Kategoria: Aktualności

  • „W poszukiwaniu natchnienia”. Felieton Marty Guzowskiej.

    Skąd czerpać natchnienie, to podstawowe pytanie każdego twórcy, pisarza też. Jak wiadomo, pisanie składa się z jednego procenta inspiracji i dziewięćdziesięciu dziewięciu procent wylewania potu wszystkimi komórkami ciała i bólu pupy. Ale ten jeden procent musi być. Jak więc doprowadzić do sytuacji żeby – jak obrazowo podsumował to Stephen King – muza zesrała nam się na głowę?
    Przede wszystkim nie można za nią gonić. Muzy to płochliwe stworzonka i do tego uciekają strasznie szybko, pisarz nie ma z nimi szans. Najlepiej jest zastosować metodę Kubusia Puchatka, patrzeć w chmury, gwizdać pod nosem fiu fiu fiu i udawać, że żadna muza w ogóle nas nie interesuje. Wcale. Po prostu sobie akurat przechodziliśmy i przystanęliśmy, żeby popatrzeć na drzewa i nie szukamy żadnej muzy. A w ogóle, co to jest muza?
    Łatwo powiedzieć, wykonać trochę trudniej. Mam kilka sprawdzonych sposobów, żeby przechytrzyć tę cholerną muzę.
    Po pierwsze: czytam książkę. Właściwie to może być dowolna książka, najlepiej niezbyt ciekawa. Czytam sobie i czytam, mój mózg jest zajęty, więc nie może myśleć o muzie i wtedy ona – obrażona – nagle się pojawia, przez luźne skojarzenie z jakimś książkowym faktem.
    Drugim świetnym sposobem jest spacer. Nie bieganie: wtedy na muzę nie mam miejsca, skupiam się raczej na tym, żeby dotrzeć do wyznaczonej mety żywa. Ale zwykły spacer, dość szybkim krokiem, ulicą, którą znam na pamięć, więc mogłabym iść z zamkniętymi oczami. Podczas takiego spaceru mózg się kompletnie wyłącza, więc muza, zaciekawiona, pojawia się sprawdzić, co się stało.
    I najlepszy sposób: długi prysznic. Tutaj można by dużo pisać o powrocie do macicy (nie wiem skąd przekonanie, że w macicy wszyscy byliśmy genialnymi pisarzami i że wystarczy tam wrócić, żeby poczuć wenę, ale mniejsza z tym). To najlepszy ze znanych mi sposobów na uzyskanie niekontrolowanego strumienia myśli, w którym muzy uwielbiają się kapać.
    Następnym logicznym krokiem powinna być więc komora deprywacyjna. W sytuacji, kiedy ciało nie ma ciężaru, a zmysły – żadnego punktu zaczepienia, muzy powinny nadlatywać jak myśliwce w czasie ostatniej wojny światowej. Mam wielką ochotę spróbować. Niestety obejrzałam już serial Stranger Things. I poważnie się boję, że zamiast muzy, w ciemności i ciszy spotkałabym potwora podobnego do tego, na którego natknęła się Eleven. Prysznic jest jednak bezpieczniejszy, nawet jeśli przychodzą potem horrendalne rachunki za wodę.
    fot: Krzysztof Opaliński
  • Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, sprzedane! Świat literatury gra z WOŚP.

    Idei Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pomocy przedstawiać nikomu nie trzeba. Przypomnę tylko, ze dziś gra po raz 25. Oprócz tego, że możecie wrzucić pieniądze do puszek, możecie też wziąć udział w ciekawych licytacjach, również książkowych. 

     

    Najciekawiej wygląda inicjatywa Katarzyny Bondy. Chcielibyście zobaczyć swoje nazwisko w jej książce? Nic prostszego. Kasia zadeklarowała, że jedna z postaci w „Czerwonym pająku” będzie się nazywała tak jak wy. Na ten moment ktoś zaproponował już ponad 2 tysiące złotych. 

    Oto bezpośredni link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/twoje-imie-i-nazwisko-w-ksiazce-katarzyny-bondy-i4098585

    Równie ciekawą inicjatywą wykazał się Grzegorz Kalinowski, który proponuje oprowadzenie po Warszawie. Jeśli jesteście fanami przygód Heńka Wcisło i chcecie zobaczyć stolicę od innej strony niż zazwyczaj, to czym prędzej licytujcie. Przeczytajcie też książki Grzegorza, bo naprawdę fajnie pisze. 

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/zwiedz-warszawe-z-grzegorzem-kalinowskim-i4098852

    Z Wielką Orkiestrą gra również Jakub Żulczyk, który przeznaczył na aukcję unikatowy egzemplarz swojej pierwszej książki, czyli „Zrób mi jakąś krzywdę”. Dlaczego unikatowy? Powodów jest kilka. Odręczne notatki autora, zupełni inny tytuł (został zmieniony przed wydaniem), powstała ograniczona liczba egzemplarzy, bo ta wersja została wysłana tylko do krytyków. Jakub Żulczyk napisze wam specjalną dedykację, więc nie czekajcie, tylko klik,klik i licytujcie. 

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/zrob-mi-jakas-krzywde-unikatowy-egzemplarz-i4056949

    Nie zapomnijcie też o książce z 20 opowiadaniami, które powstały na zeszłoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Profesor Jerzy Bralczyk, Jakub Ćwiek, Marta Guzowska, Sylwia Chutnik, Tomasz Kowalski, Janusz Majewski…W książce znajdziecie też autografy większości autorów. Patronem medialnym opowiadań jest smakksiazki.pl.

    Link do aukcji: https://aukcje.wosp.org.pl/wyjatkowy-jesienny-mglisty-poranek-w-galicji-i4022907

  • Bigos, latająca prezerwatywa i książki Kinga.

