (śmiech) Na szczęście, ten materiał przepadł w odmętach przeszłości (śmiech). Po tej historii zakiełkowała mi jednak myśl, że gdzieś tam w Polsce faktycznie mają mojego ojca za intelektualistę, artystę i człowieka, który pisał o polityce.

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Wspominałeś mi raz, jak na ulicznym straganie wypatrzyłeś książkę ojca. Pamiętasz tytuł?

    To były Zapiski dyletanta. Znałem już wtedy trochę, sporo tytułów mieliśmy na półkach w domu. Ale tak, to było naprawdę cool… Oczywiście, w jakimś małym wymiarze. To było miłe pomyśleć, że wciąż ma jakichś odbiorców. To było niedługo przed tym, jak wróciła moda na niego.

    Wkrótce „Tyrmand przyjechał do Polski”, to było dekadę temu. Wiele osób napisało wtedy do ciebie, zapychając ci skrzynkę na Facebooku. Byłem jedną z nich! (śmiech)

    Social media! (śmiech) To była naturalna kolej rzeczy. Wiesz, to ten wspaniały potencjał social mediów, że możesz dotrzeć po prostu do kogokolwiek na świecie. A ja bardzo przeżywałem te wszystkie rozmowy z nowymi ludźmi, cieszyłem się. Inna sprawa, że to chyba ja więcej się dowiedziałem od nich, niż odwrotnie.

    O ojcu?

    O Polsce! Do dziś wielu z poznanych wówczas ludzi, to moi przyjaciele. Niektórzy opowiadają mi, co się dzieje w Polsce zza kulis. Zobaczyłem z bliska politykę i też rozumiem teraz więcej. I… o, kurde (ten zwrot mówi po polsku – przyp. M.W.).

    Co się zmieniło przez te lata? Mam na myśli to, co mówimy o Tyrmandzie.

    Tyrmand przeszedł długą drogę. Od lat 50., gdy po tym, jak był znany i wydawany, ocenzurowano go. Następnie jego książki krążyły po czarnym rynku. Potem przyszły lata 90. i ta popularność rosła – aż do teraz. Myślę, że byłby podekscytowany tym, jak jego książki radzą sobie na wolnym rynku. Na przełomie stuleci o Tyrmandzie mówiło się głównie od lewicowej strony, jako o liberale i rewolucjoniście. O jego etapie życie w USA, gdy był konserwatywnym antykomunistą, milczano. Dziś się to zmienia. Myślę, że miałem w tym udział, by zaczęto dostrzegać także jego filozofię i sposób myślenia z Ameryki. Teraz obraz jest spójny.

    Istotnie, Leopold Tyrmand przestał być tylko „barwnym ptakiem PRL”.

    Dziś jest rozpoznawalny, jako niezwykły intelektualista i pisarz, który opowiadał o systemie i rozterkach egzystencjalnych. O wolności jako takiej, o cenzurze, możliwościach życia. Ilu pisarzy z XX wieku było na tyle nieustępliwych?

    Widać to zwłaszcza w Dzienniku 1954.

    Czytając jego zapiski widzimy bardzo wyraźnie, z czym zmagali się emocjonalnie wolnomyśliciele i intelektualiści w tamtych czasach. To nauczka dla nas wszystkich, by nigdy ponownie nie stworzyć takiego świata, jaki – bardzo dokładnie – opisywał. Myślę, że Polacy, tak jak inne narody ze środkowo-wschodniej Europy, wyciągnęły lekcje z przeszłości.

    Matthew Tyrmand

    CzyDziennik 1954,to twoja ulubiona książka? Pamiętam, że widziałem cały stos u ciebie w mieszkaniu. Powiedziałeś wtedy, że dajesz ją często ludziom, by zrozumieli, jak wyglądał komunizm.

    To w niej najbardziej odkryłem i zrozumiałem mojego tatę, czytając jego rozważania i monologi. Książka poruszyła mnie tak mocno, jak tylko książka może poruszyć. Zrozumiałem też, czego od niego mogę się uczyć. Tak, spotkanie z dziennikiem,to niezwykłe dla mnie doświadczenie.

    Jest wciąż wiele jego anglojęzycznych tekstów nieznanych polskiemu czytelnikowi.

    Tak, przede wszystkimThe Media Shangri-La, teksty dla „The New Yorker” z końca lat 60., artykuły na temat polityki, społeczeństwa i kultury z „Chronicles of Culture”, gdy był redaktorem magazynu, aż do śmierci w 1985 roku. Okazuje się, że miał trafne diagnozy na temat komunizmu, kapitalizmu i popkultury.

    Nie tylko zająłeś uporządkowaniem spraw wydawniczych. Masz też udział w ekranizacji Złego. Kiedy zobaczymy ten film?

    W setną rocznicę urodzin mojego ojca czyli roku 2020, roku Leopolda Tyrmanda oczywiście! (Sejm w styczniu tego roku uchwalił rok 2020 oficjalnym rokiem L. Tyrmanda – przyp. M.W.). To dobry moment na to. I będzie zrobione z rozmachem. Zły, to niesamowita historia, porywająca dla każdego. A zwłaszcza dla Polaków.

    Jeśli o książkach Tyrmandów mowa… Masz na koncie dwie pozycje: Jestem Tyrmand, syn Leopolda oraz Patrzeć jak świat płonie. Szykujesz coś?

