Kategoria: Aktualności

  • Fani „Wiedźmina”, szykujcie miejsce na półkach!

    Wszystko na to wskazuje, chociaż nie, to już pewne, że trzeba będzie wyłączyć konsole i wziąć się za czytanie. Współscenarzysta gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”, a także dodatku „Krew i wino”, czyli Tomasz Marchewka, pisze, a właściwie już napisał książkę. 

    „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” to historia młodego szulera, przez co spora część fabuły dotyczy hazardu, kuszenia losu i, co najważniejsze, karcianych numerów. Motyw kart nie jest jedynie dekoracją. Czytelnik ma możliwość podejrzenia od kuchni, w jaki sposób dokonuje się oszustw w grach hazardowych. W książce przedstawione zostały manipulacje przy tasowaniu, sztuka blefu, skomplikowane sposoby znaczenia kart i wiele innych. Jest to efekt wieloletniego researchu, a wszystkie „numery” oparte są na prawdziwych przekrętach, które po odpowiednim treningu można powtórzyć chociażby przy pokerze.

    Estetycznie jest to opowieść utrzymana w łotrzykowsko-gangsterskim klimacie. To z kolei owoc fascynacji autora „Wielkim Szu”, gangsterami czasów prohibicji i 20-lecia międzywojennego, „Ojcem Chrzestnym” i filmami Martina Scorsese. To wszystko będzie zabarwione lekko historycznym, steampunkowym sznytem. Akcja rozgrywa się się w świecie przypominającym przełom XIX i XX wieku, lecz zamiast rewolucji maszynowej, świat ogarnęła rewolucja alchemiczna. Wyścig rozgrywa się więc nie o to kto więcej zbuduje, ale o to kto szybciej odkryje zastosowania pierwiastków.

    Premiera książki już w maju, ale prapremiera na Pyrkonie, czyli w kwietniu. 

     

  • Meble z IKEI pełne tajemnic. Felieton Tomka Kowalskiego.

    Lubię chodzić po sklepach firmy IKEA. Krążyć pomiędzy stolikami, lampami, kolorowymi ręcznikami i kartonowymi reniferkami, zgodnie z kierunkiem wyznaczonym nam przez strzałki naziemne, niczym w harcerskich podchodach. Kupować te wszystkie maleńkie, nic nie kosztujące drobnostki, jak siteczko do herbaty, obieraczka do warzyw, haczyk na zużyte waciki, czy świeczka pachnąca kamykiem. Wszystko po 3 zł – magicznie i ku naszemu zaskoczeniu – przy kasie przyjmujące całkowitą wartość 385 zł.

    Najbardziej jednak urzekają mnie nazwy produktów, oferowanych nam przez szwedzkich projektantów, tworzących dla sieci sklepów IKEA. Postanowiłem wiec pochylić się nad znaczeniem niektórych z nich, zaczynając od takiego FJELLSE.

    Samo znaczenie słowa FJELLSE, nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że znaczy ono tyle co niełaska, niechęć, brak przychylności, znikomą życzliwość, krzywe spojrzenie, aberrację kory z brzozy etc. Jest jednak spora grupa zwolenników teorii, szczególnie profesorów Cyrylo-Metodiańskiego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Palackiego w Ołomuńcu, iż słowo LEIRVIK oznacza deszcz typu kapuśniaczek. Ja jednak skłaniam się w kierunku przyjęcia pierwszej teorii, z uwagi na to, iż kapuśniak nie był znany we wczesno średniowiecznej Skandynawii. Dlaczego o tym mówię? Sama etymologia słowa FÖRVARA, też nie jest jednoznaczna. Wszystko wskazuje na to, iż swoją genezę OLOFSTORP bierze wprost z mitologii skandynawskiej.

    www.unsplash.com/Breather

    Otóż STENSTORP, którego można również czytać jako LUDDE, (to w zależności od regionu Szwecji, w którym czyta się lub też nie czyta się – nieme „M”, oznaczane w niektórych plemionach symbolem ↈ), był pasierbem po kądzieli prastryja świekry samego Odyna. Ten pół bóg, pół nie bóg, był – zgodnie z podaniami – istotą niezwykle krnąbrną, zdeprawowaną i obleśną, obdarzoną mocą wywoływania łupieżu znacznych rozmiarów u mężczyzn i łysienia plackowatego wśród kobiet i piżmowych wołów, a poza tym uwielbiał nosić owerole z wysokim kołnierzem, czym złościł niezmiernie Odyna. Odyn, jak głosi legenda, wprost nienawidził oweroli z wysokim kołnierzem, które gryzły go w szyję, powodując podrażnienia i zaczerwienienia (Odyn ponoć kochał pulowery). A musicie wiedzieć, że czerwona szyja w dawnej Szwecji, była określana słowem JANSJÖ, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało tego, który ma problemy z erekcją we wczesnych godzinach popołudniowych. Jako ciekawostkę przytoczę jeszcze taki oto fakt, wskazujący na bliskie kontakty wikingów duńskich z odłamem wikingów śląskich. Otóż określenie „szraubencyjer (często używane podczas najazdów śląskich wikingów, szczególnie u wybrzeży stawu Borki w Szopienicach (stąd nazwa cieśniny Bornholm), zwanych ongiś MONGSTAD) oznaczające gołoledź, zapożyczone było wprost z norweskiego święta HÖNEFOST, podczas którego, w pierwszych w roku, promieniach wschodzącego słońca, najmłodszy chłopak, koniecznie o imieniu Szrauben i najstarszy mężczyzna w wiosce o imieniu Cyjer, biegali bez gaci po tundrze, trzymając cię za ręce. 

    Teraz robiąc zakupy w IKEI wiecie już, ile cudownych znaczeń mają te wszystkie słowne wygibasy, ułatwiające nam odnalezienie np. stoliczka nocnego.

  • Kontynuacja „Czarnego mercedesa” już w maju, poznajcie tytuł jako pierwsi!

    „Czarnego mercedesa” pewnie kojarzycie. Kryminał Janusza Majewskiego, który rozgrywa się zarówno w okupowanej Warszawie, jak i we Lwowie. Głównym bohaterem jest nadkomisarz Rafał Król, który ma rozwikłać tajemnicę śmierci pewnej pięknej kobiety. Więcej o książce przeczytacie klikając na okładkę. 

    Jest już pewne, że w maju ukaże się kontynuacja przygód nadkomisarza Króla. Tytuł jeszcze nie jest znany. Żartuję, smakksiazki.pl podaje go jako pierwszy: „Ryk kamiennego lwa”.
    To jednak nie koniec dobrych wiadomości. Jak udało mi się dowiedzieć, trwają zaawansowane rozmowy z Telewizją Polską, która ma wyprodukować serial na podstawie „Czarnego mercedesa”.