    Najpierw chciałem Wam zaserwować 15-minutowy wywiad z Grahamem Mastertonem. Nikt by tego pewnie nie obejrzał, bo kwadrans to jednak kawał czasu. Szczególnie w sieci. Podzieliłem więc rozmowę na kilka osobnych plików. Każdy więc kliknie sobie w to, co go interesuje. Ja Was nie wkurzam, Wy oglądacie co chcecie. Rozmawialiśmy o Stephenie Kingu, prezentach od fanów, polskim jedzeniu i książkach o seksie. Smacznego. 

    O bigosie i innych smacznych potrawach:

     

    Wiecie o tym, że Masterton i King nigdy się nie poznali? Co więcej, Masterton…albo nie, zobaczcie sami 😉 

     

    Jak pewnie wiecie, Masterton napisał blisko 30 książek o seksie. Będą kolejne? 

     

    I na koniec prawdziwa torpeda. Jak się domyślacie, Graham dostaje sporo prezentów od fanów. Jaki był najdziwniejszy? 

  • Ponad 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w Polsce. Australijsko-indyjski fenomen.

    Szemrane interesy, handel narkotykami, fałszerstwa, gangsterskie porachunki, a także romantyczna miłość, głębokie przyjaźnie, poznawanie filozofii Wschodu. To właśnie jest „Shantaram”. Historia przestępcy, który odnalazł swoją drogę w Indiach uwiodła czytelników na całym świecie!

    Prosta i zdumiewająca prawda o Indiach i ich mieszkańcach brzmi tak, że kiedy tam jedziesz i przestajesz z nimi, serce zawsze podpowiada ci mądrzejsze rozwiązania niż głowa. Nigdzie indziej na świecie ta zasada nie sprawdza się tak dobrze” – opowiada Lin, główny bohater powieści Gregory’ego Davida Robertsa Shantaram.

    Co takiego ma w sobie ta książka, że trudno ją odłożyć? W końcu nie zdarza się często, żeby ośmiusetstronicowa powieść zdobyła rzesze entuzjastów, którzy piszą: „Żyłam tą książka tak, jakbym w niej była”, „Zakochałam się i czytam drugi raz”, „Jej przeczytanie było jak odnalezienie brakującego puzzla własnej układanki”, „W 100% zaspokaja moje potrzeby czytelnicze, ma wszystko, czego chcę od książki idealnej”, „Jest w niej humor, egzotyka, którą wszyscy kochamy, i kunszt literacki. Są wyraziste postaci, niespodziewane zwroty akcji. Chwile wzruszeń i humoru”.

    Powieść utrzymuje się na listach bestsellerów, a fenomen ogarnął cały świat, bo przetłumaczono ją na 40 języków i sprzedano w 4 milionach egzemplarzy!

    Historia zaczyna się od ucieczki z więzienia, a potem akcja nie zwalnia ani na moment. Autor podkreśla, że wiele wydarzeń tu opisanych to wytwór jego wyobraźni, ale jednak sam pomysł zaczerpnął z życia i główny bohater dzieli jego doświadczenia. Jaką więc historię ma do opowiedzenia przestępca z literackimi ambicjami?

    Gregory David Roberts urodził się w Australii. Jako młody człowiek uzależnił się od heroiny, wdał w działalność przestępczą i został skazany na długoletnie więzienie, z którego uciekł. Z fałszywymi dokumentami i nową tożsamością trafił do Indii z nadzieją, że stanie się wolnym i samozielnym człowiekiem. Spędził tam dziesięć lat i nie tylko nawiązał kontakty z lokalną mafią narkotykową, ale także pomagał ubogim dzieciom ze slumsów, romansował i odkrywał tajemnice hinduskiej kultury i filozofii. Ostatecznie znów trafił do więzienia. Za kratkami napisał swoją debiutancką powieść, Shantaram, która szybko stała się bestsellerem. A czytelnicy pokochali głównego bohatera za jego graniczącą z szaleństwem odwagę i poczucie humoru. Docenili złożoność tej pełnej sprzeczności postaci – nie sposób jej nie lubić, chociaż to przecież przestępca. 

    unsplash.com/Dewang Gupta

    Głównemu bohaterowi towarzyszy wiele barwnych postaci, które stają się jego przewodnikami. Nie sposób nie polubić Prabakera – przyjaciela ze slumsów, który potrafi zarażać swoim entuzjazmem, jak choćby wtedy, gdy mówi do Lina: „Bóg jeden wie, jakie straszliwości by cię spotykały, gdyby moja dobra osobistość nie prowadziła twojej osobistości po Bombaju!”.

    Pojawia się też piękna i tajemnicza Karla, wielka miłość głównego bohatera, dręczona mrocznymi sekretami z przeszłości. A w końcu Khader Khan – potężny przywódca bombajskiej mafii, ale też mentor i opiekun.

    Książka napisana jest pięknym, barwnym językiem, co świetnie udało się oddać tłumaczce, Maciejce Mazan. Roberts jest niezrównanym gawędziarzem, ale też refleksyjnym aforystą, potrafi przykuć uwagę i poruszyć wyobraźnię jak mało kto. Możemy poczuć zapach i smak Indii, przenieść się do całkowicie innej rzeczywistości. Bo Bombaj jest także ważnym bohaterem tej opowieści.

    Roberts oddaje specyfikę i koloryt miasta z podobną sugestywnością i zmysłem obserwacji co najlepsi reportażyści. Poznajemy slumsy i zaułki wielomilionowej metropolii, jej świątynie i speluny, kroczymy ulicami nocą, mając za towarzystwo szczury wielkości kota. Trafiamy do więzienia, domu publicznego dla bogatych klientów, w afgańskie góry z mudżahedinami, ale także na plan filmowy bollywoodzkiej produkcji. Odkrywamy miasto kontrastów: duszące, przygniatające swoim ogromem, zapachami i zapchane ludźmi do ostatniego skrawka. Niewyobrażalna bieda sąsiaduje z luksusowymi hotelami. Tu nie można się nudzić, bo na każdym kroku czeka odkrycie.

