Kategoria: Aktualności

  • Podsłuchuję ludzi w samochodzie, pociągu, samolocie. Później te historie wykorzystuję.

    Jak już pewnie wiecie, jutro premiera „Eksplozji”. Na książkę składają się opowiadania starsze i te całkiem nowe. Z Januszem Leonem Wiśniewskim rozmawiam zarówno o tym tytule, jak i o kultowej już „S@motności w sieci”, przejazdach BlaBla Carem, Andrzeju Zausze, powrocie do Gdańska, ale też o…tatuażach. Żeby było Wam wygodniej, rozmowa jest podzielona na fragmenty. Jeśli kogoś nie interesuje rozmowa o jednym temacie, klika w inny, problem rozwiązuje się sam. Oczywiście zachęcam do obejrzenia wszystkiego 😉 
    „Eksplozje” od jutra w księgarniach. Czym są?

    „S@motność w sieci” jak tatuaż, który bardzo trudno zmyć. Pewne jest, że będzie kontynuacja książki.

    Dlaczego jeden z najbardziej znanych polskich pisarzy korzysta z BlaBla Car ?:) 

    Dlaczego napisał książkę o zabójstwie Andrzeja Zauchy i kto go do tego przekonał ?

    Janusz Leon Wiśniewski od 30 lat na co dzień mieszka we Frankfurcie nad Menem. Deklaruje, że wraca na stałe do Polski. 

  • „Słoneczne miasto” po raz pierwszy w Polsce!

    Tove Jansson przedstawiać nikomu nie trzeba. Wystarczy jedno słowo: „Muminki”. W połowie lutego do polskich czytelników trafią dwie nowele, w sumie nieco ponad trzysta stron. 

    Kamienne pole”(przeł. Teresa Chłapowska) to historia Jonasza, który przeszedł na emeryturę. Zamierza w tym czasie napisać biografię niejakiego Igreka. Mimo że dopada go niemoc twórcza, wytrwale zbiera materiały do książki. Jednocześnie zaczyna wspominać własne życie i uświadamia sobie różne niewygodne fakty, jak choćby brak bliższych relacji z własnymi córkami. Zdaje sobie sprawę z tego, jak często uciekał od konfrontacji z życiem w świat słów. Dokonuje bolesnego rozrachunku z własną historią i samym sobą. Utwór napisany w 1984 roku ukazał się już wcześniej w języku polskim.

    O noweli „Słoneczne miasto” (przeł. Justyna Czechowska), która powstała w 1976 i premierowo ukazuje się w tym tomie, sama Tove pisała tak: „Podróżowałam po Ameryce i pewnego wieczoru trafiłam na Florydzie do miasta, w którym było dość cicho. Rano też było pusto i cicho. Stałam na ocienionym roślinami ganku, po lewej i prawej ciągnął się szpaler identycznych ganków. Cisza była niemal przerażająca. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem w Słonecznym mieście, mieście dla osób w podeszłym wieku, mieście, w którym słońce świeci przez cały rok, mieście nakierowanym na odpoczynek i święty spokój. Nazwałam je St. Petersburg. I u mnie nie jest ciche, jest tak dzikie i ekscytujące, jak każde inne miejsce na świecie. Starałam się napisać książkę o tym, co to znaczy, gdy człowiek się zestarzeje. I gdy się zakochuje”.

    Książka ta powstała po podróży do Ameryki w latach 1971-72, podczas której Tove wraz ze swoją przyjaciółką Tooti miała okazję odwiedzić Florydę. Podróże po świecie zawsze były ważne dla pisarki, w tym czasie przynosiły także oddech od prowadzenia korespondencji z fanami, którzy nieustannie do niej pisali.

  • Uwaga! Deszcz premier w lutym.

    Okres posuchy uważam za zakończony. Prawda, w styczniu było kilka fajnych premier, ale tak naprawdę od lutego zacznie się prawdziwe szaleństwo. Proponuję Wam kilkanaście tytułów, po które warto sięgnąć. Na górze listy umieściłem książki, nad którymi smakksiazki.pl ma patronat medialny. Częstujcie się. 

      

     

     

  • „Oszpicyn”, czyli horror klasy światowej.

    Premiera doskonałego horroru Krzysztofa Zajasa już  za trzy dni. Zobaczcie naszą rozmowę, rozmawiamy o „Oszpicynie”, Stephenie Kingu, a także o duchach przeszłości, które cały czas nam towarzyszą. 

     

  • „Nowy kanon lektur? Wychowałam się na podobnym w PRL-U”.

