Kategoria: Aktualności

  • Pamięć to tożsamość. Michel Bussi i Marta Guzowska rozmawiają o powieści „Mama kłamie”.

    Kiedy czyta się zajawkę powieści Michela Bussiego „Mama kłamie”, nie brzmi szczególnie interesująco. jakiś dzieciak w przedszkolu twierdzi, że jego mama to nie jego mama. Wypalona policjantka próbuje złapać sprawców napadu na sklep jubilerski. Fryzjerka sypia ze szkolnym psychologiem… Tylko, że Bussi stworzył z tego mieszankę wybuchową!

    Jakie jest Pana najwcześniejsze wspomnienie?

    Mój pierwszy dzień w szkole.

    Musiał mieć Pan wtedy około 6 lat… Czyli to pewnie Pana prawdziwe wspomnienie. Pana najnowsza książka „Mama kłamie”, która właśnie ukazała się w Polsce, to thriller o wspomnieniach. Pisze w niej Pan, że wszystko co pamiętamy sprzed wieku trzech-czterech lat to najpewniej sztuczne wspomnienia, które zostały nam zaszczepione.

    Tak, moja powieść porusza ten temat. To, kim jesteśmy, zostaje ukształtowane przed czwartym rokiem życia, ale nie mamy żadnego bezpośredniego wspomnienia z tego okresu. To zagadkowe i trochę przerażające.

    Czy ma Pan dobrą pamięć? Czy kiedy pracuje Pan nad powieścią i przychodzi Panu do głowy pomysł, musi go pan zapisać, czy zapamiętuje Pan?

    Dobra pamięć to bardzo przydatna rzecz w życiu pisarza. Myślę, że potrafię sobie przypomnieć swoją przeszłość w najdrobniejszych szczegółach, trochę jak kompozytor, który potrafi odtworzyć w głowie całą symfonię. Więc pomysly też.

    Żyjemy w czasach post-prawdy i coraz mniej polegamy na własnej pamięci, a coraz bardziej na tym, co serwują nam media. Czy nie łatwiej jest używać sfabrykowanych wspomnień, zamiast pielęgnować własne?

    Nie sądzę. Wręcz przeciwnie, technologie pomagają nam wyselekcjonować i podzielić, przez co podtrzymują wspomnienia bardziej osobiste niż wspólne. Dawniej cały świat miał jedną pamięć wspólną, dziś ona wygląda inaczej, jest bardziej rozproszona i automatycznie bardziej spersonalizowana. Możemy na przykład zdecydowac, że będziemy słuchać przez całe życie tylko jedno radia, które gra jedynie szlagiery z czasów naszej młodości.

    A może niektórzy ludzie nie chcą pamiętać? Może łatwiej im zaufać komuś, kto będzie przechowywał ich „wspomnienia”?

    Z tym też się nie zgadzam. Pamięć to tożsamość. Jesteśmy dziś bardziej nostalgiczni niż kiedyś. W społeczeństwie, w którym wszystko pędzi, ludzie czują potrzebę uczepienia się swojej przeszłości, która oznacza dla nich często ich dzieciństwo, rodzinę, dzielnicę… Im bardziej jesteśmy od tej przeszłości oderwani, tym bardziej chcemy uchwycić się wspomnień.

    W powieści „Mama kłamie” pisze Pan, że pamięć polega też na selekcjonowaniu, decydujemy, co zapamietamy, a co zapomniemy. Czy nie na podobnej zasadzie opiera się pisanie książek?

    Oczywiście. Sami decydujemy, o czym napiszemy, całe szczęście. Jeśli chodzi o pamięć, zauważyłem, że niektóre osoby mają niezwykłą zdolność zapominania najgorszych wspomnień, by móc wykreować sobie wyśnioną przeszłość. Ja także często rozkoszuję się pewnymi chwilami później, a nie tu i teraz. Dotyczy to na przykład podróży – pamiątka czy zdjęcia często są wywołują bardziej wyraziste emocje niż sam pobyt, podczas którego było też dużo problemów organizacyjnych czy sprzeczek, o których najwyraźniej zapominamy.

    Czy wobec tego wierzy Pan w obiektywną rzeczywistość? Czy wszystko zależy od obserwatora?

    Rzeczywistość istnieje tylko w oku obserwatora, wydaje mi się to oczywiste. Tak samo powieść istnieje tylko w wyobraźni czytelnika. Ciekawie byłoby zobaczyć, jak różnie wyobrażali sobie Malone’a, Marianne czy Amandę wszyscy moi czytelnicy.

    Ma Pan świetne oko do obserwowania ludzkich zachowań. Zwłaszcza zachowań dziecka, takiego jak opisany w „Mama kłamie” Malone. Ile z tego sam Pan zaobserwował, a ile Pan wymyślił ?

    Myślę, że nie trzeba być psychologiem, żeby stworzyć wiarygodne postacie. Zresztą bohaterowie książki nie muszą być wiarygodni, dużo ludzi w prawdziwym życiu takimi nie jest, działają w mało spójny sposób. To wydarzenia nami powodują, a więc historia, czyli w pewnym sensie przeznaczenie. Nietrudno jest opisać, jak postać zderza się z przeznaczeniem. Stąd bierze się jej charakter – ze sposobu, w jaki czytelnik interpretuje jej reakcje. Nie mówię sobie: ten będzie miły, a ten zły, ten sympatyczny; opisuję reakcje postaci i to na ich podstawie czytelnik uformuje sobie o niej opinię.

    Gdyby miał nastąpić koniec świata, który polegałby na masowej utracie pamięci, jaką książkę chciałby Pan ocalić dla przyszłych pokoleń?

    Małego Księcia” Saint-Exupéry’ego.

     

  • Ekranizacja „Czasem warto zabić”, Agnieszka Holland odkrywa karty.

    Informacja, że książka zostanie zekranizowana nie jest nowością, bo przecież pojawiła się już na okładce książki. Dziś portal kultura.gazeta.pl ujawnił kto zagra rolę głównej bohaterki książki, czyli Lily. Padło na Amber Heard, którą możecie kojarzyć, np. z „Dziennika zakrapianego rumem”.

    Dla tych z Was, którzy jeszcze nie czytali, albo już nie pamiętają treści książki, krótkie przypomnienie. Piękna kobieta w poczekalni na Heathrow odgarnia z twarzy długie rude włosy, zakłada nogę na nogę i sączy martini, czyta Patricię Highsmith. Ma na imię Lily. Przysiada się do niej Ted, bogaty biznesmen. W oczekiwaniu na spóźniony samolot – gdy kolejne drinki sprzyjają wylewności, podobnie jak przekonanie o jednorazowym charakterze spotkania – mężczyzna wyznaje nieznajomej, że przyłapał żonę na zdradzie i marzy o tym, by ją zabić.

