Kategoria: Aktualności

  • Literacki Nobel: Trzy razy „P” i niespodzianki

    Laureatem literackiego Nobla 2017’ został brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia Kazuo Ishiguro. Cóż powiedzieć? No właśnie… Zaryzykuję (niewiele) jeśli powiem, że choć pisarz to w Polsce publikowany, to na pewno o wiele mniej znany niż np. Haruki Murakami. Co więcej – na tegorocznej noblowskiej giełdzie brylowało wiele, wiele innych głośniejszych nazwisk – w tym Murakami, a także mój cichy faworyt David Grossman. Jako socjolog literatury zrobiłem szybką ankietę (próbka niereprezentatywna, ale dla mnie ważna) wśród moich oczytanych znajomych i okazało się, że oczytani znajomi znają twórczość Kazuo Ishiguro głównie z ekranu (laureat jest zresztą nie tylko pisarzem, także scenarzystą) – przy czym film „Okruchy dnia” oceniali wysoko, a „Nie opuszczaj mnie” komentowali bez specjalnych zachwytów. Czytane powieści też nie zapadły im w pamięć – to co w ich głowach pozostało, to motywy przypominające wizje Philipa K. Dicka. Zatem przyjąć można, że nagroda dla Kazuo Ishiguro to naprawdę duża niespodzianka. W przypadku noblowskiej nagrody literackiej nie pierwsza, rzecz jasna. I pewnie nie ostatnia. Warto więc może przy okazji tej kolejnej noblowskiej literackiej niespodzianki zarysować trzy noblowskie konteksty.

    Kazuki Ishiguro, fot: Jeff Cottenden / www.nobelprize.org

    To trzy „p” – polityka, popularność i pamięć. Zacznijmy od polityki. Oto kilka dni temu opuścił więzienie najsłynniejszy więzień USA – O. J. Simpson, gwiazda futbolu (amerykańskiego), przygodny aktor („Naga broń”). Odsiadywał wyrok za napad z bronią w ręku. Wiele lat temu oskarżono go o morderstwo byłej żony i jej kochanka. W wytoczonym mu głośnym procesie karnym futbolistę uniewinniono, choć, według prokuratury, dowody były mocne. Niedługo później sąd cywilny zasądził od Simpsona odszkodowanie w wysokości 33,5 miliona dolarów. Coś dodać? Co Simpson ma wspólnego z Noblem? On sam niewiele, ale już tzw. sprawa Simpsona jakiś związek z Noblem ma. Oto zapomniana już laureatka literackiej nagrody Nobla poetka, afroamerykanka Toni Morrison analizując postawę mediów wobec procesu O. J. Simpsona pisała o – cytuję – „scenariuszu winy” stworzonym przez „białą kulturę” przez czytelne aluzje do „kryminalności” czarnych mężczyzn i bogactwa Simpsona – który według noblistki – „stał się symbolem całej czarnej rasy, którą białe społeczeństwo chce skorygować, uwięzić, ocenzurować, której chce odebrać głos”… No cóż, wielu sądziło, że Toni Morrison otrzymała literacką nagrodę Nobla właśnie jako symbol czarnej rasy, której białe społeczeństwo już nie chce korygować, więzić, cenzurować, której chce dać głos. Oczywiście podać można wiele innych, bardziej wyrazistych ilustracji niebezpiecznych związków literackiego Nobla z polityką. Są wśród nich przypadki dramatyczne – jak Nobel dla Borysa Pasternaka, są zabawne – jak Dario Fo. Przypomniałem przypadek Morrison, bo dobrze obrazuje on uwikłanie literatury w polityczne konteksty i spory ideologiczne drążące każdą współczesność, także naszą.

    Nagrody literackie w naturalny sposób zwiększają popularność pisarza, w tym także pokupność jego dzieł. Literacki Nobel ma tu, rzecz jasna, największą silę przebicia. Nie trzeba się na ten temat szerzej rozpisywać. Niemniej warto zauważyć, że są także pisarze popularni i pokupni, którzy w kontekście literackich nagród nie są postrzegani jako „piękni wygrani” (zob. Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Michał Sowiński [red.] „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu. Podręcznik”). Ta sama uwaga dotyczy pisarzy wybitnych. I mam tu na uwadze nie tylko twórców rangi Marcela Prousta, Jamesa Joyce’a, Jorge Luisa Borgesa czy Witolda Gombrowicza. Tak, Nobel w dziedzinie literatury nie załatwia wszystkiego. Można się założyć, że niewielu pamięta norweskiego laureata tej nagrody Bjørnstjerne Bjørnsona, a ciągle jeszcze na scenach teatrów całego świata wystawiane są dramaty jego nienagrodzonego Noblem konkurenta – Henrika Ibsena. Listę takich pozornych paradoksów można by spisywać bardzo długo. Interesujące zdaje się tu jeszcze jedno socjoliterackie zjawisko. Amerykańskie biblioteki publiczne od jakiegoś czasu zaczynają usuwać, ze swoich zbiorów dzieła laureatów nagrody Nobla, Ernesta Hemingwaya czy Williama Faulknera. Powodem jest brak zainteresowania książkami klasyków, niektóre z nich nie były wypożyczane już od lat. Amerykańscy czytelnicy sięgają za to chętnie po dzieła np. Johna Grishama. Książki Grishama cieszą się i w Polsce sporym powodzeniem, podobnie jak nakręcone na ich podstawie filmy – „Raport Pelikana” z Julią Roberts i Denzellem Washingtonem czy „Firma” z Tomem Cruisem. I nie byłoby może nad czym się głowić, gdyby nie pewien paradoks. Paradoks polega na tym, że choć czytelnicy wolą Grishama od Faulknera, to sam Grisham wyznał w jednym z wywiadów, że dałby bardzo, bardzo wiele, żeby choć jedna z pisanych przez niego książek zbliżyła się do ideału prozy, który dla Grishama reprezentuje właśnie… słuchajcie, słuchajcie odrzucany przez szarych czytelników Faulkner. Innymi słowy, Grisham chciałby pisać tak jak Faulkner, choć czytelnicy chcą by Grisham pisał jak Grisham. Nazwano to kiedyś „kompleksem Salieriego”, popularnego w swoim czasie muzyka, który wiedział (to oczywiście tylko wersja filmowa Miloša Formana) że tak naprawdę wielką muzykę tworzy Mozart.

