Kategoria: Aktualności

  • „Gdybym napisał złą kontynuację sagi Millennium, to zły byłby na mnie cały świat”

    Z Davidem Lagercrantzem rozmawiam o najlepszym szwedzkim piłkarzu, o Stiegu Larssonie, a także o wierze w Boga. Rozmawiamy też o jego najnowszej książce, czyli „Mężczyźnie, który gonił własny cień”. Jednak fragment o piątym tomie sagi Millennium zobaczycie dopiero/już w dniu premiery – 7 września.

  • Potencjalne petardy lipca

    Jak się pewnie domyślacie, lipiec nie jest miesiącem, w którym wydawcy zasypują czytelników nowościami. Można więc spokojnie wyjechać na urlop i nie martwić się, że coś spektakularnego nas ominie. Nie zmienia to jednak faktu, że  jest kilka tytułów, na które warto zerknąć. Większy ruch w interesie zacznie się dopiero/już w sierpniu.

  • „Jak nie wiadomo o co chodzi…” Przemysław Semczuk odpowiada Wojciechowi Chmielarzowi.

    Felieton Wojtka Chmielarza mnie zaskoczył. Bo oto Wojtek stawia tezę, że media nie promują czytelnictwa. Słusznie. Ale nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje. A odpowiedź jest bardzo prozaiczna – że tak to literacko ujmę.

    Moje doświadczenia promocyjno-medialne są dużo bogatsze niż Twoje Wojtku. I śmiem twierdzić, że nie wynika to wcale ze znajomości ani ze szczęścia. Załapałem się do TVN24, kilka razy do TVP2 i bodaj do wszystkich stacji radiowych. Gazet i Internetu nie zliczę. Przy okazji zaobserwowałem jak działa machina medialna. A do tego sam jestem dziennikarzem, pisywałem w znaczących tytułach i niektóre rzeczy znam od podszewki. Problemy są dwa i oba mają wspólny mianownik.

    Ja piszę literaturę non-fiction, Ty Wojtku jesteś autorem z gatunku fiction. Tematy, które opisuję są ogólnie znane. Każdy coś tam słyszał o takim Marchwickim, Knychale, czy choćby o małym fiacie. Dziennikarz przygotowujący się do wywiadu musi zajrzeć do Wikipedii albo przeczytać dwa krótkie teksty w necie. I już ma pojęcie o czym ten Semczuk napisał. Zada kilka pytań i zmajstruje fajny tekst. Niestety ja w trakcie takiej rozmowy wiem, ile czasu poświęcił na przygotowanie. To czuć. Przymykam jednak oko, bo znam zasady. Ktoś musi szybko napisać i zarobić swoją wierszówkę. Nie jest w stanie czytać od deski do deski (to nie jest reklama wydawnictwa Sekielskich). Bywa i tak, że rozmawiam z kimś kto nie wysilił się nawet na Wikipedię. Pewna reporterka oświadczyła wprost (nie to nie był ten tygodnik), abym jej opowiedział o czym jest książka, bo ona nie ma pojęcia. Wypadało się obrazić i wyjść, ale wtedy w znanym dzienniku nie ukazałaby się recenzja. Zagryzłem zęby i opowiadałem przez godzinę. Dziennikarze z portali internetowych są jeszcze gorsi. Przysyłają pytania licząc, że autor napisze odpowiedzi. Czyli odwali za nich całą robotę. I znowu trzeba zagryźć zęby i pisać wywiad z samym sobą. Nie obrażają się nawet za zmianę pytań. Młodzi gniewni, bez skrupułów. Grunt, że jest tekst, a do kieszeni wpadnie wierszówka.

    www.unsplash.com/Thomas Charters

    A jak zrobić wywiad z Chmielarzem przy okazji ukazania się jego nowej powieści? Tu zaczyna się kłopot. Wikipedia odpada. Trzeba tę książkę przeczytać. A może nawet tę poprzednią, bo to cykl. Bo o co pytać? Pół biedy jak Bonda chce się dzielić doświadczeniami ze swojego życia. No, gdyby choć Chmielarz pobił się z Semczukiem o różnice poglądów politycznych. A tu klops. Kilka wymęczonych pytań i na koniec z ulgą ostatnie – nad czym Pan teraz pracuje? Takich oryginałów jak Piotr Bratkowski z Newsweeka, który czyta, to ze świecą szukać.

