Kategoria: Aktualności

  • „Remigiusz Mróz uchodzi na Wyspach Owczych za pajaca”, czyli Polka demaskuje Ove Løgmansbø.

    Z polskimi mediami rozmawia po raz pierwszy, dlatego cieszę się, że zdecydowała na się na smakksiazki.pl. Może to zasługa niedzielnego felietonu Jakuba Ćwieka, a może fakt, że byłem mocno zmotywowany żeby z nią porozmawiać. Przeczytajcie długą rozmowę o tym, jak Kinga Eysturland, Polka od pięciu lat mieszkająca na Wyspach Owczych, mająca za męża Farera, odkryła prawdziwą tożsamość Ove Løgmansbø. Przeczytajcie o tym, co wzbudziło jej największe wątpliwości, o przekłamaniach w książkach Remigiusza Mroza, a także…jaka była rola w całym śledztwie meczu Łotwa – Wyspy Owcze? Przygotujcie duży kubek herbaty i dajcie się porwać. 

    Kiedy Pani doszła do tego, że Ove Løgmansbø to Remigiusz Mróz?

    O prawdziwej tożsamości Ove Løgmansbø dowiedziałam się w dzień jego spotkania z polonią farerską w Tórshavn. Nie ukrywam, że byłam sparaliżowana. Żadna ze mnie miłośniczka kryminałów, ale akurat twórczość Remigiusza Mroza jest mi znana, choć wybiórczo. Bardzo lubię jego prawniczą serię z mecenas Joanną Chyłką. Są to świetne książki, w których widać, że autor doskonale zna i czuje to środowisko. Wspomniany wcześniej artykuł, jaki napisałam do Sosialurin, był więc w jakimś sensie moim wyrazem szacunku dla Mroza. Postanowiłam stanąć trochę w obronie autora z prostego powodu – Farerczycy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że Remigiusz Mróz to w Polsce marka, tymczasem na Wyspach Owczych uchodzi on aktualnie za pajaca. Chciałam zatem uświadomić miejscowym, że nie mamy do czynienia z kompletnym amatorem, tylko z gościem, który coś już osiągnął, tyle że w kwestii tego konkretnego projektu porwał się z motyką na słońce lub raczej… z motyką na owcę.

    Kinga Eysturland z mężem. fot: archiwum prywatne

    Jak to się wszystko zaczęło? Co skłoniło Panią, żeby podążyć tropem Ove Løgmansbø?

    Jako że od pięciu lat mieszkam na Wyspach Owczych, a także aktywnie działam na rzecz promocji archipelagu w Polsce, kierowała mną czysta ciekawość. Wiadomość o pojawieniu się na polskim rynku „Enklawy” dotarła do mnie za pośrednictwem Facebook’a. Początkowy entuzjazm opadł dość szybko, bo już samo nazwisko autora wzbudziło moje wątpliwości. Na Wyspach Owczych nie ma bowiem nazwiska „Løgmansbø”. Istnieje natomiast nazwisko „Á Løgmansbø”, które należy do tylko jednej rodziny. Tak się składa, że mój mąż zna człowieka wżenionego w tę rodzinę i idąc tym tropem błyskawicznie udało się nam dowiedzieć, że nikt z tego klanu nigdy nie słyszał o żadnym Ove ani o jego rzekomej matce pochodzącej z Polski. Równie podejrzane wydało mi się zdjęcie autora znajdujące się na zgięciu okładki, które przedstawiało zakapturzoną postać w okularach słonecznych. Uznałam tę fotografię za absurdalną, bo z reguły debiutującym autorom zależy na autopromocji, a w tym przypadku pisarz wyglądał jakby uczestniczył w programie ochrony świadków koronnych. Informacja odnośnie małego rynku wydawniczego na Wyspach Owczych również była niewiarygodna, ponieważ Farerczycy czytają na potęgę, w czym w światowym rankingu ustępują tylko Islandczykom. Długie zimowe noce oraz kiepska pogoda przez większą część roku sprzyjają czytelnictwu, przez co księgarnie i biblioteki pękają w szwach. Mimo wszystko postanowiłam wyrzec się uprzedzeń i zobaczyć co do zaoferowania ma sama treść „Enklawy”. Dodam, że nie jestem fanką kryminałów, więc nie chcę wypowiadać się o samym warsztacie autora i niuansach związanymi z gatunkiem. Niemniej jednak sama treść oraz zawarta w niej warstwa faktograficzna wzbudziły moje zdumienie, rozczarowanie i niesmak. Już po lekturze „Enklawy” byłam pewna, że „Ove Løgmansbø” to tylko projekt jakiegoś autora widmo.

