Kategoria: Aktualności

  • „Wkrótce sztuczna inteligencja przewyższy intelektualnie ludzi”. Marc Elsberg dla smakksiazki.pl

    Przygotujcie sobie kubek, a nawet kubeł herbaty, bo jest co czytać. Kiedy będziemy zaprogramować swoje przyszłe dziecko, kto płaci za idealny materiał genetyczny pół miliona dolarów, jakie zapasy ma hurtownia sieci Billa pod Wiedniem, a także dlaczego Marc Elsberg szyfruje swoje wiadomości? To tylko niektóre tematy poruszane przez Martę Guzowską w rozmowie z autorem „Blackoutu”, „Zera” i jeszcze ciepłej nowości – „Helisy”.

    Czytałam niedawno o konkursie na najlepszego dawcę spermy, ogłoszonym przez agencję Purenetics. Perfekcyjny pod każdym względem dawca miał otrzymać za swój materiał genetyczny pół miliona dolarów! Chyba to już niedaleko od tego, co opisujesz w swojej najnowszej powieści „Helisa”, gdzie wybrani rodzice mogą dokładnie zaprojektować genom dziecka i nadać mu takie cechy jak ponadprzeciętna inteligencję, wytrzymałość, siła, itd.

    To nic nowego, jedyne, co może budzić zdumienie to ogromna suma, jaką otrzyma dawca, bo oznacza to, że właściciele agencji planują sprzedać nasienie wyłącznie bardzo bogatym ludziom. Kobiety w bankach spermy od dawna wybierają dokładnie takiego dawcę, jakiego chcą. Ale na razie w projektowaniu dzieci ogranicza nas stan wiedzy. Potrafimy określić, które z ok. 2 tys. ludzkich genów odpowiadają za różne cechy wyglądu, a nawet za takie rzeczy, jak produkcja usznej woskowiny. Ale ciągle nie wiemy, który gen warunkuje inteligencję. Ale zdobędziemy tę wiedzę, raczej wcześniej niż później.

    A gdybyśmy już teraz umieli manipulować ludzką inteligencją, robilibyśmy to?

    Podejrzewam, że tak. Ale zastanawiam się, jak wielu ludzi naprawdę by chciało ulepszyć genetycznie swoje własne dzieci. Po napisaniu „Helisy” rozmawiało ze mną wielu czytelników, a zwłaszcza czytelniczek. Mówiły, że nie rozumieją postawy Helen, głównej bohaterki, która decyduje się na właśnie takie genetycznie zmanipulowane, wspaniałe pod każdym względem dziecko. Uważały, że jej decyzja jest psychologicznie nieprawdopodobna.

    Serio? Bo kiedy ja czytałam tę powieść, doskonale rozumiałem decyzję Helen. I przysięgam, że nie wiem, co zrobiłabym w jej sytuacji. Perspektywa zapewnienia swojemu dziecku możliwie najlepszego startu jest bardzo kusząca i mogę zrozumieć, że ludzie zgodzą się nawet balansować na granicy prawa. A co Ty byś zrobił, gdyby dzisiaj ktoś ofiarował Ci możliwość posiadania doskonałego, zmanipulowanego genetycznie potomstwa?

    Jest taka scena w książce, kiedy Helen ma zdecydować, jakie jej dziecko miałoby być. Wybiera inteligencję, większa siłę i wytrzymałość, mniejsze zużycie energii, mniejszą ilość snu. My definiujemy „lepszy” jako lepiej pasujący do określonego środowiska, to czysty darwinizm. Problem w tym, że jest to „lepszy” na dzisiaj. Środowisko prawie na pewno się zmieni i nie wiemy, w którą stronę pójdzie ta zmiana. Czy cechy, które dzisiaj wybierzemy dla naszych dzieci, które wydają nam się lepsze w dzisiejszych realiach, ciągle będą jeszcze lepsze za dwadzieścia lat? A za pięćdziesiąt?

    Ale wracając do pytania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji: podejrzewam, że nie odmówiłbym, pokusa byłaby jednak zbyt silna. Ale tylko w określonych okolicznikach. Po pierwsze: społeczeństwo musiałoby wiedzieć o takiej możliwości i aprobować ją. Nie chciałbym stworzyć dziecka, które będzie społecznym wyrzutkiem. Gdyby istniały prawa zabraniające takiej manipulacji nie zdecydowałbym się na nią. Chociaż pewnie w wielu krajach nigdy nie będzie reguł i praw, na przykład w Stanach Zjednoczonych, albo w Azji. Oni pewnie tego nigdy zdecydowanie nie zakażą.

    www.unsplash.com/DrewHays

    Przecież w każdej chwili mógłbyś wsiąść w samolot i polecieć tam, gdzie manipulacja genami potomstwa nie jest zabroniona?

    No właśnie, przy mobilności w dzisiejszym świecie lokalne zakazy przestają mieć znaczenie. To by się pewnie nazywało turystyka genetyczna, albo turystyka ulepszająca dzieci, jakoś tak. Dlatego dla mnie ważniejsza byłaby aprobata społeczna, niż konkretne regulacje prawne. Nikt przecież nie chce, żeby jego dzieci czuły się odrzucone. I to w najlepszym wypadku, w najgorszym mogą zostać zabite lub wyjęte spod prawa.

    To co opisujesz w „Helisie” – i myślę, że naprawdę ma szanse tak być – jest technologią dla wybranych: dla najbogatszych albo dla najbardziej inteligentnych. To by doprowadziło do niewyobrażalnych wręcz nierówności społecznych. Bogacze mieliby nad resztą świata przewagę nie tylko finansową, ale też czysto fizyczną.

    Ale oni już ją mają. To między innymi też omawiam w mojej powieści. I dlatego dwójka moich bohaterów, genetycznie zmanipulowanych dzieciaków, którzy czują się wyrzutkami, próbuje rozprzestrzeni wirusa, który zmieni genom i bogatych i biednych. W sposób demokratyczny, chociaż nie do końca, bo ci, którzy zarażą się wirusem nie wiedzą o tym i nie podjęli tej decyzji dobrowolnie.

    I dlatego wszyscy starają się zatrzymać te dzieciaki: ich twórcy, władze. Każdy z innych pobudek. Więc czego ludzie się boją: genetycznej manipulacji, czy tego, że każdy mógłby mieć taką możliwość?

    Myślę, że obu tych rzeczy. Jeśli należysz do elity, boisz się tego demokratycznego, czy raczej populistycznego podejścia. A konserwatyści w ogóle nie lubią zmian, wszystko jedno jakich, z definicji.

    Tyle się teraz mówi o błyskawicznym rozwoju sztucznej inteligencji i związanych z tym możliwych zagrożeniach. A może genetycznie ulepszeni ludzi, o możliwościach znacznie przewyższających nasze, byliby odpowiedzią na te lęki? Może mogliby konkurować ze sztuczną inteligencją.

    Może, ale nie jestem pewien, czy zdążymy na czas, bo wielu naukowców prognozuje, że osobliwość, czyli moment, w którym sztuczna inteligencja przewyższy intelektualnie ludzi i sama zacznie stwarzać sztuczną inteligencję, nastąpi w ciągu 40-50 lat, a może wcześniej. Ale nie wiem, czy musimy dotrzymywać kroku maszynom. Gdybyśmy powiedzieli człowiekowi sprzed 400 lat o urządzeniach takich jak smartfon, uznałby to za czyste czary. Smartfony mają ogromne możliwości, a jak na razie nie wyparły nas z powierzchni ziemi. Może tak samo będzie z maszynami przyszłości.

    O smartfonach w Twojej poprzedniej powieści „Zero”. Gdyby w przeszłości i to nie 400 czy 300 lat temu, ale 50 lat temu, w młodości naszych rodziców, ktoś powiedział im, że przez cały czas będą nosić przy sobie urządzenie, które będzie ich szpiegować, nigdy by się na to nie zgodzili. Teraz nie tylko to robimy, ale wręcz pracujemy nad tym, aby szpiegowanie było jak najbardziej dokładne. W „Helisie” opisujesz drogę wielkich nierówności społecznych. Fabuła „Zero” oparta jest na całkiem przeciwnym pomyśle: powszechnego raju, dla wszystkich, za przystępną cenę. Ale ten powszechny raj wiąże się z powszechną kontrolą. Co się takiego stało się przez ostatnich 50 lat, że zgodziliśmy się na to?

    Kilka rzeczy. Przede wszystkim większość ludzi po prostu nie rozumie tych procesów, które obecnie zachodzą. Po drugie: trudno dokładnie ogarnąć konsekwencje, jakie za sobą niesie używanie smartfonów, które mogą nas szpiegować. W mojej pierwszej powieści „Blackout” opisuję konsekwencje awarii sieci energetycznej, które są łatwe do zrozumienia, bo są fizyczne: chłód, głód i tak dalej. Można je porównać z zastrzeleniem kogoś, bach i umierasz. A procesy opisane w „Zero” są bardziej jak podawaniem codziennie małych dawek trucizny. Efekt w sumie ten sam, ale bardziej rozłożony w czasie i ofiara może się nie zorientować, dopóki nie jest już za późno. A poza tym trudno znaleźć przyczynę śmierci. Te kompleksowe związki w cyfrowym świecie są mniej fizyczne, więc dla wielu ludzi o wiele trudniejsze do zrozumienia. To pozwala z kolei tym ludziom, którzy są w stanie je zrozumieć, używać ich do własnych celów, a czasem nadużywać, manipulować innymi ludźmi. To przecież kwestia ostatnich 20-15 lat, kiedy Google i Facebook zdecydowały, że zaczną zarabiać pieniądze nie na reklamach, ale na naszych danych. Jestem zresztą w tej kwestii umiarkowanym optymistą, Unia Europejska wprowadza prawa chroniące naszą prywatność. To idzie we właściwym kierunku, chociaż niezwykle powoli. Ale pomyślmy o niewolnictwie, które też było akceptowane przez całe tysiąclecia, a potem po prostu przestało być.

    Ale teraz ludzie chcą inwigilacji. Pamiętam jeszcze dyskusję kilkanaście lat temu na temat wprowadzenia w Londynie wielkiej liczby kamer przemysłowych. Wszyscy protestowali. Dziś nikomu one nie przeszkadzają.

    Nie, nie zgadzam się, ludzie nie chcą inwigilacji, tylko nie wiedzą, co naprawdę się dzieje. Ludzie chcą tylko pozytywnego aspektu posiadania smartfonów. Który oczywiście istnieje, gdyby nie istniał, nie używalibyśmy ich. Prawie każdy użytkownik aplikacji GPS wie, że jest śledzony, ale nie obchodzi go to. Nie znaczy to jednak, że chce być śledzony. On po prostu chce dojechać łatwo i bezpiecznie z punktu A do punktu B. Sam to robię.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Ja też. Oczywiście myślę sobie, że to wszystko jedno, i tak nie mam nic do ukrycia, ale zdaje się, że to pułapka. Mam wyrzucić mojego smartfona?

    W żadnym wypadku! Alternatywą nie jest zaprzestanie używania nowych technologii, zresztą odcięcie się od nich w coraz większym stopniu oznacza wykluczenie. Alternatywą byłoby z pewnością stworzenie prawdziwego rynku na nasze dane. Wtedy przynajmniej wiedzielibyśmy, ile są warte.

    Ale to dokładnie dzieje się w „Zero”. Ludzie mają możliwość sprzedawania swoich danych.

    Akcja „Zero” musiała być dramatyczna, inaczej nie było thrillera. Dlaczego opisałem, co może pójść źle z taką sprzedażą danych. Ale myślę, że w prawdziwym życiu to nie byłoby takie złe. Problem w tym, że w tej chwili różne firmy wiedzą o nas więcej, niż my sami wiemy o sobie sami, używając urządzeń elektronicznych zawieramy rodzaj faustowskiego paktu z diabłem. Tak jak w tym słynnym przypadku nastolatki, kiedy system wiedział o jej ciąży zanim dowiedzieli się jej rodzice, dlatego że zmieniła swój sposób wyszukiwania w internecie i zakupów. Myślę, że obecnie firmy analizujące dane mogłyby nawet wiedzieć o ciąży, zanim dowie się o niej sama kobieta. Ciąża zmienia przecież wzorce zachowania, snu i tak dalej, dobry algorytm powinien móc to wychwycić. Są już programy na smartfony, które z dużą dokładnością prognozują, czy w ciągu najbliższych kilku dni zachorujesz na grypę. Kilka lat temu przeprowadzono eksperyment, zainstalowano aplikacje na smartfonach paru tysięcy studentów – za ich zgodą, oczywiście – i monitorowano sposób, w jaki studenci używali telefonu: jak go trzymali, jak pisali, itd. A do tego co kilka dni proszono studentów o wypowiedź na temat ich samopoczucia. Okazało się, że zachowanie studentów zmieniało się na kilka dni przed chorobą. Skoro to możliwe z grypą, pewnie jest też możliwe z ciążą. Pewnie niedługo przyszłe matki będą dostawały smsa „Gratulacje, spodziewa się pani dziecka. Proszę udać się do lekarza”.

    W „Zero” pojawia się firma FreeMe, która manipuluje danymi w celu eksperymentów na ludziach. Gdyby ich nie robiła, wszyscy bohaterowie byliby szczęśliwi, a Ty nie miałbyś fabuły. Na przykład córka głównej bohaterki, Wiola, bardzo dobrze wyszła na korzystaniu z programu monitorującego jej zachowanie: ma lepsze oceny, lepszą szansę na dobre studia, pogodziła się z matką… Więc dlaczego tak nas to przeraża?

    Ponieważ w naszej kulturze, zachodniej kulturze judeo-chrześcijańskiej, wychowujemy się z dominującą ideą wolnej woli. A w momencie, kiedy zaczynamy używać tych aplikacji i kiedy analizujemy mechanizmy, jakie za nimi stoją, uświadamiamy sobie, że nie działamy z naszej własnej wolnej woli. Działamy z czyjejś, cudzej woli. Nawet jeśli ludzie z FreeMe, nie manipulują algorytmem w celu wymuszenia na ludziach konkretnych zachowań, oni ciągle ten algorytm definiują.