    Piszesz Wojtku, że prasa we Francji działa inaczej. Ano inaczej, bo dzieli nas od niej czterdzieści lat zaległości i potężna różnica kulturowa. Tam nikt nie napisze recenzji nie czytając książki. A spotkanie z autorem nieprzeczytanej książki to już nie do pomyślenia. Do tego W Polsce rocznie ukazuje się ponad dwieście kryminałów. Wszystkich książek coś koło trzydziestu tysięcy. Dziennikarze muszą wybierać. I tu działa stara zasada – lubimy te piosenki, które znamy. Jeśli Czytelnik kojarzy autora, to warto napisać. A jak autor jakąś nagrodę dostał? Sam wiesz jak to jest. Kiedyś usłyszałem od napotkanego znajomego, że biegnie do księgarni, bo ktoś tam dostał Nike i nie wypada tego nie przeczytać. Samospełniająca się przepowiednia.

    W telewizji nie jest lepiej. Z ostatnią książką trafiłem do „Świat się kręci” w TVP2 (popołudniowe pasmo „dwójki”, duża oglądalność, program na żywo). Prowadził Artur Orzech i Kayah. Jesteśmy na antenie, a ja widzę kątem oka jak na prompterze wyświetla się tekst – Kayah pytanie do Przemka …. Doskonale wiem, że prowadzący nie czytali książki. Bo niby jak? Nie są w stanie poświęcić kilkunastu godzin na czytanie, gdy sama rozmowa na antenie ma zaplanowane 12 minut. Książkę czyta, a przynajmniej powinien czytać, wydawca programu. To on przygotowuje i pisze pytania na prompterze, lub podpowiada w „ucho” o co zapytać. W praktyce najczęściej czyta ktoś kto przygotowuje research. Taka jest telewizyjna kuchnia. Oczywiście są wyjątki.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Problem drugi to po prostu pieniądze. W TVN 24 usłyszałem przed wejściem na antenę, że rozmawiamy o sprawach kryminalnych, które opisałem w „Czarnej wołdze”, ale nie wymieniamy tytułu książki. Bo to by był product placement, a to kosztuje. I tu jest odpowiedź na tezę, którą stawiasz. Książka jest produktem. Takim samym jak szampon przeciwłupieżowy, czy nowy model telefonu. Autor pisze – trochę z misji, ale o tym innym razem – a wydawca musi zarobić i potrzebuje produkt wypromować. Promuje w mediach, które są komercyjne i muszą zarabiać. Ich właściciele mówią: zaraz, chwileczkę, my promujemy i nic z tego nie mamy, a oni zarabiają! Przy książce non fiction to się jeszcze jakoś broni, bo w końcu chodzi o oglądalność, słuchalność czy odbiorcę tekstu. Prawdziwa historia dobrze się „sprzedaje”. Ludzie mówią: wow, słyszałem o tym. I znowu to samo, jak się Chmielarz z Semczukiem pobiją, to trafią przynajmniej do „Na językach” gdzie przy okazji wspomną co tam napisali.

    Wydawcy (książek) próbują to jakoś obejść. Ale bez pieniędzy się nie da. Z „Czarną wołgą” trafiłem do „Pytania na Śniadanie”. Razem z Agnieszką Więdłochą i Arturem Barcisiem. Aktorzy mówili o tym co ostatnio przeczytali, a ja o tym co napisałem. Mechanizm jest prosty. Wydawca pakuje elegancko książkę w znanego aktora, który swoim autorytetem poleca ją Czytelnikowi. Oczywiście musi za to zapłacić, aktorowi. Ale taka forma jest atrakcyjna dla wydawcy programu, bo dostaje kogoś znanego, rozpoznawalnego, przyciągającego uwagę widza. Nie oszukujmy się, ani Semczuk ani Chmielarz nie są rozpoznawalni. No może w pewnym środowisku. Będą, jeśli paparazzi zrobi im fotkę z randki z Więdłochą. Ale nie określam, który z nas ma się umówić z Agnieszką i odbić ją Mroczkowi.