    Shantaram to czytelniczy Święty Graal. To nagroda za setki i tysiące przeczytanych rzeczy średnich. To ponad osiemset stron czytelniczego raju, zasysającej i hipnotyzującej lektury, w trakcie której jedyne, co nam przeszkadza, to świadomość, że musi się skończyć” – opowiadał po lekturze Marcin Meller. „To opowieść z tysiąca i jednej nocy nowego tysiąclecia. Każdy, kto kocha książki, przez całe swoje czytelnicze życie szukał właśnie tej powieści” – zachwycił się pisarz Jonathan Carroll. Ciekawość czytelników podsyca fakt, że autor nie udziela żadnych wywiadów, nie jest dostępny dla mediów i wybrał życie w odosobnieniu. Na szczęście dla miłośników tej historii, pracuje nad kolejną powieścią. W kontynuacji – „Cieniu góry”, która również w tym roku ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy – opowiedział dalsze losy swoich bohaterów. W pisanej obecnie książce wraca do czasów, gdy Lin zajmował się działalnością przestępczą i wyjaśnia, dlaczego trafił do więzienia.

    Shantaram do gotowy materiał na scenariusz filmowy. Pozostaje nam czekać na ekranizację – jakiś czas temu prawa do jej sfilmowania kupił Johnny Depp, ale ostatecznie projekt nie został zrealizowany. Nieustająco pojawiają się spekulacje dotyczące reżyserów i aktorów, którzy mieliby wcielić się w bohaterów.

    A na razie czytelnicy polecają sobie wzajemnie lekturę tego majstersztyku powieści awanturniczej! W Polsce dostępny jest także audiobook w świetnej interpretacji Filipa Kosiora, a zwolenników e-booków na pewno ucieszy fakt, że dostępna jest już wersja elektroniczna.

  • „Nie wszyscy muszą czytać Tołstoja. Romans też jest potrzebny”

    Czy Tołstoj jest lepszy od romansu? Ile przemyciła swoich uczuć, przeżyć w swojej głównej bohaterce? Jakie naprawdę są kobiety i dlaczego warto się zakochać, i czy teściowie to samo zło? O tym wszystkim rozmawiam z Niną Majewską-Brown, autorką książki „Jak się nie zakochać”.

    Chciałbym żebyśmy porozmawiali o literaturze kobiecej z perspektywy faceta, który Pani książki przeczytał.

    Dał Pan radę?

    Skoro tu siedzę, to dałem radę. Żyjemy w takim świecie, że większość osób chce się zakochać. A jak tego uniknąć?

    Zakochanie jest najfajniejszą rzeczą, która może nam się przydarzyć. I te motyle w brzuchu i nadzieja, że się nie będzie samemu, to jest chyba najlepsza rzecz jaka istnieje. Ale książka traktuje tak naprawdę o tym, jak wpuścić nową osobę do swojego życia, a to dotyczy przecież i faceta i kobiety. Teraz zaproszenie nowej osoby do naszego domu, pełnego dzieciaków, pełnego życia rodzinnego, to jest potężna odpowiedzialność. Ta odpowiedzialność jest więc jakby podwójna – za siebie i swój układ, ale też za układ z dziećmi.

    Literatura, którą Pani pisze jest przede wszystkim przeznaczona dla kobiet, ale dlaczego powinni ja przeczytać mężczyźni? Bo ja mam wrażenie, że to jest swego rodzaju wskazówką dla facetów, jak kobiety reagują na pewne sytuacje.

    No taki był zamysł. Piszę o tym co czuję najlepiej. Podobno tak jest zawsze z pierwszą książką. Moja traktuje o kobiecie dojrzalej wiekowo, co nie znaczy, że ona jest emocjonalnie dojrzała. Cały czas te sytuacje, które jej się przytrafiają, zmuszają ją do odbudowania swojej dojrzałości na nowo i odnajdywania nowych ścieżek w swoim życiu. Natomiast ta książka ma, mam nadzieję, że tak jest, mnożyć pewne mechanizmy myślenia. Nie wiem czy jest instruktażowa, ale my kobiety takie jesteśmy w dużym stopniu, więc panowie mogą się o nas sporo dowiedzieć.

    Mogą się dowiedzieć jakie są kobiety naprawdę.

    Przynajmniej niektóre.

    Przynajmniej niektóre…

    To jest książka o naszych pragnieniach, brakach, obawach o tym całym lęku, który niesie życie. To brzmi strasznie banalnie w oderwaniu od tego, co się tam dzieje w książce, bo główna bohaterka przezywa absolutne katharsis. Tak potężna strata, która jest nie do wyobrażenia i wyjście z tego wymaga dużej odpowiedzialności. Właściwie gdyby nie to drugie dziecko, które się pojawia, druga młodsza córka, to podejrzewam, że ona mogłaby to wszystko sobie odpuścić. Ale dla tego dziecka musi budować świat na nowo. Świat ekonomicznie inny, emocjonalnie inny, poczucie bezpieczeństwa zupełnie inne. Wszystko inne. I to jest ten trud i wysiłek, to jest też takie pokazanie kobietom, że się da, że można. Nie jest łatwo, ale można. Więc to nie jest smutna historia.

    Główna bohaterka Pani książek, Nina, to mieszanka Pani uczuć, pragnień, lęków?

