Tag: Remigiusz Mróz

  • Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?

    No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.

    Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

    www.unsplash.com/Alison Courtney

    Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.

    Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.

    Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

    www.unsplash.com/David von Diemar

    BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!

    Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.

    Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.

    Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi

    Mam najlepszą pracę na świecie. No dobra, może poza byciem piłkarzem. Fakt jest taki, że pracuję o wiele więcej niż w czasach, gdy pracowałem na etacie, ale jednak jest zupełnie inaczej. Sam decyduję, czy pozostałe 150 stron książki przeczytam późnym wieczorem, a może zrobię to zaraz po obiedzie. Oczywiście, że rytm dni, tygodni i miesięcy wyznaczają terminy, nagrania, ale generalnie rzecz ujmując, bardzo wiele rzeczy mogę sobie zaplanować. Mam pewność, że w trakcie czytania nikt nie wyśle mnie nagle do obsługi katastrofy kolejowej, pożaru zabytkowego kościoła, ewentualnie karambolu na autostradzie A4. Nie piszę jednak tego żeby się chwalić, dziś chcę się trochę pożalić. Dlaczego?

    Dlatego, że czasem  w tej najlepszej pracy, poza byciem piłkarzem, opadają ręce. I co najgorsze, ręce opadają z powodu działalności potężnych mediów z potężnymi zasięgami. Przesłuchałem sobie pewną audycję w radiu X. Był tam cytowany fragment dziennika, który Krzysztof Zajas pisze na smakksiazki.pl. Może kojarzycie, bo te zapiski lądują na stronie od początku wprowadzenia się koronawirusa do naszego kraju, czyli od około dwóch miesięcy. Nie muszę Wam mówić, że jest to treść unikatowa, bo przecież Zajas nie pisze tych dzienników na tony, więc nie można ich znaleźć nigdzie indziej poza moim blogiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy redaktor prowadzący powiedział coś w ten deseń: „Twój dziennik można znaleźć w Internecie”. Nie muszę Wam dodawać, że nie padła nazwa miejsca, w którym publikowany jest dziennik, bo przecież potężna stacja radiowa nie ma obowiązku powoływania się na źródło. Idąc tym tropem, to pisząc o rankingu najlepiej zarabiających polskich pisarzy opublikowanym przez „Wprost”, powinienem napisać: „taki ranking znajdą Państwo w gazecie”?. Gdy dyskutuję o wynikach badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej mam powiedzieć: „pewna instytucja przeprowadziła badania, a ich wyniki są dostępne w Internecie”? Czy powołanie się na źródło, z którego cytuje się fragmenty, albo powoływanie się na zamieszczoną tam informację jest aż taką ujmą?

    www.unsplash.com/Elijah O’Donnell

    Są też przykłady pozytywne. Kilka miesięcy temu w magazynie „Pocisk” redaktor Rafał Bielski pisząc o liście Jakuba Ćwieka do Remigiusza Mroza mógł napisać, że list został opublikowany w Internecie. Sprecyzował jednak, że konkretnie to miejsce w sieci nazywa się smakksiazki.pl. Nie dalej jak wczoraj powoływałem się na wywiad w radiu Tok FM, a w zeszłym tygodniu na rozmowę właścicielki Wydawnictwa Pauza z Marcinem Wilkiem na blogu „Wyliczanka”. Najlepszy szef, którego miałem, czyli Rafał Kurowski, wbijał nam do głów na każdym kolegium, że jeśli o sprawie pierwsza napisała „Gazeta Wyborcza”, to poinformujcie ludzi, że jako pierwsza o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Czy taka informacja sprawi, że materiał/program będzie gorszy? Nie sądzę.

    Jestem w stanie sobie wyobrazić linię obrony, która może brzmieć tak: „nasze zasady korporacyjnie nie pozwalają nam na powoływanie się na inne media”. Przyjmuję, ale w takim razie nie korzystaj redaktorze z pracy innych mediów, nawet sto razy mniejszych i milion razy mniej znaczących. Tutaj mógłbym zakończyć, ale dodam tylko, że tytuł nie jest wymyślony przeze mnie. Pochodzi z piosenki „Przy słowie”, którą napisał Kazik Staszewski. Chociaż nie, nie tak. Piosenkę znajdziecie Państwo w Internecie – tak jest idealnie.

    Adam Szaja

  • O liście, który może pomóc

    To będzie krótka historia pewnego listu, który najpierw wzbudzał kontrowersje, a finalnie może pomóc. Inaczej. Wy możecie pomóc. Pamiętacie list otwarty, który Jakub Ćwiek napisał do Remigiusza Mroza? Część z Was pewnie tak, ale jeśli jednak nie, to przeczytajcie (klik). Po tym tekście w sieci zawrzało, komentowali go obrońcy Mroza oraz sympatycy Ćwieka. O liście napisało sporo portali, temat żył jeszcze przez dłuższy czas. Dlaczego o tym przypominam?

    Dlatego, że później Remigiusz Mróz wysłał Kubie książkę z dedykacją. Tak, tę na zdjęciu poniżej.

    Dla Kuby z wyrazami miłości (raczej mroźnej niż gorącej)”. No i podpis Remka. Jak doskonale wiecie, zbliża się 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc Kuba zdecydował się przekazać tę książkę na aukcję. Mam nadzieję, że zarówno fani Mroza, jak i nienawidzący Ćwieka wzniosą się ponad podziały i tym razem ramię w ramię pomogą potrzebującym. Chcecie licytować? Kliknijcie tutaj.

    Przypomnę tylko, że wciąż trwają inne aukcję pod szyldem smakksiazki.pl. Cena tarczy z autografem Chrisa Cartera przekroczyła już 100 złotych (klik), książki „Opowiem Ci o zbrodni” z autografami autorów – 80 złotych (klik), a przekazanego przez Przemka Semczuka egzemplarza „Wampira z Zagłębia” z autografem i dedykacją dla zwycięzcy – 81 złotych (klik).

    To nie koniec, bo wkrótce pojawią się kolejne aukcje – gigantyczna okładka książki podpisana przez Cezarego Łazarewicza oraz…niech to na razie pozostanie tajemnicą.

  • Czym się żywią pasożyty, czyli list do Wydawców polskich

    Szanowni Wydawcy,

    Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was – może nawet, na co po cichu liczę, większości – problem poruszony w tym liście nie dotyczy. Ale, ponieważ praktyka, do której zamierzam się odnieść, nie jest nowa i kilka razy zepsuła już paru osobom krew, pozwolę sobie napisać otwarcie do Wszystkich. Może gdzieś kiedyś, w przyszłości, gdy pojawi się wywołana okolicznościami pokusa, treść tego listu zaświta w głowie? Bardzo bym chciał, by tak właśnie było.

    Otóż chodzi mi o to, drodzy Wydawcy, że czytelnik nie jest debilem. Znaczy – owszem, zdarzają się wyjątki, jak w każdej grupie, ale przeciętnego czy też, chciałoby się zażartować, statystycznego odbiorcy literatury nie można określić tym mianem ani w znaczeniu medycznym, ani potocznym.

    To oczywiście nie znaczy, że nie jest podatny na sztuczki, manipulacje i triki. Wszyscy dajemy się na nie łapać, zwłaszcza dzisiaj, gdy tempo naszego życia dostrzegalnie przyspieszyło, a mnogość informacji bombardujących nas codziennie stała się przytłaczająca. Szybko, w biegu zauważamy coś, wydaje nam się, fajnego, łapiemy pod wpływem impulsu i dopiero po czasie orientujemy się, że ktoś nas kiwnął. Niby na legalu, nie ma tu żadnego przestępstwa. Ale przyzwoitość leży w kącie i kwili.

    Naprawdę rozumiem potrzeby rynku, rozumiem zasady marketingu, miałem dość długi epizod pracy w branży i jako publikujący autor też nieustannie szukam sposobów na zainteresowanie czytelnika. Uważam jednak, że pierwszą zasadą, jaka powinna dominować jest: hej, jesteśmy fair wobec odbiorcy. Jasne, trochę kusić musimy, ale jednak bez przesady, są granice.

    Pozwólcie, drodzy Wydawcy, że pokażę to na przykładzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście facetem i podoba się Wam dziewczyna (możecie w dowolnej konfiguracji, mnie po prostu tak będzie łatwiej pisać). Chcecie ją poderwać i zaczynacie w tym temacie działać. Uważam, że absolutnie dopuszczalną zagrywką jest zadbanie o oprawę. Jakiś stylista, barber może, wizyta w sklepie odzieżowym, wylanie na siebie flakonu perfum. Wszystko gra, kiedy, podnosząc swoją atrakcyjność, zadbasz o jakieś gadżety – kwiaty, butelkę wina, bilety do kina – czy dobre miejsce i okoliczności zawarcia znajomości. Innym popularnym trikiem, bywa, że trochę bardziej z szarej strefy, ale niech będzie, jest namówienie kogoś, kogo dziewczyna ceni, by szepnął za tobą słówko. Jeśli mówi szczerze, w oparciu o swoją wiedzę, jest super. Jeśli tylko dlatego, że obiecałeś mu piwo, idzie to na jego sumienie. Nadal jednak, uważam, jest to do przyjęcia.

    Tym, co do przyjęcia nie jest, byłoby wykorzystywanie faktu, że dziewczyna jest szaleńczo zakochana w filmowej gwieździe, do której jesteś troszkę podobny, rzeczona dziewczyna troszkę wstawiona i jeszcze przebywacie w pomieszczeniu, w którym złe światło działa na twoją korzyść. Już skorzystanie z okazji, nie wyprowadzając jej z błędu, jest paskudne. Ale zaplanowanie tego i zrobienie stosownego make-upu, byleby się tylko pomyliła i zorientowała po czasie, to już skrajna chujoza.

    Ufam, że zgadzamy się co do przykładu i jego oceny. A skoro tak, przenieśmy to na rynek książkowy.

    Nie tak dawno wydawnictwo SuperNova, znane w latach dziewięćdziesiątych z wydawania większości rodzimej fantastyki, dziś skupione na odcinaniu kuponów od zamieszania wokół Wiedźmina i Andrzeja Sapkowskiego, postanowiło wydać zbiór opowiadań konkursowych napisanych przez czytelników „Nowej Fantastyki” z okazji „urodzin” Wiedźmina. Konkurs zyskał przychylność samego autora, który podobno uczestniczył w wybieraniu tekstów. Zwycięskie opowiadania opublikowano w piśmie, a do tego zdecydowano, że antologia pojawi się również w wersji książkowej.