    Ale co za różnica: słuchać podpowiedzi algorytmu, czy słuchać starej mądrej babci? Ludzie tak robili przez stulecia.

    Różnica jest zasadnicza: wiem, kim jest moja babcia, i że ona prawie zawsze nie ma racji (śmiech). Nie wierzę w mądrość starców, w większości są uparci i staromodni, a w tak szybko zmieniającym się świecie zostają po prostu z tyłu. W przypadku algorytmu mam przeczucie, że on prawie zawsze ma rację. Wielu ludzi nadal wierzy, że Google albo Facebook podają im obiektywne, niespolaryzowane informacje. A celem tych programów jest wyłącznie zarabianie pieniędzy, więc dostarczają takich wiadomości, jakie ludzie chcą czytać. Nie tych, które są ważne dla oświeconego świata, tylko tych, które potwierdzają poglądy użytkowników, ponieważ ludzie tego chcą.

    Znów zapytam: jaka jest alternatywa? Czy na w ogóle istnieje, jeśli nie masz siedemdziesiątki na karku, chaty w lesie i duszy samotnika?

    Musimy dążyć do większej równowagi, bo w naszym społeczeństwie nastąpiło przesuniecie sił. Facebook czy Google mogą wiedzieć o mnie wszystko, ale ja nie mogę wiedzieć o nich nic, bo zasłaniają się tajemnicą firmy. Podczas gdy ja nie mogę się zasłonić moją personalną tajemnicą. Wiedza to władza, oni wiedzą o nas wszystko, a my o nich nic. To musi się zmienić, oczywiście jeśli nadal chcemy społeczeństwa demokratycznego. Bo jeśli go nie chcemy, to nie ma sprawy, róbmy tak dalej. Wtedy będziemy mieli cyfrową oligarchię, którą i tak już mamy. A ona się nie różni od innych oligarchii w przeszłości. Ale nasze doświadczenia z demokracją w ubiegłym stuleciu nie były takie złe, może więc warto popracować nad tym, żeby ten ustrój się utrzymał.

    A Ty korzystasz ze smartfona?

    Oczywiście, jestem od niego całkowicie uzależniony.

    I szyfrujesz swoje wiadomości, używasz zabezpieczeń, żeby trudniej było zdobyć Twoje dane, i tak dalej?

    Szyfruje mejle do ludzi, którzy potrafią je rozszyfrować. Czyli do bardzo niewielu, to 3-4 osoby spośród kilkuset, z którymi koresponduję. Czasem przy serfowaniu po sieci używam TOR-u. Mam lekką paranoję na punkcie mojego bezpieczeństwa. Zdaje sobie sprawę z tego, że to głównie akty symboliczny, ale myślę sobie: chłopaki, trochę wam utrudnię życie. A jeśli więcej ludzi będzie to robić, może zmienicie swój model biznesowy. Do niektórych firm już to zresztą dotarło. Ale w tej chwili i tak ma największe znaczenie nie treść naszych wiadomości tylko go kogo i kiedy je wysyłamy. Inna sprawa to przeglądanie stron internetowych. Niedługo wybieram się do Stanów. Jeśli ktoś starannie przeanalizuje mój research z ostatnich lat: terroryzm energetyczny, śledzenie ludzi za pomocą smartfonów, manipulacja genetyczna, to nie wiadomo, czy w ogóle mnie wpuszczą do kraju. Same poszukiwania informacji, które robiłem podczas pracy nad „Blackoutem” musiały sprawić, że moje nazwisko pojawiło się przynajmniej na kilku listach.

    www.unsplash.com/Rodion Kutsaev

    No właśnie „Blackout”. To Twoja najbardziej przerażająca książka. Nawet bardziej niż powieści Stephena Kinga, bo w przypadku Kinga można sobie powiedzieć: to tylko fikcja. To, co opisujesz Ty, może się zdarzyć naprawdę. Po lekturze pobiegłam do sklepu i kupiłam kilka zgrzewek wody.

    Zrobiłem to samo, kiedy zacząłem prace nad „Blackoutem”.

    Więc sam wierzysz, że to się może wydarzyć, praktycznie w każdej chwili.

    O tak. Systemy są w tej chwili tak zintegrowane, tak ściśle ze sobą połączone, że uszkodzenie jednego pociągnie za sobą kolaps innych, nie mam wątpliwości. Wystarczy wiedzieć, które punkty mają strategiczne znaczenie, i można obalić cały system. To jest jak domino, trzeba wiedzieć, w którym miejscu stuknąć.

    A tymczasem w twojej powiesić dyrektor elektrowni mówi: chcieliśmy zainwestować w lepsze systemy ochrony, ale były drogie, więc wydaliśmy pieniądze na te tańsze.

    Tak dzieje się cały czas. Bezpieczeństwo jest kosztowne. A jeśli jesteś prezesem firmy i przez całe lata pompujesz miliony w nową technologię, a nic się nie dzieje, naturalnie po jakimś czasie obcinasz środki na bezpieczeństwo, bo udziałowcy pytają, dlaczego wyrzucasz w błoto tony pieniędzy. Nie da się uniknąć wzajemnego połączenia systemów, a nawet będzie ono postępować. Rozwiązaniem byłoby więc skonstruowanie bezpieczników, które nie pozwalają na zainfekowanie całego systemu, kiedy jego część zostanie zmanipulowana. Normalnie, gdybym obciął ci palec, nie umarłabyś od tego. Bolałoby, krwawiłabyś, ale twoje życie, a nawet twoje ogólne zdrowie nie byłoby zagrożone. Żeby cię zabić, musiałbym dziabnąć cię nożem w serce. A systemy energetyczne w Europie są tak skonstruowane, że odcina się palec, a one umierają.

    Inwigilacja, którą opisujesz w „Zero”, zabiera nasze dusze, ale przynajmniej nadal żyjemy. Katastrofa energetyczna z „Blackoutu” zagraża bezpośrednio naszym ciałom. W ciągu tygodnia umieramy, a jeśli to zima lub bardzo gorące lato, to nawet szybciej.

    Ale pamiętaj, że opisany przeze mnie scenariusz jest prawdopodobny w przypadku ataku terrorystycznego. Jeśli katastrofa byłaby wywołana przez naturalny czynnik, jak pogoda, albo wada techniczna, system prawdopodobnie udałoby się opanować w ciągu 3-4 dni.

    Niezbyt to pocieszające, bo groźba ataku terrorystycznego jest spora. Nie boisz się, że terroryści wykorzystają „Blackout” jako podręcznik?

    Myślę, że jeśli ktoś poważnie myśli o ataku terrorystycznym na sieci energetycznie, to ma już to opracowane i nie potrzebuje podręcznika.

    Kiedy byłam nastolatką, mieliśmy kiedyś w Polsce straszną burzę, która zniszczyła sieć energetyczną w połowie kraju. W miejscowości, w której mieszkałam nie było prądu przez dziesięć dni. Ale to nie był wielki problem. Trochę mnie tylko irytowało, że musiałam czytać przy świecach i pompować ręcznie wodę, żeby się umyć. To było 35 lat temu, nie tak strasznie dawno. Przez tych 35 lat wszystko się zmieniło.

    Mieliście ręczną pompę, dzisiaj prawie nikt ich nie ma. Trzydzieści lat temu szpitale mogły niezależnie pracować przez dni, odłączone od sieci, miały generatory i ogromne zapasy paliwa. Trzydzieści lat temu zupełnie inaczej wyglądały hurtownie towarów. Wiesz, jak działają dzisiaj?

    Nie mam pojęcia.

    Mało kto ma, ja też nie wiedziałem, póki nie zacząłem pracować nad tą książką. Kiedy mówisz „hurtownia”, ludzie wyobrażają sobie wielkie magazyny wypełnione po dach produktami. A tak naprawdę dzisiaj wielka hurtownia gdzieś w okolicy Wiednia, która zaopatruje na przykład sieć Billa, ma produkty na 6 do 12 godzin. Nawet nie na dni! Produkty są w ciągłym ruchu. Hurtownia to nie magazyn, tylko coś w rodzaju przystanku na drodze redystrybucji. Przez ostatnich 30 lat całkowicie zmienił się system zaopatrzenia w produkty, ale my mentalnie utkwiliśmy w czasach, kiedy były wielkie magazyny. A kiedy nie da się napełnić baków, bo większość stacji benzynowych w całej Europie nie będzie działać bez prądu, nie da się też przywieźć towarów z odleglejszych regionów. W czasach społeczeństwa outsourcingowego brak transportu to gigantyczny problem.

    W moim mieszkaniu też wszystko jest na prąd. Uświadomiłam to sobie czytając Twoją książkę. Czyli jednym słowem, jesteśmy totalnie zależni od technologii. Sami sobie zgotowaliśmy własną zgubę?

    To jest tylko kwestia punktu widzenia. Masz na nosie okulary. Poradziłabyś sobie bez nich?

    Widziałabym Ciebie jako zbiór kolorowych, nieostrych plam. O czytaniu mogłabym zapomnieć.

    No właśnie, a to przecież też jest technologia. Obecnie, przy tych systemach działających, prawie każdy z nas żyje bardziej komfortowo, zdrowiej, wygodniej, dłużej niż jakikolwiek władca 100 lat temu. Jedyne pytanie, jakie musimy sobie zadać, to jak uczynić systemy bardziej odpornymi, bardziej bezpiecznymi i jak dostarczyć je większej ilości ludzi na naszej planecie.

    Ja jednak będę nadal trzymać te zgrzewki wody pod łóżkiem. Dziękuję za rozmowę!

  • „Pisarze albo rzecz o smutnych dziwkach”. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Nawiązując do felietonu, który zaraz przeczytacie, pamiętam dokładnie dwie sytuacje. Pierwsza, gdy jechałem na pierwszy wywiad z Eduardo Mendozą, jednym z moich ulubionych, no dobra, ulubionym zagranicznym pisarzem. Zastanawiałem się, czy będzie fajny, czy będzie bucem, czy może trochę taki, a trochę taki. Okazało się, że jest super człowiekiem. Druga sytuacja, o większym kalibrze emocjonalnym, to pierwsze spotkanie z Kazikiem Staszewskim. Pierwsze i jak do tej pory jedyne, nie licząc koncertów, gdzie jestem jednak cząstką anonimowej masy. Wychowałem się na jego muzyce, przyjmuję ją bezkrytycznie. Pytanie było proste: czy jeśli Kazik na żywo okaże się bucem i gburem, to wyrzucę wszystkie jego płyty i przestanę go słuchać? Podobnie jak Mendoza, okazał się kapitalnym facetem i po trzech minutach byliśmy już po imieniu, więc nie musiałem na to pytanie odpowiadać. To tyle ode mnie, jeśli chodzi o delikatne wprowadzenie w temat. Teraz czas na danie główne, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Pewnego razu na blogu pisarza Neila Gaimana pojawiło się pytanie od fana. Nic dziwnego, autor sam do tego zachęcał wielokrotnie, a ponadto ośmielał pytających, odpowiadając konkretnie i rzeczowo na większość pytań, nie tylko tych dotyczących jego własnych książek czy planów. I to konkretne pytanie było właśnie z tych „innych”. Chodziło o to, jak zmusić G.R.R. Martina by przestał się obijać, jeździć na spotkania czy taplać w pieniądzach po sukcesie serialu i wziął się wreszcie do roboty, bo fani czekają.

    Gaiman odpowiedział wtedy zdaniem, które zabrzmiało wyjątkowo ostro: Zapamiętaj sobie, kolego, George Martin nie jest Twoją dziwką.

    Te słowa odbiły się bardzo szerokim echem. Część ludzi przyznała Gaimanowi rację, część oburzyła się na jego wypowiedź. Wielu też było takich, którzy, zgadzając się z sednem, wytknęli autorowi “Amerykańskich Bogów” paskudne potraktowanie fana, pouczali go odnośnie formy i wskazywali, jak powinien to ująć, by anonimowy fan i jego roszczeniowa postawa nie poczuli się urażeni.

    Inna sytuacja. Andrzej Sapkowski, rok może 2004, w każdym razie na długo nim padła jego sławetna wypowiedź o grach. Trwa spotkanie w Chorzowskim Parku Rozrywki w ramach akcji urządzonej przez Śląski Klub Fantastyki. Do Sapkowskiego podchodzi człowiek i pyta o to, kiedy będzie następna książka i co on sobie myśli, by kazać tyle czytelnikom czekać.

    Widzę twarz Andrzeja, to, jak uważnie – jak nie on zupełnie – przebiera w słowach i przełyka przekleństwa.

    Książka to nie worek kartofli do obrania, proszę pana – odpowiada w końcu, biorąc książkę do podpisu. – Więc będzie pół roku po tym, jak skończę i oddam wydawcy.

    www.unsplash.com/Camille Kimberly

    Dwie godziny później jestem świadkiem rozmowy tego właśnie jegomościa o tym, jaki to z Sapkowskiego cham i prostak. Jak nie umie ze zwykłym fanem rozmawiać i się zachować.

    Wrócimy do tego jeszcze, a póki co, szybki szkic tła dla dziś. Żyjemy w czasach Internetu 2.0, to znaczy takiego, w którym każdy, przynajmniej w teorii ma prawo nie tylko odebrać komunikat, ale i go nadać. Facebook czy inne media społecznościowe służą nam do kontaktu z markami, a czasem, jak pokazują rozchodzące się viralowo akcje, z idolami. Sam współorganizowałem akcję, w której chcieliśmy się skontaktować przez Twittera z kanadyjskim aktorem, Nathanem Fillionem. I udało się.

    Żyjemy też w czasach, w których każdy mający coś do powiedzenia może to zrobić na forum i ma z tym szansę wypłynąć. Blogi czy vlogi przestały pełnić funkcję li tylko publicznego pamiętnika – ich twórcy zyskali możliwości, wpływy, stałych odbiorców. Część z nich stała się “influencerami” czyli ludźmi mającymi wpływ na innych, kształtującymi wzorce zachowań.

    To dobrze, można by pomyśleć. To krok w stronę pełnej wolności słowa. I trudno mi się z tym nie zgodzić, gdy chodzi o założenie. W praktyce jednak… Cóż, kolejnych kilka przykładów.