    Może coś w rodzaju abecadła? Abecadła Tyrmanda. Ten pomysł będzie musiał jednak trochę poczekać. Gdybym napisał wszystko, co myślę na temat ludzi, których poznałem, zwłaszcza polskich polityków… Szczerze? Książka chyba byłaby ciężka, niż Abecadło Kisiela(Stefana Kisielewskiego – przyp. M. W.).Przysporzyłbym sobie o wiele więcej wrogów, niż mam teraz. Póki co, powinienem chyba trzymać język za zębami! (śmiech)

    Dzięki za rozmowę!

    Dziękuję również. Pozdrawiam czytelników smakksiazki.pl!

    Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

    —-

    Podróżowaliśmy z Leopoldem Tyrmandem przez ostatnie dziesięć tygodni. Jego życie przeglądaliśmy, jak mgnienia z kalejdoskopu. Stąd nazwa: model do składania. Życzę nam wszystkim wielu powrotów do tej barwnej biografii. Jawi się ona, niczym barwny album życia – życia o smaku książek.

    Marcel Woźniak

  • Almanach kobiecy. Leopold Tyrmand: model do składania

    Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę – pisał do Tyrmanda Sławomir Mrożek. Zapraszam na dziewiąty felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    Almanach kobiecy. Co to takiego? Album, zbiór i kalejdoskop twarzy, które przemknęły przez życie Tyrmanda, a on postanowił je zatrzymać. Kim były? Czy pisarz faktycznie był amantem, jak pisano po latach? Co o tym sądzimy?

    Zdaniem pani Basi Hoff – jak widać na większości zdjęć – wokół Tyrmanda stali głównie mężczyźni. Uwielbiał męski sznyt, braterstwo i męską solidarność.

    Był chłopcem, który nie rozumiał samego siebiepisał w Życiu towarzyskim i uczuciowymo dzieciństwie Mikołaja Planka, swojego alter ego:– Gdy wszyscy tańczyli, stał oparty o fortepian albo siedział przy perkusji, w pozie oznaczającej ironiczną obojętność.

    Jak pisze dalej, zazdrościł im beztroski, ponieważ sam nieustannie chciał dbać o niezależność.

    Męczyła go obsesja godności, wykrzywiająca się łatwo w urażoną wrażliwość – podsumowuje. – Albowiem jak tu uwolnić się od warunkujących wszystko współzależności tylko dlatego, że właśnie jest zabawa?

    Janina Balukiewicz, wileńska miłość Leopolda. Fotografię podarowała mu w 1946 roku

    Nazywał ją jasnowłosym Elfem. Po wybuchu wojny wylądował w Wilnie i dopiero tam zaczął dorosły etap życia. W stolicy Litwy życie artystyczne kwitło. Tak poznał Jankę – siedział w pierwszym rzędzie w teatrze, a ona występowała na scenie. Gdy do miasta weszli Niemcy, romans szybko się zakończył. To ona widziała, jak Tyrmanda i Zawiszę pakują do wojskowego łazika Sowieci z NKWD i to jej ojciec zabronił widywania się z Żydem.

    Młodzieńcza miłość Tyrmanda zostaje brutalnie podeptana ciężkimi butami. Żydzi umieszczani są w getcie albo od biorą ich lasów w Ponarach. Każdy kontakt z nimi jest surowo karany. Wkrótce Tyrmand weźmie na nazistach odwet…

    Erni. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Gdy Lolek ucieka do Niemiec, pracuje we Frankfurcie nad Menem oraz Wiedniu, udaje tam Francuza z Warszawy. Tak mówią papiery. Spotyka się tam z Niemką, która wkrótce zostawia go… dla Niemca.

    Nigdy nie pojmę, jak ty mogłaś to zrobić? Jak mogłaś? – zapisze po latach w Filipie.Przecież niemożliwe jest, żebym nie przebiegł jej przez myśl, przez pamięć, moje oczy, moje usta lub tylko moje istnienie. I wybrała… (…) I oto znalazłem się w samym środku rezerwatu bolesnej, płaczliwej ironii, zamazującej serce pozytywnym rozżaleniem na własny los, do którego przez ten cały czas starałem się nie wpuścić nawet samego siebie.

    Sypiał z Niemkami, bo za to Polakom groziła kara śmierci – wspomina Matthew Tyrmand. – A on w dodatku był obrzezany. To musiała być niezła adrenalina.

    Jak mówi tytułowy bohater książki, „dla skrzywdzonych dwudziestotrzylatków miłość jest jedną z racji istnienia”. Może dlatego Tyrmand bierze odwet na Niemcach i na odwrocie fotografii Erni zapisuje dumnie: „zhańbienie rasy”.

    Rysia, lata 50. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Poznają się na gruzach wyzwolonej Warszawy. Rysia, nazywana też Czusią, jest córką działacza Józefa Stemlera – jednego z czterech uniewinnionych w „procesie szesnastu”. To ona namawia go na (ponowny?) chrzest i 29 czerwca 1951 roku – razem ze Stefanem Kisielewskim – są świadkami na ceremonii, którą prowadzi ksiądz Jan Zieja. Tyrmand z Rysią będą razem pięć lat – to wtedy Lolek odnisie największe dziennikarskie sukcesy. A potem wszystko się posypie. Jak zawsze, gdy odchodzi kobieta.