    „No to zabij”, mówi Lily.

    To proste zalecenie uruchamia lawinę wydarzeń. Lily zgadza się pomóc Tedowi, ale nie uchyla własnych tajemnic, dzięki którym wiadomo, że świetnie się nadaje to tej akurat pomocy.

    Dlaczego? Kim jest ta dwójka podróżnych? To żartownisie czy socjopaci? Szukają zemsty czy miłości? Wśród rozpędzonych wydarzeń trudno ocenić. Każdy zwrot akcji przyprawia o zawrót głowy.

     

     

     

     

     

  • „Pięćdziesiąt twarzy Lisbeth Salander”, felieton Mikołaja Marceli.

    Dzisiejszy świat każdego dnia przygotowuje nas na zmiany. I oczywiście jesteśmy skłonni do adaptacji, ale istnieją jeszcze pewne świętości – sprawy, które powinny pozostać niezmienne. Ostatnio – w perspektywie kontrowersji związanych z nadchodzącymi wielkimi krokami premierami amerykańskich ekranizacji Ghost in the Shell oraz Mrocznej wieży opartej na powieści Stephena Kinga – doszedłem do wniosku, że taką świętością są dla nas postacie literackie, komiksowe, serialowe i filmowe, które pokochaliśmy. Nasi ulubieni bohaterowie nie są po prostu figurami stworzonymi przez sprawnego pisarza lub scenarzystę – często są bardziej realne niż otaczający nas ludzie. W przypadku literatury sprawa jest skomplikowana, ponieważ do momentu ewentualnej ekranizacji, są indywidualną i niepowtarzalną konstrukcją każdego czytelnika. Są tacy, jakimi ich sobie wyobrażamy. Problemy zaczynają się, gdy zostają przeniesieni na ekran. Wybór niewłaściwego aktora odtwarzającego naszą ukochaną postać może złamać serce i doprowadzić do bojkotu filmu. A sprawa staje się śmiertelnie poważna, gdy rzecz dotyczy tekstu kanonicznego… Ale potem też nie jest łatwiej – bo co, jeśli już pogodziliśmy się decyzją reżysera i pokochaliśmy postać wykreowaną w jego filmie, a teraz pojawia się decyzja o zmianie aktora, a przez to także naszego ulubionego bohatera?

    Piszę o tym wszystkim kilkanaście dni po ostatecznym potwierdzeniu przez Sony, że powstanie kolejna amerykańska ekranizacja przygód Mikaela Blomkvista i Lisbetha Salander znanych z cyklu powieściowego Stiega Larssona. Pewnie się cieszycie? Mi też ta informacja bardzo się spodobała. Jestem fanem zarówno Millenium, jak i ekranizacji jego pierwszej części w reżyserii Davida Finchera. Ale niestety nie mam dla Was dobrych informacji. Zawiodą się fani zarówno cyklu stworzonego przez Larssona, jak i filmu autorstwa Finchera. The Girl in the Spider’s Web będzie bowiem adaptacją czwartej części Millenium (Co nas nie zabije) napisanej przez Davida Lagercrantza. Co więcej, w projekcie nie pojawią się ani Fincher, którego na stołku reżyserskim zastąpi Urugwajczyk Fede Alvarez (odpowiedzialny za filmy Nie oddychaj oraz remake Martwego zła), ani Rooney Mara i Daniel Craig, którzy w Dziewczynie z tatuażem zagrali Salander i Blomkvista. W tym przypadku nie będziemy więc mieli do czynienia z sequelem, lecz rebootem serii.

    www.unsplash.com/Nik Shuliahin

    Przyznacie, że to co najmniej dziwna sytuacja. Amerykanie decydują się pominąć dwie części napisane przez Larssona i skupić się na dość kontrowersyjnej powieści Lagercrantza, która w końcu jest kontynuacją losów Blomkvista i Salander. Ponadto porzucają genialne kreacje Mary i Craiga oraz maestrię Finchera, by raz jeszcze zacząć wszystko od początku. Najśmieszniejszy jest jednak fakt, że to wszystko nie budzi największego sprzeciwu po ogłoszeniu planów ekranizacji The Girl in the Spider’s Web. Problemem dla fanów jest fakt, że w postacie Lisbeth i Mikeala wcielą się nowi aktorzy. I przyznam, że gdy o tym usłyszałem, ja również dołączyłem do chóru krytyków tej decyzji. No bo jak to? Kto mógłby zastąpić Marę w roli Salander? Potem jednak zmieniłem zdanie.

    Zapytacie dlaczego? Jak pewnie wiecie, Lagercrantz uzyskał prawa do kontynuowania cyklu w kontrowersyjnych okolicznościach. Również fani podeszli do autora, znanego wcześniej w naszym kraju przede wszystkim z biografii Zlatana Ibrahimovica, z nieufnością. Wszyscy jednak uspokoili się, gdy Lagercrantz zapowiedział „wierne odtworzenie metody pisania Larssona” i gdy później okazało się, że w powieści rzeczywiście pojawił się świat i wszystkie postacie znane z Millenium – z Lisbeth i Mikaelem na czele. Co więcej, autorowi Co nas nie zabije udało się stworzyć idealną symulację powieści Larssona, mozolnie podejmując otwarte przez niego furtki fabularne i nieustannie powracając do lejtmotywu pierwszych trzech serii, czyli koszmarnej sytuacji kobiet krzywdzonych przez mężczyzn. Zresztą, sam tytuł jego książki wydaje się w tym względzie dość ironiczny, sugerując, że świetnych postaci i niepowtarzalnego świata powieściowego na pewno nie zabije śmierć ich twórcy. Tym sposobem Lagercrantz napisał najprawdopodobniej drugi najlepiej sprzedający się fanfik w historii – drugi po Pięćdziesiąciu twarzach Greya E.L. James.

