Kategoria: Aktualności

  • „Biblioteczne przygody”, sierpniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Odwiedziłem ich dziesiątki, a jednak wchodząc do każdej kolejnej czuje dreszczyk emocji. Zastanawiam się, co tam znajdę. Jakie książki odkryję, na jakich autorów trafię. Jaka przygoda na mnie czeka podczas wędrówki między półkami. I nie ważne, czy placówka jest duża, czy mała. O czym piszę? O bibliotekach oczywiście.

    Też tak Państwo macie? Dla mnie biblioteki to miejsca szczególne. Nie policzę godzin, ile spędziłem buszując wśród półek, odnajdując ulubionych autorów lub takich zupełnie nowych. Szukając, sprawdzając, często błądząc i równocześnie odkrywając bogactwa świata literatury.

    Najważniejsze biblioteki w moim życiu? Pierwsza to ta, w której pracowała moja babcia. Wcześniej była polonistką w szkole podstawowej. Odeszła na emeryturę, ale długo na niej nie wytrzymała. Zatrudniła się jako bibliotekarka w placówce w… szpitalu. A ja tam regularnie spędzałem długie godziny po pierwszych klasach podstawówki, czekając aż odbiorą mnie rodzice. Buszowałem wtedy wśród starych, rozsypujących się książeczek o małpce Fiki Miki i Koziołku Matołku, wierszy Tuwima, Brzechwy, bajek i baśni. To tam po raz pierwszy miałem w dłoni książki Ludluma z tymi fantastycznymi okładkami wydawnictwa Amber, pełnymi wybuchów, płonących helikopterów, półnagich kobiet w bikini i umięśnionych facetów z wielkimi karabinami, które wypluwały z siebie strugi pocisków. Tam też zafascynowała mnie powieść cykl „Kraby” Guy’a N. Smitha. Żeby była jasność, również z powodu okładki (nie wiedziałem jeszcze, że nie tak powinno się oceniać książki 😉 ). No i komiksy. „Tytus, Romek i Atomek”, „Kajko i Kokosz”, „Jonka, Jonek i Kleks”, cała polska klasyka, którą przeczytałem po kilka razy. Do tego „Thorgal”, ale i pierwsze wydania w Polsce przygód Spidermana, Batmana, Supermana z wydawnictwa TM-Semic. Filię odwiedzali głównie pacjenci. Panowie w pidżamach i kapciach na nogach, panie w szlafrokach. Czasami wymykałem się na spacery. Krążyłem po oddziałach, zaglądając, jak każdy ciekawski dzieciak, do każdej otwartej sali. Z jakiegoś powodu, nikt mnie nie przeganiał. Do dziś pamiętam tamten ostry zapach środków odkażających. Jeśli zastanawiacie się Państwo, skąd niechęć Mortki do szpitali – to wynika ona właśnie z tego wspomnienia. Chociaż sam szpitali się nie boję.

    www.unsplash.com/chuttersnap

    Ta druga, czyli Miejska Biblioteka Publiczna w Gliwicach na ulicy Kościuszki, główna placówka w mieście. Przebierałem nogami, żeby móc się do niej zapisać. Chodziło mi oczywiście o tę część dla dorosłych, bo książki dla dzieci dość wcześnie przestały mnie interesować. Kiedy dostałem wreszcie kartę biblioteczną, traktowałem ją jak największy skarb. Co pamiętam najlepiej? Dwie rzeczy. Najpierw całe półtora regału (sic!) wypełnione fantastyką (szybko zresztą większość przeczytałem). Kolorowe grzbiety, nieznani autorzy, twórcy z polski i zagranicy. Potem, półka na której leżały nowości. Kilka, kilkanaście pozycji prosto z księgarni. Młodszych czytelników smakksiazki.pl może to zaskakiwać, ale tak to kiedyś wyglądało. Biblioteki były niedoinwestowane. Nowych pozycji było jak na lekarstwo. Przeważały zakupy jeszcze z lat osiemdziesiątych. Na Kościuszki obserwowałem, jak ten stan się powoli zmienia.

    Wreszcie numer trzy. Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Słynny BUW. Jedno z pierwszych miejsc, które odwiedziłem po przeprowadzce do Warszawy. Nie z własnej woli, żeby nie było. Po prostu mieliśmy tam obowiązkowe szkolenia dla studentów. Ale chętnie tam wracałem. I z powodu księgozbioru i z powodu faktu, że mieli tam ogólnodostępny internet. Ale, znowu ciekawostka dla młodszych czytelników, nie wi-fi, ale z kabla. Trzeba było przynieść swój komputer i się podpiąć. Zawsze trzeba było czekać w dość sporej kolejce (chyba, że się przychodziło nieprzyzwoicie wcześnie lub nieprzyzwoicie późno). Do dziś zastanawiam się, gdzie spędziłem więcej czasu – w BUWie, czy na piwie w Harendzie, która znajduje się tuż obok mojego wydziału. Chyba jednak w tym pierwszym. Chociaż w Harendzie zostawiłem na pewno więcej pieniędzy (a także laptop, który jednak udało się odzyskać, i kowbojski kapelusz, który jednak zaginął). BUW to klasa sama w sobie. Jedna z najpiękniejszych bibliotek w Polsce. I wspaniały księgozbiór, nie tylko naukowy. Zazdroszczę każdemu studentowi, który po raz pierwszy przekracza jej progi.

