Kategoria: Aktualności

  • „Wiosna w Finlandii? Zimno i wietrznie od września do czerwca”.

    O naturze, śniegu, skromności, a także fińskich kryminałach i Donaldzie Trumpie. O tym wszystkim z Anttim Tuomainenem, autorem powieści „Kopaliśmy sobie grób” rozmawia Marta Guzowska

    W Twojej ostatniej wydanej po polsku książce „Kopaliśmy sobie grób” koncentrujesz się na niszczeniu środowiska naturalnego. Piszesz o Finlandii, ale to wszystko można też powiedzieć o reszcie świata. A całkiem niedawno Donald Trump zapowiedział wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumienia paryskiego. Jak myślisz, jakie to będzie miało znaczenie dla Ziemi?

    Na początku chciałbym podkreślić, że przede wszystkim jestem pisarzem. Staram się pisać historie, które poruszają ludzi, dają im radość, bawią ich oraz, być może, zmuszają do myślenia. Na siedem moich książek (siódma, pod tytułem Palm Beach Finland wyjdzie w Finlandii we wrześniu) tylko dwie poruszają temat środowiska. Więc nie jestem ekspertem w tym temacie, chociaż muszę przyznać, że bardzo się starałem zbierając materiały. Co do wycofania się Trumpa z porozumienia paryskiego, prawdopodobnie będzie to miało mniejsze znaczenie, niż myślimy. Chociaż, oczywiście, czas pokaże. Nowe technologie rozwijają się tak szybko, że nie byłbym zdziwiony, gdyby za chwilę okazało się, że energia słoneczna jest bardzo tania i dostępna dla wszystkich. Co ciekawe, reszta świata (w tym UE i Chiny) widzi to inaczej niż Trump. Jeśli te deklaracje przełożą się na działania, być może będziemy świadkami zwiększonych wysiłków na rzecz ochrony klimatu. Ale nie jestem prorokiem, tylko pisarzem.

    Czy ochrona środowiska jest ważna w Finlandii? Ale nie na poziomie deklaracji polityków, tylko dla zwykłych ludzi?

    Trudno mi ocenić, jak to wypada statystycznie. Ale myślę, że generalnie rzecz ujmując tak, to ważna rzecz dla przeciętnego Fina.

    Czy dlatego, że Finowie żyją blisko natury?

    To zależy kto. Ja mieszkam w Helsinkach (stolicy i największym mieście Finlandii) przez całe moje życie, 45 lat. Ale wszystkie wakacje letnie dzieciństwa spędziłem na wschodnich wybrzeżach Bałtyku, na przepięknych wyspach. Uwielbiam tę scenerię. To dla mnie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Myślę, że pozostawiło to we mnie trwały ślad. Kocham morze i wyspy, a w Helsinkach mieszkam bardzo blisko wybrzeża.

    Antti Tuomainen/ Facebook/Antti Tuomainen Official

    Ale na pewno prawie zawsze jest za zimno, żeby się kąpać. Jak się żyje w kraju, gdzie jest zimno, ciemno, a śnieg pada od września do czerwca? W Twoich książkach za każdym razem, kiedy opisujesz jedzenie, jest to coś bardzo konkretnego i z mięsem .Czy to z powodu nieludzkiego klimatu?

    Właśnie mieliśmy jedną z najgorszych wiosen jak sięgam pamięcią, więc naprawdę było zimno i wietrznie od września do czerwca (śmiech). Pewnie, przeżycie w takiej pogodzie wymaga jedzenia, które naprawdę daje energię. Ale gdybyś chciała odwiedzić Helsinki, to bez obaw: jedzenie tutaj jest podobne jak w Londynie albo Sztokholmie, bo trendy kulinarne podróżują dzisiaj szybko. Naprawdę można u nas dobrze zjeść.

    Skoro mówimy o trendach: ostatnio w modzie jest termin sisu, bardzo trudny do przetłumaczenia, który, – o ile dobrze rozumiem – znaczy mniej więcej tyle co „mieć siłę i wytrwałość”. Czym jest sisu dla Ciebie.

    Dobrze to przetłumaczyłaś. Sisu oznacza wytrwałość, rodzaj cichej wytrwałej siły, która pozostaje w ukryciu. Na co dzień nie myślę o tym, ale wytrwałość i odporność to coś, co na pewno przydaje się w zawodzie pisarza. Napisanie książki zajmuje mi co najmniej rok i tak się zazwyczaj składa, że to więcej pracy, niż początkowo planowałem. Zawsze są jakieś ślepe uliczki, frustracja i rozczarowania. Dobrze wtedy być cierpliwym, wytrwałym i silnym.

    W Finlandii to chyba dotyczy nie tylko pisarzy. Scena z Twojej książki: Helsinki, zima, pijany bezdomny śpi na ławce w parku. Komentarz: albo go połamie, albo wyjdzie z tego silniejszy. Zaryzykowałabym twierdzenie, że w innych krajach ludzie raczej by się martwili, czy wyjdzie z tego z życiem. Czy to też jest sisu?

    No cóż, Finowie robią to, co robią i żadna zima nie będzie im w tym przeszkadzać (śmiech). A poza tym być może pomaga też napicie się sporej ilości Koskenkorva (fińskiej wódki).

    Inne przykłady z Twojej książki: specjalistka na szczycie drabiny w dużej firmie jeździ do pracy metrem, prywatne numery telefonów można znaleźć w internecie… Czy to też sisu, czy coś innego? Czy może ludzie w Finlandii po prostu są skromni?

    To już się trochę zmieniło, ale do niedawna można było spotkać naszych byłych prezydentów i premierów na zakupach w supermarkecie albo na targu, na spacerze na ulicy, a tramwaju, w metrze albo w autobusie. Były prezydent Mauno Koivisto, który niedawno zmarł, znany był, między innymi, ze skromności. Jeździł tramwajem, grał w siatkówkę, sam odśnieżał swój podjazd i sam odpowiadał na listy obywateli. Był powszechnie szanowany i podziwiany. Był też – w swoim czasie – bardzo dobrym prezydentem.

    Skromni ale wycofani. Główny bohater „Kopaliśmy sobie grób” spotyka ojca po 30 latach i to jakoś go specjalnie nie porusza. Czy to fikcja, czy Finowie naprawdę trzymają uczucia na wodzy?

    To jedno z centralnych pytań w mojej książce. „Kopaliśmy sobie grób” to kryminał, ale także historia rodzinna. Opowiada o ojcu i synu, dziennikarzu i cynglu. Na początku powieści ojciec powraca do Helsinek, rodzinnego miasta jego i jego syna, po 30 latach nieobecności. Ten układ – ojciec i syn – to było coś, co zainspirowało mnie do napisania tej powieści. W ogóle uważam silne więzy międzyludzkie za wspólny mianownik dla wszystkich moich powieści. Zawsze zaczynam budowanie książki od postaci i ich problemów oraz sekretów, które łączą albo dzielą ludzi. W „Kopaliśmy sobie grób” ci dwaj mężczyźni, ojciec i syn, przybywają z przeciwnych kierunków, w każdym rozumieniu tych słów. Geograficznie, pokoleniowo, moralnie, etycznie. I do tego są Finami. Więc, naturalnie, są wycofani i przez cały czas się kontrolują.

    No właśnie, przeciętny Fin jest introwertyczny i nieśmiały, jak słynny bohater fińskich dowcipów rysunkowych, Introwertyczny Matti. Podobno to dlatego, że nie jesteście przyzwyczajeni do interakcji z dużą liczbą ludzi i wolicie być sam na sam z naturą. Ile jest prawdy w tym stereotypie?

