Tag: skandynawski kryminał

  • Pluszowy miś, szwedzki kryminał, czyli rozmowa z Emelie Schepp

    Takiej okazji nie można było przepuścić, bo skoro do Polski przylatuje Emelie Schepp, to trzeba pakować ekipę i ruszać na wywiad. Kilka lat temu dobrze nam się rozmawiało w Sztokholmie, więc przy okazji nowej książki pogadaliśmy w Warszawie. Pretekstem była nowa książka szwedzkiej pisarki, czyli „Nie wywołuj wilka z lasu”, a okładka z pluszowym misiem miała swój wpływ na nagranie, ale to już zobaczycie w materiale wideo, który powstał przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

    Jana Berzelius walczy ze złem, ale także walczy o miłość, czy obie potyczki uda się wygrać?

  • Maj Sjöwall i policjanci z Bremy. Felieton Rafała Chojnackiego

    Zwykle nie pochylam się w antykwariatach nad niemieckojęzycznymi książkami. Bariera językowa robi swoje. Ale trafienie na tę pozycję w sztokholmskim second handzie (i to za ok. 4 PLN), musiało się spotkać z moją jednoznaczną pozytywną reakcją. Oto bowiem leży przede mną antologia z 2002 roku, zatytułowana Die 7 Todsünden (Siedem grzechów głównych), zawierająca opowiadania kryminalne, zebrane i zredagowane przez Bernharda Matta dla wydawnictwa Heyne (tego samego, które wydawało w Niemczech m.in. powieści Henninga Mankella). Wśród zaprezentowanych w tym zestawie tekstów, zainteresował mnie szczególnie jeden, zatytułowany Der letzte Raucher (Ostatni palacz). Jego autorami są Jürgen Alberts i Maj Sjöwall.

    Kryminalne duety

    Czytelnicy cyklu Syndrom sztokholmski wiedzą zapewne, że najważniejsza jest w tym zestawieniu Maj. To pisarka, której nazwisko powinien znać każdy miłośnik kryminału, nie tylko skandynawskiego.

    W jednym poprzednich odcinków (zatytułowanym Ostatnia zagadka Pera Wahlöö – klik), opowiadałem o „zleceniu”, jakie moja żona dostała od pisarki niedługo przed jej śmiercią. Podczas kilku spotkań z Maj, kiedy rozmawialiśmy sporo o jej pisarskiej przeszłości, udało nam się pociągnąć ją nieco za język w temacie współpracy literackiej z innymi autorami, niż kojarzony z nią niemal w tej samej chwili Per Wahlöö.

    O ile dorobek pisarski Pera, poza duetem z Maj, jest w miarę znany, o tyle o jej pisarstwie, które rozwinęło się po jego śmierci, wiemy w Polsce stosunkowo niewiele. Nie ukazał się również żaden tekst jej autorstwa, napisany w spółce z innym twórcą. Tymczasem w wielu szwedzkich opracowaniach możemy natknąć się na informacje o współautorstwie dwóch powieści: Dansk intermezzo (Duńskie intermezzo, napisana z duńskim pisarzem Bjarne Nielsenem w 1989 r.) i Kvinnan som liknade Greta Garbo (Kobieta, która przypominała Gretę Garbo, z Holendrem, Tomasem Rossem, w 1990 r.). Niemiecki autor Jürgen Alberts w wielu z tych źródeł nie jest nawet wspomniany.

    Niemiecki łącznik

    Natrafiwszy na książkę z niemieckim opowiadaniem, w którym pojawia się nazwisko Maj Sjöwall, uznałem, że warto napisać przede wszystkim o tym, kim jest autor, z którym tym razem pisarka połączyła swoje siły. Zwłaszcza, że sama Maj wspominała o tej współpracy jedynie jako o przyjacielskiej zabawie, która swój początek miała w znajomości zawartej w 1990 roku na festiwalu Criminale in Bremen.

    Maj była tam zaproszoną gwiazdą, a jednym z gospodarzy był właśnie Alberts, reprezentujący lokalne środowisko autorów. Jako że w Niemieckiej Republice Demokratycznej książki duetu Sjöwall i Wahlöö były niezwykle popularne (o wiele bardziej, niż w tym samym czasie w RFN), pisarka, odwiedzając jeszcze kilkakrotnie festiwal w Bremie, była przez Albertsa wożona na spotkania z czytelnikami, odbywające się głównie w miastach dawnego NRD. Współpraca ta zaowocowała kilkoma tournee pisarki po Niemczech, już po zjednoczeniu kraju. Maj brała też udział w licznych niemieckich festiwalach kryminalnych, nie tylko w Bremie, ale i w innych miastach. Oprócz tego spotykała się często z niemieckim pisarzem i jego żoną Maritą (również autorką, piszącą czasem wspólnie z mężem) w Las Palmas na Majorce, w ulubionym zimowym kurorcie szwedzkich emerytów.

    Radiowa obietnica

    Jürgen Alberts, mimo że o ponad dekadę młodszy od Maj, mógł jej zaimponować szacunkiem, jakim cieszył się wówczas wśród miłośników kryminałów w Niemczech. Na początku ich znajomości nie miał jeszcze zbyt dużego dorobku jako niemiecki autor kryminałów, ale dał się poznać jako dobry organizator i człowiek zaangażowany w rozwój gatunku w swoim kraju. Później, w ślad za tym, doszedł jeszcze niemały dorobek literacki.