    Co sądzi o nowym kanonie lektur, za co lubi książki Marty Guzowskiej, dlaczego Polacy czytają sporadycznie, a także o tym, czy książki są za drogie i czy można zrobić jeszcze biznes w świecie książek. O tym wszystkim rozmawiam z prof. Małgorzatą Omilanowską, byłą minster kultury i dziedzictwa narodowego. 

    Sławomir Cenckiewicz, Cezary Gmyz, Piotr Semka, ale też Marek Bieńczyk, czy Eustachy Rylski. To tylko niektóre nazwiska z listy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które powinny być zapraszane do Instytutów Polskich za granicą. Dla Pani profesor to zestawienie jest śmieszne, żenujące, a może wszystko z nim w porządku?

    Wydaje mi się, że najlepiej byłoby, gdyby dyrektorzy instytutów sami decydowali kogo chcą zaprosić. Nie wiem kogo teraz wysyła się na te placówki, ale dyrektorzy wybierani w konkursach w poprzednich latach z reguły byli niezłymi fachowcami od tego właśnie kraju, do którego jechali. Wiedzieli kto może porwać publiczność, czyje książki ostatnio przetłumaczono na dany język, czyje filmy są akurat wyświetlane w kinach itp. Publicystów i historyków – Cenckiewica, Gmyza czy Semkę – wymienionych przez Pana można pewnie zaprosić na spotkanie z Polonią, tyle że promowanie przez Instytuty Polskie Polski Poloniom to jednak lekkie pomylenie pojęć. To tak jakby Instytut Goethego prowadził działalność kulturalną wśród mniejszości niemieckiej na opolszczyźnie. Natomiast promowanie twórczości Bieńczyka czy Rylskiego wymagałoby przetłumaczenia większej liczby ich tytułów i sporej akcji promocyjnej.

    Skoro już jesteśmy przy tematach z zabarwieniem politycznym. Jak Pani ocenia nowy kanon lektur szkolnych?

    No cóż, niewiele się różni od tego, na którym sama się wychowałam, za RPL. Czytelnictwo nam od tego nie wzrośnie, obawiam się, że raczej uda zrazić się do książek kolejne pokolenia Polaków, myślących też nie wychowamy, ale rozumiem, że cel tej akcji jest inny. Chodzi chyba o kształtowanie postaw i wspólnoty. Nie uda się to raczej, ale na pewno uda się oszczędzić sporo środków na zakup nowości do bibliotek szkolnych, bo akurat ten kanon to jest w każdej.

    Po odejściu z ministerstwa ma Pani więcej czasu na czytanie? Rozumiem, że z książkami Marty Guzowskiej jest Pani na bieżąco.

    Zawsze czytałam dużo, a teraz wcale mi nie łatwiej niż w ministerstwie. Proszę pamiętać, że jako historyk sztuki muszę bardzo dużo czytać pozycji zawodowych. Na moje ulubione kryminały zostaje niewiele czasu, ale na szczęście jeżdżę dużo pociągami i tam nadrabiam zaległości. Powieści Guzowskiej bardzo lubię, bo oprócz akcji kryminalnej jest dużo klimatu pracy archeologa, co umie opisać znakomicie bo się na tym zna. Duża przyjemność.

    Gdy spotkaliśmy się dwa lata temu w Ministerstwie Kultury, poleciła mi Pani książkę „Szwecja czyta. Polska czyta”. Można w niej przeczytać, że statystycznie, każdy Szwed czyta dziennie około 20 minut. Czyta nie tylko dłużej, ale też znacznie więcej niż statystyczny Polak. Dlaczego jest tak źle, skoro mogłoby być tak dobrze?

    Na Polskę nieczytającą składa się wiele. Proszę pamiętać, że czytanie się dziedziczy, przede wszystkim „po kądzieli”. Czytają dzieci czytających matek. A my jesteśmy narodem, w którym ciągłość tradycji czytania została przerwana wojną i wielkimi stratami księgozbiorów, przede wszystkim prywatnych, które spłonęły, bądź nie zmieściły się w bagażach przesiedleńczych kresowiaków. Płacimy też cenę za brak konsekwentnej i nowoczesnej polityki edukacyjnej. Wydajemy miliony na akcje zachęcające do czytania, prowadzone przez instytucje kultury, ale w szkołach nikt nie wprowadził do programu zajęć uczących przyjemności z czytania. Nowy-stary kanon lektur na pewno tej passy nie przełamie.