    Stacja metra w Sztokholmie, fot: www.unsplash.com/Felix Mooneeram

    Pytanie, jakie jednak nasuwa się w tym momencie, brzmi: czy to jednak ci sami Lisbeth i Mikael co wcześniej? Albo szerzej: czy postać stworzona przez jednego autora, a następnie przejęta przez innego, jest wciąż tą samą postacią, którą pokochaliśmy? Jest ono również zasadne w świecie z jednej strony fanfików, a z drugiej nieustannych ekranizacji powieści. Czy postać na ekranie to ta sama, którą znamy z literatury? Na co dzień prowadzę zajęcia dla studentów na kierunkach sztuka pisania oraz projektowanie gier i przestrzeni wirtualnej. Nie ukrywam, że to pytanie pojawia się od czasu do czasu w naszych rozważaniach. Jest ono dla mnie także istotne jako dla pisarza. Wiem przecież, że fikcyjni bohaterowie są jedynie konstrukcjami i mimo starań autorów, pozostają schematyczni, żyjąc życiem ograniczonym do fabuły.

    Czas więc na pierwszą kontrowersyjną tezę: myślę, że postacie wykreowane przez Lagercrantza nie są tymi samymi postaciami, które zaludniają karty powieści Larssona, i między innymi dlatego Rooney Mara nie powinna zagrać Lisbeth w The Girl in the Spider’s Web. Ale to dopiero początek problemów. Przejdźmy do mojego ulubionego stwierdzenia: „To dobry film, ale daleko mu do książki”. Typowe stwierdzenie fana literatury po obejrzeniu ekranizacji ulubionej powieści. Wiadomo: prymat literatury nad kulturą audiowizualną jest czymś niepodważalnym! W ostatnich kilku latach najlepiej widać to na przykładzie fanów Gry o tron – w tym miejscu oczywiście powinno się pojawić standardowe upomnienie o tym, że to nie jest nazwa cyklu tworzonego przez G.R.R. Martina. Takie opinie usłyszeć można było także w odniesieniu do filmu Finchera. Chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą ekranizację Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet niż Dziewczyna z tatuażem, po premierze filmu zdania były mocno podzielone. Spory jak zwykle toczyły się wokół wierności obrazu Finchera wobec oryginału. Innymi słowy, wiele osób myślało (i wciąż myśli) o Dziewczynie z tatuażem w kategoriach adaptacji. To zresztą temat, który powraca przy każdej ekranizacji książki, gdy krytycy i widzowie zastanawiają się, czy wersja filmowa dorównuje „oryginałowi”. Problem w tym, że myślenie w kategoriach adaptacji – czyli stosowności, która objawia się w wierności oryginałowi – jest zupełnie nieużyteczne w dzisiejszym świecie i kulturze, co niedawno w swoim świetnym tekście przypomniał Krzysztof M. Maj.

    Dlaczego? Ponieważ każda ekranizacja jest już zupełnie nowym dziełem – wizją, w której medium literatury zastąpione zostaje medium filmu, z wszystkimi tego konsekwencjami. Nie można przecież opowiedzieć historii dokładnie tak samo w filmie jak w literaturze, ponieważ funkcjonujący w tych dwóch mediach twórcy mają do dyspozycji zupełnie inne narzędzia i środki determinujące dane medium. Nie sposób oddać niezwykle drobiazgowego i wielowątkowego ducha Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet nawet w ramach niemal trzygodzinnego filmu i to pomimo zapowiadanej przez Stevena Zailliana, scenarzystę Dziewczyny z tatuażem, wierności oryginałowi. Ponadto, dobra ekranizacja może i powinna być samodzielnym dziełem reżysera. Klasyczna adaptacja jest dziś uprawiona jedynie w przypadku ekranizacji lektur szkolnych, których nikomu nie chce się czytać w całości – choć zastanawiam się, czy w takim razie w ogóle warto wracać do tych tekstów. Jednak próba adaptacji współczesnej literatury i to tak znakomitej jak cykl Larssona w skali jeden do jeden, musi okazać się porażką.

    www.unsplash.com/Jake Hills

    Większość widzów i fanów myśli jednak o ekranizacjach w kategoriach adaptacji. Dlatego zarówno szwedzka, jak i amerykańska wersja – choć w wielu kwestiach pozostawały wierne powieści – spotkały się z zarzutami o pomijanie istotnych wątków i przekręcanie chronologii. Zresztą, wierność to rzecz względna. Fani błyskawicznie po premierze sporządzili wykaz grzechów. Jak wiadomo: Bóg przebacza, fani nie. Ale to właśnie dzięki tym różnicom Dziewczyna z tatuażem jest tak udanym filmem. Jest bowiem przede wszystkim autorską wizją, która w pełni korzysta z możliwości, jakie daje medium filmu. Sygnalizuje to już sam tytuł. Fincher nie zdecydował się na Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Zamiast tego przedstawił swoją Dziewczynę z tatuażem. Warto o tym wszystkim pamiętać, kiedy znów usłyszymy krytyka lub fana utyskującego na brak wierności oryginałowi. Bo też dlaczego ma być wierny? Jeśli zechcemy poznać historię powieścią, sięgniemy po nią.

    Czas na drugą kontrowersyjną tezę: Rooney Mara nie może zagrać Lisbeth w filmie Lagercrantza, ponieważ będzie to zupełnie inna wizja niż ta, jaką stworzył Fincher w Dziewczynie z tatuażem. Powracamy więc do problemu ekranizacji tekstu literackiego: doboru aktorów odtwarzających kultowe postacie albo – nie daj Boże – ich wymiany. Jak już wspomniałem, temat to szczególnie aktualny, bo już niebawem premiera ekranizacji pierwszej części cyklu Mroczna wieża Stephena Kinga – filmu, który od pewnego czasu bojkotowany jest przez część fanów amerykańskiego pisarza. Iskrą zapalną okazał się casting i decyzja o zatrudnieniu Idrisa Elby (przypomnijmy: czarnoskórego aktora) do zagrania głównej postaci, czyli Rolanda Deschaina, Rewolwerowca (dla którego wzorcem był Clint Eastwood).

    Oczywiście w kontekście planów ekranizacji powieści Lagercrantza problem jest zupełnie inny. Zresztą aktorki grające Salander zawsze były świetnie dobierane i nie mieliśmy w ich przypadku tych kłopotów, co we wspomnianej już Mrocznej wieży oraz licznych kontrowersjach wokół ekranizacji anime (wybielenie głównej postaci Ghost in the Shell czy wybór czarnoskórego aktora do roli L w Netflixowej produkcji Death Note). Warto jednak przypomnieć, że zaraz po premierze Dziewczyny z tatuażem wielu fanów miało zastrzeżenia do Rooney Mary. Pojawiły się głosy, że nie sprostała zadaniu równie sprawnie jak Noomi Rapace w szwedzkiej ekranizacji. Co więcej, do roli Salander w The Girl in the Spider’s Web przymierzane są tak świetne aktorki, jak Alicia Vikander, Natalie Portman i Scarlett Johanson, które z powodzeniem mogą ją zastąpić. To jednak wciąż za mało, a lęk przed zmianą również mnie początkowo sparaliżował.