    Znowu Andrzej Sapkowski, bo to przykład nośny, a postać budzi (słusznie) skrajne emocje. Znowu Katowice, tym razem spotkanie w Empiku Silesia, które miałem przyjemność prowadzić. W panelu trzech autorów: Andrzej Sapkowski, Maciej Żerdziński i Witold Jabłoński. Wydarzenie miłe, zajmujące, po nim, co oczywiste, kolejka do autografów. Jest też telewizja, która pyta mnie, czy Sapkowski (bez pan) udzieli im wywiadu. Pytam Andrzeja, a on mówi, że oczywiście, ale gdy podpisze książki, bo jest tu przede wszystkim dla swoich pracodawców, którymi są czytelnicy. Telewizja może poczekać. Więc czeka. Andrzej kończy, mówi kilka słów i idziemy wspólnie na obiad do pobliskiej restauracji. Tam, gdy siedzimy i raczymy się piwem, zjawia się spóźniony fan z plecakiem książek.
    „Cieszę się, że zdążyłem” mówi, wywalając te książki na zastawiony stół, przy którym jemy. ” Dla Grzegorza. I jakby mógł pan…”

    „Właściwie to się pan spóźnił… ” odpowiada Sapkowski. „A ja jestem już po pracy i teraz mam swój wolny czas z przyjaciółmi.”

    „To znaczy nie podpisze pan?”

    „Nie, przykro mi.”

    Jakiś czas później wróciła do mnie ta historia przedstawiona skrajnie inaczej, rozpisana szeroko na internetowym forum. Sapkowski był w niej bucem lekceważącym fana. Bo podpisanie książki zawsze i wszędzie jest jego zakichanym obowiązkiem.

    Pamiętam, pomyślałem wtedy, że największym problemem jest tutaj brak porozumienia z czytelnikami. Andrzej nie udzielał się w sieci, więc nie miał jak zareagować. Wystarczy, że czasem coś naprostuje.

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zdanie zmieniłem dwa lata później, gdy zdarzyło mi się skomentować recenzję własnej książki. Nieco wcześniej doświadczyłem czegoś paskudnego – mój literacki debiut, choć w księgarniach znikał z półek w zaskakującym tempie, nie spodobał się części internautów związanych z dwoma dość dużymi forami fantastycznymi. Zwłaszcza na jednym z nich rozpoczęła się nagonka trwająca dni i strony, pozbawiona choćby cienia merytoryki, za to mocno uderzająca personalnie. Chciałem zareagować, ale starsi sieciowi koledzy odradzili: zobacz, jak są nakręceni. Nic im nie powiesz. Dlatego przeczekałem, potem napisałem, że ok, nie zgadzam się z opiniami, ale to cenne doświadczenie. Ci, którzy mnie opluwali, teraz pochwalili za postawę.

    I wtedy właśnie ten komentarz. Rzecz dotyczyła mojej powieści „Liżąc ostrze”, książki z, wciąż tak uważam, fajnym pomysłem, choć pełnej wad typowych dla początkującego pisarza. Tyle, że recenzja zawierała błędy merytoryczne i właściwie dopisywała do fabuły wydarzenia, których nie było albo interpretowała sceny wbrew ich konkretnie i łopatologicznie wyjaśnionej treści. W zasadzie wyłącznie do tego się odniosłem w komentarzu, ale to i tak było za dużo. Wtedy się dowiedziałem, że autor nie ma prawa komentowania recenzji, bo to czyjaś opinia, a taki komentarz to brak dopuszczania do wolności wypowiedzi. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem, że używam swojego wpływu na czytelników, by zastraszyć recenzentów. A że brzmiało to przekonująco, a ja bardzo chciałem pozostać pisarzem-fanem, postanowiłem – ok, żadnych więcej komentarzy odnośnie do recenzji własnych książek. Trzymajmy się tych zasad.

    Tyle, że te nie są jasno określone. Stephen King został gburem, gdy powiedział czytelnikowi, że nie podpisze mu trzydziestu książek, bo ma ograniczony czas, a ludzie czekają w kolejce i zresztą było mówione, że książka na osobę. Chuck Palahniuk, który od lat pomaga młodym pisarzom na całym świecie (kiedyś nawet z nim korespondowałem jako zwykły fan z połamanym angielskim) pisał kiedyś o tym jak to został oskarżony o blokowanie rynku, bo nie zobowiązał się do promowania wojowniczej powieści pewnej czytelniczki. Generalnie plagą pisarzy są ludzie, którzy wysławszy własne teksty do zaopiniowania lub wypromowania, nie przyjmują do zrozumienia grzecznej odpowiedzi, że autor nie może, bo ma inne zobowiązania. Pisarz nieudzielający pomocy przyszłym kolegom po fachu to buc tłamszący rynek. Kiedyś, podczas rozmowy z Gaimanem zapytałem go o to, a on odpowiedział: wcześniej pomagałem każdemu, pisałem długie listy z uwagami. Ale z czasem, gdy stawałem się popularniejszy, tych listów było coraz więcej, podobnie jak moich obowiązków i zobowiązań. Więc przestałem. I wiele osób miało mi to za złe, bo nagle przestałem być kumplem, a stałem się wielkim autorem.

    Smutna refleksja, której prawdziwości przyszło mi później doświadczyć na własnej skórze. Przyznam, że to był czas, gdy szukałem jeszcze złotego środka, gdy myślałem jak to wszystko pogodzić. Ale to, cóż… nierealne.

    Bo jaki powinien być idealny pisarz popularny? Nade wszystko milczący, chyba, że zapytany. Wtedy, niezależnie od formy, od własnego nastroju i od intencji pytającego, powinien odpowiedzieć konkretnie, wyczerpująco i możliwie zajmująco. Powinien być skromny, bo przecież wiadomo, że książka broni się sama, promocja to komercja, a człowiek piszący dla mas to człowiek bez ambicji. Czyli nie pisarz przez duże P. Dalej, pisarz powinien być uczynny. Przyjmować do zaopiniowania, recenzji a nawet redakcji każdy tekst, w każdym z nich znaleźć zachęcający pozytyw i jak dobre, chwalić publicznie, jak złe, cichutko i delikatnie wskazać rzeczy do poprawy. Powinien zawsze i wszędzie być gotowy na spotkanie z potencjalnym fanem. Prezentować odpowiedni nastrój, wygląd, wyrażać gotowość. Dobrze jest jeśli raz spotkane osoby pamiętał z imienia. Przy spotkanych więcej niż trzy razy to już obligatoryjne. Wreszcie, w nawiązaniu do początku, pisarz, który jest w trakcie trwającego procesu twórczego powinien na ten czas zawiesić wszystkie inne czynności, w tym życie towarzyskie i rodzinne. Bo do tego i tylko tego się sprowadza – do funkcji. Przesadzam?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    W ciągu ostatniego pół roku spod blisko pięćdziesięciu zdjęć z wakacji jakie zamieściłem na Instagramie kasowałem dziesiątki komentarzy z pytaniami, czemu się bawię jak nienapisane jest to, to czy tamto. Część, wydawałoby się, żartobliwa, część zupełnie poważna.

    To, czego pisarz nie powinien żadną miarą, to się odnosić do opinii na swój temat. Bo wiadomo, że gdy zbierze grupę odbiorców, to ma większą siłę przebicia i jest w stanie zmieść inne niż swoje stanowisko samą kategorią wagową. To ten sam rodzaj kagańca, który sprawia, że każda osoba ćwicząca sztuki walki boi się bronić w ulicznej bójce, bo granice dozwolonej obrony są równie płynne.

    Zreszta ograniczeń jest dużo więcej, wszystkie wynikające z rzekomej siły i przewagi. Ponieważ autor dociera do większej grupy odbiorców niż przeciętny Kowalski, to nagle rzeczony Kowalski może mu jasno określić ograniczenia. Na przykład: nie powinieneś się wypowiadać na tematy polityczne, nie wypada ci. Nie powinieneś jasno się określać w trudnej światopoglądowo sprawie. Masz czytelników, nie wypada, byś przeklinał. Często dodatkowo pada: lepiej byś się zajął pisaniem książek. Te słowa wyjątkowo często pojawiały się pod każdym światopoglądowym wpisem Kinga o Trumpie czy J.K.Rowling, gdy mówiła o rasizmie czy tolerancji dla odmienności seksualnej. Czy tylko ja widzę tu podobieństwo do: „hej, powinnaś siedzieć w kuchni, a nie wypowiadać się, gdy rozmawiają mądrzejsi”?

    Z tą rzekomą siłą i strzałami z armat do muchy wiąże się zresztą całkiem świeża anegdota. Otóż w sieci pojawiła się recenzja mojej książki. Napisana na blogu, przez osiemnastolatkę, wyróżniała się na tle wielu pozostałych tekstów kilkoma cechami: po pierwsze autorka recenzując kryminał noir nawet nie zgooglała tego pojęcia, otwarcie się przyznając, że konwencji nie zna i to może w oczach niektórych czynić ją ignorantką. Po drugie, zdając sobie sprawę, że recenzuje drugi tom cyklu, podstawą zarzutów uczyniła postaci, których zachowania i intencje są niejasne. Wreszcie w dziale polecenia poleciła książkę ludziom, o których, jak sama wcześniej napisała, niespecjalnie ma pojęcie, nie wie co lubią i co warto im polecać.
    Tym, co trafiło mnie najmocniej była oczywiście notka na końcu, że autorka recenzji dostała książkę od mojego wydawcy. A że nie tak dawno pisałem o tym felieton, opublikowałem tę w gruncie rzeczy przychylną dla mnie opinię jako przykład wspierania ignorancji. I wtedy okazało się, że samym faktem komentowania z konkretnym wskazaniem przekraczam zasady obrony koniecznej. Więcej, pouczyła mnie w tym względzie blogerka, której wpływ na social mediową społeczność może znacząco przekraczać mój. Podstawą pouczenia było to, że linczuję dziewczynę, która uprawia tylko swoje hobby, że jestem silniejszy i że to krzywda, w dodatku niewspółmierna do maleńkiej przecież winy. Argumentami kluczowymi był mój profesjonalizm względem jej (recenzentki) amatorstwa i zasięgu. Nie meritum sprawy, nie zgoda na bylejakość, ale to, co wolno profesjonaliście, a co amatorowi w social mediowej rozmowie. Niedługo potem pada argument, że gdybym nie odniósł się do jednej recenzji, a kilku, gdybym poszukał, pouczył, napisał prywatny komentarz. Słowem, gdybym załatwił sprawę po cichu, byłoby super. A tak to stracę czytelników czyli pieniądze.

    Bo kluczowe są pieniądze. Jeśli ktoś bierze za pracę pieniądze, to powinien siedzieć cicho. Tego oczekuje klient. Tego i profesjonalizmu. Staranności w zakresie powierzonego zadania. Przykładania się do pracy. Amator jest z tego wszystkiego zwolniony. Przeciwnie, to on jest tym oczekującym.

    www.unsplash.com/Florian Klauer

    Żeby nie było, że tylko jojczę jako autor, przykład kiedy to ja zawaliłem jako fan. Domknie się klamrą, bo będzie o Gaimanie. Podczas swojej pierwszej wizyty był dla mnie super miły i zrobił coś, czego nie musiał, a co było bardzo ładnym gestem – w uznaniu, że jeździłem za nim po całej Polsce zaprosił mnie na spacer, byśmy mogli zrealizować wywiad, na który nie znalazł się czas w grafiku.

    Przy drugiej wizycie, kilka lat później, mieliśmy akurat z grupą teatralną „Słudzy Metatrona” na tapecie „Kaliope” na bazie nowelki z jego Sandmana (na który to spektakl Gaiman wyraził zgodę) i chcieliśmy go mu zaprezentować. Udało się zorganizować do tego celu scenę piwnicy pod baranami, dograć terminy, przystosować przedstawienie do mniejszej sceny. Godzinę przed spektaklem przekazano nam, że Gaiman się nie zjawi. Ot tak. Nawet nie zrobił tego sam. Ktoś przekazał.

    Poczułem żal i gniew. Bo ej, jak to tak? To my się tu staramy, my wszystko układamy, umawiamy się i tu nagle coś takiego? Powiedziałem mnóstwo paskudnych rzeczy i w geście głupiego protestu rozdałem ludziom książki gościa, który był spoko, ale sława mu odbiła i stał się zwyczajnym bucem mającym fanów w dupie.

    Pół roku później udało mi się poznać prawdę o tym jak wydawca przeładował autorowi grafik, jak rzeczy ad hoc sprawiły, że karnie prawie nie spał i jadł w biegu przez dwa dni (i to po przelocie ze Stanów) by dopełnić zobowiązań. Więcej, że mimo tego, że ledwo się trzymał, podpisywał książki do ostatniego fana, a tych miał zatrzęsienie. Jedyne co odpuścił wtedy, wcześniej nieomal zasypiając na autorskim, to nasz spektakl, o którym zwyczajnie zapomniał. Pewnie gdyby mu przypomniano, przyszedłby i tak, by spać w pierwszym rzędzie.

    Myślę o tym wszystkim dzisiaj, gdy słyszę o tym jak on czy inny autor odjechał, gdy stał się Jaśnie Panem Pisarzem.

    Myślę o Gaimanie, którego pewnego letniego wieczora miałem w swym mniemaniu za swoją dziwkę.

    Jakub Ćwiek

     

  • „Gdy zabraknie pszczół, to na jabłka i pomidory pozwolą sobie tylko najbogatsi”

    Na tegorocznym Festiwalu „Apostrof” będziecie mieli możliwość spotkania się z Mają Lunde oraz Davidem Goulsonem. Autorami książek: „Historia pszczół” i „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Jak w ogóle rozróżnić jedno od drugiego, czy możliwe jest życie bez pszczół i dlaczego trzmiele mogą przypominać małego szczeniaczka? I dlaczego na pomidory i jabłka może być stać za jakiś czas tylko najbogatszych? O tym wszystkim rozmawiam z Łukaszem Przybyłem, który jest założycielem Pasieki Edukacyjnej „Skrzydlaci przyjaciele”, działającej w Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie. Owady zapylające to jego pasja, co widać w poniższym wywiadzie.