    A co by Pani powiedziała tym blisko 5 milionom Polaków, którzy nie czytają absolutnie niczego, nie licząc wpisów znajomych na Facebooku?

    Że dużo tracą. Ale żeby tę stratę poczuć trzeba choć raz w życiu zanurzyć się w przyjemność lektury, a to wielu nie było dane nigdy w życiu i szansa na odrobienie tej zaległości w dorosłym życiu jest niestety mała.

    A może książki są w Polsce za drogie?

    Są drogie, ale to nie bariera finansowa decyduje o poziomie czytelnictwa. Ludzie pożyczają książki zarówno w bibliotekach jak i od znajomych czy rodziny. Nawet nie kupując żadnej książki można sporo przeczytać.

    Jest jeszcze miejsce na rynku na nowe wydawnictwa?

    Wydawnictw w Polsce jest bardzo dużo. To nie kwestia ich liczby, tylko struktury i aktywności. Wiele z zarejestrowanych wydawnictw wydaje prawie nic. Na pewno można jeszcze spróbować zrobić interes na książkach w Polsce.

    A na księgarniach? Znane są Pani problemy jednej z dużych sieci, ale z drugiej strony korzystają na tym małe, często niezależne księgarnie.

    W takich miastach jak Berlin księgarnie się odradzają. Może i w Polsce wróci moda na kupowanie książek w księgarni, ale przy niskim poziomie czytelnictwa i popularności sprzedaży internetowej obawiam się, że w małych miastach księgarnie się nie odrodzą. Utrata obrotów z podręczników dla klas początkowych zadała śmiertelny cios wielu z nich. Może wprowadzenie stałej ceny książki mogłoby pomóc, ale nie wydaje się, żeby obecny rząd był taką regulacją zainteresowany.

    Przejdźmy do spraw przyjemniejszych. Jesteśmy świeżo po przyznaniu Paszportów Polityki, zaskoczenie?

    Chyba nie. Właściwie wszystkie nominacje były trafione więc niezależnie od ostatecznego werdyktu wiadomo było, że paszporty trafią w dobre ręce. I tego warte.

    Skoro o nagrodach mowa, po przyznaniu literackiego Nobla Bobowi Dylanowi, powiedziała mi Pani, że to „odważna, ale dobra decyzja”. Może zbyt odważna?

    Nie ma zbyt odważnych decyzji w takich sprawach. Dylan to wybitny poeta, a to, że śpiewający i popularny to nie powód żeby go omijać w nagrodach. Nobel to prestiż, ale i wskazanie. Tym razem wskazanie, że literatura dobra nie musi być hermetyczna.

    Co było dla Pani największym wydarzeniem w literaturze w 2016 roku? Zarówno w Polsce, jak i na świecie.

    A to mnie Pan wpędził w kłopot. Wydarzeniem na świecie chyba Nobel dla Dylana. Oceniać premiery książkowe nie sposób, bo te wydane na świecie 2016 jeszcze nie doczekały się tłumaczeń na polski, a w oryginale czytać mi się nie chce. I tak muszę czytać w obcych językach literaturę zawodową, bo nikt jej nie tłumaczy. Natomiast w Polsce ucieszyło mnie wiele wydanych książek. Chyba żadna nie będzie „książką mojego życia”, ale miałam ogromną przyjemność z czytania zarówno listów Szymborskiej i Filpowicza, „Króla” Twardocha, jak i „Syna” Meyera. Mam też sentyment do „Białej Riki” Magdaleny Parys i „Krivoklata” Dehnela.

    A w tym, co Pani przeczyta? Kontynuację „Millennium” Larssona, pardon, Lagercrantza, a może nowego Dana Browna, Krajewskiego?

    W najbliższych miesiącach przeczytam wydane w zeszłym roku polskie kryminały. A potem zobaczymy. Czeka mnie sporo lektur historyczno-artystycznych i wielka przeprowadzka biblioteki, co może zaowocować niespodziewanymi odkryciami nieprzeczytanych książek.

    I to wszystko będzie przeczytane w papierze czy raczej na czytniku?

    Od pięciu lat czytam przede wszystkim w wersji elektronicznej, wszystko co się da, ale niestety nie wszystko się da. Kocham zapach książek, ale nie mam na nie miejsca. I nie mam siły ich targać w podróżach.

  • Wojciech Kuczok wraca do świata powieści. Z przytupem.

    Autor „Gnoju” postawił kropkę w swojej najnowszej książce, wydawca jest zadowolony, premiera już w kwietniu. Tak wygląda sprawa w skrócie. A ze szczegółami? Powieść będzie miała premierę 11 kwietnia, a w świat wypuści ją Wydawnictwo Od Deski Do Deski. O czym będzie „Czarna”?