    Z drugiej strony, trudno się dziwić. Zmiany aktorów to zawsze trudny temat – wystarczy wspomnieć postać Daario Naharisa w serialu Gra o tron (to było zresztą wyjątkowo nieuczciwe zagranie – widz i tak z trudem łapie się w tym mrowiu postaci i wątków, a tu nagle następuje podmianka aktora i rodzi się paniczne pytanie: „Boże, skąd on się tu wziął? Czy coś mnie ominęło?!”) lub dyskusje wokół Bena Afflecka w roli Batmana (wiecie, sprawa jest tak ważna, że niedawno głos zabrał w tej sprawie sam Hans Zimmer). Co więcej, kontrowersje budzą nawet zmiany aktora grającego Jamesa Bonda, choć mieliśmy pół wieku, aby się do nich przyzwyczaić.

    Daniel Craig (ten sam, który u Finchera zagrał Blomkvista) znany jest ostatnio przede wszystkim z roli Agenta 007. Jacek Szczerba, wspominając w Bond. Leksykon moment wyboru Craiga do tej roli, pisze: „Jakież to podniosły się krzyki (wiem, bo sam byłem wśród krzyczących), gdy na szóstego odtwórcę roli 007 wybrano Anglika Daniela Craiga (rocznik 1968). Narzekano, że jest blondynem (a Bond musi być brunetem), że jest za niski (jako jedyny 007 ma mniej niż 180 cm wzrostu), że ma odstające uszy i prostacką gębę kierowcy ciężarówki, a na dokładkę przypomina Władimira Putina!” Cóż, Craig wydawał się niegodnym następcą Pierce’a Brosnana, a dla wielu fanów nadal nim jest i dlatego bojkotują filmy z jego udziałem. Ale gdy niedawno ogłoszono, że może zostać zastąpiony przez rudego Damiana Lewisa znanego z seriali Homeland i Billions lub wspomnianego już czarnoskórego Idrisa Elbę, znów podniosły się głosy oburzenia i Craig najpewniej zagra Bonda w kolejnym filmie.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Pomimo tego wszystkiego, choć sam jestem fanem kreacji zarówno Noomi Rapace, jak i Rooney Mary, myślę, że zrezygnowanie z udziału tej drugiej w przedsięwzięciu Alvareza jest jedynym słusznym krokiem – a na pewno najuczciwszym w stosunku do widza. Wszak Lagercrantz nie jest Larssonem i jego postacie to niekoniecznie te same postacie, które pojawiły się w pierwszych trzech częściach. Z tego powodu Blomkvist i Salander Lagercrantza, to nie Blomvist i Salander Larssona. Poza tym Alvarez nie jest Fincherem. Jego film będzie zupełnie innym filmem i zupełnie inną wizją przygód Salander i Blomkvista. Dlatego w tym przypadku – bardziej niż w jakimkolwiek innym – zmiana aktorów grających główne postacie wydaje się wręcz konieczna. Pamiętajmy więc, że ekranizacja to zupełnie nowy tekst, odmienny od powieści, na której został oparty. Może zatem traktujmy go jako okazję do zakochania się w innej wersji naszej ukochanej postaci – choć wiem, że czasami to trudne – a nie do jej znienawidzenia. Dlatego życzę sobie i Wam, aby Alvarez potrafił zdystansować się do literackiej wizji Lagercrantza i zaprezentować w filmie swoją własną niepowtarzalną wersję Lisbeth i Mikaela. I tu ostatnia kontrowersyjna teza: tego, czego należy życzyć twórcom ekranizacji powieści, nie jest wierność oryginałowi, ale własne, niepowtarzalne opowiedzenie znanej już historii i postaci – takie opowiedzenie, które zostanie z nami na lata. Jak Dziewczyna z tatuażem Finchera.

    Mikołaj Marcela – specjalista od popkultury, Jamesa Bonda i żywych trupów. Pisarz, autor książek Bycie w śmierci. Athanatopia (2017), Niemartwi: Ciała wasze jak chleb (2015) i Monstruarium nowoczesne (2015). Nauczyciel akademicki, na Uniwersytecie Śląskim wykłada na kierunkach sztuka pisania, filologia polska oraz projektowanie gier i przestrzeni wirtualnej.

  • „Pracowałem z zabójcami, którzy mieli charyzmę gospodarza talk show”. Felieton Chrisa Cartera o seryjnych mordercach.

    Chrisa Cartera fanom kryminału przedstawiać nie trzeba. To on stworzył postać Roberta Huntera i nadał mu, jak to zwykle bywa, wiele swoich cech. Jak pewnie wiecie, zanim Chris wziął się za pisanie, zajmował się wieloma rzeczami. Przykłady? Grał w zespole, był striptizerem, sprzedawał pizzę, ale też, a może przede wszystkim, był psychologiem policyjnym w Stanach Zjednoczonych. Przeczytajcie felieton o seryjnych mordercach, bo Chris zetknął się w swojej pracy z wieloma.

    Kiedy wiadomo, że stoisz twarzą w twarz z seryjnym zabójcą?

    Nie mogę uwierzyć, że to był on”

    Wydawał się taki normalny”

    Wszyscy sąsiedzi tak go lubili”

    Zawsze był taki miły i grzeczny dla wszystkich” 

    To tylko niektóre stwierdzenia wypowiedziane przez sąsiadów seryjnych zabójców takich jak Jeffrey Dahmer, Ted Bundy i Dennis Rader. A powody takich uwag są proste.

    Psychopaci, którzy traktowani są przez psychologów jako najniebezpieczniejsi członkowie społeczeństwa, nie wyglądaja na szaleńców i tak się nie zachowują. Nie są chorzy psychicznie. Nie mają ataków, nie tracą kontaktu z rzeczywistością w związku ze swoja przypadłością. Tak naprawdę są nie tylko świetni w udawaniu normalnych, ale też świetni w zdobywaniu zaufania.

    Pozwólcie mi wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje.