    Jesteś w stanie wyobrazić sobie, że dożyjemy świata bez pszczół, jak w książce Mai Lunde, gdzie w 2098 roku w Chinach ludzie muszą zapylać ręcznie drzewa owocowe?

    Nie wyobrażam sobie takich czasów. Tak naprawdę, jeszcze kilka lat temu przez głowę mi nie przechodziło, że taka sytuacja jest w ogóle możliwa. Dopiero film „Łowcy miodu” oraz książka Mai Lunde dały mi wyobrażenie takiego świata. Co najgorsze, sytuacja opisująca w książce rok 2098 jest ponurą rzeczywistością już teraz w powiecie Hanyuan w Chińskim Syczuanie. Od kilku lat plantacje grusz są zapylane ręcznie przez robotników, ponieważ na skutek skażenia środowiska wyginęły wszystkie owady zapylające, a ich przywrócenie do środowiska nie przynosi skutku. Niestety i u nas, w Europie, z każdą zimą sytuacja staje się coraz trudniejsza. Co roku ponosimy coraz większe straty rodzin pszczelich i nie wydaje się, aby sytuacja ta się poprawiała. Nie jest wprawdzie tak źle jak w USA, ale coraz większa ekspansja osiedli mieszkaniowych, unowocześnianie rolnictwa, czy uprawy monokulturowe przyczyniają się do wymierania owadów zapylających również w Polsce. Nie wydaje mi się, aby cały Świat był w stanie „przestawić się” jak Chińczycy na zapylanie drzew miotełkami. Jeśli, nie daj Boże, przyjdzie nam dożyć takich czasów, to większość znanych nam warzyw i owoców przestanie istnieć lub będzie ekskluzywnym rarytasem dla bogaczy. Tak jak teraz trufle są nieosiągalnym przysmakiem, tak samo stanie się z pomidorami, gruszkami, jabłkami, wiśniami, dynią, cukinią i setkami innych roślin. Niestety, bez owadów zapylających ich uprawa stanie się niemożliwa lub nieopłacalna.

    Do czego w ogóle potrzebne nam są pszczoły?

    Dla większości z nas pszczoła kojarzy się wyłącznie z miodem. Jednak tak naprawdę jest to tylko „słodki dodatek” do wykonywanej przez pszczoły pracy. W wielu krajach zachodnich, głównym źródłem przychodu pszczelarzy jest praca pszczół na rzecz zapylania upraw. U nas niestety króluje jeszcze przekonanie, że to pszczelarz powinien „odwdzięczyć się” rolnikowi za możliwość zapylenia jego sadu. Jednak sytuacja ta zmieni się w przeciągu kilkunastu następnych lat, kiedy nastąpi „wymiana pokoleniowa” zarówno wśród pszczelarzy, jak i rolników. Biorąc pod uwagę rolę pszczelarstwa w gospodarce, według badań z roku 2013 w krajach Unii Europejskiej, sam wzrost plonów będący efektem zapylania przez pszczoły to 22 miliardy euro rocznie. A jest to rezultat samego zapylania roślin, nie wliczając w to sprzedaży produktów pszczelich. Stanowi to bardzo istotną gałąź gospodarki w wielu krajach. Pszczoła w tak dużym państwie jak Niemcy stanowi trzecie najistotniejsze zwierzę użytkowe, tuż za krową i świnią. W Polsce produkcja samego miodu wynosi około 15 tysięcy ton rocznie, a liczbę rodzin pszczelich w 2016 roku szacowano na ok 1,4 miliona. Mówimy tu tylko o samej pszczole miodnej. Miód oraz inne produkty pszczele, są bezcennymi produktami leczniczymi. Praktycznie niemożliwe jest ich zastąpienie jakimikolwiek środkami farmakologicznymi, czy suplementami diety. Reklamowane na prawo i lewo cudowne pastylki na poprawę odporności nie mogą równać się z miodem, pyłkiem pszczelim czy pierzgą. Pomimo zaawansowanej technologii nie sądzę, aby kiedykolwiek człowiekowi udało się wyprodukować syntetyczne zamienniki tych produktów.

    www.unsplash.com/Dominik Scythe

    Już za kilka dni w Warszawie pojawi się zarówno Maja Lunde od „Historii pszczół”, jak i David Goulson, autor książki „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Można na pierwszy rzut oka rozróżnić pszczołę od trzmiela?

    Tak. Pszczoły i trzmiele są bardzo łatwe do rozróżnienia. Niestety, powszechnie mylimy trzmiele, nazywając je błędnie „bąkami”. Trzmiele to duże, pękate i włochate pszczoły. W rzeczywistości pszczoła miodna oraz trzmiel należą do tej samej rodziny pszczołowatych, jednak różnią się zasadniczo wyglądem, zachowaniem oraz sposobem rozmnażania. Zarówno trzmiel, jak i pszczoła miodna są łagodne i atakują tylko w ostateczności w obronie własnego życia lub życia rodziny. Trzmiele latają powoli i głośno. Znana anegdota mówi, że trzmiel nie powinien latać, bo powierzchnia jego skrzydeł jest zbyt mała w stosunku do masy ciała, jednak trzmiel o tym nie wie. Albert Einstein powiedział kiedyś: „gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”. Sam lot trzmiela doczekał się nawet „upamiętnienia” w znanym akcie opery rosyjskiego kompozytora Nikołaja Rimskiego-Korsakowa „Bajka o carze Sałtanie”.

    Pszczołami zajmujesz się na co dzień. Jakie to są owady, jaki mają „charakter”, co je denerwuje, co lubią?

    Pszczoły to niesamowite i fascynujące stworzenia. Nawet pszczelarze z 30 letnim doświadczeniem są nadal pod wrażeniem ich pracowitości i perfekcji we wszystkim co robią. Zaglądnięcie do ula jest swojego rodzaju hipnozą. Można bezustannie przyglądać się perfekcyjnie pracującym woszczarkom, budującym woskowe plastry, czy też świcie pszczelej karmiącej i czyszczącej pszczelą królową.

    Dla osoby przyzwyczajonej do pracy z pszczołami jest to zajęcie bardzo relaksujące, a jednocześnie bezpieczne. Odpowiednio obchodząc się z nimi można bez obaw pracować bez jakiegokolwiek nakrycia głowy, rękawic, czy też nawet w krótkim rękawku. Dopóki nie rozdrażnimy rodziny gwałtownym ruchem, stuknięciem w ul, strąceniem pszczół z ramki, czy też zgnieceniem jednej z nich, do tego czasu możemy pracować powoli i spokojnie, bez dodatkowych zabezpieczeń. Czasem wystarczy jednak jeden nieuważny ruch, aby rozzłościć rój. Warto wtedy mieć w zanadrzu kapelusz pszczelarski oraz podkurzacz do odymienia. Najczęściej dochodzi do użądlenia tylko w przypadku zgniecenia pszczoły. Same z siebie niechętnie atakują człowieka, ponieważ wiedzą, że oznacza to dla nich koniec życia. Pszczoła na końcu żądła ma haczyki, które wbijając się w skórę powodują jego wyrwanie z ciała owada, a następnie śmierć. Łagodne zachowanie nie jest jednak ich stałą cechą. Stopień agresji zależy czasem od pogody, pory roku, ilości posiadanych zapasów czy też aktualnej liczby kwitnących roślin, a co za tym idzie, ich stopnia „zapracowania”. Pszczoły nie lubią intensywnych zapachów np. perfum, alkoholu czy też potu. Zachowują się zdecydowanie bardziej agresywnie np. przed nadchodzącą burzą, czy też późną jesienią. W samym sezonie pszczelarskim, kiedy wszystkie owady zajęte są pracą, możemy bez obaw otworzyć ul, wyciągnąć ramkę, a pszczoły jak gdyby nigdy nic nadal czyszczą komórki plastra, produkują wosk, wykonują taniec pszczeli, karmią się nawzajem, czyszczą, a czasem nawet matka nadal składa jaja, nie zwracając na nas uwagi. Pszczoły lubią przede wszystkim cukier. Owady i kwiaty miliony lat temu w cudowny sposób „dogadały się” ze sobą. My wam damy słodki nektar, a wy będziecie nas zapylać. W ten sposób u pszczół i trzmieli wykształciły się charakterystyczne włoski na ciele, które mają sprawić, że pyłek będzie przyczepiał się do ich ciała. W zamian za tą przysługę pszczoły korzystają z produkowanego w kwiatach nektaru, który znoszą do ula i produkują przepyszny miód. Oczywiście nie robią tego, ponieważ są tak miłe produkując go dla człowieka. Miód jest ich zapasem pokarmu niezbędnym do rozwoju rodziny w trakcie całego roku, a przede wszystkim pozwalającym przetrwać zimę. Wbrew powszechnej opinii pszczoły nie śpią w zimie, tylko nadal są aktywne i przez cały ten okres kłębią się ogrzewając matkę i siebie nawzajem. W tym czasie zjadają zgromadzony zapas pokarmu. Pszczelarz grabiąc pszczoły z miodu podaje im w zamian syrop na bazie cukru. W ten sposób pszczelarze i pszczoły współpracują od stuleci.

    Łukasz Przybył, fot: archiwum prywatne

    David Goulson napisał o swojej fascynacji trzmielami tak: „zacząłem badać trzmiele dlatego, że mnie fascynują, zachowują się w tajemniczy i interesujący sposób, a poza tym są rozkoszne”. Podzielasz te spostrzeżenia?

    Jest w tym dużo prawdy. Rzeczywiście, o pszczołach wiemy sporo. Opiekujemy się nimi w ulach, dokładnie znamy ich zachowanie, wiemy jak o nie zadbać, jak wyhodować własną pszczelą matkę. Powszechne są ule obserwacyjne, w których przez szybkę możemy podziwiać pszczelą pracę. O trzmielach wiemy jednak bardzo mało. Widzimy je – niestety coraz rzadziej – jak kołyszą się w ogrodzie latając od kwiatka do kwiatka. Nie wiemy jednak gdzie mieszkają, jak się rozmnażają, co lubią i nie potrafimy sprawić, aby na stałe zadomowiły się w naszym ogrodzie. Tak naprawdę dopiero książka „Żądła rządzą” rozjaśniła mi wiele spraw dotyczących ich zachowania, czy miejsc budowania gniazda. W przeciwieństwie do pszczoły, trzmiele wydają się milutkie i puszyste. Z racji swojego pękatego wyglądu i ociężałego zachowania przypominają mi czasem niezdarnego małego szczeniaczka.

    Mamy coraz większą świadomość tego, jak ważne są dla nas pszczoły?

    Ku naszej radości stale rośnie zainteresowanie ideą zrównoważonego rozwoju w dużych firmach. Niektóre korporacje coraz śmielej starają uczynić coś pozytywnego dla środowiska. W ten sposób po raz pierwszy zetknęliśmy się z tematem pszczelarstwa miejskiego. Na wzór zachodnich stolic, paryskiej opery, czy Katedry Notre Dame, również w Katowicach firma Unilever postanowiła postawić na dachu swojego biurowca pierwszą na Śląsku pasiekę miejską. Jest mi bardzo miło, że postanowiła uczynić to przy udziale moim oraz firmy Pszczelarium. W ten sposób od ponad roku opiekuję się dwoma ulami stojącymi 300 metrów od katowickiego Spodka, a niebawem planujemy dostawienie kolejnych dwóch. Dobry przykład wzięły również kolejne firmy w naszej aglomeracji, które postanowiły przyczynić się do rozwoju pszczelarstwa miejskiego. Niebawem minie pierwsza rocznica postawienia pasieki miejskiej na Żeliwnej 38 w Katowicach, gdzie niepozorny teren przylegający do biurowców kryje za drzewami sad, łąki oraz dwa tereny Rodzinnych Ogródków Działkowych. Jestem pewny, że w najbliższym czasie kolejne firmy skorzystają z naszych usług, a pszczelarstwo miejskie na Śląsku będzie się szybko rozwijać.

  • „Idealnego ojca nie znalazłem. Wystarczająco dobrych – kilku”.

    Historia matki, która popełniła samobójstwo, opowieść o niepełnosprawnym ojcu, reportaż o chłopcu z Zespołem Aspergera. Poruszamy tematy trudne, bo najnowsza książka Konrada Kruczkowskiego do łatwych nie należy. Różne historie, jeden wspólny mianownik: bycie ojcem. Zapraszam do lektury.

    Udało Ci się znaleźć ojca idealnego?

    Nie ma ojców idealnych, a jeśli już, to są najgorszymi ojcami z możliwych. Radny Rafał Piasecki z Bydgoszczy, ten, który bił żonę, twierdził, że jest ojcem idealnym, takim od linijki. Jak się to skończyło, wiemy. Generalnie, nie wierzę w idealnych ojców i dlatego od początku chciałem napisać reportaże, a nie poradnik. Pomijam nawet fakt, że do takiego poradnika czy felietonów na ten temat, nie mam wystarczającego dużo własnych doświadczeń. Jeśli bardzo bym chciał, a nie chciałem szukać na siłę, to w każdym z moich bohaterów znalazłbym taki odcinek życia, z którego on sam nie jest dumny. Skoro już wiemy, że nie ma idealnych, to czy są chociaż dobrzy? Myślę, że tak. Znakiem jakości były dla rozmowy z ich partnerkami, bo wiadomo, że dziecko zawsze powie: „mój tata jest OK”. Jeśli w domu źle się dzieje, to dziecko wchodzi w rolę obrońcy. Partnerka też, ale łatwiej u kobiety wyłapać mikrosygnał: westchnięcie, albo pół sekundy ciszy przed odpowiedzią. Reasumując: idealnego ojca nie znalazłem, wystarczająco dobrych – kilku.

    Zadam teraz pytanie, na które obiektywnie nie możesz odpowiedzieć, bo z każdym z bohaterów jesteś mniej lub bardziej związany. Ciekawi mnie jednak, która z historii najbardziej Cię poruszyła?