    Osobiście uważam, że sporo. Mamy taki dowcip o fińskich rozmowach o “dupie Maryni”. Coś takiego nie istnieje, stąd dowcip. Odnosimy się do ludzi z dystansem chyba większym, niż przedstawiciele innych krajów. Ale patrząc na to od jasnej (albo humorystycznej, jeśli wolisz) strony: w Finlandii możesz od razu przejść do rzeczy, nie musisz najpierw długo rozmawiać o niczym.

    W takim razie cieszę się, że udało mi się z Ciebie wyciągnąć ten wywiad. Dziękuję za rozmowę!

  • „Handel dziećmi od zaplecza”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka.

    Tak się złożyło, że przy okazji jednego z niedawnych dużych eventów przyszło mi wśród stoisk poszukać tego sygnowanego logiem „Neli, małej reporterki”.

    Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Nela, kilka słów wprowadzenia. To pseudonim jedenastoletniej obecnie dziewczynki, która podróżując wraz z rodzicami po całym świecie, gromadzi wiedzę i wrażenia, a potem jednym i drugim dzieli się z rówieśnikami. Podczas swojej trzyletniej kariery Nela napisała kilka książek, doczekała się też programu w publicznej telewizji i własnej audycji radiowej. W tym roku zdobyła w stosownej kategorii nagrodę „Bestseller Empiku”.

    Do tej właśnie Neli idę po autografy dla jej dwóch małoletnich fanek. Korzystam przy tym, a jakże, z przywileju, jaki daje mi status gościa na tej imprezie, dzięki czemu udaje mi się wejść od zaplecza. A tam… istna taśma produkcyjna. Sztab ludzi szykujący książki, układający mapy, prezentujący stosowne koszulki, by za ścianą wszystko grało i działało. Wszyscy grają do jednej bramki, są niczym elfy pracujące na sukces Mikołaja.

    Dla fanów i klientów dostępny jest przestronny, przeszklony boks. Pół pomieszczenia to sklepik, druga połowa to pokoik stylizowany na przyjazną dla odbiorcy dżunglę. To tam, przy stoliku zasypanym plakatami i mapami, stoi Nela. By się do niej dostać, dzieci muszą mieć specjalny kupon i pokonać uprzednio zabawowy tor przeszkód. Chętnych jest całe mnóstwo, ale nie tyle, co jeszcze dzień wcześniej w Krakowie. To tam pewna mała fanka stała z mamą w blisko tysiącosobowej kolejce przez trzy godziny, by ostatecznie odejść z kwitkiem. To z tego powodu owego dnia ja znalazłem się przy stoisku Neli.

    Przyznam, trochę puściłem wcześniej bokiem ten fenomen i teraz przyglądam mu się ze zdumieniem, a także trochę… niesmakiem? Tak, to chyba jedno z pierwszych uczuć jakie mną zawładnęło. Niesmak na widok całej wielkiej machiny uczepionej jednego dziecka, które stoi tam teraz, marnuje swoje dzieciństwo na podobne akcje i daje się doić. Pomyślałem z miejsca o Macaulayu Culkinie, słynnym odtwórcy roli Kevina, który po epizodzie jako najsłynniejszy dzieciak świata runął w pewnej chwili w świat dorosłych, niezdolny do sprostania oczekiwaniom. Przeczytana na szybko wikipedyczna notka o Neli – a zwłaszcza fragment o tym, że dziewczynka pisze książki sama, ale redaktorsko wspierają ją rodzice – przywiodła na myśl Christophera Paoliniego. Wielki literacki fenomen zasadzający się na tym, że szesnastolatek napisał książkę. Nic, że taką, która nie obroniłaby się jako dzieło dorosłego autora, nic, że przeredagowaną i przemieloną przez rodziców, zawodowych redaktorów tyle razy, że pewnie trudno tam o niezmienione zdanie. Liczył się wiek autora i że proszę, taki młody, a taki zdolny.

    Gala Bestsellerów Empiku, fot: smakksiazki.pl

    Stoję więc z boku i tak sobie właśnie myślę. Zaraz też lecę przekrojowo po całej popkulturze, umacniając się w swych sądach. No bo przecież Haley J. Osment czyli dzieciak z „Szóstego zmysłu’, bo gwiazdy „Małych gigantów” czy „Master Chiefów Juniorów” po galeriach handlowych, bo zwichrowany na zawsze Michael Jackson. Wreszcie bo te wszystkie dziewczynki w pokazach małych miss realizujące chore ambicje swoich mamuś.

    Potem jednak nagle dostrzegłem małą Nelę zza dzieciaków i zauważyłem, że dziewczynka się uśmiecha. Szczerze i autentycznie, bo nie samymi ustami, ale całą twarzą, oczami. To całe podpisywanie, bycie tu sprawia jej radość, jest przygodą, jedną z wielu jakich dostarcza jej życie. Bo hej, które dziecko nie marzy, by podróżować po świecie? Jak wiele maluchów chce, by ktoś je słuchał, zapisuje sobie swoje zmyślone lub prawdziwe przygody w pamiętniczku, prosi rodziców o kredki, kartki, zszywki i wydaje swoje własne książki?

    Znam taką jedną dziś już kobietę, gwiazdę zupełnie innej gałęzi popkultury, która, jak kiedyś Paolini, wydała książkę jako szesnastolatka. Poznałem ją niedługo po tym debiucie, gdy pracowała już nad następną publikacją. Powoli, systematycznie, ciężko, wspierana przez rodziców. Spełniała marzenie. I choć ostatecznie nie zajęła się pisaniem zawodowo, to wiem, że ten krok wiele jej dał. Bardzo ją ośmielił.

    I ta myśl sprawiła, że znowu wróciłem do Paoliniego i jego rodziców. Że właściwie zupełnie pominąłem fakt, iż każda kolejna książka młodego autora jest lepsza na poziomie fabularnym. A w to, zważywszy na infantylność Eragona, rodzice zdawali się nie interweniować. Czyli można dojść do wniosku, że progresu dokonał sam autor. Rozwinął się na przestrzeni czterech tomów i bodaj dziewięciu lat. Powiecie, że nic w tym niezwykłego? To przyjrzyjcie się jak wielu autorów zatrzymało się na poziomie swojego debiutu. Zwłaszcza jeśli ten okazał się sukcesem.

    Gala Bestsellerów Empiku, fot: smakksiazki.pl

    Dotarło do mnie, że rzeczywisty problem nie leży w tym, że zabiera się młodocianym dzieciństwo i je spienięża. Bo hej, mitologizujemy sobie ten czas, ale w rzeczywistości spędziliśmy go wszyscy na rozlicznych marzeniach o podróżach, sławie, przygodach. Słowem marzyliśmy o takich rzeczach jak dostają małe gwiazdy. Takich, jak ma teraz mała reporterka Nela. Rzecz i całe sedno w tym, że dzieci dorastają, zmieniają się, przestają być urocze. Niczym przywileje związane z legitymacją szkolną w pewnej chwili wygasa opcja ulgowego traktowania autora na zasadzie: zobaczcie, jest taki malutki czy malutka. Takie toto urocze. Nagle mamy do czynienia z nastolatkiem czy wręcz dorosłym człowiekiem, który wyrósł ze swojej dotychczasowej roli jak z przykrótkich spodenek, a jednocześnie, ukształtowany w konkretny sposób, uformowany w blasku reflektorów na zwierzę sceniczne ma pewne łaknienie sławy i wrażeń. W takim przypadku zderzenie z dorosłością może być wyjątkowo trudne, bo wiąże się z przeświadczeniem o zużyciu. Już nie jesteś słodka, moja droga, już dziękujemy, bo zobaczcie, tamten chłopiec gra na banjo i ujeżdża wilka!

