Kategoria: Aktualności
-
„Nawet Lisbeth Salander nie włamie się do mojego komputera”, rozmowa z Dawidem Lagercrantzem [wideo]
Czy David Lagercrantz powiedział trochę za dużo i zdradził wątek z książki, która jeszcze nie powstała? Co ma wspólnego szwedzki pisarz z Danem Brownem, a także jak dba o bezpieczeństwo w trakcie pisania? Co wydarzy się w „Mężczyźnie, który gonił swój cień”? Jest też historia pewnego zakładu o butelkę wina. Pamiętajcie, dziś premiera najnowszej książki Lagercratnza. Weźcie pod uwagę, że rozmawialiśmy w maju, bo może Was zdziwić pogoda za oknem 😉 Ujęcia miasta, które pojawiają się w trakcie rozmowy, to oczywiście Sztokholm, zrobiłem je w trakcie ostatniej wizyty w stolicy Szwecji.
-
„Żółć – to najbardziej polskie słowo”. Rozmowa z Wojciechem Dutką, autorem „Czarnej pszczoły”
Teraźniejszość, przeszłość, a między nimi Max Kwietniewski, czarnoskóry detektyw. Francja 1940. W Biarritz, francuskim kurorcie nad brzegiem Atlantyku zostaje odkryte ciało polskiego malarza, Józefa Rajnfelda. Mężczyznę znaleziono z poderżniętym gardłem i brzytwą w dłoni. Wszyscy uznali to za samobójstwo. Jedyny świadek mogący rozwiązać tę zagadkę ma swoje powody, by milczeć. Warszawa 2015. Nad brzegiem Wisły zostają znalezione zwłoki siedemnastoletniego dobrze rokującego artysty. Ktoś poderżnął mu gardło i ułożył ciało w taki sam sposób jak ciało Józefa Rajnfelda blisko 75 lat wcześniej. Morderca ubrał go w podobne ubranie i włożył w ręce niemal identyczną brzytwę. Z Wojciechem Dutką, autorem „Czarnej pszczoły”, rozmawia Monika Nowak.
Jedna z pierwszych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, to różnica w języku opisującym retrospekcje oraz tym, który opisuje wydarzenia rozgrywające się współcześnie. Która polszczyzna jest panu bliższa?
Język jest narzędziem. Retrospekcje są pisane językiem zbliżonym do epoki, natomiast w dialogach współczesnych używam współczesnej składni. Pisanie tej powieści było dla mnie atrakcyjną przygodą i zabawą w tworzenie postaci. Dominik i Mrówka używają języka zbliżonego do tego, który słyszę w szkole. Kibole używają innego. Język współczesnych Polaków jest pełen wulgarności. Dotyczy to codziennych sytuacji. Swoją drogą brutalizacja życia społecznego w naszym kraju dotyka także języka. Czy to nie jest symptomatyczne?
Zarówno Józef Rajnfeld jak i Jan Lechoń to postacie historyczne. Czy w anegdotach zawarte jest ziarno prawdy?
Ziarno prawdy. Taki tytuł nosi druga powieść Miłoszewskiego z prokuratorem Szackim. Myślę, że Pani mnie podpuszcza i sprawdza, czy znam konwencję, w której się poruszam. Uważam, że nie oparłem mojej książki na anegdotach. Czy wie Pani, że Prokopiusz z Cezarei pisząc „Historię Sekretną” zawarł w niej najbardziej obrzydliwe fakty z życia cesarza Justyniana Wielkiego i jego żony Teodory? Grecki tytuł tego dziełka nosi tytuł „Ἀνέκδοτα” i sugeruje historię, która miała być ukryta. Idąc tym tropem możemy potraktować relację Józefa Rajnfelda oraz Jana Lechonia jako taką historię. Schowaną za oficjalną biografią i ukrytą. Mało kto o niej wie. Lechoń uchodził kiedyś za bardzo patriotycznego i prawicowego poetę, klasyka, dziś jego wiersze są omawiane jedynie na rozszerzeniu z języka polskiego w Liceum. Rajnfled miał mniej szczęścia. Był w polskim środowisku podwójnie obcy, podwójnie niebezpieczny i jest dziś podwójnie zapomniany. W roku 1940 po upadku Francji Lechoń mógł mu pomóc wydostać się z Francji, która za chwilę miała znaleźć się pod okupacją niemiecką. Ale nie zrobił tego. Rajnfeld został w ten sposób paskudnie potraktowany. Nie wiemy, jak zginął. Moja wersja jego śmierci to licentia poetica. Mam nadzieję, że moja powieść przyczyni się do zainteresowania twórczością poetycka, czy „Dziennikiem” Lechonia, bo w końcu to jest kawał porządnej polskiej literatury oraz zostaną pokazane prace malarskie Rajnfelda.