  • „Kryminały pomagają skopać tyłek Diabłu”. Tony Parsons dla smakksiazki.pl

    Rozmawiają o Brexicie, o byciu mężem Japonki, o Kubie Rozpruwaczu, Londynie, kryminałach i końcu świata. Marta Guzowska przepytuje Tonego Parsonsa, którego najnowsza książka „Rzeźnik”, czyli druga część trylogii z detektywem Maxem Wolfe’em w roli głównej, właśnie ukazała się w Polsce. 

    Czy głosował Pan za Brexitem, czy przeciwko?

    Za.

    O! A dlaczego?

    Bo uważam, że Unia Europejska jest anty-demokratyczna, skorumpowana i niekompetentna. Waluta się nie sprawdza – euro to katastrofa dla milionów bezrobotnych młodych ludzi w całej Europie. Głosowałem za Brexitem ponieważ wierzę, że każdy kraj powinien kontrolować swoje prawa, swoją walutę, swoje granice i swój los. Nikt nie głosował na bogatych staruchów w Brukseli i nikt nie może ich wyrzucić z zajmowanych stanowisk. Szczerze mówiąc, czekam już na to, żeby zobaczyć upadek Unii, tak jak widziałem upadek komunizmu. Tożsamość narodowa jest warta ocalenia. UE to upadła idea rodem z XX wieku.

    Chyba jednak ma pan trochę wyrzuty sumienia z powodu takiego, a nie innego wyniku referendum, skoro tak gęsto się Pan tłumaczy 🙂 Ale w Pana powieściach kryminalnych, z których dwie: „Krwawa wyliczanka” i „Rzeźnik” ukazały się po polsku nakładem wydawnictwa Albatros, nie ma polityki. Można wręcz odnieść wrażenie, że Pana bohaterowie nie czytają gazet i nie oglądają telewizji, chyba, że wiadomości podają informacje na temat śledztwa. Myśli Pan, że polityka nie nadaje się do kryminałów?

    W moich książkach wszystko jest podporządkowane opowieści. I wszystkie wykorzystane elementy muszą sprawić, żeby opowieść przykuwała uwagę. Jeśli ktoś chce pisać o polityce, powinien prawdopodobnie przerzucić się na dziennikarstwo – tam polityka jest nieprzefiltrowana i nierozcieńczona wątkiem, bohaterami i akcją. Więc, szczerze mówiąc, polityka nie przychodzi mi do głowy, kiedy piszę kryminały. Ona gdzieś tam jest, w tle, ale najważniejsza jest historia, którą opowiadam.

    Pana kryminały z serii z Maksem Wolfem dzieją się w Londynie. Pan też tam mieszka. Jak wpływ ma na Pana to wielokulturowe miasto?

    Myślę, że większość ludzi mieszkających w Londynie czuje się obywatelami świata, ja też. Ale w moim przypadku, moja osobista sytuacja ma większe znaczenie niż miasto, w którym mieszkam. Od 24 lat jestem mężem Japonki – przy naszym stole mówi się w obu językach. Więc naprawdę, jak każdy londyńczyk, jestem obywatelem świata.

    Sądząc z Pana powieści, kocha Pan to miasto i jest Pan zafascynowany jego historią. Myślał Pan o umieszczeniu akcji którejś ze swoich powieści w Londynie przeszłości? Oczywiście natychmiast przychodzi na myśl przypadek Kuby Rozpruwacza…

    Nie, nigdy nie miałem ochoty umieszczać akcji powieści w przeszłości. Trudno to dobrze zrobić – odtworzyć te wszystkie drobiazgi, które tworzą atmosferę, a które ze swoich własnych czasów zna się niejako z automatu. Także kiedy po raz pierwszy zacząłem myśleć opowieściach z Maksem Wolfem, uzmysłowiłem sobie, że wszyscy wielcy autorzy kryminałów – od Arthura Conan Doyle’a po Raymonda Chandlera – pisali powieści osadzone w czasach sobie współczesnych. Pisanie o teraźniejszości jest dla mnie dostatecznie dużym wyzwaniem.

    fot: facebook.com/Tony Parsons

    Jednym z najbardziej fascynujących opisanych przez Pana miejsc dotyczących zbrodniczej przeszłości Londynu jest mieszczące się w Scotland Yardzie Czarne Muzeum (muzeum historii policji). Czy takie miejsce naprawdę istnieje?

    Tak, Czarne Muzeum jest prawdziwe, to pokój 101 w Nowym Scotland Yardzie i nosi oficjalną nazwę Muzeum Zbrodni Policji Metropolitalnej (Crime Museum of the Metropolitan Police). Wszystko tam jest prawie dokładnie takie, jak opisałem w powieściach. Jedyna większa różnica to fakt, że mój kurator jest sierżantem na służbie, podczas gdy prawdziwy kurator Czarnego Muzeum to emerytowany detektyw. Czarne Muzeum jest fascynujące ponieważ zawiera zapis londyńskich zbrodni wstecz aż do czasów Kuby Rozpruwacza. Jest to prawdopodobnie również pomieszczenie do którego najtrudniej się dostać w całym Londynie – wielu wysokich stopniem oficerów policji nigdy nie było w środku. Umieściłem je w powieściach z Maksem Wolfem, ponieważ chciałem stworzyć rodzaj wyroczni, do której Max może się zwrócić, coś takiego jak Yoda w Gwiezdnych wojnach! Człowieka i miejsce z ogromnym doświadczeniem i mądrością, do których można się udać po radę i wskazówki. Wykorzystałem więc prawdziwe Czarne Muzeum. Nie przestaje mnie zdumiewać, że nikt przede mną na to nie wpadł, Czarne Muzeum aż prosi się, żeby je umieścić na kartach powieści.

    Wspomina Pan klasyków, Christie i Chandlera. Pana powieści kryminalne także są w pewnym sensie klasyczne: głównym bohaterem jest policjant. Czy w ten sposób łatwiej jest konstruować historię (bo policjant w sposób naturalny ma do czynienia ze zbrodniami), czy trudniej (bo trzeba się troszczyć o wiarygodne przedstawienie wszystkich szczegółów pracy policyjnej)?

    Policjant jako główny bohater ma niejako wbudowany dramatyzm – zawsze jest nowa zbrodnia, nowy grzech, nowe zło, z którym trzeba walczyć. Dramat jest integralną częścią jego świata i właśnie dlatego pisarze tak często korzystają z takiego rozwiązania. Oczywiście to prawda, trzeba się zatroszczyć o detale, żeby czytelnik uwierzył w historię. Ale nie trzeba znać WSZYSTKICH szczegółów pracy policji, ani ich przedstawiać. John Le Carre powiedział kiedyś, że pisarz musi dążyć do „wiarygodności, nie autentyczności” – co znaczy, że musi skłonić czytelnika do wiary w całość historii i jest to ważniejsze niż sprawdzanie każdego najdrobniejszego detalu. Ja się staram sprawdzać moje detale, ale nie boję się też zmyślać rzeczy, jeśli tylko służy to historii. Wielu policjantów i policjantek, zarówno w czynnej służbie jak i emerytowanych, powiedziało mi, że uwielbiają powieści z Maksem Wolfem. Bardzo mnie cieszy, że te książki wydają się autentyczne ludziom, którzy spędzili cale życie w świecie policji.