    Dlatego stoję tam i się zastanawiam. Jest tu sporo ludzi, większość w koszulkach obrandowanych Nelą. Jej załoga robiąca na niej kasę dla Wydawcy i trochę dla niej samej. Gdzieś pewnie w pobliżu są rodzice dziewczynki. Patrzę na nich wszystkich i nie mogę przestać myśleć: Ile spośród tych osób jest naprawdę w Twoim teamie, mała? Ile zadba o to, by przygoda Twojego życia nie skończyła się, nim na dobre w to życie wejdziesz?

    Ale wiecie co? Jakoś tak, po zastanowieniu, wierzę w rodziców Neli, że poprowadzą ją właściwie. I w samą małą reporterkę również wierzę. Bo widzę w tych książeczkach radosną autentyczność, którą ciężko podrobić. Widzę jak opisane w nich historie trafiają do maluchów, jak budzą w nich pragnienie przygody. Widzę wreszcie uśmiech małej Neli, szczery, autentyczny, choć czasem zmęczony.

    Czy też inaczej, w małą wierzę już, a w jej rodziców dopiero chcę. Chcę ze wszystkich sił.

     

  • „Kulisy pracy jury? Rzucaliśmy monetą”

    Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu to już historia. Jak wiedzą wszyscy, Nagrodę Wielkiego Kalibru zgarnął Mariusz Czubaj. Jesteście ciekawi jak wyglądały prace jury? Czy wybór był oczywisty, czy raczej należał do tych trudniejszych? Łapcie krótką rozmowę z przewodniczącym jury, profesorem Zbigniewem Mikołejką.

     

  • Czerwiec idzie w jakość, nie w ilość. Co warto przeczytać?

    Wydawnictwa dbają o Wasze wakacyjne bagaże, bo w czerwcu ciekawych premier niezbyt dużo, ale za to same petardy 😉 Co warto zabrać ze sobą na urlop? Tak, wybór jest subiektywny, więc nie wszystkie czerwcowe książki tu znajdziecie. 

  • „Podręcznikowym przykładem narcyzmu jest Donald Trump”. Wywiad z Alex Marwood.

    Jeśli nie mieliście okazji uczestniczyć w Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, to możecie nadrobić chociaż część zaległości. Na smakksiazki.pl pojawiały się wywiady wideo z pisarzami, a teraz Marta Guzowska rozmawia z Alex Marwood o książkowych inspiracjach, Internecie, narcyzach, a także, a może przede wszystkim, o „Najmroczniejszym sekrecie”, najnowszej książce Alex Marwood. Poniżej znajdziecie efekt tej rozmowy.

    (Wywiad jest skróconym zapisem spotkania z Alex Marwood prowadzonego przez Martę Guzowską, które odbyło się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, 27 maja, 2017 r.)

    Czy to prawda, że wszystkie Twoje powieści zostały zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami?

    Tak, każda z nich.

    Zacznijmy od początku. Jaka historia stoi za Twoim kryminalnym debiutem „Dziewczynami, które zabiły Chloe”?

    Zainspirowało mnie, jeśli w ogóle można tak powiedzieć, morderstwo Jamesa Bulgera, dwulatka, który został uprowadzony ze sklepu przez dwóch dziesięcioletnich chłopców i zamordowany. Ten przypadek bardzo trudno ocenić moralnie. Z jednej strony popełnione zostało morderstwo, bardzo brutalne, a jego ofiarą padło małe dziecko. Ale z drugiej strony ci dziesięcioletni chłopcy pochodzili z patologicznych rodzin i naprawdę nie potrafili odróżnić dobra od zła. Zawsze jakaś część natury człowieka chce wierzyć w czyste zło. Ale świat jest o wiele bardziej skomplikowany. Ci chłopcy byli w swoich rodzinach wykorzystywani, także seksualnie, nie potrafili zrozumieć konsekwencji swoich czynów. Bicie, atakowanie, fizyczne, psychiczne a nawet seksualne, było dla nich czymś zwyczajnym. Morderstwo, które popełnili to tylko krok dalej niż to, co znali z domów. Ci dwaj chłopcy pozostali już na zawsze metaforą zła. Ta historia wydarzyła się prawie 20 lat temu, chłopcy dostali się do dziecięcego więzienia, potem byli reedukowani, a po zwolnieniu zmieniono im nazwiska. Jeden z nich sobie poradził, założył rodzinę i funkcjonuje mniej więcej normalnie. Ale drugi jest poważnie zaburzony, już po zwolnieniu został kilka razy aresztowany. Ale nie dlatego, że zrobił coś złego, tylko dlatego, że policjanci bali się o jego życie: facet szedł do pubu, opowiadał całą historię od nowa po pijanemu i tłum chciał go zlinczować.

    Dziewczyny, które zabiły Chloe” to jedno wielkie oskarżenie. Czego? Systemu? Ludzi poszukujących sensacji za wszelką cenę?

    Przede wszystkim jest oskarżeniem naszego społeczeństwa, o gruboskórność. Jest to także wielkie oskarżenie moich byłych kolegów w mediach. To, co mnie naprawdę ucieszyło, to fakt, że wielu dziennikarzy skontaktowało się ze mną po ukazaniu się tej książki ze słowami: masz rację, w naszym zawodzie naprawdę tak jest.

    Twoja najnowsza książka „Najmroczniejszy sekret” bazuje luźno na historii Madeleine McCann. Przypomnijmy ją krótko: 10 lat temu mała dziewczynka zniknęła wieczorem z wakacyjnego domku w Portugalii, podczas gdy jej rodzice, Anglicy, jedli kolację w restauracji nieopodal. Do dziś nie wiadomo, co się stało.

    Tak, moja książka jest luźno inspirowana tamtą historią Ale tak naprawdę chciałam napisać powieść o narcyzmie i jego porażających konsekwencjach. Jest to bardzo częste zaburzenie, ostatnio nasze społeczeństwo przeżywa prawdziwy wysyp narcyzów, a klasycznym, podręcznikowym przykładem jest Donald Trump. Nie wiadomo, czy narcyzm karmi się internetem, czy po prostu internet wydobył narcyzów na światło dzienne. Chciałam napisać o zniszczeniach jakie narcyzm powoduje. Na przykład o tym, że jedną z rzeczy, jaką robią osoby narcystyczne jest ciągłe „przepisywanie” na nowo historii, która się wydarzyła, aż w końcu nie wiadomo, jaka wersja jest prawdziwa. A wszystko po to, żeby dobrze wypaść w oczach innych i swoich własnych.

    W „Najmroczniejszym sekrecie” każdy albo prawie każdy bohater jest narcyzem.

    Osoby narcystyczne mają tendencję do gromadzenia się w grupach. Niektórzy padają ofiarami innych narcyzów, jak choćby Claire, matka dziewczynek, w mojej książce jest jednocześnie ofiarą swojego męża Seana.

    W Twoich książkach ludzie sukcesu, ci, którzy pozornie stanowią podporę społeczeństwa, okazują się najmniej warci, najbardziej interesowni, najbardziej zepsuci… Lubisz tych, którzy wszystko stracili, którym już nic nie zostało, nieudaczników.