    Pytanie jest niezręczne, bo musiałbym recenzować swoich bohaterów. Każdy z nich jest ważny, każdy pokazuje nie tylko swój sposób bycia ojcem, ale też, a może przede wszystkim, jakieś zjawisko społeczne. Zależało mi na tym, bo ile można mówić o ojcostwie? Z tej perspektywy jestem przywiązanych do dwóch reportaży. Pierwszy otwiera tę książkę, mimo że powstał jako ostatni. Świat z szóstego piętra przy Rondzie ONZ w Warszawie, albo świat widziany ze startup’owego zagłębia w Krakowie, wygląda zupełnie inaczej niż ten sam świat oglądany z drewnianego domu w podkarpackiej wsi. Wyprawa 20 km od Rzeszowa jest wyprawa do źródeł Amazonki. Musiałem się skonfrontować z ludźmi, żeby zobaczyć jak reagują na historię kobiety, która popełniła samobójstwo, a była matką trójki dzieci. Drugi tekst to reportaż „Przed szkołą poradzimy sobie z autyzmem”. Z jednej strony, jest to tekst o ojcostwie, a z drugiej, Zespole Aspergera. Jednak tak naprawdę, jest to reportaż o tym, jak można wyrzec się przemocy w relacjach z innymi ludźmi, na każdym poziomie, tak jak zrobił to Sebastian, główny bohater.

    Nie tylko w relacjach z ludźmi, ze zwierzętami też.

    Też, to wyrzeczenie się przemocy było dla niego najważniejsze. To było dla mnie bardzo ciekawe, bo lekarze i terapeuci mówili, że jeśli dziecko ma dobrze funkcjonować, to musi być narażone, może nie na sytuacje przemocowe, ale takie z pogranicza przemoc. Sebastian usłyszał, że osoby z autyzmem, to najbardziej zestresowani ludzie na świecie. Powiedział sobie wtedy, że tak nie chce i kierował się swoim głosem rozsądku, a tak naprawdę miłości. Tam nie było magii, po prostu wyrzekł się przemocy i to był główny powód, dla którego chciałem z nim porozmawiać. Odpowiadając na Twoje pytanie, mam wrażenie, że właśnie te dwa reportaże są najdojrzalsze. Ten o autyźmie jest najlepiej napisany, a za tym z podkarpackiej wioski stoi najdłuższa dokumentacja.

    Konrad Kruczkowski, fot: Agnieszka Wanat

     

    Zostańmy jeszcze przy reportażu o autyźmie. Po jego przeczytaniu utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma jednej recepty na szczęście. Ktoś może być szczęśliwy mając milion dolarów na koncie, a ktoś czerpie szczęście z tego, że przechodzi przez życie z chorym dzieckiem i każdy dzień jest ważny.

    W przypadkach, gdy rodzic dowiaduje się, że będzie miał niepełnosprawne dziecko, przeżywa żałobę. To jest dokładnie taki sam mechanizm, gdyby dowiedział się, że dziecko umarło. Oczywiście, różna jest skala tej żałoby, bo śmierć jest nieodwracalna, a w przypadku niepełnosprawności zawsze jest nadzieja. Nawet wtedy, kiedy wszyscy lekarze świata mówią, że tej nadziei nie powinno być. Rodzice starają się to wyprzeć. Sebastian, bohater reportażu, gdy dowiedział się o niepełnosprawności dziecka i skonfrontował wiedzę z książek ze swoim stanem emocjonalnym, potrafił powiedzieć, że przeżywa żałobę, ale nie chce tracić na nią czasu. Być może właśnie dlatego osiągnęli sukces terapeutyczny. Jeśli spotkałbym dziś Jurka w tramwaju nie wiedząc, że ma Zespół Aspergera, pomyślałbym, że to zdrowy chłopak. Żeby była jasność, ja nie wierzę w publicystyczną rolę reportażu, że reportaż zmieni świat. Czasem może wpłynąć na wyrok sądu, na to, że sprawa w ogóle jest – to udaje się Justynie Kopińskiej. Bardziej niż na zmianie świata, zależało mi na tym, żeby narodziła się w nas refleksja, żebyśmy sami siebie zapytali, czy z naszymi rodzicami wszystko było w porządku? Chcę zostawić czytelników z niewygodnymi pytaniami, które doprowadzą wewnętrznej zmiany. W pojedynczym człowieku, nie w masach.

    W książce jest też reportaż o niepełnosprawnym ojcu. W Polsce taka rola jest trudniejsza niż gdzie indziej?

    Jest trudna, ale na szczęście, staje się coraz łatwiejsza. Z jednej strony, po przeczytaniu tego tekstu, odezwał się do mnie dyrektor jednej z warszawskich szkół. Stolica państwa środku Europy i mogłoby się wydawać, że najbardziej świadome potrzeb niepełnosprawnych miasto w Polsce. I on opowiada, że nigdy nie myślał nad dostosowaniem drzwi, toalet, progów dla niepełnosprawnych, bo nigdy nie mieli takiego ucznia, a co dopiero rodzica, który przecież też musi przyjść do szkoły, chociażby na wywiadówkę. Taki ojciec się przecież o to nie upomni, bo niepełnosprawność wciąż stygmatyzuje. W reportażu jest taki delikatny epizod, gdy dzieci w szkole śmieją się z chłopca, że ma niepełnosprawnego tatę. Zarówno Dominik jak i jego partnerka, mieli do tego bardzo zdroworozsądkowe podejście. Mówili, że jeśli ktoś jest za tę sytuację odpowiedzialny, to na pewno nie dzieci, tylko ich rodzice. Oni stawiali znak równości między wózkiem inwalidzkim, a nieoryginalnymi butami. Wszystko może być pretekstem do wyśmiewania. Czasem jest też tak, że chcemy pomóc, a zaszkodzimy. Pamiętam taką scenę z dokumentacji, gdy Dominik miał problem, żeby się wydostać z autobusu i poprosił o pomoc. Ktoś, kto chciał pomóc, nie słuchał wskazówek Dominika i chwycił wózek w nieodpowiedni sposób. Finał: wyrzucił go z autobusu, dosłownie wysadził z wózka na asfalt. Nie specjalnie, po prostu był przekonany, że wie lepiej jak to zrobić. To pokazuje, że tych ludzi trzeba słuchać – oni najlepiej wiedzą jak im pomóc.

    Miałeś problemy, żeby przekonać swoich bohaterów do otwarcia się przed Tobą?

    Wszyscy wiedzieli z jakimi intencjami przychodzę i jaką książkę chcę napisać. Już sam fakt zaproszenia kogoś do książki o dobrych ojcach jest nobilitujący. Chociaż z jednego bohatera musiałem zrezygnować, bo okazało się, że jest bardzo dużo znaków zapytania przy tej jego dobroci, chodziło o potencjalną przemoc wobec dzieci. Pytałem swoich bohaterów o ich ojców i wtedy zaczynały się schody, bo to było bardzo osobiste. Oczywiście odpowiadali, że relacje były dobre, poprawne. Mamy straszny problem, żeby mówić o tym, że nasi ojcowie nie byli wystarczająco dobrzy. Czytam teraz książkę Tomasza Jastruna „Kolonia karna”. Jest tam opis kłótni w małżeństwie i zawsze w takiej sytuacji pada w obie strony argument: „jesteś jak twoja matka”. Prawie nigdy nie mówimy, że „jesteś jak twój ojciec”. Jak się przyjrzysz temu głębiej, to męska rozmowa o ojcostwie jest bardzo krępująca. Nie potrafimy o tym mówić, bo to łączy się z innymi emocjami, a my się tych emocji często boimy. Takie rozmowy były bardzo trudne. Ja natomiast z każdym reportażem umiałem więcej, robiłem się coraz bardziej bezczelny, było mi więc z czasem coraz łatwiej.

    Chciałbym, żeby rodzice po przeczytaniu tej książki powiedzieli swoim dzieciom, że nie można naśmiewać się z kogoś, kto ma niepełnosprawnego ojca, albo z kogoś, kogo matka się powiesiła. Chciałbym, żeby te reportaże miały też walor edukacyjny.

    Niestety, jestem o wiele mniej optymistycznie nastawiony od Ciebie. Jacek Santorski, z którym jest wywiad w tej książce, mówi, że mieliśmy tyle lat humanizmu, a okazuje się, że większość i tak jest bardzo zamknięta. Kilkanaście dni temu zmarł Wiktor Osiatyński, a ONR przemaszerował przez stolicę z krzyżem w pierwszym szeregu. Te dwa wydarzenia symbolicznie się ze sobą zbiegły, więc ja też jestem lekkim pesymistą, jeśli chodzi o zmiany na lepsze w naszym społeczeństwie. Nie zmienia to faktu, że warto bić się nawet o przegrane sprawy. Ten dyrektor szkoły, o którym już rozmawialiśmy, postanowił dostosować szkołę do potrzeb niepełnosprawnych. NA spotkaniach autorskich też będzie wolontariusz, który pomoże pokonać ewentualne przeszkody architektoniczne. Co jest dla mnie bardzo ważne, spotkania będą tłumaczone na język migowy. Po napisaniu reportażu „Jesteśmy głusi”, nastąpiła we mnie zmiana i teraz gdy jestem zapraszany na konferencje, to warunkim zaporowym jest obecność tłumacza migowego, albo żeby w prezentowanych filmach pojawiały się napisy.

    Będzie książka „Halo mamo”?

    Zaczęła o tym mówić moja znajoma, która jest blogerką i dziennikarką. Zawiesiłem więc ten pomysł, żeby nie zabierać jej przestrzeni. Musimy pielęgnować solidarność i życzliwość w tej pracy, a Ania zrealizuje taki cykl doskonale. Teraz pracuję nad projektem, którego tematem jest pieniądz. Właściwie nie tematem, tylko pretekstem do pokazania różnych zjawisk. Wybrałem taki temat nie dla tego, że mecenasem mojego bloga jest bank, ale dlatego, że o pieniądzach w ogóle się nie rozmawia. Poza tym, stosunek do pieniądza bardzo dużo mówi o człowieku. Przecież gdy zapytamy, czy ktoś daje pieniądze bezdomnemu, to odpowiedź na to pytanie może być rozdziałem do książki.

    Na sam koniec chciałbym Cię zapytać po co Ci latarnia morska z dostępem do Internetu? Napisałeś o tym na Facebooku.

    Dwie rzeczy tu się zbiegły. Właśnie to, że dzień wcześniej zmarł profesor Osiatyński i odezwała się do mnie Kasia Sroczyńska, z którą współpracowałem w „Coachingu”. Spotkaliśmy się dwa albo trzy miesiące temu i Kasia mówiła, że słyszała Osiatyńskiego w radiu – mówił o odchodzeniu. Chciała zamówić u niego tekst albo porozmawiać. Nie zdążyła. Napisała: „I już nikt nie zapyta” i to było przejmująco dotkliwe. Dotarło do mnie, że na tym jakby polega ta praca – mądrym ludziom trzeba zapewnić trwałość, dać im głos.. I trzeba zdążyć. A zaraz potem pojawił się ten nieszczęsny ONR. Naprawdę to było przygnębiające. Więc latarnia morska, dostęp do Internetu żebym mógł pisać i co jakiś czas publikować, ale znikam. To też jest ciekawe, bo ja opublikowałem to zdanie ze smutku, a zostało potraktowane jako żart. I wszystkie reakcje pod tym i krótkie wpisy na facebooku są bardzo entuzjastyczne.

  • „90% facetów wie, jakie osiągi ma Porsche. Kobiety uciekają w literaturę”.

    Czy łatwo jest z powieści dla kobiet przejść do pisania kryminałów? Co ma wspólnego z Camilla Laeckberg? Czy to już koniec przygód Niny? Łapcie rozmowę z Niną Majewską-Brown, autorką „Grzechu”.

    Powiedz mi, kiedy w ogóle wpadłaś pomysł, żeby odejść od literatury kobiecej i wejść w kryminał?

    Wiesz co, w trzeciej książce, czyli w „Jak się nie zakochać”, pojawiły się pierwsze wątki kryminalne. Może nie kryminału stricte, ale pewnej zagadki. Strasznie bawił mnie fakt, żeby opisać to wiarygodnie i żeby wymyślić taką historię, która byłaby w jakiś sposób rzeczywista. Gdy już zaczęłam pisać „Grzech”, to okazało się, że o wiele łatwiej jest wciągnąć czytelnika w rozwiązywanie zagadki, niż podawanie mu wszystkiego na tacy. Pamiętaj jednak, że ja się od literatury kobiecej nie odwracam. Śmieszy mnie, gdy ktoś mówi, że to jest literatura gorszego sortu, miałka, z niższej półki. Odpowiadam wtedy, że 90% facetów wie, jakie osiągi ma Porsche, co ma pod maską, bo oni o tym marzą. Kobiety marzą o tym, żeby być akceptowanymi, otoczonymi miłością, opieką. Faceci czytają więc gazety motoryzacyjne, a kobiety sięgają po literaturę dla nich.

    Wracając do „Grzechu”, dlaczego wybrałaś wieś jako miejsce akcji?

    Dlatego, że wieś daje ogromne spectrum możliwości opisania różnych charakterów i środowisk. Moja wieś jest wsią zapyziałą, stereotypową. Spędziłam tam sporo czasu, moja rodzina tam żyje. Jeździłam tam jako dziecko, jako nastolatka, i w końcu, jako osoba dorosła. Cały czas obserwuję tych ludzi. Poza tym, mała miejscowość odziera nas z intymności, myślimy: co ludzie powiedzą? Co pomyślą?

    No i wszyscy wszystko o sobie wiedzą.

    Właśnie. Nic się nie ukryje. Zresztą mam wrażenie, że znacznie trudniej jest zmienić życie właśnie na wsi niż w mieście, gdzie jesteś jednym z wielu, praktycznie anonimowy.

    Miałaś jakiś problem z kreowaniem „wiejskich” postaci?

    Nie, to była najprzyjemniejsza rzecz w pracy nad książką. Uwielbiam też tworzyć język moich bohaterów, bo każdy mówi jednak trochę inaczej i to dodaje kolorytu książce. Wielu recenzentów właśnie za to mnie chwali, to jest bardzo miłe.

