Kategoria: Aktualności

  • „Nike? Angelus? Kupię sobie dwa bombowce”.

    Gdyby nie słoik ze śledziami, pewnie nigdy nie znalazłby się na Islandii. Ma podwójne obywatelstwo, do snu czyta Bukowskiego… Wiele wątków, wiele ciekawych historii. Zapraszam do lektury wywiadu z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim. 

    Skąd się wzięła Islandia w Twoim życiu? Miłość od pierwszego wejrzenia?

    Jest taka anegdota w książce: za komuny było coś takiego jak sklep Centrali Rybnej. Sprzedawali w nim śmierdzące makrele ze skrzynek, ale matka przyniosła kiedyś słoiczek śledzi. Wezwaliśmy sąsiada, mówiliśmy na niego „Mózg”. Rozszyfrował, że na dekielku są islandzkie litery. Tak się zaczęło. Miejsce na mapie. Wyspa. Tajemnica. Daleko. Żadnych informacji. Oczywiście, z czasem te informacje się pojawiały, więc było ich więcej. Pojawiła się również literatura. Przeczytałem Halldóra Laxnessa, który dostał nobla w pięćdziesiątych latach. Te książki były przetłumaczone na polski z niemieckiego, czy szwedzkiego. Potem pojawił się Jacek Godek. To jedyna osoba, która jak do tej pory może się pochwalić całkiem sporym dorobkiem przekładowym z islandzkiego na polski.

    Gdybyś wtedy na tym słoiku ze śledziami znalazł napisy po szwedzku to myślisz, że zafascynowałaby Cię Szwecja?

    Nie. Szwedzki alfabet jest smutny. A Szwedzi są jak ich alfabet. Zapamiętałem islandzkie literki jako dosyć jajcarki przekaz. Szwecja była znana mimo wszystko. Uciekali ludzie do Szwecji za komuny. Na zachód, czyli na północ.

    Ta Islandia Ci się na tyle spodobała, że masz obywatelstwo?

    Tak, już dawno mam.

    Studiowałeś tam?

    Nie tylko. Musiałem również pracować.

    Jeśli już poruszamy ten temat to porozmawiajmy o „Domu Róży”, który jest zapiskiem Twoich przygód i Twojej pracy dosyć specyficznej. Nie byłeś kucharzem, strażakiem tylko zajmowałeś się dosyć specyficzną działką.

    Byłem pomocnikiem pielęgniarza. Potem skończyłem kurs, i zostałem pielęgniarzem geriatrycznym. Więc pracowałem przez kilka lat w domu starców. Książka bazuje na moich przeżyciach, czy doświadczeniach ale to jest mimo wszystko fikcja literacka. Wcześniej, będąc na studiach, obejrzałem film Fridrika Thora Fridrikssona pt. „Dzieci natury”. Historię o parze staruszków, którzy spotykają się w domu starców. Zarówno kobieta, jak i mężczyzną są tam umieszczeni przez rodziny. Zakochują się w sobie i uciekają. Zazwyczaj jest tak, że to literatura jest bazą dla filmu. U mnie było odwrotnie. Nawet zatrudniłem się w domu starców, gdzie pewne sekwencje były kręcone. Potem już poszło. Od pensjonariuszy dowiedziałem się rzeczy jakich nie dowiesz się na ulicy. Szczególnie od młodszego pokolenia. W książce jest portret siostry Róży. Miałem pensjonariuszkę, która była niewidoma, ale pamiętała siostrę. Dziewczynka utopiła się w gorącym źródle. Ta historia też mnie zainspirowała. Takie właśnie zrządzenia losu, ale również pewna kalkulacja, doprowadziły do napisania tej książki.

    Mówisz po islandzku?

    Mówię, ale coraz gorzej. Nie mam codziennego kontaktu z żywym językiem. Czytam po islandzku. Nowości książkowe, które mnie interesują, sprowadzam drogą pocztową, to samo tyczy się filmów. Ale to jest taki język, że jeżeli się tam nie urodziłeś, albo nie byłeś z dwujęzycznej rodziny, nie wiem jak dobrze byś mówił gramatycznie, i tak cię złapią, że jesteś zagraniczny. Niesamowite dźwięki, które są nie do podrobienia….

    Ty tam byłeś 10 lat, tak?

    Ponad 10. Moja żona była dwa razy w ubiegłym roku. I dlatego książka powstała „Zostawić Islandię”. Moja była szefowa powiedziała mi –zatęsknisz. Roześmiałem się, bo naprawdę miałem dość Islandii. Klimatu przede wszystkim. Nie ludzi. Ludzie byli fajni. Jeżeli doświadczyłem czegoś złego na Islandii ze strony ludzi, to często byłe to osoby zagraniczne, a nie lokalne. Po ośmiu latach w Wiedniu okazało, że szefowa miała rację. Zabrakło mi ludzi i masywu Esji, który widziałem przez okna naszej sypialni w Reykjaviku. W Wiedniu mam trzy drzewa, które wyrosły tak, że zaczęły zasłaniać nam balkon.

    Tak zaczynasz tę książkę…

    Refleksją, bo na kontynencie miasta i krajobrazy są do siebie podobne. Islandia jest inna, niepowtarzalna. Jeśli zaczniesz podróż w Polsce, od Krakowa, a skończysz na Chorwacji, no to jest dziedzictwo CK. Miasteczka są do siebie podobne. Niektóre są bardziej czyste, niektóre mniej. Ale architektura jest sieciowa.

    Jak było z „Preparatorem”, bo w wydawnictwie Od Deski do Deski panuje taka zasada, że to oni proponują autorowi kilka tematów, z których on wybiera jeden.