    Podkreślę kluczowe słowo: antologia. Tu rozumiana jako zbiór tekstów różnych autorów, ze wskazanym tematem i zbiorczym tytułem. Pisałem do kilku takich antologii, widziałem ich jeszcze więcej, nawet takich dedykowanych konkretnemu autorowi (weźmy za przykład wydane w Polsce „Jest legendą…” poświęcone Richardowi Mathesonowi) i nieomal zawsze na okładce umieszcza się nazwiska autorów poszczególnych tekstów, choćby mniejszymi literami. Ale nie tu. Tutaj czytelnik, natrafiając na tę książkę, musi uważać, by zauważyć słowo przedstawia umieszczone pod wielkim ANDRZEJ SAPKOWSKI. Pod spodem jest równie wielki tytuł „WIEDŹMIN: SZPONY I KŁY”. Wszystko zaprojektowane jest tak, by przeciętny odbiorca, zauważając książkę w Empiku czy kiosku, uznał, że to nowa powieść lub zbiór opowiadań jednego autora.

    I tutaj ktoś z Was, Szanowni Wydawcy, powie: No, trzeba było uważać. Zanim to jednak zrobicie, pozwólcie, że przypomnę że w polskim popie już tych słów użyto. Wypowiada je kasiarz Kwinto, rozbrajając bankowy alarm w filmie „VaBank”. Nie wiem, czy chcecie być przyrównani do człowieka, który rżnie innych na kasę.

    Idźmy dalej. Robert Ziębiński, dziennikarz, pisarz, obecnie naczelny polskiej edycji „Playboya” opublikował swego czasu książkę zatytułowaną „Stephen King. Sprzedawca strachu”, ciekawą, choć trochę nierówną publikację na temat ekranizacji powieści Stephena Kinga, która jednak przeszła bez większego echa.

    Zapytacie pewnie, skąd zdziwienie, skoro podobne prace generalnie nie są chodliwe? Otóż stąd, wydawcy – o ile wiem, w porozumieniu z autorem – wpadli na dość przewrotny pomysł promocji i zabawy okładką i tekstami na niej. Pierwsze wrażenie, gdy na nią spojrzymy, jest jednoznaczne: oto nowa książka Stephena Kinga, zatytułowana „Sprzedawca strachu”. W pierwszym wydaniu – nie wiem, czy były kolejne – Wydawnictwo Replika poszło w tej zabawie tak daleko, że… nazwiska Ziębińskiego w ogóle na pierwszej stronie okładkowej nie ma! Trzeba je było specjalnie doklejać w postaci specjalnej nalepki!

    Przy tej zagrywce przyczynek do napisania tego felietonu wydaje się niewinnym wykorzystaniem nadarzającej się okazji. Chodzi mianowicie o książkę „Dziecięce zabawy” autorstwa Tomasza Mroza wydaną przez śląskie wydawnictwo Videograf.

    Ktoś może powiedzieć: ale czego się człowieku czepiasz? Ma chłopak na nazwisko Mróz, to jakiego ma używać? Upał? Co, jemu nie wolno pisać książek, bo, tak się składa, jest ktoś taki, kto się nazywa podobnie? I to wszystko racja, tyle że argumenty nie dotykają sedna. To nie jest pierwsza książka Tomasza Mroza. Jeśli wejdziecie w sieć i pogooglacie, zobaczycie kilka tytułów opublikowanych w postaci ebooków wypuszczonych przez wydawnictwo RW2010. Różna tematyka, różne oceny, ale, powiedzmy to szczerze, nic, co zdołałoby autorowi zbudować nazwisko wśród odbiorców.

    Tyle, że chwila! Akurat to nazwisko jest już zbudowane! Tu nie trzeba pracować specjalnie, bo MRÓZ, zwłaszcza w kontekście kryminału, coś już w tym kraju znaczy! Gdyby teraz odpowiednio to ograć, pójść w minimalistyczną okładkę budzącą skojarzenie ze skandynawskimi kryminałami, wstawić kapitalikami MRÓZ – na podobieństwo książek Remka – to ktoś się może w pędzie złapie? A może – tak, zakładam, tłumaczyć się mogą marketingowcy Videografu – ktoś przez pomyłkę sięgnie, ale mu się spodoba i zostanie z Tomaszem tak, jak jest teraz z Remigiuszem?

    Cholera, idę o zakład, że niemal tak samo pomyślał koleś uprawiający seks z pijaną dziewczyną w knajpianej toalecie, której podał się za Johnny’ego Deppa: a może jej się spodoba i wtedy się przyznam, a ona i tak zostanie? A jak nie, przynajmniej zaliczę. Sami powiedzcie, to jednak obrzydliwe, nie?

    Szanowni Wydawcy, jak wspomniałem na początku, wiem, że większości z Was problem nie dotyczy, bo nie zniżylibyście się tak bardzo dla paru groszy. Ale apeluję: czy to na spotkaniach branżowych, czy w kuluarach, gdy komuś z Waszych kolegów wpadnie do głowy kolejny raz odwalić taki pomysł, dajcie mu w ryj. Tak po prostu, szczerze, w imieniu polskiego, ale i światowego rynku książki. Bo, nawiązując do słów Gustawa Holoubka zapytanego kiedyś w programie, czy czegoś nie toleruje, to to, do czego nigdy i w żadnej branży dopuszczać nie wolno, to jawnego skurwysyństwa.

    Jakub Ćwiek

     

  • W lipcu czwarta w tym roku książka Remigiusza Mroza? Jakub Ćwiek: „Remku, zalał mnie wkurw”.

    Kilka słów wstępu. Udało mi się jakiś czas temu dotrzeć do informacji, że Remigiusz Mróz wyda w lipcu swoją czwartą w tym roku  książkę. Ma nosić tytuł „Hasztag” oraz ma być skierowana, jak sam tytuł wskazuje, do ludzi, którzy sporo czasu spędzają przed komputerem. Czy tak będzie? Okaże się w lipcu, jednak musiałby się wydarzyć jakiś kataklizm, żeby ta książka się nie ukazała. To pewnie dobra informacja dla fanów autora, bo kolejna rzecz do przeczytania. Podzieliłem się informacją z kilkoma autorami, a Jakub Ćwiek zdecydował się napisać dość ostry list do Remigiusza Mroza. Zapraszam do lektury, a potem włączcie się do dyskusji w komentarzach.

    Remigiuszu,


    Tytułem wstępu – dziękuję, że znalazłeś czas, by ten list przeczytać. Zdaję sobie sprawę, że moment, gdy go piszę i publikuję, jest dość niefortunny, bo akurat jesteś, jak widziałem we wpisie, na wakacjach. Tak się jednak złożyło, że o bezpośrednim powodzie jego napisania, o którym szczegółowo później, dowiedziałem się kilka godzin temu i postanowiłem nie zwlekać, uznając, że może nie jest jeszcze za późno.

    Zanim zacznę, ustalmy to i owo.
    Po pierwsze – jak wiesz Ty, wiem ja, ale już niekoniecznie wszyscy, którzy będą ten list czytać: mimo iż obaj jesteśmy pisarzami, nie stanowimy dla siebie konkurencji. Nawet mimo dość szerokiego rozstrzału poruszanych tematów, tematycznie czy gatunkowo się do siebie nie zbliżamy, nie „walczymy” o te same półki, nie spotykamy się na tych samych wydarzeniach (wyjątkiem są wszelkie imprezy targowe, etc.). To pozwala mi się wypowiadać z perspektywy kogoś stojącego z boku, a nie pretendenta, konkurenta czy kogoś niepotrafiącego się pogodzić z faktem, że został odstawiony na boczny tor. Wręcz przeciwnie, jak wiesz, a ja dawałem wiele razy wyraz także publicznie, mimo zastrzeżeń, kibicowałem Ci i kibicuję mocno, doceniając ogrom Twojego włożonego wysiłku i to, jak zaowocował.

    No właśnie, Twój sukces to po drugie. Jesteś Królem Rynku i nie zamierzam z tym faktem dyskutować. W dodatku, na co warto zwrócić uwagę, Królem ulubieńcem ludu, czego mocno pilnujesz, o co dbasz już po zajęciu tronu i chwała Ci za to. Nie mam wątpliwości, jak wielką część Twojego sukcesu stanowi Twoje podejście do czytelników, czy to w sieci, czy na targach i spotkaniach. Ogromne kolejki czy setki reakcji pod wpisami śledzę bez zawiści czy zazdrości, a z podziwem, bo wiem, ile czasu i energii kosztuje wpisywanie każdemu starannej dedykacji – moje, przy znacznie krótszych kolejkach, nigdy nie były tak staranne – czy podejmowanie dyskusji z tyloma komentarzami w tylu różnych miejscach na Facebooku czy Instagramie. Gdybyś trafił tam, gdzie jesteś, jakimś szczęśliwym trafem, pewnie myślałbym sobie: ej, dlaczego akurat on. Ale w Twoim przypadku trudno zadawać sobie to pytanie. Bo jeśli ktoś miał trafić z takim rodzajem prozy i z tym pisarskim modelem, to właśnie Ty. Bo w ten model włożyłeś (a wraz z Tobą Twoi wydawcy, którzy mocno na Ciebie postawili) całego siebie. Ryzyko, które się opłaciło.

    Dobrze, skoro to mamy ustalone, skoro już wiemy, że jesteś Królem, a ja nie życzę Ci źle, a konkurencją jestem ja, pomniejszy autor humorystycznej fantastyki, mniej więcej taką, jaką błazen królewski również noszący koronę, berło i płaszcz z gronostajem jest dla władcy, powiem coś, co właściwie tylko błazen może: to już nie jest, kurwa, śmieszne!

    Przestało być takie całkiem niedawno. Do tej pory nawet mnie bawiło to, jak ludzie przecierają oczy z zaskoczeniem, że piszesz sześć książek rocznie, że przeskakujesz z tematu na temat, z gatunku na gatunek. Śmiałem się zawsze, gdy na kolejnych fotosach, plakatach, bilboardach na pół budynku pisano o tym, że Remigiusz Mróz powraca! Stary, jestem pewien, że Tobie również uniósł się kącik ust, gdy zdałeś sobie sprawę, że to tak, jakby fanfarami odtrąbiono każdy Twój powrót z łazienki. Sześć książek rocznie, jedna na dwa miesiące – prenumeruję magazyny wychodzące z mniejszą częstotliwością.