    W takim razie jak pan sprawdza te wszystkie detale, żeby nadać historii pozory wiarygodności? Czy zwiedza Pan posterunki policji, czy tylko je Pan sobie wyobraża? Czy konsultuje Pan teksty z policjantami?

    Kurator Czarnego Muzeum, emerytowany detektyw Paul Bickley, pomógł mi zrozumieć pracę policji. Pokazał mi coś, co nigdy wcześniej do mnie nie docierało. Paul pomógł mi pojąć, że policjant nigdy nie wie, czy pod koniec dnia wróci do domu. Rozmowy z Paulem o jego czasach w mundurze, o tym jak służył podczas zamieszek, kiedy jeden z jego kolegów został zabity, pomogły mi zrozumieć jak to jest być gliną.

    Oczywiście oprócz tego robiłem badania źródłowe do każdej z opisywanych przeze mnie historii. Spędziłem trochę czasu w Old Bailey, naszym głównym sądzie kryminalnym, w Nowym Scotland Yardzie, głównej kwaterze policji w Londynie – po prostu przyglądając się, wchłaniając atmosferę i pijąc herbatę. Ale dalej używałem już wyobraźni – same zebrane informacje to jeszcze za mało. Staram się docierać do miejsc, których innych pisarze nie widzieli – na przykład do wspomnianego już Czarnego Muzeum. Moim zdaniem to daje mi przewagę nad innymi autorami. A to jest dobre dla książki, dobre dla opowieści.

    Pisze Pan kryminały, ale czy czyta je Pan również dla przyjemności? Czy to dla Pana zbyt wiele?

    Jak najbardziej czytam kryminały dla przyjemności! Ale czytam tez inne rzeczy W tej chwili Apple Tree Yard Louise Doughty, powieść o kobiecie po pięćdziesiątce, która nagle wdaje się w szalony, owładnięty seksualną obsesją romans. Czytam też autobiografię Wilko Johnsona, muzyka rockowego, który przetrwał raka. Kiedy skończę te książki, znowu poczytam trochę kryminałów, ale moje gusta literackie obejmują naprawdę wszystkie gatunki. Myślę, że to dobrze wpływa na moje pisanie. Chodzi przecież o to, żeby uchwycić życie, jakie się wokół nas toczy, a nie żeby napisać kolejną kryminalną zagadkę.

    Jak Pan myśli, dlaczego ludzie w ogóle czytają kryminały?

    Myślę, że kryminały mają tak wielki wpływ na naszą wyobraźnię, ponieważ w statecznym rozrachunku chodzi w nich o walkę dobra ze złem. Co prawda w moich książkach jest dużo moralnej dwuznaczności, ale mam wrażenie, że ostatecznie kryminały to prawie biblijne bitwy między silami światła i ciemności. Wiemy, że świat jest okrutny i złowrogi i chcemy ochronić tych, których kochamy przed jego ciemną stroną. Kryminały pomagają nam uwierzyć, że jesteśmy w stanie pokonać Diabła – albo przynajmniej solidnie skopać mu tyłek.

    Zabić Diabła, to byłby koniec świata. Proszę niech Pan więc wymieni jedną książkę, którą chciałby Pan ocalić, gdyby świat zmierzał ku końcowi.

    Książka, którą naprawdę kocham to Sekretna historia Donny Tartt. To opowieść o morderstwie, ale także o przyjaźni, dorastaniu i o tym, że życie przybiera kierunek, którego się nie spodziewamy. To wspaniała historia opowiedziana przez cudowną pisarkę.

    Też uwielbiam Donnę Tartt, ale Sekretna historia to gruba cegła, trudno by z nią pod pachą uciekać przed zagładą. Miejmy więc nadzieję, że końca świata nie będzie. Dziękuję za rozmowę.

    Ja również dziękuję.

  • Cofamy do tyłu, akwen wodny, godzina czasu. Jakie błędy najczęściej popełniają Polacy?

    Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Czy mówimy poprawnie? Czy wysyłamy mail czy maila? A informacji szukamy w Internecie czy internecie? Do porannej kawy łapcie rozmówkę z Martą Kielczyk, autorką książki „#Wpadki. @Grzechy językowe w mediach”. 

     

    Nie jest nam obca praca w mediach. Patrząc na tytuły, nagłówki, wiadomości, można czasem odnieść wrażenie, że jeśli Polacy mają czerpać przykład od dziennikarzy, to nie jest to przykład najlepszy. Zgadza się pani?

    Rzeczywiście różnie to bywa. Wszystko zmienił internet, na wielu portalach tytuły, nagłówki, wiadomości potrafią zaskakiwać nie tylko treścią. A dziennikarze wychowani na takich wzorcach, często je powielają. Z drugiej strony staranność pozwala budować markę, paradoksalnie dzięki temu łatwiej o prestiż.

    My jeszcze potrafimy w ogóle porozumiewać się poprawną polszczyzną?

    Dopóki dochodzimy do porozumienia pewnie tak, ale niekoniecznie jest to wyłącznie poprawne. Zresztą w życiu codziennym potoczna polszczyzna ma prawo wziąć górę. Mam jednak na myśli sformułowania, na które nie pozwalamy sobie w towarzystwie, a wśród bliskich owszem. Tyle że kieruję się zasadą poprawności (choćby odmiany) także w gronie osób, które wszystko wybaczą. Bo potem w stresie przed kamerą, mikrofonem wychodzą najgorsze przyzwyczajenia.

    Poszłem, włanczam, cofam do tyłu, zjeżdżam na dół, dzień dzisiejszy, w każdym bądź razie, można wymieniać długo. Jakie błędy popełniamy najczęściej, a które są najbardziej rażące?