    Na pewno w dużym stopniu tak. Ale Nina nie jest mną, tak? Nina jest posklejana… Ninę tworzą opowieści różnych osób. Podejrzane, podpowiedziane. To są też emocje oczywiście moje. Ta książka powstała z mojego największego strachu. W momencie kiedy powstał pomysł na napisanie książki, zaczęłam się zastanawiać, co w książce by mnie najbardziej poruszyło i doszłam do wniosku, ze w moim życiu osobiście najbardziej poruszyłaby mnie strata. To nie musi być od razu śmierć, wystarczy ciężka choroba, utrata pracy… jakiś element mojego poskładanego życia przełożony gdzieś obok spowoduje, że zachwieje się cała struktura. I sobie pomyślałam, że jednak strata i śmierć byłaby taką rzeczą, przez którą chyba nie byłabym w stanie przebrnąć. W tej książce zmierzyłam się z moimi uczuciami, z moimi emocjami. No więc tak, książka jest bardzo moja.

    Pisanie oczyszcza?

    Pisanie jest swoistą psychoterapią, w trakcie której człowiek musi udzielić sobie obiektywnych, subiektywnych odpowiedzi na obiektywne pytania. Pisanie bardzo mnie zmieniło.

    Doświadczenie w pracy w wydawnictwach coś daje przy pisaniu książek, czy jest zupełnie bez znaczenia?

    Bez znaczenia. Natomiast praca w wydawnictwach daje niesamowitą świadomość tego, z jakimi niesamowitymi górami człowiek się mierzy i uczy naprawdę dużej pokory. Przynajmniej w moim przypadku. Świadomość tego, ile maszynopisów spływa do wydawnictw codziennie, ile osób pisze i próbuje. To jest jak los na loterii – żeby być wylosowanym z tej całej ogromnej liczby kartek. Żeby ktoś po to sięgnął, przeczytał i żeby się spodobało. Dobrych piór na rynku jest cała masa, nie tylko polskich, ale i zagranicznych. Ja też skończyłam dziennikarstwo i bardzo świadomie wymyśliłam postać i język, którym piszę. Przeanalizowałam dokładnie literaturę kobiecą, zwłaszcza język, którym posługują się autorki i mam nadzieję, że udało mi się stworzyć coś, co nie jest w Polsce tak popularne. Trochę inaczej piszę, to znaczy piszę bardziej otwarcie, nie pudruję rzeczywistości. Jak mi coś upada to mówię „kurwa”. a nie „o jejku”, no bo tak mówimy, tak? Tacy jesteśmy. Dlatego też wielka wdzięczność i ukłon w stronę redaktorek, które na początku bardzo poprawiały dialogi, w takie ładne poprawne, na przykład poprawiały: „Klara chodź!” na „Klaro chodź”. I to taka nasza wspólna praca, że udało nam się zostawić tę niepoprawność dialogową, która jest jednak życiową niepoprawnością. No bo w życiu codziennym, na ulicy mówimy inaczej.

    W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że sukces zależy od dobrego maszynopisu i szczęścia.

    No bo tak jest.

    Pani miła jedno i drugie.

    No trafiło mi się, tak. Ale głęboko wierzyłam w to, że się uda. W tej książce dałam całą siebie i miałam takie poczucie, że to jest fajna, dobra rzecz. To brzmi absolutnie nieskromnie, ale to jest chyba tak, że taką energię jaką wnosimy w coś co robimy, niekoniecznie pisanie, to może być zupełnie inna bajka, inna dziedzina, ale ta dobra energia powoduje, że też jest nam łatwiej się przebić. Więc ja absolutnie oddałam kupę dobrej energii tej książce.

    Nawiązując jeszcze do książki – teściowie to samo zło?

    Nie, teściowie to może być bardzo fajna instytucja. To mogą być bardzo fajni ludzie, tylko problem polega na tym, że obie strony muszą chcieć. I w momencie, jeżeli pokolenie naszych rodziców wymaga od nas tylko i wyłącznie szacunku i na tym się opiera no to jest to zdecydowanie za mało. Ale myślę, że ta historia, to nie jest historia moich teściów. To jest historia podejrzana, przeczytana w różnych reportażach, w różnych opracowaniach i też trochę w takich psychologicznych badaniach, że to pokolenie naszych rodziców zostało wychowane w zupełnie innych okolicznościach, innych warunkach, innym zestawie reguł, zasad i oczekiwań. I w momencie kiedy my, czterdziestolatkowie próbujemy żyć na własną rękę i trochę się oderwać, to rodzi to konflikty. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Rzadko kto z tych starszych osób ma ten luz żeby pozwolić synowej czy zięciowi mówić sobie po imieniu.

    Jaki jest odbiór czytelniczek? Piszą maile, listy?

    Zaskakująco dobry. Największym sukcesem jest to, że one się utożsamiają z Niną. „Napisała pani o mnie, przecież ja tak czuję”. „To jest moja historia”. I to jest chyba najbardziej pozytywne. A druga rzecz, to chyba największy komplement, gdy panie mówią: „oj, jak się śmiałam, jak się śmiałam. Potem jak płakałam, jak płakałam”. I chyba poruszenie takich delikatnych nutek i strun to chyba największy sukces pisarza.

    Powiedziała Pani, że to są historie przeżyte, zasłyszane, podpowiedziane.

    Ale fabuła jest bardzo wymyślona.

    Fabuła jest wymyślona, ale czy zdarzyło się tak, że ktoś ze znajomych się identyfikował z tymi przeżyciami?

    Oczywiście.

    I powiedział: „o, tu opisałaś mnie”?