    W Internecie natknąłem się na informację, że korespondowała Pani z Wydawnictwem Dolnośląskim. Jak przebiegała ta wymiana maili i czy pisała Pani również z autorem?

    Do wydawnictwa napisałam zaraz po przeczytaniu „Enklawy”, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Nie chcę nikogo posądzać o ignorancję, więc wolę założyć, że mój email przepadł w czeluściach spamu. Jeśli chodzi o korespondencję z Ove, to napisał on do mnie w połowie października, informując mnie, że z przykrością przeczytał moją niepochlebną recenzję „Enklawy” opublikowaną na niewielkim portalu www.faroe.pl. Mimo to autor zapewniał mnie, że przyświecają mu najlepsze intencje, jednak nijak nie ustosunkował się do moich zarzutów odnośnie sfabrykowanej tożsamości. Wymieniliśmy jeszcze kilka emaili, ale żaden z nich nie okazał się przełomowy. Dopiero 22 stycznia dostałam wiadomość od pani Moniki Kaczmarek – Klose z Wydawnictwa Dolnośląskiego, która poinformowała mnie o planowanym przyjeździe ekipy DDTVN na Wyspy Owcze oraz poprosiła o pomoc w realizacji materiału na miejscu. Byłam zaskoczona takim obrotem spraw, ponieważ domyślałam się, że wydawnictwo zna moją krytyczną opinię odnośnie całej tej mistyfikacji. Prywatne animozje nie miały tu jednak nic do rzeczy, ponieważ w tamtym czasie przebywałam w Ameryce Południowej, więc już sama odległość wykluczała mój czynny udział w realizacji materiału.

    Jak społeczność na Wyspach Owczych zareagowała na książki Ove Løgmansbø, czyli Remiugiusza Mroza?

    Zacznę od tego, że w październiku 2016 udaliśmy się z mężem do Rygi, gdzie Wyspy Owcze rozgrywały z Łotwą mecz kwalifikacyjny do Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Na dzień przed meczem umówiliśmy się na kolację z paroma osobami z Wysp Owczych, które podobnie jak my przyjechały kibicować farerskiej drużynie. Podczas luźnej rozmowy w restauracji nagle pojawił się wątek Ove Løgmansbø, przy czym temat ten zainteresował jednego z uczestników kolacji – dziennikarza Heriego Simonsena, pracującego w gazecie Sosialurin oraz stacji radiowej Ras2. Heri stwierdził, że jest to ciekawy materiał na wywiad i dzień po meczu nagrał ze mną rozmowę odnośnie „Enklawy” oraz „Połowu”, który miał ukazać się na dniach. Postanowiliśmy, że nagramy materiał w języku angielskim, żeby rozmowę mógł wysłuchać również sam autor oraz osoby z wydawnictwa. Audycję przesłuchano ponad 4000 razy, co okazało się niekwestionowanym hitem. Sprawa zrobiła się dość głośna na Wyspach Owczych, choć domyślam się, że żadne echa nie dotarły do Polski. Szczególnie zdegustowana była rodzina „Á Løgmansbø”, ponieważ jest to historyczne nazwisko ze szczególnym odniesieniem do farerskiej kultury i tradycji, więc wieść o tym, że ktoś podszywa się pod jednego z nich i wykorzystuje to nazwisko do celów marketingowy była dla rodziny szokiem. Remigiusz Mróz po prostu nie zdawał sobie sprawy, że sięga po najgorsze nazwisko z możliwych. Wystarczyło skorzystać z czegoś bardziej rozpowszechnionego jak chociażby „Joensen”, które jest odpowiednikiem naszego „Kowalskiego”. Joensenów jest na Wyspach Owczych ponad 3000, więc oburzenie z pewnością byłoby mniejsze. Autor w czasie spotkania na Wyspach Owczych tłumaczył się, że nie zdawał sobie sprawy z wyjątkowego znaczenia nazwiska „Á Løgmansbø”, podpierając się pospolitością polskich nazwisk. Jest to dla mnie o tyle wątłe tłumaczenie, że nawet w Polsce mamy nazwiska cechujące się przynależnością do rodów arystokratycznych, takich jak np. „Zamoyski”, „Drucki – Lubecki” czy „Czartoryski”. Jestem więc przekonana, że gdyby Remigiusz Mróz chciał sobie wymyślić polski pseudonim, z pewnością trzymałby się z daleka od powyższych nazwisk. Farerczycy równie emocjonalnie zareagowali na nieścisłości związane z miejscowymi realiami. Mróz notorycznie tłumaczył się fikcją literacką, co stanowiło jego główną linię obrony. Problem polega jednak na tym, że dużo łatwiej stworzyć fikcyjną rzeczywistość w takich miejscach jak Nowy Jork czy Londyn, gdzie mnogość miejsc i wielokulturowy miszmasz pozwala ukryć niedostatki znajomości realiów. Tymczasem w tak „policzalnym” mikrokosmosie jak Wyspy Owcze nawet najmniejsze przekłamanie jest od razu uwypuklone.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www. usnplash.com/Jan Erik Waider

    Czy te książki są dobrze udokumentowane?