    Glówną cechą charakterystyczną psychopaty jest skrajny chłód emocjonalny. Jest to jedna z najtrudniejszych do zdiagnozowani anomalii psychologicznych – trudniejsza niż schizofrenia czy choroba dwubiegunowa. Słowami laika – skrajny chłód emocjonalny oznacza, że psychopaci są niezdolni do odczuwania takich emocji jak miłość, współczucie, żal, przywiązanie, miłosierdzie, litość, empatia, skrucha, poczucie winy i tak dalej. Dosłownie nie odczuwają emocji, ale, co najważniejsze – zachowują się tak, jakby odczuwali. Głównie dlatego, że nie odróżniają dobra od zła i rozumieją, że nieodczuwanie żadnych emocji w stosunku do innych ludzi byłoby uznane jako złe przez społeczeństwo. Uzbrojeni w tą wiedzę udają uczucia by nie zostać odrzuconymi przez wszystkich dookoła. Prawda jest taka, że psychopata to patologiczny kłamca który uwielbia oszukiwać i manipulować innymi ludźmi.

    www.unsplash.com/Nico Beard

    Kiedy pracowałem jako psycholog behawioralny w Stanach Zjednoczonych, rozmawiałem z setkami zabójców, z których wielu było seryjnymi zabójcami. Rzadko było w nich coś nienormalnego. Pracowałem z zabójcami, którzy byli czarujący, dowcipni i mieli charyzmę gospodarza talk show. Inni wyglądali na tak przestraszonych i kruchych, że miałem ochotę ich przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Kilku wyglądało na dobrotliwych dziadków, z którymi bez namysłu napiłbyś się herbaty. Jakkolwiek przerażająco to brzmi, główną cechą wspólną łaczącą prawie wszystkich seryjnych zabójców, z którymi pracowałem jest fakt, że wszyscy wyglądali i zachowywali się jak większość ludzi, których spotykasz w codziennym życiu.

    Mimo tego, że w Stanach Zjednoczonych psychopaci stanowią trzydzieści pięć procent agresywnych więźniów, większość psychopatów nie jest przestępcami.

    Szacuje się, że około dwóch procent dorosłych na całym świecie to psychopaci. To oznacza, że w samej Wielkiej Brytanii ponad million psychopatów chodzi po ulicach. To może być twój sąsiad, sprzedawca w sklepiku na rogu, twój nauczyciel, pracownik społeczny, który odwiedza cię raz w miesiącu, twój kumpel z pub’u, twój szef, a nawet współmalżonek. Mają normalną pracę i angażują się w normalne zajęcia tak jak ty i ja. Większość z nich jest w stanie utrzymać normalne związki nie odczuwając żadnych emocji w stosunku do swoich współmałżonków i dzieci.

    Nie, psychopaci nie zachowują się inaczej niż osoba którą codziennie widzisz w lustrze. Zidentyfikowanie ich jedynie na podstawie wyglądu, lub nawet poprzez regularne i obszerne rozmowy jest niemożliwe.

    Prawda jest taka, że wykwalifikowanemu psychologowi kryminalnemu potrzeba kilku dogłebnych sesji, a może nawet całej gamy testów psychoanalitycznych żeby orzec, że badany wykazuje przestępcze, a w skrajnych przypadkach, mordercze tendencje. A nawet wtedy nie oznacza to, że badany jest, lub zostanie przestępcą w jakimkolwiek sensie.

    Większość seryjnych zabójców ma pełne pojęcie, że to co robią jest złe i to pojęcie każe im ukrywać swoje czyny najlepiej jak potrafią. Nie zachowują się podejrzanie, nie wyglądają podejrzanie i zdecydowanie nie ogłaszaja tego co robią.

    Więc skąd wiadomo, że stoisz twarzą w twarz z seryjnym zabójcą?

    Nie wiadomo. Okropna prawda jest taka, że możesz właśnie obok jednego siedzieć i nie będziesz o tym wiedzieć.

    Jeśli macie ochotę przeczytać dłuższy wywiad z Chrisem, to kliknijcie tutaj.

     

  • „Dreszczyk podczas konklawe”, felieton księdza Artura Stopki.

     

    Co naprawdę dzieje się podczas konklawe? Tego nie wie tak naprawdę nikt, kto podczas wyboru nowego Następcy św. Piotra nie znalazł się za zamkniętymi drzwiami Kaplicy Sykstyńskiej. Ci, którym się udało tam dostać, zobowiązują się do zachowania tajemnicy. Zobowiązania dochowują, co może się wydawać dziwne i niemal niemożliwe w czasach Snowdena i WikiLeaks. Pojawiające się tu i ówdzie materiały na temat przebiegu tego czy innego konklawe nie zasługują nawet na nazwę przecieków. To raczej aluzje, zapośredniczone analizy i myślenie życzeniowe, a nie sprawdzalna, namacalna wiedza.

    Tym bardziej tajemnica korci. Pozostają więc domysły, teorie spiskowe i intensywna praca wyobraźni. Czyli zadanie nie dla dziennikarza, nie dla reportera, lecz dla pisarza. Najlepiej dla takiego pisarza, który potrafi połączyć elementy rzeczywistości z fikcją w taki sposób, aby miejsca sklejenia nie rzucały się w oczy.

    Polskie wydanie „Konklawe” Roberta Harrisa, brytyjskiego pisarza, dziennikarza i komentatora politycznego, autora m. in. „Trylogii Rzymskiej” czy „Ghostwritera”, pojawiło się dwa dni po czwartej rocznicy wyboru papieża Franciszka na Stolice Piotrową. Czytając powieść, której akcja dzieje się w nieodległej przyszłości, trudno uniknąć skojarzeń z obecnym pontyfikatem. Zresztą autor nie kryje, że rzecz dzieje się po śmierci papieża, który – jak Franciszek – chciał Kościoła ubogiego i mierzył się z ludzką słabością swoich bliższych i dalszych współpracowników, ale też z niechęcią i sprzeciwem. Wydaje się to znajome? Wystarczy zajrzeć do Internetu, aby odnaleźć pasujące newsy, komentarze i analizy.

    Wykreowana w książce rzeczywistość pokazuje „święty Kościół grzesznych ludzi” (to bardzo celne i precyzyjne określenie, spopularyzowane m. in. dzięki książce ks. Jana Kracika pod tym tytułem). Także na tzw. szczytach Kościoła nie brak grzeszników. Dzięki nim powieść Harrisa może być thrillerem. Czasami dopadają ich grzechy z dalekiej przeszłości, czasami te popełnione w ostatnich tygodniach. Być może jeszcze kilkanaście lat temu opowieść o mającym duże szanse na zostanie Następcą św. Piotra kardynale, który ma dziecko, wywołałaby oburzenie i protesty. Podobnie jak sugerowanie, że inny hierarcha posługuje się w dążeniu do papieskiego tronu szantażem. Dzisiaj raczej opisy takich sytuacji przyjmuje się z bólem, ale bez przekonania, że są bluźnierczo nieprawdopodobne. Żyjemy w czasach, w których sam papież raz po raz mówi o sobie, że jest grzesznikiem i że popełnia błędy (ostatnio zrobił to np. w wywiadzie dla „Die Zeit”).