    Zaryzykuję ich wymowę, w nadziei, że przez to nie zacznę mieć w końcu dylematów, jak się mówi: „półtora punkta”, „półtorej roku” – to nagminne i co tu dużo ukrywać kompromitujące, zwłaszcza jeśli mówi tak ktoś w drogim garniturze, tonem nieznoszącym sprzeciwu… Często pada: „wysyłam maila, SMS-a”, gdyby to było poprawne, wysyłalibyśmy „lista”…, w języku oficjalnym pozostaje jednak forma „wysyłam mail”, „wyślij mi mail, proszę”. Nie odmienne pozostają: „FIFA”, „UEFA”, choć wiele osób forsuje formy odmienne, nawet jeśli nie wiadomo jak to zapisać. Nie ma też „loga”, ale poprawnie: „logo”. Tak samo jak nie mówimy „drugi luty”, bo „drugi luty” był w drugim roku naszej ery, teraz mam dwa tysiące siedemnasty luty, a dzień to drugi lutego. Z drugiej strony zabawne są sytuacje, kiedy mikrofon „usztywnia” i sprawia, że niektórzy chcą być przesadnie poprawni. I zamiast poprawnego akcentowania np. słowa „naUka”, mówią „nAuka”. Zwykle słyszymy: „Pałac Kultury i NAuki”, zamiast: „…NaUki”. Być może także dlatego tyle osób forsuje „dwutysięczny siedemnasty”. To tak jakby wojna wybuchła w tysięcznym dziewięćsetnym trzydziestym dziewiątym…

    Skoro wywiad będzie opublikowany w internecie, to właśnie, w Internecie czy w internecie?

    Wykładnią są słowniki drukowane, te pozostają przy wielkiej literze, niektórzy językoznawcy dopuszczają „internet” w znaczeniu medialnym, podobnie jak „radio”, „telewizja” w znaczeniu ogólnym. Na wiele pozwalają słowniki internetowe, z których chętnie korzystam, bo to najszybsze, ale na które nie lubię się powoływać, bo bywają niewiarygodne, często piszą je hobbyści, a językoznawcy z tytułami profesorów pod nimi się nie podpisują, zgodnie z zasadą wyznawaną przez Barbarę Krafftównę, laureatkę konkursu Mistrz Mowy Polskiej: „Skrót www to wielce wątpliwa wiedza”.

    Których słów najbardziej Pani brakuje w mowie potocznej? Ja bardzo lubię słowo telefonuję, ale teraz wszyscy dzwonią.

    Trzeba przyznać, że „telefonowanie” jest dziś bardziej romantyczne i niestety zapomniane. W języku potocznym brakuje mi „kolejnego festiwalu”, zastępowanego nagminnie „edycją festiwalu”. Mamy edycje wszystkiego. Ostatnio usłyszałam o „edycji pielgrzymki”. Czekam na „edycję małżeństwa”. W potocznej polszczyźnie brakuje mi staranności wymowy: „som”, „robiom”. Zbyt często gubione są samogłoski, zbyt razi tempo, które to sprawia…

    Mam wrażenie, że znawcy języka robią się coraz bardziej liberalni. Pozwalają na coraz więcej, coraz mniej rzeczy ich przeraża. Powinni być bardziej konserwatywni?

    Językoznawcy są obserwatorami zmian, a trzeba przyznać, że tempo w jakim one zachodzą jest ostatnio przerażające. Trudno nie być liberalnym w dobie wygibasów językowych i zaniechania zasad ortografii na forach internetowych. Jeśli jakiś błąd jest zbyt dominujący, zostaje zaakceptowany. Dziś może dziwić, że kiedyś chodziło się wyłącznie „do kino”, życie wybrało inną formę.

    SMS-y, twitty, snapy, maile, one bardzo zubażają nasz język? Wymuszają coraz prostszą i krótszą metodę komunikacji?

    Wpisujemy się w konwencję i często stosujemy w nowych komunikatorach przyjęte przez nie zasady, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z zasadami języka polskiego, a nawet jeśli całość wychodzi komicznie. Ale jednocześnie piękny tekst jakoś nie pasuje do tego typu form porozumiewania się. Każdy sam decyduje, na co sobie chce pozwolić.

  • Będzie o niczym, czyli jak nie napisać felietonu o rynku książki dziecięcej.

    Redaktor naczelny niniejszego portalu zamówił u mnie felieton. „Napisz, proszę, coś o rynku książki dziecięcej w Polsce” rzekł, pobłażliwie ignorując z początku nieśmiałe, a potem bardziej odważne sugestie, że o rzeczonym nie mam wielkiego pojęcia. Zaproponował nawet – proszę sobie wyobrazić! – honorarium, co najpierw wprawiło mnie w osłupienie (przyzwyczaiłem się bowiem, że ludzie nie mają pracy intelektualnej, za coś, co wiąże się z jakimkolwiek wysiłkiem, ergo nie jest warte wynagradzania), a potem postawiło w dość niezręcznej sytuacji. Stanąłem więc przed dylematem. Jak mawiał niezapomniany szatniarz w „Misiu”: Uprze się cham i mu daj… A skont wezmne jak ni mom?

    Coś, co Adam Szaja zapewne wziął za właściwą literatom kokieterię, jest najświętszą prawdą.

    Zgoda, moja wiedza na ten temat jest, ujmijmy to delikatnie, odrobinę ponadprzeciętna i wynika z faktu, że napisałem kilka książek dla najmłodszych (które podobno cieszą się umiarkowaną popularnością w określonych kręgach – jedną nawet „dobra zmiana” wpisała ostatnio na listę lektur), a moja Żona jest młodym (wiekiem, duchem, ciałem oraz stażem) takich książek wydawcą i promotorem. Dlatego wiem, że rynek książek – w tym książek dla dzieci – w ogóle istnieje, że uczestniczą w nim pisarze, ilustratorzy, wydawcy, korektorzy i redaktorzy, drukarze, nabywcy książek, czyli czytelnicy, blogerzy książkowi, hurtownie, dwie duże sieci sprzedaży detalicznej stanowiące faktyczny duopol, że mało jest już księgarń prywatnych i niezależnych, istnieją biblioteki i domy kultury, gdzie czasem robi się spotkania autorskie, że generalnie sprzedaż książek przenosi się do Sieci (bo wszystko się dziś do Sieci przenosi), że VAT na książki wynosi 5 proc., że drukarnie każą wydawcom płacić za wydrukowane nakłady z terminem 30-dniowym zaś hurtownie i sieci handlowe płacą wydawcom z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Że ciężko zadebiutować, że ciężko odnieść sukces, że ciężko z książek wyżyć, choć jak się kto uprze, to radę da. Że wydawcy wolą wydawać sprawdzone nazwiska – najlepiej same bestsellery i zagranicznych autorów w dodatku – bo to gwarantuje szybki zwrot zainwestowanych w wydane książki środków oraz zarobek, i jest zrozumiałe z biznesowego punktu widzenia. Że konkurencja jest olbrzymia, wystarczy wejść do empiku i zerknąć na półki. Że wydawcy nie odpowiadają z zasady na nadesłane maszynopisy. Że autorom debiutującym nie płaci się ani grosza, a uczciwe tantiemy dla autora, któremu się jednak płaci, to 10 proc. od ceny sprzedaży, co przy średnio kilkutysięcznym nakładzie (nie mówimy rzecz jasna o Harrym Potterze czy innej Neli Podróżniczce) pozwala na przeżycie maksimum miesiąca, a potem już można nie żyć. Że czasami najlepiej postawić wszystko na jedną kartę, zaryzykować, założyć własne mini-wydawnictwo, które z czasem może stanie się wydawnictwem dużym. Że wtedy trzeba ciężko pracować na sukces. Że pisarz dziś nie może zajmować się tylko pisaniem i bujać w obłokach, popijać rum na Kubie, palić fajkę i stukać od niechcenia w klawisze oldschoolowego remingtona a od czasu do czasu występować w „Dzień dobry TVN”. Pisarz dziś musi być biznesmenem, handlowcem, pijarowcem, odrobinę aktorem. Że trzeba przejechać kilka tysięcy kilometrów miesięcznie i odbyć wiele spotkań w małych miejscowościach, w szkołach, przedszkolach, domach kultury i na festynach osiedlowych, aby książkę wypromować. Że trzeba mieć przy sobie kogoś, kto w ciebie wierzy, gdy sam przestaniesz. Że przeciętny Polak czyta mało. Że każdy, kto z książek i dla książek żyje powinien pojawić się na Targach w Krakowie i Warszawie, a ostatnio też Katowicach. Że na dwa-trzy miesiące przed terminem którejkolwiek z tych imprez trudno szukać wolnych mocy przerobowych w drukarniach; nikt nie przyjmie zlecenia, bo wszyscy drukują na owe targi nowości. Że ilustratorzy, korektorzy i operatorzy DTP też mają swoje terminy i czasami je przesuwają, bo uważają, że termin deadline oznacza „jak będę mógł, to zrobię”. Że najlepszą zapłatą za pracę nie jest pochlebna recenzja, przelew na konto czy nagroda literacka tylko usłyszenie, że dzięki tobie nie cierpiące czytania dziecko chętniej sięga po książki. I że można przy tym wszystkim być szczęśliwym i nie wyobrażać sobie zamiany tego życia na żadne inne.