    www.nobelprize.org

    Dalej. Są nazwiska, które pojawiają się na giełdzie kandydatów niemal co roku, wielu po długim oczekiwaniu przeszło już do wieczności. W zeszłym roku literacka nagroda Nobla przyznana Bobowi Dylanowi dla wielu moich oczytanych znajomych była i sensacją, i – by tak rzec – pewnego rodzaju nieporozumieniem, nietaktem. Bo jakże to tak – szacowna nagroda i utalentowany, bo utalentowany, ale jednak przede wszystkim piosenkarz, piosenkarz, który co prawda coś tam pisał, ale żeby Nobel? No nie… Dla mnie decyzja o uhonorowaniu Boba Dylana literacką nagrodą Nobla była wyborem takim sobie. Ani specjalnie trafionym, ani specjalnie kontrowersyjnym. Polacy mają do nagrody Nobla stosunek prawie-że nabożny, gdzieś w głowie mi kołaczą takie wersy (cytuję z pamięci): „Sartre nie przyjął nagrody Nobla? Horrendalne! Ja takiego głupstwa nie palnę!”.

    Jak w tym wszystkim znajdzie się Kazuo Ishiguro i jego twórczość? Pokochają go nagle masowo polscy (i nie tylko polscy) czytelnicy? Skoczą do góry nakłady? Odbiorcy przejmą się zawartą w powieściach Ishiguro krytyką ludzkiej kondycji? Czy wezmą ją tylko za popularny intelektualny bilon? A może tegoroczny laureat literackiego Nobla podzieli los Bjørnstjerne Bjørnsona? Czy też pozostanie w historii literatury na dłużej? Próba odpowiedzi na te pytania to tylko wróżenie z fusów. Na gorąco powiedzieć można tylko tyle, że dziś na obiad była potrawka z kury.

    Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.

  • „Hiszpańskie miasta wycisną z nowej książki Browna słodką lemoniadę”

     

    Od premiery najnowszej książki Dana Browna minęło raptem kilkadziesiąt godzin, w sieci zaczynają się pojawiać nie tylko opinie o książce, ale także zdjęcia miejsc, w których toczy się fabuła „Początku”. Czy Barcelona, Sewilla i Bilbao mogą tylko komercyjnie wygrać, a może są jakieś ukryte niebezpieczeństwa? Czy Dan Brown sprawi, że jeszcze więcej turystów będzie chciało obejrzeć Muzeum Guggenheima? Czy wizyta autora w Polsce wpłynie znacząco na sprzedaż jego książek? O tym wszystkim rozmawiam z Tomaszem Pietrzakiem, dyrektorem kreatywnym Guarana Public Relations.

    Czytał Pan już „Początek” Dana Browna?

    Po dobie jestem w 70% książki. Brown to moje „guilty pleasure”, a więc pochłaniam.

    Nie zdradzę więc za dużo, ale nie jest tajemnicą, że ważnymi elementami fabuły jest zarówno Muzeum Guggenheima w Bilbao oraz Sagrada Familia w Barcelonie. Czy osadzenie akcji w tych miejscach zwiększy jeszcze liczbę turystów?

    Oczywiście, to bardzo naturalna, niewymuszona i nacechowana emocjonalnie promocja tych miejsc, która może okazać się wielkim sukcesem albo nic nie znaczącą wzmianką w literaturze jakich wiele. Wszystko zależy od tego, czy „Początek” będzie bestsellerem na miarę „Kodu Leonarda Da Vinci”, czy poradzi sobie tylko „OK”. W przypadku „Kodu” udało się Danowi Brownowi uruchomić zupełnie nową gałąź turystyki bazującej na książce, która rozkręciła ruch turystyczny w m.in. Paryżu, na południu Francji czy w szkockim Roslin. Każdy, kogo zafascynowała lektura chciał znaleźć się w Luwrze, kaplicy w Roslin czy zobaczyć Południk paryski. Na pewno pomogła tutaj doza kontrowersji, szumu medialnego, ale także ekranizacja. Podobnie zresztą było z „Aniołami i Demonami”, a tym samym z Rzymem i Londynem.

    Dla atrakcji Bilbao i Barcelony to na pewno szansa, aby pokazać się od nieco innej, tajemniczej strony, troszkę poza tradycyjnym katalogiem turystycznym. Ta inność atrakcji i zbudowana wokół niej narracja, kontrowersja, czy tajemnica ma szansę przyciągnąć do tych miast turystów, którzy podróżują szlakiem swoich ulubionych książkowych bohaterów. Czy na taką skalę jak w przypadku „Kodu”? Raczej nie, ale kto będzie chciał, to na tym zarobi.

    Jestem przekonany, że lada dzień, jak tylko „Początek” zdominuje listy bestsellerów na całym świecie, ruszy w Hiszpanii biznes turystyczny bazujący na fabule książki.

    Tomasz Pietrzak, dyrektor kreatywny Guarana Public Relations

    Sądzi Pan, że Dan Brown może otrzymywać propozycje finansowe od przedstawicieli miast, regionów, rządów, żeby napisać książkę, np. w Barcelonie czy we Florencji?

    Z tego co się orientuję to swego czasu Woody Allen dostawał takie propozycje, jak kręcił filmy w Paryżu i Rzymie. Miasta chciały się znaleźć na ekranie, bo to gwarantowało im światową promocję, do tego z udziałem gwiazd. Nie jest wykluczone, że i w tym przypadku takie propozycje się pojawiają. Mam nadzieję jednak, że pomimo komercyjnego charakteru książek Browna, pisarz zachował pewną artystyczną niezależność i postawił na fabułę, a nie na wspieranie turystyki miast w zamian za tłusty czek. Chcemy przecież czytać literaturę, a nie przewodnik. Chociaż ostatnie książki Browna troszkę zaczynają się tak „zachowywać”.