    Dzisiaj najczęściej chodzę do małej osiedlowej biblioteki na Ursynowie. Bardzo przyjemne placówka. Sporo książek, ciągły napływ nowości. Pracujące tam panie za każdym razem informują mnie, jakim powodzeniem cieszą się moje książki. Najwięcej jednak radości sprawia mi obserwowanie mojej córki, kiedy razem odwiedzamy znajdującą się tuż obok placówkę dla dzieci. Jak biega wśród półek, wyciąga z nich kolejne pozycje. I rozpoczyna własną, wielką przygodę.

    Wojciech Chmielarz

  • „Lekcja Janusza Głowackiego”, felieton dr. Krzysztofa Łęckiego

    Odszedł Janusz Głowacki, dramaturg, prozaik, scenarzysta, felietonista… A w tym wszystkim i przede wszystkim – mistrz słowa. To banał, że mistrzowie pióra czytającą publiczność nie tylko zabawiają, ale i czegoś od niej wymagają, bo – tak czy inaczej, bardziej czy mniej świadomie – czegoś jej uczą. Jeśli nawet nie wszystkich swoich czytelników i czytelniczki, to przynajmniej część z nich. Wreszcie, cóż, czytać każdy może, jeden trochę lepiej, drugi – nieco gorzej.

    I nie idzie tylko o to czy jest ten ktoś zagorzałym wielbicielem, literackim malkontentem czy krytycznym krytykiem. Wiedział o tym doskonale Janusz Głowacki. I był mistrzem – z tych wymagających. Słyszę Antoniego Słonimskiego w tym co pisał Głowacki przed laty – kiedy najpierw podzielił swoich czytelników na tych, którzy go nie zrozumieli, ale się z nim zgadzają, tych, którzy go nie zrozumieli, ale się z nim nie zgadzają, dalej tych, którzy go zrozumieli, i się z nim zgadzają bądź (to inna grupa) nie zgadzają, wreszcie tych, którzy w trakcie komentowania jego tekstów w ogóle zapomnieli, o co im samym szło. Głowacki podobne nieporozumienia z odbiorcami skomentował w sposób dla siebie charakterystyczny: „Zrobienie kariery w oparciu o czytelników, którzy mnie cenią, gdyż wszystko co piszę, zrozumieli odwrotnie, wydaje mi się propozycją świeżą i zbyt kuszącą, abym z niej łatwo zrezygnował”.

    Janusz Głowacki, fot: www.smakksiazki.pl

    Sarkazm, subtelna ironia i nieodzowna autoironia, wreszcie – specyficzny typ poczucia humoru, który dzisiaj młodzież nazwałaby może – ale jeśli tak miałoby być, to przecież stanowczo zbyt grubo – „wkręcaniem”, tak, to był znak rozpoznawczy pisania Głowackiego. Przyjemność lektury jego tekstów wiązała się z koniecznością staranności, uważności czytania. Prześlizgiwanie się po tekście, nie, to nie wchodziło w rachubę – w ten sposób łatwo było trafić do grona tych, którzy się z Głowackim zgadzają, choć go nie zrozumieli, albo nie zgadzają – z tego samego powodu. Czy też znaleźć się w gromadzie tych, którzy w trakcie komentowania jego tekstów w ogóle zapomnieli, o co im samym szło. Wiązało się to, w oczywisty sposób, z wyrafinowanym stylem pisania Głowackiego. Tyle, że często było to u niego wyrafinowanie przebrane w pozornie bardzo siermiężne szaty. Przykład? „Szekspira nie stać było na obiektywizm, wobec tego, co widział na dworze i wobec własnych bohaterów. No cóż, to dobre prawo każdego pisarza, którego nie zawsze można mu w pełni odmówić” – pisał Janusz Głowacki w felietonie „Obrona Poloniusza”. Zaryzykuję, że Głowackiego stać było na obiektywizm, którego też „nie zawsze można było mu w pełni odmówić”. Na marginesie: kiedyś użyłem w oczywistej, jak mi się zdawało intencji, frazy („nie zawsze można było mu w pełni odmówić”) w jednym z moich tekstów i… Redakcja była pewna, że to językowa niezręczność. Nic dziwnego zresztą – wreszcie nie każdego trzeba czytać tak starannie jak Głowackiego.