www.unsplash.com/Jay Wennington Wątek współczesny dotyka bardzo ważnego problemu – hejtu w sieci. Czy naprawdę nienawiść w Internecie jest taka prosta?
Tak, nienawiść jest prosta. Wymaga odczłowieczenia wyimaginowanego wroga, obojętnie kim on jest: uchodźcą, obcym, innowiercą, człowiekiem, który ma coś, czego ja nie mam. Ludzie nienawidzą się z błahych powodów. I potrafią ze sobą żyć przez lata nienawidząc się. To niewyobrażalne piekło. Proszę sobie spróbować to wyobrazić. Proszę dokonać analizy kilku portali, na których Polacy wylewają swoje żale. Jeśli masz inne poglądy polityczne, zostaniesz zgnojony, utytłany w błocie, krwi i żółci i gównie. Opluwają się nawzajem kibice i zwykli ludzie. Pamięta Pani awanturę na Krakowskim Przedmieściu z krzyżem? Byli ludzie, którzy wykorzystywali religię do celów politycznych i to jest przeciwne religii, ale byli też tacy, którzy oddawali mocz na modlących się. Politycy warczą na siebie i plują na siebie jadem. Dlatego nie czytam Internetu. Brzydzę się tym, tak jak polską polityką, która jest pełna afer, okradania własnego państwa i napychaniem sobie kasy. Czytała Pani „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego? Jest tam świetna scena, w której pada najbardziej polskie słowo. To żółć. Po pierwsze jest zapisywane za pomocą tylko polskich znaków diakrytycznych, a po drugie oddaje przewrotny i symboliczny sens naszej wspólnoty narodowej. Wszystkie partie polityczne na siebie plują, dziennikarze podgrzewają ten tygiel, bo wszak dobry news, to zły news. Jak to kiedyś wszystko pęknie, obryzga nas wszystkich. Tego się naprawdę boję, by hejt i nienawiść wzajemna nie przeszła w Polsce z poziomu symbolicznego, w czyn realny, jak w Hiszpanii w 1936 roku, gdzie poza nienawiścią i wojną domową nie zostało już nic.
To co mnie uderzyło, to łatwość z jaką przychodzi młodym ludziom zniszczenie życia innej osobie. Miał Pan do czynienia z taką sytuacją w swojej karierze jako nauczyciel?
NIE, na szczęście nie miałem, ale przypadki hejtu i znęcania się rówieśników nad kolegami i koleżankami istnieją w Polsce. W 2015 roku został zaszczuty pewien chłopiec w Bieżuniu. Popełnił samobójstwo. Było o tym głośno. Proszę o tym poczytać. Niech Pani zgadnie, jakie imię nosił zaszczuty nastolatek? „Czarna pszczoła” jest powieścią oddającą hołd takim ludziom, czarnym pszczołom, które umierają niepostrzeżenie i w ciszy. Czy w zalewie informacji: ile w Polsce wyprodukowano par butów, ile na Polaka przypada statystycznie iPadów, a ile pijemy średnio mleka na głowę, ile dzieci rocznie się rodzi, ile rząd wyda na 500 plus, czy zastanowiła się Pani, ilu ludzi rocznie w Polsce, kraju Jana Pawła II, popełnia samobójstwo z powodu zaszczucia, bo „ktoś jest Inny”? Za dużo. O wiele za dużo. Nie godzę się na to. Współczesna powieść sensacyjna musi dotykać takich zakłamanych obszarów, wsadzać kij w gniazdo os.
Polacy jako naród nie wypadają najlepiej w Pana książce, wyglądamy kiepsko. Tak z nami źle?