    Według wspomnień z Dziennika 1954 coś „po prostu nie wyszło”. Ale pisarz Jerzy Przeździecki, choć nie chce mówić o szczegółach, przyznaje, że to Tyrmand sam wpakował się w kłopoty i nie był w porządku wobec dziewczyny. Co przeskrobał? Rysia nieraz jeszcze Tyrmandowi się przyśni.

    MARYSIA

    Nie ma do czego wracać – mówi po latach Maria Iwaszkiewicz. Spędzieli ze sobą kilka miesięcy na przełomie 1951 i 1952 roku. Jak zapisze potem Tyrmand, „po rozstaniu się z Rysią zapragnąłem potępieńczo małżeństwa. Bałem się śmiertelnie zmarnowanego życia, bałem się, że jest już za późno…” Niektórzy będą zarzucać Lolkowi chęć wżenienia się w rodzinę Iwaszkiewiczów. Ale to nieprawda – do Jarosława nigdy nie pałał sympatią.

    Ślad po krótkim romansie wypływa na światło dzienne dość nieoczekiwanie, w 2016 roku. W Stawiskach odnaleziony zostaje rękopis opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza Trzydzieści godzin. Powieść detektywistyczna. Maszynopis liczy dziewięć stron formatu A4. Tyrmand jest jedną z postaci, występuje jako „Tyrmand”. Tekst można przeczytać w „Zeszytach Literackich”.

    Była akurat po rozwodzie, szukała pociechy po przejściach i tarapatach pierwszego małżeństwa– zapisał 20 lutego w Dzienniku 1954. – Ja byłem właśnie po rozstaniu z Rysią. Odetchnęliśmy po naszych przejściach przez paromiesięczną chwilę przy sobie. Potem poznałem ją z mym przyjacielem, Jankiem Wołosiukiem, nie wiedząc, że kroję romans.

    KRYSIA

    Zdjęcie Krystyny na basenie Legii. Archiwum Mary Elle Tyrmand

    Albo Bogna. Poznają się, gdy ona uczy się do matury. To ona jest słynną „lolitą” z Dziennika 1954. Po latach wcale nie będzie z tego wspomnienia dumna i zarzuci Tyrmandowi, że był despotyczny i próbował ją urobić według własnych potrzeb. Pewnym jest, że w literackiej przestrzeni dziennika dziewczyna ma „szesnaście i coś wiosen”, a podupadający na zdrowiu, biedny i bezrobotny Tyrmand żyje z udzielania jej korepetycji. Romans z nastolatką nie przeszkadza mu w spotykaniu się z innymi kobietami, co szczegółowo w diariuszu opisuje. Jedną z zabawniejszych jest historia kolacji w krakowskim hotelu, na którą jedzie mając w kieszeni ostatnie grosze. Obiecuje sobie, że zapłacą po połowie, ale w przypływie emocji, po burzliwej kłótni unosi się honorem i pokrywa sam rachunek, a później nie ma na powrotny bilet do Warszawy. Jednocześnie, wciąż myśli o Rysi. Wkrótce dowiaduje się, że wyszła za mąż.

    – Kiedyś, przed dekadą, wystarczyło trafnie włączyć kontakt myśli –zapisuje 18 lutego 1954.– Wystarczyło napięcie naskórka, rąk, ust, ud – aby to „coś” zaczynało wibrować jak prąd w całym organizmie, by zapaliło lampy rozsadzających doznań. A teraz czekam daremnie.

    Cała historia z Krysią kończy się wiosną 1954 roku. Ona zdaje maturę, on kończy pisać dziennik, bo podpisuje umowę na Złego. Podobno fotografię Krysi przez lata będzie trzymać na biurku.

    KOPIEJKA

    Małgorzata, pierwsza żona. Nazwisko – Żurowska, po pierwszym mężu matki, ale jej ojcem naprawdę jest Ludwik Rubel. Znany też, jako Ludwik Tyśmienicki, przeszedł z Andersem bojowy szlak aż pod Monte Cassino, redagował „Dziennik Żołnierza” wydawany przez 2 Korpus Polski w latach 1943–1946. W powojennej Polsce jest na cenzurowanym, mieszka w Londynie. O pochodzeniu Małgosi wiedzą nieliczni. Ci, jak na przykład Jan Kott, nazywają Rublównę po prostu Kopiejką. Lolek nazywa ją „cielątkiem”. Po plotkach o jej romansie z amerykańskim jazzmanem, ma powiedzieć „mnie się nie zdradza!” Ich małżeństwo przemyka, jak meteor. Małgosia jest dużo młodsza, zaczęła dopiero co studia na Akademii Sztuk Pięknych. Według niej, miała być pierwowzorem postaci Marty Majewskiej ze Złego. Ale nie zgadzają się daty. Gdy się poznawali, maszynopis książki był już gotowy.

    BASIA

    – Nie jestem byłą żoną Tyrmanda – mówi pani Basia Hoff, gdy pytam o przeszłość.

    Z początku się nie polubili. Pisała dla „Przekroju” artykuł o sopockim festiwalu jazzowym i Lolek nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Wbrew podejrzeniom Kopiejki, spotkali się dopiero po jego rozwodzie. Gdy się oświadczył, również nie zgodziła się od razu.