    Nie wszyscy nieudacznicy u mnie to postacie pozytywne, weźmy takiego Tomasa z „Zabójcy z sąsiedztwa”. Ale to prawda, tzw. niziny społeczne bardzo mnie interesują. Nie interesuje mnie życie, które toczy się gładko i bez problemów, a wszyscy są szczęśliwi. Interesują mnie losy zaburzone, zniszczone. To w jaki sposób jedna zła decyzja może wywołać efekt kuli śnieżnej i zaważyć na całej przyszłości. Czytałam kiedyś pamiętniki słynnego patologa, który pracował w Anglii od lat 1920 tych do lat 1950tych. Uderzyło mnie, kiedy napisał, że każdy, absolutnie każdy przypadek morderstwa przez uduszenie, to przypadek faceta, który chciał po prostu nastraszyć kobietę, „nauczyć ją czegoś”. A tymczasem na szyi jest nerw, którego uciśnięcie nawet przez kilka sekund powoduje śmierć. Większość ludzi o tym nie wie, więc mężczyzna, który chce „tylko” nastraszyć kobietę, w efekcie ją morduje. I sam jest zdziwiony, kiedy ona umiera. To właśnie tego rodzaju złe decyzje mnie interesują.

    Zabójca z sąsiedztwa” to moja ulubiona powieść. Opierasz się w niej na historii seryjnego mordercy Dennisa Nilsena z końca lat 70tych i początku 80tych, który w swoim londyńskim mieszkaniu zabił i poćwiartował kilkanaście osób.

    Dennis Nilsen mieszkał w domu bardzo podobnym do tego, który opisuję w „Zabójcy z sąsiedztwa”, miał kilku sąsiadów, a jednak udało mu się zamordować w tym domu co najmniej 14 osób i pozbyć się ich ciał. Zwłoki gotował w wielkim kotle i spuszczał w toalecie. Ostatecznie został złapany, bo rury się zablokowały ludzkim tłuszczem.

    Dokładnie jak w Twojej książce.

    Cały Londyn fascynowało, jakim cudem ci wszyscy ludzie, którzy mieszkali nad Nilsenem, pod nim i dzielili z nim łazienkę, zdołali tego nie zauważyć.

    Alex Marwood, fot: smakksiazki.pl 

    No właśnie, jakim cudem?

    To właśnie chciałam zrozumieć pisząc tę powieść. Prawda jest taka, że Londyn to bardzo zatłoczone miasto. Na przykład z moim mieszkaniem bezpośrednio graniczy, przez ściany podłogę lub sufit, dziewięć innych mieszkań. Jedynym sposobem przetrwania w takim zatłoczonym środowisku jest udawanie, że twoi sąsiedzi nie istnieją.

    Właściwie pomysł na „Zabójcę z sąsiedztwa” pojawił się, kiedy zatkały się rury sąsiadowi pode mną. Przyszedł do mnie i powiedział „wezwałem hydraulika, a on twierdzi, że to tłuszcz”, a ja omal nie zemdlałam, bo uzmysłowiłam sobie podobieństwo do historii Nilsena. Później prawie trzy lata zbierałam się, żeby dać temu sąsiadowi egzemplarz książki. On zresztą pochodzi z Ghany, jest bardzo przystojny i lubi chodzić tylko w ręczniku. Wracam kiedyś ze sklepu, a Cliff (tak ma na imię) ścina krzaki przed domem. Maczetą! Pytam go: „Cliff, na miłość boską, czy to naprawdę jest maczeta?” Na to Cliff: „no tak, przywiozłem ją z Ghany i wiedziałem, że na coś się przyda”. A potem popatrzył na mnie i powiedział: „trochę jak w twojej książce, nie?”

    Zabójca z sąsiedztwa” to moja ulubiona książka bo… Uważaj, zdziwisz się. Bo uważam ją za niezwykle optymistyczną. Dla mnie to pean na część więzi międzyludzkich. Opowieść o tym, jak z obcych ludzi może powstać prawdziwa rodzina.

    Dla mnie samej to było zakończenie, nie planowałam happy endu (śmiech).

    Czy to znaczy, że jesteś pesymistką? Mnie wyglądasz raczej na optymistkę?

    Zdecydowanie jestem optymistką! I, podobnie jak znaczna większość znanych mi pisarzy kryminałów, jestem naprawdę pogodną osobą. My, „opowiadacze” strasznych historii jesteśmy przyjacielscy, lubimy opowiadać dowcipy i bawić się we własnym towarzystwie. Przyjęcia pisarzy kryminałów zawsze są najlepsze!

    Dziękuję za rozmowę!

     

  • „Co zawdzięczamy trzmielom? Na przykład pomidory”.

    Rozmawiamy o fascynacji trzmielami, o tym, jak są dla nas ważne, chociaż nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. Dave próbuje też przeczytać polski tytuł swojej książki. Miłego oglądania.

  • „W szkole nikt mi nie kradł kanapek, ale kilka złotych musiałem pożyczyć”. Wywiad z Wojciechem Chmielarzem.

    Za kilka dni może sięgnąć po Nagrodę Wielkiego Kalibru drugi raz w swojej karierze. Mocno się zdziwię, jeśli za rok nie dostanie jej za książkę „Zombi”, która dziś ma swoją premierę. Polski Jo Nesbo zabiera swoich czytelników w mroczną podróż pośród ludzkich pragnień i namiętności. Najnowsza książka pisarza z Gliwic jest brudna, oblepi Was całych i nie da się zmyć jeszcze przez kilka tygodni po przeczytaniu. Zazdroszczę, że lektura dopiero przed Wami. Drodzy Państwo, przed Wami Wojciech Chmielarz.

    Co robiłeś w szkole żeby zaimponować koleżankom?

    (Śmiech) Musiałbyś spytać o to moje koleżanki. Chociaż raczej nie będą miały wiele do opowiedzenia. Wydaje mi się, że byłem bardzo kiepski w tych sprawach. Nie do końca wiem, jak to się stało, że jestem żonaty.

    Może dlatego, że niektóre rzeczy dzieją się same.

    Tak bywa, jakaś chemia, uczucie. Nigdy nie byłem dobrym podrywaczem.

    Z „Zombiego” wynika, że z miłością i męska dumą nie ma żartów.

    Zdecydowanie tak. Nie tylko z męską, ale też z dumą jako taką w ogóle. Taką bardzo silną, która sprawia, że niektórzy potrafią latami chować urazę i żal. Rozmyślać o nim niemal codziennie. Rozkoszować się własnym gniewem. Aż dochodzi się do punktu, w którym wystarcza mała iskra, żeby nastąpił wybuch.

    Dwadzieścia lat to dużo czy mało? Pytam, bo właśnie po tylu latach wracają do bohaterów „Zombiego” sprawy z ich młodości.

    Wraz z upływem czasu myślę, że coraz mniej. Kiedyś dziesięć lat wydawało mi się bardzo długim okresem, a teraz zdaję sobie sprawę, że to było bardzo krótko.

    Korciło Cię żeby napisać alternatywną wersję książki? Bo przyznasz, że w „Zombim” jest strasznie dużo hipotetyzowania i gdybania. Przecież, gdyby ktoś czegoś nie widział, albo zareagował w inny sposób, to losy bohaterów byłyby zupełnie inne.

    To też jest sprawa, która mnie fascynuje. Jak ważne są dla nas te fantazje na temat, co by było gdyby. Jak bardzo te wizje potrafią nas z jednej strony ratować, a z drugiej zatruwać. Ta książka jest też trochę o pamięci i o tym, jak bardzo wbrew pozorom plastyczne są wspomnienia.