    Ludzie mówią: niemożliwe, ale my wiemy, że to nieprawda. Da się pisać w takim tempie, choć wymaga to dyscypliny, zacięcia, zdrowia i nade wszystko podporządkowania innych dziedzin życia pracy. Ale to wybór każdego autora. Szanuję każdego, kto jest w swoim konsekwentny.

    Inna rzecz, czy da się w takim tempie pisać dobrze. I tu pytanie oczywiście, co to znaczy dobrze. Literatura gatunkowa opiera się na pewnych modelach postaci, schematach fabuł, kliszach mniej lub bardziej zgranych. Da się napisać niezłą książkę, posługując się wyłącznie kliszami, zwłaszcza jeśli prezentujesz znane sztuczki odbiorcy, który ich z tego czy innego powodu nie zna. Takie książki pisze się automatycznie i jeśli tylko wyznaczysz sobie punkty graniczne (pomysły na zwroty akcji czy zagadki rodem z Browna) i mniej więcej wiesz, co ma paść w danej scenie, właściwie nie musisz się zastanawiać, pisząc. To jak wypełnianie formularza. Jak wykonywanie wyuczonych, wypracowanych ruchów.

    Odnosząc to do bliskiej nam przecież sztuki iluzji – wiemy, jak działa numer z przepołowioną kobietą. Mając do dyspozycji pudło, modelkę i trochę czasu na naukę, każdy z nas mógłby go zrobić i zaprezentować. A choć pokazano go miliony razy przed milionami ludzi, opisano i ograno, jeśli trafisz na publikę, która o nim nie słyszała, nadal zadziała. Piękno schematu.

    A dziś takich ludzi jest sporo, bo obaj wiemy, że wielu Polaków dopiero uczy się znajdować czas na lekturę, odkrywać zabawę w książkach czy w ogóle w opowieściach. I uczy się traktować czytanie jako formę relaksu.

    Ze względu na powszechną obecność, na to jak jesteś widoczny, a Twoje książki dostępne wszędzie – no i nie ukrywajmy, ze względu na świetne fotosy przedstawiające człowieka, którego z miejsca mógłbym uznać za pisarza – jesteś wtedy dla tych ludzi, sięgających po lekturę dla przyjemności albo po raz pierwszy w życiu, albo po raz pierwszy po długiej przerwie, pierwszym wyborem. I często jedynym, bo umówmy się, jedna książka na dwa miesiące to dla przeciętnego, zarobionego człowieka tempo czytania, nie pisania. Zanim więc taki ktoś coś przeczyta do końca, Ty już jesteś z nowością. A że lubimy to, co znamy… idę o zakład, że jest w tym kraju sporo czytelników wyłącznie Remigiusza Mroza.

    Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny

    Do tego skaczesz po tematach i poruszasz sprawy aktualne, ważne, w Twoich książkach pojawiają się echa spraw, o których rozmawia się w autobusach, ale i w domach przy stołach. Teoretycznie mógłbyś być idealną odpowiedzią na pytanie: gdyby miał pan wybrać tylko jednego pisarza, którego będzie pan czytał, to kto by to był? No oczywista, że polski Grisham, Coben, Gerritsen, King, Nesbo i Larsson w jednym! Coś pominąłem? A tak, polskie „House of Cards” na przykład!

    Dobra, wybacz żart, ale trochę tak do całej tej sytuacji podchodziłem. Z rozbawieniem. No, może też i troszkę z żalem, bo w tych naszych Nowych Szatach Króla jawisz mi się właśnie jako ten Władca, który jak wszyscy dał się omamić. Komu? Podejrzewam, choć to tylko moje przypuszczenie, że Wydawcy, który czy to podsuwając Ci tematy, czy też odwrotnie, biorąc ledwie zalążek pomysłu jako już gotową powieść, gna z wydaniem kolejnych książek zanim ktokolwiek się zorientuje, że tak się tego, kurwa, nie robi! Że nieważne, jakbyś był, chłopie, zdolny, każdy pisarz potrzebuje redaktora, który niczym ten sługa Marka Aureliusza będzie mu stał przy uchu i mówił: jesteś tylko człowiekiem.

    Kogoś, kto wskaże błędy, wątki zbędne, nielogiczności albo miejsca, w których nie chciało Ci się w opisie nawet specjalnie poszerzać notki z pierwszych wskazań Google’a. Człowieka, który będzie miał czas, odwagę i kompetencje, by przyjrzeć się temu, co napisałeś i powiedzieć „nie, to nie może być w ten sposób, bo to jakaś bzdura jest” albo ”to jak opisałeś Czarnego Delfina podejrzanie pokrywa się z treścią wikipedycznej notki. Potrzebujesz tu aby więcej materiałów?”.

    Czytam wywiady z Tobą, czytam o Twoim podziale dnia i o tym, jak dzielisz go między pisanie, lekturę researchową, bieganie, czytanie dla przyjemności, oglądanie filmów i redakcję. Jeśli to dokładny i wierny opis Twojego dnia,  dołóżmy tu jeszcze niezwykłą aktywność w social mediach – większość Twojego czasu to ślęczenie nad literkami. Od czterech lat ciągiem? W Twoim wieku, po wymagających studiach prawniczych? Kurde, z czego te książki mają powstawać, czym się ładować, skoro nie miałeś czasu ani nazbierać doświadczeń w tematach, które teraz pracowicie przetwarzasz, ani nawet nie masz czasu na wytchnienie, by mózg czasem po prostu myślał, mielił pomysły, dał im mutować, dał coś odrzucić. By, cholera jasna, odpoczął?

    Na miejscu Twojego wydawcy już jakiś czas temu powiedziałbym Ci „Remigiusz, musimy poważnie pogadać. Jesteś fantastyczny, ale nam na Tobie zależy i dlatego, stary, chcemy Ci zaproponować takie coś – my od teraz będziemy puszczać trzy Twoje książki rocznie i troszkę dłużej nad nimi popracujemy. Zarobiłeś dla nas pierdyzalion pieniędzy, sam też przecież nie narzekasz, możemy sobie pozwolić na sztab researcherów i redaktorów. Kurde, jesteśmy na takiej pozycji, że jak zechcesz napisać o Wietnamie, to wywołamy Ci Wietnam i wyślemy tam z oddziałem piechoty!”

    Jedynym powodem dla którego tak nie robią, jest obawa, że to, co się wokół Ciebie dzieje, to coś, co się dziać nie powinno i trzeba natrzaskać jak najwięcej kasy zanim się rypnie. Pracujemy więc nad tym, co się liczy, czyli okładką, reklamą, dobrym, nośnym tematem, na którym ludzie się skupią w wywiadach, a odpuścimy rzeczy, które nas opóźniają, jak redakcja merytoryczna czy weryfikacja powierzchownego, internetowego researchu. Przeciętny czytelnik i tak powie „chciałem się tylko rozerwać i się rozerwałem”. Nie oczekiwałem podręcznika.

    W tym miejscu jednak, choć nieco straszno, wciąż jeszcze było również śmiesznie. Zabawnie było oglądać Twoje zdobywanie salonów i to jak ludzie robili „ha ha ha, ten wariat Mróz, święty Remigiusz od zbłąkanych blogerek”, a potem, gdy rosły nakłady, gdy pojawiłeś się z serią w Newsweeku, z wywiadem głównym w Wyborczej Kultura czy w programie Michała Nogasia, ludzie, którzy się z Ciebie śmiali, zaczynali starannie ważyć słowa. Przyznaję, zastanawiałem się wtedy, czy zmieniali przekonania? Dojrzewali do autora czy to po prostu słynna kapitalistyczna tortura dopisywania zer na czeku, łamiąca w końcu kołem większość poglądów i ideałów? I miejmy jasność, Remku, nie z Ciebie się tu śmieję. Ty robisz swoje tak, jak Ci się sprawdzało i jak działa.

    Po prostu jeden z drugim, zamiast, jak sobie wcześniej zamierzyli, wskazywać ludziom pewne kierunki, ci krytycy z bastionów działów kulturalnych, niczym doradcy królewscy robionego w konia władcy, uznali, że lepiej z tłumem chwalić nowe szaty. Ku uciesze tych, co w tej zabawie rozdają karty.

    Możesz powiedzieć, że dobra, rozumiesz, ale trochę długo rysuję ogólną sytuację i czas przejść do konkretów. Gdzie, moim zdaniem, przebrała się miarka i przestało być w ogóle zabawnie? Otóż, drogi Remku, przy „Nieodnalezionej”.

    Przyznam, że zanim sięgnąłem po tę książkę, przeczytałem sporo wywiadów i materiałów prasowych. Pominąłem te mówiące o Tobie jako Cobenie, takie chwyty ani mnie nie bawią, ani nie uważam ich za służące autorowi. Ujęło mnie jednak, że ta książka to stand alone, że poruszasz w niej ważny temat przemocy domowej i to najwyraźniej dobrze, skoro fundacja antyprzemocowa bierze Cię na ambasadora.

    Byłem akurat świeżo po lekturze Twojej ”Czarnej Madonny”, która nie podobała mi się wyjątkowo i zamierzałem już uznać, że ej, po prostu nie będę więcej po Twoje rzeczy sięgał, a tu nagle i recenzje dobre, i temat ważny, podobno opisany z wyczuciem, a sama powieść skonstruowana świetnie. Wziąłem, przeczytałem (a właściwie przesłuchałem) i… nie, nie zdenerwowałem się. Zalał mnie wkurw!

    Remigiusz Mróz, fot: oficjalna strona autora, www.remigiuszmroz.pl

    Na ludzi, którzy Cię za to chwalą, na ludzi, którzy mówią, że jak wspaniale, że Ty, najpopularniejszy autor w kraju poruszasz taki ważny i wcale nie medialny temat, że się odważyłeś, że opowiadasz historię tak mroczną, z takim pogłębieniem bohaterów, postaci. Czytam te recenzje, słucham fragmentów, znowu recenzje, znowu fragmenty i mówię: że do jasnej cholery, co?! Wiarygodne postaci, poruszenie tematu z wyczuciem?! Łaskawe pochylenie się bestsellerowca nad tematem podnoszonym tak rzadko?

    Po pierwsze, zrobił to już Miłoszewski w „Gniewie”, więc to nie tak, że zrobiłeś to pierwszy. Po drugie, przemoc w rodzinie to temat nośny w cholerę, a u Ciebie, do czego się zresztą przyznajesz i wspominasz o tym, pojawił się przy okazji skandalu z pewnym posłem i jego żoną.