    Przeszli razem wiele. Telefony z pogróżkami, tajemnicza śmierć jej ojca, podsłuchy w ścianach, brak zgody na wydanie paszportu, gdy po ciężkiej chorobie chciała wyjechać na kurację. Widziała, jak zaciskał pięści na kołdrze, jak zaciskał usta ze złości i nie spał miesiącami ze stresów.

    Pożegnali się w 1965 roku, gdy wyjeżdzał z Polski. Nie wiedziała, że już nigdy nie wróci, choć wiedziała, że mają już swoje oddzielne życia. Rozwiedli się korespondencyjnie. Gdy Tyrmand miał odesłać z Ameryki papiery rozwodowe, miał czelność poprosiłć o wsadzenie do koperty znaczka na list zwrotny.

    Historia z Tyrmandem wydarzyła się pół wieku temu, podczas gdy od czterdziestu lat jest szczęśliwie zamężna. Mimo to, o Lolku nigdy nie dałaby powiedzieć złego słowa. Wie, że zawsze ją szanował i kochał. Po artykule pt Bokseł, pijak i dziwkarzwysmażyła do redakcji „Gazety Wyborczej” sprostowanie. Nie podobała się jej także książkaZły TyrmandMariusza Urbanka, ale jej uwagi do treści nie zostały uwzględnione w drugim wydaniu. Gdy Polskę odwiedziła kilka lat temu Mary Ellen Tyrmand, wdowa po Tyrmandzie, pani Basia nie chciała brać udziału w spotkaniu „byłych żon Tyrmanda”.

    BEVERLY

    To Beverly pomogła Tyrmandowi w zyskaniu sławy w USA. Wbrew namowom agenta literackiego, przetłumaczone na angielski zapiski z podróży po Ameryce wysłał do redakcji „The New Yorker” i gazeta przyjęła je entuzjastycznie. Ale to Beverly, niczym anioł stróż, czuwała nad Lolkiem tłumaczyła mu realia rynkowe amerykańskiej prasy. Niewykluczone, że pomogła mu też w transkrypcji rękopisu.

    Lolek i Beverly de Luscia, 1966. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    MARY ELLEN

    W starej, japońskiej komodzie odnalazła listy. W pamięci były zatarte, jak dawno temu wypowiedziane słowa. Aż do wtedy. Korespondencja przypomniała jej, jak się to zaczęło. Nie ona jedna była pod wrażeniem tekstów polskiego imigranta, dziennikarza piszącego na łamach „The New Yorker”. Ale na tyle uporczywie zabiegała o spotkanie, że w końcu do niego doszło, na Cooper Square. Nie spodobały mu się jej przesadnie umalowane usta. Usta dziewczyny młodszej o dwadzieścia pięć lat. Ona kończyła właśnie iberystykę na Yale, on był u szczytu popularności. A jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że to Tyrmand uwiódł młodą studentkę. Było odwotnie, a największą rolę odegrały tu właśnie listy. Podróżujący po ośrodkach naukowych Lolek korespondował z młodą Mary Ellen, a ta coraz bardziej, jak kropla, drążyła skałę jego serca. Była nią zafascynowany, ale bał się. Ona, wbrew sprzeciwowi rodziców, nie miała w sobie strachu.

    Państwo Tyrmandowie, lata 70. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    List Sławomira Mrożka do Tyrmanda. Paryż, 6.04.1969:

    (…) Odnoszę wrażenie, że walczysz z kobietami. Nie możesz się z nimi pogodzić i nie o to chodzi, powinieneś czy nie, ale o to, że tu już na pewno nie ma wygranej. Tu przegramy zawsze, jeśli nasz stosunek do nich ustawimy jako rozgrywkę. Tu naprawdę nie ma silnych, żeby przytoczyć zdanie ze „Złego”. (…) Zaryzykowałbym stwierdzenie, że masz odczucie tragiczne całej tej sprawy, w dosłownie wielkim wymiarze tragedii. Że jest coś nieodwracalne, nieuniknione, a jednak nie do przyjęcia przez człowieka. (…) Jest w tym żądaniu coś z tęsknoty do czystości i trwałości, bardzo ludzkie pożądanie, żeby coś nareszcie było takie, jakie chcemy, określone, trwałe, żeby to krzesło było z oparciem. Może i to jest element Twojego niezgadzania się na kobiety mistrzynie w nieokreślonym.

    Nie wiadomo, jaką moc sprawczą miał mentorski głos autora Tanga, ale kilka miesiecy później Tyrmand ożenił się po raz trzeci. I ostatni. Ślubu udzielał pijany ksiądz, a rodzina Mary Ellen decyzji córki nie akceptowała.

    Był to najszczęśliwszy i najdłuższy związek pisarza, który w swoim życiu tyle razy odtrącał, co bywał odtrącany. Wybudowali wspólnie dom i zamieszkali w nim na kilka miesięcy przed nieoczekiwaną śmiercią Leopolda. Mary Ellen również patrzyła na niego, gdy leżał na łóżku. Nie zaciskał już ze złości pięści. Żona miewała ataki paniki – jeden z lekarzy stwierdził, że chodzi o ich małżeństwo. Po czasie okazało się, że miał rację. Mary Ellen czuła, być może we śnie, że jej mąż oddycha inaczej, inaczej sypia, a może inaczej patrzy. Czuła, że nie jest sobą. Zmarł nieoczekiwanie na atak serca. Kolejne miesiąca to wyrwa w pamięci wdowy po nim – była tak rozbita jego śmiercią, że z pogrzebu, przeprowadzki i żałoby nie pamięta zupełnie nic.