    Z punktu widzenia wizerunkowego, to Barcelona, Sewilla, Bilbao na „Początku” tylko zyskają, czy mogą też stracić?

    O tych miastach w kontekście książki, a zapewne także ekranizacji będzie się mówiło przez najbliższe miesiące i lata. Wizerunek miast, atrakcji, muzeów, kościołów, dzieł sztuki, placów będzie przewijał się w prasie, internecie, telewizji. Do tego nie w negatywnym kontekście tragicznego newsa, a w pozytywnym kontekście trzymające w napięciu fabuły. Trudno, aby przy takim publicity, w którym udział bierze jeden z najpoczytniejszych autorów na świecie, miasta miały jakoś stracić. Kto będzie chciał to ugra na tym biznes, a same miasta na pewno zadbają o to, aby wycisnąć z nawet momentami kwaśnej cytryny dość słodką lemoniadę.

    Muzeum Guggenheima w Bilbao

    Czy wizyta Dana Browna w Polsce wpłynie na sprzedaż?

    Na pewno da dużego kopniaka sprzedażowego. Dan Brown to nie tylko pisarz, to także literacki celebryta jak King, Rowling czy Archer, o którego ociera się Hollywood. Oznacza to, że jego spotkanie przyciągnie nie dziesiątki, a setki czytelników. Co więcej, wizyta rozkręci medialną machinę, o jakiej wielu pisarzy w Polsce może pomarzyć. Książka zwykle spychana do nocnego pasma, znajdzie się w primetime, telewizjach śniadaniowych i relacjach live na Facebooku. W tej sytuacji Dan Brown musiałby wydać 500 pustych stron, żeby taki szum nie wpłynął pozytywnie na sprzedaż.

  • „Moja bohaterka jest trochę jak Lisbeth Salander”

    Kiedy nad ranem zostają znalezione zwłoki, na miejscu zjawia się komisarz Agnieszka Polkowska. Nikt nie chce z nią pracować – zbyt wiele wymaga, słynie z ostrego języka i jest bardziej inteligentna od kolegów. Jej zaangażowanie w każdą ze spraw nie bierze się znikąd: ma kilka tajemnic i wolałaby się nimi nie dzielić. Ostatnie, czego jej trzeba, to błyskotliwy psychopata – człowiek, który odczuwa emocje tylko wtedy, gdy poluje. Gdy wybiera dziewczyny, osacza je i zabija: powoli, delektując się ich cierpieniem. Jest precyzyjny i metodyczny, przekonany, że nikt mu nie dorówna. Nie popełnia błędów. Do czasu. „Szadź”- najnowsza powieść Igora Brejdyganta w księgarniach już 11 października. 

     

     

  • „Fiction or non”, felieton Przemysława Semczuka

     

    Kilka dni temu na poznańskiej Grandzie, narzekaliśmy z Wojtkiem Chmielarzem i Robertem Małeckim na media. Było o literaturze ogólnie. W odróżnieniu od moich kolegów ja zajmuję się literaturą faktu. A skoro tak,  to wypada uzupełnić w dwóch słowach co z non fiction.

    Za granicą non fiction święci obecnie tryumfy. Jest to gatunek tak popularny, że nawet w literaturze dla dzieci i młodzieży wydawcy szukają tematów i bohaterów z życia wziętych. Do nas ta moda jeszcze nie dotarła, choć od jakiegoś czasu słyszę, że to, czy inne wydawnictwo jest zainteresowane i chce „coś” wydać.

    Rozmowy z wydawcami wyglądają mniej więcej tak:

    – Co pan proponuje.

    – Mam kilka tematów (tu wymieniam).

    – To się nie sprzeda.

    – A zatem co się sprzeda?

    – Nie wiemy.

    I pewnie dlatego na półkach księgarń nie za wiele można znaleźć. W każdym razie nie tyle, ile by się chciało. Owszem, jest sporo biografii. Kłopot w tym, że niedługo zabraknie nam aktorów, piosenkarzy, pisarzy i kompozytorów (o seryjnych mordercach nie wspomnę). Niektórzy mają już po kilka biografii w tym przynajmniej jedną nieautoryzowaną. Na ile to prawda z tą autoryzacją? Nie wiem. Wiem za to, że to niezły chwyt, by przyciągnąć Czytelnika. Wystarczy jedno zdanie, że Wałęsa zarzuca Dance zaniedbanie powinności małżeńskich. I już wszyscy do księgarni biegną.

    O literaturze mówi się w mediach niewiele, o czym dyskutowaliśmy na Grandzie. A o literaturze faktu mówi się jeszcze mniej. Głównie przy okazjach skandali albo głośnych premier. Gdy Jacek Hugo Bader, nazywany od niedawna pieszczotliwie „Bajerem” coś podkoloryzuje, albo gdy napisze coś Szczygieł. I w tym tkwi cała tajemnica. Wydawcy po prostu nie mają pomysłu na non fik. Ani na temat, ani na promocję. Kupują nazwisko autora, które gwarantuje im sprzedaż na poziomie pokrycia kosztów. Jak wyjdą na plus, są zadowoleni. Autor niekoniecznie. A nawet jeśli ktoś zacznie protestować, że coś tam Bader nie tak napisał, to nawet lepiej. Nie ma znaczenia, że źle mówią, grunt by mówili.

