Kategoria: Aktualności

  • Przyjaźń, strata, tory kolejowe. Jakub Małecki opowiada o „Rdzy”

    Dygot”, „Ślady”, a teraz „Rdza”. Dziś premiera książki, która zaczyna się kilkanaście lat temu, ale fabuła przenosi nas też wstecz o lat kilkadziesiąt. Rzecz o przyjaźni, byciu w drodze, a także układaniu monet na torach kolejowych. „Rdza” jest w każdym z nas, czasem tylko trzeba spojrzeć bardzo głęboko.

     

  • Twardoch, Brown, Theroux, Hanks…Wysyp jesiennych premier

    Większość społeczeństwa go nienawidzi, ale fani literatury, wręcz uwielbiają. Październik już powoli puka do drzwi oraz…do portfeli, bo nowości będzie tyle, że do księgarni trzeba wejść z tygodniówką Zlatana Ibrahimovica. Poniżej subiektywne zestawienie październikowych nowości, smacznego.

  • „Przeminęło z lajkiem”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pisarze w social mediach są z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze po to, żeby sprzedawać więcej książek. Po drugie, żeby połechtać swoje ego. Dobrze, żeby ten drugi cel nie przysłaniał pierwszego.

    Nie jestem wielkim specjalistą od social mediów. Właściwie to nie jestem żadnym specjalistą. Podziwiam ludzi, którzy potrafią to ogarniać. Takich, jak chociażby obecny na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja raczej mozolnie przebijam się przez plątaniny linków, morza gifów i kamieniołom kontentu, próbując jako tako nawiązać i zbudować relację ze swoimi czytelnikami, a może przy okazji zdobyć kilku nowych. Częściej popełniam błędy niż odnoszę sukcesy. Sprawdzam, co interesuje odbiorców, a co ich nudzi. Wychodzi jak wychodzi. Na facebooku mam około 2 tys. fanów. Na Instagramie ledwie 200, ale tam zacząłem się bawić dopiero niedawno. Kiedy opowiedziałem o tych liczbach Jakobe Mansztajnowi (połówka Make life harder), widziałem malujące się na jego twarzy zmieszanie, kiedy szukał sposobu, żeby powiedzieć mi w delikatny sposób, że te liczby są oględnie rzecz ujmując – mało imponujące. Niepotrzebnie. Wiedziałem o tym. Pewnie potrafiłbym nawet w dość łatwy sposób podbić liczbę lajków. Wystarczyłoby zamieścić parę zdjęć słodkich kotków z „motywacyjnymi” sentencjami, napisać kilka ostrych tyrad politycznych, w których atakowałbym jednych lub drugich (albo obu naraz), a może spróbować pójść w skandal i w wulgarno-satyryczny sposób skrytykować jedną z głośniejszych książkowych premier tego roku. A może inaczej, sprzedać parę rodzinnych historyjek. Przecież opowieści o tym, co słodkiego wyczyniało moje dzieciaki albo co zniszczył pies, zasługują ma parę lajeczków, co nie?

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Niektórzy tak robią. Nie oceniam. Działam w tych social mediach i próbuję w ten sposób sprzedać kilka książek więcej. Ale bez przesady. Informuję więc czytelników o planach literackich, spotkaniach, datach premiery, podtrzymuję zainteresowanie. Słowem, staram się, żeby kiedy w księgarni zobaczą powieść z nazwiskiem Chmielarz na okładkę, zatrzymali się na chwilę i zastanowili, czy jej nie kupić. Równocześnie toczę sam ze sobą nieustające negocjacje na temat tego, co mogę ujawnić o swoim życiu, a czego nie wypada. Social media to w ogóle zdradliwe środowisko. Łatwo się w nim poczuć ważnym. Like’i uruchomiają ośrodek przyjemności w organizmie, jakby naprawdę miały jakieś realne znaczenie. Chcemy ich więcej, i więcej, więc łatwo przekraczamy kolejne granice, żeby zdobyć jeszcze większą widownię. Łatwo o większą lub mniejszą wpadkę. W Polsce nie mają one tak wielkiego znaczenia, jak na Zachodzie. Tam jeden nieostrożny tweet potrafi zniszczyć karierę i niemalże życie (jak to opisuje Jon Ronson we „#Wstydźsię!”). Ja jestem ostrożny. Jak najmniej informacji osobistych. Polityka rzadko. Tylko wtedy, kiedy na sto procent jestem przekonany do słuszności danej sprawy. Żadnych opowieści o dzieciach, szanuję ich prawo do prywatności. Sporo o książkach, bo w końcu jestem pisarzem. Trochę zasłyszanych anegdotek. Nie wiem, czy to dobra strategia obecności w social mediach. Wiem za to, że kiedy spojrzę na swój profil za rok, dwa czy pięć, nie będę się musiał wstydzić niczego, co tam znajdę. Jak zaobserwowałem, stosuję jedną z dwóch głównych strategii obecności w sieciach społecznościowych. Ta bezpieczniejsza. Druga, bardziej ryzykowna, zakłada pójście w kontrowersje. Wyraźne i mocne przekazanie pokazanie swojego zdania na dowolny temat. Czasami w sposób szczery, bo coś nas faktycznie wkurza, czasami po to, żeby tylko zrobić wokół siebie szum. Są pisarze, które potrafią na tym sporo wygrać. Kojarzę też kilku, którzy na tym równie wiele przegrali. Nie chcę tutaj rzucać nazwiskami. Jest po prostu paru autorów, którzy musieliby się mocno napracować, żebym sięgnął po ich książki po tym, kiedy zobaczyłem, jak się zachowują w sieci. Niby powinno się oddzielać autora od dzieła, ale czasami złe wrażenie jest na tyle silne, że trudno się przemóc.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Żeby też nie było do końca cynicznie, kontakt z czytelnikami, jaki nawiązałem na facebooku, sprawia mi cholerną przyjemność. Dobrze jest wiedzieć, że moje książki do kogoś trafiają. Że ludziom podobają się one na tyle, że chce im się poświęcić te kilka minut, żeby mi o tym napisać. Świetna sprawa. Ale też mam wrażenie jest zapotrzebowanie na naszą obecność w sieci. Czytelnicy chcą mieć możliwość wirtualnego przynajmniej spotkania się z ulubionym autorem. Poznania go odrobinę bliżej i bardziej. Sam długo broniłem się przed oficjalną i pisarską obecnością w social mediach. Złamałem się w końcu, ale żałuję, że zrobiłem to tak późno. Facebook i Instagram powoli stają się obowiązkowymi pisarskimi narzędziami, na równi z edytorem tekstu. Szczerze rzecz mówiąc, nie wiem, co na ten temat sądzić. Z jednej strony, fajnie by było wrócić do tych prostych czasów, kiedy wystarczyło po prostu pisać książki. Z drugiej, nigdy pisarze nie mieli szansy tak łatwo i tak szybko nawiązać bezpośredniego kontaktu z czytelnikami. Zastanowię się, nad tą kwestią. A jak już coś wymyślę, to możecie być Państwo pewni, że przeczytacie o tym na moim profilu.