    O pamięci, to raz. A dwa, że zdarzają się przypadki, kiedy przypisujemy sobie czyjeś zasługi, a w przypadku Twojej książki, winy.

    To jest akurat przykład skrajny, ale bez trudu możemy wymyślić takie, które dotyczą właściwie każdego z nas. Człowiek ma bowiem zaskakującą zdolność do samooszukiwania się. A równocześnie nie potrafi skonfrontować się z własnymi błędami. Powiedzieć, nawet nie publicznie, ale samemu sobie, że coś się zrobiło nie tak. Zamiast tego, stosujemy mechanizm wyparcia, obarczamy winą kogoś innego, byle tylko nie myśleć o sobie źle. Jakby przyznanie się do własnej niedoskonałości, zagrażało naszej integralności. Fundamentom, na których zbudowaliśmy swój własny obraz i własne życia.

    Wojciech Chmielarz

    Miałeś w szkole Korsarza? Ktoś Ci zabierał Ci kanapki?

    Nie, nie było kogoś takiego. Natomiast wiesz, ja chodziłem do takiej szkoły, gdzie – właśnie teraz pytanie na ile to wyolbrzymiam we wspomnieniach – w której było dużo dzieciaków, mających różne problemy wychowawcze. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że oni zawsze lądowali w mojej klasie. Znowu, mam wrażenie, że zawsze miałem z nimi dobre kontakty. Kanapek więc nikt mi nie kradł, ale faktycznie, dochodziło do takich niby wymuszeń. Podchodził kolega i pytał się, czy mam pożyczyć jakieś drobne. Oczywiście, nie było mowy o oddaniu tych pieniędzy. Czasami mówiłem, że mam. Czasami mówiłem, że nie mam.

    Korsarz to jest jeden z tych bohaterów, który pozostaje w pamięci na długo. Bardzo mi się podobało porównanie go do Erica Cartmana z kreskówki South Park.

    Jak się dowiemy z książki, to to porównanie nie jest do końca prawdziwe. Postać Korsarza nie jest jednak budowana na prawdziwych osobach, a raczej na legendach, które otaczały kolegów ze szkoły i z osiedla. A tych było mnóstwo. Ktoś miał dźgnąć własnego ojca nożem. Ktoś inny zorganizować włamanie do własnego domu. Pamiętam, że był na w mojej dzielnicy facet, którego wszyscy się bali. Opowiadali o nim różne straszne historie związane z przemocą, nadużywaniem alkoholu, narkotyków itd. Ja z nim kiedyś z jakiegoś powodu zacząłem grać w koszykówkę. Najpierw ze sporymi obawami. Czekałem, kiedy facet przyłoży mi z łokcia albo spróbuje ukraść piłkę. Ale do niczego takiego nie doszło. Właściwie to miło go wspominam.

    Z punktu widzenia pisarza, łatwo jest się cofnąć o dwadzieścia lat i pisać o tym co się działo w dziewięćdziesiątym szóstym roku? Wiesz, musisz sprawdzać jaki kolor miał wtedy ten a ten budynek, jaka muzyka leciała w radiu.

    Miałem nadzieję, że to wszystko pamiętam, ale aż takich szczegółów nie sprawdzałem. Nie bez przyczyny większość akcji dzieje się w lesie. Drzewa są zawsze zielone.

    Śląsk jest wdzięcznym miejscem do zabójstw?

    Oj cholernie. Nawet tłumaczę w książce, dlaczego. Trzy miliony mieszkańców, kilkanaście miast w aglomeracji. Każde o innym charakterze, różne problemy społeczne. Specyficzna historia Górnego Śląska, tradycje górnicze, cały folklor z tym związany. Ale też współczesność. Niesamowite zderzenie nowoczesności z tradycją przemysłową. W jednym miejscu w biurowcu pracownicy tworzą zaawansowane oprogramowanie, które potem jest sprzedawane na całym świecie, a ledwie dwadzieścia kilometrów dalej górnicy zjeżdżają do kopalni, tak jak to robili ich przodkowie sto lat temu. Jasne. Dzisiaj z lepszym sprzętem, ale to dalej jest ta sama znojna, ciężka robota.

    Jaki jest Twój stosunek do relacji śląsko-zagłębiowskich? Jest postać, która mówi, że wybudowałaby na granicy mur jak Trump od Meksyku.

    To właśnie taki twardy Ślązak z dziada na pradziada. Moja rodzina natomiast trafiła tutaj po wojnie. I to nawet nie z kresów wschodnich, ale z Mazowsza z jednej strony i Częstochowy z drugiej. Dlatego nie mam tego stereotypowego podejścia do Zagłębia. Rozumiem różnice historyczne i w związku z tym pewne różnice folklorystyczne. Chociaż sam zawsze protestuję, kiedy ktoś mówi coś w stylu „na Śląsku w Sosnowcu”!

    Masz jakiegoś swojego ulubionego bohatera z „Zombie”?

    Ulubionego to może nie, ale podoba mi się ten duet – detektyw Dawid z prokuratorem Górnikiem. Jest między nimi mnóstwo napięć. Wrogości, a równocześnie coś co można by nazwać patologiczną przyjaźnią.

    Ta książka też jest o toksycznych relacjach damsko-męskich. Rozumiem, że to zabieg celowy, żeby nie było lekko, łatwo i przyjemnie. Problemy uczuciowe przekładają się na życie zawodowe, chociaż u Górnika jest chyba na odwrót.

    Zastanawiam się, które tam związki określasz jako toksyczne. Bo małżeństwo Górnika do takich nie należy. Przynajmniej ja tak tego nie widzę. W toku akcji faktycznie tam się psuje wiele rzeczy. Przede wszystkim z jego winy. Ale ten związek był oparty na zdrowych fundamentach.

    Relacja Wolskiego z Martą jest toksyczna.

    No, dobra. Tutaj masz rację. Ale to jest dwójka bardzo zagubionych osób, które próbują się nawzajem ratować, ale sobie szkodzą. Szczególnie Dawid w stosunku do Marty. Chociaż on się strasznie stara. Ale po prostu jest coś w jego charakterze, jakaś skaza, która sprawia, że ten jego egoizm zawsze bierze górę.

     Relacja Karoliny z Górnikiem też jest w pewien sposób toksyczna.

    Tak. Ale z zupełnie innych przyczyn.

    To jest tak, że stawiasz kropkę i już nic się nie wydarzy, czy jeszcze tę historie da się w jakiś sposób pociągnąć?

    Nie, nie będzie już ciągu dalszego. Natomiast to co pozostaje do napisania, to jest opowieść o Dawidzie. Co się stało z Igą i dlaczego on się zmienił w takiego człowieka jakim jest obecnie. I to jest materiał na jeszcze jedną powieść.

    www.unsplash.com/david clarke

     

    Nie wiedziałem, że jesteś aż takim fanem piłki nożnej.

    Bo Mistrzostwa Europy w ’96 grają w „Zombim” bardzo ważną rolę? Fakt. Na nich opiera się jeden z większych zwrotów akcji. To zresztą jeden z moich ulubionych motywów w tej książce. Jestem szczególnie dumny z tego, że ten wątek zaistniał już w „Wampirze”. Nawet przez chwilę miałem ochotę, żeby nie powtarzać tych wszystkich informacji w „Zombie”. Natomiast dla pewnej jasności przekazu zdecydowałem się to zrobić.