    Nazwisko autora staje się samospełniającą przepowiednią. Gdyby „Kaprysik Damskie Historie”, zamiast Szczygła napisała Paulina Błaszkiewicz, dziennikarka z Torunia, to żaden z wydawców by tego nie wydał. Paulina napisała świetną książkę, a teraz walczy o stypendium, by zdobyć pieniądze na wydanie. Czy „1945 Wojna i Pokój” odniosłaby sukces gdyby autorem był ktoś nieznany. Nie, bo to książka przeciętna. A gdyby Grzebałkowska napisała „Sami swoi Za kulisami komedii wszech czasów”? Bestseler gwarantowany! Tymczasem książka Darka Koźlenki przeszła niezauważona, zamykając sprzedaż na 3 tys. egzemplarzy. Podobnie jak „Pałac Biografia intymna”, Beaty Chomątowskiej. Teraz los ten podzieli pewnie „Księżyc z Peweksu”, Aleksandry Boćkowskiej (dla mnie lektura obowiązkowa). Ukłon za odwagę dla Wydawnictwa Czarne, które specjalizuje się w literaturze faktu, i to z powodzeniem.

    www.usnplash.com/Jessica Ruscello

    Sporo jest ciekawych historii, które Czytelnik pewnie by z chęcią przeczytał, ale wydawcy nie dają mu szansy. Nie dają, bo to się po prostu nie opłaca. Prawa do wydania biografii Howarda Hughesa można kupić za grosze. Zagraniczni wydawcy już na niej zarobili, a polski rynek jest dla nich egzotycznym dodatkiem. Kupując tanio licencję, nie wydając nic na promocję, można sprzedać dwa lub trzy tysiące egzemplarzy. A za napisanie reportażu z naszego podwórka trzeba zapłacić kilka razy tyle. Bo nikt przy zdrowych zmysłach za pięć tysięcy zaliczki nie będzie pracował przez rok nad opracowaniem historii budowy polskiej bomby atomowej, czy gierkowskich ambicjach lotu w kosmos. Na marginesie dodam, że wysłano chomika. I żywy wrócił. Ale tego drodzy Czytelnicy się nie dowiecie. Za to możecie sobie poczytać o niemieckich okrętach podwodnych, albo o locie Amerykanów na księżyc.

    Polityka jest dobrym tematem dla non fiction. Ale tu znowu na przeszkodzie stają pieniądze. Jeden z kolegów dziennikarzy, który kilka razy w tygodniu komentuje bieżące wydarzenia w telewizorze, powiedział mi niedawno, że do niego co chwilę zgłaszają się wydawcy aby im COKOLWIEK! napisał. Wezmą wszystko. A on konsekwentnie odmawia, bo dwa razy napisał i więcej nie chce. W czasie, który musi poświęcić na napisanie książki, woli pisać w gazecie za dużo większe pieniądze.

    Na tym tle literatura fiction daje większe możliwości. Po pierwsze pisze się szybciej i taniej. Nie trzeba zatrudniać redaktora, który zweryfikuje fakty, recenzenta i płacić prawnikom za przeczytanie przed drukiem, bo w non fiction łatwo naruszyć czyjeś prawa. Powieść kryminalna nie niesie ryzyka procesu. A nawet jak się pisze głupoty o odciskach palców to mało kto zwróci uwagę. Albo o antybiotykach w roku 1939, bo niby kto ma pojęcie, że pierwsza fabryka powstała dopiero w 1947 roku?

    Wniosek jest prosty. Chyba jeszcze długo będziemy się cieszyć głównie literaturą fiction.

  • „Koniec kultury papierowej”, październikowy felieton Sylwii Chutnik

     

    Kiedy ostatnio napisaliście list? Ale nie wystukany na klawiaturze, tylko taki ręczny, analogowy? Na papierze, w kopercie, wysłany na poczcie. No właśnie. W waszej skrzynce też prędzej znajdziecie faktury do opłacenia lub ulotki pizzerii niż list miłosny.

    Jesteśmy wtórnymi alfabetami. Nie tylko przestaliśmy czytać książki – przestaliśmy pisać. Wodzić dłonią po papierze i trzymać długopis lub pióro. Zamiast tego cały czas atakujemy palcami plastik wbijając w niego myśli. Opuszki palców stają się coraz bardziej zgrubiałe, a nasz umysł rozleniwia się. Wie przecież, że możemy pozwolić sobie na błędy ortograficzne, bo sprytny program komputerowe podkreśli je nam na czerwono lub wręcz poprawi je za nas. Nawet, jeśli mamy sporządzić krótką notatkę, to sięgamy prędzej po komórkę niż skrawek papieru. Po sklepach chodzą zombie i skrolują listę zakupów. W Finlandii od 2016 roku powoli odchodzi się od pisania ręcznego w szkołach dostosowując tym samym edukację najmłodszych do współczesnych wymogów. A gdyby tak rzeczywistość dostosowałaby się do pewnych rytuałów, z których nie warto rezygnować?

    Przestaliśmy odczuwać papier, kojarzyć go z elementem komunikacji. Zamiast pocztówek wysyłamy z wakacji SMSy lub pstrykamy fotkę w basenie i umieszczamy ją na Facebooku. To powinno starczyć znajomym, żeby dowiedzieli się, że pogoda ładna a my cali i zdrowi. Cóż, za długi list nie dostaniemy lajków i słitaśnych komentarzy. Treść korespondencji zobaczy tylko adresat, a nie tysiąc znajomych. A dziś nie opłaca się przecież robić rzeczy niszowych i przeznaczonych dla wąskiego grona odbiorców. Tu ma być masowo, histerycznie i natychmiast.

    Nie mamy czasu pisać. Zamiast tego pędzimy na klawiaturze i mamy gotowy tekst. Piękne zeszyty i notatniki traktujemy raczej jako idealny prezent, z którego nikt nie skorzysta. Co ciekawe, nawet literat. Kilka lat temu zostałam poproszona przez Bibliotekę Narodową o przygotowanie fragmentu swojego archiwum, aby przekazać je w depozyt powstającej kolekcji dotyczącej współczesnych pisarzy i pisarek. Okazało się, że byłam jedną z nielicznych osób, które zgromadziły zeszyty, odręczne notatki i szkice powieści. Większość twórców pracuje bowiem elektronicznie i do Biblioteki przekazać może co najwyżej twardy dysk. Wyobraźcie sobie Muzeum Literatury pełne plików. Tylko nich. Bez rękopisu wybitnego bildungsroman, bez pierwowzoru wiersza z naniesionymi poprawkami. Bez korespondencji między twórcami i bez szkiców konspektu wielotomowej sagi. Zamiast tego stare komputery i pendrivy. Dla mnie to przerażająca wizja, a przecież nader prawdopodobna.

