Kategoria: Aktualności

  • „Traktować dzieci jak pełnoprawnych odbiorców literatury”. Ludzie pióra wspominają Wandę Chotomską

    Gdyby umarła za lat dziesięć, też byśmy powiedzieli: „przykro, mogła jeszcze pożyć”. Jednak już nie żyje. Wanda Chotomska nie napisze już bajki, nie udzieli wywiadu, nie podpisze książki. Jak wspominają Panią Wandę ludzie kultury? Przeczytajcie.

    Barbara Gawryluk, autorka biografii Wandy Chotomskiej:

    Spędziłam z Wandą wiele godzin. Rozmawiałyśmy, wspominałyśmy, grzebałyśmy w zapomnianych dokumentach, zdjęciach, tekstach. Śmiałyśmy się, wzruszały, czasem dziwiły. Tak powstawała książka „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”. Tak mi smutno, że nie powstanie już żaden rozdział, że wspólnie nie odkopiemy starego wierszyka albo zadziwiającego listu czy zapisanej na skrawku papieru anegdoty. Ale są wiersze Wandy Chotomskiej. Teraz czas na czytanie.

    Marcin Wroński, pisarz:

    Podrabianie wierszy Wandy Chotomskiej na przełomie wieków przez kilka lat było moim etatowym zajęciem, gdy pracowałem w wydawnictwie dla dzieci. Troje albo i czworo fałszerzy literackich siadało nad zadanym obrazkiem i staraliśmy się sklecić możliwie nieżenującą rymowankę. „Mnie raz wydrukowano w Świerszczyku”, powiedziała koleżanka. Mnie drukowały wówczas wyłącznie artziny, więc wolałem się nie odzywać, tylko usilnie rymować. Było już dobrze po osiemnastej, kiedy przyszedł szef i znowu pokazał nam Chotomską: „Jesteście wszyscy po polonistyce, no to co w tym trudnego?”. Sam był po filozofii, więc teoretycznie wszystko wiedział. Jednak wyrzucić nas i zadzwonić do Chotomskiej jakoś nie miał śmiałości.

    prof. Małgorzata Omilanowska, była minister kultury i dziedzictwa narodowego:

    Twórczość dla dzieci jest wciąż nie wystarczająco doceniana, a dorobek Wandy Chotomskiejj jest najlepszym dowodem na to, źe to wielka i ważna literatura kształtująca pokolenia Polaków. Dowcip, nienachalna dydaktyka, świetne operowanie słowem a przede wszystkim umiejętność trafienia z przekazem do niesłychanie wymagającego odbiorcy stanowiły o sile Jej pisarstwa. Czytać ją będą kolejne pokolenia bo umiała mówic o rzeczach ważnych dla malców z godnością i bez zbędnego infantylizmu.

    Sylwia Chutnik, pisarka:

    Pani Wanda dzwoniła do mnie czasem. uważała, że jestem młodym pokoleniem pisarzy, którym chce się zmieniać świat. Ona też chciała, ale coraz rzadziej potrafiła na to znaleźć siły. Walczyła o ulicę imienia Mirona Białoszewskiego. Pracowała z nim w jednej redakcji, wspólnie tworzyli wiersze czy piosenki podpisując się „Wanda Miron”. Chciała, abym włączyła się w działania grupy przyjaciół poety. Kiedy jedna z radnych Warszawy obraziła się na mnie za jakiś felieton właśnie w tej sprawie, to pani Wanda dzwoniła ze wsparciem. „Miron musi mieć swoje miejsce”, powtarzała.
    Dzwoniła również zaniepokojona planami dotyczącymi Powiśla i rejonów Tamki, przy której mieszkała. Przy okazji opowiadała mi o początkach Jacka i Agatki i o tym, jak wymyśliła Dzień Dziadka.
    Miałam przyjemność polecać na okładce jej biografie autorstwa Barbary Gawryluk. Napisałam wtedy: „Pani Wanda – nie tylko utalentowana, ale jeszcze zabawna i ciepła. Kochająca Warszawę i rymowanie. Zbierająca laurki, kwiatki, stare listy i zdjęcia. Podróżująca wzdłuż i wszerz, aby zachęcić dzieci do czytania. Instytucja Chotomska jak nic!” Podziwiałam ją za energię. W jednym z reportaży an jej temat otworzyła nogą drzwi od windy. Potem próbowałam to sama zrobić, ale ledwo mi się udało. Jest z nami nadal córka pani Wandy – Ewa. Niezapomniana Ciotka Klotka z Tik Taka i poetka. Kontynuuje misję swojej mamy: traktować dzieci jak pełnoprawnych odbiorców literatury.

    Wanda Chotomska, fot: www.smakksiazki.pl

    Tomasz Kowalski, pisarz:

    Będąc starzejącym się już mężczyzną, coraz częściej zapadam na dziwną chorobę, polegającą na zaszywaniu się we własnych wspomnieniach. Czym ta przypadłość się objawia? No, głównie tym, że bez przerwy i z premedytacją idealizuję przeszłość. Dzieciństwo, spędzone w PRL-u, wydaje się nagle o wiele bardziej kolorowe i przyjemne, niż widzą to dzisiejsi, młodzi patrioci. Lody były wtedy lepsze niż dzisiaj, oranżada słodsza od Coca-Coli, a Coca-Cola z lat siedemdziesiątych, to było naprawdę „TO”. Ludzie byli rzecz jasna milsi, słońce jaśniejsze, a dziadek siedzący na placu zabaw, nie był podejrzany. Wiadomo, koloryzuję, fałszuję faktyczny obraz komuny, ponieważ tęsknota za młodością potrafi zrobić z garbu cnotę. Myśląc jednak o twórczości Wandy Chotomskiej, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że będąc dzieckiem w latach siedemdziesiątych, miałem wyjątkową możliwość kształtowania swojej wrażliwości w oparciu o najlepsze wzorce. I to jest niezaprzeczalny fakt. Tego właśnie mogą mi pozazdrościć dzisiejsi dziesięciolatkowie. Nie chcę mówić tylko o twórczości Wandy Chotomskiej, której wartość artystyczna i edukacyjna dla młodego czytelnika, była i jest w dalszym ciągu bezdyskusyjna. Ale takie książki jak: „Krakowiaczek”, „Moja babcia gra na trąbie” czy „Dziesięć bałwanków” to dla mnie również obrazy. Pojawia się tytuł, a ja od razu widzę okładkę. Książki Wandy Chotomskiej ilustrowali bowiem najlepsi – Maria Uszacka, Edward Lutczyn czy Jerzy Srokowski. W ten sposób, ówcześni wydawcy, którzy nie szli na ekonomiczne półśrodki, wręczali dzieciom w szkołach i przedszkolach prawdziwe dzieła sztuki, zarówno z dziedziny literatury, jak i sztuk pięknych. Wielcy twórcy, poeci, pisarze, artyści tworzący dla dzieci, to był – moim zdaniem – jeden z nielicznych, jasnych i wartościowych elementów życia w PRL. I tu raczej nie idealizuję.