    Moją wiedzę o rynku książki w ogóle uzupełniają jeszcze doniesienia o kontrowersyjnych pisarzach: gdy chlapną coś głupiego w telewizji, pokażą publicznie nowego narzeczonego, albo otrzymają do dyspozycji luksusowy samochód niemieckiej produkcji. Niestety, dzisiejsi literaci nie decydują się już na tak spektakularne wybryki, jakich autorem był choćby jeden z moich ulubionych pisarzy, czyli Jan Himilsbach. Anegdot to potwierdzających nie będę jednakowoż przytaczał publicznie, bo w końcu jestem pisarzem dla dzieci. O pisarzach dla dzieci kontrowersyjnych doniesień nie znam. W ogóle osobiście znam tylko dwóch innych pisarzy dziecięcych i muszę powiedzieć, że to bardzo porządni ludzie.

    Przyznacie Państwo sami, że zbyt to wiedza uboga i nieusystematyzowana, by dzielić się nią publicznie? A ja mam żelazną zasadę, że nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam i których nie rozumiem. Nie lubię być zatem pytany o sens istnienia, piłkę nożną (za to o hokeju możemy gadać godzinami), reformę służby zdrowia, postmodernizm czy twórczość Elfriede Jelinek. I o rynek literatury dziecięcej też nie. Generalnie uważam, że ludzie mają obecnie zbyt dużo do powiedzenia i nader często – dzięki upowszechnieniu technik masowego komunikowania – korzystają z okazji, by swoje sądy upubliczniać, a to wcale światu dobrze nie robi. Jak mawiał mistrz Lem, dopóki nie powstał Internet, nie było wiadomo, że na świecie jest tylu idiotów.

    Adam Szaja potrafi jednak uroczo prosić, ja zaś nie potrafię odmawiać ani uroczo ani w jakikolwiek inny sposób (taka genetyczna przypadłość), musiałem więc coś wymyślić, żeby się odczepił i przy tym nie obraził. Bo go lubię, nie lubię zaś, gdy się na mnie obraża.

    Atrakcyjnym (bo szybkim i mało absorbującym) rozwiązaniem wydawało się wysmażenie kolejnego tekstu o tym, jak napisać i wydać książkę dla dzieci odnosząc oszałamiający sukces, ale pomysł ów porzuciłem niemal natychmiast. Internet jest pełen takich poradników, a niemal każdy jest głupi lub jeszcze głupszy z tej prostej przyczyny, że piszą je ci, którzy sami sukcesów nie odnieśli albo zawdzięczają je wszystkiemu innemu, tylko nie sobie. Zazwyczaj nie uwzględniają też takie opracowania polskiej specyfiki. „Tu jest Polska”, chciałoby się rzec, a więc obszar, na którym nie działają zasady logiki (a często nawet prawa fizyki), miejsce gdzie czasoprzestrzeń się zakrzywia, a rzeczywistość skrzeczy. I nie jest to, żeby była jasność, wina mojej ukochanej Ojczyzny, ale części zamieszkujących jej teren osobników homo sapiens, którzy wszystkie te absurdy i niedorzeczności wymyślają oraz stosują na nieszczęście dla innych przedstawicieli tego gatunku. Zainteresowanych odsyłam do słynnej sentencji Marszałka Piłsudskiego: „Naród wspaniały, tylko ludzie…”. A co do sukcesu, to recepta jest jedna: trzeba po prostu napisać dobrą książkę, wydać ją, a potem urobić się po pachy, żeby ludzie ją kupili. Dobrze też mieć moją Żonę, która jest najlepszym na świecie wydawcą, promotorem książek i agentem, ale ta rada się Wam nie przyda z prostej przyczyny: Wy mojej Żony mieć nie będziecie, bo mam ją ja i nie oddam.

    Coś trzeba było jednak napisać, ponieważ zaś jednym z moich ulubionych gatunków literackich od zawsze jest science fiction postanowiłem, że napiszę jaki rynek książki dziecięcej mógłby być w Polsce równoległej. Znacie Państwo teorię światów równoległych? Generalnie chodzi o to, że gdzieś tam, ho ho w kosmosie, jest równoległy świat, w którym, no nie wiem, Hitler wygrał wojnę i zapanował nad światem. Albo taki, w którym Hitlera nigdy nie było. W kolejnym zaś Hitler został Buddą zamiast Buddy. Jest kilka niezłych książek w takim klimacie, najlepsze chyba to „Człowiek z Wysokiego Zamku” Dicka oraz „Vaterland” Roberta Harrisa. Żeby jednak pisać o światach równoległych, trzeba znać ich pierwowzór. Ja zaś owego, jako się rzekło, nie znam. Wróciłem do punktu wyjścia.