    Dwadzieścia pięć lat później odnalazła ich wspólne listy. Przy pomocy Doroty Tuszyńskiej opracowała je i wydała. To wtedy przyjechała do Polski i – ostatecznie – nie spotkała się z Basią Hoff.

    Z resztą, to był wieczór Mary Ellen – wspomina pani Basia. – I jej książka. Po co tam ja w tym wszystkim?

    TAJEMNICZY LIST

    Kobiety Tyrmanda? Kochał je i walczył z nimi całe życie. W archiwum pisarza – raptem jeden, tajemniczy list, pełen wspomnień o pocałunkach i pieszczotach. Ale coś jakby ktoś tam grzebał w archiwum i wyciągnął kilka niewygodnych kartek. W komodzie – album ze zdjęciami. Osobliwy to album, bo pełen kobiet i dziewcząt zdobytych, ustrzelonych i pokochanych. Jest elf, esesmanka, dziennikarka, żony. Po co to trzymał? Po co kolekcjonował twarze? W 1981 roku, trzy dni przed narodzinami dziecka, spisał wspomnienia ze swojej młodości. Jedno z nich dotyczyło pokojówek, które przebierały się w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy. Tak, jakby chciał zatrzymać swoją młodość w momencie nadchodzącej starości.

    Ostatnia refleksja Mrożka w liście do Tyrmanda z 6.04.1969:

    Z książki „Komu bije dzwon” najmądrzejszy dla mnie jest tytuł. Rzecz wyjaśniona w motto tejże książki: „Nie pytaj, komu bije dzwon. Zawsze bije dla Ciebie”.

    Marcel Woźniak

  • Władca pierścienia, którego wolałby nie mieć. Leopold Tyrmand: model do składania.

    Dziś o sygnetach, rowerach i Skandynawach, na których stylu życiu tak bardzo byśmy chcieli się wzorować. Zapraszam na felieton o Leopoldzie Tyrmandzie.

    W jednym z opowiadań Tyrmand opisuje, jak to spotyka w Sztokholmie człowieka reperującego rower. Rzeczony jednoślad porzucony został przez kogoś na ulicy i gdy na okoliczność jego serwisowania pojawił się na scenie Lolek, zapytuje o zamiary względem bicykla.

    – Zamierzam go zreperować, a potem odstawić na miejsce – odpiera bez namysłu mechanik rowerowy.

    Skądże pisarz ze Szwecji? Tyrmand uchodzi z Polski we wrześniu 1939 roku. Najpierw jest Litwa i areszt NKWD. Potem – ucieczka do Niemiec na lewych papierach. Podając się za Francuza, Lolek okrętuje się na – pływający po Bałtyku – statek. Wiemy również, że przybywa po wojnie do Polski… Skąd więc w jego archiwach papiery z Kopenhagi i Oslo, skoro na ten temat sam nigdy nie wspominał?

    Pewne szczątkowe i rozproszone informacje przewijały się przez jego notki biograficzne wielokrotnie. Pozostało je zweryfikować.

    Jego pierwsze opowiadanie na łamach „Przekroju” wskoczyło w rubryce zwolnionej przez Arkadego Fiedlera. W Niedzieli w Stavanger Tyrmand ze swadą opisywał nieudaną próbę ucieczki na ląd, zakończoną złapaniem bohatera i osadzeniem go w obozie jenieckim w Grini. Z kolei w „Błyskawicę” słychać w Oslofiordzie pisał:

    (…) W czasie najgorszych ćwiczeń karnych śmialiśmy się Niemcom w mordy. Warszawa biła się. Maszerowaliśmy godzinami po placu i doszliśmy do takiej wprawy w niemieckiej musztrze, że SS-mani spędzali Norwegów, aby ci uczyli się, jak należy maszerować. A my waliliśmy drewniakami w kilkugodzinnych paradach i ktoś w głębi czwórszeregu cichuteńko gwizdał „Warszawiankę”. Tak, abyśmy tylko my słyszeli…

    W książce Björna Bratbaka Losy niezagubione. Ścieżki Polaków w norweskich fiordachznajdujemy opis tego miejsca. Wśród wielu wspomnień, niespodziewanie pojawia się postać pewnego Polaka, który posługiwał się wyszukaną polszczyzną. W Wachcie lewej burtyJerzego Pańskie z kolei czytamy o losach Polaków, których koniec wojny zastał w norweskich obozach. By pomóc ich ściągnąć do kraju, polskie poselstwo wsadziło w samolot do Polski znającego oba języki dziennikarza…

    Muzeum obozu dość opieszale odpisuje na maila. Informacje są dość oszczędne, a jednak nadesłany krótki ciąg cyfr uderza w umysł falą gorąca. „Leopold Tyrmand: 13767”. Gdy pytam o szczegóły, nadawca, pan Rulf, pisze o Lolku „lucky one”. Pytam, skąd to wszystko wie.

    – Bo też tam siedziałem – odpowiada. Pytanie o szybkość obsługi mailowej skrzynki staje się głupie i bezzasadne. A potem muzeum nie odpisuje już nigdy.