    Pisanie ręczne i celebrowanie faktury papieru czy bawienie się mieszaniem tuszu w piórze wymaga czasu, ale i pewnego rodzaju skupienia. Mamy modę na slow life, mindfulness i świadome oddychanie. Odkrywanie czakramu tego i owego, jakieś coachingowe sesje. Półki księgarni zawalone są odstresowującymi kolorowankami – jeszcze chwila, a jedna z nich dostanie Nagrodę Nike. Zapomnieliśmy, że najprostszy sposób na medytowanie to pisanie. Niekoniecznie kaligrafia, chociaż i ją polecam (ostatnio wyszedł zeszyt ćwiczeń do samodzielnego zmagania się z literami: Grzegorz Barasiński, „Kaligrafia”, Wydawnictwo Znak). Chodzi raczej o praktykę kulturową związaną z pisaniem ręcznym: siadanie przy biurku czy innym blacie, sięganie po kartkę, patrzenie na nią, wreszcie wybranie narzędzia do pisania. Wzięcie go w dłoń, ważenie go. Pocieranie skórą o papier. Dobieranie poszczególnych wyrazów. Łączenie ich w zdania, frazy, akapity. Rozmieszczanie ich i planowanie. To jak taniec, który ćwiczy się latami aż wreszcie nie gubi się kroków.

    Pisanie ręczne jest również dobre dla mózgu. Zbadali to między innymi uczeni z Uniwersytetu z Princeton porównując sporządzone przez studentów notatki ręcznie i na komputerze. Później przepytano studentów z materiału, który zanotowali. Okazało się, że piszący długopisem zapamiętali o wiele więcej niż ci stukający w klawiaturę. Wszystko dlatego, że w czasie pisania ręcznego więcej wchodzi do głowy na bieżąco, myśli się o tym, co słyszy i analizuje informacje. Przy tego typu pisaniu intensywniej pracują rejony mózgu odpowiadające za funkcje sensomotoryczne, czyli interpretację wrażeń dotykowych. To, co wyczuwa się na przykład dłońmi jest od razu przetwarzane w mózgu. Ma to wpływ również na czytanie, ponieważ rozwija ośrodek odpowiedzialny za łączenie liter w słowa. Mówiąc wprost: piszący ręcznie posiadają zwykle większą wiedzę.

    Nie należy również zapominać o czysto estetycznych wrażeniach obcowania z papierem i jego ręcznym ozdabianiem. Odwiedziłam niedawno bibliotekę artystyczną na Brooklynie (klik), która zajmuje się kolekcjonowaniem sketchbooków z całego świata. Ma ich w archiwum ponad 36 tysięcy, w tym zeszyty z Polski (co ciekawe, głównie z Gliwic, Wadowic czy Katowic). Aby artystyczny notatnik dostał się do kolekcji należy uiścić niewielką opłatę na rzecz biblioteki. Przeglądając różnorodne dzieła zawierające fotografie, szkice, fragmenty pamiętnika lub kolaży mogłam docenić sztukę komponowania na niewielkiej powierzchni papieru. Wiedziałam, że wszystko, co znajduję na stronach zeszytów zostało wykonane ręcznie. Że ktoś dotykał kartek, kleił i wycinał. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to na niektórych można zauważyć odciski linii papilarnych. Albo zagięty róg, kleksa, rozmazaną farbę. Niedociągnięcia są przecież ludzkie, świadczą o ułomności. Podobnie jak w przypadku pisma, kiedy widzimy, gdzie autor poprawiał niektóre litery, skreślał czy zawahał się przy jakimś wyrazie nie dociskając długopisu. Obcowanie z rękopisem jest jedyne w swoim rodzaju, jest tekstem w tekście. Jego dodatkowe znaczenia są tylko dla wytrwałych, uważnych odbiorców, ale to jak historia alternatywna; kulisy tworzenia.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ręczne pisanie może stać się również biznesem. Odbyła się właśnie czwarta edycja festiwalu Niech Żyje Papier (klik), której głównym celem jest przywrócenie należytego miejsca w kulturze wyrobom poligraficznym i artystycznym. Można więc było nie tylko kupić prawdziwe cudeńka, ale i poznać ich twórców. W ofercie były art booki, kalendarze, notesy, pocztówki i plakaty. Książki stare i pachnące, szeleszczące notesiki i oryginalne długopisy. Spinacze, gumki do ścierania i wieczne pióra – cały ten bajzel, który trzymamy na biurku bawiąc się nim i dokazując jak uczniak w pierwszej klasie (czy wspomniałam, że na festiwalu są też piórniki?). Zabawki do pisania i tworzenia stanowią też element komercyjnej części – ludzie tworzą je i produkują, ale na szczęście znajdują się jeszcze nabywcy ma tego typu skarby. W tym niżej podpisana, która nie powinna kupować pięćdziesiątej koperty i setnego zeszytu (ale nie może się opanować i dlatego właśnie nigdy nie spłaci kredytu za mieszkanie i ja zaaresztują, ale przynajmniej wyląduje za kratkami z pięknym zestawem stalówek).

    W pisaniu jest coś uzależniającego. Nawet, gdybym nie była otoczona tymi wszystkimi pięknymi gadżetami, które aż kuszą do ich używania, to bazgroliłabym na skrawku gazety. Lubię szum stalówki, lubię ubrudzić sobie wskazujący palec rozlanym tuszem. To ślad, że pracuję. Rzemieślnicze, jakże cielesne świadectwo tworzenia. A komputer? Czy piszę złote myśli, czy wypełniam tabelkę w Excelu – wyglądam tak samo.