    Potem zaś dotarło do mnie, że właściwie nigdy nie byłem dobry w pisaniu felietonów, o czym świadczy beznadziejna struktura niniejszego (o ile w ogóle to felieton), brak błyskotliwych i wycyzelowanych anegdot oraz ogólna niechlujność. Nigdy nie należałem też do osób szczególnie starannych ani dobrze przygotowanych do wykonywania zawodu. Gdy moja grupa (TAK! JESTEM ABSOLWENTEM POLITOLOGII!) przerabiała teorię gatunków dziennikarskich, akurat zajmowaliśmy się innymi aspektami studenckiego życia w kultowym, katowickim klubie AKANT…

    Dlatego, wybacz Adamie, ale niniejszy felieton musiał być o niczym. W zamian mogę ci namalować kwiatuszek albo kotka (też nie potrafię, ale to przynajmniej będzie mniej kompromitujące).

    A honorarium przekaż, proszę na jakiś szczytny cel. Na przykład zamów porządny felieton u porządnego felietonisty. Smakksiazki.pl zasługuje na to.

    Z poważaniem:

    Twój Waldemar Cichoń

  • Rasa Panów…Czytelników. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Czytam książki, odkąd pamiętam i nie ma w tym przesady. Czytać zacząłem dość wcześnie, bo jeszcze w przedszkolu, a z racji tego, że moja mama jest bibliotekarką, zawsze miałem do fajnych książek nie tylko dostęp, ale i dodatek w postaci rekomendacji. Czytałem w zasadzie wszędzie – w szkole na przerwach i pod ławką, chodząc po mieście, siedząc w toalecie, w wannie, w łóżku. I choć dość szybko przypadła mi do gustu fantastyka, nie stawiałem sobie żadnych ograniczeń. Przeciwnie, wymyślałem sobie dziwaczne wyzwania typu brania losowej książki z dowolnej półki albo czytania po kolei wszystkich autorów na literę C. Średnia liczba książek czytanych rocznie za czasów ogólniaka to dwieście pięćdziesiąt. Średnią obecną mam sporo niższą, ale nadal na niektórych robiącą wrażenie – około setki.

    Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby się chwalić. Przeciwnie, uważam, że to zwyczajne stwierdzenie mało znaczących faktów dotyczących mojego hobby, nie zaś jakiś wyjątkowy powód do bezbrzeżnej dumy. Powodem do napisania tego felietonu jest natomiast głębokie przeświadczenie, że jestem w tym poglądzie dość mocno odosobniony.

    Zacznijmy od czytelniczych akcji mających w ogóle zachęcić nas do sięgnięcia po lekturę. Co nam one mówią? Po pierwsze, że czytelnictwo (w domyśle: książek) rozwija wyobraźnię, wzbogaca nasze słownictwo, wyczula nas na niuanse naszego języka. I jasne, jest w tym wszystkim trochę prawdy. Jednak nie należy ślepo jej przyjmować. Po pierwsze, nie ono jedno rozwija nas w tym zakresie. Z poszerzaniem granic naszej wyobraźni wyśmienicie radzi sobie muzyka, ale też przecież -dajmy na to- teatr budujący często wyłącznie wizualny kontekst, nie podając niczego wprost. Słownictwo i język nade wszystko rozbudowują konwersacje z innymi ludźmi, bo wtedy nie dość, że słyszymy dane słowo, to jeszcze mamy możliwość odniesienia się do niego, użycia go samemu, sprawdzenia jego różnych znaczeń czy kontekstów. Tak więc książka, owszem, ale jako jedna z opcji, medium będące nośnikiem treści, rzecz fajna, ale w kwestii naszego rozwoju wcale nie obligatoryjna.

    Po drugie, to przecież nie jest bez znaczenia, co się czyta. Książka równie dobrze jak poszerzać nasze horyzonty, może je drastycznie zawęzić. Co z tego, że czytam dwieście książek rocznie, skoro one wszystkie są przygotowane według tego samego schematu, skrojone pod gusta tego samego czytelnika, który, owszem, lubi taką formę rozrywki, ale tylko podaną tak, jak się już przyzwyczaił. Doskonale pasuje tu określenie, jakiego kiedyś użył Neil Gaiman zapytany o serię Harry’ego Pottera. „Ta seria jest jak dobry obiad, który zamówiłeś. Nie ma zaskoczenia, gdy kelner przynosi ci talerz, a na nim jest kotlet, ziemniaki, sałatka z ogórków, ale przecież nie o zaskoczenie chodziło, a o to, by było smacznie”. I żeby nie było wątpliwości: tak, jak słowa Gaimana nie były atakiem wymierzonym w książki Rowling, tak i moje nie są ciosem w czytelników serii tworzonych według schematu. Sam lubię takiego chociażby Reachera. Tyle że -powiedzmy sobie szczerze- czy on naprawdę ubogaca mnie bardziej niż nowy film Chrisa Nolana?

    www.unsplash.com/Jilbet Ebrahimi

    Zdaniem twórców akcji czytelniczych owszem: w nich linia podziału przebiega tyleż wyraźnie, co fałszywie pomiędzy tymi, co czytają, a tymi, co nie. Przykładem niech będzie akcja „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki”. Już w nazwie podkreśla albo dumę z samego faktu bycia wyjątkiem, albo, w innym wariancie, potrzebę dania świadectwa. Ale to przecież jeden z najmniej wyrazistych przykładów. Kuriozalna w swym przesłaniu jest akcja „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, która nie dość, że próbuje zgranej już dawno temu marketingowej sztuczki sprzedawania dowolnego produktu seksem, to jeszcze karmi nas, czytelników, złudną nadzieją, że może skoro to jest condicio sine qua non, to działa on w obu kierunkach – jeśli czytam, to mam zagwarantowany seks, bo przecież majtki same spadają na myśl o tym, że ktoś umie w składanie literek! A jeśli nie seks, to może narodowe wartości? Czy sam fakt czytania może nas uczynić lepszymi obywatelami, jak sugeruje to akcja “Narodowe Czytanie”?

    I teraz, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie tak, że potępiam w czambuł wszystkie inicjatywy zachęcające do czytania. Jest mnóstwo naprawdę wartościowych, jak choćby akcja „Czytam sobie!” zachęcająca do zabawy z czytaniem, „Cała polska czyta dzieciom!” pogłębiająca więzi między rodzicami a dziećmi i pokazująca, że czytanie to dobry sposób na spędzanie czasu. „Książka w podróży” z darmowymi rozdziałami czy całymi książkami do ściągnięcia za pomocą QR code też robi, myślę, wiele dobrego. Podobnie jak promowany z różnym natężeniem Bookcrossing, projekty typu Legimi czy Bookrage (tak, wiem, że dwa ostatnie to coś innego niż tylko czytelnicze akcje, ale wpływ na czytelnictwo mają większy niż niejedna inicjatywa stricte promująca).

    www.unsplash.com/Glen Noble

    To, do czego zmierzam i co jest jedną z największych bolączek tego typu działań, jest wspomniane już głębokie przeświadczenie, że my, czytelnicy jesteśmy lepsi, bo czytamy. Statystyki czytelnictwa kiedy nikt nie czyta są „przerażające!” albo „zatrważające!”. Niski poziom czytelnictwa jest „żenujący!”. Zupełnie jakbyśmy byli zobligowani do czytania, bo bez książek nie mamy szans zbudować społeczeństwa spójnego, nastawionego na rozwój i wzajemne zrozumienie. Naprawdę? To z nimi mamy? W czasach, gdy każdy może napisać, wydać i wypromować w zasadzie co chce, wyrazić dowolny pogląd od prawa do lewa z tą samą stanowczością, naprawdę to książka jest lekiem na zło?