    Wojtek, piszesz też, że w telewizji nie ma programów o książkach. Fakt. Tylko po co by miały być? Telewizja rządzi się pewnymi prawami. Nic nie jest przypadkiem. Określone audycje są emitowane wtedy gdy grupa docelowa akurat siedzi przed telewizorem. To po co robić program o książkach, skoro grupa która czyta nie siedzi przed telewizorem? Nie ogląda, bo czyta. Oczywiście masz rację, jak telewizja zacznie mówić to ktoś kto nie czyta, w końcu sięgnie po książkę. Tylko znowu wracamy do punktu pieniądze. Produkcja programu kosztuje, czas antenowy kosztuje. I to są duże pieniądze.

    Wyjścia są dwa. Albo dostaniemy Nike, albo się pobijemy. I to najlepiej publicznie, na scenie w czasie MFK czy Grandy. To oczywiście żart, bo przecież się kolegujemy. A tak serio. Wydawcy muszą zawrzeć umowy z mediami i się podzielić pieniędzmi. Tylko nie wiem czy dla nas autorów coś zostanie. Bo jak mi powiedziała księgowa z pewnego wydawnictwa gdy zapytałem o pieniądze: ma pan satysfakcję, że jest pan pisarzem, to powinno wystarczyć.

    Przemysław Semczuk.

  • Okładkę nowej książki Przemysława Semczuka zobaczycie tylko tutaj!

    Autora przedstawiać Wam pewnie nie trzeba, przypomnę tylko „Wampira z Zagłębia” oraz książkę „Maluch. Biografia”. Coś Przemysław Semczuk upodobał sobie teren województwa śląskiego, bo już we wrześniu będziecie mogli przeczytać „Kryptonim Frankenstein”, czyli historię „Wampira z Bytomia”. Okładkę premierowo zobaczycie tylko na smakksiazki.pl. Jeśli nic się nie wywróci, to wkrótce będziecie mogli przeczytać też fragmenty książki.

    Po historii Zdzisława Marchwickiego Semczuk wziął na warsztat Joachima Knychałę, który na terenie Śląska zamordował pięć kobiet, a inspirować go miała działalność „Wampira z Zagłębia”. Knychała pracował w kopalni „Andaluzja” w Piekarach Śląskich. Miał żonę i dwoje dzieci. Co o książce mówi sam autor?

    Kryptonim Frankenstein to zupełna nowość na polskim rynku wydawniczym, bo Czytelnik otrzyma powieść, której fabuła ani na krok nie odchodzi od rzeczywistości. Z ogromną starannością otworzyłem klimat tamtych czasów. To jak się ubierano, jak mówiono i jak się żyło przeciętnemu obywatelowi. Do tego scenografia, nieistniejące ulice, place, kopalnie i bary piwne, a nawet cena i gatunek wódki. Ta książka to wehikuł czasu, który przeniesie czytelnika do czasów PRLu”.

    Premiera książki już we wrześniu, a okładka wygląda tak:

  • „Polskie media mają generalnie literaturę w dupie”. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Umówmy się na początek, że nie piszę tego felietonu, żeby się skarżyć. Parę wywiadów w swoim życiu udzieliłem. Byłem zapraszany do audycji radiowych. Telewizję też mi się kilka razy udało odwiedzić. Co prawda poszedłem do niszowych programów, emitowanych o dziwnej porze, ale zdarzyło się. Pod tym względem, jak się państwo przekonacie, mam lepiej niż większość polskich pisarzy. Ten tekst jest o czymś zupełnie innym

    Na początku maja ukazał się we Francji „Podpalacz” pod pięknym tytułem „Pyromane”. Wydało go rozwijające dopiero skrzydła wydawnictwo Agullo Editions które kilka dni temu obchodziło pierwsze urodziny. W przeciągu półtora miesiąca o mojej książce napisały już Le Monde, Le Canard enchaîné, Le Nouvel Observateur, a ostatnio L’Express. Podsumowując, nad Sekwaną miejsce dla debiutującego na tamtejszym rynku autora z dalekiej Polski znalazły najważniejsze tamtejsze tytuły. W Polsce dla odmiany „Podpalacza” z prasy krajowej zauważył tylko Piotr Kofta ze Wprost. Moja historia to tylko anegdota. Ale anegdota, która mam wrażenie jakoś tłumaczy, dlaczego czyta dziewięciu na dziesięciu Francuzów, a w Polsce mniej niż połowa ludności.