    Pani Basia Hoff, druga żona Tyrmanda.

    – On tam w obozie poznał wielu polityków. Późniejszy premier Norwegii z nim siedział.

    – Mówił kiedyś o tym pani, opowiadał?

    – Nie musiał.

    – Czemu?

    – Całe życie nosił na palcu obozowy sygnet.

    Leopold Tyrmand, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    Jak to, „całe życie”? Nagranie z kroniki filmowej. Tyrmand podpisuje książki na spotkaniu autorskim. Coś miga w kadrze. Cofam. Play. Jeszcze raz. A potem są zdjęcia z lat 50., 60., 70. i 80. Eureka. Sygnet towarzyszy mu na wszystkich zdjęciach!

    Koncerty festiwalowe na stadionie Lechii Gdańsk, 1956. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Kiedy przychodzę do trzeciej żony, Mary Ellen Tyrmand, w progu drzwi mówi stanowczo:

    – Zdejmij buty. Bo jechałeś metrem.

    Mieszkanie wyłożone jest wykładziną. W trakcie rozmowy pytam o Norwegię i sygnet.

    – Nie pamiętam. Może jest gdzieś w bankowej skrytce?

    Próbuję podpytać czy jest szansa się tam wybrać. Odpowiedzią jest podziałka ze stopniami Fahrenheita za oknem. W Nowym Jorku dawno nie było takich mrozów, jak w lutym 2016. Gdy spotykamy się dwa dni później, przyjeżdżam oddać zeskanowane zdjęcia. Przed drzwiami stoję z butami w ręku.

    – Załóż te buty, daj spokój – mówi. Po mieszkaniu roznosi się zapach pieczeni. Mamy rozmawiać o ostatnich chwilach Leopolda – to tej niedzieli zrozumiem, dlaczego jego „śmierć była taka, jak jego życie”. Mary Ellen niespodziewanie wchodzi do pokoju z małym, metalowym przedmiotem, który kładzie na szklanym stoliku.

    – Czy tego szukałeś?

    Kiwam głową, jak Frodo.

    pierścień Tyrmanda, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    W archiwach MSZ odnajdują się dokumenty z pieczątką Tyrmanda: Polskie Poselstwo w Kopenhadze. Tyrmand pisał tam raporty prasowe. Niespodziewanie nadchodzi też list z Norweskich Archiwów Królewskich.

    Tylko, że zaraz: ja do nich nigdy nie pisałem!

    W odpowiedzi na prośbę przekazaną nam przez pana Rulfa z muzeum obozu w Grini, wykonaliśmy kwerendę w naszych zbiorach. Opłata zwyczajowo wynosi … koron, jednak z oczywistych względów jest pan z niej zwolniony. Oto wyniki kwerendy.

    Fala gorąca: załączniki. W nich – lista więźniów oraz pisma urzędowe, z których po przetłumaczeniu wyniknie, że poleca się, aby Leopold Tyrmand był wysłannikiem polskiego rządu.

    Tak oto wszystkie elementy złożyły się w całość. Biała plama w życiorysie została zapisana, choć i tu znaleźli się krytycy, twierdzący, że Tyrmand był „naganiaczem dipisów”* do kraju, z polecenia „komunistycznego rządu”. Lolek wsiadł do samolotu i przyleciał do Polski. Wkrótce spotkał matkę, zaczął pisać, na gruzach Warszawy poznał Stefana „Kisiela” Kisielewskiego.

    Wyjaśniła się geneza pierwszych, powojennych opowiadań Tyrmanda. Zawsze najlepiej wychodziło mu pisanie o sobie. Stało się też jasne, dlaczego całe życie nosił pierścień i dlaczego, im bardziej wspomnienie z nim związane paliło go w skórę, tym dłużej go nie zdejmował. Piętno przeszłości i przyszłości zapisane było, jak papilarna linia. Wiedzą to wszyscy, którzy kiedykolwiek siedzieli skazani na śmierć, a jemu zdarzyło się to podczas wojny dwukrotnie.

    Choć o Norwegii niemal nie wspominał, wspomnienie „Błyskawicy” i Stavanger towarzyszyło mu przez kolejne czterdzieści lat. Zmarł dziesięć dni po śmierci Arkadego Fiedlera – nawet do rubryki z nekrologami trafił znów po autorze Dywizjonu 303.

    Długo nie mogłem wyjść z podziwu dla skrupulatności, z jaką norweski archiwista przekopał dokumenty. Przecież wpisu z błędnie podanym nazwiskiem Tyrmanda nie odczytałbym nawet ja, mówiący i piszący po polsku researcher. Gdy zapytałem, dlaczego tak pieczołowicie przeszukali archiwa, odparł bez zastanowienia:

    – Bo nas pan o to poprosił.

    No tak! To przecież aż tak proste, czemu na to nie wpadłem! „Mówisz i masz”, to przecież codzienność w tym kraju. Na tę gorzką konstatację natychmiast nałożyła mi się anegdota z opowiadania Tyrmanda, kiedy to spotkał naprawiającego znaleziony rower Szweda.

    – Zamierzam go odstawić na miejsce – odparł bez namysłu mechanik rowerowy ze Sztokholmu.