    To zależy jak spojrzymy na całą sprawę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że pisał je człowiek, który nigdy wcześniej nie był na Wyspach Owczych, to trzeba przyznać, że nie jest aż tak źle. Jednak przez to, że autor próbował wmówić czytelnikom, że jest pół Farerczykiem, moja ocena warstwy realioznawczej jest dość niska. Największym problemem tych książek jest to, że bohaterowie nie myślą, nie mówią i nie zachowują się jak Farerzy. Pukanie do drzwi lub zwracanie się do siebie per „pan”/ „pani” to nie są farerskie zachowania. Autochtoni są również przedstawieni jako zbyt butni, dążący do konfrontacji i szukający rozwiązań w portowych bójkach, tymczasem w rzeczywistości Farerczycy to jeden z najspokojniejszych i najbardziej religijnych narodów Europy. Przekłamany jest również stosunek do Duńczyków. Bohaterowie zbyt często pozwalają sobie na niemiłe komentarze odnośnie przedstawicieli duńskiej metropolii, co nie ma odzwierciedlenia w prawdziwym życiu. Gdyby niechęć względem Danii była rzeczywiście tak ogromna jak w książkach Mroza, Wyspy Owcze już dawno wybiłyby się na niepodległość. Moim zdaniem największym błędem pisarza było zabranie się za serię z Wysp Owczych bez wcześniejszego odwiedzenia archipelagu. To mniej więcej tak, jakby ktoś chciał pisać doktorat z dzieł Sienkiewicza bazując na samych opracowaniach lektur. Mróz ewidentnie podjął się zadania, które go po prostu przerosło, jednak mimo wszystko doceniam uwagę, jaką poświęcił tym osiemnastu skałom na Atlantyku.

    Co Panią tak po ludzku najbardziej zdenerwowało?

    Może się Pan zdziwi, ale bynajmniej nie sama treść książek. Tym co działało mi na nerwy najbardziej, było usilne twierdzenie, że Ove Løgmansbø to rzeczywista postać. Dobijało mnie wmawianie czytelnikom, że to pół Polak, który rozumie naszą słowiańską mentalność i świetnie operuje językiem polskim, ale jednocześnie jest pół Farerem, czyli człowiekiem „stamtąd”, który wyspiarskie realia zna od podszewki i poprzez swoją twórczość uchyli rąbka farerskiej tajemnicy polskiemu czytelnikowi. Nie podobała mi się również seria fikcyjnych wywiadów z autorem, która ukazała się w internecie w ramach promocji poszczególnych książek. Ove opowiadał w nich m.in. że czuje się bardziej związany z Wyspami Owczymi niż z Polską, rozwodził się nad swoim dzieciństwem na archipelagu oraz opowiadał jak to koledzy policjanci z komendy w Tórshavn służyli mu radą i pomocą przy konstruowaniu wątków kryminalnych. Gdyby za cały ten cykl wydawniczy odpowiedzialny był jakiś „Jan Kowalski” albo gdyby Remigiusz Mróz napisał go pod swoim imieniem i nazwiskiem, uznałabym to za świetną wiadomość, że ktoś z Polski postanowił osadzić akcję powieści na Wyspach Owczych. Wówczas z pewnością łagodniej patrzyłabym na wszystkie niedociągnięcia. Niestety wykreowanie postaci „Ove Løgmansbø” okazało się w tym przypadku strzałem w stopę. Sam Remigiusz Mróz twierdzi, że była to dla niego próba sprawdzenia się – swoisty test. Skoro tak, to niestety wynik tego testu oceniam dość mizernie.

    Oglądała Pani materiał w „Dzień Dobry TVN”?