    Może niekoniecznie mnie, ale moją koleżankę, znajomą. Sporo osób się może odnaleźć. I bliskich i nie bliskich. Bo to są historie, które się przydarzyły. Rozstania, śmierci. Próba przezywania tego w taki, a nie inny sposób. To są sytuacje, które się przydarzają wielu osobom, więc nie ma problemu żeby się w tym odnaleźć. Natomiast, ja w którymś momencie doszłam do wniosku, że nie mogę brać odpowiedzialności za to, co kto wyczytuje w książce, bo każdy wyczyta to, co chce. Zaskakują mnie niektórzy znajomi czy rodzina, odczytując treści, których ja tam nie zawarłam i odnosi to do konkretnych osób i sytuacji, gdzie w ogóle nie miałam takiego zamiaru. Jest to dla mnie zaskakujące. Ale to jest trochę tak: uderz w stół, a nożyce się odezwą. Taka wisienką na torcie był „Notes kuchenny”, który się ukazał niedawno, czyli zbiór odręcznie pisanych przepisów z autorskimi rysunkami. I wydawało mi się, że to już jest tak cukierkowo różowe, notabene w połowie puste, więc tam już absolutnie nie ma się kto o co obrazić – a też można.

    A o co się przy tym ludzie obrażali?

    Ze niedostatecznie podziękowałam, że niedostatecznie uhonorowałam. Więc to co siedzi w ludziach i w głowach ludzi, jakie mają problemy osobiste, które przekładają potem na zewnętrzny świat, to jest po prostu nieprawdopodobne. Można zwariować po prostu.

    Odchodzi teraz Pani trochę od literatury kobiecej. Wchodzi Pani w kryminał. To będzie chwilowy oddech i potem powrót?

    Na pewno wrócę do historii Niny. I mimo tego, że ostatnia historia ukazała się parę miesięcy temu, czyli „Jak się nie zakochać”, to panie pytają, proszą i nawet miałam taki pomysł, żeby próbować pisać to w internecie, ale brakuje mi trochę czasu na robienie dziesięciu rzeczy naraz. Podobno kryminał jest taką wisienką na torcie literackiego dzieła. Chcę się zmierzyć z zagadką, to jest takie wyzwanie, które sobie postawiłam. Każdy lubi rozwiązywać zagadki i każdy będzie próbował ja odgadnąć. Jest łatwiej utrzymać czytelnika do ostatniej strony – kto zabił, gdzie. W powieści obyczajowej trzeba mieć naprawdę fajny pomysł, żeby ten czytelnik chciał z nami zostać do końca.

    Odczuwa Pani, że ludzie w pewien sposób drwią z literatury kobiecej, że traktują ją jako literaturę gorszego sortu?

    Tak jest niestety. Dlatego ja teraz się odcinam kryminałem. Nie dlatego, żeby komuś coś tam udowodnić, ale dlatego, że mam taką potrzebę duchową. To dopiero uświadamia mi reakcja znajomych, że „o Jezu, kryminał!”. Dla mnie to jest chore, bo przecież nie ma nic złego w dobrym romansie. To, że kobiety to czytają to jest jakieś pokłosie Harlequinów, które kiedyś się pojawiły i takich banalnych historii o miłości. Ale kobiety tego potrzebują. To jest chyba takie świadectwo tęsknot kobiety za miłością, za akceptacją, za byciem tą księżniczką. To jest chyba ta tęsknota za miłością i akceptacją. I nie ma nic złego w tym, że o tym czytamy. Nie każdy musi czytać Tołstoja. Ważne, że czyta. Ale rzeczywiście tak jest, że ta literatura kobieca jest postrzegana inaczej.

    Bo?

    Bo się wydaje, że jest nudna, banalna, o miłości. Co można napisać o miłości.

    A jak się okazuje, można dużo.

    Można dużo. I ta miłość może być pretekstem do całej historii. Miłość nie jest niczym złym.

    Wręcz przeciwnie.

  • „Rozczarowanie”. Tomasza Kowalskiego wizyta w księgarni.

    Ile razy przytrafiło się Wam w księgarni, że osoba, która powinna znać się na swoim fachu nie potrafi pomóc? Albo myli tytuły, albo nie zna autorów? Miałem taką sytuację, gdy chciałem kupić „Książkę twarzy” Marka Bieńczyka. Pani w Matrasie miała gigantyczny problem ze znalezieniem jej w komputerze. Powód? Wpisywała „twarzy”. Przeczytajcie felieton Tomka Kowalskiego, który przechodził podobne męki.

    Jako człowiek niezwykle naiwny, obdarzony pewną dozą wrażliwości i wiarą w ludzi, jestem narażony na częste cięgi i razy ze strony rozczarowania – tej choroby toczącej ludzi naiwnych i obdarzonych pewną dozą wrażliwości (że o wierze w ludzi nie wspomnę). Rozczarowania ludźmi i otaczającym mnie światem.

    Udałem się pewnego wiosennego dnia do księgarni, ponieważ poszukiwałem książki. Jakiej? O tym później. Wspomnę tylko, że jest to pozycja ważna i znana w kręgu światowej literatury – żadne tam, niszowe memłanie, jakiegoś tam amerykańskiego poety z Seattle. Nic z tych rzeczy. Idąc do księgarni, tej świątyni myśli uwięzionej w druku, żywiłem się nadzieją i naiwnym wyobrażeniem, iż ludzie tam pracujący, robią to nie tylko po to, by zarobić parę złotych na życie, ale głównie z powodu ich miłości do literatury. Byłem przekonany, że ktoś biegający przez osiem godzin, pomiędzy półkami uginającymi się od książek, posiada wiedzę o tym, co dzieje się i działo na rynku literackim na przestrzeni ostatnich, dajmy na to, 200 lat. I że wie, iż oprócz Biblii, ludzie stworzyli jeszcze parę innych wartościowych pozycji książkowych. Wyobrażałem sobie, że tymi osobami, są to na przykład absolwenci filologii polskiej, którzy po skończeniu studiów, postanowili resztę życia spędzić w sieciowej księgarni i że znajomość kanonów literatury obcej i tej rodzimej, nie stanowi dla nich wiedzy tajemnej. Zaraz po przekroczeniu progu świątyni, otrzymałem pierwszy cios ostrzegawczy ze strony dziewczęcia, ubranego w granatową podkoszulkę z logiem księgarni, wyszytym na piersi.