    Usłyszałem niedawno, że czasy dzisiejsze „to nie są czasy na subtelny humor z podtekstem…”. Przyznam, że zastanowiłem się nad tą kwestią nieco dłużej niż chwilę. Czy rzeczywiście to nie są czasy na subtelny humor z podtekstem? Przypomniał mi się znany esej Leo Straussa „Prześladowanie i sztuka pisania”. Pisze Strauss, że pewne cechy nieco bardziej wyrafinowanego pisarstwa „nie pobudzą z drzemki tych, którzy nie są w stanie dostrzec lasu pomiędzy drzewami, ale zadziałają jako rozbudzające problemy dla tych, którzy są w stanie las zobaczyć”. Żyjemy dzisiaj znowu (może zresztą – jak zawsze) w czasach, w których słowa znaczą nie przez to co znaczą ale przeciw komu zostały użyte. Tyle, że dzisiaj to zwykle słowa mocne, ostre, wulgarne, masakryczne słowa, słowa które mają zaorać oponenta, przeciwnika czy po prostu wroga, no jeszcze i nieznośna dla nielicznych wszechobecność powtarzanych bez końca frazesów („retoryka aż nazbyt parciana, parę pojęć jak cepy” – pisał Zbigniew Herbert); otóż właśnie takie prostackie, obelżywe słowa stają się obecnie najpewniejszą przepustką do publicznej debaty. Niech przywilejem felietonisty – a niewielu dzisiaj felietonistów, choć tak wielu sądzi, że pisuje felietony – pozostanie „subtelny humor z podtekstem”. Ten rodzaj humoru, którego sporą dawkę na najwyższym światowym poziomie pozostawił nam po sobie Janusz Głowacki, który, jak doprawdy niewielu innych, umiał „głęboką treść oddać w mistrzowskiej formie” 😉

    Janusz Głowacki, fot: www.smakksiazki.pl

    Janusza Głowackiego miałem okazję poznać osobiście ponad dziesięć lat temu. Prowadziliśmy, ja i moja żona Gabriela (tak, tak, też od razu mam skojarzenia z „Rejsem”…) spotkanie z autorem „Antygony w Nowym Jorku”. Ponad 150 osobowa sala była wypełniona po brzegi, spotkanie bardzo, bardzo udane. Po spotkaniu żona wręczyła Głowackiemu wydaną przez WAB i tygodnik „Polityka” książkę „Salon literacki. Z polskimi pisarzami rozmawia Gabriela Łęcka”, sumitując się przy tym, że to wielka szkoda, iż z rożnych powodów nie zdołała takiej rozmowy przeprowadzić z nim. Głowacki zrewanżował się Gabrysi egzemplarzem „Z głowy” z taką oto dedykacją „Gabrieli Łęckiej w ramach wymiany za >>Salon Literacki<<, no i bardzo serdecznie, Katowice 2006”. Oczywiście, mieliśmy tę książkę w domowej biblioteczce, ale otrzymany „w ramach wymiany” egzemplarz zachowujemy jako dowód niejakiej rozrzutności prawdziwego mistrza pióra – Janusza Głowackiego.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.

  • „Pożegnanie z Mistrzynią”. Barbara Gawryluk wspomina Wandę Chotomską

    Najczęstsze pytanie, które zadają mi różni ludzie wiedząc, że spotykałyśmy się w ostatnich latach? Jaka była Wanda Chotomska? A ja próbuję na nie odpowiedzieć i ciągle nie znajduję dobrych słów. Bo Wanda Chotomska była kolorowa, nietuzinkowa, wyjątkowa, niejednoznaczna, skomplikowana i porywająca.

    Znam na przykład bibliotekarki, które się jej bały. Była stanowcza, nieprzejednana, ostra – ale w kontaktach z dorosłymi. Nie lubiła sztampy, sztuczności, akademii i spotkań ku czci. Wolała zatańczyć, zaśpiewać, zarapować i wprowadzić w nastrój zabawy dziecięcą publiczność. Bo dzieci traktowała bardzo serio, co zresztą jest cechą wszystkich największych twórców literatury dla najmłodszych. „Czy trzeba lubić dzieci, żeby dla nich tworzyć?” – zadałam jej najprostsze pytanie. „Właściwie trzeba postawić znak równości między dziećmi a ludźmi.” – odparła bez zastanowienia. „Czy ja wszystkich ludzi lubię? No nie. Natomiast jeśli chodzi o dzieci, to na pewno jest więcej tych, które lubię, niż tych, których nie lubię. A z ludźmi to nie wiem, jak by było”.

    Wanda Chotomska, fot: www.smakksiazki.pl

    My, autorzy tworzący dla dzieci, pamiętamy ją przede wszystkim ze wspólnych wypraw do czytelników, festiwali, kiermaszy, konkursów. Opowiadamy anegdoty ze wspólnych podróży, wiele z nich przeszło do historii, jak choćby te o pasji słynnej poetki do szmateksów i gotowości bibliotekarek do towarzyszenia jej w zakupach. Nazwisko Chotomska ułatwiało nam zresztą życie w różnych sytuacjach, obojętne, czy to był mandat, miejsce w zatłoczonym pociągu, czy ciemny chleb podobno nie do zdobycia w małym miasteczku. Mylona z Konopnicką czy Kownacką zawsze zamieniała to w teatralną scenkę. Była naszą mistrzynią, podpatrywaliśmy jak prowadzi spotkania autorskie, jak radzi sobie z setką niespokojnych łobuziaków, jak poskramia urzędników i decydentów. Kiedy przychodził czas autografów i dedykacji spokojnie w kącie popijaliśmy kawę obserwując długie kolejki ustawiające się do Wandy Chotomskiej. Postawiła nam wszystkim poprzeczkę bardzo wysoko, trudno będzie teraz podtrzymać ten poziom.