    Nina Majewska-Brown

    Gdybyś miała się utożsamić, z którymś z bohaterów, to na kogo by padło?

    Trudne pytanie, ale myślę, że na nikogo. Nie jestem żadną z tych postaci. Dużo łatwiej było się wcielić w rolę bohaterki poprzednich książek. Myślę jednak, że bez problemu odnalazłabym się w wiejskiej sielankowości, bo bardzo ją lubię. Jestem kobietą udomowioną, czyli piorę, prasuję, gotuję, grzebię w ogrodzie, to jestem właśnie ja.

    Po przeczytaniu „Grzechu” powiedziałem Twojemu wydawcy, że jesteś polską Camillą Laeckberg. Finalnie to zdanie znalazło się na okładce. Nie masz mi za złe?

    Coś Ty, to jest strasznie miłe, ale nie wiem, czy to komplement nie na wyrost. Chociaż z drugiej strony, myślę, że coś nas łączy, bo „Grzech” jest oparty w dużej mierze na psychologii. Obie grzebiemy w ludzkich umysłach.

    Aż się boję z Tobą rozmawiać, skro tak grzebiesz w ludziom w głowach.

    Nie bój się. Ludzie przecież uciekają w różne klimaty. W alkohol, w czytanie. Ja uciekam w pisanie, w tworzenie postaci. I tak jak Ci już  powiedziałam, bardzo lubię obserwować ludzi, co nie znaczy, że ich podglądam. Nie masz takiego wrażenia, że masę ludzi analizuje to jak są odbierani?

    Pewnie tak, ale ja już doszedłem do takiego momentu, że kompletnie mnie nie interesuje, co ludzie o mnie myślą. Idę własną drogą.

    Ja też. Wiesz, kiedy tylko nie mam dystansu? Jeśli sprawa dotyczy moich dzieci, albo lustra. Poza tym myślę, że nadal mamy problem z mówieniem tego, co myślimy. Zresztą, znaczna część ludzi wartościuje innych już na starcie, nie analizuje, tylko wartościuje. To jest chyba nasza narodowa przywara. W latach dwudziestych ubiegłego wieku byliśmy najbardziej tolerancyjnym krajem w Europie, a teraz jesteśmy gdzieś pod koniec tego rankingu. Nie walczymy o to, żeby nam było lepiej, tylko o to, żeby sąsiadowi było gorzej. Wszystko i wszystkich dzielimy, musi być czarne albo białe, nie ma nic pośrodku.

    Co będzie po „Grzechu”?

    Mam już pięćdziesiąt stron zupełnie innej opowieści. Bohaterką będzie oczywiście kobieta, ale tym razem poszukująca akceptacji w Internecie, z czego wynikają różne dziwne historie. To jest moja poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego kobiety poszukują, zdradzają, pragną anonimowej miłości? Dlaczego spotykają się z facetem tylko na jedną noc?

    To będzie kryminał?

    Powieść obyczajowa z mocnym wątkiem kryminalnym. Na pewno nie będzie policjanta, który będzie prowadził śledztwo, ale zapewniam, że będzie ostro.

    A z działki, nazwijmy to, kobiecej?

    Skończyłam pisać kolejną część z Niną w roli głównej. Oddałam maszynopis, premiera będzie pod koniec czerwca. Mogę zdradzić, że to jest już definitywnie ostania część jej przygód. No, ale przecież zarzekałam się, że poprzednia będzie już tą ostatnią.

    Żeby być pewną, musiałabyś ją zabić.

    Nie, ona przeżyje, ale śmierć w książce też będzie.

    Skoro nie będzie już Niny, to może w końcu stworzysz głównego bohatera płci męskiej?

    Przymierzałam się już do tego, bo chciałam opowiedzieć historię Niny oczami jej męża, który ginie w tragicznych okolicznościach. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, bo gdy piszę, to chcę być wiarygodna, a nie jestem w stanie wejść w psychikę faceta. Mój mąż jest introwertykiem, więc na jego pomoc nie mogę liczyć. Napisałam piętnaście stron, dałam mu do przeczytania, a on mówi: „przecież mężczyzna tak nie myśli”. Dałam komuś innemu, i ten z kolei mówi: „tak, właśnie tak jest”. Nie wiem więc, gdzie jest prawda, pewnie pośrodku. Staram się jednak oddawać głoś facetom, czego przykładem jest postać Potockiego w „Grzechu”.

  • Mikołaj przychodzi w maju, czyli szykujcie półki i portfele.

    Maj jest dla fanów książek tym, czym grudniowe święta dla wielbicieli prezentów. Piąty miesiąc roku, to czas, w którym na księgarskich półkach lądują najciekawsze premiery. Dorównać może mu w tym tylko październik. Wiąże się to oczywiście z tym, że są to miesiące targowe, odpowiednio w Warszawie i Krakowie. Kliknijcie na okładkę, a zostaniecie przeniesieni na stronę odpowiednich wydawnictw.

     

     

     

     

     

     

     

  • „Na straganie w dzień targowy…”

    Nie ma takiej możliwości żeby zaliczyć wszystkie ciekawe spotkania, które będą miały miejsce na Targach Książki w Warszawie. Mam nadzieję, że ułatwię Wam selekcję, bo sam przekopałem się przez wszystkie tabelki, rozpiski, zapowiedzi, czego efektem jest poniższe zestawienie. Od razu informuję, że jest to wybór subiektywny i nie znajdziecie tu spotkań z celebrytami, no chyba, że są to celebryci mający coś ważnego do powiedzenia. Tradycyjnie już czwartek i piątek to dni, które nie obfitują w jakieś super spotkania, a są raczej dniami biznesowymi. Najwięcej dzieje się w weekend, więc jeśli chcecie zebrać jak najwięcej autografów, to właśnie sobota i niedziela są najlepszymi dniami na wizytę na Stadionie Narodowym. 

    Czwartek, 18.05

    14:30 – 15:30 Herta Müller Miejsce: sala Barcelona

    Piątek, 19.05

    12:00 – 13:00 Stefan Szczepłek stoisko 141/D15

    12:00 – 13:00 Anna Kańtoch 37/BK

    14:00 – 15:00 Robert Szmidt 74/D13

    14:00 – 15:00 Marcin Przybyłek 74/D13

    16:00 – 16:45 Maxime Chattam 64/C

    16:00 – 17:00 Agata Tuszyńska 1/H

    16:00 – !7:00 Jakub Ćwiek 37/BK

    17:00 – 17:45 Camilla Grebe 64/C

    unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Sobota, 20.05

    10:15 – 12:00 Cezary Łazarewicz sala Londyn A

    11:00 Tomasz Jastrun 151/D18

    11:00 – 11:45 Radek Knapp 64/C

    11:00 – 12:00 Grzegorz Kasdepke 143/D16

    11:00 – 12:00 Czesław Lang 45/D5

    11:00 – 12:30 Jerzy Dziewulski 62/C

    11:00 – 11:30 Dionisios Sturis 24/D4

    11:00 – 12:00 Marcin Feddek 141/D15

    11:00 – 12:00 Maxime Chattam Kanapa Literacka/scena główna

    11:30 – 12:00 Sylwia Zientek 24/D4

    11:30 – 13:30 Artur Domosławski 77/D9

    12:00 – 13:00 prof. Karol Modzelewski 75/D9

    12:00 – 12:45 Maxime Chattam 64/C

    12:00 – 13:00 Mariusz Czubaj 54/C

    12:00 – 13:00 Filip Springer 35/D3

    12:00 – 13:00 Łukasz Orbitowski 141/D15

    12:00 – 13:00 Jakub Małecki 141/D15

    12:00 – 13:00 Katarzyna Grochola 42/D8

    12:00 – 13:00 Justyna Kopińska Kanapa Literacka/scena główna

    12:00 – 13:00 Hanna Cygler 74/D13

    12:30 David Lagercrantz sala Paryż A

    12:30 – 13:00 Marcin Wroński 24/D2

    12:30 – 13:30 Grzegorz Kasdepke 181/D20

    12:30 – 13:30 Janusz L. Wiśniewski 77/D9

    12:30 – 15:30 David Lagercranzt 151/D18

    13:00 – 13:45 Łukasz Orbitowski 60/C

    13:00 – 14:30 Graham Masterton 54/C

    13:00 – 14:00 Tomasz Raczek 19/H

    13:00 – 14:00 Monika Sznajderman 73/D8

    13:00 – 14:00 Jakub Ćwiek 141/D15

    13:00 – 14:00 Ziemowit Szczerek 46/D9

    13:00 – 14:00 Marcin Kącki 46/D9

    13:00 – 14:00 Charlotte Link Kanapa Literacka/scena główna

    13:00 – 14:00 Hanna Krall 42/D8

    13:30 – 14:30 Cezary Harasimowicz sala dla dzieci/poziom -1

    13:30 – 14:30 Jerzy Sosnowski 77/D9

    14:00 – 14:45 Charlotte Link 64/C

    14:00 – 16:00 ks. prof. Michał Heller 11/D1

    14:00 – 15:00 Aneta Jadowska 141/D15

    14:00 – 15:00 prof. Jerzy Bralczyk 46/D9

    14:00 – 15:00 Jacek Tacik 42/D8

    14:30 – 15:20 Hanna Bakuła 32/D6

    14:30 – 15:30 Krzysztof Varga 77/D9

    15:00 – 17:00 Katarzyna Bonda 45/D5

    15:00 – 16:00 Sylwia Chutnik Kanapa Literacka/scena główna

    15:00 – 16:00 Jacek Ostrowski 88a/D15

    16:00 – 17:00 Christopher Niedenthal 13/H

    16:00 – 16:45 Camilla Grebe 64/C

    16:00 – 17:00 Wojciech Chmielarz 73/D8

    16:00 – 18:00 Marek Kamiński 46/D9

    16:00 – 17:00 Jonathan Carroll 74/D13

    17:00 – 18:00 Tomasz Kowalski 1/H

    17:00 – 18:00 Krzysztof Varga 73/D8

    17:00 – 18:00 Piotr Zychowicz 74/D13

    17:30 – 18:30 Konrad Kruczkowski 158/D19

    www.unsplash.com/Freddie Marriage

    Niedziela, 21.05

    10:00 – 11:00 Agnieszka Gola-Rakowska, Rafał Sonik 98/D18

    11:00 – 11:45 Michał Rusinek 60/C

    11:00 – 12:00 Ryszard Ćwirlej 45/D5

    11:00 – 11:30 Przemysław Rudzki 141/D15

    11:00 – 12:00 Adam Michnik 46/D9

    11:00 – 12:00 Kazimierz Kutz 46/D9

    11:00 – 12:00 Maja Lunde 42/D8

    11:00 – 12:00 Katja Kettu Kanapa Literacka/scena główna

    11:00 Marcin Kącki 79/D9

    11:00 – 12:00 Józef Hen scena A

    11:00 – 12:00 Nina Majewska-Brown 74/D13

    11:30 – 12:00 Joanna Fabicka 24/D4

    12:00 Maja Wolny 151/D18

    12:00 – 13:00 Tomasz Kowalski 1/H

    12:00 – 13:00 Michał Rusinek 46/D9

    12:00 – 12:30 Cezary Harasimowicz 24/D4

    12:00 – 13:00 Adam Wajrak sala Barcelona

    12:00 – 13:00 Wojciech Kuczok 88a/D15

    13:00 – 14:00 prof. Zbigniew Mikołejko 75/D9

    13:00 – 13:45 Ałbena Grabowska 60/C

    13:00 – 13:30 Wojciech Kuczok 24/D4

    13:00 – 14:00 Martin Caparros 42/D8

    13:00 – 14:00 Tomasz Sekielski 88a/D15

    13:30 – 14:30 Marek Niedźwiecki 77/D9

    14:00 – 14:45 Leszek Talko 60/C

    14:00 – 15:00 Adam Zagajewski 59/D7

    14:00 – 15:00 Szczepan Twardoch 42/D8

    15:00 – 16:00 Jakub Żulczyk Kanapa Literacka, scena główna

    15:00 – 16:00 Sylwia Chutnik 88a/D15

  • „Do Polski przyjadę zawsze. Wiele Wam zawdzięczam, i jest jeszcze ten żurek…”

    Przygotujcie sobie duży kubek herbaty, kawy, soku, czy czego tam chcecie. Marta Guzowska spotkała się w Wiedniu z Jonathanem Carrollem, efekt? Rozmowa o Stanisławie Lemie, ograniczonej znajomości języka niemieckiego, polskim żurku, a także, a może przede wszystkim o książkach pisarza, który już w maju przyjedzie do Polski.

    Lubi Pan żurek?

    O, żurek! Uwielbiam!

    Pytam, bo Pana najnowsza powieść, „Kolacji dla wrony”, która ukaże się za dwa tygodnie, zadedykowana jest państwu Szponderom, właścicielom wydawnictwa Rebis, właśnie w podziękowaniu za żurek…

    Szponderowie poczęstowali mnie nim, kiedy pierwszy raz gościłem w Polsce i teraz to moja najukochańsza zupa, ze wszystkich na świecie. Domagam się jej za każdym razem, kiedy przyjeżdżam.

    Kiedy będzie Pan ją jadł znowu?

    Mam nadzieję, że najpóźniej 17 maja, kiedy będę w Warszawie na festiwalu Apostrof.

    To nie będzie Pana pierwszy pobyt w Polsce, prawda? Właściwie wiele łączy Pana z naszym krajem i to już od dawna. W latach 80-tych uczył Pan angielskiego syna Stanisława Lema, Tomasza…

    Tak, ale to było w Wiedniu, kiedy Lem tu mieszkał, na początku lat 80-tych. Tomasz Lem chodził do amerykańskiej szkoły, w której uczyłem. Był świetnym uczniem, ale bardzo nieśmiałym nastolatkiem i dlatego bardzo mnie zdziwiło, kiedy podszedł do mnie któregoś dnia i powiedział: słyszałem, że jest pan pisarzem, czy mógłbym pożyczyć jakąś pana książkę? Dałem mu Krainę Chichów, która mu się bardzo spodobała i spytał, czy może ją pożyczyć ojcu.