    Agata Napiórska, pisarka:

    Wanda Chotomska nie żałowała gościom dowcipnych anegdotek oraz wafelków w czekoladzie i owocowych galaretek. Poza książkami, na których się wychowałam, zapamiętam na zawsze Jej mądrość, uśmiech i poradę jak w plastikowych butelkach przywozić z podróży rośliny. Dziękuję, Pani Wando!

    Magdalena Grzebałkowska, pisarka:

    Bardzo ją kochałam. Moja córka w zeszłym roku była laureatką w konkursie międzynarodowym Wandy Chotomskiej (była w jury) na opowiadanie. Bardzo mi przykro, ze umarła.

    Marta Guzowska, pisarka:

    Dobranocka w czasach, kiedy w telewizji nie było nic innego wartego oglądania… Książki na półce, te same w każdym domu… Mówią, że kiedy coś się kończy, coś się zaczyna, ale ze śmiercią Wandy Chotomskiej skończyło się coś wielkiego.

    Łukasz Wojtusik, dziennikarz kulturalny Radia TOK FM:

    Wandę Chotomską znałem jak każdy, z historii, wierszy, opowieści. Przyjrzałem się jej bliżej dzięki książce Barbary Gawryluk. Chotomska traktowała dzieci serio, byli partnerami do dyskusji, nie uciekała przez swoimi czytelnikami, potrafiła okiełznać ich ciekawość, ponieważ sama była ich ciekawa. I szczera.

  • „Medium gorszego Boga”. Lipcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Czasem tak sobie myślę, jak bardzo łatwo i skutecznie dokonujemy naszych codziennych samoograniczeń. I jak ubodzy się przez to stajemy.

    Wróciłem właśnie ze swej corocznej pielgrzymki do mekki popkultury jaką jest San Diego Comic-Con. Ten czterodniowy festiwal mający swój początek w latach siedemdziesiątych – kiedy to był okazją do nerdowskich rozmów i wymiany komiksowych zeszytów – jest dziś gigantycznym wydarzeniem omawianym w najlepszym czasie antenowym najważniejszych amerykańskich stacji. To tu ogłaszane są kinowe, telewizyjne i komiksowe premiery, tu zjeżdżają się największe gwiazdy a setki tysięcy fanów wydają miliony dolarów na mniej lub bardziej ekskluzywne produkty związane z ich hobby.

    Wiem, że to wyjątkowe wydarzenie i miejsce. Że nie można go porównywać w zasadzie z żadnym innym, także w Ameryce (następny w kolejce Comic-con w Nowym Jorku to nawet nie połowa rangi imprezy w San Diego) ale i tak, gdy wracam do nas, do Polski, z miejsca robi mi się przykro. Bo Stany, a już SDCC w szczególności, uzmysławiają mi każdorazowo prawdziwość pierwszych dwóch zdań tego felietonu. Na zasadzie kontrastu uwypukla się problem.

    www.unsplash.com/Sebastian Spindler

    Bo nieważne, jak szybko będziemy mieli premiery w kinach i telewizji, jak mocno pod tym względem dorównamy fanom zza oceanu, wciąż zostaniemy wobec nich w tyle. Dlaczego? Bo wciąż, jako społeczeństwo, nie potrafimy należycie zaakceptować komiksu.

    Jasne, wiele się pod tym względem zmieniło w ciągu ostatniej dekady. Od kiedy na ekranach kinowych pojawił się Ironman, a potem kolejne produkcje Marvel Cinematic Universe, gdzieś tam coś drgnęło w świadomości jednego czy drugiego odbiorcy. Kilka wydawnictw, jak choćby Egmont, Mucha Komiks, Kultura Gniewu czy Timof i cisi wspólnicy, złapało nie tylko oddech, ale i wiatr w żagle, śmiało poszerzając oferty. Pojawiły się kioskowe serie wydawnicze, dzięki którym poznaliśmy co ważniejsze wydarzenia ze świata superbohaterów. Imprezy takie jak Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi czy Komiksowa Warszawa (ostatnio dźgnięta w plecy wycofaną dotacją z Ministerstwa) rok po roku zyskiwały na znaczeniu u przeciętnego odbiorcy. Nadal jednak w powszechnej opinii pokutuje przekonanie, że komiks to forma niedojrzała, dziecięca, a w najlepszym przypadku prosta i nieangażująca rozrywka.