    Mniej więcej raz do roku, przy okazji publikacji badań Biblioteki Narodowej, możecie Państwo natknąć się na teksty o tym, jak czytanie jest ważne. Jak rozwija, poszerza horyzonty, wzbogaca słownictwo, uwrażliwia i tak dalej, i tym podobne. I jaka to wielka szkoda, że nasze statystyki czytelnictwa są tak niskie, jak wszyscy na tym tracimy, my ludzie, ale i polska gospodarka i co z tym można zrobić. Czasami temat wraca przy innej okazji. A to wspomni o tym minister kultury, a to jakaś mądra głowa powie coś w telewizji. Pogadają, ponarzekają i zgodzą się, że jest źle. Ale tak szybciutko, króciutko, bo już czekają kolejne materiały do emisji. Bo smutna prawda jest taka, że literaturę polskie media mają generalnie w dupie. Chcecie państwo dowodów? W ogólnodostępnych telewizjach programów o książkach prawie nie ma. Po prostu. To może się o nich mówi w innych segmentach? No też nie za bardzo. Przeglądałem materiały z ostatnich dni z telewizji śniadaniowych. Można się z nich dowiedzieć, „Co zrobić, żeby pośladki nie cierpiały na amnezję” i o tym, że „Beata Kozidrak posprzątała kuchnię życia”. Jest też materiał o „Festiwalu obrzucania się ciastem” i o „Lęku separacyjnym u psów”. Literaturze poświęcono kilka minut informując o nowej książce Pauli Hawking. Dobre i to, chociaż jestem pewien, że pojawiło się parę innych książek lżejszych i cięższych, o których warto by poinformować widzów. Redakcje uznały inaczej. Prasa papierowa? Doskonale podsumował to jeden ze znajomych krytyków, który stwierdził, że dziesięć lat temu pisał recenzje. Pięć lat temu skróty recenzji. A teraz publikuje aforyzmy na temat książek. I tak właśnie jest. Szczęściarzem może nazwać się pisarz, który dostał kilkuzdaniową wzmiankę o swojej powieści. Tylko naprawdę największe nazwiska mogą liczyć na prawdziwy tekst na kilka tysięcy znaków. Ale to też nie zawsze. Żeby nie było, nie oskarżam dziennikarzy. Ci są najmniej winni. Większość chętnie pisałaby więcej na tematy ogólnoliterackie. Problem polega na tym, że nie dostają na to miejsca lub czasu. Żeby uzupełnić obraz, jeszcze jakoś nieźle literatura trzyma się w radio. Szczególnie publicznym. Internet daje radę, chociaż o problemach z blogerami książkowymi pisał na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja dorzucę jeszcze jedną uwagę – blogi i portale literackie docierają prawie wyłącznie do tych, którzy już czytają. Ułatwiają integracje środowiska, rozmowy, dyskusje, co jest oczywiście cenne i ważne, ale nie odgrywają wielkiej roli w popularyzacji czytania. To nie jest żadna krytyka, ale suche stwierdzenie faktu i dotyczy, niestety, także smakksiazki.pl.

    www.unsplash.com/Philip Strong

    I teraz pojawia się pytanie typu, co było pierwsze – jajko czy kura. Czy media nie poświęcają literaturze miejsca, bo odbiorców to nie interesuje, czy odbiorców to nie interesuje, bo media nie poświęcają literaturze miejsca? Osobiście uważam, że właśnie ten brak uwagi odpowiada częściowo za niskie wskaźniki czytelnictwa. Od święta media tłuką wszystkim dookoła do głów, że czytanie jest ważne, ale w codziennym życiu pokazują, że jest dokładnie odwrotnie. Że nikogo książki nie obchodzą. Nie warto o nich pisać. Nie warto o nich rozmawiać. Nikomu nie przyjdzie go głowy, żeby zapytać goszczącego w studiu polityka o to, co ostatnio czytał albo co sądzi o najnowszej powieści Żulczyka. Najlepiej pominąć milczeniem, a cenny czas antenowy poświęcić gafom letniej mody męskiej. A do tematu czytelnictwa, a raczej jego braku, wrócimy, kiedy Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport.