    Zadzwoniła agentka mówiąc, że powstaje nowe wydawnictwo i szukają pisarzy, którzy by napisali książkę na zamówienie, opartą o fakty. To było pewnego rodzaju wyzwanie i novum dla mnie. Okazało się, że daję radę i nawet mnie to wciągnęło. Ale nie było tak różowo od początku. Wysłali mi mailem dziesięć tematów. Skrócone wersje wydarzeń, które by mnie ewentualnie interesowały. Wybrałem historie głuchoniemego syna, który zamordował ojca. Pomyślałem, taki amerykański temat. Na pewno czytelnik będzie trzymał stronę zabójcy. Zacząłem powoli szperać w internecie, uczyć się migowego języka. Wchodzić w psychikę człowieka, który jest głuchoniemy. Napisałem do wydawnictwa, że ten temat wybieram. Po kilku tygodniach okazało się, że nie będę mógł wykorzystać tej sprawy. No to co teraz? Wysłali następne historie. Przypadł mi do gustu preparator. A dlaczego? Tu się zaraz skrzyżują wątki islandzkie. Pracując w domu starców spotykałem się co prawda nie z preparatorami, ale z ludźmi z przedsiębiorstw pogrzebowych. Obcowanie z umarłymi nie było novum. Z domu starców droga jest zazwyczaj jedna… Poczułem, że mogę dotknąć tej historii. Dostałem tysiąc stron akt sądowych, przeczytałem je. Prawdziwy zabójca nie był tak ciekawy. Musiałem go podkręcić po prostu. Wzbogacić historię.

    Czytałeś pozostałe, które wyszły w tej serii?

    Przeczytałem Janusza Leona Wiśniewskiego. Wiem, że Tomek Sekielski wydał u siebie książkę. Jest – „Bestia”, ale też nie czytałem. Chętnie bym przeczytał wszystkie książki z serii. Pewnie kiedyś po nie sięgnę, ale teraz mam takie zaległości, że szkoda mówić. Dla relaksu, zanim zasnę, czytam Bukowskiego. Świntucha.

    Dobre do spania. Jaki masz stosunek do nagród literackich? Trochę się do tego przywiązujesz czy masz to kompletnie gdzieś? Bo byłeś już nominowany do Angelusa, do Nike, do Paszportów

    Tak, byłem. To jest oczywiście miłe, że jesteś dostrzeżony. Nie chcę się krygować. Jeżeli bym dostał nagrodę to bym się cieszył. Mam swoje różne plany, hobby zwariowane. Ale nagrody nie są celem mojego pisania. Lubię spotykać swoich czytelników na spotkaniach autorskich. Dyskutować z nimi, dowiedzieć się czegoś, czego nie wiedziałem pisząc książkę, a oni to wiedzieli! To jest dopiero nagroda!

    Jakie jest to zwariowane hobby?

    Samolociki na uwięzi.

    Z silnikiem takie?

    Tak, tak, tak. Lubię patrzeć jak psy dostają kota. To znaczy, jak ich właściciele dostają kota z psami na uwięzi. Pies na smyczy, to prawie jak samolot na uwięzi. Różnica jest w tym, że ja uwiązuję nieżywy przedmiot, który się nie stresuje. Wyobraź sobie przeczystą, przepiękną łąkę na rogatkach Wiednia. Setki świrów z psami na smyczy. W pewnym momencie pojawiam się ja ze swoja smyczą, i tym, co jest do niej przywiązane. Odpalam swego psa i zaczynam nim kręcić w powietrzu. Prawdziwe psy zaczynają dostawać kota, a ich właściciele jeszcze większego. Zwierzęta się zrywają ze smyczy, właściciele biegną za nimi, a ja sobie kręcę samolotem i przy okazji podziwiam ten wspaniały widok. Te momenty, kiedy niektóre czworonogi odzyskują chwilową wolność.

    Sam je składasz jeszcze? Czy to już jest gotowe, w kartonie tylko wyciągasz?

    Można kupić, i można samemu poskładać. W sumie to są bardzo drogie rzeczy. Także wiesz, jakby była jakaś nagroda, dziesiątki tysięcy złotych, nie zastanawiałbym się, żeby ją przeznaczyć na wypasiony bombowiec.

    Dobre na tytuł wywiadu. Powiedz jeszcze, jak na Ciebie wpłynął ten nowicjat?

    Cieszę się, że miałem taki epizod w swoim życiu. Oczywiście, nie zawsze trzeba sprawdzać żeby być utwierdzonym w tym, że to był błąd, na przykład. Ale ja jestem pewien, że jakbym uparł się i skończył seminarium duchowne to chyba nie byłoby to. Wierzę w powołanie do niektórych zawodów, czy funkcji. Nie mam żadnego żalu, że się wypisałem, zrezygnowałem. Nie wyrzucono mnie, absolutnie. Dużo zawdzięczam seminarium. Punktualności się nauczyłem. Nie w Austrii, tylko tam. Rannego wstawania, dyscypliny i w jakimś sensie odpowiedzialności.

    Jest jeszcze coś co bardzo chciałbyś napisać?

    Wiesz, musiałbym pojechać do Bukaresztu, w archiwum pogrzebać. Jest taka książka, chodzi mi po głowie. Grubsza sprawa i gruba książka. Kilka lat roboty. Kiedyś się za nią wezmę.

    To będzie Twoja najgrubsza książka.

    Grubas powinien wyjść z tego.

    Taki na Nike.

    Na Nike? Niekoniecznie. Angelus jest bardziej hojny, ale ok, może być też Nike, Gdynia, co tam mają.

    Będzie na bombowca.

    Byłoby na kilka.

     

    Zdjęcia: Wydawnictwo Od Deski Do Deski.