    Kolejno, google research działa, gdy sprawdzasz historię brata Jezusa albo rosyjskie więzienia. Gdy oprzesz jeden z głównych wątków swojej powieści na źle przetłumaczonej transkrypcji z czarnej skrzynki feralnego lotu sprzed czterdziestu lat, też się nic przecież nie stanie. To tak jak u mnie – umówmy się, mogę się w swoich książkach wygłupiać świadomie, ale nawet, jak się wygłupię za sprawą niewiedzy, wielkiej szkody nikomu nie wyrządzę. Ot, najwyżej trochę fantastyce, że wypuszcza chłam i mój Boże gdzie Lem i więcej Dukajów.

    Ale gdy Ty piszesz o przemocy domowej? Gdy wiesz – bo już, Remigiuszu, wiesz – że Twoje wydawnictwo czy wydawnictwa, a także efekt kuli śniegowej sprawią, że w mediach wyrośniesz na chwilowego eksperta czy właśnie ambasadora tematu, nadal robisz google research i lecisz po schematach?! Chłopie, wdzięczny bóstwom wszelakim, że jako pisarz nigdy jeszcze nie czułem na karku takiej odpowiedzialności jaką Ty powinieneś, wiem, że prędzej bym tej cholernej książki nie napisał, niż pozwolił sobie na granie na wyłącznie spranych, filmowych schematach! Ot choćby suma obrażeń z każdej nocy, a częstotliwość wizyt w szpitalu z rozpieprzonymi organami. Relacja bohaterka a dziecko, reakcje dziecka na to, co się dzieje, jak ono się zachowuje. Cisza i narastająca beznadzieja zamiast efekciarstwa sypialnianego ringu. Jakbyś cały czas wiedział, że o tym czy o tamtym wspomnieć trzeba, bo gdzieś w czymś co czytałeś padło, ale nie masz pojęcia. jak to prowadzić, bo nie miałeś czasu, by to przepracować. Napisać scen, które może i ostatecznie polecą z tekstu, ale dadzą Ci solidny obraz sytuacji. Diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły biorą się z rozmów z ludźmi, którzy przestają być dzięki temu statystyką. Z drobnych opowieści o narastającym lęku, beznadziejności, o tym, jak działa przemoc ekonomiczna, seksualna i tak dalej. Wiedziałbyś to, i jestem pewien, wprowadził do książki, gdybyś nie wpadł w nierealny wir pracy. Gdybyś miał odważnego, doświadczonego redaktora, który by Cię poprowadził i czasem kazał przemodelować tekst. Gdyby nie pojawiła się presja – wciąż nie wiem, wydawnicza, społeczna, wewnętrzna – na napieprzanie sześciu tytułów w roku i robienie z tego atutu! To nie jest atut, Remigiuszu. Masz wiele świetnych pomysłów, masz wyczucie trendów, ale za sprawą tempa nie masz nic, co by Twoje książki czyniło Twoimi. Nie dajesz sobie czasu na przefiltrowanie przez siebie ważnych tematów i w związku z tym Twoje książki mógłby napisać każdy z odrobiną pisarskiej wprawy, tak, że nikt by się nie zorientował. Co nie miałoby miejsca, gdybyś dał sobie czas. I nie zlałbyś wtedy tak ważnego tematu pobieżnym researchem i przez to takim jego odrealnieniem.

    Dobrze, teraz czas na wyjaśnienie, dlaczego piszę to akurat w tej chwili, gdy powinienem się raczej cieszyć, że jesteś na wakacjach i bierzesz oddech. Cieszę się z tego, naprawdę. Ale też usłyszałem właśnie, że ruszyła maszyna promocyjna Twojej nowej powieści o roboczym tytule ”Hasztag”, traktująca między innymi o problemach młodzieży w sieci. To ważny, trudny temat, wymagający młodego autora, który pewne rzeczy wyczuje – tu jak najbardziej wierzę, że spełniasz warunek – oraz bardzo dogłębnego sprawdzenia wszystkiego, co ważne i warte poruszenia. Gdy ta książka wyjdzie, zwłaszcza w lipcowym sezonie ogórkowym, będzie, wiesz o tym, wie o tym Twój wydawca, tematem ważnym, omawianym na wszystkie możliwe sposoby. Twoja książka stanie się nie tylko przyczynkiem do rozmowy ale i w pewnym stopniu, jak to się stało z „Nieodnalezioną”, punktem odniesienia. Bazą pod wyobrażenia sobie przez ludzi, jak to działa.

    www.unsplash.com/Markus Spiske

    Nie wiem, jak napisałeś tę książkę, bo z oczywistych względów jeszcze jej nie czytałem. Ale wiem, że to będzie Twoja czwarta książka w tym roku, więc sam rozumiesz, mam pewne obawy. Ale nawet jeśli poszedłeś starym kluczem, jeśli napisałeś tę książkę z podejściem jakie miałeś do ”Nieodnalezionej” nie jest jeszcze, jak rozumiem, za późno. Książki nie ma jeszcze w druku, a Ty masz szansę i wszelkie możliwości, by powiedzieć, żehej, stop. Jednak to i owo zmienię. To za ważny temat, by potraktować go po łebkach. Ludzie na mnie liczą.

    Wiem, że Cię na to stać, Remiguszu. Stać w sensie ekonomicznym, ale i stać jako autora, którym jesteś, a który po tych krótkich wakacjach ma szansę wyskoczyć z kolein.

    I pamiętaj, to, że porada pochodzi od błazna w papierowej koronie, nie znaczy, że jest żartem. Zawalcz o uczciwe, rzetelne podejście do tego trudnego tematu, jaki chcesz poruszyć, a masz moje słowo, że wtedy, nawet jeśli w końcu to i owo się sypnie, jeśli ktoś stanie, pokaże na Ciebie palcem i powie:

    – Król jest nagi!

    Będę tym, który natychmiast i głośno odpowie:

    – Tak, ale patrzcie jakie ma jaja!

    Z poważaniem, sympatią, ale i chwilowo wkurwem,

    Jakub Ćwiek

  • „Ignorancja a trzecie prawo Clarke’a”, marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Swego czasu Arthur C. Clarke pisał, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Niewątpliwie ma to swoją przyczynę w fakcie, że – to z kolei za autorem „Złotej Gałęzi” George’em Frazerem – magia może uchodzić za bękarcią siostrę nauki. Chodzi o to, że sposób działania dwóch powyższych jest w założeniu taki sam – na podstawie tak a nie inaczej zbudowanej wiedzy o świecie, za pomocą określonych czynności i przy użyciu konkretnych rekwizytów możemy na otaczający nas świat wpływać.

    Zasadnicza różnica opierająca się na tym, że niektóre z tych zjawisk można wyjaśnić i wytłumaczyć, a inne nie (bo są na przykład dziełem przypadku) ma znaczenie dla wąskiej grupy dociekliwych. Całej reszcie nie robi różnicy, czy pilot od telewizora działa dzięki prawom nauki czy magii. Choć, zapytani, oczywiście zaprezentują tę sprawę inaczej. Bo większość społeczeństwa, mimo iż nie ma pojęcia o zasadach, jakie rządzą ich światem, woli na co dzień uchodzić za osoby twardo stąpające po ziemi.

    – Ja nie czytam fantastyki – powiedziała mi ostatnio pani w jednej bibliotece, mierząc mnie takim wzrokiem jakbym sprzedawał dzieciom narkotyki pod szkołą.

    Uśmiechnąłem się i wskazałem na książkę, którą właśnie brała. „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego.

    – W takim razie nie wiem po co ją pani wypożycza – odparłem.

    Nie odpowiedziała.

    A ja poczułem się jak w tym starym dowcipie o rabinie, co przychodzi do mięsnego i wskazując na kolejne szynki, prosi o dwadzieścia deko tej rybki, tamtej rybki…

    – Ależ panie, to jest szynka – odpowiada rzeźnik, na co rabin wzrusza ramionami.

    – A czy ja się pana pytam, jak się te rybki nazywają?

    Z tego co wiem, to „Jak zawsze” sprzedawane było jako komedia narodowo-romantyczna, co w zasadzie kłamstwem nie jest, choć w sumie trudno mi do końca orzec, czy wiem, co ten śmieszny zlepek słów znaczy. Tego, czego jestem pewien, to to, że słowo „fantastyka” na wszelki wypadek nigdzie nie pada. Słusznie, bo obstawiam, że zaszkodziłoby tej wyśmienitej powieści mocno. Bo etykieta jest jednak silniejsza niż nazwisko lubianego autora i trzeba pozycji znacznie mocniejszej niż ta Miłoszewskiego, by coś na tym polu zawalczyć otwarcie. Zresztą po co? Dlaczego ktokolwiek miałby?

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    A może chodzi tu jednak o coś innego? O to, że na pewnym poziomie ignorancji zacierają się granice tego, co prawdopodobne i nieprawdopodobne? Wtedy tylko etykietki mówią nam, jak się do danej pozycji odnieść. No bo nie trzeba wysilać umysłu, nie trzeba niczego zakładać, by wiedzieć, że jak jest napisane „fantastyka”, to w powieści będzie coś fantastycznego czyli nie do końca odzwierciedlającego naszą obecną rzeczywistość. Dzięki temu odbiorca już na starcie wie, że w tej pościeli jest ziarnko grochu i może udawać, że go uwiera.

    Inaczej jest, gdy powieść takiej etykietki nie otrzyma. Wtedy nie możemy za bardzo na starcie zakładać, że coś jest oderwane od rzeczywistości i do oceny wiarygodności fabuły i jej spójności potrzeba nam zdobytej wcześniej wiedzy o świecie, dociekliwości i zdolności łączenia faktów w logiczną całość. Jeśli ich nie mamy, opieramy się wyłącznie na wyjaśnieniach autora.

    W tym miejscu chciałem się powołać na konkretne badania, ale ponieważ ich wyniki czytałem raz, dawno temu, a moje Google-Fu jest zbyt słabe i nie udało mi się do nich dogrzebać, przywołam je w formie bardziej zasłyszanej anegdoty, której wiarygodność każdy powinien sobie sam zweryfikować przed dalszym powtarzaniem. Otóż podobno na podstawie eksperymentu wykazano, iż dla wielu ludzi (tu padały procenty, o których odtworzenie się nie pokuszę) dużo ważniejsze niż treść i sensowność wyjaśnienia jest sam fakt, że ktoś cokolwiek wyjaśnia. W rzeczonym eksperymencie wyglądało to tak, że ten sam człowiek grzecznie i uprzejmie, ale wpychał się do stojących od kilku godzin kolejek. Za pierwszym razem mówiąc tylko „przepraszam” i „dziękuję”, za drugim – stosując bzdurne wyjaśnienia na zasadzie: przepraszam, ale muszę wejść do tej kolejki, bo muszę się w niej znaleźć, właśnie w tym miejscu. Słowem nic, co powinno kogokolwiek przekonywać, ale powiedziane takim tonem, który sprawiał, że ludzie ustępowali. Oczywiście nie wszyscy. Jest tutaj wiele czynników „brudzących” czystość tezy do udowodnienia, ale w późniejszych wynikach i relacjach nader często pojawiało się: nie słuchałem uważnie, ale on wydawał się przekonany o swojej racji.