    Wojciech Chmielarz

  • Książka zamiast kolejnego krawata. Co wybrać na Dzień Ojca?

    Co roku ten sam dylemat. Perfumy? Płyta z ulubioną muzyką? Bilet do kina? Obojętnie jak będziecie kombinować, to jest duże prawdopodobieństwo, że wybór i tak padnie na książkę. Na którą? Może na którąś z poniższych? Polecam wszystkie i każdą z osobna.

  • Pilne! Robert Langdon nadchodzi, czyli Dan Brown w Polsce.

     

    W jednym z wywiadów powiedział, że zarówno on, jak i Dan Brown, kupują książki w tej samej księgarni. Jest tylko jedna różnica: Brown wierzy w to, co czyta. Gdy niecały rok przed śmiercią przyjechał do Polski, spytałem go o ten wywiad. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością: cały czas podtrzymuję, że to ja wymyśliłem Dana Browna. To jest postać z mojego „Wahadła Foucaulta”. O kim mowa? O Umberto Eco, oczywiście. 

    Nie zmienia to faktu, że przyjazd twórcy Roberta Langdona to wiadomość, która powinna być rozpatrywana kategoriach czerwonego paska na dole ekranu w telewizjach informacyjnych. Nie przez przypadek news pojawia się dzisiaj, bo tak się składa, że Dan Brown właśnie świętuje swoje urodziny. Jest to więc kolejny symbol, a tych w jego książkach nie brakuje.  Najważniejsze jest to, że już jesienią polscy fani twórczości Browna będą mogli uścisnąć dłoń swojemu ulubionemu autorowi.

    O ewentualnej wizycie Dana Browna w Polsce rozmawiałem z właścicielką Wydawnictwa Sonia Draga w lutym. Co powiedziała? 

    Okazuje się, że przez te kilka miesięcy udało się dopiąć wszystkie szczegóły, i jeśli mielibyśmy wybierać największe wydarzenie literackie tego roku, to wizyta Dana Browna przykryje absolutnie wszystko i wszystkich. No chyba, że Adam Zagajewski dostanie Nobla.

    Dan Brown ma być gościem tegorocznego Festiwalu Conrada, który odbywa się w Krakowie. 

     

  • „Wchodzi koń do baru” i zgarnia Man Booker International Prize!

    Zaskoczenie? Nie, bo mógł wygrać każdy. Wygrał jednak izraelski pisarz Dawid Grosman. Książka „Wchodzi koń do baru” ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa Świat Książki.

    W finale znalazło się sześć tytułów. Co ciekawe, tylko jedna autorka nie pochodziła z Europy (Argentyna). Grosman pokonał między innymi swojego rodaka Amosa Oza. Autor, oprócz wiecznej sławy, wygrał też 50 tysięcy funtów, ale kwota ta zostanie podzielona równo między niego i tłumaczkę, która przełożyła książkę na język angielski.

    O czym jest „Wchodzi koń do baru”?

    Klub w małym miasteczku. Widzowie spodziewają się rozrywkowego wieczoru, a komik na scenie dokonuje wiwisekcji, daje pokaz dezintegracji osobowości. Ma się wrażenie, że zaraz rozsypie się na oczach publiczności. Ludzie mogliby wstać i wyjść albo wybuczeć go czy wygwizdać, gdyby nie to, że wciągnął ich do swojego piekła. Dowale Gee, starzejący się komik, czarujący, nieodpowiedzialny, odpychający, obnażył ranę, z którą żył przez wiele lat – brzemienny w skutki, przerażający wybór między dwojgiem najdroższych sobie ludzi, jakiego musiał dokonać. Wchodzi koń do baru to wstrząsająca lektura”. Komik na scenie jest rozdarty między zobowiązaniem wobec publiczności a długiem wobec samego siebie. Posiłkując się jarmarcznym humorem i przekomarzając z widownią, wywołuje odrazę i współczucie – ludzie nie wiedzą, czy śmiać się, czy płakać. Wszystko rozgrywa się w obecności jego przyjaciela z lat dziecięcych, który stara się zrozumieć, dlaczego został sprowadzony na to przedstawienie.