    Na moją propozycję napisania wywiadu rzeki i wydania go w formie książkowej zareagowała najpierw nieufnie. Nie bardzo wierzyła chyba we mnie, w to że będę pokonywać trasę Kraków – Warszawa kilka razy w miesiącu, żeby na godzinę, dwie usiąść w jej salonie i powspominać, porozmawiać, podrążyć tematy, które mnie interesowały. Godzinę, dwie, bo na dłużej nie miała siły. Nie dawała tego po sobie poznać, trzymała fason, była zawsze perfekcyjnie przygotowana, ale organizm sam dawał znać, że już dość. Zaczynały się mylić daty, nazwiska, trudno było o szczegóły. W to, że nam się uda, uwierzyła po dobrych kilku miesiącach i wtedy wstąpiła w nią nowa energia. Zaczęło się przeszukiwanie półek, szuflad, komody i pawlacza. Odnajdywałyśmy bezcenne skarby, dokumenty, fotografie, listy, rękopisy, szkolne zeszyty, to wszystko, o czym sama zapomniała. Mała zapisana kartka nagle otwierała klapkę pamięci, stary pożółkły artykuł w gazecie uruchamiał wspomnienia. To były nasze najpiękniejsze wspólne chwile.

    Barbara Gawryluk z Wandą Chotomską, fot: smakksiazki.pl

    Kilka razy wezwała mnie telefonicznie z dnia na dzień. Choroba powracała nagłymi atakami, bała się, że nie zdążymy, a teraz już jej naprawdę zależało, żeby książka się ukazała. Ostatnie podpisy pod zdjęcia nanosiłyśmy na dwie godziny przed kolejną wizytą w szpitalu. Teraz otwieram naszą książkę, czytam jak są celne, zabawne, często rymowane. A przecież była chora, cierpiąca. Wanda wiedziała, że czeka ją operacja, ból nie dawał spać od kilku nocy. A ja obawiałam się, że nie zdąży tej książki wziąć do rąk.

    Ale jeszcze raz pokonała chorobę i mogłam do niej przyjechać z pachnącą drukiem książką i z prośbą o dedykację. W tym najważniejszym dla mnie egzemplarzu napisała” „Najmilszej współautorce, którą znają wszystkie linie kolejowe na trasie Kraków – Warszawa – Kraków (…)”.

    Trasę Kraków – Warszawa pokonuję oczywiście nadal bardzo często. I łapię się na tym, że chcę z prosto z Dworca Centralnego pobiec na przystanek autobusowy i pojechać w kierunku Tamki. Trudno uwierzyć, że Wanda tam już na mnie nie czeka.

    Barbara Gawryluk

  • „Z pamiętnika młodej księgarki”. Sierpniowy felieton Sylwii Chutnik.

    Powiedzmy na początku jasno: w Ameryce czytają książki. Znacie to uczucie, kiedy u nas raz w roku Biblioteka Narodowa zwołuje konferencje, na której oznajmia rytualnie, że jesteśmy idiotami, bo tylko 37% mieszkańców sięgnęła po jedną książkę w przeciągu roku? Jest to uczucie szoku, niedowierzania, ale i głębokiego facepalmu, że się ludzie w ogóle przyznają do takich rzeczy. Bo musi to oznaczać, że kompletnie nie czują żenady. Że ich czytanie obchodzi tyle, co przyznanie się, że się nie zjadło ostatnio – bo ja wiem – łososia. I co z tego, wszyscy umrzemy, nie ma sensu latać wzrokiem od lewa do prawa. Książka, srążka, nie ma co drążyć tematu.

    A właśnie w Stanach Zjednoczonych myślą inaczej. Tam czyta 72% procent mieszkańców. I jeszcze precyzują, że ci więcej papierowych wydań, a znowu tamci więcej e booków. Dobrze, że u nas nie precyzują zbyt wiele, bo by się okazało, że ta jedna wymęczona książka na rok to w ogóle była gazetka z Lidla.

    Za wielką wodą nie jest jednak idealnie, jeśli chodzi o księgarnie. Zdecydowanym liderem jest Barnes & Nobles, założony jeszcze pod koniec XIX wieku w Illinois. Znajdziecie go w większość miast, bo w całych Stanach istnieje ponad 600 księgarni tej sieci. Co w nich jest? Właściwie wszystkie kategorie literackie plus pisma, gadżety do czytania (zakładki, lampki, torby), sporo wyboru papierniczych skarbów i tak zwanych przedmiotów na prezenty (mydło, świeczka). Wewnątrz są też kawiarnie dla strudzonych myszkowaniem między regałami. To taki duży Empik. Firma produkuje również swój czytnik Nook, kiedyś w kooperacji z Samsungiem, teraz z udogodnieniami (wodoodporny, z możliwością przeglądania książek oferowanych przez księgarnię). Można powiedzieć jedno: to giganci, co na wolnym rynku oznacza tyle, że dominują spychając małe księgarnie, które ledwo nadążają z czynszem.