    Przenosząc to na nasze literackie etykietkowanie, autor fantastyki byłby tu kolejkowiczem podejrzanym. Widząc go, ludzie zaczęliby się z jakiegoś powodu zastanawiać, co on tutaj robi, nabraliby wątpliwości już na sam widok. Czujni nie wpuściliby go do kolejki, odganiając zanim się odezwie. A jak zachowujemy się wobec autorów spoza tej etykietki?

    I tu z pomocą przychodzi casus dwóch powieści Remigiusza Mroza (szczere dzięki, Remek) oraz ich dość mocno odmiennego odbioru. Jedna z tych powieści to „Czarna Madonna”, druga to „Nieodnaleziona”. Pierwsza książka to również pierwsza próba (a przynajmniej pierwsza na tak dużą skalę) zmierzenia się Mroza z horrorem. Element grozy wybrany dość sprytnie, bo egzorcyzmy to ten motyw strasznej fantastyki, którego w katolickim kraju nie sposób po prostu zametkować. Z jednej strony jest więc czym straszyć, posługując się całą masą już ogranych środków, z drugiej, to nie tak, że człowiek ochrzczony i od dzieciaka programowany na widzenie diabła wszędzie może temat tak po prostu odłożyć na półkę z wampirami, zombie etc. Do tego jeszcze tytułowa „Czarna Madonna”, w swym najbardziej znanym wariancie obraz święty i cuda czyniący, a jednocześnie niepokojący. Słowem fantastyka, ale taka, której lepiej nie odrzucać w całości, bo jeszcze obrazi się Bóg, Jasnogórski Obraz, anioł stróż czy wierząca babcia.

    Nawet jednak to bezpieczne zagranie nie ustrzegło Remigiusza przed mieszanymi reakcjami czytelników etykietkujących. Nie to, że książka nie odniosła sukcesu, bo Mróz już dawno przekroczył pewien punkt krytyczny, który sprawia, że póki co poniżej pewnego pułapu nie spadnie. Ale temat i poruszone wątki sprawiły, że naprawdę masa czytelników na rozlicznych forach zaczęła dociekać, sprawdzać nieszczelności fabuły czy ogólnego wydźwięku treści. Bo skoro to fantastyka, to można bezpiecznie założyć, że jakieś nieścisłości w niej są. Etykietka budzi w odbiorcy nieomal paranoiczną czujność.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

    Z kolei wydana w ubiegłym roku, cobenowska w duchu „Nieodnaleziona” zebrała pozytywne recenzje nawet tam, gdzie trudno się było spodziewać, że je dostanie. Powód? Prócz wspomnianego już efektu kuli śniegowej Mroza (jakże to ślicznie grające z nazwiskiem określenie!) odpowiednio dobrany ważny temat w tle i… powszechna ignorancja, sprawiająca, że autor może zrobić z czytelnikiem, co chce. Bo tu już tak gęstych wątpliwości co do fabularnych detali nie było. Nikt nie przejmował się specjalnie analizą tego czy zastosowany przez autora opis przemocy domowej, ataków, ciosów jest choć w najmniejszym stopniu realny. Czy rzeczywiście istnieje choć cień szansy, by tak główna bohaterka zwyczajnie przetrwała tak opisane ataki szału, nie mówiąc już o utrzymaniu pozorów przed synem, otoczeniem czy kimkolwiek. Czytelnikowi w tym temacie wystarczy świadomość, że w wielu domach dzieją się rzeczy straszne, a autor czasem wtrąci, że pod sam koniec bohaterka wyglądała źle.
    A zbudowany na granicy jakiejkolwiek racjonalności złożony system zagadek serwowany bohaterowi? Czyż nie wystarczy chwila refleksji – kogokolwiek, bohaterki, autora, czytelnika – by podważyć zasadność stopnia komplikacji tychże? Czy poczucie nieustannego zagrożenia i konieczność zbudowania więzi z bohaterem faktycznie dla kogokolwiek usprawiedliwia, jak chce autor, takie ryzyko fiaska?

    Jeżeli porównywać powierzchowność i schematyczność researchu „Czarna Madonna” i „Nieodnaleziona” stoją na podobnym poziomie. I nie, nie chcę tu, broń Boże, Remkowi dowalać. Taką ma metodę, że spraw poruszanych nie bada dogłębnie, a jedynie tyle, ile mu potrzeba do zaplanowanej treści. Inny model przy tym tempie pracy zwyczajnie nie jest możliwy.

    Podobnie na poziomie konstruowania fabuły opartej na regularnych, mniej lub bardziej spójnych z treścią, twistach, obie te książki (a i większość innych remkowych) działają podobnie. Więcej nawet, zagrywka polegająca na „teraz ci wszystkiego nie powiem, dowiesz się w swoim czasie”, zastosowana zarówno w „CM” jak i w „N” ma dużo więcej sensu w nadnaturalnym horrorze, niż w pozbawionym fantastyki thrillerze. W obu przypadkach od tego czy bohater dowie się czegoś zawczasu zależy jak się zachowa dalej. O ile jednak w „Madonnie” tajemniczość mężczyzny na lotnisku protagonista może sobie wyjaśnić jego złożoną, enigmatyczną naturą, o tyle w przypadku własnej dziewczyny wiodącej go od miejsca do miejsca i udzielającej strzępków informacji powinna choć zaniepokoić. Skłonić do narastającej z każdym kolejnym etapem „zabawy” wątpliwości – dlaczego tak? Dlaczego potęgujemy ryzyko?

    W tej drugiej książce jedyne, co czytelnik dostaje w ramach wątpliwości to „przepraszam, że się wpycham, ale muszę być w tej kolejce, bo muszę w niej być”. Wyjaśnienie, które jest zdolne zaspokoić tylko odbiorcę, który na ciągu przyczynowo-skutkowym skupia się niespecjalnie, a i nad realistyczność całości stawia porozrzucane tu i tam elementy zaskoczenia. Inaczej mówiąc, Mróz wyjaśnia zamysł czytelnikowi i robi to z grubsza, wiedząc, że ten ostatni nie zapyta: ej, ale dlaczego bohater na to poszedł? Żadnych dodatkowych tłumaczeń, bo i nie ma żadnych dodatkowych pytań. Nikt nie chciał akurat tego wiedzieć.

    I żeby nie było wątpliwości, to nie jest trik wymyślony przez Remigiusza czy tylko przez niego stosowany. Właściwie nie jestem nawet pewien, czy to na pewno trik, bo równie dobrze może być to po prostu bardzo sprawne dostosowanie własnych sił przerobowych do ukształtowanych oczekiwań odbiorcy. Skoro czytelnikowi takie rozwiązania wystarczają, a Mrozowi ułatwiają pracę, po co miałby cokolwiek na tym polu zmieniać?

    Z drugiej strony wspomniany wcześniej Miłoszewski, budując swoją alternatywną rzeczywistość, kładzie największy nacisk właśnie na to, by wszelkie zachowania jego bohaterów były spójne i sensowne (choć nie zawsze racjonalne, co oczywiste) w ramach świata przedstawionego. Świadom tego, że kołek do zawieszenia niewiary nadwyręża już wyjściową ideą, stara się, by wszystko poza tym elementem grało. Pozbawiony wsparcia czytelnika przyjmującego wszystko na gębę i „bo przecież tak bywa w życiu, widziałem w wiadomościach”, musi się sporo nagimnastykować, by zachować wewnętrzną spójność. Szczęśliwie doceniło to wystarczająco wielu czytelników.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Teraz jednak pytanie: czy odbiorca przyjmujący wyjaśnienia najprostsze i nie zadający pytań o sensowność wydarzeń akceptuje taki stan rzeczy, bo to jest jego świadomy wybór i nie obchodzi go wiarygodność? Wtedy w porządku, ale po co o nią postulować, odrzucać dobre powieści tylko ze względu na gatunkową przynależność i zmuszać taki marketing WAB do kombinowania, jak za wszelką cenę uniknąć określenia „Jak zawsze” historią alternatywną? Czy chodzi tylko o to, że nie chcemy, by przylgnęła do nas etykietka fantasty-eskapisty?

    A może o to, że czytelnik jednak liczy na wiarygodność, podświadomie jej pragnie, tylko zwyczajnie na jego poziomie to, co jest realne i to, co nie jest, stało się zwyczajnie nieodróżnialne?

    I nie, proszę nie oczekiwać gotowej odpowiedzi, bo szczerze przyznaję, nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam.

    PS. Ze względu na to, że sam zajmuję się fantastyką i mam świadomość, że uwagi o odrzuceniu tejże w jakiś sposób przez określony (szeroki) typ odbiorcy mogą być odebrane jako żalenie się, pragnę naprostować. Absolutnie nie czuję się traktowany źle, ani też nie uważam czytelników fantastyki za z założenia inteligentniejszych od odbiorców, dla przykładu, kryminału. Niniejszy tekst nie ma na celu wartościowania miłośników określonych gatunków ani autorów te gatunki tworzących.

  • „Ryzykanci”, ostatni w tym roku felieton Jakuba Ćwieka

    Wielokrotnie podczas spotkań zapytany o popkulturę dzieliłem ją na potrzeby wypowiedzi – bo wiem, że to duże uproszczenie, w dodatku niepotrzebnie wartościujące – na dobrą i złą. Tę pierwszą pojmowałem jako końcowy efekt sytuacji, w której twórca, mając coś do przekazania, znajduje język, formę i medium tej wypowiedzi trafiające do szerokiego odbiorcy. Druga to taka, gdy twórca kalkuluje na chłodno, co się ludziom spodoba, na co z takich czy innych powodów jest zapotrzebowanie i się tej kalkulacji na chłodno poddaje. Co warte podkreślenia, drugiej popkultury jest zawsze wielokrotnie więcej, bo nie tylko ona sama się namnaża, ale i, wyczuwszy trend, błyskawicznie konstruuje klony końcowego efektu pierwszej. To stąd, nie znając genezy tej czy tamtej opowieści, łatwo się w tym wszystkim pomylić. Pierwszy z brzegu przykład? Tolkien i wszyscy jego naśladowcy, którzy zafundowali większości z nas przesyt heroicznym fantasy.