    Od 1987 Alberts roku tworzy serię Reihe Bremer Polizei (Policjanci z Bremy). Od czasu do czasu zdarzało się, że w poszczególnych tomach wspierali go inni autorzy (w tym m.in. wspomniana już powyżej żona, ale też inni niemieccy pisarze). Wkrótce przyszła też pora na współpracę z legendą europejskiej sceny kryminalnej. A wszystko zaczęło się od niepozornego wywiadu radiowego.

    Podczas jednego z bremeńskich festiwali Maj i Jürgen zostali zaproszeni na wywiad do lokalnej rozgłośni. Podczas rozmowy, która przebiegała w luźnej atmosferze, szwedzka pisarka wyznała, że po 50 latach palenia udało jej się zerwać z nałogiem. Wspólnie z niemieckim kolegą zaczęli żartować, że mogłoby to być dobre rozpoczęcie jakiejś napisanej w duecie historii kryminalnej… Tak właśnie powstało wspomniane opowiadanie Der letzte Raucher. To, które trafiło do kupionej przeze mnie antologii.

    Regularna współpraca

    Oboje zasmakowali w tej zabawie i postanowili od czasu do czasu wracać do stworzonej przez siebie dwójki bohaterów. Szwedzka dziennikarka Rebecca Eng i jej małomówny kolega, fotoreporter Bo Skog, pojawili się w kolejnych opowiadaniach i mikropowieściach. Pełna lista opublikowanych tekstów, przy których pracowali Sjöwall i Alberts prezentuje się następująco:

    • Der letzte Raucher (Ostatni palacz, antologia Die 7 Todsünden, 2002),

    • Erbsensuppe flambiert (Flambirowana grochówka, wydano osobno, w tomiku pod tym samym tytułem, 2003),

    • Hangover in Jever (Kac w Jever, antologia Fiese Friesen, 2005),

    • Tod eines Multimilliardärs (Śmierć multimiliardera, antologia Morden im Norden, 2006),

    • Fröndenberger Trichtertod (Śmierć na Fröndenberger Trichter, antologia Mord am Hellweg 4, 2008),

    • Killerjagd auf Zollverein (Polowanie na zabójcę w Zollverein, antologia Mord-am-Hellweg 5, 2010).

    Teksty odbiegają duchem od tego, co znamy z serii o Martine Becku duetu Sjöwall i Wahlöö. Więcej w nich humoru i zabawy kryminalną formułą. Nie znaczy to bynajmniej, że odbiło się to negatywnie na jakości intrygi. Trzeba jednak przyznać, że okazjonalność ich powstawania sprawiała, że nie można ich traktować jako poważnej, autonomicznej serii kryminalnej.

     

    Wspólne opowiadania duetu Sjöwall i Alberts zostały zebrane w osobnym zbiorze Kriminelles Doppel, z 2009 roku, jednak brakuje w nim ostatniego ze wspomnianych powyżej tekstów, są za to również utwory wcześniej nie publikowane.

    Rafał Chojnacki

  • „Mój bohater jest geniuszem, chociaż o tym nie wie”. David Lagercrantz o „Memorii”

    Gdzie mieszka Hans Rekke, główny bohater „Memorii”? Dlaczego książkowa imigrantka nie czuje się za dobrze w jednej z dzielnic Sztokholmu? Czy David Lagercrantz woli grać w szachy, a może jednak na pianinie?

    To tylko część pytań, na które znajdziecie odpowiedź w materiale śladami najnowszej książki Davida Lagercrantza. „Memoria” ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Wielka Litera w tłumaczeniu Justyny Kwiatkowskiej. Będzie o Sherlocku Holmesie, słynnej partii szachowej z 1974 roku, demonach w głowie pisarza oraz głównego bohatera książki, ale też o relacjach między rodzeństwem i o tym, czy można zostać pochowanym za życia, a potem się zmartwychwstać w zupełnie innym miejscu. Zapraszam do Sztokholmu śladami Hansa Rekkego i Micaeli Vargas.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Wielka Litera.

  • Seryjny morderca na Islandii? Bez szans. Rozmowa z Yrsą Sigurðardóttir o „Konsekwencjach”

    Seryjny morderca na Islandii? Niemożliwe, za mały kraj. Raczej trzeba postawić na relacje międzyludzkie. W „Konsekwencjach” są morderstwa, ale głównym tematem książki jest coś zupełnie innego – bycie surogatką. Czy jest to na Islandii legalne? Do jakich pomysłów mogą posunąć się ludzie, którzy korzystają z takich usług? I czy zawsze takie historie kończą się szczęśliwie? Yrsa Sigurdartottir po raz kolejny napisała świetny kryminał zaangażowany społecznie. Rozmawiamy też o stosunkach między Polakami i Islandczykami, a także próbujemy dojść do porozumienia, który język jest trudniejszy. Zapraszam do obejrzenia rozmowy, ale dorzuciłem też sporo islandzkich ujęć, dzięki którym możecie się bardziej wczuć w klimat „Konsekwencji”

  • Sztokholm śladami „Millennium” Stiega Larssona

    Co ma wspólnego „Millennium” Stiega Larssona z twórczością Astrid Lindgren? Gdzie mieszka Mikael Blomkvist? Jaki widok z okna ma Lisbeth Salander? Ciekawią Was polskie wątki w trylogii? Jest ich całkiem sporo! Gdzie pierwszą noc w Szwecji spędził czarny charakter Alexander Zalachenko? W której knajpie najczęściej bywał Mikael?