Myślę, że jako społeczeństwo jesteśmy dość przeciętni. Nie mamy mniejszości, ponieważ od 1945 roku Polska wbrew swej wielowiekowej tradycji jest państwem homogenicznym narodowościowo i kulturowo. Nie rozliczyliśmy się z totalitarnym państwem jakim był PRL. Dopiero teraz funkcjonariusze SB stracą swoje przywileje. Między innymi o tym traktowała powieść „Lunatyk”. „Czarna Pszczoła” jest poświęcona innej tematyce. Starałem się pokazać kryminał, który dotyka różnych, głębokich problemów społecznych, takich jak hejt, stosunek do mniejszości, czy afera reprywatyzacyjna w Warszawie, w której istniała przez lata zmowa milczenia, w której setki ludzi straciły dorobek życia, a niektórych, jak Jolę Brzeską, zamordowano. Do naszego społeczeństwa i narodu jak ulał pasują słowa Józefa Piłsudskiego, ze Polacy to naród wspaniały, tylko ludzie kurwy. Choć Piłsudski też jest winny zniszczenia młodego republikanizmu i zastąpienia go autorytarną sanacją.

Wojciech Dutka Skąd pomysł na Maxa? Żeby jeszcze bardziej podrażnić Polaków, powinien być pochodzenia żydowskiego.
Dlaczego? Czy uważa Pani, że wprowadzenie do polskiej powieści sensacyjnej pierwszego czarnoskórego bohatera ma jedynie drażnić? Ja sadzę, że za moją decyzją o stworzeniu takiego bohatera tkwi większy sens. Max jest w Polsce permanentnie obcy z powodu swojego koloru skóry, ale zna Polskę, wszak w połowie jest Polakiem. To jest manifest za Polską otwartą, która nie boi się różnorodności, mimo przywiązania do części swoich pięknych tradycji, republikanizmu, walko „za naszą i waszą wolność”, tolerancji z której słynęliśmy w Europie w wieku XVI. Ale jeśli Pyta Pani o wątki żydowskie – są one mi bliskie. Już opublikowałem powieść szpiegowską, w której bohaterem jest Żyd i zarazem Polak, Leopold Trepper. „Taniec Szarańczy” został wydany 10 lat temu przez wydawnictwo Albatros. Po drugie, chcąc zostać zauważanym jako autor powieści sensacyjnej, musiałem stworzyć bohatera Innego od wszystkich innych. Miłoszewski stworzył postać prokuratora Szackiego, Bonda ma swoją profilerkę policyjną, Krajewski stworzył Eberharda Mocka. I tak można mnożyć. Policjanci, sędziowie, prawnicy, kobiety i mężczyźni. Wszyscy mają jedną immanentną cechę – są to ludzie urodzeni w Europie i biali. Max jest inny i właśnie dlatego jest fascynującą postacią. Jest tożsamy Polsce i do niej niepodobny, ma złamane pokręcone życie, czasami w chwili słabości oddaje się wysokim procentom, potrafi pokochać i sprać jakiegoś drania na kwaśne jabłko, jest ludzki i nie godzi się na podłość.
Czy według Pana Polacy rozliczą się kiedyś ze swoją historią?
To zależy od tego w jakim kontekście Pani pyta. Wiek dwudziesty był dla Polski bardzo niedobry. Druga wojna światowa zniszczyła nam elity, czemu winni są Niemcy i Sowieci mordując je bezlitośnie, potem w czasach PRL schamieliśmy i rozpiliśmy się. Ja próbowałem się rozliczyć z moim widzeniem historii Polski ostatnich 28 lat w powieści „Lunatyk”. Myślę, że im dalej będziemy oddalać się od PRL, będziemy mogli oceniać tę epokę na spokojnie i z różnych perspektyw. W tym kontekście ważna jest postać Barbary, której historia zawiera w sobie mnóstwo wyborów i zahacza o przeróżne konteksty historyczne – II wojna światowa, aresztowanie po powrocie do kraju, zawłaszczenie mienia, śmierć ojca w Katyniu, praca prokuratora w PRL.
Czy możemy oceniać wybory dokonywane w okolicznościach, które trudno sobie wyobrazić?
Na tym polega literatura, aby spróbować sobie to wyobrazić. Rzeczywiście postać Barbary ogniskuje historię Polski. W jakiś sposób musiałem pisząc powieść tworzyć bohaterkę, która stanie się osią narracyjną książki. Życie Barbary jest pełne tajemnic. Ma swoje sekrety, skrywane głęboko w mroku. Chciałem aby postać Barbary była wielowymiarowa. Czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Barbara otrzyma rozgrzeszenie za swoją winę. Ja nie mogę tego za czytelnika zrobić. Jednak czy możemy oceniać wybory ludzi dokonane w czasach niewyobrażalnych? Lubię zakończenie „Innego Świata” Herlinga-Grudzińskiego. W ostatniej scenie powieści jeden ze współzesłańców opowiada historie, jak wydał w stalinowskim łagrze trzech Niemców na śmierć. Narrator powieści milczy. W obozie zrozumiałby, poza nim, zostaje tylko milczenie. Są winy, których wybaczenie ich przerasta. Musi być ktoś, kto udziela takiego wybaczenia. Pozostaje mi wiara, że istnieje Instancja, która kiedyś poza czasem i przestrzenią, wybaczy nam wszystkim.