    Materiał oczywiście oglądałam, choć uczucia miałam dość ambiwalentne. Nie dało się w nim wyczuć emocji, jakie publikacje Mroza wzbudziły wśród Farerczyków oraz miejscowej polonii. Jednakże trudno przecież oczekiwać, że TVN pogrąży autora, od którego niedawno wykupił prawa do realizacji seriali na kanwie książek i którego trzeba w związku z tym promować. Po obejrzeniu tego materiału można odnieść wrażenie, że na Wyspach Owczych w zasadzie nic się nie stało, a miejscowi czekają teraz na tłumaczenie książek na język farerski. Nic bardziej mylnego! Sprawa do tej pory jest komentowana w farerskich mediach. Wielki miłośnik Wysp Owczych – Matthew Workman z amerykańskiego Oregonu, od lat nagrywający audycje o nazwie „The Faroe Podcast”, poświęcił sprawie Ove Løgmansbø jeden odcinek swojego programu. W farerskim radiu odbyła się z kolei debata, na którą zaproszono dwóch miejscowych pisarzy, aby wypowiedzieli się o granicach fikcji literackiej. Z kolei w zeszłym tygodniu w weekendowym wydaniu Sosialurin ukazał się mój tekst dotyczący całej sprawy – tym razem w języku farerskim.

  • „Nic tak nie nakręca zainteresowania książką, jak mały skandal”. Tomasz Pietrzak z Guarana PR o Remigiuszu Mrozie.

    O książkach Remigiusza Mroza pisanych pod pseudonimem Ove Løgmansbø, powiedziano już od wczoraj prawie wszystko. Głos w „Dzień Dobry TVN” zabrał sam zainteresowany, sprawę zaczęli opisywać fani autora, blogerzy, Kuba Ćwiek napisał wczoraj u mnie fajny felieton. Żeby zamknąć temat, rozmawiam dziś z Tomaszem Pietrzakiem z agencji Guarana PR. Co ważne, właściciel agencji jest też pisarzem i to dwukrotnie nominowanym do Nagrody Nike. Czy cała sytuacja wpłynie jakoś na wizerunek Remigiusza Mroza? Zaszkodzi, pomoże?

    Z racji tego, że jest Pan zarówno PR-owcem, jaki i pisarzem, to łatwiej Panu ocenić całe to zamieszanie. O ile to jest w ogóle zamieszanie. Na pomysł pisania pod pseudonimem wpadł  Remigiusz Mróz czy jego wydawnictwo?

    Tomasz Pietrzak, właściciel Guarana PR i poeta dwukrotnie nominowany do Nagrody Nike: Pisanie pod pseudonimem lub heteronimem nie jest niczym nowym w literaturze. Pod wymyślonym nazwiskiem pisali m.in. C.S. Lewis (jako Clive Hamilton), Michael Crichton (m.in. jako John Lange) czy JK Rowling (Robert Galbraith), wszystko wskazuje także na to, że „Wiliam Shakespeare” to pseudonim. Lista jest długa, a zatem Remigiusz Mróz nie jest odosobniony. To zabieg popularny, stosowany zarówno przez samych autorów, jaki i przez wydawnictwa. Przykład? Sylvia Plath nie chciała wydać „Szklanego klosza” pod swoim nazwiskiem, bo uważała, że powieść jest pot-boilerem, który miał jej dać tylko zarobić. Książkę wydała jako Victoria Lucas. JK Rowling z kolei chciała przetestować rynek, czy uda jej się sprzedać coś, co nie będzie sygnowane jej nazwiskiem-marką. W obu przypadkach jednak sprzedaż ruszyła dopiero w momencie, kiedy poznaliśmy prawdziwych autorów. W obu przypadkach był to także pomysł samych autorek. Jaki był cel Remigiusza Mroza? O to należałoby chyba zapytać samego autora. Nie doszukiwałbym się jednak marketingowych chwytów wydawnictwa, raczej tańca z czytelnikiem, do której autor ma prawo. Wszystko wskazuje na to, że pisarzowi, który przecież ma już swoją pozycję i czytelników, zależało bardziej na „oddechu”. Umożliwiła to wymyślona postać pisarza. Czasami w twórczości pisarskiej jest tak, że eksperyment literacki jest łatwiejszy do przeprowadzenia pod pseudonimem. Pisarz nie czuje się wówczas zablokowany swoją dotychczasową twórczością, nie musi się ścigać sam z sobą, z marudnością krytyków. Jest jak debiutant. Autora nie ocenia się przez pryzmat poprzednich książek. Każdy pisarz ma do tego prawo i wielu z tego powszechnie korzysta, o wielu nie wiemy. To pozwala otworzyć się także na zupełnie innego czytelnika, także tego, który wcześniej mógł być zrażony do twórczości Remigiusza Mroza. Czy był to pomysł wydawnictwa czy autora – trudno rozstrzygnąć. Ufam, że autora.

    Takie działanie ma w ogóle jakikolwiek sens?