    Ale jest jeszcze większy problem. My po prostu nie potrafimy komiksów czytać. Zaczynając od tak elementarnych kwestii, jak śledzenie fabuły i kolejność kadrów, przez uważne dzielenie uwagi na to, co w dymkach i co w narysowanym świecie przedstawionym, po brak umiejętności skupienia się na detalu i często gubieniu kontekstu. Jakże często zdarza mi się słyszeć w kontekście komiksu te same słowa, co w odniesieniu do audiobooka – ja się po prostu nie potrafię na tym skupić, rozprasza mnie forma. O ile jednak w przypadku książki mamy tej formy wybór, o tyle komiks jako osobne medium z bardzo konkretnymi, wyjątkowymi środkami wyrazu, nie ma alternatywy. Nie jest nią bowiem ani filmowa adaptacja, ani ewentualna wersja książkowa. Komiks to komiks. Powtarzając definicję znawcy medium Scotta McClouda, komiks to celowa sekwencja sąsiadujących ze sobą obrazów plastycznych i innych, służąca przekazywaniu informacji i/lub wywoływaniu reakcji estetycznej u odbiorcy.

    www.unsplash.com/Mitch Rosen

    Do dziś pamiętam, jak na jednym ze spotkań Neil Gaiman wyjaśniał wyjątkowość tego medium, mówiąc, że odnalazł w nim coś, czego nie mógł zastosować w książce. Pusty kadr. Miejsce, gdzie nikt nic nie mówi, nic się nie dzieje, czas zastyga. Żadne inne medium nie dało mu nigdy tej możliwości i to ona zachęciła go do eksplorowania tego obszaru. W wyniku tej eksploracji powstał między innymi Sandman – wielotomowe dzieło o istocie życia i opowieści, o Bogach, mitach, popkulturze i po prostu życiu. Rysowana charakterystyczną, oniryczną kreską opowieść przy której znani i doceniani powieściowi „Amerykańcy Bogowie” tego autora wydają się płytcy i zachowawczy.

    Albo taki, wznowiony właśnie przez Egmont „Kaznodzieja” duetu Ennis/Dillon – obrazoburcze, kontrowersyjne podsumowanie Ameryki, rozprawiające się z niemal każdym mitem czy legendą Stanów w sposób jednocześnie groteskowy, surrealistyczny co i po steinbeckowemu przejrzysty. Trudno to sobie wyobrazić w literaturze, ale w komiksie wypracowywany dekadami model, stopniowe przenoszenie narracji w obraz, a dialogu, także tego wewnętrznego, w słowo pisane, stopniowo wykształcił poetykę wpływającą także na inne media. To dlatego tak łatwo opowiada się producentom „The Walking Dead” ich opowieść o pogrążonej w chaosie Ameryce pełnej żywych trupów. Łatwo, ale i niekompletnie, bo telewizja to medium ograniczone na wiele sposobów i pewnych rzeczy zwyczajnie przeskoczyć nie sposób. Trudno też dokonać tego, co komiksowi udaje się za sprawą często dość umownej szaty graficznej – przeświadczenia, że w miejsce niewyraźnej twarzy czytelnik może sobie wstawić własną.

    Komiks małymi krokami zawłaszcza sobie też wyeksploatowane gatunki literackie, nadając im nowy sznyt i posmak nowości. Nie wyobrażam już sobie rozmowy o southern noir (czy w ogóle noir) bez odniesień do komiksów. Tak „Skalp”, „Bękarty południa” czy „Ludzie gniewu” (wszystkie trzy ze scenariuszami Jasona Aarona) to opowieści godne porównań do największych książkowych dokonań gatunku. A co powiecie na przypadek, gdy autor kultowej powieści stwierdza, że kontynuować może ją wyłącznie za pomocą komiksu, bo inaczej się nie da? To właśnie miało miejsce w przypadku „Fight Club” Chucka Palahniuka.

    W życiu codziennym, przetkanym facebookiem, komiksem komentujemy sobie rzeczywistość, tak wzniosłą jak i przyziemną, ubierając ją w gazetowe paski z często bardzo trafną puentą…

    Cholera, właśnie zdałem sobie sprawę, że trudno mi pisać ten tekst, nie mając nieustannego poczucia ocierania się o truizmy. Mam to szczęście, że na równi z pisarzami wychowywali mnie Christa czy Rosinski i Van Hamme, a potem scenarzyści z DC i Marvela, a i dziś obracam się w środowisku ludzi ceniących sobie komiks, znających się na nim dużo lepiej niż ja. Poszerzanie kręgów znajomych uzmysławia mi jednak, że ludzie zgłębiający to medium są niszą. Większość je bagatelizuje, czasem z niego drwi, a jednocześnie bezrefleksyjnie przyjmuje maskę Guya Fawkesa jako symbol anarchistycznej rewolucji.

    Alan Moore, twórca komiksu „V for Vendetta” , z którego pochodzi pomysł nadania współczesnemu anarchiście twarzy katolickiego terrorysty, to zresztą temat na osobny felieton, ale i zupełnie samodzielny, wystarczający powód, by sięgnąć po komiks jako wymagające, pełnowartościowe medium. I nie da się go poznać inaczej, bo żaden jego komiks nie został przełożony na film bez straty. Nawet stosunkowo udany „Watchmen” dokonujący już trzy dekady temu rozliczenia z tym, czego my nigdy nie pojęliśmy w pełni – z ideą superbohaterstwa – zatrzymuje się gdzieś w pół kroku.

    Zmierzam do tego, że samoograniczeniem, świadomym rezygnowaniem z jednego medium, robimy sobie krzywdę. Zaczynamy gubić konteksty, a coraz więcej dzieł staje się dla nas niezrozumiałych. Już teraz uczestniczymy w wielkim pochodzie superbohaterskiego kina tylko na pół gwizdka. A będzie jeszcze trudniej. Wyśmienity serial „Legion” zostawia w nas wrażenie, że czegoś w nim nie rozumiemy, jakbyśmy oglądali coś w języku, którego dopiero się uczymy i nie znamy jeszcze wszystkich słów.

    Tyle słów, a przecież cały ten felieton, sprawny komiksiarz zamknąłby w trzech kadrach i zakończył puentą: warto czytać komiksy. I może to jest argument ostateczny. Ponoć cechą naprawdę dobrej opowieści jest to, że nie ma w niej zbędnych słów. Uważam, że w komiksie zdarza się to częściej niż w książkach.

    Może to was przekona.

    Jakub Ćwiek

  • Pan traci, Pani traci

    900 mln zł wydali Polacy w pirackich serwisach internetowych w 2016 roku, a z nielegalnych źródeł korzysta co drugi polski internauta.