    Nowy Jork, www.unsplash.com/Brandon Jacoby

    Kiedy pracowałam w New Jersey, to załapałam się na jeszcze jedną sieć amerykańskich księgarni – Borders , która upadła w 2010 roku (trochę przez długi, a trochę nie wytrzymując konkurencji Barnes & Nobles). Księgarnia mieściła się w centrum handlowym i ładnie pachniała, bo obok był sklep z kosmetykami. Papier i perfumy – chyba rozumiecie, jak wspaniałe jest to połączenie?

    Najbardziej zapamiętałam z mojej pracy dwie sprawy. Przede wszystkim dział historyczny. Dwa wielkie regały z napisem „American history” i cztery półeczki z tabliczką „other countries”. Nie, nie było na niej niczego o Polsce. Druga sprawa to wyrzucanie starych czasopism i „przeterminowanych” pocketbooków. Po dostawie, czyli właściwie codziennie, moim zadaniem było odrywanie okładek z kodem kreskowym, wprowadzanie ich do protokołu zniszczeń oraz wyrzucanie do zsypu pozostałej części książki lub pisma. Jako amatorka robienia collages płakałam za każdym razem, kiedy w metalowej otchłani lądowały prawdziwe skarby. Ile ja bym z nich miała obrazków i pocztówek! Dziadowałam i błagałam, żeby wziąć chociaż kilka stron co lepszych kąsków, ale kierownik zmiany był nieubłagany. Przepisy kazały niszczyć wszystko, aby nic nie trafiało na przecenę. Przepisy pisane były przez psa ogrodnika.

    Wśród wyrzucanych tytułów były również przeznaczone dla pisarzy, w tym nobliwe Writers’s Digest (ukazujące się od ponad dziewięćdziesięciu lat) czy Creative Nonfiction (które, oprócz magazynu, organizuje też warsztaty czy konferencje). Wtedy nieśmiało bazgroliłam w pamiętniczku jakieś wprawki i pisałam teksty do piosenek taty. Czytanie więc porad w stylu „jak wybrać najlepszego agenta literackiego” było dla mnie tym samym, co przeglądanie katalogu jachtów. Jednak świadomość, że literaci to nie tylko romantycy na chmurce metafory, ale ogarnięci ludzie szkolący swój warsztat była dla mnie ważna.

    www.unsplash.com/James Sutton

    W księgarni trochę też kradłam, ale subtelnie. Czasami wyniosłam jakiś ołówek z brokatem, pognieciony zeszyt czy kuriozalne piłki do żonglowania. Wiedziałam, że wszystkie te skarby zaraz wylądują w śmietniku, a dla mnie będą potrzebnymi przedmiotami. Wyrzucanie rzeczy w Stanach jest wprost proporcjonalne do gromadzenia rzeczy w Polsce. Tam przesyt, u nas wieczny kryzys i zapasy na pawlaczu.

    Moja praca polegała na zgadywaniu, co mówią do mnie ludzie, kiedy pytają o „taką niebieską okładkę i wesołą treść”. Pracowałam wcześniej w polskich księgarniach i wiedziałam, że to najczęstsze marzenia: wytropienie przez pracownika tytułu, którego należy się domyśleć. Czasami ludzie obrażali się, że jakiś książek nie mamy. Cieszyło mnie to, bo świadczyło o tym, że literatura wywołuje uczucia. Pożądamy jej, chcemy mieć tutaj-teraz.

    Po pracy jechałam odprężyć się do Nowego Jorku i powłóczyć po – wiadomo – księgarniach. Od razu trafiłam do Strand. Legenda tego miejsca jest w pełni zasłużona, bo to jeden z największych na świecie budynków przeznaczonych na sprzedaż książek. Oferuje na równych zasadach książki używane, dziwne, białe kruki i nowości z list bestsellerów. Swoim asortymentem pokazuje to, co w czytaniu lubię najbardziej: że nie ma tu zasad. Dziś możesz kochać kryminał, aby jutro chlipać nad obyczajową sagą. Sięgasz po komiks, bo zauroczyła cię goła baba na okładce, ale wieczorem doceniasz strofy XVIII wiecznego poety. Strand ma też najlepsze na świecie gadżety – skarpetki, świeczki, koszulki i znaczki z pisarzami i pisarkami oraz hasłami typu „A well-read woman is a dangerous creature” (to akurat cytat z Lisy Kleypas). Kiedy pierwszy raz weszłam do tej świątyni czytania, to padłam na kolana w pokorze. Serio, myślałam, że dostanę zawału z emocji. Mój tata od razu zwinął się do pobliskiego baru, bo wiedział, że spędzę w księgarni sporo czasu. Nie dziwne: jak głosi slogan reklamowy jest tam 18 mil książek. Nie liczyłam, ale na tyle właśnie wygląda.

    www.usnplash.com/Jessica Ruscello

    W księgarni odbywa się sporo spotkań z twórcami i twórczyniami. Rok temu udało nam się nakręcić tam również odcinek Barłogu Literackiego.