    Nie chcę żyć w świecie, w którym nie mamy czasu wysłać komuś pozdrowień z wyjazdu. Napisać im kartki, kiedy są chorzy lub w ich życiu wydarzyło się coś ważnego. Sama staram się rozdawać i wysyłać jak najwięcej. W końcu, kiedy przeniosę się do innej czasoprzestrzeni, to pozostaną po mnie właśnie takie drobiazgi – ślady naniesione na papier. A ten, chociaż kruchy i łatwopalny, trwa z nami od tylu wieków.

    Felieton został pierwotnie napisany ręcznie piórem Lamy.

  • „Rocznie w Polsce ginie 15.000 osób. Tylu mieszkańców ma, np. Chełmża”

    Jego główny bohater jest dziennikarzem, tak jak on sam kiedyś. Akcja jego książek toczy się w Toruniu, czyli mieście, w którym mieszka. Poznajcie, chociaż już pewnie znacie, Roberta Małeckiego – potrafiącego upiec bardzo ciekawą historię,  która finalnie nie okazuje się zakalcem. Dajcie się porwać do Torunia, nie pożałujecie. 

    W jednym z wywiadów porównałeś pisanie powieści do pieczenia ciasta. Dlaczego tym ciastem jest akurat kryminał?

    Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, że w jednym i drugim przypadku trzeba mieć w ręku przepis. Kryminał ma swoje określone ramy konstrukcyjne, gorset, który w jakimś stopniu ustawia opowieść, kierunkuje ją. Jako czytelnik, wiem czego mam się spodziewać kiedy sięgam po kryminał. I wcale nie oznacza to ubezwłasnowolnienia gatunku. W tych określonych ramach może się rozgrywać wiele pasjonujących opowieści, co widać zresztą na zapełnionych księgarskich półkach. Zresztą, co tu dużo gadać. W jednej formie można upiec tort, jabłecznik, drożdżówkę, a jak ktoś się uprze to i pizza wyjdzie.

    Powiedziałeś kiedyś, że trupy ścielące się gęsto na kartach powieści, to nie jest dla Ciebie rzecz najważniejsza. Co jest więc priorytetem? 

    Zagadka i tajemnica. Te dwa elementy muszą ze sobą współgrać i być motorem napędowym w moich powieściach. Kiedy zaczynasz od trupa wszystko jest już ustalone, chodzi tylko o to, żeby złapać winnego śmierci i dowiedzieć się dlaczego stało się to, co się stało. I żeby było jasne – taka sytuacja też bywa czytelniczo interesująca. Kocham powieści Arnaldura Indridasona i Jorna Liera Horsta, więc wiem, co mówię. Ale w przypadku opowieści o Marku Benerze postawiłem na tajemnicze zaginięcia. Bez nich nie zabrałbym się do roboty, bo za takimi zdarzeniami zawsze stoi jeden wielki znak zapytania. Ta niepewność co do losów zaginionego powoduje przyspieszony puls. Jak wir potrafi wciągnąć czytelnika i sprawić, by porzucił wszelkie codzienne sprawy i oddał się lekturze. A na tym zależy mi najbardziej.

    Toruń, fot: Robert Małecki

    Jak to się stało, że Twój główny bohater, Marek Bener, ma tak skomplikowany życiorys?

    Bener do pewnego momentu swojego życia był taki, jak wielu z nas. Miał wspaniałą żonę, pracę, którą kochał, czyli mówiąc krótko, był szczęśliwy. Ale nagle w jego życiu osobistym wybuchła bomba – zaginęła jego ciężarna żona. Świat zwalił się Benerowi na głowę. Codziennie zadręcza się pytaniami o jej los, codziennie oskarża się o zaniechania jej poszukiwań. Lata lecą, śladów brak. Nic dziwnego, że Marek wciąż szarpie się i walczy, balansując na linie między okruchami przeszłości a nijaką przyszłością. Niestety, czasami tak bywa, że jedno zdarzenie wywraca do góry nogami nasze życie. Pech chciał, że w 2010 roku padło na Marka Benera.

    W obu powieściach zmaga się z zaginięciem żony. Zaginięcie kogoś najbliższego, to chyba najgorsza rzecz, która może nas spotkać. Czy robiłeś do książki badania na ten temat? Łatwo jest zniknąć bez śladu?

    W Polsce rocznie ginie około 15 tysięcy osób. To tyle, ile ma podtoruńska Chełmża. Jedno małe miasteczko. Oczywiście wiele, bo ponad 90 proc. osób, udaje się szybko odnaleźć, ale te liczby i tak przyprawiają o ciarki. Jeśli zaś pytasz, czy łatwo jest zniknąć bez śladu to odpowiem tak: życie pokazuje, że łatwo, a przykładów można mnożyć. Wystarczy zerknąć na moje, kujawsko-pomorskie podwórko i wspomnieć chociażby o tajemniczym zaginięciu mojej byłej redakcyjnej koleżanki Aleksandry Walczak, dziennikarki z Grudziądza. Ale spójrzmy dalej. Londyn 14 września 2007 roku. Kamery w samym centrum miasta, na stacji King’s Cross, rejestrują niepozornego 14-latka. To ostatnia informacja o jego losie. Młody, uzdolniony matematycznie chłopak znika w jednej z największych metropolii świata jak kamień w wodę. Żadnego punktu zaczepienia. Od tamtej chwili minęło właśnie 10 lat, a Andrew Gosden wciąż nie został znaleziony.

    W obu powieściach pierwsze zdanie od razu wsysa czytelnika w akcję. Jaka  jest recepta na taki początek?

    Ważne jest to, jak się powieść zaczyna, ale nie mniej ważne, jak się kończy. Z tymi pierwszymi zdaniami to jest tak, że one przychodzą z czasem. Najpierw jest ciągłe myślenie o scenie, o tym, kto i dlaczego się w niej pojawi. Z tego zamysłu i wielokrotnych pisarskich prób powstaje coś, co zaczyna mi się podobać. Dopiero wówczas więcej energii poświęcam na szlifowanie pierwszego zdania i akapitu.

    Jak Twoje wykształcenie filozofa i politologa pomaga w konstruowaniu postaci?