-
„Chciałbym być czaplą”, rozmowa ze Stanisławem Łubieńskim, nominowanym do Nagrody NIKE
Tę rozmowę nagraliśmy w trakcie tegorocznego Off Festivalu. Nie wiem dlaczego, ale chciałem ją bardzo przechomikować aż do zimy, ale skoro Stanisław Łubieński znalazł się w finałowej siódemce nominowanych do Nagrody Literackiej NIKE, to emisja następuje właśnie dziś. „Dwanaście srok za ogon” to książka opowiadająca o ptakach na różne sposoby. Autor nawiązuje do obrazów Józefa Chełmońskiego, a także opowiada o politykach, którzy interesują się ptakami. Obejrzyjcie naszą rozmowę, a potem przeczytajcie książkę, albo odwrotnie. Jak kto woli.
-
„Wymyślone miasta”, wrześniowy felieton Sylwii Chutnik
Poznać miasto dzięki książce. Albo odwrotnie: znajdować w fabule nowe miejsca na mapie. Fascynujące zatarcie granic: oto fikcja staje się miejską legendą, a czasem elementem prawdziwej historii. Od czego bowiem jest pisarz, jeśli nie od wyszywania realnych postaci i wprowadzania ich do tkanki miejskiej. Od niezauważalnego podrzucania nowych wątków i wplatania ich do tego, co istnieje od lat. Literackość staje się architekturą, gdzie starym domom nadawane są nowe znaczenia, a siatki ulic rozplątują się pod naporem kroków postaci stworzonych przez pisarza. I nagle zadajemy sobie pytanie: coś się zdarzyło, czy tylko o tym przeczytaliśmy? Jakie jest prawdziwe miasto: to, które widać za oknem czy to opisane na kartach książki?
Trasy literackie istnieją od wielu lat. Czytelnicy i czytelniczki uwielbiają eksplorować miasta według topografii nakreślonej w powieściach i opowiadaniach. Dzięki temu czują się trochę tak, jakby sami brali udział w przygodach ulubionych bohaterów. Mimo tego, że zdajemy sobie sprawę, że postaci te są wymyślone, to liczymy, że za chwilę wychylą się zza rogu lub przejdą obok nas ulicą. Uczucie, które można porównać do czekania na świętego Mikołaja albo wizyty w komnacie strachu: wiemy, czego się spodziewać, ale jesteśmy podekscytowani.
Współczesna turystyka oparta jest w dużej mierze na kompulsywnym robieniu zdjęć. Fotografujemy więc dom, w którym „mieszkała” rodzina Borejków lub kamienicę Łęckich. Robimy sobie selfie na miejscu zbrodni opisanej w kryminale. Wpisujemy się w opowieść przekonując siebie, że bohaterowie, którymi śladami podążamy są tak samo pełnoprawnymi mieszkańcami, co królowie czy sami pisarze. Przez chwilę jesteśmy dziećmi, które uwierzyły w bajki. Dla twórcy to wielkie wyróżnienie: zbudować świat zawieszony między realiami. To dlatego tak często stosowane są sztuczki z mieszaniem wymyślonych postaci i rzeczywistych miejsc. Dzięki nanizaniu fikcji na siatkę prawdziwych miejsc czytelnik traci rozeznanie, co jest prawdą, a co wyobrażeniem. I bardzo dobrze: literatura to przecież gubienie tropów i niekończące się wątpliwości.