    Żeby pracować w Strand, należy zdać test z wiedzy o literaturze. Jako absolwentka Liceum Księgarskiego szanuję takie podejście. Nas zawsze uczyli, że księgarnia to nie sklep, książka nie towar, a księgarz to nie zwykły sprzedawca. Jest przecież różnica między sprzedawaniem koperku a dziełami Munro czy Vonneguta. Jesteście ciekawi, jakiego rodzaju pytania pojawiają się na rozmowie wstępnej? Proszę uprzejmie, powodzenia: kilk.

    Kolejną moją ulubioną księgarnią w Nowym Jorku jest Bluestocking Bookstore, która od kilku lat stała się zarazem centrum aktywistek wolnościowych. Pod koniec lat dziewięćdziesiąt to właśnie tam zaopatrywałam się w ziny feministyczne, komiksy o Hothead Paison czy poważne eseju o tym, jak zachęcić swoje dziecko, aby chodziło z nami na demonstracje. Obecnie nadal znajdziemy tam mnóstwo bibuły, ale napijemy się też fair trade kawy i przy odrobinie szczęścia natrafimy na spotkanie autorskie lub dyskusję.

    Nie wiem, czemu w Ameryce czytają więcej, niż u nas? Może to kwestia mieszania się kultur, a tym samym różnego podejścia do form spędzania czasu? A może tam już wiedzą, że jeśli się nie czyta, to się umiera: z nudów, z braku wyobraźni i otwarcia na inne światy.

    Wybierasz się do Stanów? Koniecznie odwiedź którąś z tych niezależnych i lokalnych księgarni, klik

  • O komentatorze, który stał się pisarzem

    Fani piłki nożnej ten głos znają doskonale. Komentował przecież finały Ligi Mistrzów, potyczki reprezentacji Polski, a także naszą krajową kopaninę. Grzegorz Kalinowski powiesił jednak mikrofon na kołku i zajął się pisaniem. Od piłki nożnej stara się odpoczywać, chociaż na stadion go jeszcze ciągnie, więc możecie go spotkać na meczach warszawskiej Legii. W roli kibica, oczywiście. Rozmawiamy trochę o sporcie, trochę o Heńku Wciśle, a trochę o nowym bohaterze, który nazwisko ma takie, jak prowadzący program „Familiada”.

  • „Czytanie książek w języku Braille’a jest bardzo czasochłonne”

    Ile thrillerów przeczytaliście w życiu? Pewnie dziesiątki, jeśli nie setki. Ile razy zaniedbaliście jakieś zadanie, bo powiedzieliście: „nie da się, za trudne”, albo: „nie ma mowy, nie dam rady tego zrobić”? Pewnie dziesiątki, jeśli nie setki. Jakiś czas temu wydawnictwo przysłało mi książkę „Czas na miłość, czas na śmierć”. Ponad trzysta stron, no ale wiecie, książka jak książka, na pierwszy rzut oka nic szczególnego.

    Nie będę Wam teraz pisał, że zakochałem się w fabule od pierwszej strony. Nie napiszę też, że niczego lepszego już w tym roku nie przeczytacie. Sięgnięcie pewnie po lepsze, ale też gorsze rzeczy. Żeby była jasność – czyta się bardzo dobrze, jest kilka momentów, w których pomyślicie: „o! Tego jeszcze nie czytałem”. Objąłem książkę patronatem, więc logiczne, że ją polecam. Jeśli chcecie przeczytać więcej o fabule, to odsyłam Was tutaj.

    Jaka byłaby Wasza reakcja, gdybyście się dowiedzieli, że autorka jest osobą niewidomą? Mało? No to powiem, że nie jest to ani pierwsza, ani druga książka Agnieszki Pietrzyk. Pisarka nie widzi od dwunastego roku życia, wszystko z powodu postępującej jaskry. Zostawiam Was więc z Panią Agnieszką, niech sama opowie jak pracuje, jak czyta, jak przeprowadza research.

    Muzyka wykorzystana w wideo: www.bensound.com

  • „Czuję się, jakbym dostał po ryju”. Felieton Bartosza Szczygielskiego

    Produkujesz krzesła. Na początku swojej drogi nie bierzesz wolnych dni. Zapominasz o weekendach, a słowo urlop brzmi jak odległa kraina, gdzie potrzebna jest wiza na którą nie masz pieniędzy. Jesteś dumny z tego, co udało ci się osiągnąć do czasu, aż w twoim domu pojawia się facet, który zabiera jedno z krzeseł, wkłada je pod pachę i wychodzi. Tak po prostu.