    Wojciech Chmielarz

  • Stephen King i kryminały, czyli tekst ekspercki w dniu urodzin autora

    I. Mój Stephen King

    Każdy pewnie ceni go za co innego. Dla mnie Stephen King to przede wszystkim znakomity psychologizm postaci, wiarygodne charaktery, rysowane krótkimi, trafnymi pociągnięciami pióra. Nie bawi się w mozolne opisy, pełne nieudolnie doklejanych epitetów, zamiast tego szkicuje drobiazg, małą sytuacyjkę, w której postać coś robi lub myśli, a my już wiemy, z kim mamy do czynienia. Potrafi oddać meandry myślenia obłąkanych dewiantów, lubuje się w opisach ich zwariowanych pomysłów, niestandardowego kojarzenia i umiejętności przypisania innym własnych intencji. Psychotycy to jego ulubieni źli bohaterowie. Równie dobrze wychodzi mu chwytanie cech ich ofiar: maltretowanych żon i dzieci, przerażonych nastolatków, poczciwców łatwo wpadających dzięki swej poczciwości w pułapkę.

    Kocham Stephena Kinga za coś najbanalniejszego na świecie: rys obyczajowy. Jednym z jego najważniejszych i najbardziej udanych bohaterów jest amerykańska prowincja z jej nudną codziennością – to najlepszy grunt dla horroru. W atmosferze sennych, nijakich dni, w otoczeniu dobrotliwych sąsiadów, w najbardziej intymnych miejscach, jak dom, ogród, sklep, szkoła – tam rodzi się prawdziwie przerażające zło.

    Uwielbiam język Kinga, jego zakorzenienie w literaturze. Jest zwierzęciem literackim, u którego granica pomiędzy fikcją zaczerpniętą z literatury, a realnym doświadczeniem osobistym, jest zupełnie zatarta. Jak sam przyznaje, czyta bez przerwy i wszędzie, więc jego zanurzenie w materii literatury jest permanentne. Nie tylko popularnej, także tej tzw. wysokiej (Szekspir, Dostojewski, Elliot, Poe). Cytatami z niej żongluje równie swobodnie, jak tekstami piosenek. Nie boi się zaczerpnięć i parafraz, z nich na przykład utkana jest ośmiotomowa Mroczna wieża, której tytuł zresztą również zaczerpnięty został z klasyki: Robert Browning, Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął. Język literatury wysokiej dopiero wtedy w pełni zachwyca, gdy przepleciony zostaje z językiem potocznym, dopiero wtedy widać jego wirtuozerię, dialogiczność i wielorakość mowy ludzkiej. King potrafi uwodzić swobodą w posługiwaniu się nią.

    Mistrz grozy wciąga mnie w swoje lęki i koszmary, ponieważ lokuje je zwykle w dzieciństwie. Najlepsze książki Kinga przenoszą nas w szczenięce lata, tam, gdzie leży jądro naszego doświadczenia świata, czyli de facto – naszego strachu przed nim.

    I wreszcie, Stephen King pisze sobą. Jego powieści zawierają tak wiele wątków autobiograficznych i autotematycznych, że w jakimś sensie wszystkie one składają się na jedną wielką autobiografię. King nie szuka specjalnie daleko, sięga do własnych doświadczeń i z nich montuje charaktery głównych bohaterów. Dominują alkoholizm i kryzysy twórcze, ale również takie konkrety, jak przeprowadzka do nowego domu (Cmętarz zwieżąt), uporczywy ból wskutek wypadku, który prowadzi do szaleństwa, ale i daje natchnienie (Misery) itd.). Ciekawe są postacie kobiece (Gra Geralda, Rose Madder, Dolores Claiborne), w których do głosu dochodzi ta druga, kluczowa dla pisarza część, czyli anima.

    II. Mistrz horroru pisze kryminał

    Kiedy parę lat temu świat czytelniczy obiegła lotem błyskawicy informacja, że Stephen King pisze kryminał, wśród jego wielbicieli dominowały wątpliwości, czy mistrz da radę. Mnie zajmowało co innego. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym kryminałem. Czy nie wystarczy mu być mistrzem grozy i pozazdrościł innym, bo kryminał jest wyższy, albo bardziej „rynkowy”? W podejrzeniu tym wspierały mnie takie drobiazgi jak to, że jedna z bohaterek Panu Mercedesie nazywa się Janey Patterson, czyli prawie jak James Patterson, jego największy rywal na liście najbogatszych pisarzy. W dodatku King uśmierca ją pod koniec powieści. Przypisywałem mu również kaprys sprawdzenia się w innej formie, co jest cechą prawdziwych mistrzów. Kiedy osiągniesz szczyt w pewnym gatunku czy stylu, porzucasz go i sięgasz po nowy. Nurtujące mnie przy tej okazji pytanie, czy można tak łatwo zmienić formę, zakładałem również u samego Kinga, i bardzo mnie ciekawiło, co z tego wyjdzie.