  • „Czekanie na Larssona”, czyli Wojciech Chmielarz o przyszłości polskiego kryminału. Felieton.

    Zastanawiam się, czy rok 2017 to nie będzie początek końca boomu na polski kryminał. Rynek zalewany dziesiątkami tytułów w końcu powie dość. Znacząca jest tutaj scena z ostatniego Poznańskiego Festiwalu Kryminałów Granda, gdzie organizatorki odmówiły zrobienia spotkań premierowych dla pojedynczych autorów – premier było po prostu zbyt wiele. Zamiast tego zrobiono jedno, zbiorcze. Siedliśmy na nim chyba w dziesięć osób i przez godzinę mieliśmy bodajże czas, żeby odpowiedzieć każdy na trzy pytania.

    Jak więc wygląda polska powieść kryminalna na początku 2017? Czołówka wydaje się być już znana i dość statyczna. Niewiele się tu zmieni. Dołączy do niej może jeden, dwóch debiutantów. Może przebije się ktoś z tego drugiego szeregu. W każdym razie, wśród nominowanych do Kryminalnej Piły i Nagrody Wielkiego Kalibru spodziewam się raczej zestawu w większości znanych nazwisk.

    Bonda pewnie będzie starać się z przytupem zakończyć swoją tetralogię. Istnieje szansa, że z nowym tytułem wyskoczy Miłoszewski (chociaż on zarzeka się, że z kryminału zrezygnował). Lawiną książek zaleje nas Mróz. Do tego może jedna lub dwie przyjemne niespodzianki. Słowem, będzie tak jak było. I teraz pojawia się to nerwowe pytanie, które sobie wszyscy, my pisarze, zadajemy – ile jeszcze ta moda na polski kryminał będzie trwać? Rok? Dwa? Boom się kiedyś skończy. I chyba jako autorzy powoli się na to szykujemy. Wspomniany Miłoszewski deklaruje ucieczkę z gatunku. Nie znam twórczych planów Kasi Bondy, ale mówi ona, że chce się rozwijać jako pisarka, co można w różny sposób interpretować. Mariusz Czubaj mruga okiem, opowiadając wszystkim, że jego „R.I.P” to żaden kryminał, tylko western. A ja? Póki co zostaję przy gatunku, ale z pewnym niepokojem patrzę na jego przyszłość.

    Wydaje mi się, że w Polsce kryminał osiągnął już wszystko, co w tych warunkach, osiągnąć mógł. Książki są i się sprzedają. Krytycy zauważają. Czytelnicy czytają. Wszyscy teraz chcielibyśmy jednego, żeby polska moda na kryminał, przemieniła się w modę na polski kryminał na świecie. Ale do tego potrzebna nam jest nasz rodzimy Larsson z trylogią „Millenium”, swojska „Dziewczyna z pociągu”, nasz własny Jo Nesbo i Harry Hole. Są na to szanse. Głośno o planach tłumaczeń Bondy. Pytanie, czy uda się ją równie mocno wypromować na bardzo wymagających rynkach. Sprzedanymi prawami chwali się Katarzyna Puzyńska. Wreszcie, największy sukces ostatnich lat, czyli przekłady Miłoszewskiego we Francji. Przekłady, którym sam zawdzięczam to, że w maju nad Sekwaną ukaże się „Podpalacz”, a po nim prawdopodobnie „Farma Lalek”. Ale tak naprawdę nie jest istotne, kto będzie autorem tego przełomu na rynkach zagranicznych. Ważne, że za nim pójdą kolejni. I polski kryminał nie będzie modny już tylko i wyłącznie w Polsce. Fajnie by było, gdyby właśnie to nam piszącym przyniósł rok 2017.

    Wojciech Chmielarz

  • Co przyniesie styczeń? Dużo dobrego.

    Pierwszy miesiąc nowego roku, pewnie padło kilka postanowień, że będziecie czytać więcej. Przychodzę więc z pomocą i doradzam, na które książki warto zwrócić uwagę w styczniu. Po kliknięciu na okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie przeczytacie pełny opis wybranego tytułu. 

     

  • „Flaubert mówił: Madame Bovary to ja, więc mogę powiedzieć, że fakir to też ja”. Przed Wami Romain Puértolas.

    Wsadził fakira do samolotu i wysłał do Francji po nowe łóżko z Ikei. Co więcej, wyposażył go tylko w sto euro. Fałszywe sto euro. Gdy zaczął już być uważany za autora piszącego podobnie do Mendozy, w Polsce ukazała się jego bardzo smutna książka. Kim jest Romain Puértolas? Dlaczego ogrywa się na rzymskim taksówkarzu? Dlaczego w jego kolejnej książce Napoleon będzie walczył z islamistami? Zapraszam do przeczytania najprawdopodobniej najdłuższego wywiadu w polskich mediach z byłym francuskim policjantem.

    Kiedy czytałem „Niezwykłą podróż fakira, który utknął w szafie Ikea”, to miałem wrażenie, że czytam którąś z książek Eduardo Mendozy. Czy jakoś się Pan wzorował, jest Pan fanem, czy po prostu tak wyszło?

    Jestem wielkim fanem Mendozy. Jeżeli pan mówi, że to co napisałem, jest podobne do tego, to raczej jest to komplement. Ja bardzo lubię literaturę pikarejską (powieść łotrzykowska), szczególnie hiszpańską. Bardzo lubię Don Kichota jako książkę, Lazarillo de Tormes’a hiszpańskiego klasyka tego gatunku. Bardzo lubię ten styl szaleństwa, przygód. Ja w takim stylu żyję i w takim stylu też chcę pisać.

    W Pana biografii możemy doszukać się momentu, w którym próbował Pan w kilku wydawnictwach wydać swoją pierwszą książkę. Do pewnego momentu się to nie udawało. Jest Pan trochę takim pierwowzorem tego fakira, który w luku bagażowym pisał swoje dzieło na skrawkach koszuli.