    Reprezentacja Hiszpanii też odgrywa ważną rolę.

    Nie współczesna, tylko ta złota z Mistrzostw Europy 2008, z Mistrzostw Świata 2010, potem polsko – ukraińskie Euro. Świetna drużyna. Chociaż ja wolę takie grające bardziej siłowo. Agresywnie.

    A komu kibicowałeś w meczu Czechy – Niemcy w 1996?

    Czechom. Prawie wszyscy kibicowali wtedy Czechom. Bo to było coś niesamowitego. Pamiętasz, nasza reprezentacja wtedy nic nie potrafiła zrobić. Jak potem w październiku 96′ Citko strzelił Anglikom gola na Wembley to prawie został bohaterem narodowym, chociaż myśmy przecież ten mecz przegrali! I to do tego były tylko eliminacje MŚ. A tu proszę, przyjeżdżają Czesi i docierają do finału Euro. Przez kilkanaście minut nawet w nim prowadzili.

    Poruszasz też wątek dworca kolejowego w Katowicach. Jednym się podoba, innym nie, Twoi bohaterowie też są podzieleni.

    Uważam, że to co zrobiono ze starym dworcem, jego zniszczenie, dewastacja, to jest barbarzyństwo. Nie rozumiem tej decyzji. Nie rozumiem, jak można było zniszczyć tak piękny i tak ważny budynek. Moim zdaniem trzeba go było gruntownie odnowić, może przebudować wnętrza. Tak jak mówią moi bohaterowie – było w Katowicach coś wyjątkowego. Teraz jest to samo, co wszędzie indziej. To centrum handlowe przecież nie różni się prawie niczym od Złotych Tarasów w Warszawie. Chociaż Dworzec Centralny w Warszawie udało się uratować.

    Na koniec chciałbym Cię zapytać, choć może powinienem od tego zacząć. Czy czujesz się dumny, że wyprowadziłeś czytelników w pole? I to w takie pole, że będziesz szukał tych czytelników pewnie przez miesiąc zanim z tego pola wrócą po przeczytaniu.

    Mam nadzieję, że masz rację. Jeśli mi się udało, to faktycznie jestem dumny. Natomiast wiesz, w tej książce są ważniejsze rzeczy niż sama intryga. Nosiłem się z myślą o napisaniu „Zombiego” od trzech lat. A sama historia w różnych wariacjach chodziła za mną od co najmniej dziesięciu. Zresztą „Wampira” napisałem tylko po to, żeby przygotować grunt pod „Zombi”. Chciałem zapoznać czytelników z bohaterami, realiami. Sprawdzić, jak to będzie działać. Te dwie opowieści, pomimo tego że oczywiście można je czytać osobno, są ze sobą mocno związane. Przenikają się na kilku poziomach. Wątek zaginięcia Filipa Korsarskiego pojawia się przecież po raz pierwszy już w „Wampirze”.

    Teraz musisz odpocząć, czy pracujesz dalej i już coś piszesz?

    Teraz powstaje kolejny Mortka. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda nam się go opublikować. Zamknąć tę historię, którą rozpocząłem już cztery książki wcześniej w „Podpalaczu”.

  • „Koszty uzyskania uwagi”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Podczas jednego spotkania autorskiego zapytano mnie kiedyś, co jest najtrudniejsze w pisaniu. Nie pamiętam co wtedy odpowiedziałem, ale na pewno nie były to słowa, których użyłbym po dłuższym namyśle. Te bowiem brzmiałyby niewątpliwie: przekazywanie tego, co ma do powiedzenia zupełnie obcym ludziom. Z tą kwestią wiąże się bowiem najczęstszy, choć dość oczywisty i jakby wymuszony sytuacją, błąd debiutantów. Gdy piszą swoje pierwsze teksty, ich opowieści są dla bliskich i znajomych. Dla kogoś, kto zna sposób mówienia i myślenia autora, kto w podobny sposób uzupełni sobie wszelkie niedomówienia, uzupełni sceny według tych samych kontekstów. Debiutant zakłada, że człowiek, do którego pisze ma tę samą wiedzę, zbliżony sposób myślenia i światopogląd mieszczący się w konkretnych ramach. I faktycznie, dopóki tekst nie wyjdzie poza krewnych i znajomych Królika, wszystko się zgadza, działa, gra i buczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy wypływamy na szersze wody – kierujemy opowieść do ludzi, którzy nas zupełnie nie znają.

    Kolejne pytanie z autorskiego, być może nawet tego samego, brzmiało: Czy pisanie fantastyki, tworzenie światów wymyślonych, nie jest aby trochę pójściem na łatwiznę. Bo przecież łatwiej coś tam sobie wymyślić niż dobrze osadzić w znanej rzeczywistości o twardych i niezmiennych regułach. To drugie wymaga wiedzy, to pierwsze tylko fantazji.

    Tu swoją odpowiedź pamiętam dość dobrze, mówiłem bowiem o tym, że fantastyka czyli wymyślanie czegoś od podstaw, jest o tyle trudniejsze, że odpowiadamy nie tylko za rozwiązania fabularne, ale i za każdy podstawiony zamiast oryginalnego, rzeczywistego, kawałek świata przedstawionego. Autor książki nie fantastycznej jeśli powołuje się na wciąż jeszcze niezbadane zjawisko, wystarczy, że wskaże iż coś takiego kiedyś się wydarzyło. Nie jesteśmy twórcami świata, nie musimy wiedzieć jak wszystko działa, by działało. Fabule i zawieszającemu niewiarę czytelnikowi wystarczy jeden czy dwa udokumentowane przypadki zjawiska. Fantasta jako demiurg, swoje posunięcia i nietypowe rozwiązania fabularne wyjaśniać musi – a przynajmniej powinien – zawsze.

    To dobra szkoła dla pisarza. Uczy jak nie tracąc napięcia czy nastroju płynnie wyjaśniać odbiorcy rzeczy niezrozumiałe. Jak wprowadzać w nietypową sytuację, by czytelnik mimo wszystko utożsamił się z zupełnie innym od siebie bohaterem i zrozumiał jego sytuację. Realne, ruszające nas problemy w nierealnym, ale dobrze objaśnionym świecie. Na tym często polega nasza, pisarzy, praca i fantastyka świetnie do tego przygotowuje. Wystarczy zresztą spojrzeć na listę autorów zdobywających teraz szturmem księgarniane półki. Ilu spośród nich było początkowo fantastami? Ilu uczyło się przedstawiania swoich racji właśnie na tym poligonie? Łukasz Orbitowski, Szczepan Twardoch, Jakub Małecki, Wit Szostak – dziś zdobywający szeroką publikę, nominacje do mainstreamowych nagród czy wręcz same nagrody – to tylko czubek góry lodowej. Wszyscy oni nieraz udowodnili, że wiedzą jak to działa.

    Tyle, że… mam wrażenie, że ostatnimi czasy przynajmniej jednemu zdarzyło się trochę zapomnieć. Mowa o Szczepanie Twardochu i jego wpisie skierowanym do Donalda Tuska, w którym pisarz oskarża byłego premiera o kradzież.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Pozwólcie, że nakreślę sytuację – chodzi o tak zwane koszty uzyskania przychodu. Czym są, pewnie wiecie, ale i tak, by zbudować należycie kontekst – o tym wszak mówimy – wyjaśnię: to, zgodnie z nazwą, koszty jakie musimy ponieść, by uzyskać przychód. Opierając to na przykładzie, autor, który dostanie honorarium za spotkanie autorskie, musi na to spotkanie dojechać. Koszta dojazdu pozwolą mu na uzyskanie przychodu, ale mimo wszystko, same w sobie są stratą nie zyskiem i w jakiś sposób pomniejszają otrzymaną kwotę. Nie należy więc za nie konkretnie płacić podatku. Proste, prawda? Tak, bo póki co, to garść oczywistości.