    Zaprzyjaźniliśmy się potem bardzo ze Stanisławem Lemem, który co prawda mówił kiepsko po angielsku, ale zadziwiająco dobrze pisał w tym języku. I Lem mówi do mnie kiedyś w tym swoim – jak to sam nazywał – Gorilla English: przeczytałem twoją książkę, bardzo mi się spodobała, wiesz, mamy w Polsce taki miesięcznik Fantastyka, myślisz, że oni mogliby to wydrukować w odcinkach? I tak Kraina Chichów wyszła w czterech częściach we wkładce do Fantastyki, a potem ukazała się w biblioteczce Fantastyki

    To jest właśnie wydanie, które leży przed nami na kawiarnianym stoliku. Ale podobno większość zachodnich pisarzy nie zobaczyła za publikację w Fantastyce ani grosza…

    Ja też nic nie dostałem. Ale za to – jak dowiedziałem się później od Lema – powieść opublikowana w miesięczniku miała ponad 100 tys. czytelników. Bo musi Pani wiedzieć, że Kraina Chichów nie odniosła sukcesu w Ameryce, to była porażka.

    Trudno mi w to uwierzyć.

    A jednak. Polska była pierwszym krajem, gdzie książka chwyciła, głównie właśnie z powodu Fantastyki. Dlatego mam do Was ogromny sentyment. Zazwyczaj nie uczestniczę w promowaniu książek za granicą. Jedna z moich powieści niedawno ukazała się po włosku, poproszono mnie, żebym przyjechał na promocję, ale odmówiłem. Dokładnie tego samego dnia dostałem zaproszenie na promocję z Polski i oczywiście obiecałem, że przyjadę. Pamiętam, jak wiele Wam zawdzięczam. No i oczywiście jest żurek…

    Pierwszy polski przekład Krainy Chichów, dokonany przez Jolantę Kozak, jest znakomity.

    To ma wielkie znaczenie. Podobno moje rosyjskie przekłady są straszne. Ludzie mnie czasem pytają: naprawdę napisałeś coś tak i tak, a ja odpowiadam, o Boże, nie! Ciężko to stwierdzić, jak się nie zna języka. Kiedy na przykład słyszę, jak świetne jest koreańskie tłumaczenie, mogę się tylko uśmiechnąć

    Co Pan będzie robił w Polsce podczas tego majowego pobytu?

    To co zawsze: jeździł z miasta do miasta i spotykał się z czytelnikami. Warszawa, Wrocław, Poznań, Szczecin….

    Szczecin? To bardzo daleko…

    Nie uwierzy Pani, jak wiele moich książek sprzedaje się w Szczecinie. Ja też tego nie wiedziałem, dopóki wydawca mi nie powiedział. Bardzo bym chciał zobaczyć miasto, ale obawiam się, że mi się to nie uda, bo jadę głównie na spotkanie z czytelnikami.

    Niestety w ten sposób zwiedziłem już większość miast Polski, niewiele z nich widząc. Na przykład do Wrocławia udało mi się pojechać tylko raz prywatnie, za to cztery razy w związku z promocją książki. Jedzenie, spanie, podróż, spotkanie, i tak w kółko, więc nie mam czasu zwiedzać, czego bardzo żałuję. Ale muszę szybko wrócić i wziąć się do pisania. Jestem mniej więcej w jednej trzeciej nowej książki i nie chcę jej zostawiać zbyt długo samej. To jak zostawić za drzwiami psa, który szczeka i chce, żeby go wypuścić!

    Jonathan Carroll, fot: Dom Wydawniczy Rebis

    No właśnie, jak wygląda Pana dzień, z taką szczekającą za drzwiami, rozpoczętą książką?

    Zaczynam od Facebooka…

    Zaczyna pan dzień od Facebooka? Nie rozprasza to pana?

    Facebook to dla mnie po prostu narzędzie, które bardzo mi pomaga w pracy. Mam ponad 100 tys. fanów, a ludzie lubią być z pisarzem w kontakcie. Wpisuję więc codziennie coś nowego, każdego dnia zamieszczam trzy zdjęcia i trzy cytaty z rzeczy, które akurat czytam. Zajmuje mi to góra pół godziny.

    Ale naprawdę potrafi się Pan powstrzymać od przeglądania postów?

    Z łatwością, bo mam tam góra 20 znajomych. Miejsce na moje przyjaźnie jest w prawdziwym świecie, a Facebook jest po prostu narzędziem do pracy, do promocji książek. Amerykańska pisarka Jane Bowles, prywatnie żona Paula Bowlesa, napisała kiedyś zdanie, która mi się bardzo spodobało: „nie lubię ludzi, ale lubię być wśród ludzi”. Ja się czuję podobnie na Facebooku. Nie uczestniczę aktywnie w żadnych dyskusjach, nie oglądam zdjęć niemowląt, ani fotek z wakacji. Wstaje rano, wychodzę z psem, zjadam śniadanie, siadam na pół godziny do Facebooka i to wszystko.

    Ale w Kolacji dla wrony napisał Pan coś bardzo poruszającego: że zamieszczanie postów na Facebooku to jak pisanie listów do wymyślonego przyjaciela z dzieciństwa, tylko w wieku dorosłym.

    Tak naprawdę Facebook jest dla mnie trochę smutnym miejscem. Ludzie udają tam kogoś, kim nie są. Są piękni, spędzają cudowne wakacje, jedzą niesamowite kolacje, udają, że mają mnóstwo przyjaciół… Przecież nie tak wygląda życie, jest o wiele bardziej przyziemne… Zwyczajne, nudne. Zasmuca mnie, kiedy ludzie tak strasznie się starają zrobić na kimś wrażenie. I to na ludziach, których nawet nie znają. Poza tym ta nieustanna pogoń za lajkami może być prawdziwym polem minowym dla ego.

    Wracając do Pana dnia pracy…

    Po sesji na Facebooku odpowiadam na maile. Ponieważ zazwyczaj jest ich dużo, dzielę je na trzy raty: rano odpowiadam na listy służbowe, po południu na pocztę fanów, a wieczorem piszę do przyjaciół. A potem czasem nie mam w ogóle ochoty pisać i idę na spacer z psem! Ale przecież pisanie, to niekoniecznie stukanie w klawiaturę (ja zresztą piszę wszystko ręcznie, bo to spowalnia proces myślowy i pozwala mi lepiej docyzelować zdania). Jeden z moich przyjaciół opowiadał mi, jak kiedyś w swoim gabinecie leżał na sofie i gapił się w sufit. Wchodzi żona i pyta: co robisz? A on na to: piszę. Proces pisarski dzieje w głównie w głowie.

    Moja żona zawsze się śmieje, że koło trzeciej po południu wychodzę na kawę, nie mogę bez tego żyć. Ale spacer do kawiarni i z powrotem to także część pisania, przetrawianie w mózgu, co chcę dopisać, zmienić… Kiedy wracam, siadam i wprowadzam zmiany. Albo opisuję jakąś scenkę, którą właśnie zaobserwowałem. Tak powstała Kolacja dla wrony.

    To książka prawie autobiograficzna. I napisał Pan w niej, że wszystkie książki są do jakiegoś stopnia autobiograficzne…

    Kiedy jakiś pisarz Pani powie: „w moich książkach nie ma nic ze mnie”, proszę mu nie wierzyć, to bzdura! Mogę pisać o jaskiniowcach i jeden z jaskiniowców będzie miał mój charakter. Albo charakter mojej żony albo teściowej. To chyba John Irving się zarzekał, że jego książki nie są autobiograficzne. Chwileczkę, jak to? Irving mieszkał w Wiedniu, pracował z niedźwiedziami, brał udział w zapasach… W jego książkach te elementy ciągle się przecież powtarzają.

    U mnie ta autobiograficzna część powieści to raczej sposób postrzegania świata niż fakty. Sposób, w jaki widzę rzeczy. Na przykład jakiś czas temu spacerowałem po ulicy z moim synem i zobaczyłem parę, oboje bardzo niskiego wzrostu i oboje ubrani w dokładnie takie same płaszcze. Pomyślałem sobie: wyglądają jak solniczka i pieprzniczka. Właśnie takie rzeczy trafiają potem do moich książek. I to jest w każdej książce. Proszę bardzo: Scott Fitzgerald – jego książki są przefiltrowane przez sposób myślenia alkoholika. Hemingway z kolei pisał jak maczo, nawet jeśli to nie było zamierzone.

    Ale jednak jakieś autobiograficzne fakty zawiera Pan w powieściach. Bohater Śpiąc w płomieniu Walker Easterling mieszkał w Wiedniu, podobnie jak Pan. Ale Walker przeprowadził się do tego miasta po rozwodzie. Pan też?

    O nie. Ja jestem żonaty przez znaczną większość mojego życia, już przez 46 lat. Ze mną to było tak: kiedy byłem na studiach, moja przyszła wtedy jeszcze żona, która jest artystką, spędziła rok w Rzymie. Kiedy się pobraliśmy, poprosiła, żebyśmy zamieszkali przynajmniej na rok w Europie, bo bardzo jej się tam podobało. Zgodziłem się, było mi wszystko jedno. Uczyłem wtedy na uniwersytecie w Ameryce, więc kiedy zaoferowano mi prace w Wiedniu, w International School of Vienna, powiedziałem „dobrze”.

    To jest powód Pana przyjazdu. Ale dlaczego Pan tu pozostał na…

    Na 43 lata! Życie tutaj okazało się wprost nieprzyzwoicie wygodne. Jest spokojnie i nie tak wiele rzeczy odwraca moją uwagę. W Ameryce rozumiem, co ludzie mówią. Tutaj mój niemiecki wystarcza akurat, żeby zrobić zakupy, albo zamówić kawę, ale celowo nigdy się go nie nauczyłem porządnie i nie potrafię podsłuchać rozmów w autobusie. Mogę się wyciszyć w każdym momencie. W Ameryce ciągle słucham rozmów ludzi, oglądam telewizję, słucham radia, nie potrafię się powstrzymać, bo bardzo to lubię. Okropnie mnie to rozprasza. Po jakimś czasie nic innego nie robię. Bardzo trudno mi się tam skoncentrować.

    Wróciłem do Stanów tylko na dwa lata, bo chciałem spróbować jeszcze jednej rzeczy: pisania scenariuszy, ponieważ tym zajmował się mój ojciec. Dostałem zaproszenie do jednego projektu i nagle okazało się, że nie mogę się opędzić od propozycji: napisz to, adaptuj tamto, i tak dalej. Ale to okazało się coraz trudniejsze. Jeden z moich przyjaciół mówi, że problem z pisarzem, który zaczyna pisać filmy jest taki: najpierw to jest pisarz, który pisze scenariusze, potem staje się scenarzystą, który czasem napisze książkę, a jeszcze później – scenarzystą, który nigdy nie pisze książek. To bardzo niebezpieczne, bo praca jest ciekawa i dobrze płacą. Kiedy zrozumiałem, że to pułapka, pożegnałem się i wróciłem do Wiednia.

    Jonathan Carroll, fot: Dom Wydawniczy Rebis

    A sny w Pana książkach? Odgrywają wielką rolę w akcji, niektóre powieści, Kości księżyca albo Kąpiąc lwa są wręcz zbudowane na snach. Czy to też element autobiograficzny?

    Ludzie zawsze mi mówią: musisz mieć zwariowane sny. A ja im zawsze odpowiadam: mam najnudniejsze sny pod słońcem. Śni mi się na przykład, jak idę do kuchni i robię sobie kanapkę z mortadelą, zjadam ją i wracam do łóżka. Ale to tak jak z tym cytatem z Flauberta: „prowadź życie spokojne i uporządkowane, żebyś mógł być gwałtownym i oryginalnym w pracy”. Moje życie takie jest i obawiam się, że moje sny też.

    Obdarzam moich bohaterów niezwykłymi snami, bo w nich wszystko jest możliwe. Chcę zostawić czytelnikom możliwość zdecydowania, w jaką część snów mają uwierzyć, a w jaką nie, jaka jest tylko fantastyczną imaginacją. Mam nadzieję, że na tym polega, przynajmniej częściowo, przyjemność czytania moich książek. Czytelnik podróżuje razem ze mną przez historie i cały czas pyta siebie (i mnie): czy mogę zaufać temu, czy mogę zaufać tamtemu? Przecież czytelnik nie zawsze kupuje to, co chce mu sprzedać autor. Na przykład Tołstoj najwyraźniej bardzo lubił Wrońskiego i Annę Kareninę, ale ja, choć doceniam tę powieść, nie znoszę ich.

    Czy swoich bohaterów Pan lubi?

    Czasami.

    A Tomasza Abbeya, bohatera Pana najsłynniejszej powieści Kraina Chichów?

    Abbey to dupek.

    No wie Pan?! Ja go uwielbiam!

    Tak, słyszałem to od wielu osób (śmiech). Wszyscy lubią Tomasza Abbeya, ale to tchórz. Nie potrafi stawić czoła sytuacji. Zdradził swoją dziewczynę, ciągle ucieka, żyje w cieniu ojca i ma bardzo symboliczną obsesję na temat masek… A jak się bierze do pisania książki, to nie potrafi stworzyć nic oryginalnego, tylko pisze biografię. I kiedy przychodzi wielki moment, kiedy powinien się sprawdzić i zawalczyć o dziewczynę, nie robi tego.

    To jakiego bohatera literackiego Pan lubi?

    Jaya Gatsby’ego.

    Jaya Gatsby’ego?! Ale to totalny fantasta. Nie rozpoznałby rzeczywistości, nawet gdyby się o nią potknął…

    To właśnie w nim lubię, tę jego dziecięcą naiwność, niewinność. Jego jedynym celem jest zdobycie kobiety i wznosi się dla niej na wyżyny, nie dostrzegając, że Daisy to osoba nic nie warta, wydmuszka. Ale Gatsby tego nie widzi, idealizuje ją jak rycerz na dworze króla Artura. I do ostatniego oddechu nie rozumie, że ona nie jest tego warta. Kocham go za to. Bardzo też lubię główną bohaterkę z Opowieści podręcznej Margaret Atwood. Jest silna, ale jest też zabawna, ma poczucie autoironii, stąpa mocno na ziemi.