    Flaubert mówił: Madame Bovary to ja. Ja też mogę powiedzieć, że fakir to ja. I kiedy fakir jest w tym samolocie i zaczyna pisać na tych skrawkach koszuli … no można powiedzieć, że ja niekoniecznie pisałem na koszuli. Ale piszę na wszystkim, na przykład na papierkach po gumie do żucia, także mamy coś wspólnego. W książce o fakirze jest dużo ukrytych wiadomości, dużo przekazów, można powiedzieć, że to jest taka współczesna bajka, pełna symboli. Już nawet sam fakt, że Ikea pojawia się jako symbol – lubię takie pisanie.

    Jednak pod przykrywką takiej śmiesznej książki, gdzie czytelnik może się uśmiechnąć, przemyca Pan też poważny problem, czyli problem emigrantów. Czy trudno było wpleść tak poważny problem w książkę pisaną w takiej konwencji?

    Dla mnie trudniejsze byłoby mówić o rzeczach poważnych w sposób poważny. Wolę przemycać te poważne rzeczy dodając do tego trochę fantazji. Wydaje mi się, że w ten sposób lepiej są one odczytywane i czytelnik łatwiej je przyswaja. Cały czas czuję taką presję, że w tym dorosłym ciele, które mam, kryje się dziecko z tą swoją niewinnością, z tą swoją fantazja i tak naprawdę wydaje mi się, że kiedy patrzę na ten świat, to patrzę na niego oczami dziecka, zamkniętymi w dorosłym ciele i opowiadam to trochę tak, jakby opowiadało to dziecko. Moje pisanie jest bardzo emocjonalne, to jest wyrzucanie z siebie tego jak widzę świat. Co sprawia, że jednocześnie mogę być czytany przez dzieci, które odkryją ten język i im się to spodoba; z drugiej strony, mogę być czytany przez dorosłych, którzy zobaczą jakąś tam bajkę, opowieść filozoficzną, w której będę mówić o pewnych prawdach ogólnych. Dlatego mogę być czytany przez te dwie grupy odbiorców jednocześnie.

    Czy może Pan powiedzieć do ilu wydawców wysłał Pan swoją pierwszą książkę i czy to nie było w jakiś sposób zniechęcające, że na początku się nie udawało.

    Fakir jest moją ósma książką. Pierwszą książkę napisałem kiedy mieszkałem w Hiszpanii, w Madrycie i wysłałem ją do dwóch największych domów wydawniczych – odmówili mi. Drugą książkę, którą napisałem praktycznie zaraz potem, wysłałem do trzech hiszpańskich domów wydawniczych bo cały czas mieszkałem w Madrycie. Potem przeprowadziłem się do Paryża i zacząłem automatycznie pisać w języku francuskim. Zaraz jak napisałem książkę, to wysyłałem do wydawcy, ale za każdym razem przychodziły listy odmowne. Nie było w tym dla mnie wielkiej frustracji bo wydanie książki nie było celem samym w sobie. Miałem już wtedy pracę, pracowałem jako inspektor w policji a pisanie było realizacją mojej pasji. Pisałem sobie na boku, wysyłałem. Gdyby w dzieciństwie ktoś mi powiedział, że będę pisarzem nie uwierzyłbym. Pisanie dla mnie było czymś naturalnym, czymś co było ze mną, czymś intymnym. Tak jak dla czytelnika jest lektura. Jest z nami po prostu. I nigdy nie wyobrażałem sobie, że w pewnym momencie stanę się pisarzem i będę żył tylko z tego. To była dla mnie wielka niespodzianka.

    Jeżeli chodzi o przygody fakira, to którą z jego przygód było najtrudniej wymyślić? Czy to jak siedzi w luku bagażowym w samotności i pisze książkę i rozmawia z psem? A może jak chowa się w Ikei w szafie? Czy coś zupełnie innego?

    Cieszę się, że zadał mi pan to pytanie, bo nigdy mi go nie zadano i ono jest bardzo interesujące. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Nie wiem która była najtrudniejsza. Za to mogę powiedzieć która była najłatwiejsza do napisania. Trudno mi powiedzieć która była najtrudniejsza dlatego, że mi się tak łatwo pisze. Mam taką łatwość w pisaniu, że praktycznie wszystko mi się układa i nic nie jest trudne. Aczkolwiek moja ulubiona scena to była ta, która dzieje się w balonie. Napisałem ją na moim telefonie w momencie, kiedy w paryskim metrze jechałem akurat do pracy. To było dla mnie bardzo fascynujące i pokazuje też w pewnym sensie jaką siłę ma literatura, jaką energię może mieć. Bo siedziałem w tym metrze, w pociągu, który mnie wiezie do pracy, otoczony ludźmi, z moim telefonem i moją wyobraźnią. Moja fantazja wynosiła mnie z tego metra nad Morze Śródziemne do tego balonu. To pokazuje jak daleko literatura może nas przenieść i wynieść. Do tego okazało się, że zaraz umrę bo skończył się gaz w tym balonie, który właśnie opisywałem. Wiedziałem, że fakir zaraz spadnie do morza i się rozbije. Ja też tak czułem, będąc w tym metrze, że zaraz spadnę i się rozbiję. I nagle drzwi się otwierają i wychodzę z tego metra żeby pójść do pracy.

    Ciekawy jest wątek, od którego zaczyna się książka – czyli taksówkarz, który wiezie fakira do Ikei najdłuższą możliwą drogą, żeby jak najwięcej zarobić, a finalnie fakir wręcza mu banknot zadrukowany tylko z jednej strony. To jest taki wątek wyciągnięty z pracy policjanta, że są nieuczciwi taksówkarze i nieuczciwi turyści?