    – Ale dlaczego? – dopytywał Tyrmand. Szwed uśmiechnął się na to i zupełnie szczerze rzekł z uśmiechem.

    – Bo ten rower nie jest mój!

    Ot, Skandynawia!

    Marcel Woźniak

    *dipis– „displaced person”. Osoba, która w wyniku działań wojennych znalazła się poza swoją ojczyzną.

  • „Niecodziennik”. Leopold Tyrmand – model do składania. Cykl Marcela Woźniaka

    Niewiele brakowało, a jedno z najważniejszych świadectw życia w komunizmie w Polsce nie ujrzałoby światła dziennego. Wszystko przez pękniętą rurę, która zalała bruliony Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda.

    Polski pisarz od 1945 do marca 1953 pracuje w różnych redakcjach, przy czym z każdej notorycznie wylatuje z hukiem. Gdy w 1950 roku relacjonuje mecz bokserski pomiędzy Polską, a ZSRR, sędzia faworyzuje gości, na co widownia odpowiada buczeniem i hasłami „Bij Iwana za Katyń!”. Lecą butelki, Polska przegrywa, a Tyrmand pisze wkrótce w gazecie, że „publiczność zachowywała się wzorowo”. Krytyka komunistycznego absurdu kosztuje go  posadę w „Przekroju”.

    Ląduje w „Tygodniku Powszechnym”. Na kolegiach krakowskiej redakcji poznaje wielu intelektualistów – Jana Parandowskiego, Ludwika Stommę. Śpi u Stefana „Kisiela” Kisielewskiego, a z Karolem Wojtyłą jeździ na narty. Gdy 5 marca 1953 umiera Stalin, polskie gazety dostają prikaz druku czołobitnego nekrologu wodza. Jerzy Turowicz, naczelny TP, odmawia. Redakcja zostaje natychmiast spacyfikowana, a dziennikarze – w tym Tyrmand, Herbert, Kisielewski czy Najder – lądują na bruku.

    fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Lolek pomieszkuje w skromnym pokoiku w Warszawie i przymiera głodem. Drobne sumy wpadają z korepetycji udzielanych od dwóch lat Krysi, przyszłej maturzystce, z którą ma romans. Czasem tłumaczy jakieś sztuki, wykonuje drobne prace redaktorskie, ale jest naprawdę źle. Jako pisarz jeszcze niczym wielkim się nie wykazał. W 1947 roku wydał zbiór opowiadań, w 1952 napisał dwa rozdziały Siedmiu dalekich rejsów, które wylądowały w szufladzie. Nie wierzy, że coś z tego kiedyś będzie.

    W tym samum roku Instytut Literacki w Paryżu wydaje polskie tłumaczenie Roku 1984 George’a Orwella. Książka dociera do Polski i trafia w ręce Leopolda Tyrmanda, który przez wiele miesięcy leczy chorą wątrobę i uszkodzone na nartach kolano. Nie mając przed sobą perspektyw druku ani pracy dziennikarskiej, 1 stycznia 1954 roku postanawia rozpocząć pisanie dziennika…

    Pierwsza strona brulionów diariusza. Archiwa Hoovera

    Orwell zaczynał, jako… policjant w Birmie. Dopiero potem wrócił do Europy, gdzie opisywał nędzarzy z Londynu i Paryża. Podczas wojny, pracował w redakcji BBC, a potem… A potem napisał książki, z których jego zdaniem, niewiele miało być. Nosiły tytuły: Rok 1984 i Folwark zwierzęcy. Jakże się mylił!

    Gdy jest rok 1954, Tyrmand może tylko roić sobie marzenia o literackim sukcesie, natomiast robi to, co robią pisarze: pisze.

    Każdego dnia przelewa na kartki swoje myśli, wielokrotnie porównując w nich się do Winstona Smitha. Tak jak literacki bohater Orwella mieszkał w Eurazji, tak bohater Tyrmanda czyli sam Tyrmand, tkwi w satelickiej – względem rozciągniętej przez oba kontynenty ZSRR – Polsce. Orwellowska perspektywa świata Wielkiego Brata rzutuje na jego ocenę brutalnej rzeczywistości. Dziennik nie jest jego opus magnum. To raczej tratwa dla człowieka, który nie ma przed sobą perspektyw ani literackiego, ani towarzyskiego sukcesu.

    Brulion oryginalnego Dziennika 1954. Archiwa Hoovera

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 1 stycznia 1954:

    (…) Jak powiedział mi ostatnio „Kisiel”, noszę w sobie wielką potrzebę i umiejętność dzielenia się z ludźmi moją wewnętrzną pracą myśli. Z najgłębszego powołania czuję się dziennikarzem, stąd konstrukcje mych przemyśleń ulegają dezaktualizacji, ponadto nie wierzę w możliwość własnego wysiłku nad kompozycją dzieła sztuki nie przeznaczonego dla kogoś konkretnego w czasie i przestrzeni. Dlatego zdecydowałem, że dziennik przyniesie mi ulgę.

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 9 stycznia 1954:

    (…) Oto leżysz, sławny i popularny dziennikarz, przedmiot podziwu swych czytelników (…) i nie możesz pohamować łez, albowiem w sekundzie najgłębszej nędzy istnienia, nie ma ci kto podać łyka wody. Wśród tych wszystkich akcesoriów udanego życia zabrakło ci ręki matki, żony lub dziecka – tych skarbów nie masz, a więc jesteś w gruncie rzeczy nędzarzem, i teraz widzisz to z oślepiającą wyrazistością.