    III. Recenzje i omówienia:

    Popełniłem błąd, wynikający po części z naiwności, a po części z nawyku zawodowego, to znaczy zanim sformułowałem swoje sądy, sięgnąłem do recenzji. I tych drukowanych, i tych internetowych, hulających po portalach i blogach jak wiosenne wiatry. Tysiące wypowiedzi, setki opinii, dziesiątki długaśnych recenzji, które w ogólności sprowadzały się do mniej lub bardziej nieudolnych streszczeń oraz dwóch nawzajem się wykluczających konkluzji: Mistrz jak zwykle w świetnej formie! oraz King się skończył. Tak jakby chodziło o ogłoszenie werdyktu w jakiejś walce gladiatorów. Dać laur albo zabić. Nic pośredniego. No, ale tak zwykle wyglądają werdykty tłumu, pozbawione niuansów i rzetelnego rozważenia argumentów, na czym wielu się już przejechało, nie wyłączając Jezusa Chrystusa. Zniechęcony zamknąłem to niby-krytyczne targowisko próżności. Okazało się to, co zawsze – w ocenie byłem skazany wyłącznie na siebie. Wziąłem klocki, poszedłem do kącika, usiadłem na podłodze i zacząłem je układać po swojemu.

    IV. Trylogia kryminalna S. Kinga

    Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to zmiana tonu. King odszedł od swojego bogatego, brawurowego i wielowarstwowego języka na rzecz spokojnej, jednostajnej, by nie rzec – monotonnej narracji. Niewiele w Panu Mercedesie było z brawury Lśnienia czy Bastionu. Postacie jakby się uspokoiły, opanowały, okiełznały swoje charaktery i nawet psychol Brady Hartsfield mówi jakoś mniej porywczo i obłąkańczo niż, dajmy na to, Jack Torrance. Czytało się jednak nadal świetnie. Tylko nieco inaczej.

    Druga obserwacja dotyczyła autocytatów. King bawił się sam ze sobą (bosz, jak to brzmi), cytował własne utwory i postacie, a nawet pomysły. Okej, czynił to już dawniej, ale tutaj jakby chciał się tym popisać, świadomie sparafrazować siebie. A może z nostalgią przywołać tamtego, dawnego Kinga. I tak na przykład znajdziemy tu klauna Pennywise’a z To, albo samochód, który sam startuje i zabija ludzi (Christine).

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Trzecia obserwacja potwierdzała stały chwyt narracyjny króla grozy, czyli autobiografizm. Bill Hodges jest jak Stephen King – stary, schorowany i myślący o śmierci, ale już nie tej wyobrażonej, horrorowej, w tanich dekoracjach z tunelu grozy w wesołym miasteczku, tylko tej prawdziwej, realnej śmierci na raka albo zawał. Główny bohater jest też trochę staroświecki, nie zna się na nowinkach technologicznych i młodsi o jedną, dwie generacje pomocnicy muszą sporo detektywistycznej roboty wykonać za niego, ponieważ związana jest z komputerami, internetem i całym tym straszącym emerytów światem cyfrowym. To najnowszy lęk Kinga i jego protagonisty – rzeczywistość wirtualna. To, czym żyją nowe pokolenia, jest coraz dalsze i bardziej obce, i budzi pierwotny, dziecięcy lęk. Wszak na starość wracamy do dzieciństwa…

    Kolejne moje spostrzeżenie dotyczyło samej konstrukcji kryminału. Forma tak, jak powszechnie wiadomo, budowana jest zwykle na schemacie śledztwa i możliwości kombinatoryczne są tu dosyć ograniczone. Albo usiłujemy rozwiązać zagadkę, albo znamy rozwiązanie od początku, a śledzimy sposób dochodzenia do niego głównych bohaterów. U Kinga można tu dostrzec pewną innowację, wywiedzioną z jednej z jego mocnych stron, czyli psychologizmu. Otóż śledztwo na początku jest przede wszystkim myśleniem, kombinowaniem, szukaniem nici (wariant porucznika Columbo), natomiast w finale jest psychodramą. W tym sensie kryminał Kinga jest trochę nietypowy: rozstrzygające są charaktery i sposoby myślenia ściganego i ścigającego, natomiast sama gonitwa, wybuchy itd. są już dosyć stereotypowe.

    Szaleniec, odmieniec, potwór jako sprawca. W tym kierunku kryminał światowy zmierza już od jakiegoś czasu i King nie jest tu bardzo oryginalny. Konstruuje zresztą portret psychologiczny Brady’ego Hartsfielda na podobieństwo swoich dawnych bohaterów (na przykład Mroczna połowa, Bastion, Dallas’63). Najciekawsze są momenty, kiedy w jego usta wkłada poglądy całkiem przenikliwe i takie, pod którymi chętnie byśmy się sami podpisali. W Panu Mercedesie potwierdza, że nadal potrafi świetnie wchodzić w umysły szalonych sprawców:

    Wszystkie religie kłamią. Wszystkie zasady moralne są złudzeniem. Nawet gwiazdy to miraż. Prawdą jest ciemność i jedyne, co się liczy, to złożyć oświadczenie, zanim wejdziesz w tę ciemność. Naciąć skórę świata, żeby została blizna. Ostatecznie tym jest cała historia: tkanką bliznowatą.