    Zapraszam na wycieczkę po Sztokholmie śladami „Millennium” Stiega Larssona. Pisarza, który nie dożył sukcesu swoich książek, a dziś byłby milionerem. W które miejsca stolicy Szwecji pójść, żeby poczuć klimat sagi? Dajcie się zabrać na spacer, zobaczcie miejsca ważne dla trylogii. Materiał powstał przy współpracy z Patronkami i Patronami smaku – jeśli chcesz dołączyć do tego grona, możesz to zrobić tutaj: klik. Partnerem bloga jest Legimi. Obejrzyjcie pierwszy odcinek cyklu „Smak on tour”, zostawcie lajka, komentarz, subskrypcję na kanale. 

     

     

  • Opowieść o norweskim niepokoju – recenzja Rafała Chojnackiego

    Komisarz William Wisting, bohater powieści Jørna Liera Horsta, był przed laty porównywany do Kurta Wallandera, z serii kryminałów szwedzkiego mistrza kryminału, Henninga Mankella. Szwed zakończył jednak swój cykl definitywnie, spychając policjanta z Ystad w otchłań choroby Alzheimera. Horst traktuje swojego bohatera z o wiele większą wyrozumiałością. Wisting wprawdzie już kilka tomów temu zaczął przejawiać jakieś drobne oznaki starzenia, ale jak na razie jest jeszcze wciąż bardzo aktywnym człowiekiem, przynajmniej na poziomie intelektualnym. Wszak większość kryminalnych zagadek, które wcześniej rozwiązał na posterunku w Larviku, to sprawy, w które musiał zaangażować przede wszystkim swój intelekt. Oczywiście tak jest i tym razem.

    Skojarzenie z postacią Wallandera pojawia się przy lekturze powieści Bez granic nie bez powodu. Wiele razy w trakcie lektury tej książki przypominałem sobie fabułę mankellowskiej Zapory. Pod koniec życia Mankell nazwał swój cykl Opowieścią o szwedzkim niepokoju, a Zapora doskonale się w tę koncepcję wpisywała. Gdyby nie fakt, że te dwie powieści dzieli od siebie ponad 20 lat, można by uznać, że Horst prowadzi pewien dialog ze swoim szwedzkim kolegą po piórze. Najprawdopodobniej jednak tak nie jest, a wszelkie podobieństwa biorą się z tego, że świat jest obecnie globalną wioską, w której zarówno zbrodnie, jak i śledztwa nie znają wyznaczonych przez państwa granic.

    Fabuła koncentruje się na tajemniczej kobiecie, która podobno była bliska rozwiązania zagadki morderstwa niejakiej Ruby Thompson, dokonanego w Hiszpanii. Jako że zaginiona podawała się za Norweżkę, a jej zdjęcie z portalu społecznościowego zrobiono w niewielkim miasteczku portowym, niedaleko Larviku, sprawa trafia wreszcie na biurko, a właściwie do skrzynki mailowej komisarza Wistinga. Kobieta ta należała do internetowej społeczności, która zajmowała się rzeczywistą sprawą kryminalną. Na forum omawiano z różnych perspektyw zagadkę śmierci Ruby, analizując informacje z oficjalnego policyjnego śledztwa, odnajdując nieoficjalne tropy i tworząc własne teorie. Jedną z uczestniczek forum była Michelle, dawna przyjaciółka Ruby, i to ona zaalarmowała norweską policję, gdy okazało się, że kobieta, która twierdziła, że może rozwiązać tą kryminalną zagadkę, nagle zniknęła.

    Tak jak przed laty mogło się wydawać, że policjant taki jak Wallander błądził jak we mgle, w kontakcie z nowoczesnymi technologiami, tak w przypadku Wistinga komputer jest dla niego już od dawna istotnym narzędziem pracy. Nie jest wprawdzie wybitnym specjalistą od cybernetyki, ale radzi sobie również z obsługą tabletu czy smartphone’a. Jednak nawet dla niego ślady, jakich można poszukiwać w aktywności internetowej różnych osób, wydają się początkowo nieoczywiste i trudne do zrozumienia. W kwestiach związanych z używaniem nowoczesnych mediów jak zwykle pomaga Wistingowi córka. Line należy już do pokolenia, które zęby zjadło na internetowych forach. Na dodatek jako dziennikarka i researcherka sama zna się też dobrze na metodach śledczych, choć prowadzi swoje dochodzenia inaczej, niż zwykle robi to policja.

    Na drugim planie śledzimy poczynania internautów, należących do forum. Wśród nich pojawia się również Line, niemal od razu zakłada tam konto i obserwuje uczestników, z czasem w ślad za nią, posługując się nickiem, pojawia się tam również komisarz. Fragmenty te nie tylko dodają czytelnikowi informacji spoza głównej osi fabuły, ale też nadają dramaturgii, tak istotnej dla powieści kryminalnej. To ciekawy zabieg, pozwalający na włączenie do akcji bohaterów z różnych części świata, którzy mają przydzielone role do odegrania w tej historii.