    Ten idiotyzm prowadzi nas płynnie do następnego. No bo skoro już staliśmy się w jakiś sposób narodem wybranym – My, czytelnicy – to przecież spoczywa na nas brzemię. Gdy już staniemy się niestatystyczni, wyjątkowi, następnym poziomem jest zrozumienie czym właściwie czytelnictwo jest, jakie lektury powinny nas określać, byśmy opisani tym, co czytamy, wyglądali wystarczająco światle. By zaistnieć pośród ludzi wyjątkowych, dookreślamy się czytanymi książkami, uważnie dobieramy, o których lekturach wypada nam wspomnieć w towarzystwie, a które należy wyszydzić. Bo mogło się nam wydawać, że , gdy już oddzielimy się od nieczytających, statystycznych Polaków, będzie nam po prostu dobrze w naszym oświeceniu i wyjątkowości, nagle okazuje się, że jesteś tym, co czytasz. Nie tym, co przyswoiłeś, co do ciebie dotarło, co przedyskutowałeś, przeanalizowałeś, wyciągnąłeś wnioski. Dosłownie, jesteś tym, co czytasz. Twoja wartość wśród wyjątków z miejsca spada, jeśli zamiast Houellebecqa wolisz poczytać Cobena.

    Nie chcę dramatyzować, to dość naturalna tendencja w dowolnym środowisku. Pragnienie elitarności, grupy radykałów, dla których nikt nie jest dość dobry, kółka wzajemnej adoracji i grupy wpływów. Miłośnicy czytania… no właśnie, nie są tu wyjątkiem. To po prostu ludzie, których łączy zamiłowanie do konkretnego medium, jednej z rozlicznych form przekazywania informacji czy opowieści. Może kiedyś, gdy opcji przyswajania komunikatów było mniej, rzeczywiście dawało im to pewne fory, ale dziś? W większości przypadków to zwykła legitymizacja snobizmu.

    Mimo to nadal rozsądne w założeniach akcje czytelnicze skierowane do dzieci -jak większość tu wymienionych- mają moje pełne poparcie. Bo dają alternatywę, trochę wyrównują szanse tego konkretnego medium wobec innych, bardziej kolorowych, dla dziecka atrakcyjniejszych. Bo uczą, że do opowieści nie trzeba prądu, że można je sobie przekazywać na wiele sposobów, i angażując innych, i zupełnie samemu. Bo choć książce od dawna nie należy się z automatu piedestał pośród form przekazu, to jednak powinna móc o niego powalczyć.

    Niekoniecznie jednak seksem czy łechtaniem wewnętrznego snoba.

    Jakub Ćwiek

  • HIT! Autor kontynuacji „Millennium” przyleci w maju do Polski!

    Wydawcy dopiero zaczynają zdradzać nazwiska zagranicznych autorów, którzy pojawią się na Targach Książki w Warszawie, ale największe nazwisko chyba właśnie poznaliśmy. David Lagercrantz, autor kontynuacji bestellerowego „Millenium” przyleci do Warszawy! Kilka miesięcy później na rynku ukaże się najnowsza książka Szweda, „Mężczyzna, który gonił swój cień”. 

    Światowa premiera piątej części „Millennium” będzie miała miejsce 7 września. Co ciekawe, książka zostanie wydana w Polsce równolegle z Francją, Niemcami, USA, Wielką Brytanią i ponad 20 innymi krajami na całym świecie.

    Lisbeth Salander odbywa karę w więzieniu dla kobiet Flodberga i stara się nie wchodzić w żadne konflikty. Ale pewnego dnia staje w obronie prześladowanej dziewczyny z Bangladeszu i ściera się z przywódczynią więziennego gangu. Tymczasem Holger Palmgren informuje Lisbeth, że posiada dokumenty, które rzucają nowe światło na wydarzenia z jej dzieciństwa. Hakerka prosi o pomoc Mikaela Blomkvista. Śledztwo doprowadza ich do Leo Mannheimera, bogatego maklera giełdowego. 

    Vincent V. Severski, autor trylogii szpiegowskiej, który miał okazję poznać Stiega Larssona, doskonale zna realia szwedzkiego świata, nie tylko literackiego: 

    Chociaż Stieg Larsson pochodził z ubogiej robotniczej rodziny, a David Lagercrantz z inteligenckiego rodu o głębokich tradycjach, to nikt w Szwecji nie pomyślał nawet, że autor czwartej części „Millennium” korzysta na etosie zmarłego Stiega. Szwedzi kochają swoich pisarzy i to nawet ci z mniejszości, którzy książek nie czytają. Ale ci, którzy czytają, zwykli pożeracze i krytycy zgodnie twierdzą, że David stworzył dzieło samodzielne. Opowiedział o nowych zagrożeniach, nowym językiem, ale co najważniejsze, ku satysfakcji fanów, przedłużył niezwykłe życie Elisabeth Salander i Michaela Blomqvista.

    Czytelnicy będą mogli spotkać się z Davidem Lagercrantzem podczas Warszawskich Targów Książki, 20 maja o godzinie 12.30.

    Co nas nie zabije”, czwarta część w serii i kontynuacja przełomowej trylogii kryminalnej Stiega Larssona wyszła w ponad 40 państwach i sprzedała się dotychczas w 6 milionach egzemplarzy. David Lagercrantz jest również autorem biografii piłkarza Zlatana Ibrahimovicia.

    Oto okładka najnowszej książki:

     

     

  • „Moja książka jest jak keks, a rolę bakalii spełniają fakty”.

    5 czerwca 1970 roku na trwałe zapisał się w historii polskiej kryminalistyki. Tego dnia doszło do tajemniczego porwania. Sprawa już od początku budziła duże kontrowersje, a wiele pytań do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Autor znał ofiarę osobiście, co było głównym bodźcem, żeby zająć się tą sprawą. Poszedł tropem zbrodni, zapoznał się wnikliwie z materiałami ze śledztwa, aktami sądowymi, spotkał się z prokuratorem prowadzącym dochodzenie i niczym archeolog  z pozornie  oderwanych od siebie zdarzeń spróbował  odtworzyć przebieg tej tajemniczej historii. Dziś premiera książki Jacka Ostrowskiego „Ostatnia wizyta”. Gwarantuję, że w trakcie lektury się wzruszycie, zamyślicie, a momentami będziecie chcieli zabić głównego bohatera. 