www.unsplash.com/Aron van de Pol Do najbardziej literackich miast należy Edynburg z trasami śladami powieści „Trainspotting” Irvina Welcha (klik) oraz kryminałów Iana Rankina (klik), Londyn z Sherlockiem Holmesem (klik), Harry’ym Potterem (klik) oraz klasykami: Charlesem Dickensem (klik) i Williamem Szekspirem (klik). Jest Saint Petersburg ze „Zbrodnią i Karą” Dostojewskiego (klik), Sztokholm z serią „Millenium” Stiega Larsona, Dublin z „Ulissesem” Jamesa Joyca i wiele innych. Trasy literackie to dobry biznes – najbardziej znana seria przewodników po świecie Lonely Planet co jakiś czas uzupełnia ranking najlepiej opracowanych tras przewodnickich (klik). Można przy niej znaleźć również informacje o hotelach i restauracjach, co napędza rynek turystyczny. Czasami wystarczy wnikliwe czytanie, aby znaleźć konkretne miejsca, ale często też korzysta się z zorganizowanych wycieczek z przewodnikami. W Polsce również mamy się czym pochwalić, na przykład wielkopolskimi szlakami śladem Adama Mickiewicza (klik) z przewodnikiem „Podróże z Panem Tadeuszem” prowadzącym przez miejscowości odwiedzane przez wieszcza. Jest również Wrocław z trasą śladami Eberharda Mocka – postaci stworzonej przez Marka Krajewskiego (klik) , Lublin z Józefem Czechowiczem (klik), Poznań z serią „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz (klik) czy Gdańsk z Gunterem Grassem (klik).
Jako warszawska przewodniczka szczególnie polecam Wam wycieczkę śladami „Lalki” Bolesława Prusa, przy której miałam przyjemność współpracować (klik) czy trasę śladami „Złego” Leopolda Tyrmanda (klik) oraz (klik) – tam również mapa stolicy Mirona Białoszewskiego.

Warszawa, www.unsplash.com/Alexey Topolyanskiy Potrzeba wiele godzin tych obserwacji, aby stworzyć nowy, literacki obraz miasta. Niczym francuski flaneur, czyli figura spacerowicza zaczerpnięta z twórczości Charlesa Baudelaire’a, wcielać się można w postać artysty niespiesznie przechadzającego się ulicami stolicy. Przypatrującego się, podglądającego i traktującego miejskie tło niczym wzór dramatyzmu scenicznego. Ulice jako teatr, bulwary z tłumem przechodniów jako nieustanne poruszanie się aktorów. W ten sposób odbiera się miasto niejako „z zewnątrz”, z odpowiednim dystansem niezbędnym do zobaczenia go w nowym świetle. Znany od dzieciństwa sklep nagle staje się nową scenerią wyłaniającą się zza obdrapanej farby. Mijany setki raz słupek okazuje się przedwojennym elementem latarni gazowej. Miasto pełne niespodzianek, dostępnych tylko dla tych, którzy zamiast biec przed siebie potrafią smakować metropolię niczym najbardziej wykwintną potrawę. Serwowaną na specjalne zamówienie.
Stanisław Wokulski z powieści „Lalka” w ten właśnie sposób odkrywał rodzinne miasto. Zatrzymywał się nad brzegiem Wisły i patrzył na Powiśle. czy na hotele położone nieopodal jego sklepu. Obserwował Warszawiaków podobnie jak Bolesław Prus: niby przypadkiem, pomiędzy jedną wędrówką a spotkaniem związanym z interesami. Mimo wszystko jego zmysły był zawsze czujne. Potrafi poczuć zapach knajpy, dostrzec widok wielkich oczu żebraczki czy jasną plamę słońca. Krążył po mieście wypatrując ukochanej Izabeli Łęckiej, ale jednocześnie chłonął miasto, które stawało się powoli areną jego klęski.
Czytając opisy miasta czytelnik zaczyna przyjmować wrażliwość bohatera za element swojej percepcji. Dzięki temu odkrywa nowe znaczenia nawet najbardziej znanych i ogranych miejsc. To odświeżające, tak sobie pożyczyć czyjeś oczy i patrzeć nimi wokoło.
Oblekanie miasta, snucie się po jego ulicach, zaglądania między cegły, obwąchiwanie bruku. Wydaje się, że spacery i obserwacje zakamuflowane są w poszczególnych zdaniach, które, rzucane niby między opisem akcji, dają obraz przestrzeni. I znowu – historia przekraczająca ramy tego, co realne i fikcyjne. Moim ulubionym przykładem jest choćby tablica umieszczona na fasadzie dwóch kamienic związanych z „Lalką” (dom, w którym mieszkał Wokulski i sklep, którego był właścicielem). Przeszłość staje się zwyczajnie opowiadaniem, czymś na krawędzi czasoprzestrzeni, między tym, co się wydarzyło a tym, co mogłoby się wydarzyć. Wystarczy spojrzeć na popularne zdjęcie – fotomontaż przedstawiający rzekomy sklep Wokulskiego na Krakowskim Przedmieściu, z dorobionym szyldem, który wygląda tak naturalnie, jakby istniał naprawdę. Co jest fikcją, co wyczytaliśmy w książce, a co przedstawiono na zdjęciu? A czy to ma jakieś znaczenie? Taka literacka postprawda, trudno.