    Już dawno nie było na skandynawskim rynku książki, która tak bardzo wnikliwie koncentrowała się na dochodzeniu. Policyjne procedury są tu niemal jednym z bohaterów powieści, choć z drugiej strony nie ma wcale tak wielu nudnych zebrań na komendzie, o których  wiele pisali autorzy, tacy jak Mankell czy Leif GW Persson. Horst wyraźnie stawia na odpowiednie tempo opowiadanej historii. Nie brakuje tu zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że czytelnik musi czasem przemyśleć swoje podejrzenie. Okazuje się, że śledzenie poczynań bohaterów, którzy przez sporą część dochodzenia siedzą przed ekranami komputerów, też może być ciekawe, i to nie tylko dla internetowych geeków.

    Nie brakuje tu typowych dla skandynawskich kryminałów tematów, związanych ze sprawami społecznymi, jest też trochę miejsca na opis życia codziennego bohaterów. Interesujące są też obserwacje dotyczące crowdsolvingu, czyli stosunkowo nowego zjawiska, polegającego na tym, że miłośnicy zagadek kryminalnych próbują wspólnie rozwikłać meandry niedokończonych śledztw. Co ciekawe jest to termin występujący również w zarządzaniu, ponieważ za pomocą tego narzędzia można z jednej strony wspomóc pracę zespołową, z drugiej jednak daje to też narzędzia do manipulowania grupą roboczą. W świetle fabuły nowej powieści o Wistingu, wykorzystanie tego terminu w książce wydaje się nad wyraz przewrotne.

    Choć Horst już lata temu zapowiadał, że będzie chciał powoli odejść od postaci Williama Wistinga, zwyciężył w tym przypadku głos czytelników. Tak jak przed ponad wiekiem powstrzymali oni sir Arthura Conan Doyle’a przed pogrzebaniem Sherlocka Holmesa, a już na początku naszego stulecia nie pozwolili Markowi Krajewskiemu na zbyt łatwe pozbycie się Eberharda Mocka, tak i Wistinga czeka najprawdopodobniej jeszcze długa służba w szeregach norweskiej policji. I dobrze, ponieważ czytając kolejne tomy, coraz bardziej dochodzi się do wniosku, że literacka kondycja Horsta nadal się rozwija. W porównaniu z pierwszymi, dość surowymi powieściami proceduralnymi, otrzymujemy książki, które nadal wiernie oddają pracę policjantów, ale ich autor wciąż uwspółcześnia realia.

    Podejrzewam, że sam Horst może mieć już dość porównywania go do Mankella. Zapewne słyszał to już niezliczoną ilość razy. Ale być może warto podkreślić, że podobieństwa, które kiedyś dotyczyły jedynie konstrukcji postaci i samego sposobu opowiadania o pracy policji, teraz stały się czymś więcej. Na przestrzeni całej serii o Wistingu – podobnie jak robił to Mankell w serii o Wallanderze – Horst pokazuje nam, czego boją się Norwegowie. Wszak to na kogo w pierwszej kolejności kieruje się podejrzenia, a także to, kto w ostatecznym rozrachunku okazuje się złoczyńcą – to najlepszy sposób na skanalizowanie drzemiących w społeczeństwie obaw. Obserwowanie tego jak zmieniają się te lęki i kogo aktualnie dotyczą, to jedna z najciekawszych wartości dodanych, jakie może nieść w sobie literatura kryminalna.

    Rafał Chojnacki

    Jørn Lier Horst, Bez granic, Smak Słowa 2022

  • Syndrom sztokholmski (odc. 2). 25 lat z Harrym Hole. Tekst Rafała Chojnackiego

    W 2022 roku mija dokładnie 25 lat odkąd norwescy czytelnicy mogli po raz pierwszy zapoznać się z bohaterem, który dziś należy do panteonu detektywistycznych sław skandynawskiego kryminału. Jesienią 1997 roku na księgarskie półki trafiła powieść Flaggermusmannen (Człowiek nietoperz), a na okładce widniało nazwisko Jo Nesbø. Dziś to wystarczy, żeby nieźle sprzedać książkę, jednak w momencie literackiego debiutu, autor powieści kojarzony był raczej jako lider muzycznej grupy Di Derre, która miała już wówczas na koncie trzy płyty.

    Kim jesteś, Jo Nesbø?

    W 1997 roku zespół pop rockowy zespół Di Derre był już dość znany, ponieważ w 1994 roku przebił się w Norwegii z albumem Jenter & Sånn. Pierwszy nakład tej płyty, drugiej w dyskografii tej formacji, wydany był pod tytułem Kvinner og Klær, ale kobiecy tygodnik o tej samej nazwie zagroził wydawcy procesem i album został wycofany ze sklepów, co sprawia, że jego pierwsza edycja to dziś biały kruk na rynku kolekcjonerskim.