    Pomaga na pewno moje dawne doświadczenie dziennikarskie i poznawanie ludzi. Różnych, bo czasem dobrych, czasem złych, ale zawsze innych, inaczej się wysławiających, inaczej wyglądających. Myślę, że to jest dobry background do tworzenia postaci literackich.

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Masz swoją ulubioną postać ze swoich książek?

    Nie jest to żadną tajemnicą, że najważniejszą dla mnie postacią jest Marek Bener. Chociaż toruńska trylogia, której dwa tomy zostały już wydane, a nad trzecim pracuję, dotyczy zaginięcia żony Benera, to tak naprawdę cała historia jest opowieścią o nim, o człowieku, który z tą traumą się zmaga. Odnosi małe sukcesy i większe porażki, walczy często sam ze sobą i z duchami przeszłości. Ta jego perspektywa oglądu świata jest tu najistotniejsza i najciekawsza zarazem.

    Jak wypada kryminał polski w porównaniu z kryminałem szwedzkim?

    Znakomicie. Wystarczy sięgnąć po powieści Mariusza Czubaja, Wojtka Chmielarza, Zygmunta Miłoszewskiego, Ryśka Ćwirleja czy Kasi Bondy, by zrozumieć, że polska literatura kryminalna jest na światowym poziomie, chociaż wciąż spektakularnych sukcesów w tej materii na koncie nie mamy. Liczę jednak, że nadejdą.

    Gdyby miał powstać film na podstawie Twoich powieści, to kogo obsadziłbyś w rolach Marka i Szamana?

    Coraz częściej padają takie pytania, więc z przyjemnością się rozmarzyłem. Jestem przekonany, że w roli Benera znakomicie sprawdziłby się jeden z najlepszych polskich aktorów, Tomasz Kot. Jeśli zaś chodzi o Szamana to z obsadą miałbym spory problem (śmiech).

    To będzie tylko trylogia, czy może jeszcze zmienisz zdanie?

    Trylogia. Dlatego, że w polskiej literaturze kryminalnej dawno nie było wyrazistego wątku spajającego trzy tomy opowieści. Oznacza to tylko tyle, że wątek zaginięcia żony Benera musi znaleźć finał w tomie trzecim. Ale jednocześnie już dziś mogę zapowiedzieć, że Marek Bener nadal będzie rozwiązywał skomplikowane sprawy tajemniczych zaginięć. Umowa na „czwartego” Benera została już podpisana.

    Nad czym teraz pracujesz?

    Na razie nic więcej zdradzić nie mogę. Ale obiecuję, że nadal będzie kryminalnie i tajemniczo.

    Czym dla Ciebie jest absolutne minimum:)?

    To święty spokój, na który nie mam co liczyć! (śmiech)

    Toruń, fot: Robert Małecki
  • Czekacie na nową książkę Dana Browna? Przeczytajcie fragment!

    Premiera już za rogiem, ale już dziś możecie przeczytać fragment najnowszej książki Dana Browna. I to całkiem spory, bo ma ponad dwadzieścia stron. Z dziennikarskiego obowiązku dodam tylko, że autor przyleci do Polski 24 października, a wyleci 26. Dan Brown spotka się z czytelnikami w Warszawie oraz w Krakowie. Do szczegółów jeszcze wrócę, ale na ten moment…miłej lektury! Kliknijcie w okładkę, otworzy się fragment książki 🙂 

     

  • „Pisząc tę książkę po prostu szłam na żywioł”. Rozmowa z Martyną Raduchowską

    Czy trudno jest stworzyć postać niesfornej bohaterki? Czy błąd debiutanta może przerodzić się w sukces? Kogo Martyna Raduchowska chce związać i zakneblować? O tym wszystkim, ale też o wielu innych sprawach autorka opowiadała Monice Nowak. Przeczytajcie.

    Ida jest postacią niezwykle żywą i wyrazistą. Skąd się wzięła?

    Z prostego założenia, że główna bohaterka będzie na pozór zwykłą nastoletnią buntowniczką. Na pozór, ponieważ jej bunt – choć w gruncie rzeczy sprowadzający się dokładnie do tego samego, co wszystkie nastoletnie bunty, czyli postępowania wbrew woli i nakazom opiekunów – rodzi się z tęsknoty za normalnością oraz z pragnienia ucieczki przed światem magii. Ida podąża w całkowicie odwrotnym kierunku niż typowy bohater, przed którym otwiera się portal do czarodziejskiej krainy, i właśnie ta uparta pogoń za zwyczajnością paradoksalnie czyni ją postacią niezwykłą.

    Kiedy już udało mi się ustalić motyw wiodący głównej sprawczyni całego zamieszania, wystarczyło obdarzyć ją ironicznym poczuciem humoru i tendencją do czarnowidztwa – sama przejawiam podobne skłonności i dzięki temu łatwiej było mi się utożsamić z bohaterką i przyjąć jej punkt widzenia. Ida jest żywa i wyrazista, bo ma jasno określony cel i dość trudny charakter, dzięki czemu dokładnie wiedziałam, jak będzie wyglądała jej reakcja na kolejne kłopoty.

    Skąd pomysł na świat Idy?

    A było to tak. Kiedy w 2007 roku zabierałam się do pracy nad opowiadaniem na konkurs pt. „Nawiedzony dom” organizowany przez Forum Fahrenheita i wydawnictwo Fabryka Słów, postanowiłam wziąć sobie do serca radę mojej ówczesnej redaktorki, pod okiem której szlifowałam warsztat i reperowałam debiutanckie opowiadanie, i skupić się na tym, do czego jako jeszcze nieopierzona autorka przejawiałam naturalne skłonności: na humorze, ironii i kreowaniu wyrazistych, wygadanych postaci. Z tego opowiadania ostatecznie wyszło jedno wielkie nic, a z niczego – bum! – powieść „Szamanka o umarlaków”. I rzeczywiście, podczas pisania tej książki większość energii i wysiłku wkładałam w tworzenie postaci, dialogów i zabawnych sytuacji.