Moskwa, www.unsplash.com/Astemir Almov Nie musimy się nią przejmować, możemy za to zwyczajnie zanurzyć się w formie i dać ponieść opowieści. Ale aby świadomie bawić się razem z pisarzem czy autorką musimy chociaż trochę znać miasto, w którym znajdować by się miał przedstawiony wcześniej sklep czy kamienica. Wymaga to od nas skupienia, wyjścia z domu i zasmakowania miejskiego pejzażu. Po trochu turysta, dozorca i przechodzień w jednym. Zawsze spostrzegawczy, wyczulony na otoczenie. Jesteśmy w samym środku opowieści. Idziemy za autorem, który jest demiurgiem – przechodniem spacerującym od placu do skrzyżowania. Podglądamy jego kroki, kierujemy wzrok tam, gdzie i on kieruje swój. Uczymy się jego perspektywy i sposobu postrzegania miejskiego teatru. Nadajemy mu cechy charakterystyczne. Punktem stycznym jest wspólnota obserwacji i przetwarzania. Bez tego miasto jak nieożywiona lalka jest tylko kolejną makietą metropolii. Pustą i przewidywalną.
Dlatego też coraz więcej władz lokalnych finansuje trasy przewodnickie i uważa turystykę literacką za pełnoprawną część promocji miasta: podobną do ciekawego muzeum czy prężnie działającej bazy hotelowej. Poszukiwacze powieściowych wątków grasują po świecie a pisarze coraz częściej mogą starać się o stypendia czy rezydencje w zamian za napisanie choćby krótkiego opowiadania o danym miejscu. W końcu czym byłaby Moskwa bez „Mistrza i Małgorzaty”, Nowy Jork bez Candace Bushnell a Mumbai bez Katherine Boo i jej bohaterów: Abdula, Aszy i innych? Bez pisarskich zmyśleń miasta stanowiłyby tylko nudną zbieraninę domów, to wszystko.
-
Mariusz Czubaj zdradza tytuł swojej najnowszej książki!
To jest bardzo fajne uczucie, kiedy autor obdarza Cię takim zaufaniem, że jako pierwszemu publicznie zdradza tytuł swojej najnowszej książki. Sprawy mają się więc tak, że piąty tom przygód Rudolfa Heinza pojawi się w księgarniach w styczniu, miejscem akcji będzie Śląsk oraz Zagłębie. Tak, celowo nie zdradzam tutaj tytułu, niech zrobi to sam Mariusz, laureat tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru.
-
„Życie jest przereklamowane”, felieton Jakuba Ćwieka
Czasami jest tak, że gdy przyjeżdżam na spotkanie autorskie do jakiejś miejscowości, lokalne media chcą zrobić ze mną wywiad. I choć oczywiście zdarzają się bardzo miłe, interesujące wyjątki, zwykle są to pytania klasyki z nieodzownym „skąd Pan czerpie pomysły”. I raz właśnie podczas takiego wywiadu na tego właśnie evergreena odpowiedziałem: Proszę pani, to proste. Moje historie są na faktach.
Pani dziennikarka popatrzyła wtedy na mnie zaskoczona, coś na szybko sprawdziła w notatkach.
– Przepraszam – powiedziała po chwili, wyraźnie zaczerwieniona – Musiałam coś źle doczytać, bo miałam wrażenie, że jest pan pisarzem fantastyki.
– Tak – potwierdziłem. – To coś zmienia?
Jej twarz znowu się zmieniła, tym razem przechodząc z zaskoczenia do zimnego, lodowatego wręcz gniewu profesjonalisty, z którego ktoś sobie robi jaja.
– Proszę pana, ja tu poważny wywiad robię, proszę się nie wygłupiać – powiedziała, a ja karnie pokiwałem głową i dalej poszło już klasycznie.
Tylko, że prawda jest taka, że choć faktycznie się wygłupiałem, to jednak powiedziałem całą prawdę. Moje książki, wszystkie bez wyjątku, oparte są na faktach. Z tym, że nie upatrywałbym w tym jakiegoś szczególnie ważnego newsa, bo weźcie proszę pod uwagę, że – wybaczcie bezpośredniość i wulgarność zwrotu – w przypadku prozy ta fraza… gówno znaczy.