    Piszę o tym akurat teraz nie bez powodu. Oto jestem w trakcie lektury najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego i uważam, że należy mu się za nią solidny medal. Już tłumaczę, dlaczego.

    Na ile udało mi się przez te naście lat zawodowego pisania poznać rynek, większość czytelników, niezależnie od swojego światopoglądu, w kwestii podejścia do doboru lektur wykazuje się zaskakującym czasami konserwatyzmem. I nie mówię tu już nawet o dyktowanym poglądami odbiorze tej czy tamtej pozycji. Mam na myśli raczej bardzo wąski dobór lektur w oparciu o ukształtowany środowiskowo gust. To troszkę jak dekorowanie mieszkania czy trendy modowe – kryminały pasują mi do butów, bliskozasięgowy reportaż i latte to mój ulubiony zestaw popołudniowy, a romanse to nie, bo gryzą się z apaszką i kuchnią pod wymiar.

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    I nie chodzi tu już nawet o przywoływanie snobistycznego podziału na literaturę ambitną i rozrywkową (nieodmiennie każdego, kto na poważnie używa tego podziału, mam za solidnie ograniczonego), ale o zaczopowanie się w ramach jasnego, określonego pola lektur. Zamknięcie się w tej wyszydzanej, bo i nadużywanej przez coachów wszelkiej maści strefy komfortu. Czytelnik czyta A i tak dobiera sobie autorów, by mu to A dostarczali. Autor, który chce pisać B idzie do czytelników B, a obaj mają szczerą nadzieję, że kiedyś uda im się te grupy jakoś ze sobą połączyć, bo fajnie byłoby pisać co się chce, co w duszy gra, a nie tylko pod dyktando.

    Weźmy takiego Remka Mroza. Tempo jego pracy jest niezwykłe, wyczucie trendów bardzo dobre – Remek pisze to, co ludzie chcą czytać, więc – wedle mojej kulawej definicji – tworzy popkulturę złą. Odwróconą. Nie znaczy to z automatu, że jego książki muszą być złe, bo ta definicja z założenia nie ma wartościować materiału, ale wpływ na rozwój. Książki dające masowemu czytelnikowi dokładnie to, czego ten chce, to odpowiednik nocnego kebsa po imprezie. Każdy czasem potrzebuje, ale trudno w oparciu o niego układać dietę.

    No ale miało być o Remku. Kiedy słuchałem jego „Czarnej Madonny”, widziałem w niej pewną próbę ucieczki, może nawet raczej buntu. Oto Mróz, konsekwentnie i pracowicie budujący sobie bazę odbiorców, przyzwyczajający ją do tego, że jego nazwisko jest wyznacznikiem pewnej formuły snucia opowieści, konstruowania dialogów, proporcji między wyszukaną wiedzą a akcją etc., nagle robi skok w grozę. „Czarna Madonna” to horror, a więc nisza niszy. Raz, że to fantastyka, a ta ma określoną grupę odbiorców, ale i wysoki próg wejścia dla muszących się przełamać obcych. Dwa, że powieści grozy, kojarzące się nieodmiennie z okładkowymi makabreskami z lat dziewięćdziesiątych, mają w Polsce status porównywalny do porno. Jeden King wiosny nie czyni, kilka hermetycznych for i paru sensownych autorów gustów powszechnych nie zmieni, o czym przekonał się swego czasu boleśnie Zygmunt Miłoszewski ze swoim Domofonem. A Mróz spróbował. I to podjął tę próbę, będąc u szczytu popularności, w chwili, gdy właściwie nie musi podejmować podobnego ryzyka. Ba, jedyne, co mógł, to stracić, bo zyskać raczej nie miał czego.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl


    Nie uważam „Czarnej Madonny” ani za książkę specjalnie udaną ani za rzeczywiście pełnoprawną ucieczkę. W pewnym momencie, rzekłbym nawet, że dość szybko, autor wraca w wytarte brownowskie koleiny, miota bohaterami po świecie, ucieka od tej grozy, z którą wystartował. Ale bezsprzecznie próba jest. Inaczej niż w przypadku pseudonimu z Wysp Owczych, który można było odebrać jako podczepianie się pod dogasającą modę na Skandynawów, tu mamy do czynienia z próbą faktycznego podzielenia się autora z czytelnikami czymś wyraźnie jego. Czy ta próba się udała? Nie znam wyników kasowych Madonny, ale tak rozbieżnych recenzji u swojego twardego elektoratu Remek nie miał jeszcze nigdy. Często tu i tam padało zdanie, że być może to czas, by przestać w ciemno kupować nazwisko, bo, jak widać, nie zawsze dostarcza.

    I teraz pytanie: czy Remek odważy się ponownie eksperymentować?

    Myślę sobie o podjętym przez Mroza ryzyku, ale przed oczami staje mi inne podejście – hardość od początku: po mojemu albo wcale. Taki Twardoch idący konsekwentnie swoją ścieżką i opowiadający historie szukające swojego czytelnika. Jasne, że Szczepan rozwijał się w swoim pisaniu cały czas, uczył się, jak opowiadać swoje złożone historie, jednocześnie pozostając sobą i zdobywając odbiorcę. Gdzieś tam, w pewnym momencie, po chwilowym zachłyśnięciu się sukcesem „Morfiny” nabrał nawet durnego przekonania – które sformułował w wywiadzie – że literatura nie potrzebuje popu. Potem jednak zmądrzał i napisał „Króla” – swoją najbardziej popową książkę, jednocześnie zdobywającą mu masowego odbiorcę i realizującą jego wobec literatury założenia. Na ile rozmawiam z różnymi ludźmi (w tym bibliotekarzami czy księgarzami z małych miasteczek), po nominacjach i nagrodach Twardoch dla masy ludzi przestał wreszcie być autorem, z którego książką warto się pokazać. Stał się takim, którego da się czytać.

    Gdzieś pomiędzy ścieżką Mroza a Twardocha – choć zdecydowanie bliżej temu drugiemu – jest Orbitowski, który wyszedł z gatunkowej niszy, potem kawał czasu poświęcił, by papierem ściernym zetrzeć łatkę, poszukać siebie, swoich opowieści, swoich na nie słów, by wreszcie wrócić odmieniony i dojrzały jako twórca dający to, czego chce. Co zaskakujące, Łukaszowi udało się podczas tej wędrówki utrzymać ze sobą większość grupki towarzyszącej mu na początku. Trochę w nawiązaniu do jego najnowszej pozycji mógłbym go tu przyrównać do Mojżesza, który idzie pewnie ku obiecanemu, nie zwracając uwagi na utyskiwania. Jestem w tej grupie, choć muszę przyznać, że jak Żydzi na pustyni, tak i ja miałem chwilę zwątpienia w postaci Widm. Ale wytrwałem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Bo, mówiąc szczerze, to wydaje mi się kluczowe – wytrwać. Wszystkie trzy zaprezentowane postawy łączy jedno – podjęte przez pisarzy ryzyko. Coś, co, zwłaszcza w pisaniu, najłatwiej podjąć na początku, gdy jeszcze nie mamy nic do stracenia. Bo wtedy jedyne, co kładziemy na szali, to garść naszych frustracji, może niespełnione marzenie. Ale przecież zawsze jest jeszcze pseudonim, zawsze możemy pójść inną drogą, coś zmienić. Później robi się coraz trudniej. Czy to upór w konsekwentnym czekaniu na swój moment, aż krople wydrążą skały tak, by można było przejść po prostu, wyprostowanym i gotowym, czy bycie zagubionym, szukającym się liderem garstki, obiecującym w końcu ziemię obiecaną czy wreszcie ryzykowna wolta na szczycie, której nie spodziewa się nikt…

    A, no i właśnie, bo mieliśmy do niego wrócić. Jest jeszcze Miłoszewski. Jedno z największych nazwisk na giełdzie polskiej literatury, uważany – myślę, niesłusznie – za króla polskiego kryminału i – tu już jak najbardziej zasłużenie – za świetnego pisarza. Zadebiutował rodzimym horrorem i choć książka była dobra, choć opierała się na dobrych amerykańskich, znakomicie zlokalizowanych wzorcach, sukcesu nie odniosła. Udało się z kryminałem, ale to już na trendzie, na fali, z odrobiną szczęścia. Potem brownowski „Bezcenny”, który choć z potencjałem, nie był jednak Szackim i część ludzi tym odrzucił (był też średnio udany, choć chyba z jedną z najlepszych scen otwarcia jakie czytałem w polskiej literaturze współczesnej). Gniew skończył się tak, że czwarta część, idę o zakład, wyprzedałaby ze dwa realistyczne nakłady w przedsprzedaży. A on nie. On idzie w inną stronę i próbuje z Narodową komedią romantyczną. I jakby tego ryzyka było mało, wolta jest podwójna, bo ta powieść – co skrzętnie ukrywają spece od marketingu WAB – to czysta fantastyka! Modelowa wręcz historia alternatywna, stanowiąca odłam fantastyki właśnie. Sprytne i uroczo przebiegłe, panie Zygmuncie!

    (Choć zakładam, że jeden z drugim zaślepiony pogardą gatunkową czytelnik nawet tego nie zauważy albo zracjonalizuje w jakiś niezamierzenie zabawny sposób).

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    No ale było o ryzyku pisarskim, a ani słowa o czytelniczym. A to istnieje również. Otóż książka może się nie spodobać. Może nam nie zagrać. Wydamy wtedy pieniądze, poświęcimy czas i to wszytko pójdzie na zmarnowanie. W dzisiejszych czasach, gdzie w tle wszystkiego słyszymy taktometr, należy uważać co się bierze do ręki i oferuje swoją uwagę. Ale…

    Jeśli chcemy, by autorzy podejmowali ryzyko, a tym samym rozwijali siebie i literaturę wokoło, my również, jako czytelnicy, nie możemy trzymać się wąskiego poletka, na którym – jak kiedyś przypadkiem odkryliśmy – jest nam dobrze. Musimy czasem pójść za autorem, którego lubimy, pozwolić mu to i owo sprawdzić. Czasem lekko się ugiąć. Bo pomyślcie – ilu autorów byłoby skłonnych pisać opowiadania, ale tego nie robi, bo na wydawanie zbiorów opowiadań niechętnie patrzą wydawcy, a z kolei masowy czytelnik nie uznaje formy ebookowej? A przecież opowiadanie to najlepsza próbka autora w nowym gatunku.