    Do tego trzeba podejść z dystansem, jak do całej literatury. Zapewne dla autora pisanie pod pseudonimem miało sens, może w ten sposób poczuł mniejszą presję, swoiste katharsis, które otwarło go na nowe tematy, język, styl. Nie wiem na ile było to korzystne dla wydawnictwa. Fakt, powito skandynawsko brzmiącego autora, piszącego kryminał, ale „Remigiusz Mróz” to już marka sama w sobie. Pod tym względem jest to działanie dość niemarketingowe, wiążące się bowiem z wypromowaniem nowego nazwiska. Z drugiej strony, zamieszanie jakie powstało po literackim „comming out’cie” okazało się doskonałym, aczkowiek chyba nie do końca zaplanowanym „PR stunt’em” – o tym się dziś mówi, o tym się dyskutuje, to budzi skrajne emocje, komentarze, „hejty” – nic tak nie nakręca zainteresowania książką, jak mały skandal. To chwyt stary jak sama literatura.

    Zarzuty niektórych osób mieszkających na Wyspach Owczych chyba nie pomagają Mrozowi?

    Jakoś nie widać, aby masy obywateli Wysp Owczych maszerowały pod dom Remigiusza Mroza z widłami i pochodniami. Wyspy Owcze nie grożą nam także sankcjami z tego tytułu. Odrobina niegroźnej i niekryminalnej kontrowersji, zamieszania, skandalu nie zaszkodziła jeszcze żadnemu pisarzowi.

    Jak dalej potoczy się ta sprawa z punktu widzenia wizerunku publicznego? Pozyska nowych fanów, czy utraci część obecnych? A może i to i to?

    Tak jak wizerunek JK Rowling nie ucierpiał po zdemaskowaniu jej pseudonimu, tak nie grozi to również Remigiuszowi Mrozowi. Może on co najwyżej zostać uznany za płodnego pisarza, który ma niespożyte pokłady wyobraźni, rozkładające się na kilka osobowości. Oczywiście przez najbliższy czas autor będzie musiał łopatologicznie wykładać wszystkim wokół dlaczego, po co, jaki miał cel i ile na tym zarobił, ale to w niczym nie zaszkodzi pisarzowi. Co więcej, przez to jego twórczość może wydać się ciekawsza, bo z jednej strony po Mroza sięgną czytelnicy Løgmansbø, a z drugiej czytelnicy Løgmansbø po Mroza.

  • „Moja pierwsza lawina chciała dopaść mnie na Alasce”. Rafał Urbanelis o swojej książce „Poza trasą”.

    Miejsca tworzą ludzi, ludzie tworzą miejsca. Idealnie podsumowanie całej książki Rafała Urbanelisa. Każdy spotkany na jego trasie człowiek odciska w nim piętno, każdy tworzy wspomnienia, i każdy jest kolejnym krokiem na jego trasie przez świat. Jak przekraczać wewnętrzne bariery, czy można mieć podróżowanie wpisane w DNA, o tym rozmawiam z autorem książki „Poza trasą”. 

    Chyba nie potrafisz usiedzieć w domu, gdzie teraz jesteś i co robisz? 

    Odpowiadam teraz na Twoje pytania będąc w Iranie – wysoko w górach. Jest tu bardzo kiepski internet. Mam nadzieję, że uda mi się wysłać tekst odpowiedzi i przeprowadzić sensowną komunikację.  

    Ile dni w roku spędzasz poza domem?

    Na odpowiedź ma wpływ nie tylko życie prywatne ale i służbowe. Jestem konsultantem i praktycznie od 15 lat żyję na walizkach. Rocznie wsiadam do samolotu około 80 razy. Czasem sam sobie się dziwię, że po lataniu służbowo, mam ochotę wsiąść w samolot i z czterema przesiadkami lecieć na drugi koniec świata pojeździć na nartach. Może się po prostu przyzwyczaiłem? Może samolot to dla mnie już nie tylko środek transportu ale też miejsce gdzie potrafię się, nawet w najtańszych klasach podróży, zorganizować i poczuć w miarę komfortowo? A może to moje DNA, które ponoć w prostej linii pochodzi od lapońskiego plemienia Sami – nomadów prowadzących koczowniczy tryb życia? Kto wie…

    Jak się zaczęła Twoja fascynacja nartami? I to nie takimi, że jak normalny człowiek sobie zjeżdżasz spokojnie z górki, Ty musisz poza trasą, żeby trudniej, żeby bardziej męcząco, żeby ciekawiej…