    Jeremi jest zamożnym, przystojnym mężczyzną, wspaniały ojciec i świetny przedsiębiorca. Tylko ma jeden problem – potrafi myśleć o Beacie już tylko jako żonie i matce swoich dzieci. Maryśka miała być dla niego namiętną przygodą tylko na chwilę. Sam Jeremi gubi się w swoich uczuciach, nie przypuszczał też, że kochanka może go pokochać miłością aż do granic obłędu. Czarna jest małą miejscowością, plotki szybko docierają do rodziny Maryśki i rodziny Jeremiego.

    Pisałem „Czarną” z naiwną wiarą w to, że uda się uniknąć spoilera chociaż w zapowiedziach. – mówi Kuczok. To jest herstory na takich samych prawach jak history. Delirio amoroso może się trafić każdej/każdemu. W tym przypadku trafiło się z wyjątkowo tragicznym skutkiem.

    Dotychczas w serii „Na F/aktach” ukazało się pięć książek. W połowie lutego premierę będzie miała szósta – „Ostatnia wizyta”. Jej autorem jest Jacek Ostrowski.

     

     

  • „Bohater mojego opowiadania wyszedł ze mnie”.

    Jak już wiecie, 1 lutego w księgarniach pojawią się „Eksplozje”. Oprócz opowiadań Janusza Leona Wiśniewskiego, znanych już ze „Zespołów napięć”, czytelnicy przeczytają dodatkowych osiem opowieści napisanych przez ośmiu autorów. Jednym z nich jest Igor Brejdygant, który napisał historię pt: „Pilzner solipsysty””

    Długo trzeba było Pana przekonywać do udziału w projekcie pt: „Eksplozje”?

    Nie specjalnie długo trzeba mnie było namawiać. Tak naprawdę namówił mnie pan Wiśniewski, choć nigdy nie mieliśmy okazji zadzierzgnąć. Namówił mnie swoim opowiadaniem, które spodobało mi się i uruchomiło mnie na tyle, że wiedziałem, że chcę coś powiedzieć w tej sprawie.

    Sporo trzeba było się nagłówkować nad opowiadaniem, które będzie innym spojrzeniem na historię zaproponowaną przez Janusza Leona Wiśniewskiego?

    Nie, bo pomysł przyszedł właściwie po chwili i to głównie zdecydowało o moim udziale.

    Skąd pomysł na postać Jurgena?

    Z głowy oczywiście, choć przecież głowę wypełnia nic innego jak rzeczywistość okraszona własnymi przemyśleniami. Opowiadanie pana Wiśniewskiego dzieje się w NRD, a NRD może oprócz Korei Północnej stanowiło niegdyś bodaj najbardziej sztampowy przykład absurdu do jakiego może doprowadzić autorytaryzm. Dużo ostatnio mam przemyśleń na temat autorytaryzmu, na temat wolności tudzież jej braku. Kiedy kończyłem osiemnaście lat Polska odzyskiwała wolność, NRD zresztą też, mam duży sentyment do tych czasów, dziś jeszcze nawet większy niż przez te poprzednie lata, bo „ile Cię trzeba cenić.. etc” Zniewolenia są jednak różnego rodzaju, są zewnętrzne, ale są też wewnętrzne, czyli takie które sami sobie nakładamy jak kaganiec, kiedy wolność nam doskwiera i chcemy od niej uciec. No a Jurgen ma i takie i siakie jest zniewolony do imentu, całe życie… prawie. Znam się na zniewoleniach i na odzyskiwaniu wolności, to dla mnie ważne tematy i stąd Jurgen, czyli ze mnie.

  • To już pewne, będzie kontynuacja „S@motności w sieci”!

    Janusz Leon Wiśniewski przyznaje, że smakksiazki.pl to miejsce, w którym pierwszy raz mówi o kontynuacji „S@motności w sieci”. Książka ma być wydana wiosną 2018 roku. Na razie nie znamy jeszcze ani tytułu, ani potencjalnego wydawcy. Zobaczcie zresztą sami. 

     

  • Nie szaliki i nie kremy. Kupcie seniorom dobre książki!

    Co planujecie kupić swoim babciom i dziadkom? Możliwości jest sporo, ale może skusicie się na prezent książkowy? Przedstawiam Wam moją subiektywną listę 10 książek, które mogą być dobrym pomysłem jako podarunek dla babć i dziadków.