    Dzień dobry! – Dziewczę rzuciło w moją stronę, kategorycznie, ostro, wręcz karcąco. No tak. W końcu przyszedł cham, który nie wie, że jak się gdzieś wchodzi, to trzeba najpierw wytrzeć buty, a potem grzecznie powiedzieć dzień dobry, a nie od razu walić do książek, jak jakiś knur do koryta. To, że ja po prostu nawet nie zdążyłem się przywitać, nie miało znaczenia, niesmak pozostał. Pouczony i skarcony, przywitałem się jak trzeba, co nie zmienia faktu, że było mi głupio. Dobra nasza. Dziewczyna w granatowym podkoszulku podeszła do mnie i już jakoś tak sympatycznej, spytała.

    – W czym mogę pomóc?

    Tak lepiej” – pomyślałem. Następnie dodała.

    – Czego pan szuka, może wskażę?

    Takie pytanie zadać mężczyźnie! Kurcze! Przecież wiadomo, jak to jest. My mężczyźni jesteśmy obarczeni zapisanym w naszych genach, atawistycznym pierwiastkiem „myśliwego”. Mężczyzna nigdy, ale to przenigdy nie zapyta się o drogę. Mężczyzna nie zapyta się gdzie coś leży, gdzie się znajduje. Mężczyzna to wie, a jeśli nawet tego nie wie, to sam to znajdzie. Będzie szedł po tropach, po śladach i w końcu to znajdzie, bez niczyjej pomocy. Nawet jeśli miałby przez tydzień brnąć po pas w głębokich śniegach zlodowaconej, północnej Europy, ścigany przez prehistoryczne wilki i niedźwiedzie i tak w końcu dotrze do półki, na której znajduje się płyn do zmiękczania swetrów. Tak jesteśmy skonstruowani. Ja jednak jestem mężczyzną nowoczesnym, który brzydzi się pierwotnymi instynktami. Ja, w przeciwieństwie do moich kolegów, tych zarośniętych goryli, jestem otwarty na propozycję pomocy ze strony słabej niewiasty w wieku przedszkolnym. Tak więc, jako mężczyzna nowoczesny odpowiedziałem.

    – Szukam książki pod tytułem „Moskwa – Pietuszki”.

    Panienka na to odrzekła.

    – Zapraszam pana do tego tam komputerka, zaraz wspólnie poszukamy.

    Wiedziałem, że powieść, ten cudowny poemat autorstwa Wieniedikta Jerofiejewa, powstały w latach 1969-70, jest dla tej młodej istoty, niewątpliwej miłośniczki literatury, czymś tak znanym i oklepanym, że pytając się o tę książkę, narażam się z jej strony, na jakiś gest politowania i dezaprobaty dla moich braków w oczytaniu. Ale co tam. Idziemy sobie do komputerka. Dziewczę sprawnymi dłońmi zaczyna stukać po klawiaturze. I tu, właśnie tu, dopada mnie moja zmora, moja klątwa i przeznaczenie – czyli wspomniane na początku rozczarowanie. Specjalistka od sprzedaży dzieł literackich, patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczyma i mówi.

    – „Moskwa – Pietuszki”? To pewnie z kategorii przewodniki turystyczne?

    Kurwa! Wróciłem do domu. Otworzyłem butelkę wódki i wypiłem zdrowie Wieniczki – bohatera jednego z najsłynniejszych przewodników turystycznych.

    Tomasz Kowalski, pisarz. W Wydawnictwie MG ukazała się jego książka „Mędrzec kaźni”. Wiosną w księgarniach pojawią się „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”.

  • „Gdyby Hitlera złapała Armia Czerwona, długo by nie pożył”

    Ma na swoim koncie książkę, w której Adolf Hitler ginie na początku lat 30. Pisze o Holokauście, wojnie, nazistowskich zbrodniarzach. Sam jest Szkotem, ale jego rodzice pochodzą z Polski. Z Andrew Nagorskim rozmawiam o Hitlerze, Eichmannie, a także o tym, dlaczego już zapewne nikogo ze zbrodniarzy wojennych nie uda się złapać. Zachęcam do przeczytania najnowszej książki Nagórskiego: „Łowcy nazistów”.

    Chciałbym zacząć od cytatu z Pana książki. Mianowicie od Rudolfa Hessa, który powiedział: „w momencie kiedy Hitler poinformował mnie, że nakazał wcielić w życie ostateczne rozwiązanie, nie miałem nic do gadania, ja mogłem tylko powiedzieć: jawohl!” To jest tak, że ci najwięksi zbrodniarze byli tylko pionkami na szachownicy?

    Oczywiście, oni byli tylko pionkami. Nawet Adolf Eichmann, który był jeszcze wyższy, twierdził: „miałem rozkaz żeby logistyczny problem transportu rozwiązać, rozwiązałem. A co już stało się z tymi ludźmi, to ja ich nie zabijałem”. Wszyscy dowódcy, którzy byli sądzeni w Norymberdze mówili, że mieli rozkazy, nie mieli wyboru. Dlaczego te procesy są tak ważne od początku do końca? Bo pokazują, że to nie było takie do końca automatyczne, każdy miał takie momenty, że mógł się zastanowić. Oczywiście, ludzie na takim poziomie nie byli przymuszeni. Sami wdrapywali się na stanowiska i brali w tym udział z przekonania, z ambicji. Stąd właśnie cała ta dyskusja o banalności zła. Czy jest to tylko mały biurokrata, czy robi to z przekonania. Z tego powodu w wielu wojskach na świecie, np. Amerykanie uczą żołnierzy, że jak ktoś ci da rozkaz, który jest wyraźnie nielegalny, niemoralny, to ty masz obowiązek nie słuchać tego rozkazu. Oczywiście, w niemieckim wojsku tak nie uczyli. Ale każdy miał jakieś wybory w życiu i wiedział instynktownie, że to nie może być usprawiedliwione.