fot: unsplash.com/rawpixel „Na faktach” mówi bowiem czytelnikowi dokładnie tyle: w oparciu o zaistniałe fakty autor stworzył fabułę swojej książki. Czy zatem jeśli pojadę na wakacje nad morze (fakt), zobaczę bogatych rodziców (fakt) i ich małą córeczkę, która rozmawia z lodziarzem w pewnym oddaleniu od rodziców (fakt), to czy wymyśloną i napisaną na tych wakacjach książkę o córce bogatych przedsiębiorców porwaną przez lodziarza dla okupu mogę nazwać książką opartą na faktach?
Przykład może się wydawać absurdalny, ale zauważcie – nikt nie mówi, jakie powinno być właściwe stężenie udokumentowanych wydarzeń w fikcyjnej opowieści, by ta mogła uchodzić za „opartą na faktach”. Powołam się tu na przykład filmowy. Dziewięć lat temu na ekrany wszedł film zatytułowany „Nieznajomi” (oryginalnie „The Strangers”), krwawy dreszczowiec opowiadający o małżeństwie, które chce wypocząć w domku na odludziu. Tam zjawiają się trzy osoby i zamieniają życie pary w piekło. Powód? Bo akurat byli w domu. Cały film to miły dla oka, ale nie jakiś specjalnie udany festiwal trzaskających drzwi, groźnych ujęć, wrzasków, zakończony krwawą masakrą. Informacja na plakacie potęguje wrażenie. Mówi „oparte na prawdziwych wydarzeniach!”. Na tym się zresztą zasadza cała reklamowa strategia produkcji. Wszystko pięknie, ale całe fakty to historia z dzieciństwa reżysera, który opowiedział, jak to kiedyś zapukała do niego jakaś kobieta i zapytała o kogoś, kto tam nie mieszkał. Potem okazało się, że to była czujka włamywaczy sprawdzających, czy ktoś jest w domu. Reszta scenariusza filmowego to mniej lub bardziej luźne inspiracje akcjami rodziny Masonów i innymi filmami już wcześniej ogrywającymi podobne tematy.
Weźmy coś bliżej naszego podwórka, zarówno geograficznie, jak i tematycznie. Dziennikarz, pisarz i wydawca Tomasz Sekielski wpadł na skądinąd całkiem sprytny pomysł serii „Na f/aktach” polegającej na tym, że znanym pisarzom daje się akta głośnych, swego czasu bulwersujących spraw kryminalnych, a ci mają w zamian stworzyć dobrą książkę opartą na faktach. I choć zdecydowanie będę ostatnim, który uzna ten pomysł za zły – wszak to jemu zawdzięczamy póki co najlepszą książkę Łukasza Orbitowskiego – to jednak ilekroć widzę książki serii, uśmiecham się pod nosem w ten specyficzny sposób zarezerwowany dla momentów, gdy dostrzegam, że ludzie nabierają się na zgraną sztuczkę iluzjonisty. Bo tym ta seria jest w istocie – sprytnym, świetnie pomyślanym, ale i w jakiś sposób wyrachowanym sposobem na zbijaniu kapitału na ludzkiej skłonności do voyeuryzmu, ale… i czytelniczych kompleksach.

www.unsplash.com/Ben White Już wyjaśniam to drugie. Stephen King, w swoim „Jak pisać. Poradnik rzemieślnika” mówił o tym, jak ważne jest dla wielu czytelników, by w książkach beletrystycznych znajdowały się strzępy efektownej wiedzy w postaci ciekawostek. Upatrywał w tym części sukcesu chociażby Johna Grishama, który owszem, wymyślał swoje fabuły, ale przecież podobno opierał je czasem na prawdziwych sprawach, a w to, co pisał, nieustannie wpatał prawne ciekawostki . Dzięki temu wstydząc się, że folgujesz swemu plebejskiemu gustowi, bojąc się, co pomyśli sobie o tobie towarzystwo, do którego aspirujesz, możesz się zawsze bronić, że dowiedziałeś się z tej książki tego, tego i tamtego. To są skrawki prawdy lub wiedzy, które wyłowiłeś z tej całej fikcji. Prawie jakbyś wyławiał perły.
Czytając, nie tylko zanurzałeś się w prawdziwej rozrywce, ale też pogłębiałeś swoją wiedzę, o rzeczy, które nie przydadzą ci się nigdy. A jeśli książkę dobrałeś uważnie, jeśli blurb otwiera lub zamyka zdanie „oparte na prawdziwych wydarzeniach”, jesteś podwójnym zwycięzcą, bo nie tylko posiadłeś wiedzę, ale i na własnych, czytelniczych zmysłach doświadczałeś prawdziwości starego porzekadła, że „życie jest najlepszym pisarzem”.