    Nie ma więc w „Konklawe” Roberta Harrisa niczego obrazoburczego. Nie ma również ataku na Kościół, a sytuacje opisane w książce dzisiejszemu czytelnikowi, niezależnie od jego wiary, nie wydają się niemożliwe. To bolesne, ale prawdziwe.

    Ale też nie o piętnowanie zła w Kościele w tej książce chodzi. Ona opowiada o czymś zupełnie innym. To opowieść o tym, jak ci grzeszni, słabi ludzie, mimo wszystko – choć w różnym stopniu – starają się współpracować z Duchem Świętym. Jak spomiędzy siebie, właśnie takich, słabych, grzesznych, próbują wybrać tego, kto poprowadzi Kościół w najbliższym czasie.

    Każdy biorący odpowiedzialność za funkcjonowanie jakiejś społeczności, jakiejś instytucji, struktury itp. wie, że „czynnik ludzki” jest jej najsłabszym elementem. Kościół, zwłaszcza w swej instytucjonalnej sferze, nie jest spod tej zasady wyjęty. A jednak to ludzie podczas wyborów kolejnego Następcy św. Piotra, człowieka, który jest – jak wierzą katolicy – namiestnikiem Jezusa Chrystusa, oddają swój głos.

    Niemal dokładnie dwadzieścia lat temu, 15 kwietnia 1997 roku, kard. Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, powiedział: „Nie twierdzę, że Duch Święty uczestniczy w wyborze papieża w sensie dosłownym, ponieważ Duch Święty na pewno by nie dopuścił do wybrania wielu papieży. Natomiast Duch Święty nie tyle trzyma rękę na pulsie, ile pełni rolę dobrotliwego nauczyciela, zostawiając nam swobodę działania, ale nie spuszczając nas z oka. Rolę Ducha Świętego należy rozumieć bardziej elastycznie. On nie narzuca, na którego kandydata mamy głosować. Zapewne chroni nas tylko przed tym, abyśmy wszystkiego nie zaprzepaścili”.

    Papież Franciszek w ostatnich tygodniach kilka razy mówił, jak to jest z wyborem biskupa Rzymu. Podkreślał, że zostaje nim ten, kogo na dany czas chce mieć w tym miejscu Bóg. Dlatego czasami wynik konklawe okazuje się wielkim zaskoczeniem.

    Zaskakujący jest też rezultat konklawe opisanego przez Harrisa. Chociaż można się go domyślić (ja domyśliłem się po przeczytaniu 2/3 powieści). I muszę przyznać, że właśnie ten pomysł najbardziej mnie rozczarował. Wolałbym coś bardziej oryginalnego. Spodziewany dreszcz okazał się jednak tylko dreszczykiem.

    Ale i tak książkę czyta się bardzo dobrze. Ciekawe, czy ktoś pokusi się o jej sfilmowanie?

    ks. Artur Stopka: ukończył Wyższe Śląskie Seminarium Duchowne w Katowicach i podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Był redaktorem „Gościa Niedzielnego”, stworzył portal wiara.pl. Pełnił również funkcję rzecznika archidiecezji katowickiej.

  • „Ekonomia to nie fizyka, wszystko się może zdarzyć”, czyli komentarze o jednolitej cenie książki.

    O jednolitej cenie książki w ostatnich dniach powiedziano już chyba wszystko. Wypowiadali się eksperci rynku książkowego, właściciele księgarń, zarówno tych stacjonarnych, jak i internetowych . Oddaję dziś głos tym, którzy na co dzień są najbliżej książek, czyli ludziom pióra.  

    Prof. Małgorzata Omilanowska, była minister kultury, pisarka: 

    Jedno jest pewne, na ustawie skorzystają Ci co ją forsują czyli wydawcy. Reszta to niewiadoma. Ekonomia to nie fizyka, wszystko się może zdarzyć, bo działa czynnik ludzki. To jak zareaguje rynek, czy naprawdę skorzystają na tym małe księgarnie, o ile zdrożeją książki, to czysta spekulacja. Jak gra na giełdzie. Każdy w co innego wierzy i ma nadzieję, ale to naprawdę wróżenie z fusów. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi w przykładach innych krajów. W Niemczech ustawa działa „od zawsze” ale małych księgarni to ja u nich nie widuję. W Izraelu wszystko się przewróciło i z ustawy sie wycofali. To co zadziałało 35 lat temu we Francji nie musi zadziałać u nas bo zmienił się świat. Autorzy w Polsce angażują się po stronie ustawy ale głównie dlatego, że ich przekonują do tego ich wydawcy obiecując zmiany na lepsze. Jako autor, nie bardzo jednak wiem, co by miało zmusić wydawców do tej łaskawości dla autorów. Bo to, że będą mogli dać więcej nie oznacza wcale, że dadzą. I nie mieszajcie do tego polityki, sprawa tej ustawy to co najwyżej kwestia pewnych ideologii – regulacja jest sprzeczna z neoliberalizmem, a mieści się w kategoriach akceptowanych przez socjalistów.

    Grzegorz Kalinowski, pisarz:

    Przeraziła mnie histeria jaką wywołał plan regulacji cen książek. Przeraziła i rozbawiła, bo niektórzy argumentowali słowami „a co na to wydawcy?”. A wydawcy na to czekają, przynajmniej ci z Polskiej Izby Książki, ale suweren niezależnie od tego czy jest pisowski czy kodowski swoje wie jeśli tylko zobaczy nazwisko którego nie lubi. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że o nową ustawę wydawcy zabiegali od lat i że jej korzenie tkwią jeszcze w czasach rządów koalicji PO-PSL. Oczywiście nie wszyscy wydawcy są za, mniejsze domy wydawnicze się jej obawiają, choć też nie wszystkie. Ustawa sprawdziła się między innymi Beata Chmiel i Wojciech Maziarski na FB byli przeciw a była minister kultury, Małgorzata Omilanowska co najmniej ostrożna. Pani minister uważa, że nie ma złotego i że zawsze ktoś straci, Beata Chmiel, że w Izraelu nie wyszło a jak mawiał Amos Oz mamy ze sobą wiele wspólnego, z kolei Wojciech Maziarski że nie warto dofinansowywać 1800 małych księgarń. Ja uważam, że warto spróbować, bo w wielu krajach Unii ten patent się sprawdził, a o księgarnie warto walczyć. Po pierwsze księgarze. Chcę kupować książki u ludzi kompetentnych, którzy wiedzą czym handlują. Książka jest jak dobre auto, nie sposób sprzedać jej bez odpowiedniej wiedzy. Chcieliśmy kiedyś kupić Jeepa Wranglera, ale sprzedawca nie wiedział jakie ma napędy terenowe. Wyszliśmy z salonu i dowiedzieliśmy się wszystkiego w innym i tam też kupiliśmy auto. Podobnie jest z książkami, szlag mnie trafia jak ktoś mówi: „reklamują właśnie tę książkę, mówią że dobra”. Albo dla odmiany „jest w kinach film, to musi być dobre”, „jego – jej, książka się dobrze sprzedała”. No i co z tego, ja pytam co jest dobre i chce pytać człowieka który się na tym zna i którego znam. Często księgarnie są w małych miastach jedynymi oprócz MDK-ów i bibliotek jedynymi centrami kultury i o tym warto pomyśleć. Zgadzam się z Małgorzatą Omilanowską, że to trochę loteria, ale co nam zostało. Czytelnictwo  beznadziejne, księgarnie padają, więc warto spróbować czegoś nowego. Czy ceny wzrosną? Niekoniecznie, a raczej a pewno nie, bo regulatorami cen są teraz wielkie sieci. Oczywiście ustawa nie może być lekiem na całe zło, warto pomyśleć o podatkach, czynszach którymi miasta i gminy  zabijają księgarzy, a także o poziomie szkolnictwa, oraz intelektualnej pauperyzacji klasy średniej i inteligencji, zakładając że ta pierwsza już się uformowała, a druga jeszcze nie zdechła. Jako pisarz, który żyje z satyrycznych paru złotych od książki wiem o czym mówię. Jakoś mi się udało, sprzedaję dużo, poza tym mam już dom i niezłe auto, więc brnę dalej. Szlag mnie trafia jak spotkam kogoś kto napisał dobrą książkę i słyszę „kolejnej nie będzie, cały rok pisania i osiem kawałków”. Tracimy nie tylko małe księgarnie, ale i zdolnych pisarzy, a jeśli ten projekt jest do kitu to oczekuję, że krytykujący go stworzą lepszy. Oby ten nie okazał się porażką, a ci którym się nie podoba stworzyli doskonalszy. Ustawy nie są na całe życie, nikt nie rządzi wiecznie, najważniejsze by wyciągać wnioski z przeszłości i korygować błędy.

    Wojciech Chmielarz, pisarz:

    Generalnie jestem za wprowadzeniem mechanizmu stałej ceny książki. Mam jednak wątpliwości do samego projektu, którego autorzy patrzą na rynek mocno fragmentarycznie. W żaden sposób nie odnoszą się do kluczowych relacji wydawca – dystrybutor oraz dystrybutor – księgarz. W rezultacie jej największymi beneficjentami mogą się stać nie małe księgarnie (jak to się oficjalnie mówi), nie wydawcy (jakby się wydawało logiczne), ale dystrybutorzy właśnie. Bez przyjrzenia się tym kwestiom raczej nie uda się osiągnąć żadnego z zakładanych celów.

    Marcin Ogdowski, dziennikarz, pisarz:

    To idiotyczny pomysł, nawet, jeśli stoi za nim szlachetna idea zwiększania czytelnictwa. Mniejsza o argumenty ekonomiczne – tu niech wypowiedzą się księgarscy biznesmeni. Ale spójrzmy na to z perspektywy autora pozycji o wysokiej wartości merytorycznej. Dlaczego jego książka miałby kosztować tyle samo, co jakiś gniot? Oczywiście, takie sytuacje zdarzają się i dziś, lecz jest to efekt rynkowej gry, nie zaś trudnej do zaakceptowania, autorytarnej decyzji.

    Jeśli władze chcą rzeczywiście zrobić coś w kierunku poprawy czytelnictwa, niech wesprą sieci małych bibliotek. Szkoły zaś niech wreszcie przestaną uczyć dzieci czytania skryptów. I niech odejdą od durnego paradygmatu, który zawiera się w haśle „kanon”. Miłości (do książek) nie nauczymy się, przymusowo wałkując „jedynie słuszne” dzieła.

    Jakub Ćwiek, pisarz:

    Nie znam dokładnie treści tej konkretnej ustawy, nie wiem czym się różni od poprzedniej, którą wałkowaliśmy niedawno (z tamtą propozycją się zapoznałem), więc trudno wypowiedzieć się kategorycznie o pomyśle, któremu teraz przytaknął minister Gliński. Przyjmując jednak założenie, że wiele się tam nie zmieniło – przynajmniej w bazowych założeniach – uważam, że to oczywiście krok w bardzo złą stronę. Regulacja rynku uderzająca przede wszystkim w księgarnie internetowe i działająca w interesie dużych księgarnianych sieci. Nie widzę, wbrew propagandowym gadkom głównych zainteresowanych, żadnych korzyści jakie mieliby z tytułu ustawy osiągnąć czytelnicy, małe wydawnictwa czy drobni księgarze. Ot, okazja, by kilku większym graczom zrobić dobrze małym w gruncie rzeczy kosztem szkody nikłego procenta społeczeństwa.

    Tym, co w tej sprawie budzi jednak największy niesmak nie są wcale działania PIK, nie jest decyzja ministra – bez cienia wątpliwości nadętego bufona, ignoranta i szkodnika pokroju Szyszki , co pokazał już wiele razy- ale to, że nagle temat książek i ich ceny wspina się na szczyty nagłówków, wpisuje się w ciągnący się spór. Społeczeństwo, w którym czyta ledwie garstka oburza się na lub gorliwie popiera ustawę dotyczącą ceny książek, udaje znawców tematu i osoby bezpośrednio nim zainteresowane, wyłącznie po to, by zadeklarować swoje sympatie i antypatie polityczne. Książka jako taka mało kogo w tym wszystkim obchodzi.

    Waldemar Cichoń, autor książek dla dzieci:

    „Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w innych ustrojach” – zwykł mawiać wielki Stefan Kisielewski, i choć Mistrza poprawiać nie wypada, dodać muszę – „i które sam stwarza”. Wszelkie ingerencje państwa w gospodarkę (a rynek wydawniczy jest gospodarki częścią, niezależnie od tego co na ten temat sądzą różnej maści lekkoduchy) budzą we mnie – wolnorynkowcu od urodzenia, liberale gospodarczym i społecznym konserwatyście – sprzeciw i obrzydzenie odkąd pamiętam. Tak też jest tym razem, choć do obecnego rządu – w przeciwieństwie do wielu Kolegów po piórze – mam stosunek raczej obojętny z lekkim wychyleniem w stronę życzliwej, acz nie pozbawionej krytycznego stosunku w wielu kwestiach, aprobaty.