    Każdy narciarz pozatrasowy, freerider zaczyna od jazdy po ubitych stokach. Jeździsz dużo, szybko, czujesz że osiągnąłeś już maksimum możliwości i masz parę dróg do wyboru: albo zaczynasz jeździć na tyczkach i rozwijasz się w kierunku zawodnika, albo wybierasz snow-park i fikasz koziołki, albo idziesz w góry poza trasę, albo zaczynasz jeździć na desce. Ja spróbowałem trochę koziołków – sprawa zakończyła się poważnym wypadkiem i złamaną ręką, spróbowałem też na krótko deski – ale to nie było to, i w końcu wygrała miłość do gór, do przyrody, do dziczy. Najpierw jakieś boczki, jakiś lasek, trochę pod wyciągiem. Potem coraz dalej i dalej od ubitych stoków, od tłumów. Zaczynasz na poważnie przygodę ze ski-touringiem, próbujesz heliski, szukasz coraz bardziej idealnych warunków i prawdziwego puchu, zaczyna cię to wciągać. Zgłębiasz tematy lawin i bezpieczeństwa. Do tego wszystkiego dochodzą pasjonujące podróże w bardzo egzotyczne i słabo zaludnione miejsca. I nim się obejrzysz okazuje się, że bez freeride ciężko ci sobie wyobrazić sezon narciarski. Tak to się zaczęło u mnie.

    To jest sport dla każdego, czy raczej dla tak pozytywnie zakręconych świrów jak Ty?

    Każdy narciarz, który bardzo dobrze radzi dobie na trasach w każdych warunkach może pomyśleć o tym, by zjechać poza trasę.

    www.unsplash.com/Tobias Christopher

    Oglądając filmiki na Youtubie wygląda to bardzo efektownie. To jest niebezpieczna i kontuzjogenna zabawa?

    Niebepieczeństwa i kontuzje się zdarzają – jak w wielu dyscyplinach sportu. Moja pierwsza lawina chciała dopaść mnie na Alasce. Przy którymś kolejnym zjeździe śnieg nagle zaczął mnie wyprzedzać i zrobiło się nieciekawie. Na szczęście udało mi się ustać, nabrać szybko prędkości i zanim lawina się rozpędziła – wyjechać z boku. Przestraszyłem się mocno. Po czymś takim dużo bardziej zaczynasz uważać. Oczywiście są też niebezpieczeństwa zależne od lokalizacji geograficznej w której jeździsz: na przykład Spitsbergen to jedyne miejsce na świecie, gdzie zjeżdżałem z karabinem strzelca wyborowego na plecach – na wypadek spotkania niedźwiedzia polarnego. W zupełnie odludnych miejscach są też niebezpieczeństwa związane z zabłądzeniem a w konsekwencji na przykład z hipotermią. Na szczęście nic podobnego mi się nie zdarzyło – niemal zawsze jeżdżę z mapą. Miałem jedną niezbyt ciekawą przygodę ze skuterem śnieżnym na wspomnianym Spitsbergenie, który zakopał się po ramę w kopnym śniegu na bardzo stromym stoku. Nie mieliśmy wtedy sprzętu alpinistycznego, nie było żadnego pogotowia ani pomocy po którą można było się zwrócić. Musieliśmy go wykopać sami. Reasumując, i odpowiadając na twoje pytanie, myślę sobie jednak, że wyznacznikiem klasy narciarza powinno być nie to jak wiele niebezpieczeństw spotkał, ale raczej jak długo bezpiecznie jeździ poza trasą.

     Twoja książka „Poza trasą” jest przede wszystkim o spotkaniach z ludźmi. Które najbardziej zapadło Ci w pamięci, o którym będziesz opowiadał wnukom?

    Każde zapadło w pamięć i każde było na swój sposób szczególne – stąd pewnie książka. Zapewne jednak Javier, od którego książka się zaczyna, zasługuje na wskazanie, bo to od niego zaczęły się moje książkowe plany. To o nim napisałem relację ze spotkania na blogu. I ta relacja bardzo spodobała się moim znajomym i czytelnikom. Pewnie dlatego napisałem kolejne historie. A po nich pojawiły sie plany wydawnicze. Pomysł, by narciarską książkę podróżniczą skoncentrować wkoło poznanych na całym świecie ludzi na początku niezbyt podobał się wydawcom. Na szczęście udało mi się znaleźć tego odpowiedniego. 

    Zawiodłeś się kiedyś na poznanych w trasie, a może lepiej, poza trasą ludziach?

    Oczywiście – rozczarowania się zdarzają. Ale póki nie są to znani dobrze ludzie, z którymi się zżyłeś – to nie jest coś co bardzo w ciebie uderza. Chyba dużo większy zawód, czy może dwa – spotkały mnie na przestrzeni ostatnich lat w pracy. Są ludzie, których znasz lata – wydaje się że dobrze, którym zaufałeś, których zapraszałeś wiele razy do domu na kolację, a którzy na końcu podkładają ci świnię i obrabiają tyłek za plecami. To jest dopiero coś z czym trudno ci się pogodzić. I przy tym fakt, że kirgiski taksówkarz oszuka cię na 10 dolców nie ma tak naprawdę wielkiego znaczenia. 