    Zło musi być obrzydliwe, w jakimś sensie zboczone i instynktownie je odrzucamy. A zarazem fascynuje, przyciąga, kusi…

    www.unsplash.com/James Sutton

    W trylogii kryminalnej King używa również innego ze swych sprawdzonych narzędzi. Konstruuje żywe, przekonujące postacie, nawet kiedy nie jest to potrzebne. Zgromadzeni przed City Center ludzie, dziewczyna z dzieckiem, chłopak… – niepotrzebnie ich polubiliśmy, ponieważ zaraz zginą. Pojawia się coś w literaturze niesłychanie męczącego, uwierającego psychicznie, niewygodnego, a mianowicie zbędna empatia. Wczuwamy się w fikcyjne postaci po to, by zaraz je utracić i zostać z pustymi rękami.

    Doszedłem do wniosku, że Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty to właściwie nie są kryminały, a kolejne horrory opowiadające o tym, że trzeba zatrzymać patologiczne zło, którego jedynym celem jest niszczenie ludzi. Kryminał jest pretekstem, i tak od początku wiemy, kto zabił. Prawdziwe zło dopiero ma się wydarzyć. Ważniejsza od śledztwa jest rywalizacja pomiędzy gliniarzem a sprawcą. Tu nie ma kryminalnych zagadek w klasycznym sensie. Ważne jest, jak się na końcu złapie patologicznego zabójcę, uniemożliwiając mu dokonanie straszliwego zamachu. Ośrodkiem zainteresowania autora nie jest dochodzenie, lecz lęk przed niesamowitym, szalonym, przed tym, co leży gdzieś poza słowami, na samym dnie mrocznej ludzkiej duszy.

    O tym, że mamy do czynienia z horrorem, przekonuje nas sam Stephen King. W Dance macabre poucza nas o trzech poziomach strachu w horrorze:

    GROZA – najwyższy poziom, kiedy strach wywołuje to, co rodzi się w umyśle (opowieść o haku na klamce samochodu, pierścionek i ślad stopy w Grze Geralda). W trylogii kryminalnej Kinga czymś takim jest wnętrze umysłu Brady’ego Hartsfielda.

    STRACH – jako reakcja fizyczna, realna, ponieważ wywoływana przez coś, czego naprawdę się boimy (np. chodzący trup). W trylogii może być czymś takim przypadek z Końca warty, czyli człowiek z kimś obcym w mózgu.

    I wreszcie OBRZYDLIWOŚĆ – boimy się czegoś, co jest wstrętne, odpychające, a zarazem niezrozumiałe (potworek wyskakujący z piersi w Obcym, monstrualna menstruacja w Carrie). Tu może być czymś takim grube ciało matki Brady’ego, które potem gnije w domu, albo rozerwane ciało Janey, czy też śmierć Cory Bobineau. Przykładów jest więcej.

    Parę słów warto jeszcze poświęcić narratorowi. Kim on jest? Zna i detektywa Hodgesa, i Brady’ego Hartsfielda, siedzi w głowach obu antagonistów i prowadzi narrację bawiąc się nią. Nie tylko wie wszystko, ale ogrywa tę wiedzę (np. kulki w kamizelce Brady’ego są takie same, jak w Happy Slepperze Hodgesa). Potwierdza się to, co mówiłem wcześniej: Stephen King panuje nad narracją, język służy mu jak poddany królowi (w końcu king to król). W ciekawy sposób prowadzi on narrację o śmierci głównego bohatera na końcu. Jest ona i oczekiwana, i konwencjonalna. Miałem wrażenie, że sam King żegna się tu ze światem, pozostawiając swoich bohaterów jak sieroty, płaczące (również bardzo konwencjonalnie) na jego grobie. Jakby jeszcze jednym z tematów swojej trylogii chciał uczynić odejście w przeszłość nie tylko samego Kinga, ale całej jego epoki. Narracja w scenach z Billem Hodgesem prowadzona jest w czasie teraźniejszym, rzeczy dzieją się na naszych oczach, równolegle. Trochę jak scenariusz filmowy.

    Przyszło mi do głowy jeszcze coś. Stephen King chciał napisać kryminał, ponieważ pewien facet parę lat temu wyprzedził go w liczbie sprzedaży książek na świecie. Nazywa się James Patterson i pisze kryminały (wspominałem, że kobieta Billa nazywa się Janey Patterson i ginie na końcu). Patterson to proste historie, banalny, mało literacki język, krótkie rozdziały, żeby nie męczyć czytelnika. Czuć, jak King w swojej trylogii próbuje to naśladować: powstrzymuje się, żeby nie hulać psychologicznie i literacko, jak dawniej. W pierwszym tomie nie ma już odniesień do literatury, cytatów z poezji, aluzji do wielkich dzieł. Jest trochę muzyki i komputerów – próba sprostania nowym czasom. W drugim już jest tylko literatura. King nie wytrzymuje i staje się sobą.

    Jeszcze jeden cytat z Danse macabre:

    Owa kwestia definicji [science-fiction kontra fantasy – KZ] to pułapka i osobiście nie znam chyba nudniejszego tematu do dyskusji. Podobnie jak niekończące się dywagacje na temat stóp rytmicznych we współczesnej poezji czy też możliwej roli, jaką odgrywają znaki przestankowe w opowiadaniach, w istocie jest to spór o to, ile diabłów może zmieścić się na czubku szpilki. Taki temat nie może być interesujący, chyba że uczestnicy dyskusji są mocno pijani albo są nimi studenci wyższych lat, oba te stany bowiem charakteryzują się zbliżonym poziomem niekompetencji.