    Kraina Chichów zmieniła moje życie. Słyszy Pan to często?

    Cały czas.

    A czy jest jakaś książka, która zmieniła Pana życie?

    Nie.

    Podobno nie czytał Pan absolutnie nic do 15 roku życia. Więc co, jeśli nie książki zmieniło Pana w czytelnika i pisarza?

    Nie była to książka, którą przeczytałem, tylko coś, co napisałem. A muszę w tym momencie powiedzieć, że mój ojciec by słynnym scenarzystą. Nie lubiłem go, nie miałem z nim dobrego kontaktu, więc pisanie w ogóle wydawało mi się kiepskim pomysłem na życie.

    W dzieciństwie i jeszcze jako nastolatek byłem kompletnym nieudacznikiem, nie radziłem sobie z nauką ani w ogóle z niczym. Moi rodzice posłali mnie do szkoły z internatem, gdzie było jeszcze gorzej. Tam któregoś dnia odważyłem się napisać opowiadanie i dałem je nauczycielowi z angielskiego, a ten się nim zachwycił. To była pierwsza rzecz w życiu, która mi się udała. I coś, co całkowicie zmieniło moje życie.

    Czy to znaczy, że jest Pan optymistą?

    Jestem czarnym optymistą.

    Czyli…

    Nie spodziewam się dobrych rzeczy, ale gdzieś w głębi mam nadzieję, że się wydarzą. Kiedy słyszę, że ktoś z moich znajomych ma raka, nie jestem zdziwiony, wzruszam ramionami, i mówię „takie jest życie”. Ale mam silną nadzieję, że mu się polepszy. Zawsze mam nadzieję na dobre zakończenie.

    Kiedy czytam Pana książki, odnoszę wrażenie, że jest Pan kimś więcej, niż czarnym optymistą, że jest Pan niepoprawnym optymistą. Że dostrzega Pan tylko piękne rzeczy w życiu.

    Często zdumiewa mnie, jak wiele ludzie przegapiają. Mówię na przykład: spójrz na tę dziwną kombinację kolorów w ubraniu tego faceta, spójrz na chód tej kobiety… Odpowiadają: o, nie zauważyłem tego. To nie znaczy, że mam jakieś nadnaturalne umiejętności, tylko nauczyłem się dostrzegać więcej, niż inni ludzie. Na przykład wchodzę kiedyś do kawiarni i widzę staruszka, któremu okropnie trzęsą się ręce. Staruszek siedzi przy stoliku a przed nim stoi kubek kawy. A ja się zastanawiam, jak on zamierza wypić tę kawę. Chce zanurzyć w niej głowę? I kiedy go tak obserwuję, staruszek wyjmuje z kieszeni słomkę i wrzuca ją do filiżanki. I pociąga kawę przez słomkę. A ja potem opisuję to w książce. Większość znanych mi ludzi zobaczyłaby trzęsącego się staruszka i zażenowani odwróciliby wzrok. Ale ja staram się nie oceniać, przyglądam się wszystkiemu i czasem dostrzegam cudowne rzeczy. Nie jestem podglądaczem, po prostu czasem nie mogę się oprzeć ciekawości.

    Ale pisząc, wydobywa Pan piękno z tej sytuacji. Pisze pan o miłości tego człowieka do kawy, miłości tak silnej, że musiał wymyślić sposób, żeby ją pić w kawiarni, pomimo Parkinsona.

    Ktoś napisał do mnie kilka dni temu na Fscebooku: przeczytałem Krainę Chichów i ta powieść nauczyła mnie kochać psy. Odpowiedziałem: przeczytaj Kolację dla wrony, pokochasz wszystko. Tak, w moich powieściach, zwłaszcza tej ostatniej, jest wiele listów miłosnych do życia.

    Ale w tej samej Kolacji dla wrony napisał Pan, że życie większości ludzi, to nie – jak sobie mylnie wyobrażają – wielotomowe epickie dzieło, tylko najwyżej cienka powieść na 243 strony. To niezbyt optymistyczne…

    Ale to prawda. Nie sądzę, żeby na temat mojego życia dało się napisać więcej. Ktoś kiedyś powiedział, że pisarze nie powinni pisać autobiografii, bo ich życie jest przeraźliwie nudne: siedzą w samotności i piszą. Bardzo niewielu jest Hemingwayów, albo pilotów myśliwców, którzy zostali pisarzami, większość z nas prowadzi okropnie nudne życie przy biurku. Czy to jest wielkie życie? Raczej nie. Może być bardzo szczęśliwe, ale na pewno nie da się o nim napisać nawet 300 stron. Co innego, jeśli ktoś objechał świat dookoła, albo jest przedsiębiorcą i prowadzi na raz 12 różnych biznesów. Ale takich ludzi jest niewielu, a życie większości można by opisać w jeszcze cieńszych książkach. Właściwie byłem optymistą, kiedy w Kolacji dla wrony napisałem o 243 stronach. To raczej 112 stron. Dużym drukiem.

    Dziękuję za rozmowę.

  • „OTO SĄ MORDERCY KSIĄŻEK”, czyli felieton Kuby Ćwieka.

    Kilka dni temu opinia publiczna poznała kolejny raport odnośnie do poziomu czytelnictwa w naszym kraju. Teraz wszyscy, którzy nie mają tego kompletnie gdzieś – a powiedzmy sobie szczerze, większość jednak ma – są w żałobie, noszą się na czarno i w każdym mijanym przechodniu widzą potencjalnego idiotę i wtórnego analfabetę. Czyli w zasadzie nic się nie zmieniło.

    Taka jest już jednak świecka tradycja, że gdy Biblioteka Narodowa ogłasza wyniki, to potem ludzie w bezpośredni sposób związani z książkowym rynkiem, jak chociażby ja, są pytani o taki stan rzeczy, o przypuszczenia, dlaczego tak się dzieje i skąd to się bierze. A ja zawsze w pierwszej kolejności mówię: Hmmm, być może dlatego, że jedyny moment, w którym pisarz wzbudza zainteresowanie mediów to chwila, gdy dyskutujemy o… nieczytaniu? To jakby dość wyraźna wskazówka od czego ekspertami są ludzie pióra.

    Ale powodów jest rzecz jasna więcej. Zacznijmy od tego najbardziej prozaicznego – traumy. Zapytajcie kogoś, kto nie czyta o jego ostatni kontakt z książkami. Co usłyszycie? Najpewniej: lektury szkolne. To, w jaki sposób do nich przymuszano, to jak wciskano absolutnie bezwartościowe literacko pierdoły , jak choćby patriotyczny „Zmierzch” czyli „Nad Niemnem” Orzeszkowej, zostawiło w nich traumę do końca życia. To, jak w ich umysłach orano Sienkiewicza czy Bułhakowa, jak szatkowano te opowieści, sprowadzając całe z nimi obcowanie do zapamiętywania bezużytecznych faktów pod kartkówki, nie mogło się dobrze skończyć. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, to w większości nie jest atak na nauczycieli. To po prostu systemowy bubel, który coś, co powinno być przyjemnością, co powinno uczyć łaknienia świata, sprowadza do przykrego obowiązku.

    www.unsplash.com/Redd Angelo

    I dla nauczycieli, i dla uczniów. Bo powiedzmy sobie szczerze – jak mogłem wierzyć mojej polonistce w liceum mówiącej mi o niebywałych wartościach literackich dowolnej lektury, skoro przy pierwszej okazji, zupełnie przypadkowej, wyszło, że nie odróżnia Hellera od Vonneguta? Ktoś taki miałby skłonić mnie do czytania i dobierać mi lektury?

    W ogóle, na co ktoś wreszcie powinien zwrócić uwagę – należałoby po pierwsze rozdzielić w szkole dwa przedmioty. Po pierwsze – „Język polski”, na którym uczniowie winni się uczyć gramatyki, ortografii i że „bynajmniej” i „przynajmniej” bynajmniej nie znaczą tego samego. Po drugie, „Literatura”, dzięki której można by pokazać trendy, zaprezentować ważne tytuły, nazwiska i tym samym ułatwić ludziom odkrywanie wspaniałego świata książek. Nie tylko ramotek, ale i rzeczy współczesnych, które nas teraz dotyczą i które nas obchodzą. My tymczasem budzimy w uczniu liceum bezpośrednie skojarzenie książki z bólem i cierpieniem. Bo cały semestr literatury łagrowo-obozowej to zdecydowanie za dużo dla każdego.

    Ale przecież nie tylko o to chodzi. Ostatni tekst na tym blogu pisałem o praktykach marketingowych. O tym, jak kurczący się rynek próbuje tanim kosztem zalać nas pozytywnymi opiniami o publikacji i używa do tego zjawiska na kształt marketingu szeptanego – blogów literackich. Jeśli dodać do tego powszechne praktyki dobitnego sugerowania autorom co powinni pisać – a wiem o takich zarówno z drugiej, jak i pierwszej ręki – mamy wyraźny sygnał, że coraz częściej nie chodzi o literacką wartość. Nie chodzi o to, co książka może dać czytelnikowi. Chodzi o to, by ją sprzedać. I potencjalny czytelnik to czuje, nawet jeśli tylko podświadomie. I zaczyna kalkulować. Bo skoro X pisze jak Y, to zamiast go czytać, poczekam na już zapowiedziany film. Film zabierze mi z życia dwie godziny, nie dziesięć, i będzie kosztował dychę taniej. A jeśli do okładkowej ceny książki dorzucę piętnaście zeta to mam dwa bilety. Randka, czyli wartość dodana.

    I tu dochodzimy do następnego aspektu – cen książek. Nie odkrywam tu Ameryki, mówiąc, że książka jest droga. Nie zdradzam wielkich tajemnic, mówiąc o tym, że gdyby nie dość barbarzyńskie praktyki – którym w żaden sposób nie zaradzi szykowana ustawa o jednolitej cenie książki – mogłaby być tańsza. O tym, że od każdego sprzedanego egzemplarza autor ma około dziesięciu procent, to pewnie wiecie, prawda? A o tym, że wydawca, ponoszący większość kosztów, ma z tego niewiele mniej też? Jak to zwykle w biznesie na wszystkim wygrywają pośrednicy, niczym w klasycznym przekręcie: biorąc coś za (prawie) nic. Nie dziwi więc, że wydawca, ale i autor, mierzą raczej w potencjalne hiciory, nie podejmując ryzyka, prawda? Upada więc argument, dlaczego warto.

    Jest w tym wszystkim jeszcze odbiorca, w jakiś sposób ukształtowany przez ten koślawy system na książkowego konserwatystę. To ten, który nie kupi czytnika, bo raz, że nie jest wiele taniej, a dwa, że wciąż jest masa fetyszystów papieru wmawiających mu, że ebook nie jest pełnowartościową książką. Ten czytelnik, który nie ma czasu na książkę – nie, nie drwię, naprawdę nie ma – ale nie spróbuje się zmierzyć z audiobookiem, bo to nie jego forma i to przecież nie jest prawdziwe czytanie. A kolejnych publikacji papierowych nie ma już gdzie stawiać. Coraz to ładniejsze okładki, po których wedle powiedzenia nie należy oceniać, coraz bardziej niepraktyczne pomysły na książki tak wielkie, że nie sposób ich czytać. Powieści LeGuin w jednym tomie i twardej oprawie? Serio? Czyta to ktoś jeszcze prócz starego brytyjskiego lorda Tytanowe Kolana, który ma kominek, głęboki fotel i cały czas, który ukradł swoim niewolnym pracownikom na plantacji herbaty w Indiach? Szacki Miłoszewskiego, wydany w jednym tomie jest wyłącznie po to, by go położyć na półce. Nie wierzę absolutnie nikomu, kto powie, że kupił to, by w takiej formie przeczytać.

    Wspomniałem już mimochodem o czasie, czy też jego braku, ale to rzecz, której warto poświęcić chwilę. Naprawdę go nie mamy. Naprawdę żyjemy szybciej, a każde medium dostosowuje się i dopasowuje do nowych czasów i naszych potrzeb. Newsy dostajemy albo w tweetach, albo w krótkich filmikach, wreszcie w fotogaleriach na mobilnych apkach. Na ekranach naszych telewizorów królują Netflixy i inne platformy, które zdają się mówić: spokojnie, zobaczysz, kiedy będziesz miał czas, a nie kiedy oni ci to narzucą. Renesans seriali też wiąże się z brakiem czasu. Choć całościowo serial jest dłuższy, to odcinek czyli pojedyncza dawka, trwa znacząco krócej. Łatwiej wpisać go w grafik.

    www.unsplash.com/James Tarbotton

    Książka natomiast wymaga spokoju. Wymaga całkowitej uwagi i skupienia. Nastroju. Czyli wielkich nieobecnych. Patrzę po sobie – ogarniam kolejne tytuły tylko dlatego, że słucham audiobooków ćwicząc i biegając (co i tak bym robił), a czytam po rozdziale w toalecie, wannie czy w łóżku przed snem. Całe moje życie związane jest ze słowem pisanym a i tak ciężko mi znaleźć czas na lekturę. A co dopiero ktoś, kto mimo szkolnej traumy, utrzymał w sobie trochę chęci i zapału? Czy je w nowych okolicznościach utrzyma?

    Pytają mnie różni ludzie, co w obliczu tak tragicznej sytuacji polskiego czytelnictwa należy robić i jak to zmienić. Zawsze uważałem, że sposób na to jest jeden – namów jedną osobę, która nie czyta, do książki, która mu się spodoba. Musisz go wtedy posłuchać, dowiedzieć się z kim masz do czynienia i dobrać dlań lekturę. A gdy chwyci, podrzuć jeszcze parę innych, możliwie różnych od siebie rzeczy. Potem zachęć go, by to samo zrobił wobec kogoś innego. Pożyczaj książki, a nie zmuszaj do ich kupowania. To przyjdzie z czasem. Nie pieprz bez sensu, że jak książka to tylko papier – tak ględzą tylko snoby i papierowi fetyszyści i nie ma to nic wspólnego z czytelnictwem. Nie pomaga mu, a wręcz szkodzi. No i wreszcie, chyba najważniejsza porada – nie rezygnuj, czytaj.

    Bo warto.