    Podobno w każdym, nawet najbardziej brutalnym mordercy można znaleźć coś pozytywnego. Czym jest to coś u Zbigniewa Pielacha, a właściwie Iwana Siemieniuka?

    Nie ukrywam, że od samego początku nurtowała mnie ta myśl. Czy w wielokrotnym zabójcy można znaleźć coś pozytywnego? Zadałem to pytanie prokuratorowi prowadzącemu śledztwo. Obydwaj byliśmy zgodni, że dbałość o wykształcenie dzieci były jedynym światełkiem w mrocznej duszy tego człowieka. Trudno byłoby się doszukać czegoś więcej. Patrzę na Iwana Siemieniuka przez pryzmat warunków w jakich kształtowała się jego osobowość. Były ekstremalnie trudne i one w głównej mierze go stworzyły.

    Co w tej smutnej historii sprawiło, że się pan właśnie nią zainteresował?

    Bodajże dwa lata temu przeglądałem stare rodzinne albumy. Wśród zdjęć było jedno szczególne. Przedstawiało moją mamę i jej dobrą znajomą, płockiego pediatrę późniejszą ofiarę Iwana Siemieniuka. Dobrze ją pamiętałem, sporo jej zawdzięczałem jako dziecko ( chorowałem na krztusiec i dzięki jej pomocy udało mi się pokonać chorobę). Pamiętam również jej męża, jego białą muchę pod brodą. Też był lekarzem. Uwielbiał przepytywać dzieci z historii, takie hobby. To byli dobrzy, pogodni ludzie. Minęło sporo lat od porwania, każda historia nawet tragiczna powinna mieć jakieś zakończenie. Tu tego zabrakło. Czułem, że muszę coś w tej materii uczynić. To było dla mnie duże wyzwanie, wszak od tragedii upłynęło 35 lat. Od czego zacząć?

    O ile bogatsza jest „Ostatnia wizyta” dzięki spotkaniu z prokuratorem, który kierował śledztwem?

    Spotkanie z prokuratorem było dla mnie bezcenne. Przede wszystkim dlatego, że on nadzorował śledztwo w późniejszym etapie, wtedy kiedy inni już się poddali. Widział błędy w dochodzeniu. Wyrobił sobie swój osobisty pogląd na tę sprawę i się ze mną nim podzielił. Trudno też nie wspomnieć o jego publikacji na temat porwania. Bardzo mi ułatwiła ogarnięcie tematu, ukierunkowała w poszukiwaniach. Długo rozmawialiśmy o porywaczu, o jego charakterze, zachowaniu podczas przesłuchań, o jego życiorysie. To w powiązaniu z aktami oraz publikacjami z psychologii pozwoliło mi stworzyć psychologiczne portrety Pielacha i jego żony. Wtedy dopiero zabrałem się za książkę.

    Zbigniew Pielach był człowiekiem bez skrupułów, zamordował między innymi swoją teściową, a także wiele innych osób, w tym lekarkę z Płocka. Nie miał wyjścia, musiał to zrobić, czy mógł odmówić KGB, dzięki któremu mógł mieszkać i żyć w Polsce?

    Według mnie pod koniec drugiej wojny światowej, podczas wielkiej migracji ludności (porównywalnej do dzisiejszej z krajów arabskich) Rosjanie przemycili nie tylko do USA ale i do krajów Europy setki, a być może tysiące agentów, później przez Amerykanów nazwanych „Sleepers”. To była wielka operacja tajnych służb radzieckich, która do dziś jest owiana tajemnicą. Iwan Siemieniuk był przypuszczalnie jednym z tych agentów. Oficjalnie zwolniony z wojska wciąż był w czynnej służbie początkowo w NKWD, a później w KGB. Dowodów na to jest sporo. Sprzeciwienie się KGB było jednoznaczne z odmową wykonania rozkazu. To byłoby prawdziwe szaleństwo równoznaczne z wyrokiem śmierci.

    Czytelnikowi chyba najłatwiej będzie utożsamić z Hanną, czyli żoną mordercy, z którym żyła pod jednym dachem. Umówmy się, że fakt, że go nie zabiła zakrawa na cud. Może gdyby nie była tak religijna…

    Hanna to bardzo ciekawa postać. Powiem więcej, ta postać może zafascynować. Jak tu pogodzić religijność z życiem pod jednym dachem z takim mężem. Jak usiąść z nim do stołu, jak dzielić łoże? Długo zastanawiałem się nad tym jak to naprawdę wyglądało. Na pewno to był bardzo skomplikowany układ, ale jakby nie było trwał dwadzieścia pięć lat. Czy byłaby w stanie zabić męża? Trudno powiedzieć, bo zabicie kogoś jest w pewnym sensie przekroczeniem jakiegoś przysłowiowego Rubikonu. Nie wiem, nie każdy jest Cezarem.

    Które elementy książki są w całości fikcyjne? Anonimy wysyłane do przedsiębiorców, hodowla królików, a może niektóre morderstwa?

    Problem jest w tym, że sam uwierzyłem w tę wersję zdarzeń. Wszystkie zabójstwa niestety miały miejsce. Opowiadania Pielacha są fikcją, choć on sam chętnie sięgał po maszynę do pisania. Odnośnie anonimów, ich sens jest zbliżony do oryginałów. Hodowla istniała, były króliki, kury i pieczarki. Książka w konstrukcji przypomina keks. Jest nafaszerowana bakaliami inaczej mówiąc faktami. Akta, publikacje wszystko razem początkowo było dla mnie sporą kupką skorup z której skleiłem czarę, niestety pełną krwi.

    Silą książek, które ukazują się w serii na F/aktach, są właśnie akta oraz fakt, że autorzy mogą z nich korzystać. Co Pana najbardziej zaskoczyło, zniesmaczyło, zażenowało?

    Kiedy trzymałem w ręku oryginalne listy zabójcy czułem mrowienie w kręgosłupie. Te dokumenty były świadkami zbrodni. Trudno powiedzieć, że niemymi, bo ich treść krzyczała. Proszę mi wierzyć, bolały mnie uszy. To było największe zaskoczenie. Zażenował mnie poziom raportów milicji, a zniesmaczył wynik śledztwa i wysokość wyroku. Pozwolę sobie tu zacytować zdanie z powieści. „Za to co już macie na sumieniu to powinni was wieszać, odcinać ,wieszać , odcinać i tak bez końca”. Nic dodać i nic ująć.