    Jednolita cena książki jest jednak rozwiązaniem głupszym niż ustawa przewiduje i jeszcze bardziej pogłębi patologię panującą na polskim rynku wydawniczym. Mówię to z całą odpowiedzialnością jako liberał, jako autor książek i jako mąż właścicielki małego wydawnictwa. Kto zyska? Nie wiem, ale podejrzewam, że wielkie wydawnictwa skupione w Wielkiej Izbie Książek I Czegoś Tam Jeszcze, bo to to Coś za tą durnotą lobbowało. Kto straci? Czytelnicy. Autorzy, zwłaszcza debiutanci, których już nikt nie wyda w obawy przed tym, że ich książka się nie sprzeda. Oraz małe wydawnictwa, które omijając tradycyjne, patologiczne, niszczące je kanały dystrybucji książek, rozwijają własne – głównie w internecie. Małych księgarń, które mają być głównym beneficjentem tej zmiany, już nie uratujemy, bo ich już nie ma. W moim, 140-tysięcznym, mieście są dwie księgarnie: to coś na „e” i z końcówką „pik” oraz to coś zaczynające się na „m” i kończące na „tras”. A nowych księgarń nikt nie otworzy, bo to byłoby tak, jakby ktoś otwierał w dzisiejszych czasach punkt naprawy maszyn parowych.

    Pomijając jednak wszelkie argumenty za i przeciw – a tych jest tak wiele, że internetu zabrakłoby do ich spisania, łącznie z tym, że Izraelczycy właśnie się z tej durnoty wycofali, bo im cały rynek księgarski po prostu zniszczyła – jeśli, jako wydawca, chcę sprzedawać moje książki po groszu dołączając do każdego stepującą rumuńską wiewiórkę oraz dwa selery, to powinno być to moje immanentne, jako przedsiębiorcy, prawo i żaden urzędas nie powinien mi się do tego, pardon my french, wpieprzać! Wyobraźcie sobie, że komuś – kto produkuje chleb, kalesony albo zawieszki do firan – zabrania się przez rok sprzedawać swój produkt po cenie, którą sam uzna za stosowną…

    Co zamiast tego? Zostawcie nas w spokoju. Po prostu. Pozwólcie pracować. Zmniejszcie podatki – wszystkim przedsiębiorcom, nie tylko wydawcom! Wprowadźcie mechanizmy zapobiegające funkcjonowaniu faktycznego duopolu na rynku sprzedaży detalicznej i zapewnijcie prawdziwą konkurencję. Ograniczcie potęgę pośredników (hurtownie). I skończcie tworzyć durne przepisy…

    To wystarczy. Ale jak was znam, zamiast tego powołacie Centralne Biuro Zapobiegające Obniżaniu Cen Książek i wprowadzicie do Kodeksu karnego karę 25 lat więzienia za „fałszowanie cen literatury”. Pocieszeniem jest to, że zawsze – jako autorzy – możemy was unieśmiertelnić na kartach swoich książek.

     

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • Spotkania z „Masą” i synem Pablo Escobara. Hity, a może kity?

    Spotkanie z „Masą”, czyli Jarosławem Sokołowskim, najbardziej znanym świadkiem koronnym w Polsce, miało się odbyć już w Poznaniu. Nową lokalizacją spotkania jest Warszawa. Również w stolicy z czytelnikami spotka się syn Pablo Escobara, kolumbijskiego barona narkotykowego. 

    Do spotkania z „Masą” miało dojść już w styczniu w Poznaniu. Jak informował Polsat News, organizatorom cofnięto jednak rezerwację sali. Później wyznaczono kolejny termin, ale z organizacji spotkania też nic nie wyszło. Najnowsze wieści są takie, że Jarosław Sokołowski porozmawia ze swoimi fanami 21 kwietnia w Centrum Konferencyjno – Szkoleniowym Fundacji Nowe Horyzonty. Spotkanie ma się rozpocząć o 19:00, a bilety możecie kupić tutaj. Dobrze przeczytaliście, musicie kupić bilety. Za 65 złotych, lub za 100 złotych. W droższej wersji dostaniecie do biletu najnowszą książkę Artura Górskiego oraz „Masy”, pt: „O życiu świadka koronnego”. Pewnie część z Was sam fakt płacenia za bilety odrzuci, część z Was na spotkanie pójdzie. Decyzja należy do Was.

    Dla mnie natomiast dużo bardziej ciekawie zapowiada się spotkanie z synem Pablo Escobara, czyli z Juan Pablo Escobarem, który finalnie zmienił nazwisko na Sebastian Marroquin. Podobno znalazł je w książce telefonicznej i tak już zostało. Wikipedia podaje, że najpierw uciekł wraz z matką i siostrą do Mozambiku, żeby potem trafić do Argentyny. Obecnie pracuje jako architekt w Buenos Aires. W 2009 roku premierę miał film „Grzechy mojego ojca”, będącego zapisem podróży Sebastiana, w trakcie której przepraszał synów ofiar swojego ojca. Jak pewnie doskonale wiecie, życie barona narkotykowego Pablo Escobara, stało się inspiracją twórców serialu „Narcos”. Z Sebastianem Marroquinem będziecie mogli się spotkać już 16 marca o godzinie 18:00. Miejscem spotkania będzie Empik Junior w Warszawie. Przyczynkiem do wizyty syna Pablo Escobara w Polsce jest planowana na 20 marca premiera jego książki „Mój ojciec Pablo Escobar”.

  • Francja elegancja, czyli znamy gościa honorowego Targów Książki w Krakowie.

    Podobno nic dwa razy się nie zdarza, a tu proszę. Francja po raz kolejny będzie gościem honorowym targów książki w Polsce. Dwa lata temu Warszawa, teraz Kraków. 

    Jeśli chodzi o szczegóły, to na razie konkretów brak. Nie wiemy, którzy autorzy przyjadą do Krakowa, ale trzymam rękę na pulsie. Znany jest oczywiście termin. Tegoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie odbędą się w dniach 26-29 października. Wiadomo też, że nie zabraknie spotkań z autorami, debat  oraz prezentacji i wystaw. Czyli klasyka gatunku. Czekamy na dalszy rozwój wydarzeń.