    Ta historia raczej nie była o tym, że klient może oszukać, czy ten, który świadczy usługę może oszukać. Nie chodzi o to. To było zainspirowane tym, co naprawdę przeżyłem i było to na lotnisku w Rzymie. Wziąłem taksówkę, ale powiedziano mi, że musisz dogadać się z kierowcą od razu. Z góry ustalić, jaka będzie cena za przejazd. No, ale pomyślałem, że jesteśmy we Włoszech, jesteśmy w Rzymie – trochę zaufania. Wsiadłem więc, kierowca odpalił ten taksometr i pojechaliśmy do hotelu. Było zabawnie, bo mówiłem do niego po hiszpańsku a on mówił do mnie po włosku, w trakcie tego przejazdu jakoś się tam rozumieliśmy. I tak gadaliśmy, gadaliśmy. Przyjechaliśmy do hotelu, zacząłem wyładowywać bagaże, ale ciągle z nim rozmawiając i zapłaciłem mu za kurs. Potem wyładowałem resztę bagaży i w pewnym momencie on do mnie mówi: dobra, tak gadamy, ale teraz proszę mi zapłacić za kurs. Byłem w takim dziwnym stanie, że naprawdę nie wiedziałem czy ja mu już zapłaciłem, czy nie zapłaciłem. Więc zapłaciłem mu drugi raz, teoretycznie. Aczkolwiek nigdy nie będę wiedział czy zapłaciłem mu raz czy dwa razy, bo nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć. I to mnie zainspirowało do napisania tej sceny z fakirem. Ta pierwsza scena była dla mnie taką sceną zemsty. Zemściłem się na taksówkarzu za tamten kurs we Włoszech i oszukałem go na te sto euro. Wydaje mi się, że pomściłem też całą ludzkość, którą oszukano w taksówkach w obcych krajach.

    Zaraz po przeczytaniu przygód fakira zacząłem czytać „O dziewczynce, które połknęła chmurę tak wielką jak wieże Eiffla. Spodziewałem się, że też będę się non stop śmiał, i że nie mogę czytać w miejscach publicznych, bo ludzie będą się na mnie patrzeć jak na idiotę. Jednak ta książka jest bardzo smutna. Były momenty, że zamiast się śmiać to płakałem.

    To prawda. Ta książka jest bardziej poetycka, jest opowieścią o miłości. Na końcu tej książki następuje taki dosyć trudny zwrot akcji. No, jest to zupełnie inny sposób pisania. Bardziej smutny, ale też bardziej poetycki.

    Czy to było celowe? Żeby najpierw czytelnika tak rozbawić a potem tak brutalnie sprowadzić go do parteru? Pokazać mu, że życie nie jest takie śmieszne i zabawne, ale też pojawiają się poważne problemy?

    To było naprawdę ogromna niespodzianką. Już sam fakt, że ktoś wydał Fakira było dla mnie wielkim zaskoczeniem i niespodzianką. Ja z reguły te książki piszę dosyć szybko, więc nigdy nie przewiduję co będzie następne. Piszę, piszę, piszę i nie znam moich książek. W momencie kiedy dowiedziałem się, że wydadzą Fakira, tamta książka też już była prawie ukończona, więc nie decydowałem jakoś specjalnie o tym. Na przykład moja trzecia książka, która opowiada o powrocie Napoleona, który będzie walczył z państwem islamskim (ukaże się w Polsce w lutym) też mówi o bardzo aktualnych rzeczach, ale w niej wracamy do stylu Fakira i tego, jak opowiadałem w Fakirze. Przy pierwszej książce pan się śmiał, przy drugiej pan płakał, przy trzeciej będzie się pan śmiał, czyli jak tak prysznic w Szkocji – zimny, ciepły, zimny, ciepły.

    Chyba jest coś takiego, że pisarze chętnie wracają do przeszłości, ponieważ Raymond Khoury, który też wydaje w Wydawnictwie Sonia Draga, w swojej kolejnej książce naszego króla Jana III Sobieskiego wysadzi przy pomocy islamskiego terrorysty.

    Bardzo jest zabawne to, co pan mówi, bo wczoraj właśnie wracaliśmy z Raymondem razem do hotelu. Napoleon, ten mój Napoleon, wyszedł już we Francji w ubiegłym roku i opowiadałem mu trochę o tej historii. No, u mnie Napoleon wygrywa z państwem islamskim, a on mówi, że u niego na początku książki islamiści zabijają króla. Jest ten powrót do historii, ale tutaj się trochę różnimy. To jest niesamowite w literaturze, że jeden temat, jeden wątek może być przez innych pisarzy opowiedziany w tak różny sposób. Każdy może sobie stawiać hipotezy na punkcie tego samego tematu. Rozważać – a co by było gdyby to, a co by było gdyby tamto. Literatura daje właśnie możliwość opowiadania o jednej i tej samej rzeczy na tysiąc różnych sposobów.

    Jaki będzie tytuł tej trzeciej książki, która ukaże się w Polsce? Po prostu Napoleon? Czy tytuł też będzie taki długi jak w pozostałych książkach?

    Niech od-żyje Cesarz!

    Dosyć krótki tytuł jak na Pana.

    To potwierdza rzecz, o której mówiłem przed chwilą, że u mnie nic nie jest z góry przewidziane. Nie mogę przewidzieć czy następna książka będzie bardziej śmieszna, czy mniej śmieszna. Czy tytuł będzie dłuższy czy krótszy. Po prostu tak jest. Tak wychodzi i tak jest. I tytuł jest wprost proporcjonalny do wzrostu Napoleona.