    Zespół Di Derre powstał w 1992 roku, Nesbø założył go ze swoim młodszym o rok bratem, Knutem. Nieco ponad dekadę wcześniej bracia grali razem w piłkę nożną w młodzieżowej drużynie klubu Molde FK. Klub był wtedy u szczytu popularności, ponieważ świetnie radził sobie w lidze i grywał w europejskich pucharach. Niestety, zerwane wiązadła krzyżowe w obu kolanach oznaczały dla Jo koniec kariery futbolowej. Był rok 1978, a osiemnastoletni wówczas piłkarz musiał znaleźć dla siebie nowy cel w życiu. Tymczasem Knut kontynuował karierę, trafił do „dorosłego” składu Molde, później zmienił klub, zajmując się aktywnie futbolem do 1990 roku. W międzyczasie został też dziennikarzem sportowym, piszącym dla największego norweskiego dziennika „Aftenposten”.

    www.unsplash.com/Andrea Cipriani

    Czas po kontuzji był dla Jo dość trudny, ponieważ okazało się, że wybór kariery piłkarskiej sprawił, iż jego oceny w szkole nie należały do najlepszych, trzeba się więc było solidnie przyłożyć, żeby dostać się na ekonomię. W międzyczasie przypomniała sobie o nim armia. Wprawdzie kontuzja wykluczyła go z zawodowego sportu, ale nie sprawiła bynajmniej, by miała go z tego powodu ominąć obowiązkowa służba wojskowa.

    W lata dziewięćdziesiąte Nesbø wszedł jako makler, niedługo potem założył zespół, w którym ponownie współpracował z bratem, a jednocześnie studiował, by przebranżowić się na analityka rynków finansowych. Wspomniany powyżej sukces grupy Di Derre z 1994 roku, trafił w nienajlepszy czas dla braci, ponieważ w tym samym czasie zmarł ich ojciec, Per Ingvar Nesbø. Reakcją była wytężona praca, która zaowocowała wydaniem w 1996 roku jeszcze lepiej przyjętego albumu, zatytułowanego Gym, który został platynową płytą. Wszystko to doprowadziło jednak Jo do wypalenia zawodowego, związanego zarówno z pracą ekonomisty, jak i muzyka.

    Nesbø? To ktoś znany?

    Często powtarzaną legendą, dotyczącą literackiego debiutu Jo Nesbø, jest bezpośrednie skojarzenie śmierci ojca i podróży, jaką przyszły pisarz odbył do Australii w 1996 roku. Być może on sam tak to zapamiętał, ponieważ czas pomiędzy pogrzebem a wyjazdem mógł mu się wydawać jednym pasmem ciężkich przeżyć, których nie złagodził nawet komercyjny sukces wydanego w międzyczasie albumu. Nie zmienia to jednak faktu, że między oboma wydarzeniami upłynęły prawie dwa lata.

    Faktem natomiast jest, że zarys akcji debiutanckiej powieści powstał w trakcie lotu międzykontynentalnego. Jeżeli jednak przyjrzeć się pokrótce fabule, o której napiszę nieco więcej poniżej, sam pobyt w Australii mógł być dla Jo równie wyczerpujący, jak dla stworzonego przez niego bohatera. Niepokojąca jest jego znajomość różnego rodzaju barów i spelunek, a także alkoholowych wizji, które spowijają umysł norweskiego detektywa. Oczywiście nie musi się to w żaden sposób przekładać na doświadczenia samego pisarza, jednak realizm, z jakim pisze o tej tematyce, w zestawieniu z nienajlepszą kondycją psychiczną, z jaką wyjechał z Norwegii, daje nieco do myślenia.

    Powieść musiała powstać dość szybko, nie jest z resztą przesadnie długa. Kryminalny śwatek Skandynawii nie znał jeszcze wówczas Stiega Larssona i jego opasłych tomów Millennium. Kryminały były  nieco bardziej zwięzłe. Manuskrypt Nesbø trafił na biurko jednego z redaktorów w wydawnictwie Aschehoug. Tyle tylko, że podpisany był pseudonimem Kim Erik Locker, a jego tytuł brzmiał Terra Nullis, czyli Ziemia niczyja.

    Jak się później okazało, Nesbø nie chciał, żeby jego muzyczna sława wpłynęła na decyzję o wydaniu lub odrzuceniu manuskryptu. Kiedy jednak otrzymał potwierdzenie chęci wydania książki i w siedzibie wydawcy powiedział jak się naprawdę nazywa, zapanowała konsternacja. Nikt nie miał pojęcia kim jest Jo Nesbø. Nazwa zespołu również niewiele pomogła, choć jeden z pracowników był nawet w stanie zanucić któryś z przebojów grupy. Choć dla ego muzyka był to zimny prysznic, to jednak dzięki temu zdecydował się  na wydanie książki pod własnym nazwiskiem. Wydawca zaproponował również zmianę tytułu.

    To ma być skandynawski kryminał?

    Gdy powieść się rozpoczyna, jest styczeń. W Norwegii to miesiąc kojarzący się głównie ze śniegiem i z ciemnością. Idealny dla kryminalnej scenerii. Jednak od pierwszych wersów Człowieka nietoperza czytelnik może mieć lekki dysonans poznawczy. Coś się tu nie zgadza. Bohater ląduje w Sydney? I właśnie tam przez całą powieść prowadzi śledztwo? To ma być skandynawski kryminał?

    Tymczasem dla czytelników i krytyków z krajów nordyckich powieść ta okazała się odświeżającą nowością. Jeszcze w tym samym roku otrzymała ona Nagrodę Rivertona (Rivertonpriset), najbardziej prestiżowe wyróżnienie, przyznawane powieściom kryminalnym w Norwegii. Stein Riverton, to pseudonim klasyka skandynawskiego kryminału, piszącego w pierwszej połowie XX wieku. W Polsce jego książki wydawane są pod prawdziwym nazwiskiem: Sven Elvestad. Mimo wielu kontrowersji, związanych z tą postacią, nagroda jego imienia to gwarancja wysokiej klasy kryminału. Na dziś Nesbø ma już w kolekcji trzy takie nagrody, z czego jedną przyznano mu jako honorową, za całokształt twórczości (w 2016 roku). Tymczasem jego debiut spotkał się dzięki Nagrodzie Rivertona z dobrym przyjęciem właściwie na całym świecie.