    A gdyby Hess powiedział Hitlerowi: „Nie, nie zrobię tego.”?

    Ja bym dał inny przykład: Einsatzgruppe. To są wojska, które rozstrzeliwały ludzi na wschodzie, jeszcze zanim były komory gazowe. Świetny amerykański historyk Christopher Browning badał dokładnie, co się wtedy działo i były przypadki, że żołnierze mówili: „ja już nie mogę chodzić od wioski do miasteczka i tylko raz po raz zabijać ludzi.” Tam były kobiety, dzieci. W takich wypadkach jak ktoś wypadł, to nie było żadnych konsekwencji. Nie szedł do więzienia, nie był rozstrzelany. Po prostu dostał inną pracę. Tak samo ci strażnicy z Oświęcimia, których ostatnio sądzili w Niemczech. Oni podpisali kontrakt, bo gdyby tego nie zrobili, to byliby na froncie. Ale to był ich wybór. To jest prawdą co powiedział Hess, że ci ludzie nie myśleli w kategoriach, że oni mają jakiś wybór, że mogą cokolwiek zakwestionować, ale to ich przecież nie usprawiedliwia.

    Ile według Pana przypadku było w tym, że udało się schwytać i nie chcę powiedzieć przemycić, ale przetransportować do Izraela Eichmanna. W książce podaje Pan takie przykłady, że znaleźli jego dom, ale on już tam nie mieszkał. Później przypadek z autobusem, który się spóźniał i nie przyjechał o 19.40, tylko o 20.00, itd. Przypadek odgrywał tutaj dużą rolę? Bo wiadomo, że cała akcja była planowana miesiącami.

    Mosad był bardzo sceptycznie nastawiony do informacji o pobycie Eichmanna. W ogóle Mosad nie szukał aż tak bardzo tych nazistów, a na pewno nie tak jak wskazują niektóre publikacje. Patrzymy wstecz na historię i wydaje się, że to musiało się tak stać. Łowcom nazistów wydawało się, że każdy były wysoki urzędnik Hitlera to ma mnóstwo pieniędzy i złota, więc musi żyć bardzo luksusowo. Eichmann też był przecież znany z tego, że był kobieciarzem. Więc gdy zobaczyli taki skromny dom w jednej z dzielnic Buenos Aires i wychodzi taka europejsko wyglądająca kobieta, ale taka bardzo zwyczajna, nieatrakcyjna, to pomyśleli – pomyłka, to nie może być tu.

    Po przeczytaniu dokumentów, książek, zeznań, sądzi Pan, że oni myśleli, że sprawiedliwość już ich nigdy nie dosięgnie i będą mogli żyć sobie na innym kontynencie do końca swoich dni?

    Myślę, że tak. Eichmann jest najlepszym przykładem. Była przecież fala procesów od razu po wojnie, w Norymberdze, w Dachau, w Polsce. Potem zaczęła się Zimna Wojna, już pod koniec lat 40-tych. Jaki był podstawowy błąd Eichmanna? On zmienił swoje nazwisko, ale synowie nie. I według całej historii, którą opowiadam w książce, jeden syn zaczyna mieć randki z dziewczyną. Znasz tą historię?

    Tak. Dom Eichmanna w dokumentach zarejestrowany jest na panieńskie nazwisko żony…

    Tak, tak, tak. Więc było tyle rzeczy, na które nie zwrócili uwagi. Oni mieli takie poczucie, że już nic się nie stanie, niektórzy nawet nie zmielili nazwiska, a jeszcze inni wrócili po wojnie do normalnego życia, do normalnych posad.

    W przypadku Eichmanna jest też bardzo ciekawa informacja, której nie znałem wcześniej. Kiedy on już był w Tel Awiwie i wydzielono mu celę w więzieniu, to nie dość, że wszystkie sąsiadujące były puste, to jeszcze nikt z rodzin strażników nie mógł być ofiarą Holokaustu.

    Tak. Oni się bali po prostu zemsty na nim, dlatego były aż takie środki ostrożności.

    Zastanawiające jest też to, jak oni wszyscy reagowali na śmierć, gdy już stali z pętlą na szyi. Jedni mówili: „niech żyją wolne Niemcy”, ktoś inny powiedział tylko: „Sieg heil”, a tylko nieliczni mówili – to mnie musiało spotkać, czuję się winny.

    To ostatnie prawie się nie zdarzało. Jak rozmawiałem z Benjaminem Ferenczem, który teraz ma 96 lat. Niebywały człowiek, który był najmłodszym prokuratorem w Norymberdze, który robił sprawę Einsatzgruppe. Mówił mi, że nikt nie przyznał się do winy, czy jakoś pokazał, że żałuje tego co zrobił. Wprost przeciwnie. Jeden ze zbrodniarzy powiedział, że Amerykanie i Żydzi zapłacą cenę za to co zrobili po wojnie. Więc to jest … tak, to jest niesamowite.

    Czy są jeszcze zbrodniarze wojenni, którzy powinni być ścigani? Czy po prostu następuje selekcja naturalna, czas płynie, oni umierają i już nie ma kogo ścigać?

    Jest już 71 lat po wojnie, więc nawet ci ostatni, jak ktoś miał dwadzieścia lat w 1945 roku, to teraz będzie miał 91. To już są ostatnie takie sprawy. Dlatego chciałem napisać tą książkę żeby pokazać tę całą procedurę od początku, od środka i prawie do końca. I ocenić co z tego wynikło. Nie wykluczam, że jeszcze będzie kilka spraw, ale praktycznie ten aktywny etap historii już się kończy.