    Gdzieś chyba tu lokuje się sedno, do którego zmierzam. Kingowi nie jest potrzebne definiowanie różnicy pomiędzy kryminałem a horrorem, ponieważ znamy go również jako mistrza w mieszaniu gatunków i przełamywaniu konwencji, czym zresztą uwodzi nas nie gorzej, niż wymyślaniem kolejnych powodów do strachu. Wspomnę tylko jeden, ale może najbardziej jaskrawy przykład, czyli Colorado Kida. Jest to świetny antykryminał, coś jak Śledztwo Lema, gdzie zagadka nie tylko się nie rozwiązuje, ale brnie w absurd i zostawia nas w niezaspokojonym oczekiwaniu. To nie tylko prztyczek w nos, ale i sygnał, że konwencje są dla pisarza głównie po to, by je przełamywać. On jest twórcą, a nie czeladnikiem. O jego podszytej cynizmem dezynwolturze w tych kwestiach mogą świadczyć motta do Znalezione nie kradzione:

    Tylko schodząc w otchłań, możemy odnaleźć skarby życia – Joseph Campbell

    Wszystko gówno znaczy – Jimmy Gold

    Mówiłem o autotematyzmie, jako jednym z wiodących tematów? W Znalezione nie kradzione pisarz tak mówi o swojej śmierci:

    Koniec lekarstw. Koniec wypominania sobie przeszłości, pobojowiska zniszczonych związków, zostawionych po drodze jak rozbite samochody. I koniec z obsesyjnym pisaniem, koniec z gromadzeniem tych notesów jak kupek króliczego gówna rozsianych wzdłuż leśnej ścieżki.

    King skleja fabuły ze swoich dawnych pomysłów (autoplagiat? autocytat? autoparafraza? – wszystkiego po trochę) i sprawia wrażenie, jakby mu to wcale nie przeszkadzało. Odnoszę wrażenie, że podobnie do swoich niektórych bohaterów (złych bohaterów!) zatracił poczucie granicy pomiędzy przeżytym a wymyślonym. I tak:

    problem Morrisa Bellamy z Jimmym Goldem (bohaterem trylogii zamordowanego pisarza Rothsteina – amalgamat Updike’a, Ph. Rotha i J. Salingera) podobny jest do problemu bohaterki Misery Annie Wilkes: Pisarzu! Nie wolno ci zabijać głównego bohatera! Tu Jimmy Gold zmieszczaniał i zdaniem Morrisa się sprzedał, więc zasługuje na śmierć;

    Morris w więzieniu jest jak bohater Skazanych na Shawshank: pisze za innych więźniów i zyskuje przychylność oraz opiekę. Dzięki temu wcześniej wychodzi;

    wnikanie w umysły innych w Końcu warty to niemal cytaty z Mrocznej połowy oraz Strefy mroku. („Ktoś inny jest w twojej głowie”).

    www.unsplash.com/Eli Francis

    Złe charaktery w obu tych przypadkach to ludzie, którzy literaturę traktują jak rzeczywistość. Nie potrafią odróżnić fikcji od realności. Autotematyzm przeplata się z autobiografizmem w sposób niemożliwy do rozplątania i wydaje się, że tyleż Kinga, co jego bohaterów. W Znalezionym nie kradzionym mamy odniesienia do Wyspy skarbów R. L. Stevensona i Złotego żuka E. A. Poego – jak mówiłem, wyobraźnia Kinga zanurzona jest w cudzych tekstach. Nie może sobie odmówić przyjemności wstawiania intertekstualnych odniesień. Dla niego, jak dla wymienionych klasyków, prawdziwym skarbem, bezcennym znaleziskiem o wartości nieporównywanej z niczym, jest sama literatura.

    I jeszcze jedno, kluczowe. Największym i najstraszniejszym potworem w twórczości Stephena Kinga jest człowiek. To jego tak naprawdę się boimy, jego wyglądu, czynów, myśli, intencji. Największą potwornością jest porządek rzeczywistości zburzony przez wariata, szaleńca, kompletnego świra, który w umyśle nosi przedwieczny chaos. Rzecz jednak w tym, że chcemy tego naruszenia porządku, i po to wkracza fantastyka. Świat realny, z jego racjonalizmem i zdrowym rozsądkiem, potrzebnym na przykład do rozwiązania kryminalnej zagadki, już nam nie wystarcza. Skoro i tak wielu rzeczy nie rozumiemy, to powiedzmy sobie jasno: duchy istnieją, a my lubimy ścigać ich cienie, nawet jeśli przy tym umieramy ze strachu. Albo przynajmniej pożeramy nadmierne ilości popcornu.

    Stephen King właśnie skończył siedemdziesiąt lat i jego własne doniesienia o końcu epoki Kinga wydają się zdecydowanie przedwczesne. Ponieważ deklaruję się jako jego wielbiciel, pragnę oświadczyć, że cokolwiek by jeszcze nie napisał, i tak przeczytam z zapartym tchem. Od pewnego czasu przestałem zajmować się ocenami w rodzaju King się skończył, albo King wiecznie żywy. Kiedy pojawia się jego kolejna książka, po prostu kupuję od razu w dniu premiery i czytam, wszystko inne odkładając na bok. Czy może być większy komplement dla pisarza?

    Krzysztof A. Zajas jest literaturoznawcą, kulturoznawcą, profesorem polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Napisał kryminalną „trylogię grobiańską” oraz horror „Oszpicyn”. Prywatnie jest fanem Stephena Kinga.

  • „Rysowałem Knychale szubienice”, rozmowa z milicjantem, który skłonił mordercę do zeznań

    Był nazywany Wampirem z Bytomia oraz Frankensteinem. Na przestrzeni ośmiu lat zamordował na terenie Śląska pięć kobiet. Przemysław Semczuk napisał o Joachimie Knychale książkę „Kryptonim Frankenstein”. Obejrzyjcie rozmowę autora z Romanem Hulą, który opowiada, w jaki sposób skłonił mordercę do przyznania się do winy. Poznajcie szczegóły zatrzymania Knychały.

  • „Kultura z niższej półki”, felieton Bartosza Szczygielskiego

    Rzodkiewka, borówka, groszek i mój ulubieniec, kalafior. Każde z nich ma nawet swoje imię, a wspominany już kalafior o wyglądzie lekko upośledzonego Beethovena w dresie, to Krzyś. Takiego szału, jak na te pluszowe zabawki, dawno nie uświadczyliśmy. Jaki to ma związek z książkami? Większy niż sądzicie.