    Dowodem tej popularności może być druga nagroda, przyznana Człowiekowi nietoperzowi. Mowa tu mianowicie o Szklanym Kluczu (Glassnøkkelen), wyróżnieniu nawiązującym nazwą do klasycznej powieści Dashiella Hammetta. Nagrodę tę przyznaje Skandynawskie Towarzystwo Kryminalne(Skandinaviska Kriminalsällskapet), mające swoją siedzibę w Danii. Otrzymuje ją najlepsza w danym roku powieść, wydana w krajach nordyckich. Warto zauważyć, że z książką Nesbø konkurowały m.in. Nie oglądaj się Karin Fossum, Fałszywy trop Henninga Mankella i Komisarz i cisza Håkana Nessera. Niewątpliwie było więc spośród czego wybierać.

    Jo Nesbo, fot: Trond H. Trosdahl

    Mimo zmienionej scenografii, skandynawscy czytelnicy rozpoznali swojaka. Literacki debiut Nesbø ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które sprawiają, że skandynawski kryminał jest traktowany przez wielu niemal jak osobny podgatunek tego rodzaju literatury. Mamy tu do czynienia z doskonale skonstruowanym bohaterem, który ma swoje jasne i ciemne strony, a na dodatek w krytyczny sposób spogląda na problemy społeczne, które stawia przed nim rzeczywistość. W przypadku Człowieka nietoperza takich tematów jest kilka – od kwestii etnicznych, związanych z dyskryminacją rdzennych ludów Australii, poprzez tematy związane z orientacją seksualną, po antropologiczne ujęcie tematu starcia zupełnie innych wartości i sposobów myślenia. Ta ostania kwestia wydaje się najważniejsza, jeżeli chcemy rzeczywiście wydobyć z tej powieści to, co w niej najlepsze.

    Jak czytamy Nietoperza w Polsce?

    Człowiek nietoperz to powieść, która jest w Polsce bardzo niedoceniona. Spora w tym zasługa pecha, jakiego książka ta miała na naszym rynku, właściwie od samego początku. Pierwsze wydanie, które mało kto już pamięta, ukazało się nakładem wydawnictwa Pol-Nordica, w styczniu 2005 roku. Był to czas, kiedy nikt jeszcze u nas nie słyszał o Stiegu Larssonie, a powieści Henninga Mankella specjaliści od „prawdziwej luteratury” pożyczali sobie obłożone w gazetę. Chodziło o to, żeby by było widać autora i tytułu, bo przecież nie wypada czytać kryminału, a jednak przecież ten Szwed po prostu świetnie pisze…

    Mniej więcej w tym samym czasie na hasło „skandynawski kryminał” reagowano w Polsce z pobłażliwym uśmiechem. Niekiedy pytano o to, czy to coś takiego, jak „spaghetti western”, innym zaś razem można było usłyszeć o tym, że przecież skandynawskie raje (to nie literówka!), to miejsca, gdzie policja zajmuje się głownie ściąganiem kotów z drzewa.

    Powieści Nesbø wróciły do polskich czytelników już na fali skandynawskiego boomu, zapoczątkowanego na świecie przez Millennium. Norweg zajął wówczas miejsce na półkach m.in. obok docenionych wreszcie przez masowych odbiorców powieści Henninga Mankella i Lizy Marklund, których początki w Polsce były podobnie trudne. Jednak Wydawnictwo Dolnośląskie zaczęło wówczas wydawanie książek o Harrym Hole od Czerwonego gardła (Rødstrupe), trzeciego tomu serii, będącej jednocześnie początkiem tzw. Trylogii z Oslo, wewnętrznej mini-serii w cyklu o Harrym. Człowiek nietoperz pojawił się ponownie dopiero w 2012 roku, kiedy to powieści z serii Nesbø były już w Polsce dobrze kojarzone. Dla stałych czytelników skandynawskich kryminałów umieszczenie akcji w Australii mogło być poczytane niemal za zdradę… Dodatkowo wydawca umieścił na okładce kuriozalne nieco hasło, zaczerpnięte z amerykańskiego „The Independent”: Następca Stiega Larssona. Komu to było potrzebne? Nie wiadomo.

    Szlachetnym wyjątkiem w polskiej recepcji Człowieka nietoperza jest ujęcie, jakie prezentuje w swojej książce Mariusz Czubaj. Popularny polski autor kryminałów, oprócz tego że jest literatem, zajmuje się również naukowo antropologią kultury. Jego książka Etnolog w Mieście Grzechu, zawiera sporo pochwał pod adresem Nesbø, a w szczególności jego literackiego debiutu. Dla tytułowego Etnologa, badającego powieści kryminalne jako antropologiczne case studies, opowieść o starciu kultur to okaz niezwykły, trudny do przecenienia.