  • Zrób to sam, czyli przypadki Tomasza Kowalskiego.

    Zamiast czekać w nieskończoność, wziął sprawy w swoje ręce. Napisał książkę i wydał ją za osiem tysięcy złotych. Swoje osiem tysięcy złotych. Sprzedało się nieco ponad sto sztuk, czyli delikatnie rzecz ujmując, szału nie ma i znak kilku autorów, którzy po czymś takim zawiesiliby pióra na kołku i wrócili do swojej normalnej pracy.  Wszystko miało miejsce raptem trzy lata temu. 

    Dziś Tomasz Kowalski jest już w zupełnie innym miejscu, przeszedł od self-publishingu do głównego nurtu wydawniczego.W wydawnictwie MG ukazał się „Mędrzec kaźni”, moim zdaniem jedną z najbardziej interesujących książek tego roku, dla której na pewno nie zabraknie miejsca w podsumowaniu ostatnich dwunastu miesięcy. Tak naprawdę największą ciekawostką jest fakt, że „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”, czyli książką, która sprzedała się w nieco ponad stu egzemplarzach, zainteresowało się wydawnictwo…z Niemiec.

    Książka ukaże się za zachodnią granicą już w grudniu, pod tytułem „Oni z cmentarza”. Za ciosem poszło też wydawnictwo MG, które w pierwszym kwartale przyszłego roku również wyda „Rozmowy…” Zobaczcie jak prezentuje się okładka książki wydanej jeszcze w self-publishingu, a jak ta, która będzie funkcjonowała w Niemczech.

    41equbcpdpl 978-83-7722-872-2

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Efekt jest więc taki, że zanim książka ukaże się w Polsce nakładem profesjonalnego wydawnictwa, będzie już funkcjonowała w Niemczech. Ciekawy, ale jednocześnie pokazujący początkującym pisarzom fakt, że życie nie musi się kończyć na self-publishingu, a ta forma może być drogą do profesjonalnego pisania. Polskie wydanie uświetnią zdjęcia i ilustracje znanego na Śląsku, skąd pochodzi również autor, fotografika Arkadiusza Goli. Jak już wspominałem, Tomek wydał już swoją pierwszą książkę na „normalnych” zasadach. Oto ona:

    medrzec-kazni

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdj. główne: Unsplash.com/Todd Quackenbush

  • „Czerpię z fantastycznego świata, który stworzył Stieg Larsson”. David Lagercrantz o „Millennium”.

    Jak wczoraj poinformowało Wydawnictwo Czarna Owca, kolejny tom „Millennium” ukaże się już 7 września. Blomkvist i Salander powrócą po raz drugi prowadzeni piórem Davida Lagercrantza. Co sam autor ma do powiedzenia o swojej dotychczasowej pracy nad cyklem? 

     

    davidlagercrantz01_fotomagnusliamkarlsson_wwwDavidzie, czy w najśmielszych snach potrafiłeś sobie wyobrazić, że książka przyciągnie taką uwagę?

    Pamiętam, gdy informowaliśmy, że będę pisał czwartą książkę w serii, poważnie zastanawialiśmy się, czy ludzie nie wzruszą ramionami. Jednak media wręcz oszalały i tak jest do dziś. Oczywiście marzył mi się wielki sukces, tak już mam. Jestem niepoprawnym marzycielem. Kiedy napotykam trudności, marzę o triumfie i zazwyczaj jestem rozczarowany. Jednak tym razem było inaczej. Odbiór mnie zaskoczył.

    Gdzie szukasz motywacji do pisania kolejnej książki w serii Millennium?

    Czerpię z fantastycznego świata, który stworzył Stieg Larsson i w czasie wakacji z moją rodziną wpadłem na pomysł, który zelektryzował mnie tak samo, jak przy pisaniu Co nas nie zabije. Nie zawsze było to dobre dla snu czy nerwów, ale zdecydowanie dobre dla książki.

    Postanowiłeś przeznaczyć część dochodów z Millennium Läsrörelsen, instytucji wspierającej czytelnictwo w Szwecji. Dlaczego właśnie im?

    Obecnie pracuję nad tym, by młodzi ludzie czytali dobrą literaturę. Uważam, że nie ma nic ważniejszego teraz, gdy prawicowy populizm i ekstremizm zyskują na sile. Z badań nieustannie wynika, że te kręgi przyciągają głównie tych, którzy nie czytają i nie wykształcili sobie krytycznego myślenia.

    zdjęcie główne: Unsplash.com/Oscar Carlsson

    zdjęcie autora: www.czarnaowca.pl

    źródło: materiały prasowe

  • „Wiedziałem, że maczeta z Ghany mi się przyda”, powiedział mi ostatnio sąsiad. Alex Marwood dla smakksiazki.pl

    Pseudonim literacki zaczerpnęła od nazwiska swojej praprababci. Fabułę swojej najnowszej książki, chociaż to trudne do wyobrażenia, oparła na rzeczywistej historii. Ostatnio zauważyła, że jej sąsiad używa maczety, a sama jest fanką serialu „Dexter”. Przed wami Alex Marwood i jej najnowsza książka, czyli „Zabójca z sąsiedztwa”. 

    alex-marwood-zabojca-z-sasiedztwa1Pani sąsiedzi czytali książkę? Jeśli tak, to czy nadal żyjecie w dobrych relacjach?