    Na koniec powiedz mi, jak zacząć? Załóżmy, że chciałbym spróbować, jakie cechy powinienem mieć, jaki budżet, ile wolnego czasu? 

    Przede wszystkim zaczynałbym z kimś, kto umie to robić. Dziś na rynku są firmy, które pomagają stawiać narciarzom pierwsze kroki poza trasami. Należy jednak bardzo pamiętać, aby była to firma, która zatrudnia przewodników z certyfikatami IVBV. Jak ognia należy unikać wszelkich firm które rzekomo gwarantują adrenalinę, przygodę i dobrą zabawę, ale organizują wyjazdy na zasadzie tzw. „wyjazdów partnerskich”, albo zatrudniają rzekomo doświadczonych ludzi (często używają podstępnie słowa „lider” zamiast „przewodnik”) bez certyfikatów. „Wyjazdy partnerskie” czy „lider wyprawy” to zwroty okupiony krwią i dotyczy nie tylko nart – ale również szerzej: gór w ogóle. Nie powinny nas kusić nawet znane nazwiska: w ciągu ostatnich lat kojarzę przynajmniej dwa wypadki śmiertelne, kiedy w góry prowadzili ludzie z pierwszych stron gazet związani z polskim alpinizmem, a jednak bez odpowiednich certyfikatów i uprawnień. Ci ludzie wciąż funkcjonują w środowisku i wciąż organizują „adrenalinowe wyprawy”. 

  • „Remigiusza Mroza owczy (za)pęd”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Zanim oddam głos, a właściwie skrawek Internetu Kubie, to kilka słów ode mnie. Dziś w programie „Dzień Dobry TVN” ukazał się materiał o pisarzu z Wysp Owczych, który wydał bestsellerową trylogię. Całość, blisko siedem minut, zobaczycie klikając tutaj. Okazuje się, że Ove Logmansbo to nasz polski Remigiusz Mróz. Jego fani i fanki szaleją, chwalą pomysł, doceniają spryt autora. Poprosiłem Jakuba Ćwieka, żeby sprawie przyjrzał się głębiej, a on, jak to on, jak już się przyjrzał, to od podstaw. Po kilku godzinach przysłał felieton, do którego lektury zachęcam. 

    Kilka miesięcy temu, mój dobry kumpel, mający zadatki na niezłego pisarza, napisał do mnie z pytaniem, czy czytałem coś Ove Løgmansbø. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie, bo nie ciągnie mnie do szwedzkich kryminałów. Jakoś ta moda nigdy do mnie nie przemówiła. Motywacje zbrodniarzy dalekich mi kulturowo wydawały się zwykle zbyt wydumane, problemy społeczne odległe i trochę „na własne życzenie”, a całe opowieści zbyt chłodne w formie.

    „Tyle, że to kryminał rzekomo z Wysp Owczych” pisze mi kumpel, wyraźnie kładąc akcent na kluczowe dla niego słowo.

    „Rzekomo?” podchwyciłem.

    I wtedy usłyszałem o jego prywatnym śledztwie, o tym, jak zauważył nieścisłości względem opisów znanej sobie kultury wysp, a potem zweryfikował je u znajomych autochtonów, dochodząc do jednego swoim zdaniem słusznego wniosku. Tej książki nie napisał nikt stamtąd.

    Ciekawe, napisałem, choć raczej z grzeczności. Bo w gruncie rzeczy jak mogłem za interesujący uznać fakt, że ktoś z innego kraju podszywa się pod pisarza z wysp, które grzeczną, miłą, stonowaną nudę mają niejako wpisaną w nazwę, a podobno trochę i kulturę. A potem się okazało – najpierw z wpisu na wallu kumpla, a długo później z materiału w „Dzień Dobry TVN”, że Ove Løgmansbø to Remigiusz Mróz. I to już zwróciło moją uwagę.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Karsten Koehn

    Lubię Remka. Mieliśmy się okazję spotkać dwa razy, w tym raz na chwilkę dłużej, kiedy pojawiliśmy się razem w opolskiej śniadaniówce „O!polskie o poranku”. Jako pisarze rodem z Opola i okolic mówiliśmy o swoich książkach przed kamerami, a zanim to nastąpiło, spędziliśmy razem z kolegą Mrozem kilka chwil przy kawie. Potem mignęliśmy sobie na targach, a raz po raz, jak przystało na ludzi wpisujących próżność w koszta, lajkujemy sobie nawzajem wpisy.