    To właśnie Czubaj zwraca uwagę na to, że Harry przybywa do Australii obciążony typowymi dla Europejczyka stereotypami, konkretnym sposobem myślenia i horyzontem oczekiwań, w którym pobrzmiewają echa kolonialnej przeszłości. Aby rozwiązać kryminalną zagadkę, norweski policjant (a wraz z nim podążający jego tropem czytelnik) musi przestawić swój sposób myślenia na inne tory. To proces, który wiedzie bohatera do dramatycznego finału powieści. Dla czytelnika jest to wprawdzie mniej traumatyczne przeżycie, ale i tak można z tej powieści wyciągnąć sporo mocnych wrażeń. Wystarczy tylko przygotować się na coś trochę innego, niż zwykły skandynawski kryminał. To raczej coś więcej.

    Kolejny odcinek Syndromu sztokholmskiego pojawi się na początku września i będzie rezultatem poszukiwań nowości po księgarniach w Stolicy Skandynawii.

    Rafał Chojnacki, deckare.pl 

  • „Czuję się jak Quentin Tarantino. Używam przemocy do opowiedzenia ciekawej historii”. W Sztokholmie rozmawiamy ze Stefanem Ahnhemem.

    Chciał być gwiazdą muzyki, został scenarzystą, a później pisarzem kryminałów. Nie ukrywa swojego uwielbienia do Henninga Mankella, był odpowiedzialny za przeniesienie na ekran jego powieści o Kurcie Wallanderze. W końcu sam postanowił napisać kryminał. Napisał już trzy, z czego dwa ukazały się w Polsce. 'Dziewiąty grób” właśnie pojawił się w księgarniach. Rozmawiamy o Szwecji, książkach, a także o tym, w jaki spośób Stefan zabiłby, gdyby musiał. 

    dziewiaty-grob-b-iext41105164

    W Polsce właśnie ukazała się Twoja druga książka, czyli „Dziewiąty grób”. Co ciekawe, nie brakuje w niej polskich wątków. Jeden z bohaterów nazywa się Wojtek Nowak, a kanibal jeździ do naszego kraju piłować sobie zęby. Dlaczego akurat Polska, a nie Dania, Norwegia czy Ukraina?

    Zacznę od Wojtka Nowaka, to mój przyjaciel i spodobało mi się to nazwisko, po prostu bardzo dobrze brzmi.

    Nowak to u nas najpopularniejsze nazwisko.

    Nie wiedziałem o tym, ale naprawdę mi się podoba. Wojtek nie widział, że umieszczę go w książce i był bardzo zaskoczony. Co do kanibala podróżującego do Polski, to pewnie Cię nie zaskoczę, ale zadecydowała ekonomia. Po prostu usługi dentystyczne w Polsce są dużo tańsze niż w Szwecji, nawet o jedną trzecią, a są równie dobre. Weź jednak pod uwagę, że gdy pisze się książkę, to pewne rzeczy wpadają do głowy tak po prostu, nawet nie myśląc o nich. Więc pisząc o dentyście, od razu Polska przyszła mi do głowy jako naturalny kierunek.

    Wiesz coś jeszcze o Polsce?

    Niestety, bardzo mało. Bardzo chciałbym do was przyjechać (Stefan Ahnhem przyleci na Śląskie Targi Książki w Katowicach, które odbędą się w dniach 30.09-2.10). Mój przyjaciel opowiada mi jednak praktycznie same dobre rzeczy, ale jestem bardzo zaniepokojony faktem, że partia rządząca cenzuruje telewizję.

    W „Dziewiątym grobie” opisujesz historię szwedzkiego ministra sprawiedliwości, który znika w tajemniczych okolicznościach, a w tym samym czasie w Danii zostaje brutalnie zamordowana żona pewnego celebryty. Sądzisz, że to może wydarzyć się w rzeczywistości?

    Bohaterowie moich książek są normalnymi, nowoczesnymi ludźmi, jak ja i Ty. Ale sprawy nad którymi pracują zdarzają się raz w życiu. Nie interesuje mnie pisanie w stylu: ktoś wypił za dużo, uderzył swoją żonę i ona zginęła. Jeśli mam napisać książkę, która ma sześćset stron, to to musi być coś naprawdę ekstra. Często mówimy, że rzeczywistość jest dziwniejsza od fikcji, ale moim celem jest, żeby fikcja była bardziej surrealistyczna niż rzeczywistość, chcę pobić rzeczywistość. Nigdy tak mocno się nie przygotowywałem jak do napisania „Dziewiątego grobu”, starałem się ją uczynić jak najbardziej prawdopodobną, ale to fikcja.

    img_3705
    Książki Stefana Ahnhema w księgarni w centrum Sztokholmu.

    Jako scenarzysta serialu na podstawie książek Henninga Mankella, jesteś pewnie pod jego dużym wpływem. Tytuł Twojej pierwszej książki „Ofiara bez twarzy” jest bliźniaczo podobny do mankellowskiego „Mordercy bez twarzy”.

    Wiem, że to może dziwnie zabrzmi, ale gdy wymyślałem tytuł, to nie zwróciłem na to uwagi. Z czasem jednak uświadomiłem sobie, że jest bardzo duże podobieństwo. Tak jak powiedziałeś, jestem pod dużym wpływem twórczości Mankella, przeczytałem wszystkie jego książki o Kurcie Wallanderze. Dla mnie wielkość szwedzkiego kryminału rozpoczęła się właśnie od tego pisarza, to on sprawił, że w naszych książkach zaczytuje się cały świat. Miał coś takiego w pisaniu, że zawsze parł do przodu, to mnie bardzo zainspirowało.