    Haha – tak! Chyba czworo z nich ją przeczytało i nie mają pretensji! Mam aktualnie bardzo dobre stosunki z sąsiadami; kilkoro z nich jest nawet moimi dobrymi przyjaciółmi. Wahałam się czy dać to mojemu sąsiadowi z dołu, bo pomysł na książkę przyszedł mi do głowy kiedy zapchały się jego odpływy, ale na szczęście, nie miał z książką problemu. Chociaż, ostatnio wróciłam do domu i zastałam go przed domem wycinającego chwasty metrową maczetą. „Czy to jest maczeta?” zapytałam. „Tak, pochodzi z Ghany”, odpowiedział. „Wiedziałem, że się przyda.” Potem uniósł brwi i dodał „tak naprawdę to trochę jak w twojej książce.”

    Jaki był w ogóle pomysł na fabułę, chciała Pani pokazać, że w Londynie każdy może być tym złym?

    Pomysł był luźno oparty na przypadku Dennisa Nilsena, jednego z najbardziej znanych londyńskich seryjnych morderców. We wczesnych latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku zamordował 14 młodych mężczyzn we wspólnym domu, takim jak ten w książce. Pokroił ich, ugotował i pozbył się ich spuszczając w toalecie. W końcu wpadł, gdy jego odpływy zapchały się tkanką tłuszczową. Co mnie zawsze fascynowało to fakt, że żaden z jego sąsiadów niczego nie zauważył, mimo, że musiały dobiegać stamtąd jakieś odgłosy czy zapachy. Książka tak naprawdę jest o miejskiej samotności i okolicznościach, które ją tworzą. Miasto takie jak Londyn jest tak zatłoczone – do mojego mieszkania bezpośrednio przylega dziewięć innych – że trzeba nauczyć się udawać, że nie wiesz co robią twoi sąsiedzi, bo wszyscy by zwariowali.. Jak już mówiłam, przyjaźnię się z moimi sąsiadami ale często udajemy że nie zdajemy sobie sprawy ze swojej obecności. Bawiłam się samą koncepcją mordercy. Niektórzy czytelnicy nie zrozumieli tego mówiąc, że zgadli kto jest mordercą. W ogóle nie zauważyli, że pod koniec książki jest więcej niż jeden morderca.

     Każda z postaci skrywa jakiś mroczny sekret. Są indywidualnościami, którym przez przypadek przyszło żyć w tym samym miejscu. To dlatego decydują się na współpracę?

    Tak – pod koniec wszyscy mają dużo do stracenia robiąc inaczej (przepraszam, staram się unikać spoilerów) – i jedna osoba w grupie stara się tak manipulować tym faktem żeby osiągnąć swój cel. Ale już w tym momencie, ze względu na instynkt Vesty i talent do tworzenia społeczności, kiedy przychodzi kryzys,to między nimi istnieją już relacje, które powodują, że są bardziej skorzy do chronienia się nawzajem. Gdy już przeszli razem przez próbę ognia, to ich więzi – choć woleliby żeby to nigdy nie miało miejsca – stają się mocniejsze.

    Kto jest Pani ulubionym bohaterem? Dla mnie Cher jest postacią, z którą sympatyzuję najbardziej.

    Tak naprawdę są dwie. Choć wydaje się, że śledzimy Collette, to dla mnie tak naprawdę historia Cher i Vesty jest najciekawsza. Te dwie osoby, które los pozbawił tego, czego naprawdę potrzebują czyli rodziny, poprzez ciemność odnajdują drogę do siebie i do nieortodoksyjnej wizji happy endu – albo przynajmniej szczęśliwego nowego początku. Bardzo je obie pokochałam kiedy je pisałam. Są duszą tej książki.

    Sądzi Pani, nie licząc przykładu, który podała Pani na początku, że taka fabuła nadal jest możliwa w realnym świecie? Ludzie potrafią ze sobą współpracować przy okazji śmierci ich wroga, ukryć jego ciało, itd.?

    Podejrzewam, że dzieje się tak cały czas. Nie śledziłam ostatnio statystyk osób zaginionych w Wielkiej Brytanii, ale kiedy ostatnio je przeglądałam, to każdego roku tysiące ludzi po prostu rozpływa się w powietrzu. Myślę, że wielu z nich, mimo bardzo daleko posuniętej inwigilacji elektronicznej, przeprowadza się do nowego miasta, zmienia nazwisko, ale przecież nie wszyscy. Zwłaszcza na niższych szczeblach drabiny ekonomicznej, gdzie ludzie żyją w większości za gotówkę, można łatwo zostać pominiętym. I szczerze mówiąc, jeżeli nie ma kto zrobić zamieszania, to policja jest szczęśliwa mogąc uznać, że to co wygląda na wypadek albo samobójstwo faktycznie nim jest. To jest bardzo smutne, ale prawdziwe i myślę, że była to jedna z tych rzeczy którą chciałam omówić w książęce. Każdy w tym domu mógł zniknąć, a reszta by się tym nie przejęła.

    Jak możemy opisać Thomasa, który jest cichym spokojny, ale tak naprawdę skrywa największy sekret?

    Samotny. Jest bardzo samotnym człowiekiem. To nie samotność powoduje usterkę w funkcjonowaniu mózgu i sprawia, że robi to co robi, ale ona z pewnością „karmi” jego działania. Podczas gdy Vesta równie mocno cierpi z powodu samotności, jej reakcją jest znalezienie sposobu by dawać miłość, a nie tak jak w jego przypadku znajdować sposoby by kimś zawładnąć. Ale każdy człowiek jest inny i nikt nie jest w 100% dobry albo zły, dlatego sprawiłam, że Thomas uratował Cher. Dennis Nilsen był niezmordowanym bojownikiem o prawa pracowników. Był powszechnie szanowany przez swoich kolegów. Poczynania niektórych znanych seryjnych morderców były wielkim szokiem dla ich oddanych rodzin.

    Strzelam w ciemno. Jest Pani fanką serialu „Dexter”.