    Dostęp do nowoczesnych technologii i rosnąca liczba internautów sprawiły, że nielegalny obrót treściami stał się bardzo intratnym zajęciem. Osoby i firmy, które się nim zajmują unikają odpowiedzialności prawnej dzięki konstruowaniu skomplikowanych łańcuchów usług powiązanych. „Piractwo stało się dobrze zorganizowanym ekosystemem, który negatywnie oddziałuje nie tylko na legalny rynek, ale także na krajową gospodarkę i kieszenie konsumentów.”– mówi Teresa Wierzbowska, Prezes Stowarzyszenia Sygnał.

    Z analizy, przeprowadzonej przez firmę Deloitte na zlecenie Stowarzyszenia Kreatywna Polska, wynika, że łączne straty polskiej gospodarki z powodu piractwa internetowego w 2016 roku wyniosły ponad 3 mld zł utraconego PKB. To suma, za którą można pokryć około 30 procent rocznych wydatków państwa na kulturę i media lub kupić cztery książki czy bilety do kina dla każdego Polaka. To także 27,5 tysiąca utraconych miejsc pracy i 836 mln zł rocznie strat dla Skarbu Państwa (ta kwota wystarczyłaby na zasilenie bibliotek w ponad 33 mln książek).

    Mimo, że oferta legalnych treści jest coraz bogatsza, co drugi internauta w wieku 15–75 lat, czyli ponad 12 mln osób, korzysta z nielegalnych źródeł. To prawie tyle osób, ile w 2016 roku kupiło bilety na polskie filmy wyświetlane w kinach. Większość użytkowników korzysta równocześnie z serwisów legalnych jak i nielegalnych. Płacąc pirackim serwisom kilka lub kilkanaście złotych miesięcznie Polacy zasilają je sumą około 900 mln zł rocznie.

    źródło: www.legalnakultura.pl

    Co ciekawe, część odbiorców nie zdaje sobie sprawy, że korzysta z pirackich serwisów, zakładając, że płatne serwisy oferują wyłącznie legalne treści. Cześć internautów nie ma też świadomości, że używanie nielegalnych stron grozi zainfekowaniem komputera złośliwymi wirusami i kradzieżą danych.

    Jak z walczyć z pirackimi serwisami?

    Dariusz Duma, filozof i ambasador Fundacji Legalna Kultura uważa, że zmiany technologiczne stosowane w walce z piractwem są niewystarczające, ponieważ piraci na każdą zmianę odpowiadają kolejnym rozwiązaniem. Również przepisy prawne, nie rozwiążą całkowicie problemu, bo spotykają się z kontrą przemysłu nielegalnych treści, który dysponuje pieniędzmi na świetnych prawników. Zdaniem filozofa nie uda się zwalczyć piractwa bez intensywnych działań edukacyjnych i uświadamiania, że na tym procederze tracą nie tylko twórcy, ale również odbiorcy, a samo korzystanie z nielegalnych źródeł jest niemoralne. „Mam wrażenie, że w bardzo wielu dziedzinach udało się już przekonać ludzi, że obciachem jest robić zło, a robienie dobra jest cnotą.” – dodaje.

    Fakt, że polscy internauci w pirackich serwisach wydali 900 mln złotych powinien skłonić nas do zastanowienia się, jak to możliwe, że choć chcemy być w porządku wobec twórców, płacimy tym, którzy ich okradają. Warto zastanowić się nad wyborami dokonywanymi w sieci. To są realne pieniądze, które powinny trafić do obiegu kultury i pracować dla dobra nas wszystkich.” – komentuje wyniki raportu Kinga Jakubowska, prezes Fundacji Legalna Kultura.

    żródło: www.legalnakultura.pl

  • Nadciąga ostatnia fala wakacyjnych premier

    Część z Was już na urlopie, niektórzy pewnie przed, ale są i tacy, dla których wakacyjny wypoczynek jest już tylko wspomnieniem. Nie zmienia to faktu, końcówka lipca i cały sierpień to okres, w którym premierę będzie miało kilka(naście) ciekawych książek. Naprawdę jest w czym wybierać, więc niech końcówka wakacji będzie dla nas rozgrzewką przed jesiennym wysypem premier.

  • „Smak ludzkiego mięsa jest słodko gorzki, zbliżony do wieprzowiny”.

    Powiedz szczerze, ile razy w trakcie pisania „Sekretnej kolacji” myślałeś o spróbowaniu ludzkiego mięsa?

    Wierzę, że każdy autor powinien doświadczyć tego o czym pisze, by móc oddać to doświadczenie lepiej w książce. Więc oprócz zrobieniu researchu do książki zgodziłem się skosztować ludzkiego mięsa. Jest naprawdę smaczne, żadne zwierzęce mięso nie ma takiego smaku. Chcesz skosztować?

    Chyba jednak podziękuję, ale może zadzwonię po policję? Pewnie pamiętasz, że Robert Harris pisząc “Konklawe” konsultował się z kardynałem, który brał udział w wyborze papieża. Jak się domyślasz, kardynałowie są zobowiązani do zachowania ścisłej tajemnicy. Może Ty też rozmawiałeś z kimś…no wiesz…?

    Okej, poprzednia odpowiedź była oczywiście żartem. Nie ma potrzeby mnie aresztować. Żeby napisać “Sekretną kolację” dużo czytałem o kanibaliźmie. Przeglądałem teksty historyczne z informacjami na temat plemion kanibali, a także zeznania seryjnych morderców, którzy jedli ludzi. Dowiedziałem się, że smak ludzkiego mięsa jest słodko gorzki, zbliżony do wieprzowiny. Reszta jest czystą fantazją, możesz mi wierzyć.

    W swojej książce opisujesz grupę ludzi, która zarabia na organizwaniu kolacji, których główną atrakcją jest ludzkie mięso. Sądzisz, że taki biznes jest możliwy?