    Natomiast pomysł na świat przedstawiony zrodził się trochę z konieczności, trochę z pisarskiego niedoświadczenia, trochę ze strachu, że nie zdołam skonstruować żadnego od podstaw, ale przede wszystkim z próby odpowiedzi na pytanie: co by było, gdyby rzeczywistością, który znam na co dzień, rządziła magia i inne pokręcone zjawiska? Wtedy jeszcze nie miałam żadnej wprawy w budowaniu własnego uniwersum, dlatego zdecydowałam się na urban fantasy i postanowiłam osadzić akcję powieści w moim rodzinnym Wrocławiu. No i tak to się zaczęło.

    www.unsplash.com/Katherine Hanlon

    Świat przedstawiony w powieści jest bardzo starannie skonstruowany. Jak wygląda budowa takiego skomplikowanego świata?

    Prawda jest taka, że wymyślając prawa rządzące siłami nadprzyrodzonymi w „Szamance…”, kierowałam się przede wszystkim intuicją i często po prostu szłam na żywioł. Nazwijcie to błędem debiutanta, ale muszę uczciwie przyznać, że nigdy niczego nie napisałam z taką swobodą i przyjemnością, jak moją pierwszą powieść. Doszłam wtedy do wniosku, że bohaterce, która dopiero poznaje reguły gry, w jaką nigdy nie zamierzała grać, z początku wszystko ma prawo wydawać się chaotyczne, pozornie przypadkowe i bezsensowne. Dlatego czerpałam inspiracje z rozmaitych źródeł bez żadnego skrępowania i doskonale się przy tym bawiłam.

    Kiedy więc słyszę opinie, że świat przedstawiony w „Szamance…” jest misternie wykreowany, czuję dumę, ale też niejakie zakłopotanie, bo wrażenie działania z premedytacją i w stanie pełnej poczytalności udało mi się stworzyć trochę przez przypadek, bo na czuja. I pewnie z tego właśnie powodu tak skrupulatnie budowałam intrygę i świat w „Demonie luster” – żeby sobie na takie pochwały zasłużyć.

    Świat Idy ma w sobie elementy różnych mitologii i wierzeń ludowych, które są Pani najbliższe?

    Przewrotnie odpowiem, że najbliższe memu sercu są dwie mitologie: słowiańska i celtycka, których w świecie „Szamanki…” jest tyle, co Pech napłakał. To znaczy, żeby nie było: kolejne tomy mogą oczywiście zmienić te proporcje, kto wie.

    Lęk Indian przed fotografiami i ich łapacze snów, arabska lampa Aladyna, irlandzka banshee, żydowskie przesądy dotyczące luster, motyw przewożenia dusz zmarłych na drugą stronę rzeki, który wszyscy znamy z mitologii greckiej – nie potrafię wybrać, uwielbiam je wszystkie.

    Ida jest bohaterką dość niesforną, czy trudno się ją tworzyło?

    O, bynajmniej! Ta jej niesforność dawała mi naprawdę wiele frajdy. Na szczęście Ida wojuje tylko z resztą bohaterów powieści, swojej autorki słucha bez marudzenia. Zawsze dobrze się dogadywałyśmy. Trochę żałuję, że dzieląca nas różnica wieku ustawicznie się powiększa (chyba muszę przyśpieszyć z pisaniem kolejnych części, bo to jest po prostu niesprawiedliwe!) i mam czasami taką obawę, że mogę nagle przestać rozumieć problemy znacznie młodszej od siebie dziewczyny… Ale z drugiej strony myślę sobie, że po przygodach w „Demonie Luster” Ida bardzo dojrzała, więc kiedy wreszcie zabiorę się do pisania trzeciej części, chyba bez trudu złapiemy wspólny język.

    Ma Pani niezwykłą lekkość posługiwania się językiem, skąd to się bierze?

    Nie mam pojęcia. Serio. To mi przychodzi zupełnie naturalne, piszę w ten sposób, odkąd pamiętam. No, może nie licząc moich pierwszych wypocin, które stanowiły beznadziejną próbę stworzenia epickiej sagi fantasy, takiej, no wiecie, całkiem na poważnie i nie bez pewnego zadęcia. Efekt końcowy był dość zabawny, ale w sposób zupełnie przeze mnie niezamierzony, a to już zbrodnia przeciwko literaturze.

    Dlaczego to nie Ida miała Pecha, tylko Pech miał Idę?

    Pech jest szarą eminencją w życiu Idy, kompulsywnym choć niezbyt wyrafinowanym intrygantem, suflerem o reżyserskich zapędach i podszeptem z przerostem ambicji, który próbuje dyktować dziewczynie jej przeznaczenie. Słowem: ma ją w garści. A przynajmniej tak mu się zdaje…

    Czym dla Pani jest „niezbędne minimum”?

    Niezbędne minimum osiągam wtedy, gdy nie prześladuje mnie zbyt wiele trosk, wiem, że wszyscy, na których mi zależy, mają się dobrze, udaje mi się uszczknąć z dnia kilka chwil na pisanie, porządnie wybiegany pies śpi pod moim krzesłem, kiedy pracuję, a na biurku stoi kubek gorącej herbaty z cytryną. No i gdy ta siejąca defetyzm gnida, zwana eufemistycznie wewnętrznym krytykiem, leży związana i zakneblowana gdzieś na dnie mojego umysłu. A skoro już o tym mowa: macie może kawałek sznura?

  • Co dalej z komisarzem Mortką? Wojciech Chmielarz zdradza tytuł swojej najnowszej książki!

    Jak pewnie wiecie, kilkanaście dni temu internet obiegła informacja, że Wojciech Chmielarz zamienia Wydawnictwo Czarne na Wydawnictwo Marginesy. Pierwsza książka ukaże się już na początku roku, a będzie to kontynuacja przygód komisarza Jakuba Mortki. W rozmowie ze mną Chmielarz ujawnia tytuł nowej powieści, a także opowiada o fabule kolejnej, która również ukaże się w 2018 roku. Łapcie naszą rozmowę.