     Tak! I książki też uwielbiam. Najbardziej lubię w nich to, że są takie zabawne, pełne czarnego humoru. Również „Most nad Sundem”, który jest moim ulubionym serialem. Można naprawdę zgłębić bardzo mroczne tematy, jeśli dorzuci się trochę komedii, przynajmniej takiej subtelnej komedii wynikającej z irracjonalnego myślenia – nawet Stephen King to robi od czasu do czasu.

    alex-marwood-author-picOdbiegając nieco od książki, dlaczego zdecydowała się Pani na pisanie pod pseudonimem?

    Wydałam cztery książki pod własnym nazwiskiem, ale moja pierwsza, która została bestsellerem, została wydana jako literatura kobieca. I choć z książki na książkę moje historie były coraz mroczniejsze, to ciągle byłam pisarką kobiecą, a niestety ciągle jest dużo snobizmu jeśli chodzi o gatunki literackie czytane przez kobiety. Wielu moich znajomych uprawia ten gatunek z dużymi sukcesami i bardzo szanuję ich pracę, ale kiedy twój wydawca odwraca się i mówi „to nie pasuje do okładki, którą wymyśliliśmy”, to wiesz, że doszłaś do końca drogi. Wybrałam Alex Marwood, bo chciałam żeby nie było wiadomo czy to mężczyzna czy kobieta. Moje własne imię, Serena, było zdecydowanie częścią problemu. No i Marwood jest zdecydowanie łatwiejsze do prawidłowego wymówienia niż moje nazwisko, Mackesy, które jest irlandzkie i sprawia różnorakie problemy angielskim mózgom. To nazwisko mojej praprababci. Pochodziła z domu w północnej Anglii, w którym jej rodzina została odnotowana już w Domesday Book, który był pierwszym spisem ludności od upadku Imperium Rzymskiego, została napisana w 1086 roku. Ciągle tam mieszkają – po tysiącu lat. 

    Co sprawia, że historia jest dobra, że książka wciąga?

    Szczerość, uczciwość wobec bohaterów i zrozumienie decyzji, które podjęliby w sytuacjach, w których ich stawiasz. Nie musisz lubić tych bohaterów ani im współczuć, ale muszą cię interesować. W zasadzie mówię, że „postać” jest najważniejsza. O, i nie oszukiwanie w zakończeniu. Nie musisz pięknie wykończyć każdego wątku i zaserwować sprawiedliwości na talerzu. Ale musisz mieć dobre rozwiązanie. I nie wprowadzać kogoś, kogo nie było przez całą książkę jako winowajcę.

    Nie mogę nie spytać o wynik wyborów w USA. Zaskoczenie?

    O Boże, to jedno z tych pytań, które mogą być podstawą książki. Jestem tym głęboko poruszona, ale jestem też poruszona różnymi politycznymi wydarzeniami na całym świecie. Teraz, kiedy minęło już kilka dni, ochłonęłam i mogłam się nad tym zastanowić, okazuje się, że jestem bardzo zmartwiona z różnych powodów. Aktualnie czytam książkę psychologiczną z 2000 roku o sektach politycznych i o tym, jak działają. Wydaje się dla mnie jasne, że zarówno lewica jak i prawica pogrążyły się w sekciarskim zachowaniu. Prawica, przynajmniej w Ameryce, jest pod ogromnym wpływem Kościołów Ewangelickich, które mają okropne poglądy, ale nie bardziej okropne niż ekstremistyczny Islam. Zakłócenia spowodowane globalizacją i światowy kryzys spowodowały, że wielu ludzi szuka odpowiedzi, które jeszcze nie istnieją. A ludzie lubią mieć pewność, ponieważ lubią upraszczać sprawy, więc w niepewnym świecie wszyscy poczuli się podatni na te wszystkie zmiany. „Paranoja,” mówi książka, „jest najbardziej podobna do mechanizmu perpetuum mobile.” I to, wziąwszy pod uwagę paranoję, którą wzbudził Trump w swojej kampanii, jest istotą problemu. Ale lewica też odniosła się do tego trendu głosząc „kto się z nami nie zgadza jest zły”, co zostawia nas z niczym. Mam poczucie obezwładniającego strachu. Staram się mieć to pod kontrolą, zachęcać do dialogu i rozmowy, a nie do wyzwisk i krzyków.

    zdjęcie główne: David Dipert/Unsplash.com

  • Najlepszy fałszerz pieniędzy w Polsce. Będzie o nim książka!

    Fałszował praktycznie wszystko, co wpadło mu w ręce. Najchętniej jednak pieniądze. Magdalena Omilianowicz pisze książkę o najbardziej znanym polskim fałszerzu banknotów. O książce wiadomo na razie tyle, że ukaże się w przyszłym roku w Wydawnictwie Od Deski Do Deski. Tym samym, w którym autorka wydała „Bestię. Studium zła”. 

    Wiemy też, że główny bohater pochodzi z Krakowa, a w więzieniach przesiedział już ponad 40 lat. Przyjaźnił się także z gangsterami z Pruszkowa. Okazuje się, ze był na tyle dobry w swoim fachu, że w celi odwiedzali go też goście zza oceanu. Dlaczego?

  • Bon vivant? Oscar Wilde Polski Ludowej? Mistrz darcia łacha i król rodzimego nudyzmu w jednym?

    Już za dwa dni premiera biografii Janusza Głowackiego. Postaci, której specjalnie nikomu przedstawiać nie trzeba. Dlatego nie ma co marnować czasu, przeczytajcie jako jedni z pierwszych w Polsce fragmenty tej książki. Momentami jest śmiesznie, momentami strasznie, dokładnie jak w życiu głównego bohatera. Kliknijcie w okładkę, miłego czytania. 

    dzanus-dramatyczne-przypadki-janusza-glowackiego-b-iext46129906