    Dziennik staje się odbiciem marzeń, lęków, wspomnień i futurospekcji. Opisuje w nim przyjaciół, wrogów, wspomnienia wojenne oraz romans z Krystyną, która w książce nosi imię „Bogna”. Pracę nad tekstem przerywa, kiedy podpisuje umowę na napisanie powieści Zły. Wkrótce osiąga literacki sukces, dwukrotnie się żeni. Bruliony dziennika wywozi z Polski w marcu 1965 roku. Na początku lat 70. tekst zaczyna być drukowany w odcinkach, na łamach londyńskich „Wiadomości” – literackiego pisma polskiej emigracji. Na jego łamach ukazuje się 40% objętności – zredagowanego przez Tyrmanda i londyńską redaktorkę – pamiętnika.

    W 1980 roku Dziennik 1954 zostaje wydany wreszcie w formie książkowej. Czasy „Solidarności” i stanu wojennego są dla lektury przukurzonego tekstu podatnym gruntem. Jest przedrukowywany w Polsce na powielaczach, nagrywany na kasety, czytany w Radiu Wolna Europa i, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, it goes viral. Jest jednak haczyk.

    Pierwsze książkowe wydanie, 1980

    Na okładce umieszczona zostaje fotokopia jednego z brulionów oryginalnego tekstu. Sfotografowane akapity różnią się nieznacznie od tekstu umieszczonego w książce! Padają zarzuty o apokryfizm tekstu, o stworzenie go nie w tytułowym roku 1954, ale wiele lat później, na emigracji.

    List do Romana Zimanda, 13 października 1983:

    (…) Bruliony miały zaległości, pisane na luźnych kartkach w dzień dwa lub kilka dni potem. Były one wrzucane do specjalnej teczki, a włączone do maszynopisu w ’73 w New Canaan, Connecticut. Wkrótce po ukończeniu „zedytowanej” – jak Pan słusznie uznaje – wersji, w której zapomniany cytat był nieco inaczej sformułowany, lecz identyczny w sensie i znaczeniu z rękopisem, nasz basement (piwnica) padł ofiarą totalnej powodzi, spowodowanej pęknięciem w wodociągowych w naszej części miasta. Niektóre bruliony ocalały, wśród nich marcowy, obejmujący owe strony, lecz duża część innych papierów, dokumentów, archiwów, w tym rzeczone… (nieczytelne) – uległy zniszczeniu.

    W 1984 roku zekranizowany zostaje film Rok 1984. Tyrmand umiera w roku 1985. Czy film widział, nie wiadomo. Po 1989 roku Dziennik 1954 jest w Polsce wielokrotnie wznawiany i z powodzeniem radzi sobie na kapitalistycznym rynku. O czasach orwellowskiego Wielkiego Brata przypomina pierwszy w Polsce program typu reality show czyli „Big Brother”. Na długo przed pojawieniem się smartfonów, aplikacji i portali społecznośniowych ludzie podglądają jego uczestników, dziękując w duchu, że to tylko rozrywka, a nie czasy komunistycznej agentury.

    Jakże trudno jest pisać dziennik – wyznaje Tyrmand. Archiwa Hoovera

    O rzekome zalanie piwnicy pytam Mary Ellen Tyrmand, trzecią żonę pisarza. Jest zima 2016 roku, przeprowadzam z nią wywiad do książki Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Po chwili zastanowienia, kobieta otwiera oczy i wspomina:

    Tak, pamiętam. Wynosiliśmy te kartki w kartonach. Leopold był wściekły.

    Gdy odwiedzan na Manhattanie syna, Matthew Tyrmanda, stos egzemplarzyDziennika 1954 zauważam na najwyższej półce w salonie. Matt mówi, że daje tę książę w prezencie każdemu, kto pyta o to, jaki był komunizm.

    Kilka dni później lecę do archiwów w Kalifornii, gdzie odnajduję między innymi list do Zimanda, zaświadczenie z pracy w „Tygodniku Powszechnym” oraz… bruliony Dziennika 1954.

    18 stycznia 1954 roku Tyrmand pisze:

    (…) za piętnaście lat będę jeszcze ciągle siedział samotny, bez rodziny, chory na wątrobę, w tym zasranym pokoiku i pisał ten dziennik.

    Tyrmand w 1954 roku nie wie, że w 1969 roku będzie znanym polskim pisarzem i cenionym dziennikarzem „The New Yorker”. Że do tej najpoczytniejszej gazety w USA trafi dzięki innemu dziennikowi –Zapiskom dyletanta. Że będzie to dziennik równie błyskotliwy, jak ten z 1954 roku, pisany podczas podróży przez Amerykę. W 1954 roku może tylko marzyć o Ameryce, żyjąc w Eurazji. I nawet nie przypuszcza, że ta Ameryka wymyśli w przyszłości publiczny monitoring, Facebooka, Google’a i inne teleekrany.

    George Orwell, Roku 1984:

    (…) Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nie narodzonych pokoleń.

    Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, 12 lutego 1954:

    (…) Piszę ten dziennik dla ludzi, którzy przetrwają komunizm.

    Marcel Woźniak