Tyle, że… nie jest. Życie to fatalny pisarz, który ma momenty. Czasem pisze świetne sceny, ma masę naprawdę mocnych pomysłów, ale rozwleka akcję, rozbija ją na niepotrzebne wątki, mnoży bohaterów, wprowadza dłużyzny, tonę zbędnych dialogów, wreszcie – kompletnie nie dba o solidne podbudowanie postaci czy wydarzeń. U niego rzeczy się po prostu dzieją. Potrzeba potem godzin edycji, skracania i wycinania wątków, uproszczeń, przerabiania postaci, przyjmowanie odpowiedniej perspektywy, by coś z tego wreszcie osiągnąć. I to właśnie nazywamy dobrą książką.
Dlatego do serii „Na f/aktach” trzeba było zaprosić pisarzy. By coś z tymi historiami z potencjałem zrobili ludzie, którzy zniekształcają, przycinają, a czasem łamią i sklejają na nowo. I to oni, nie życie, są tu pisarzami. Są tymi, którzy w opowieści mają ostatnie słowo. Życie jedzie tu na ich talencie i umiejętnościach, zbierając laury, gdy się uda, i wychodząc obronną ręką, gdy ktoś coś spieprzy. Słowem, życie choć pisarzem jest nieudolnym, ustawiło się fantastycznie.
Ale pozwoliliśmy mu na to. Pozwoliliśmy, podchodząc do etykietek „na faktach” czy „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” z beztroską facebookowego scrollera czerpiącego wiedzę z memów. Widzimy coś takiego i już nie sprawdzamy proporcji, nie zastanawiamy się, ile w tym jest prawdy, ile domysłów, ile fikcji. „Na faktach” oznacza dla nas coraz częściej – historia totalnie prawdziwa, lekko udramatyzowana.
A tymczasem, co udowadnia sztandarowe dla serii „Na f/aktach” dzieło Orbitowskiego, a także chociażby wyśmienita choć przerażająca książka Jacka Ketchuma „Dziewczyna z sąsiedztwa”, dobra historia nie potrzebuje podkreślania, że wzięła się z życia. Jest dobrze skonstruowana, wydarzenia wynikają jedne z drugich, nikt nie musi używać tarczy „ja wiem, że to się wydaje nielogiczne i bezsensowne, ale tak właśnie było w rzeczywistości, więc proszę mnie nie winić”. Bo to z kolei jest tchórzliwym szukaniem poza książką czegoś, co powinno być jej integralną częścią. Usprawiedliwianie swojego błędu w sztuce. Bycie demiurgiem na pół gwizdka!

www.unsplash.com/Tom Hermans Żeby nie było wątpliwości do kogo, czy raczej przeciw komu kieruję te słowa. Na pewno nie jest to żaden zarzut wobec wydawnictwa Od deski do deski – rozumiem ideę stojącą za publikowaniem na książkach informacji „opowieść jest na faktach”, czy nawet tworzenia serii opartej na wspomnianej wyżej idei. Wydawca podąża za czytelniczymi oczekiwaniami i je spełnia. Popyt i podaż, sprawa oczywista. Chodzi mi raczej o coraz liczniejszą grupę czytelników, tych, nazwijmy ich prawdofili, uczących autorów lenistwa, tchórzostwa i asekuranctwa.
Bo jeśli czytelnik musi przeczytać na okładce czy we wstępie, że coś się wydarzyło, żeby uwierzył, że mogło się wydarzyć, to pisarz się zwyczajnie nie spisał. Nie dał od siebie tego, co dla pisarstwa kluczowe, nie przekonał nas do swojej wizji świata, a jedynie oparł się na magiczności zwrotu „na faktach”.
Stąd apel:
Mamy reportaże, mamy wszelkie inne książki non-fiction, gdzie szukanie i odkrywanie prawdy ma znaczenie i jej wysoka procentowa zawartość warta jest podkreślania na każdym kroku. Ale jeśli chodzi o beletrystykę, poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami, niechże prawda faktów zostanie za kulisami, a najlepiej w ogóle w warsztacie. Tam jest jej miejsce. W prozie liczy się nade wszystko prawda emocji. A tę osiąga się w zupełnie inny sposób.
Jakub Ćwiek

