    Takie sytuacje, jak ta opisana powyżej, niestety się zdarzają. Kradzieże się zdarzają i choć chcielibyśmy, żeby było inaczej, jedyne co możemy zrobić, to być tymi, którzy działają inaczej. Przed wieloma laty, gdy kupowało się jeszcze płyty DVD z filmami, przed projekcją można było zobaczyć ciekawą akcję informacyjną. Czterdzieści sekund wypełnione drażniącą uszy muzyką i czymś, co wtedy uważano za szybki montaż, miało uzmysłowić oglądającemu, że kradzieże są złe. W dość prosty sposób mówiono o tym, co dla większości społeczeństwa jest oczywiste. Przecież nikt z nas nie ukradłby samochodu, torebki czy telewizora. Co innego z filmami, prawda?

    I choć przez długi czas ta akcja informacyjna doprowadzała miliony kinomanów do szału, po dziś dzień nie wiem, czy wywarła jakikolwiek efekt. Bo niestety, ale dobra kulturowe nie są traktowane jako coś fizycznego. A już na pewno nie wtedy, gdy można je ściągnąć na dysk. To w końcu coś innego, niż krzesło wyniesione z pracowni. Chciałem przypomnieć sobie, jak dokładnie wyglądało wideo, która przed laty próbowało wytłumaczyć mi, że nie wolno ściągać filmów, więc wyszukałem je na YouTube. Znajdowało się na jednym z prywatnych profili i wątpię, żeby ktokolwiek miał prawo do dysponowania nim. Ironia prawda?

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Taka sama jak to, że ludzie tworzący materiał, postanowili przywłaszczyć sobie muzykę skomponowaną na jego potrzeby i bez wiedzy Melchiora Rietveldta, kompozytora utworu, wykorzystać ją do ogólnoświatowej akcji. Ścieżka muzyczna wprawdzie została stworzona na potrzeby wideo, ale tylko na jego emisją na jednym z filmowych festiwali. Melchior dowiedział się o wszystkim dużo później, wytoczył firmie proces i go wygrał. Tylko co z tego, skoro nawet w środowisku, któremu powinno zależeć na przestrzeganiu praw autorskich, nikogo nie obchodzą prawa twórcy. Czemu w ogóle o tym przypadku wspominam?

    Otóż ostatnio opublikowano wyniki badań na temat tego, ile Polacy zostawiają pieniędzy w pirackich serwisach. Doszliśmy więc do momentu, gdzie chcemy mieć dostęp do kultury (w większości to filmy i muzyka, nie ma się co oszukiwać, że będą to książki) i jesteśmy skłonni za nią płacić. Tylko, że robimy to tam, gdzie nie trzeba. Sam byłem świadkiem, jak jedna z moich znajomych z dumą obnosiła się na Facebooku, że na pewnym portalu można obejrzeć fajny film i to za śmiesznie małe pieniądze. Serwisy streamingowe z nielegalnymi treściami znalazły cudownie prosty sposób, by przyciągnąć do siebie klientów. Zmusiły ich do płacenia.

    To rozwiązanie jest tak genialne, że aż trudno w nie uwierzyć. Bo przecież trzeba być skończonym debilem, by jawnie płacić za coś, co jest kradzione. Dlaczego więc tak wiele osób to robi? Bo wydając te kilka złotych, czyścimy sumienie. Serwis streamingowy, który w Polsce jest nad wyraz popularny, ostatnimi czasy postawił jednak na legalne źródła. Przynajmniej w części, gdzie jego twórcy nie boją się podpisać. Zawiązano współpracę z kilkoma dystrybutorami i za miesięczny abonament uzyskuje się dostęp do legalnej kultury. Dość ubogiej będąc szczerym, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że widać zmiany na lepsze, choć cały czas użytkownicy serwisu mogą uploadować swoje materiały i te będą wisiały na stronie tak długo, aż ktoś ich nie zgłosi do usunięcia. Walka z piractwem jest gorsza niż ta z wiatrakami, bo nie sposób wygrać.

    www.unsplash.com/Radek Grzybowski

    Dopóki nie przestaniemy myśleć o kulturze, jak o czymś, co jest darmowe, nigdy nie uda się wyplenić piractwa. Zawsze znajdą się kontrargumenty, z którymi nie da się walczyć. W komentarzach pod filmem o piractwie znalazłem taką właśnie wypowiedź. Jej autor stwierdził, że on niczego nie kradnie, bo przecież autor dalej ma swoją pracę, a on jedynie korzysta z kopii i nie widzi w tym nic złego. Co z tego, że za tą kopię nie zapłacił i przekazuje ją dalej. Filmy, muzyka i książki są digitalizowane tak łatwo, nie ma powodu za nie płacić. Można mieć je za darmo, bo nie robimy nikomu krzywdy. Filmowcy, muzycy i pisarze dalej mają swoje dzieła, czyli nie ma mowy o kradzieży. Jeżeli nic się nie zmieni, to w końcu sztuka przestanie powstawać, bo jej twórcy będą zajęci robieniem czegoś, co przynosi im dochód.

    Pamiętam, jak znalazłem swoją powieść w serwisie, gdzie można było ją pobrać za darmo. Czułem się, jakby dostał po ryju, bo ktoś wszedł do mojego warsztatu i zabrał mi moje krzesło.

    Tak zwyczajnie.