    W nogę uderza mnie kawałek metalu, który przed kilkoma laty musiał wyglądać jak wypolerowana biżuteria. Jeszcze gdzieniegdzie na wózku widać ślady świetności, choć trzeba się przyjrzeć, by dostrzec je przy warstwie brudu i odcisków palców tysięcy klientów. Kobieta, która postanowiła przyśpieszyć moją osobę i zmusić mnie do tego, bym przesunął się kolejne kilka centymetrów do przodu, zdaje się nie zauważać w swoim zachowaniu niczego niestosownego. Ot przecież to tylko lekkie stuknięcie, a osiągnęła swój cel, bo zrobiłem półkroku w stronę upragnionej kasy. Niewiele to zmieniło w naszej sytuacji, bo zanim zdążę wyłożyć zakupy na taśmę i tak minie kilka minut. O ile będę miał szczęście, a zazwyczaj go nie mam.

    www.unsplash.com/Clark Young

    Przywykłem do tego, że podczas zakupów nie mam większego styku z kulturą. Jestem to w stanie zrozumieć. Częściowo. Sam nienawidzę chodzenia między półkami i szukania czegoś, co jeszcze w zeszłym tygodniu leżało tam, gdzie teraz nie leży. Tłok, brak dziennego światła i ludzie nie szanujący niczego, czego jeszcze nie kupili. To, że znajdę porzucone opakowanie żółtego sera gdzieś między papierem toaletowym, a kuchennymi ręcznikami, nie jest już dla mnie zaskoczeniem. Gorzej, gdy wśród ziemniaków znajduję Żulczyka.

    Minęło sporo czasu zanim pogodziłem się z myślą, że książka to coś więcej niż kolejny towar, który należy sprzedać. W swojej młodzieńczej naiwności sądziłem, że to sztuka zasługująca na to, by stać ładnie na dobrze oświetlonej księgarskiej półce i być podziwiana. Po części jest to prawda, ale tylko w kwestii sztuki. Stworzenie powieści nią jest, ale wszystko co dzieje się dalej to już marketing. Autor ma niewielki wpływ na to, co dzieje się z jego już wydrukowaną książką. To, że ląduje na serwisach aukcyjnych lub w antykwariatach to dobrze, bo ktoś ją może jeszcze przeczyta.

    Boli mnie za to, gdy widzę, jak ktoś nie szanuje produktów. Jakichkolwiek. Najczęściej widuję przejawy takiego zachowania właśnie w dyskontach, choć zdarzało się to i w sklepach, które pozycjonowane są na te z „wyższej półki”. I tutaj dochodzimy do momentu, gdy te dwie, zdawałoby się niepowiązane ze sobą sprawy się łączą. Książki w sklepach spożywczych i supermarketach są już codziennością. Pamiętam oburzenie, które ten „proceder” wywołał. Oczywiście w komentarzach na Facebooku, bo pikiet pod dyskontem możemy spodziewać się chyba tylko wtedy, gdy zabraknie w nich pluszowych warzyw i owoców.

    Dużo wypowiadających się wtedy osób, wieściło rychły koniec małych księgarni, które to nie będą w stanie poradzić sobie z nową konkurencją. Czy tak stało się w rzeczywistości? Nie sądzę, bo księgarnie upadają z różnych powodów, a to, że w pobliskim dyskoncie dostaniemy raptem kilka pozycji parę złotych taniej, nie zmieni drastycznie przychodów. A już na pewno nie na tyle, by księgarze pakowali swoje manatki. Kolejnym argumentem było to, że w większości tytuły stawiane na półkach były w wersjach pocket. Mniejszy format, gorszy papier, ale niższa cena. Takie wydania stoją już w księgarniach, ale przecież zawsze znajdzie się powód do narzekania.

    www.unsplash.com/Lukas Budimaier

    Szukałem teraz komentarzy, które byłby w podobnym tonie, ale ich nie znalazłem. Jedynie pojedyncze wypowiedzi, ale jak na standardy internetowe, było w nich zatrważająco mało nienawiści. Zupełnie tak, jakby świat wskoczył na właściwe tory, a ludzie zaczęli zachowywać się normalnie i cieszyć z tego, że książki pojawiają się w innych miejscach niż księgarnie. Tylko, że dalej komentujący specjalnie się nie cieszą z oferty książkowej dyskontów. Za dużo kryminałów, za dużo romansów, ciągle te same tytuły i ciągle w tych paskudnych, tańszych wydaniach. Co z tego, że wśród nich zdarzają się perełki. Nowe pozycje, stosunkowo ładnie wydane i dodatkowo kilka złotych taniej niż w normalnej dystrybucji. O ile oczywiście nie bierzemy pod uwagę sklepów internetowych, gdzie jest to zazwyczaj standardem. Tak samo, jak takie wypowiedzi, bo przecież trzeba uświadomić innym, że mogą kupować gdzie indziej.

    Mam takie marzenie. W przyszłości ludzie wyrywający sobie naklejki, by dostać ich jak najwięcej i mieć możliwość odebrać książkę. Nie pluszaka, a powieść McCarthy’ego. Nie kalafiora, a Thompsona. I przede wszystkim nie kolejną książkę kucharską, gdzie dostajemy 73 przepisy na to, jak przyrządzić rybę.

    Cholernie cieszy mnie to, że w dyskontach są półki z książkami. Zawsze to pierwsze miejsce w które zaglądam, gdy zostaje zmuszony do tego, by wybrać się do sklepu. I wierzę w to, że nie jestem jedyny. Doskonale wiem, że książka to produkt, ale wygląda na to, że jednak nie pogodziłem się z tym do końca. Bo gdy widzę jak traktowane są powieści w dyskontach, zwyczajnie i po ludzku się wkurwiam.