    Możemy więc powiedzieć, że Fabian Risk, Twój główny bohater jest nowym Kurtem Wallanderem?

    Nic z tych rzeczy. Gdy pracowałem nad serialem o Kurcie, to miałem wtedy dość starych, pijących za dużo, samotnych policjantów. Takich, którzy nie mają rodziny, przyjaciół. Kiedy wymyślałem Fabiana Riska, to chciałem żeby był młodszy, ma około czterdziestki zamiast sześćdziesiątki. Fabian nie słucha muzyki operowej albo jazzu, a raczej elektronicznej, więc ma bardzo dobry gust (śmiech). Z drugiej strony, jest naiwny, uczuciowy, potrafi płakać. Nie jest człowiekiem z kamienia, ma swoją rodzinę, co było dla mnie bardzo ważne, żeby towarzyszyły mu codzienne problemy z dziećmi, z żoną. Dla mnie Risk jest o wiele bardziej nowoczesny niż Kurt Wallander.

    ofiara-bez-twarzy-b-iext43464580Twoja pierwsza książka „Ofiara bez twarzy” opowiada o mordercy, który po kilkunastu latach zaczyna zabijać kolegów, koleżanki, a także nauczycielki ze swojej byłej szkoły. Każda z tych osób ginie w winnych okolicznościach. Załóżmy, że Ty miałbyś zabić któregoś ze szkolnych kolegów, jakiego urządzenia dostępnego w szkole byś użył?

    Mhm, daj mi pomyśleć. O, już wiem. Powiesiłbym go na wieszaku na mapy w klasie geograficznej. Tak, zdecydowanie bym go powiesił, to by było najlepsze rozwiązanie. Teraz byłoby to już niemożliwe, bo zamiast map są tablice elektroniczne, więc moje morderstwo musiałoby nastpić w starej klasie.

    Pytam o to nie bez przyczyny, bo Twoje książki są momentami bardzo brutalne, chyba się z tym zgodzisz?

    No tak, nie mogę się nie zgodzić. Zanim zacząłem pisać, powiedziałem sobie, że nie będę uciekał od rzeczywistości, nie będę zamykał oczu. Jeśli jest seks, to opisuję seks, jeśli przemoc, to przemoc, po prostu. Szczególnie w „Dziewiątym grobie” jest sporo krwi, ale historia naprawdę tego wymaga. Byłoby raczej dziwne, gdybym tego tak nie opisał. Takie jest moje zdanie. Czuję się trochę jak Quentin Tarantino, który też emanuje przemocą, ale jest to przemoc uzasadniona.

    Przyznasz, że przyjęło się tak, że w szwedzkim kryminale bohaterem musi być policjant, który ma bardzo skomplikowane życie prywatne.

    Każdy z nas ma jakieś problemy w życiu, to nie musi być kryzys, ale po prostu problem. Ja unikam w swoich książkach rozdzielania życia prywatnego od zawodowego. Jeśli Fabian Risk jest w domu i je kolację z rodziną, albo kłoci się z żoną, to gdzieś z tyłu głowy myśli o sprawie, którą ma do rozwiązania. Z kolei życie prywatne zabiera ze sobą do pracy, to jest po prostu bagaż, który nosi ze sobą wszędzie.

    photo-1466837431058-102ee1e32ba3
    Sztokholm, fot: unsplash.com/Jason Briscoe

    Często mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Jak Ty to odbierasz z perspektywy Szwecji, która jest stolicą światowego kryminału.

    Rzeczywiście, jest coś takiego. Rozmawialiśmy już o Mankellu. Drugą osobą, bez której o szwedzkim kryminale nie byłoby głośno jest oczywiście Stieg Larsson, który również bardzo mnie zainspirował. Teraz pisarzem, który robi świetną robotę jest na przykład Lars Kepler. Z drugiej strony, jest sporo skandynawskich kryminałów, które są po prostu słabe. Książka zaczyna się ekscytująco, potem niby policjant szuka mordercy, ale tak naprawdę nic się nie dzieje, a na końcu znów jest jakaś akcja. To jest w sumie jedna hostoria, dlatego staram się tych historii w książce zawrzeć kilka, żeby zaciekawić czytelnika. Fakt, jest to dużo bardziej pracochłonne, ale jest też finalnie ciekawsze.

    Jako scenarzysta, a teraz pisarz kryminałów uważasz, że żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznym świecie?

    Wręcz przeciwnie, świat staje się coraz bardziej przyjazny. W Szwecji dzieje się dużo złych rzeczy, ale w większości jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata. Możesz bezpiecznie chodzić po ulicy, nawet po zmroku i nic Ci się nie stanie. Dlatego uważam, że możemy pisać doskonałe kryminały dlatego, że jest u nas tak spokojnie. Złe rzeczy dzieją się też przecież w Polsce czy w Niemczech, ale czytelnicy są wszędzie tacy sami. Chcą się bać, chcą płakać, chcą kochać, dlatego chcę w swoich książkach zawrzeć wszystkie te emocje. Idealnym rozwiązaniem jest, jeśli czytelnik zapomina, że czyta książkę i staje się jej częścią i daje się porwać w podróż ze mną.

    Zdjęcie autora: Thron Ullberg