    Problem zaczyna się jednak przy mniej oczywistych sprawach. Oto bowiem ustawa mówi, że aby uznać coś za taki koszt, należy wykazać związek poniesionych wydatków z dziełem, na którym zarobimy. I tu wszystko zaczyna się troszkę rozmywać.

    Pozwólcie bowiem, że oprę się na swoim własnym przykładzie – w moim „Kłamcy” jest dobrze licząc kilkaset popkulturowych nawiązań do wszelkiego rodzaju dzieł – od książek, przez filmy i komiksy, po gry komputerowe. I to nie tak, że one tam sobie są tak po prostu. Umieściłem je, by w dla każdego odbiorcy było jasne, że to nie jest nasz świat, a rzeczywistość wykreowana przez popkulturę właśnie. Stąd oczywiście masa hołdów złożonych znanej mi od dawna klasyce, ale i masa rzeczy, które mnie samego kręcą mniej, ale trafiają do odbiorcy i pozwolą jemu zbudować kontekst. Stąd dajmy na to nawiązania do „Zmierzchu” czy seriali, których sam z siebie nie oglądam. I teraz pytanie brzmi czy w takim wypadku powinienem odpisać sobie jako koszt wizytę w kinie na „Zmierzchu” (albo zakup książki)? Albo abonament na Netfliksa?

    Jeszcze zabawniej i trudniej byłoby, gdybym chciał w koszta wpisać swoje podróże do Stanów, które przecież stanowią inspiracje do książek. Już sobie wyobrażam wykazywanie, że to, co było moimi wakacjami jest tak naprawdę reaserchem, że to koszta jakie ponoszę, by potem mieć zysk. I jasne, da się, dobrzy księgowi nie takie rzeczy wciągali w wydatki, ale tu, w przypadku artystów, postanowiono trochę to uprościć i jednocześnie, w ramach wspierania kultury, uprzywilejować. Stąd pięćdziesiąt procent kosztów uzyskania przychodu. Dla jednych pisarzy to zysk, bo nigdy nie mieli takich kosztów, dla drugich trochę strata, bo koszta mogą mieć większe. Ci drudzy jednak mogą zawsze skorzystać z innych opcji rozliczania się z fiskusem.

    Tak czy owak koszty zryczałtowane uzyskania przychodu to przywilej podatkowy. Jeden z wielu, skierowany do konkretnej grupy z kilku konkretnych powodów. Kłujący w oczy w przypadku najbogatszych, zrozumiały w odniesieniu do większości, zmieniony względem stanu poprzedniego w sposób nieprzemyślany i tym samym krzywdzący1.

    www.unsplash.com/Igor Ovsyannykov

    Co w tym wszystkim robi Tusk? Otóż to za czasów jego rządu wprowadzono ową wspomnianą wcześniej zmianę – obostrzenie mówiące o tym, że owa ulga dotyczy wyłącznie przychodów do określonej kwoty, a powyżej niej tych kosztów nie można już rozliczać. I nie ma specjalnie znaczenia czy dochody w danym roku to wynagrodzenie za pracę wyłącznie tegoroczne czy też jest to rok tłusty po dwóch czy trzech chudych.

    I teraz tak, kwota limitu nie jest mała, bo to około osiemdziesięciu sześciu tysięcy rocznie. Artysta żeby ją przekroczyć musiałby osiągać przychód powyżej siedmiu tysięcy miesięcznie (przyjmując dla wygody wywodu uproszczone założenie, że wynagrodzenie dostaje w comiesięcznych transzach). Jeśli praca zajęła mu dwa lata, a w międzyczasie nie robił nic innego, musi sobie te pieniądze rozłożyć na rzeczony okres i wtedy jest mniej imponująco. Jeśli nad dziełem pracował trzy lata… i tak dalej i tak dalej. Słowem nieco skomplikowana kwestia związana z tym jak konkretna, powiedzmy sobie, dość wąska grupa ludzi musi sobie radzić ze swoimi problemami. Takimi co to dla innych są kosmosem. Czy też, ujmując to inaczej, krainą fantasy.

    I teraz wróćmy do Twardocha i jego wpisu skierowanego do byłego premiera. W rzeczonym liście pisarz odnosi się do wypowiedzi polityka, który przyznał, że przeczytał książkę Twardocha. Autor ma nadzieję, że ta się nie podobała, bo wtedy okradzenie przewodniczącego Rady Europejskiej z jego cennego czasu będzie małym rewanżem za odebranie omówionego tu już przywileju.

    Wpis – co oczywiste, bo tak został stworzony i upubliczniony – poszedł w świat. I nagle się okazało, że… Twardoch popełnił błąd nowicjusza. Wrzucił czytelników w nieznany im świat bez słowa wyjaśnienia, bez zarysowania kontekstu, w krótkiej depeszy. Nie osadził czytelnika w swoim świecie i nie dał mu się wczuć, tym samym tracąc kontrolę nad odbiorcą. Bo który tak zwany normalny zjadacz chleba wie o co chodzi z tymi kosztami uzyskania przychodu? Skąd, na co i po co oraz dlaczego ci mają a my nie?

    Zaraz wykorzystali to zresztą dużo mniej od Twardocha zdolni kreatorzy codziennej rzeczywistości. Serwis natemat.pl, któremu z wydźwiękiem antytuskowym było nie po drodze, natychmiast napisał w coraz bardziej sobie bliskim, tabloidowym stylu, o burżuju, który upomina się o pieniądze choć ma już tyle, że przeciętny Polak nawet o takich nie marzy.

    Z drugiej strony nie lepsze prawicowe serwisy zapomniały już najwyraźniej o tym, co Twardoch kazał zrobić Polsce po tym jak sądy nie uznały istnienia narodowości śląskiej i z miejsca uczyniły swoim tymczasowym bohaterem tego, którego mieli za zdrajcę i sprzedawczyka. W ten oto sposób Twardoch, uzdolniony pisarz, bywało że władca naszych emocji, a swego czasu uzdolniony twórca innych światów, zamiast wykreować zrozumiałą dla wszystkich opowieść, w której ktoś zwróci uwagę na jego racje, stał się wyłącznie bohaterem lub antybohaterem cudzych historii granych w takt konkretnych interesów.

    www.unsplash.com/Vitaly

    A przecież można by inaczej. Bo co to za problem przedstawić, zgodnie z prawdą zresztą, Donalda Tuska jako człowieka, który najpierw – gdy propozycja cofnięcia przywileju wypłynęła od rządu PiS – stał na straży przywileju jako obowiązku Narodu wobec artystów, sztuki i przyszłych pokoleń, a potem nagle zmienił zdanie, gdy sam przejął władzę? Tak, to mogła być bez trudu opowieść o politycznej hipokryzji, o graniu na emocjach, na wielkich wartościach i zwyczajnym oszukiwaniu ludzi niezależnie od ich majątkowego statusu. To bez trudu mógł być ten przypadek, gdzie bohaterem opowieści zostaje człowiek, co do którego możemy mieć mieszane uczucia, ale trzymamy z nim i po jego stronie, bo mimo wszystko sprzeciwia się wyraźnemu, większemu złu i obłudzie. Nie wiem bowiem czy można powiedzieć, że Tusk artystów, w tym Szczepana, okradł, ale bez dwóch zdań w paskudny, wyrachowany sposób okłamał i oszukał. I tu mamy już wspólną płaszczyznę, prawda? Nie lubimy, gdy politycy w tak perfidny sposób robią nas w wała…

    Wracając do tego, co mówiłem na początku, szkoda, że Szczepan Twardoch, podnosząc tę kwestię, zapomniał o być może jedynej przydatnej mu teraz nauki jaką mógł wyciągnąć ze swojej fantastycznej przeszłości – nieznany odbiorcy świat należy mu wyjaśnić, uczynić dostępnym, bliższym, a dopiero potem oczekiwać od niego reakcji na wydarzenia. Inaczej naszą hermetyczną historię zrozumieją tylko garstka krewnych i znajomych.