    Lubię pisać historie, w których stawiam zwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach. W ten sposób czytelnik identyfikuje się z bohaterami i myśli o tym, jak zareagowaliby w danej sytuacji. Kryzys ekonomiczny w Brazylii jest poważny, ludzie nie mają pracy i nadziei. Zdecydowałem się stworzyć grupę młodych ludzi, którzy przeprowadzają się do wielkiego miasta w poszukiwaniu możliwości, a jedyne co znajdują, to złamany kraj. Sekretne kolacje to jedyna możliwość zarobienia dużych pieniędzy. Każdy rzuca się w to szaleństwo z jakiegoś osobistego powodu, czytelnikowi pozostawiam osądzenie czy te powody są rozsądne. Szczerze mówiąc, po tym jak Donald Trump został Prezydentem USA uważam, że wszystko, absolutnie wszystko jest możliwe na tym świecie.

    Raphael Montes, fot: Facebook.com/raphaelmonteswriter

    Kim jest dla Ciebie Dante, główny bohater i narrator „Sekretnej kolacji”. Mamy go rozpatrywać w kategoriach kata, a może jednak jest ofiarą?

    Dante jest ambitnym, młodym mężczyzną, który marzy o byciu wielkim biznesmenem, a żyje sfrustrowany pracując w księgarniach. Chciałem napisać książkę, w której główny bohater jest homoseksualistą, ale nie jest to tematem opowieści. Nie ma tam skonfliktowanej seksualności, przyjaciele i rodzina go akceptują. Dante opowiada historię swoją i swoich przyjaciół. Pełną niespodzianek i mocnych scen, przedstawia swoją grupę jako normalnych ludzi spychanych do piekła poprzez serię nieporozumień. W tym sensie jest jak czytelnik: ma swoje etyczne konflikty, ale życie nie zawsze pozwala mu na podjęcie dobrej decyzji. Nie wierzę w to, że na świecie są ofiary i czarne charaktery. Są ludzie, którzy są hybrydami, dobrzy i źli. Zależy kiedy i kogo pytasz.

    Skoro o czarnych charakterach mowa, to czy wśród postaci występujących w książce, jest ktoś z czystym sumieniem?

    Odbiję pytanie: czy jest na świecie jedna osoba, która ma czyste sumienie?

    Nie ma. Podobnie jak nie ma idealnej miłości. Ten aspekt życia odgrywa ważną rolę w każdej z Twoch książek, nie inaczej było w “Dziewczynie w walizce”. Umówmy się jednak, że delikatnie rzecz ujmując, bohaterowie wchodzą w dość toksyczne relacje.

    Wierzę, że Cora i Leitão, para z „Sekretnej kolacji”, są dużo zdrowszą para niż Téo i Clarice z „Dziewczyny w walizce”. Ale oczywiście, wszyscy mają swoje szaleństwa, obsesje i niebezpieczeństwa. Każdy związek oparty na normalności jest nudny.

    Kończąc, bo robię się głodny, nad czym teraz pracujesz?

    Lubię robić wiele rzeczy równocześnie. W tej chwili oprócz pisania serialu telewizyjnego i filmu z gatunku thrillera, który zamierzam sam wyreżyserować, oddałem się pisaniu dwóch powieści. Jedna jest dramatem, który rozgrywa się na przestrzeni 24 godzin, a główny bohater musi zważyć swoje życiowe wybory, a druga nosi tytuł „Kobieta w ciemności”. To opowieść o młodej kobiecie, której rodzina została zamordowana, kiedy była dzieckiem a ona sama jest ścigana przez mordercę. Mam nadzieję, że wszystkie moje książki zostaną wydane w Polsce.

  • „Prawda dziwniejsza od fikcji, fikcja prawdziwsza od prawdy”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza.

    Fargo” braci Coen to już klasyka kina. Jak może Państwo pamiętają, film zaczyna się od planszy z napisem informującym, że został oparty na prawdziwych wydarzeniach i „Ze względu na żądania tych, którzy przeżyli zmieniono imiona i nazwiska postaci. Z szacunku dla tych, którzy zginęli, cała reszta jest opowiedziana dokładnie tak, jak się wydarzyła”. To oczywiście kłamstwo i czysta ściema. Od początku do końca scenariusz wymyślili bracia Coen. Dlaczego zdecydowali się więc umieścić wspomniany napis na początku swojego dzieła? Odpowiedź jest prosta i zawiera się w jednym słowie – wiarygodność.

    Sam zmagam się z tym zagadnieniem jako autor. Jak pisać, żeby czytelnicy uwierzyli w opowiedzianą przeze mnie historię? Jak sprawić, żeby od pierwszej chwili zawiesili Państwo niewiarę i nie odwiesili jej do ostatniej strony? Bo jeśli nie uda mi się tego zrobić, to cała książka leży. Po prostu. Coenowie też zdawali sobie z tego sprawę. I z faktu, że opowiadana przez nich historia opiera się na serii pomyłek, zbiegów okoliczności, nieszczęśliwych przypadków. Bardzo łatwo ją zakwestionować. Dlatego zdecydowali się na swoje małe oszustwo. Bo przecież prawda musi być wiarygodna, czyż nie?

    Często opowiadam o „Fargo” na zajęciach pisarskich, kiedy omawiamy problem zawieszenia niewiary i kupienia czytelnika. I tłumaczę, że przykład „Fargo” udowadnia, że pisarz musi panować nad swoją wyobraźnią. Bo jeśli za bardzo jej popuścimy, czytelnik nam po prostu nie uwierzy. Stracimy go. Dlatego trzeba ją wziąć mocno w karby. Nieustannie pilnować. Przycinać skrzydła, jeśli to konieczne. Strzec realiów. Hamować się, żeby nie odlecieć. Takie właśnie rady daję swoim kursantom. A potem dodaję, że rzeczywistość jak na złość nieustannie śmieje się nam pisarzom w twarz. I podsuwa wydarzenia przerażające, malownicze, okrutne i tak niewiarygodne, że gdybym kiedykolwiek o nich napisał, czytelnicy tylko pokręciliby z niedowierzaniem głowami i odłożyli książkę na półkę, jako kompletnie oderwaną od rzeczywistości.