    Chcemy kultury, ale gdy tylko ją dostajemy, traktujemy ją jak wszystko inne, co nie jest nasze.

    Bez żadnego szacunku.

  • „Mój bohater jest pierdołą i niezgułą”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    Exodus”, czyli najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego pojawi się za nieco ponad dwa miesiące, ale posłuchajcie o niej już dziś bo warto. Dowiecie się sporo o fabule, Łukasz przybliży Wam postać głównego bohatera, a także opowie, co w jego życiu zmienił Paszport Polityki. No i najważniejsze, dlaczego „Exodus” będzie zupełnie różny od „Innej duszy”. Spotkaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody jak na rozmowę o książkach, chociaż w przypadku Orbitowskiego…

     

  • „Ja tu z polecenia”, wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Wyobraź sobie, że czytasz fajną książkę. Dajmy na to mroczny kryminał czy, z bliższego mi poletka, zabawną fantastykę. Patrzysz na okładkę, zapamiętujesz nazwisko autora i potem, w księgarni, szukasz kolejnych jego tytułów. I te znowu trafiają w Twój gust. Kolejny pisarz bądź kolejna pisarka trafia na personalną listę ulubionych czy choćby bardzo lubianych.

    A teraz wyobraź sobie, że nazwisko tego właśnie autora znajdujesz na innej książce niż jego, pod kilkoma zdaniami rekomendującego publikację komentarza. Jaka jest Twoja pierwsza myśl? Już ją masz? Świetnie, to teraz przytrzymaj przez chwilę, wrócimy do tego.

    Nie pamiętam pierwszej napisanej przeze mnie rekomendacji. Kołacze mi w głowie, że to była ta na książce „Na ziemi niczyjej” napisanej wspólnie przez Annę Brzezińską i jej męża, Grzegorza Wiśniewskiego. Jeśli faktycznie tak było, nie mam powodu do wstydu. Książka jest wyśmienita a i sama rekomendacja, wciąż do znalezienia w sieci, niczego sobie. Sprawdzam teraz i nieskromnie uważam, że znalazłszy się między Dukajem a Orbitowskim nie przyniosłem sobie wstydu.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Inna sprawa, że, choć ładnie ubrana w słowa, nadęta ta polecanka jak nie wiem. Porównywanie książki o wojnie do wyklejanej mozaiki, mówienie z absolutną pewnością, że czytanie „Na ziemi niczyjej” jest jak słuchanie weteranów… no, przyznam Wam, poleciałem.

    Oczywiście mogłem, bo raz, że nikt mi przecież później nie każe tych słów bronić, wykazywać słuszności i zasadności przesadzonych fraz, a dwa, że trochę jakby tego ode mnie oczekiwano. Nie po to się wszak bierze do rekomendacji pisarza, by napisał „#spoko, polecam”, ale by wymodził coś ładnego, nadającego się potem do materiałów prasowych.

    No bo właśnie taki jest rzeczonych rekomendacji cel. Zareklamować i sprzedać dzieło. Użyć reguły autorytetu, odwołać się do zbudowanej marki jednego autora, do jego czytelniczej bazy, by przekonać ją do kogoś nowego. Za to się oczywiście płaci.

    Pamiętam, jakim zaskoczeniem był dla mnie pierwszy przelew za rekomendację. Niezależnie od tego bowiem, czy książka Ani i Grześka była pierwszą, gdzie udzieliłem się na okładce, na pewno nigdy wcześniej nikt mi za rekomendację nie zapłacił. Powiem więcej, dostałem za te dwa zdania przeszło dwukrotnie więcej niż dwa, trzy lata później za felieton do branżowego pisma.

    Naprawdę nie rozumiałem, za co te pieniądze. Ania zapytała, czy chcę przeczytać ich książkę przedpremierowo. Powiedziałem, że chętnie. Gdy przeczytałem i się zachwyciłem, zaproponowała bym może, jeśli uważam to za słuszne, napisał rekomendację. Zrobiłem to z największą ochotą, a za rekomendację dostałem książkę. Świetny układ, nie?

    Ale pieniądze to było dla mnie już coś za dużo. Jakbym chwalił za kasę. Dopiero Ania wyprowadziła mnie z błędu, mówiąc mi właśnie o tych czytelniczych bazach i o tym, że płaci mi za użyczenie własnej częstotliwości nadawania. Nie za słowa, ale za to, do kogo dotrą.

    Potem rekomendowałem książki wiele razy, raz biorąc od wydawcy pieniądze, innym razem nie. Były wśród tych pozycji tytuły znajomych, które rekomendowałem bez dystansu. Nie ze złej woli czy chęci oszukiwania kogokolwiek. Po prostu nie potrafiłem oddzielić procesu tworzenia, którego byłem świadkiem, od samodzielnego efektu końcowego. Znałem autorski kontekst i on pospołu z dziełem działał. Czy sama książka również działała?

    Były wśród rekomendowanych przeze mnie pozycji tytuły literackich gigantów, z jakichś powodów potrzebujących w naszym kraju polecanki od lokalnego autora. W ten sposób mogłem zachęcić czytelników do przeczytania opublikowanego pod pseudonimem debiutu Michaela Crichtona albo książki mistrza grozy, Jacka Ketchuma.

    Były też polecenia książek debiutantów, o tyle ważne, że pisząc je, czułem, że wprowadzam na rynek kogoś nowego.

    I jeśli mogę być z czegoś naprawdę dumny, to z tego, że żadnej książki nie poleciłem wbrew sobie. Że choć czasem popisywałem się frazą, tworzyłem te polecanki niejasnymi, wydumanymi i w gruncie rzeczy niewiele mówiącymi zdaniami, to jednak zawsze nadrzędne przesłanie „przeczytaj, bo warto” płynęło z głębi czytelniczego serca.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Zaznaczam to, bo… nie jest to oczywiste. Kilkanaście razy, z różnych wydawnictw, dostawałem na przykład ofertę: książka taka i taka, streszczenie, kilka słów o autorze, fragment, całkiem solidna stawka. „Rekomendacja musi się zamknąć w dwóch krótkich zdaniach.” podkreślano. A gdy pytałem o samą książkę, mówiono mi, że jest jeszcze w przygotowaniu.