    Bartosz Szczygielski

  • Król Ćwiek i (ponad) trzystu krasnoludków

    Kto nie był we Wrocławiu i nie pogłaskał krasnala, niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Umówmy się, to taki sam rytuał jak wrzucenie monety do fontanny w Rzymie, czy zrobienie sobie fotki na tle figury Jezusa ze Świebodzina. Must have. Jakub Ćwiek poszedł krok, no dobra, kilometry dalej i…

    No właśnie, i co? Nie zdradzę za dużo, bo zrobi to sam autor już dziś o 20:00, kiedy to na swoim fanpejdżu spotka się z Wami i odpowie na wszelakie pytania. Na ten moment musi wystarczyć ten filmik i jego klimat. Enjoy! Jedno jest pewne: Wrocław jaki znaliście do tej pory, odejdzie bezpowrotnie. 

  • „Nigdy się nie spotkaliśmy, ale znałem ją doskonale”. Felieton Waldemara Cichonia.

    Do tego, że odeszła Wanda Chotomska prędko nie przejdziemy do porządku dziennego. Przeczytajcie felieton Waldemara Cichonia, autora bajek dla dzieci, który wspomina zmarłą wczoraj autorkę.

    Odeszła Królowa dziecięcej literatury. Autorka ponad 200 (!) książek, słuchowisk radiowych i widowisk telewizyjnych dla najmłodszych, pisarka i poetka, bez której nie sposób dokonać próby opisu polskiej literatury dziecięcej ostatniego stulecia.

    Wanda Chotomska.

    Mistrzyni.

    Nigdy nie miałem okazji poznać Jej osobiście, czego żałuję, bo musiała być wspaniałą osobą. Ktoś, kto pisze tak jak Ona, musi być cudownym człowiekiem. Kimś, kto kocha ludzi – zwłaszcza dzieci, życie, pisanie, a przy okazji – nieustanie wszystkim się zachwyca i dziwi.

    Wydaje mi się jednak, że pomimo tego, iż nigdy nie spotkaliśmy się, znałem Ją doskonale.

    Z Wandą Chotomską wiąże się jedno z moich pierwszych czytelniczych wspomnień: kwadratowa książeczka z serii „Poczytaj mi, mamo!” Naszej Księgarni, ja po jakiejś dziecięcej traumie siedzący na kolanach mojej Mamy. Ślimtam, beczę i się mazgaję, a mama głaszcząc mnie po głowie zaczyna czytać: „Hipopotam jest istotą, która bardzo lubi błoto”… Pomogło. Wizja grubasa skaczącego do bagniska i późniejsza wyliczanka („chlupopotam, chlapopotam, chlapobotam, chlupobłotam”) rozbawiły mnie do tego stopnia, że zapomniałem o strachu
    i bólu.

    A chłopak na opak, co to siedział na drzewie i nikt nie wiedział dlaczego? A kurczę blade, przez które dziadek nie mógł zrobić sobie kogla-mogla? A cielę, co mieliło ogonem? A czarna krowa w kropki bordo, która nie tylko trawę gryzła mordą kręcąc, ale równocześnie pomagała wielu pokoleniom polskich dzieci niepotrafiących wymówić spółgłoski „r” walczyć z tym logopedycznym problemem?

    Też powtarzałem w kółko wiersz o krasuli. I moi obydwaj synowie, którym wiersze Pani Wandy czytałem. Uczyliśmy się ich na pamięć na przedszkolne i szkolne przedstawienia, czytaliśmy przed snem, w podróży i jako remedium na strach oraz ból w szpitalnych poczekalniach. Zawsze pomagało.

    Dziś, jako człowiek dorosły i przy okazji autor – pożal się Boże – książek dla dzieci, w pełni doceniam kunszt Mistrzyni. Uwierzcie, nie jest łatwo w krótkim utworze opowiedzieć dzieciakom dobrą, interesującą historię, a przy okazji uczynić to lekkim, dowcipnym wpadającym w ucho i pozostającym w pamięci rymem, dodać element suspensu i nie popaść w tę bezsensową manierę natarczywego wychowywania, socjalizowania i moralizowania. To potrafią tylko wielcy pisarze.

    Zabrzmi to jak banał, ale czuję się, jakby dziś ktoś wyrwał mi cząstkę duszy. Jakbym żegnał starego przyjaciela, choć – jako się rzekło – nie spotkaliśmy się nigdy. Wiem, „nie wszystek umrę”, wiem, „zostawiła pomnik trwalszy niż ze spiżu”, ale mam wrażenie – i znów banał przeklęty – że dziś skończyła się pewna epoka. Epoka pięknych, mądrych, dowcipnych opowieści, które czarują dzieci.

    Każą nam wierzyć, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to nieprawda.

    Pani Wando, dziękuję. Za „Pięciopsiaczki”, „Siedem księżyców”, „Tadka – niejadka”, „Remament”, „Kram z literami”, czarną krowę i chłopaka na opak. I za wspaniałe dzieciństwo, które miałem również dzięki Pani twórczości.

    Spoczywaj w pokoju.