    Ilu autorów nie zaryzykuje fajnych historii w innym gatunku, bo czytelnicy są wierni swoim uprzedzeniom gatunkowym bardziej niż pisarzom? Narzekamy czasem na książki pisane pod szablon, ale kiedy ostatni raz sami odsunęliśmy nasz szablon obok?

    Nie mogę mówić za wszystkich pisarzy, ale większość tych, których znam, podejmuje ryzyko w małych formach i chętnie podjęłoby je w większych. Pytanie: damy im szansę?

  • „Remigiusz Mróz uchodzi na Wyspach Owczych za pajaca”, czyli Polka demaskuje Ove Løgmansbø.

    Z polskimi mediami rozmawia po raz pierwszy, dlatego cieszę się, że zdecydowała na się na smakksiazki.pl. Może to zasługa niedzielnego felietonu Jakuba Ćwieka, a może fakt, że byłem mocno zmotywowany żeby z nią porozmawiać. Przeczytajcie długą rozmowę o tym, jak Kinga Eysturland, Polka od pięciu lat mieszkająca na Wyspach Owczych, mająca za męża Farera, odkryła prawdziwą tożsamość Ove Løgmansbø. Przeczytajcie o tym, co wzbudziło jej największe wątpliwości, o przekłamaniach w książkach Remigiusza Mroza, a także…jaka była rola w całym śledztwie meczu Łotwa – Wyspy Owcze? Przygotujcie duży kubek herbaty i dajcie się porwać. 

    Kiedy Pani doszła do tego, że Ove Løgmansbø to Remigiusz Mróz?

    O prawdziwej tożsamości Ove Løgmansbø dowiedziałam się w dzień jego spotkania z polonią farerską w Tórshavn. Nie ukrywam, że byłam sparaliżowana. Żadna ze mnie miłośniczka kryminałów, ale akurat twórczość Remigiusza Mroza jest mi znana, choć wybiórczo. Bardzo lubię jego prawniczą serię z mecenas Joanną Chyłką. Są to świetne książki, w których widać, że autor doskonale zna i czuje to środowisko. Wspomniany wcześniej artykuł, jaki napisałam do Sosialurin, był więc w jakimś sensie moim wyrazem szacunku dla Mroza. Postanowiłam stanąć trochę w obronie autora z prostego powodu – Farerczycy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że Remigiusz Mróz to w Polsce marka, tymczasem na Wyspach Owczych uchodzi on aktualnie za pajaca. Chciałam zatem uświadomić miejscowym, że nie mamy do czynienia z kompletnym amatorem, tylko z gościem, który coś już osiągnął, tyle że w kwestii tego konkretnego projektu porwał się z motyką na słońce lub raczej… z motyką na owcę.

    Kinga Eysturland z mężem. fot: archiwum prywatne

    Jak to się wszystko zaczęło? Co skłoniło Panią, żeby podążyć tropem Ove Løgmansbø?

    Jako że od pięciu lat mieszkam na Wyspach Owczych, a także aktywnie działam na rzecz promocji archipelagu w Polsce, kierowała mną czysta ciekawość. Wiadomość o pojawieniu się na polskim rynku „Enklawy” dotarła do mnie za pośrednictwem Facebook’a. Początkowy entuzjazm opadł dość szybko, bo już samo nazwisko autora wzbudziło moje wątpliwości. Na Wyspach Owczych nie ma bowiem nazwiska „Løgmansbø”. Istnieje natomiast nazwisko „Á Løgmansbø”, które należy do tylko jednej rodziny. Tak się składa, że mój mąż zna człowieka wżenionego w tę rodzinę i idąc tym tropem błyskawicznie udało się nam dowiedzieć, że nikt z tego klanu nigdy nie słyszał o żadnym Ove ani o jego rzekomej matce pochodzącej z Polski. Równie podejrzane wydało mi się zdjęcie autora znajdujące się na zgięciu okładki, które przedstawiało zakapturzoną postać w okularach słonecznych. Uznałam tę fotografię za absurdalną, bo z reguły debiutującym autorom zależy na autopromocji, a w tym przypadku pisarz wyglądał jakby uczestniczył w programie ochrony świadków koronnych. Informacja odnośnie małego rynku wydawniczego na Wyspach Owczych również była niewiarygodna, ponieważ Farerczycy czytają na potęgę, w czym w światowym rankingu ustępują tylko Islandczykom. Długie zimowe noce oraz kiepska pogoda przez większą część roku sprzyjają czytelnictwu, przez co księgarnie i biblioteki pękają w szwach. Mimo wszystko postanowiłam wyrzec się uprzedzeń i zobaczyć co do zaoferowania ma sama treść „Enklawy”. Dodam, że nie jestem fanką kryminałów, więc nie chcę wypowiadać się o samym warsztacie autora i niuansach związanymi z gatunkiem. Niemniej jednak sama treść oraz zawarta w niej warstwa faktograficzna wzbudziły moje zdumienie, rozczarowanie i niesmak. Już po lekturze „Enklawy” byłam pewna, że „Ove Løgmansbø” to tylko projekt jakiegoś autora widmo.

    W Internecie natknąłem się na informację, że korespondowała Pani z Wydawnictwem Dolnośląskim. Jak przebiegała ta wymiana maili i czy pisała Pani również z autorem?

    Do wydawnictwa napisałam zaraz po przeczytaniu „Enklawy”, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Nie chcę nikogo posądzać o ignorancję, więc wolę założyć, że mój email przepadł w czeluściach spamu. Jeśli chodzi o korespondencję z Ove, to napisał on do mnie w połowie października, informując mnie, że z przykrością przeczytał moją niepochlebną recenzję „Enklawy” opublikowaną na niewielkim portalu www.faroe.pl. Mimo to autor zapewniał mnie, że przyświecają mu najlepsze intencje, jednak nijak nie ustosunkował się do moich zarzutów odnośnie sfabrykowanej tożsamości. Wymieniliśmy jeszcze kilka emaili, ale żaden z nich nie okazał się przełomowy. Dopiero 22 stycznia dostałam wiadomość od pani Moniki Kaczmarek – Klose z Wydawnictwa Dolnośląskiego, która poinformowała mnie o planowanym przyjeździe ekipy DDTVN na Wyspy Owcze oraz poprosiła o pomoc w realizacji materiału na miejscu. Byłam zaskoczona takim obrotem spraw, ponieważ domyślałam się, że wydawnictwo zna moją krytyczną opinię odnośnie całej tej mistyfikacji. Prywatne animozje nie miały tu jednak nic do rzeczy, ponieważ w tamtym czasie przebywałam w Ameryce Południowej, więc już sama odległość wykluczała mój czynny udział w realizacji materiału.

    Jak społeczność na Wyspach Owczych zareagowała na książki Ove Løgmansbø, czyli Remiugiusza Mroza?

    Zacznę od tego, że w październiku 2016 udaliśmy się z mężem do Rygi, gdzie Wyspy Owcze rozgrywały z Łotwą mecz kwalifikacyjny do Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Na dzień przed meczem umówiliśmy się na kolację z paroma osobami z Wysp Owczych, które podobnie jak my przyjechały kibicować farerskiej drużynie. Podczas luźnej rozmowy w restauracji nagle pojawił się wątek Ove Løgmansbø, przy czym temat ten zainteresował jednego z uczestników kolacji – dziennikarza Heriego Simonsena, pracującego w gazecie Sosialurin oraz stacji radiowej Ras2. Heri stwierdził, że jest to ciekawy materiał na wywiad i dzień po meczu nagrał ze mną rozmowę odnośnie „Enklawy” oraz „Połowu”, który miał ukazać się na dniach. Postanowiliśmy, że nagramy materiał w języku angielskim, żeby rozmowę mógł wysłuchać również sam autor oraz osoby z wydawnictwa. Audycję przesłuchano ponad 4000 razy, co okazało się niekwestionowanym hitem. Sprawa zrobiła się dość głośna na Wyspach Owczych, choć domyślam się, że żadne echa nie dotarły do Polski. Szczególnie zdegustowana była rodzina „Á Løgmansbø”, ponieważ jest to historyczne nazwisko ze szczególnym odniesieniem do farerskiej kultury i tradycji, więc wieść o tym, że ktoś podszywa się pod jednego z nich i wykorzystuje to nazwisko do celów marketingowy była dla rodziny szokiem. Remigiusz Mróz po prostu nie zdawał sobie sprawy, że sięga po najgorsze nazwisko z możliwych. Wystarczyło skorzystać z czegoś bardziej rozpowszechnionego jak chociażby „Joensen”, które jest odpowiednikiem naszego „Kowalskiego”. Joensenów jest na Wyspach Owczych ponad 3000, więc oburzenie z pewnością byłoby mniejsze. Autor w czasie spotkania na Wyspach Owczych tłumaczył się, że nie zdawał sobie sprawy z wyjątkowego znaczenia nazwiska „Á Løgmansbø”, podpierając się pospolitością polskich nazwisk. Jest to dla mnie o tyle wątłe tłumaczenie, że nawet w Polsce mamy nazwiska cechujące się przynależnością do rodów arystokratycznych, takich jak np. „Zamoyski”, „Drucki – Lubecki” czy „Czartoryski”. Jestem więc przekonana, że gdyby Remigiusz Mróz chciał sobie wymyślić polski pseudonim, z pewnością trzymałby się z daleka od powyższych nazwisk. Farerczycy równie emocjonalnie zareagowali na nieścisłości związane z miejscowymi realiami. Mróz notorycznie tłumaczył się fikcją literacką, co stanowiło jego główną linię obrony. Problem polega jednak na tym, że dużo łatwiej stworzyć fikcyjną rzeczywistość w takich miejscach jak Nowy Jork czy Londyn, gdzie mnogość miejsc i wielokulturowy miszmasz pozwala ukryć niedostatki znajomości realiów. Tymczasem w tak „policzalnym” mikrokosmosie jak Wyspy Owcze nawet najmniejsze przekłamanie jest od razu uwypuklone.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www. usnplash.com/Jan Erik Waider

    Czy te książki są dobrze udokumentowane?