    Innym razem oferowano mi pieniądze za możliwość wykorzystania cytatu z recenzji innej książki autora, bez zaznaczania, że chodzi o tamtą pozycję. Zupełnie jakbym napisał te słowa właśnie z myślą o nowej książce, której nie widziałem na oczy. Swoją drogą i tak znalazłem się w korzystnej sytuacji, bo zaproponowano mi pieniądze i w ten sposób dowiedziałem się o planowanej rekomendacji przed czasem. Znam przynajmniej dwa przypadki, gdy fragment z nie tej recenzji poszedł na prawie cytatu.

    Ale nawet gdy wszystko przebiega tak, jak powinno, problemem wciąż jest czas. Nie na napisanie rekomendacji, bo to trwa zwykle z parę minut. Godzinę, jeśli chcemy być kreatywni i elokwentni. Chodzi oczywiście o przeczytanie książki. Podrzucone w szczotkowej wersji rozklejające się tomiszcze czyta się tak sobie, a presja czasu zdecydowanie nie pomaga. W końcu zbliża się moment, gdy rekomendację trzeba oddać, a tu jeszcze dwieście stron, własna praca, zamieszanie rodzinne. Wtedy pisze się coś dobrze brzmiącego i na tyle ogólnego, że prawdziwego. Bo o ile dopuszczam do siebie myśl, że są autorzy, których rekomendację można po prostu kupić i dostać taką z szablonu, to jednak, na ile się orientuję, nikt nie jest takim cynikiem względem swoich odbiorców.

    Bo właśnie o nich chodzi. O swoich odbiorców, bo tylko na nich zadziała nazwisko konkretnego autora. Pytanie jednak, i tu wracamy do początku tego tekstu, czy nawet przy zachowaniu wszelkich zasad uczciwości, taka rekomendacja jest dla kogokolwiek przydatna?

    Bo wielu ludzi zdaje się zapominać, że zwykle książki nie czyta pisarz, a czytelnik. A to zupełnie inny rodzaj percepcji. Wgłębiając się w fabułę, odbieramy ją częściowo za pomocą narzędzi używanych przy pisaniu, ale jednak większość z nas bardziej jest czytelnikami niż pisarzami. I czasem jako czytelnikom podobają nam się zupełnie inne rzeczy niż jako autorom. O czym innym piszemy, co innego chcemy czytać. I rekomendujemy.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    Dostając jednozdaniową opinię, czytelnik nakłada sobie natomiast na te słowa obraz autora tej i tej książki, być może traktuje to jak netfliksowe: skoro podobało ci się to, to spodoba ci się także to. A dla mnie ten związek nie jest oczywisty.

    Rozwiązaniem są recenzje. Nie jednozdaniowe hasła reklamowe opatrzone takim a nie innym nazwiskiem, ale recenzje tych samych autorów na temat książek. Jasne, że się nie zmieszczą na okładce, ale przecież moglibyśmy wprowadzić nowy, dobry zwyczaj i pisać na ostatniej okładkowej stronie: w środku krótkie recenzje Jakuba Ćwieka, Mariusza Czubaja i Jacka Dukaja. I tak zwykle oglądamy książkę przed zakupem. Czemu nie poświęcić kilku ostatnich stron na takie właśnie bezspoilerowe opinie pozwalające rozwinąć myśl?

    Wtedy nie byłoby wyłącznie powoływania się na regułę autorytetu. Nie byłoby niebezpieczeństwa – albo byłoby mniejsze – że rozjadą nam się gusta z literackim idolem i przez to przeczytamy gniota pokroju „Dziewczyny z pociągu”, po którą ja sięgnąłem jeszcze przed boomem na nią za sprawą rekomendacji Kinga.

    Słowem, jeśli się da, pokażmy, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o kasę, a przede wszystkim o polecanie dobrych, fajnych książek.

    Jakub Ćwiek

  • Nadciąga święto, czyli Targi Książki we Frankfurcie

    Ponad siedem tysięcy wystawców ze stu krajów, dwieście siedemdziesiąt pięć tysięcy zwiedzających, dziesięć tysięcy dziennikarzy, dwa i pół tysiąca blogerów. Tak wyglądają Targi Książki we Frankfurcie w pigułce. Do tegorocznej edycji pozostał miesiąc i trzy dni.

    Impreza potrwa pięć, a gościem honorowym jest Francja. Ta sama Francja będzie również gościem honorowym rozpoczynających się kilkanaście dni później Targów Książki w Krakowie. Kogo ze znanych i lubianych będzie można spotkać we Frankfurcie? Dan Brown i Margaret Atwood. To tylko dwa nazwiska, ale oddają skalę tego, co wydarzy się za nieco ponad miesiąc. Co ciekawe, a na zachodzie normalne, np. na spotkanie z autorem „Kodu Leonadra da Vinci” będzie trzeba zapłacić. Ile? Prawie dwadzieścia pięć euro. Uwierzcie, chętnych nie brakuje.

    Byłem na frankfurckich targach dwa lata temu, a żeby nie być gołosłownym, załączam dokumentację wideo.

    Będę też w tym roku, a co za tym idzie, zamierzam Was na bieżąco informował co tam się wyprawia. Możecie liczyć też na wywiady z rodzimymi pisarzami, bo umówiłem się już na rozmowę z Januszem Leonem Wiśniewskim, a pogadamy o kontynuacji „Samotności w sieci”. Wywiad z Danem Brownem? Oczywiście, nie dla psa kiełbasa, ale…wiecie, różne rzeczy mogą się wydarzyć, przecież to święto książki 😉