    Na koniec chciałbym zapytać jeszcze o tych, którym udało się uciec. Ilu ich jest?

    Większość, zdecydowana większość, tu nie ma wątpliwości. Ferencz sam mówił, ze z kilku tysięcy morderców z Einsatzgruppe, mógł do sądu wziąć tylko 24, bo tylko tyle było miejsc na ławie oskarżonych w Norymberdze. To jeszcze nie wszystko, bo potem dwóch zmarło, więc zostało 22. Trzynastu skazano na śmierć, ale ze względu na amnestię tylko 4 naprawdę powieszono. Reszta od 1957 roku była wolna. Można więc powiedzieć, że to było symboliczne.

    Jeszcze jedno pytanie mi się nasunęło. Adolf Hitler uniknął machiny sprawiedliwości, wiemy dlaczego. Według Pana, gdyby przeżył byłby sądzony tak jak wszyscy, czy traktowanie byłoby zupełnie inne?

    To ciekawe pytanie. Gdyby złapali Hitlera, to nie wiem, czy by się dało go utrzymać , zważywszy na to, co się stało z Mussolinim, gdzie ludzie się rzucili na niego. Ale to Włochy, to w ogóle inna sytuacja niż Niemcy. Hitlera złapałaby najprawdopodobniej Armia Czerwona i wątpię, żeby specjalnie długo przeżył.

    Dziękuję Panu Bartoszowi Bartyzelowi z Muzeum Auschwitz-Birkenau za możliwość skorzystania ze zdjęć. 

  • Lee Child ciągle w formie.

    Nawet nie majcie pojęcia jak Wam zazdroszczę. Jesteście jeszcze przed lekturą „Stu milionów dolarów”. Słuchajcie, wciągnie Was na amen i nie wypuści do ostatniej strony, a na końcu powiecie, że chcecie jeszcze i jeszcze. Premiera już 11 stycznia. Lepiej, żebyście wzięli urlop, po co zawalać pracę.

    Nie przez przypadek na świecie sprzedało się ponad 100 milionów (przypadek?) książek Lee Childa. Również nie przez przypadek Jack Reacher stał się bohaterem i ikoną popkultury. Blisko dwa metry wzrostu, około stu kilogramów żywej wagi, blond włosy i niebieskie oczy − oto jego cechy charakterystyczne. Kurtka 3XLT, jedna koszula na grzbiecie oraz szczoteczka do zębów służą mu za cały ekwipunek. Reacher jest człowiekiem od rozwiązywania problemów: pojawia się, robi, co trzeba, i znika. To ostatni sprawiedliwy, kierujący się prostymi zasadami i trwający niezmiennie przy wyznawanych przed siebie wartościach: honorze, prawdzie i sprawiedliwości. O najnowszej książce więcej przeczytacie tutaj, a z  okazji zbliżającej się premiery „100 milionów dolarów”, przypominam Wam fragment mojej rozmowy z Lee Childem, praktycznie dokładnie sprzed roku. 

    Jackowi Reacherowi starczy jeszcze siły na wiele książek, w których strzela, ucieka, uwodzi kobiety? Przecież wszystkie te zajęcia wymagają kondycji nastolatka.

    Reacher nigdy nie biega; jest za ciężki na sprintera.  Co do reszty? Nie wierzę, że powinno być ograniczenie wiekowe co do uwodzenia kobiet … lub też do czynienia rzeczy właściwych. Musimy poczekać I zobaczyć co się stanie kiedy się zestarzeje.

    Jak wyglądały Pana relacje z Tomem Cruisem, który wcielił się w rolę Jacka Reachera? Jest Pan zadowolony z efektu?

    Zostawiam robienie filmów fachowcom. Byłem zawsze mile widzianym gościem na planie, Tom i inni producenci sprawiali, że zawsze czułem sie tam dobrze (mam małe role w , „Jack Reacher” i „Jack Reacher: Never Go Back” , który wchodzi na ekrany kin jesienią). Jestem bardzo zadowolony z pierwszego filmu i bardzo się cieszę na oglądanie następnego.

    Pana ulubieni pisarze, również kryminałów?

    Mówiąc szczerze jest ich zbyt wielu aby tu wszyskich wymienić.

    Kiedy planuje Pan przyjazd do Polski?

    Te decyzje należą całkowicie do mojego wydawcy. Bardzo bym chciał odwiedzić Polskę.

    Przy pisaniu książek sporo Pan podróżuje po miejscach, w których osadza Pan książkę?

    Nie podróżuję dla badań do książki. Ale ogólnie dużo podróżuję, I zawsze dużo podróżowałem. Kiedy piszę I potrzebuje miejsca, które wygląda w określony sposób przypominam sobie miejsce, w którym byłem przed laty I korzystam ze wspomnień.

    Możemy porównać Jacka Reachera, np. do Kurta Wallandera ?

    Można porównywać jak się komu podoba… albo lepiej, przeciwstawić. Reacher nie ma pracy, ani rodziny (poza bratem w pierwszych częściach), nie nosi też w sobie żalu. Jest właściwie wolny od poczucia winy.   

    Wśród pisarzy ma pan kolegów, czy traktuje ich pan w kategorii rywali?

    Środowisko pisarzy, a zwłaszcza pisarzy kryminałów, to wspaniała grupa utalentowanych ludzi I uważam ich wszystkich za przyjaciół.

  • Nie oceniaj książki po okładce?

    Skończył się kolejny rok, czas więc na podsumowania. Tych, jak wiecie, nie brakuje. Najlepsze książki, najgorsze książki, najmłodsi autorzy, najstarsi autorzy. I tak dalej. Co powiecie na 8 najciekawszych okładek w 2016 roku? Wybór jest absolutnie subiektywny, jak zawsze. Oto moje propozycje.