    www.unsplash.com/Jilbert Ebrahimi

    Przykłady? Proszę bardzo. Sprytny oszust, który wmówił arystokratycznej rodzinie z Francji, że jest tajnym agentem, który ma ich chronić przed masońskim spiskiem na ich życie i przez dziesięć lat żył ich kosztem, równocześnie zmieniając ich życie w piekło. Papuga, która swoimi „zeznaniami” doprowadziła do skazania żony za zabójstwo męża (powtarzała ostatnie powiedziane przez niego słowa, które nota bene brzmiały – Nie strzelaj kurwa). Niewiarygodna sprawa brutalnego mordu na Iwonie Cygan ze Szczucina, gdzie przez dwadzieścia lat sprawca był kryty przez miejscowych policjantów i gdzie prawdopodobnie zabito jeszcze dwóch świadków, którzy chcieli opowiedzieć o tym, co się naprawdę stało. Sprawa jest ciągle badana przez śledczych i być może doczekamy, że sprawiedliwości stanie się w końcu zadość. Archibald McCafferty z Australii, który zrozpaczony po przypadkowej śmierci małego syna, namówiła grupkę nastolatków do zabicia siódemki nieznajomych. Wierzył, że to przywróci życie jego dziecku. Grupa została powstrzymana po dokonaniu trzech morderstw. W więzieniu zabił kolejną osobę. Ale po latach został wypuszczony i od kilkunastu lat mieszka spokojnie w Szkocji. Każda z tych historii wydaje mi się na tyle niewiarygodna, że miałbym duży kłopot, żeby umieścić je w powieści. Ale każda z nich się wydarzyła się naprawdę.

    Głęboko wierzę w to, że fikcja potrafi być prawdziwsza od rzeczywistości. W tym sensie, że mając swobodę w kształtowaniu losów bohaterów, ich życia, zdarzeń mam możliwość uwypuklenia pewnych cech, problemów, fenomenów społecznych, które najlepiej oddają ducha czasów, w których żyjemy. Pewną prawdą o nas i o naszych pragnieniach. Właśnie to staram się robić w swoich powieściach. Tak samo jak Coenowie w swoich filmach. I tak samo jak oni w „Fargo” kusi mnie czasami, żeby pójść na skróty. Ja jednak nigdy tego nie zrobię. Coenowie długo kluczyli wokół swojego kłamstewka. Raz twierdzili, że film jest wzorowany na prawdziwych wydarzeniach, potem się tego wypierali. Potem przyznawali, że niektóre jego elementy odpowiadają prawdzie, chociaż w innych wcześniejszych wywiadach mówili, że nie słyszeli o tych historiach przed nakręceniem filmów. Ten taniec trwa chyba do dzisiaj. Ja nie byłbym w stanie tak tego ciągnąć. Pękłbym dużo szybciej. Uwierzcie Państwo lub nie, ale kiepsko mi idzie zmyślanie.

    Wojciech Chmielarz

  • Ktoś chętny na przejażdżkę z Łukaszem Orbitowskim?

    Jeśli macie ochotę spotkać się z Łukaszem Orbitowskim, to autor czeka na Was jutro w wieczorem. Gdzie? W całej Polsce. Naprawdę, on będzie wszędzie. Co więcej, nie spotkacie go fizycznie, ale będziecie mogli go usłyszeć w głośnikach BMW. Brzmi skomplikowanie? Już wyjaśniam.

    Łukasz Orbitowski napisał tekst słuchowiska dla marki BMW. Z jakiej okazji? Już jutro na terenie całej Polski odbędą się nocne jazdy testowe wyżej wymienionych samochodów. Możecie sobie wsiąść, ruszyć w miasto, a przy okazji delektować się 17-minutowym słuchowiskiem napisanym przez autora m.in. „Innej duszy”. Jaka jest fabuła? Oddaję głos Łukaszowi Orbitowskiemu. „Opowieść jest o tym, o czym jest każda dobra opowieść, czyli o miłości, w tym wypadku zniszczonej przez głupotę: mężczyzna wypuszcza kobietę z rąk, orientuje się jaki błąd zrobił, wskakuje w furę i szuka”.

    Jeśli ktoś z Was będzie miał okazję jutro się przejechać i posłuchać, dajcie znać. 

    Łukasz Orbitowski, fot: Matys Studio/Wydawnictwo Od Deski Do Deski

     

     

  • „Debiutancie, ściśnij poślady”, felieton Bartosza Szczygielskiego.

    Zapewne czytaliście kiedyś, jak wyglądały początki sławnych teraz pisarzy. Ja nie jestem ani sławny, ani nie ośmielam się jeszcze nazywać pisarzem, za to jestem na początku drogi. Drogi, która wcale nie wygląda tak, jakby ktoś mógł czekać na jej końcu.

    Wstęp brzmi tak, jakbym miał wam do przekazania najsmutniejszą informację na świecie czyli, że nie opłaca się debiutować na rynku książki. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek zniechęcać do pisania, ani tym bardziej do tego, by nie wysyłać swojej powieść do wydawców. Premiera pierwszej książki dla każdego, kto uparcie wystukuje kolejne wyrazy w edytorze tekstu, to najcudowniejsze uczucie na świecie. Moment, gdy nasza praca zostaje doceniona i w końcu możemy odetchnąć. Tak, udało się. Tylko co dalej?

    Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze. Zazwyczaj takie, których nie powstydziliby się scenarzyści amerykańskich komedii romantycznych, gdzie wyjście na kawę kończy się poznaniem milionera i wyhodowaniem kolejnej nerki, mogącej uratować życie naszemu bliźniakowi, który zaginął w szpitalnej sali. Przesadzam? Oczywiście, ale nie ma się co oszukiwać. Wydanie książki sprawia, że nasze myśli zaczynają zmierzać w niebezpieczne rejony. Lepiej tego unikać, bo zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

    Pamiętam, że informację o przyjęciu przez wydawcę książki, otrzymałem stojąc pośrodku na wpół pustego już magazynu z meblami. Było cholernie zimno i padało, a ja stałem w przedsionku dopalając papierosa i rozmawiając przez telefon. Wiedziałem, że po tym jak się rozłączę dalej będę przerzucał paczki z biurkami z jednego miejsca na drugie, ale coś się zmieniło. Poczułem energię, jakiej wcześniej nie doświadczyłem. Wróciłem później do domu i nieśpiesznie zająłem się świętowaniem na swój sposób. Bo choć był listopad, do czasu pojawiania się „Aorty” na rynku, miało upłynąć jeszcze dużo czasu. Znacznie więcej niż się spodziewałem.

    Weźcie pod uwagę to, że wysyłając maszynopis do wydawnictwa, będzie się nad nim znęcało mnóstwo osób. Począwszy od redaktora, a skończywszy na recenzentach wewnętrznych i korektorze. To najlepsze, co może przytrafić się waszemu tekstowi. Czasem zaboli, ale musi boleć, by na końcu czytelnik dostał to, za co zapłacił. Produkt z jak najmniejszą ilością wad. Warto wyzbyć się przeświadczenia, że książka stojąca na księgarskiej półce, jest czymś więcej niż właśnie produktem. Wyjątkowym to na pewno, ale dalej mającym przynieść jedno – zysk. A ty debiutancie, stoisz na przegranej pozycji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, Międzynarodowy Festiwal Kryminału.

    Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu dowiedziałem się, że w 2016 roku pojawiło się ponad 200 kryminałów i sensacji. A ty jesteś jednym z nich i twój sukces zależy od jednej rzeczy – marketingu. Im więcej osób o tobie usłyszy, tym większa szansa, że nie utoniesz. Samo pojawienie się debiutu nie oznacza nic, jeżeli nikt o nim nie będzie wiedział. Jak to wyglądało u mnie? Różnie. Bo choć „Aorta” pojawiła się w katalogu jednego z największych wydawców w kraju, dużo rzeczy promocyjnych zrobiłem sam. I bardzo z tego powodu się cieszę, bo poznałem multum ludzi, którym zwyczajnie zależy na literaturze. Bez nich książka zniknęłaby zupełnie. Warto uświadomić sobie to odpowiednio wcześniej i pogodzić się z faktem, że promocja to kolejny etap życia waszej książki. I z tym, że wielu autorów, którzy napisali gorsze niż wasza pozycje, będzie okupowało listy bestselerów, a nie wy. I to tylko dlatego, że sypnięto groszem na promocję.

    Ostatnio Wojciech Chmielarz napisał, że jeszcze wierzy w to, iż dobra literatura prędzej czy później sama się wybroni (tutaj). Cóż, mi w to trudno niestety uwierzyć. Chciałbym, żeby tak właśnie było, ale prawie rok po debiucie mam bardzo mieszane uczucia. Świat książek toczy się wolno. Redakcje, korekty, recenzje. Na wszystko autor czeka i czeka i czeka, a debiutant chyba ma w tej kwestii najgorzej. Na początku tekstu wspomniałem o drodze i tym, że na jej końcu możemy nikogo nie zastać. Odrobinę przesadziłem, bo na końcu czeka wszak czytelnik. Osoba najważniejsza w tym łańcuchu. Tylko, że zanim do niego dotrzemy, mija naprawdę dużo czasu. O ile będziemy mieli szczęście, a ów czytelnik zobaczy gdzieś okładkę waszego debiutu i staniecie się dla niego kimś więcej, niż tylko kolejnym nic nie mówiącym nikomu nazwiskiem. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że lubimy tylko te rzeczy, które już dobrze znamy.

    A ciebie nie zna nikt, gdy stawiasz pierwszy krok.

    Bartosz Szczygielski

  • „Letnia chamska promocja czytelnictwa”. Felieton Sylwii Chutnik.

    Każdy pretekst jest dobry, aby sięgnąć po książkę. Tak jest i w wakacje. Nie ma, że zmęczenie i urlop. Wokół nas pełno wydarzeń kulturalnych i festiwali. Na jednym z nich będzie szczególnie ciekawie.

    Dwunasta edycja OFF Festivalu, oprócz muzyki granej na czterech scenach po raz kolejny zaprasza do Kawiarni Literackiej. To oddzielna przestrzeń do spotkań z pisarzami i pisarkami i dyskusji na tematy książkowe i nie tylko. Literatura od początku była ważnym elementem tego wydarzenia ze względu na powiązania twórców z różnymi dziedzinami sztuki. Poprzedni kuratorzy Kawiarni: Wojciech Kuczok i Krzysztof Varga co roku zapraszali na festiwal ważnych i cieszących się popularnością pisarzy, którzy traktowani byli zawsze niczym rockowe gwiazdy. I dobrze, bo pisanie to introwertyczna czynność, warto więc czasem wyjść do ludzi i rozprostować kości.

    W tym roku kuratorką została niżej podpisana, a oficjalnym partnerem nie jest już Instytut Książki lecz sieć księgarni. Dobra zmiana została zastąpiona komercyjnym przedsięwzięciem. Takie czasy.

    Dokładny plan lekcji znaleźć można na stronie OFF-u, chciałabym więc skupić się na tym, co jest często dyskutowane w środowisku osób aktywnie korzystających z kultury lub bezpośrednio związanych z rynkiem wydawniczym. Coroczne lamenty przy okazji ogłoszenia wyników badania czytelnictwa sprawiają, że zastanawiamy się, w jaki sposób zająć się promowaniem czytelnictwa i czy w ogóle to określenie nie jest przypadkiem wydmuszką i nowomową bez treści.

    Festiwaloza, czyli skupianie się na jednorazowych wydarzeniach, jest często krytykowana za to, że nie stanowi długoplanowego działania na rzecz czytelnictwa. Jest błyskiem, literacką chwilówka obliczoną na kilkunastominutowy aplauz. Do tego: skierowaną do i tak przekonanych osób, które wiedzą, gdzie jest najbliższa im księgarnia. Czyli mówiąc wprost: czytają książki. Po co więc dodatkowe koszty na to, aby brandzlować się we własnym gronie?