    Jakub Ćwiek

    1 Pozwolę sobie podkreślić iż nie neguję samej zmiany przepisu, a jedynie to jak została ona przeprowadzona i jak wielu spraw nie bierze pod uwagę.

  • „Spotkanie po roku”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Napisanie książki to w moim przypadku około roczna praca. Ale to niedokładna miara. Pewne pomysły pojawiają się wcześniej. Zostają w głowie. Zbierają się wspomnienia. Przeczytane książki. Odbyte rozmowy. To wszystko rośnie, nawarstwia się, żeby nagle eksplodować fabułą

    To jest ten najprzyjemniejszy moment. Pełen ekscytacji. Kiedy pomysły pojawiają się jeden za drugim. Widzę wtedy całe sekwencje pełnych napięcia scen. Słyszę dialogi, które aż kipią od emocji. Galerię żywych postaci, które walczą ze swoimi grzechami, namiętnościami, słabościami. I najczęściej im ulegają. A potem przychodzi to, czego żaden pisarz nie lubi – moment, w którym trzeba wziąć się do roboty. Okazuje się, że tych wymarzonych scen starczy może na 1/3 powieści. Mozolnie wymyślam to co pomiędzy nimi. Rozpisuję plan. Robię notatki. A przede wszystkim – poprawiam, poprawiam i poprawiam. Okazuje się, że postacie mają inne motywacje, niż początkowo zakładałem. Inaczej się więc zachowują. Wobec tego należy po raz kolejny wszystko pozmieniać. Ze świadomością, że podczas pisania, tych długich, spędzonych w samotności godzinach stukania w klawisze, i tak wszystko się jeszcze mniej lub bardziej wywróci.

    Kolejny krok, to oczywiście redakcja. Podejrzewam, że każdy pisarz odwleka ten moment tak długo jak może. Uwielbiam redaktorów, z którymi pracuję. Wiele dobrego wnoszą do mojej pracy. Podnoszą moje książki o poziom wyżej. Nieustannie powtarzam, że mam wielki dług wdzięczności wobec Tomka Zająca (książki od „Podpalacza” do „Osiedla Marzeń”) i Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej („Zombie”). Co nie zmienia faktu, że w czasie samej redakcji darzę ich głęboką i szczerą nienawiścią. To ludzie, którzy czepiają się wszystkiego. Wynajdują dziury w fabule. Zadają kłopotliwe pytania. Zaglądają pod każdy kamień. Niszczą, rozwalają, skleją na nowo. To długi i męczący proces. Czytamy wspólnie daną powieść po kilka razy. Wysyłamy sobie setki maili. Rozmawiamy, dyskutujemy, wreszcie się kłócimy. Myślę, że i oni, i ja mamy dosyć książki, nad którą pracujemy. A potem na deser – korekta. Czyli jeszcze jedna lektura. Jeszcze jedno (lub dwa) sprawdzenie czy wszystko jest ok. Wreszcie upragniony koniec. Powieść jest oddana. Drukowana. Ląduje w księgarniach.

    I co się dzieje?

    O tym właśnie chciałem napisać w tym felietonie. Bo nie dzieje się nic. Jest jakaś data premiery. Ale też niewiele ona znaczy i z roku na rok staje się coraz bardziej umowna. Wiadomo, że w niektórych księgarniach książka potrafi być kilka dni wcześniej. Po paru dniach zaczynają się pojawiać recenzje. W moim przypadku mogę jeszcze liczyć na kilka wiadomości na profilu na facebooku lub oceny na lubimyczytac.pl. I tyle. Po dwunastu miesiącach pracy jestem w tym samym miejscu, w którym byłem rok wcześniej – siedzący przy biurku z pustą kartką papieru przed sobą. I teraz pytanie, gdzie w tym wszystkim czytelnik?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zastanawiam się, czy pisarz to nie ten zawód twórczy, gdzie autor jest najbardziej oderwany od swoich odbiorców. To oczywiście wynika z samej natury tego zajęcia. Zarówno pisanie, jak i czytanie to zajęcia wybitnie indywidualne. Wymagające skupienia. Spokoju. Pewnej alienacji. Twórca nie ma szans, żeby zobaczyć reakcję odbiorców. Czytelnik rzadko kiedy może przekazać pisarzowi swoje uczucia w trakcie lektury. Brakuje tej bezpośredniej relacji. Tego, co aktor ma występując przed widownią w teatrze, muzyk podczas koncertu czy malarz podczas wernisażu.

    Znowu wychodzi na to, że się skarżę. Tymczasem piszę ten felieton z optymistycznym nastawieniem. Bo jest maj (chociaż dość paskudny), a maj to ten miesiąc, kiedy właśnie mam jedną z najlepszych okazji w roku, żeby spotkać się czytelnikami. Najpierw na Warszawskich Targach Książki (gdzie zresztą po raz pierwszy będzie można kupić „Zombiego”), a później na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Cały ten przydługi wstęp miał uzasadniać, jak bardzo mnie to cieszy. Spotkania na linii pisarz – odbiorca, to ten moment, kiedy dwa doświadczenia indywidualne (pisanie i czytanie) mają szansę zmienić się w doświadczenie zespołowe. Wreszcie mogę poznać ludzi, którzy sięgają po moje książki. I to nie via zimny ekran komputera, ale osobiście, oko w oko. Chwilę porozmawiać. Wymienić uwagi. Często zaskakujące, świeże i niezwykłe. Których w innych okolicznościach nigdy bym nie poznał. Spojrzeć na to co napisałem z odmiennej perspektywy. Usłyszeć o ulubionych scenach, dialogach, bohaterach. Rozwiać wątpliwości lub zasiać nowe (bo to też się zdarza) Albo po prostu – poznać ludzi. Pamiętam czytelnika, który dopytywał się, dlaczego bohaterowie moich książek (i polskich kryminałów w ogóle) mają takie dziwne nazwiska. Przyznam, że nie potrafiłem znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Innego, z którym wdałem się w interesującą pogawędkę o komiksowych nowościach. Panią, której co roku we Wrocławiu podpisuję swoją kolejną książką, którą ona potem daje córce w prezencie. I wielu, wielu innych.

    Zazwyczaj to wszystko trwa góra kilka minut. W sprzyjających warunkach. Podpis na książce. Wymiana kilka słów. Uśmiech. Czasami zdjęcie i uścisk dłoni. Życzenia powodzenia. Nie wiem, co te spotkania znaczą dla czytelników, ale wiem, co znaczą dla mnie.

    Że warto było poświęcić te dwanaście miesięcy.

    Wojciech Chmielarz