    To zależy jak spojrzymy na całą sprawę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że pisał je człowiek, który nigdy wcześniej nie był na Wyspach Owczych, to trzeba przyznać, że nie jest aż tak źle. Jednak przez to, że autor próbował wmówić czytelnikom, że jest pół Farerczykiem, moja ocena warstwy realioznawczej jest dość niska. Największym problemem tych książek jest to, że bohaterowie nie myślą, nie mówią i nie zachowują się jak Farerzy. Pukanie do drzwi lub zwracanie się do siebie per „pan”/ „pani” to nie są farerskie zachowania. Autochtoni są również przedstawieni jako zbyt butni, dążący do konfrontacji i szukający rozwiązań w portowych bójkach, tymczasem w rzeczywistości Farerczycy to jeden z najspokojniejszych i najbardziej religijnych narodów Europy. Przekłamany jest również stosunek do Duńczyków. Bohaterowie zbyt często pozwalają sobie na niemiłe komentarze odnośnie przedstawicieli duńskiej metropolii, co nie ma odzwierciedlenia w prawdziwym życiu. Gdyby niechęć względem Danii była rzeczywiście tak ogromna jak w książkach Mroza, Wyspy Owcze już dawno wybiłyby się na niepodległość. Moim zdaniem największym błędem pisarza było zabranie się za serię z Wysp Owczych bez wcześniejszego odwiedzenia archipelagu. To mniej więcej tak, jakby ktoś chciał pisać doktorat z dzieł Sienkiewicza bazując na samych opracowaniach lektur. Mróz ewidentnie podjął się zadania, które go po prostu przerosło, jednak mimo wszystko doceniam uwagę, jaką poświęcił tym osiemnastu skałom na Atlantyku.

    Co Panią tak po ludzku najbardziej zdenerwowało?

    Może się Pan zdziwi, ale bynajmniej nie sama treść książek. Tym co działało mi na nerwy najbardziej, było usilne twierdzenie, że Ove Løgmansbø to rzeczywista postać. Dobijało mnie wmawianie czytelnikom, że to pół Polak, który rozumie naszą słowiańską mentalność i świetnie operuje językiem polskim, ale jednocześnie jest pół Farerem, czyli człowiekiem „stamtąd”, który wyspiarskie realia zna od podszewki i poprzez swoją twórczość uchyli rąbka farerskiej tajemnicy polskiemu czytelnikowi. Nie podobała mi się również seria fikcyjnych wywiadów z autorem, która ukazała się w internecie w ramach promocji poszczególnych książek. Ove opowiadał w nich m.in. że czuje się bardziej związany z Wyspami Owczymi niż z Polską, rozwodził się nad swoim dzieciństwem na archipelagu oraz opowiadał jak to koledzy policjanci z komendy w Tórshavn służyli mu radą i pomocą przy konstruowaniu wątków kryminalnych. Gdyby za cały ten cykl wydawniczy odpowiedzialny był jakiś „Jan Kowalski” albo gdyby Remigiusz Mróz napisał go pod swoim imieniem i nazwiskiem, uznałabym to za świetną wiadomość, że ktoś z Polski postanowił osadzić akcję powieści na Wyspach Owczych. Wówczas z pewnością łagodniej patrzyłabym na wszystkie niedociągnięcia. Niestety wykreowanie postaci „Ove Løgmansbø” okazało się w tym przypadku strzałem w stopę. Sam Remigiusz Mróz twierdzi, że była to dla niego próba sprawdzenia się – swoisty test. Skoro tak, to niestety wynik tego testu oceniam dość mizernie.

    Oglądała Pani materiał w „Dzień Dobry TVN”?

    Materiał oczywiście oglądałam, choć uczucia miałam dość ambiwalentne. Nie dało się w nim wyczuć emocji, jakie publikacje Mroza wzbudziły wśród Farerczyków oraz miejscowej polonii. Jednakże trudno przecież oczekiwać, że TVN pogrąży autora, od którego niedawno wykupił prawa do realizacji seriali na kanwie książek i którego trzeba w związku z tym promować. Po obejrzeniu tego materiału można odnieść wrażenie, że na Wyspach Owczych w zasadzie nic się nie stało, a miejscowi czekają teraz na tłumaczenie książek na język farerski. Nic bardziej mylnego! Sprawa do tej pory jest komentowana w farerskich mediach. Wielki miłośnik Wysp Owczych – Matthew Workman z amerykańskiego Oregonu, od lat nagrywający audycje o nazwie „The Faroe Podcast”, poświęcił sprawie Ove Løgmansbø jeden odcinek swojego programu. W farerskim radiu odbyła się z kolei debata, na którą zaproszono dwóch miejscowych pisarzy, aby wypowiedzieli się o granicach fikcji literackiej. Z kolei w zeszłym tygodniu w weekendowym wydaniu Sosialurin ukazał się mój tekst dotyczący całej sprawy – tym razem w języku farerskim.

  • „Nic tak nie nakręca zainteresowania książką, jak mały skandal”. Tomasz Pietrzak z Guarana PR o Remigiuszu Mrozie.

    O książkach Remigiusza Mroza pisanych pod pseudonimem Ove Løgmansbø, powiedziano już od wczoraj prawie wszystko. Głos w „Dzień Dobry TVN” zabrał sam zainteresowany, sprawę zaczęli opisywać fani autora, blogerzy, Kuba Ćwiek napisał wczoraj u mnie fajny felieton. Żeby zamknąć temat, rozmawiam dziś z Tomaszem Pietrzakiem z agencji Guarana PR. Co ważne, właściciel agencji jest też pisarzem i to dwukrotnie nominowanym do Nagrody Nike. Czy cała sytuacja wpłynie jakoś na wizerunek Remigiusza Mroza? Zaszkodzi, pomoże?

    Z racji tego, że jest Pan zarówno PR-owcem, jaki i pisarzem, to łatwiej Panu ocenić całe to zamieszanie. O ile to jest w ogóle zamieszanie. Na pomysł pisania pod pseudonimem wpadł  Remigiusz Mróz czy jego wydawnictwo?

    Tomasz Pietrzak, właściciel Guarana PR i poeta dwukrotnie nominowany do Nagrody Nike: Pisanie pod pseudonimem lub heteronimem nie jest niczym nowym w literaturze. Pod wymyślonym nazwiskiem pisali m.in. C.S. Lewis (jako Clive Hamilton), Michael Crichton (m.in. jako John Lange) czy JK Rowling (Robert Galbraith), wszystko wskazuje także na to, że „Wiliam Shakespeare” to pseudonim. Lista jest długa, a zatem Remigiusz Mróz nie jest odosobniony. To zabieg popularny, stosowany zarówno przez samych autorów, jaki i przez wydawnictwa. Przykład? Sylvia Plath nie chciała wydać „Szklanego klosza” pod swoim nazwiskiem, bo uważała, że powieść jest pot-boilerem, który miał jej dać tylko zarobić. Książkę wydała jako Victoria Lucas. JK Rowling z kolei chciała przetestować rynek, czy uda jej się sprzedać coś, co nie będzie sygnowane jej nazwiskiem-marką. W obu przypadkach jednak sprzedaż ruszyła dopiero w momencie, kiedy poznaliśmy prawdziwych autorów. W obu przypadkach był to także pomysł samych autorek. Jaki był cel Remigiusza Mroza? O to należałoby chyba zapytać samego autora. Nie doszukiwałbym się jednak marketingowych chwytów wydawnictwa, raczej tańca z czytelnikiem, do której autor ma prawo. Wszystko wskazuje na to, że pisarzowi, który przecież ma już swoją pozycję i czytelników, zależało bardziej na „oddechu”. Umożliwiła to wymyślona postać pisarza. Czasami w twórczości pisarskiej jest tak, że eksperyment literacki jest łatwiejszy do przeprowadzenia pod pseudonimem. Pisarz nie czuje się wówczas zablokowany swoją dotychczasową twórczością, nie musi się ścigać sam z sobą, z marudnością krytyków. Jest jak debiutant. Autora nie ocenia się przez pryzmat poprzednich książek. Każdy pisarz ma do tego prawo i wielu z tego powszechnie korzysta, o wielu nie wiemy. To pozwala otworzyć się także na zupełnie innego czytelnika, także tego, który wcześniej mógł być zrażony do twórczości Remigiusza Mroza. Czy był to pomysł wydawnictwa czy autora – trudno rozstrzygnąć. Ufam, że autora.

    Takie działanie ma w ogóle jakikolwiek sens?

    Do tego trzeba podejść z dystansem, jak do całej literatury. Zapewne dla autora pisanie pod pseudonimem miało sens, może w ten sposób poczuł mniejszą presję, swoiste katharsis, które otwarło go na nowe tematy, język, styl. Nie wiem na ile było to korzystne dla wydawnictwa. Fakt, powito skandynawsko brzmiącego autora, piszącego kryminał, ale „Remigiusz Mróz” to już marka sama w sobie. Pod tym względem jest to działanie dość niemarketingowe, wiążące się bowiem z wypromowaniem nowego nazwiska. Z drugiej strony, zamieszanie jakie powstało po literackim „comming out’cie” okazało się doskonałym, aczkowiek chyba nie do końca zaplanowanym „PR stunt’em” – o tym się dziś mówi, o tym się dyskutuje, to budzi skrajne emocje, komentarze, „hejty” – nic tak nie nakręca zainteresowania książką, jak mały skandal. To chwyt stary jak sama literatura.

    Zarzuty niektórych osób mieszkających na Wyspach Owczych chyba nie pomagają Mrozowi?

    Jakoś nie widać, aby masy obywateli Wysp Owczych maszerowały pod dom Remigiusza Mroza z widłami i pochodniami. Wyspy Owcze nie grożą nam także sankcjami z tego tytułu. Odrobina niegroźnej i niekryminalnej kontrowersji, zamieszania, skandalu nie zaszkodziła jeszcze żadnemu pisarzowi.

    Jak dalej potoczy się ta sprawa z punktu widzenia wizerunku publicznego? Pozyska nowych fanów, czy utraci część obecnych? A może i to i to?

    Tak jak wizerunek JK Rowling nie ucierpiał po zdemaskowaniu jej pseudonimu, tak nie grozi to również Remigiuszowi Mrozowi. Może on co najwyżej zostać uznany za płodnego pisarza, który ma niespożyte pokłady wyobraźni, rozkładające się na kilka osobowości. Oczywiście przez najbliższy czas autor będzie musiał łopatologicznie wykładać wszystkim wokół dlaczego, po co, jaki miał cel i ile na tym zarobił, ale to w niczym nie zaszkodzi pisarzowi. Co więcej, przez to jego twórczość może wydać się ciekawsza, bo z jednej strony po Mroza sięgną czytelnicy Løgmansbø, a z drugiej czytelnicy Løgmansbø po Mroza.