    Otóż sprawa nie jest taka oczywista. Po pierwsze: nie ma nic złego w tym, że ludzie lubiący książki spotykają się i o książkach rozmawiają. Nerdom też się należy coś od życia. Po drugie: nie jestem pewna, czy rzeczywiście wszyscy pilnie sięgają po lekturę. Czasami deklaratywność nie pokrywa się z realiami i ci, którzy chcieliby być postrzegani jako mole książkowe wolą siedzieć na Netflixie niż ślinić palce przy kolejnym tomie uczonych tyrad czy choćby kryminalnym hicie. Po trzecie: nachalnej promocji czytelnictwa nigdy dość. To nie jest tak, że skoro przeprowadzimy kampanię społeczną za pieniądze podatników/unio europejsko/crowfunding czy spadek po bogatym wujku to rewolucja dokona się raz na zawsze. Trzeba, jak mówił klasyk, siać i siać aż do znudzenia i samym sobie przypominać, że bieganie wzrokiem z lewa na prawo jest czynnością umilającą życie, rozwijającą wyobraźnię a nade wszystko uspokajającą skołatane nerwy.

    Dlatego też jestem entuzjastką działania z zaskoczenia, sprytnie i podprogowo. Człowiek jedzie wystylizowany na muzyczne pląsy a tu – bach – trafia na spotkanie autorskie. Idzie sobie po piwo do baru, a na nim leżą książki do sprzedania. Próbuje rozejrzeć się w celach matrymonialnych a tam regały z książkami. Nie ma wyjścia, zwykle oczy same wędrują za literami składając je w poszczególne słowa. I bardzo dobrze – to znaczy, że haczyk zadziałał. Podstępne przemycanie literatury w muzycznych kręgach może przynieść kolejne ofiary czytelnictwa charakteryzujące się przekrwionymi oczami i debetem na karcie po wizycie w księgarni.

    www.unsplash.com/Yvette de Wit

    Ta ostatnia kojarzy się zwykle albo z zakurzoną ladą z przeterminowanymi podręcznikami szkolnymi bądź upstrzonym gadżetami sklepikiem. Tymczasem – a mówi Wam to dyplomowana technik księgarz – jest to miejsce kultury, gdzie nie znajdziecie towaru a lektury. Gdzie wcale nie musicie poczuć się niczym w muzeum starego rzemiosła. Książki są jak najbardziej na czasie.

    Jeszcze słówko o dobrej nowinie i ciągłym gadaniu o potrzebie czytania. Na potwierdzenie swoich racji skuteczna jest zwykle anegdota. Oto i ona. Niedawno taksówkarz, zanim jeszcze zapytał o adres, spojrzał na mnie w tylnym lusterku i oznajmił: „Pani to jest znana pisarka”. Człowieka zawsze cieszy, kiedy inni myślą o nim w kategoriach splendoru, więc nie zaprzeczyłam. Taksówkarz kontynuował, że muszę być naprawdę znana, skoro nawet on mnie rozpoznał, bo przecież „książek nie czyta w ogóle”. Nie mogłam uwierzyć w jego buńczuczną deklarację, zaczęłam więc dopytywać. A może jednak jakaś lekka sensacja na plażowym kocu? Broszura o chorobach wenerycznych? Ulotka z pizzerii? „Nic”, oświadczył dumnie taksówkarz i zaczął mi wyjaśniać swój światopogląd. Otóż czytanie to przeżytek, nuda, wiocha i czas przeszły dokonany. A całe to gadanie i zachęcanie do czytania jest tylko po to, abyśmy my, pisarze – tu spojrzał wymownie – nachapali się piniendzy. „Proszę paniom, trzeba się pogodzić z tym, że kiedyś nie było nic do roboty, to człowiek z nudów i po książkę sięgnął. A teraz? Telewizor, komputer, wszystko!” Kiedy próbowałam argumentować, że przecież literatura, że słowo pisane, że tradycja ofuknął mnie zniecierpliwiony – kiedyś były konne dorożki. I czy ja bym chciała teraz dorożką jechać zamiast jego Volvo? Zasępiłam się.

    Czyli znowu: książka kojarzona jest z ciuchcią, bednarzem i tarą na pranie? Cóż, tym bardziej należy pokazywać, że nie jest przeżytkiem. Że każdy może znaleźć coś dla siebie między okładkami. Że czytanie to jest zapełniacz wolnego czasu, ale wartościowy sposób na poszerzanie horyzontów. Niezależnie od tego, czy korzystamy z papierowego wydania czy e-booków.

    Dlatego też wszystkich festiwalowych zapaleńców zapraszamy do namiotu Kawiarni Literackiej na dysputy, słuchowiska i wystawę okładek książek. Będzie można słuchać, czytać i gadać. Bo książka jest ważna. Sprawdzone info.

    Tegoroczna Kawiarnia Literacka będzie nawiązywała do atmosfery czytania w domu. Gdzieś na łóżku lub w wygodnym fotelu. Spokojnie, wbrew natłokowi pracy i codziennej szamotaninie. Motywem przewodnim naszych literackich rozmów jest wspólnota. Na chwilę zawiesimy spory i podziały zastanawiając się, czy jest coś, co nas łączy i sprawia, że możemy powiedzieć: „wszyscy”?

    Zapraszamy na debaty i słuchowiska, czyli czytanie książek przez ich autorów i autorki wraz z akompaniamentem muzyków. W trakcie festiwalu zobaczyć będzie można wystawę okładek książek zaproszonych gości w ramach akcji „Oceń książkę po okładce”. W namiocie Kawiarni znajdować się będzie również księgarnia, gdzie będzie można oddać się najważniejszej czynności na świecie: kompulsywnym zakupom książek.

    Wśród gości między innymi: Michał Witkowski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Halber i inni.

    Sylwia Chutnik