    Zawodowo jesteśmy od siebie dość daleko, przede wszystkim dlatego, że Remigiusza Mroza cechuje pisarska dyscyplina, jaka nigdy chyba nie będzie moim udziałem. Całkowicie wierzę w to, jak opisuje swój dzień, że paręnaście godzin pisze, potem biega, a potem redaguje swoje rzeczy, a dla przyjemności – i reaserchu – czyta cudze. To przynosi efekty, jakie sobie zaplanował – sześć poczytnych książek w roku.

    Tym, co nas różni, mam wrażenie jeszcze mocniej, jest podejście do popkultury, bo o ile obaj zajmujemy się jej przetwarzaniem, celem Remka, jest uzasadnione nade wszystko rynkowo naśladownictwo. Każdy z nas prędzej czy później dostaje porównawcze etykietki, staje się polskim kimśtam, ale dla Mroza nie jest to żadna piętnująca szkarłatna litera. To powód do dumy i marketingowy wabik.

    W najlepszej serii Remigiusza, prawniczych thrillerach z Chyłką i Zordonem, jeszcze nie rzuca się to aż tak w oczy – ot, powieści mocno wpisujące się w schematy gatunku. Jednak już taki cykl o Forście to książki, gdzie skala wydarzeń, ich tempo, ilość zwrotów akcji, a nawet struktura rozdziałów przywodzą na myśl powieści Dana Browna. Z kolei opublikowane ostatnio polityczne „Wotum nieufności” nawet sam autor nazywa polskim „House of cards”.

    Podkreślam to wszystko raczej, by wskazać pewne różnice w naszym podejściu do tego samego zawodu niż by Remigiusza w jakiś sposób potępiać. Dopiero bowiem dzisiaj, przy okazji materiału o Ove – i wynikającym z tegoż coming outu – Remek powiedział coś, czego nie mogę zrzucić na karb innego podejścia. Coś, z czym się bardzo mocno nie zgadzam i co, czuję wewnętrznie, muszę sprostować, bo daje fałszywy obraz rzeczywistości.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Mike Kosiakov

    Oto bowiem uzasadniając przyjęcie pseudonimu, kolega Mróz porównał się w tym względzie do Kinga i Rowling. O tym dlaczego przyjął pseudonim, napisał bowiem tak:

    „Z tego samego powodu, dla którego Stephen King powołał niegdyś do życia Richarda Bachamana, a J. K. Rowling Roberta Galbraitha. Pewnie, każde z nas sprzedałoby dużo więcej pod własnym nazwiskiem, ale wszyscy chcieliśmy sprawdzić się jako nieznani autorzy, debiutanci. Poza tym, tak jak Kingowi, mnie również zabrakło miejsca w terminarzu wydawniczym. A kolejne historie wciąż się dobijały z podświadomości…”  (cytat ze strony autora)

    Wszystko pięknie, ale nie ma tu dość kluczowego dla obojga wymienionych czynnika, a mianowicie zarówno King jak i Rowling mieli w swojej głowie… innego pisarza, piszącego skrajnie inne rzeczy. Pod każdym względem inne, bo zarówno w kwestii gatunku, jak i językowej formy, trochę podejścia do świata. U Kingowego Bachmana widać fascynację klasykami amerykańskiej literatury, widać ambicje autora, który nie chce być wyłącznie tym gościem od horrorów, który skompromitował się kiedyś udziałem w reklamie kart kredytowych. Bachman pozwolił Kingowi nade wszystko zdjąć z siebie brzemię autora bestsellerów, opublikować książki niszowe, z innymi ambicjami, niekierujące się prawidłami rynku. Taki jest kameralny w gruncie rzeczy „Wielki marsz”, takie są gniewne „Rage” czy depresyjny, przepełniony frustracją „Ostatni Bastion Barta Dawesa”. Z kolei w opublikowanym po latach „Blaze” widać wyraźne echa Steinbecka. I tak, element nasycenia rynku też miał tu znaczenie niebagatelne, ale to dlatego, że w Stanach owych czasów za przesadę uznawano wydanie… dwóch książek rocznie.

    Rowling z kolei stworzyła Galbraitha by udowodnić samej sobie, ale i po trosze światu, że jest pisarką, a nie tylko stworzoną przez udany marketing autorką opowieści o małym czarodzieju, co zarzucano jej nawet po udanym „Trafnym wyborze” opublikowanym pod własnym nazwiskiem. Napisała kryminał, jak sama mówi, bez presji zarobkowej, ale by się sprawdzić, by zobaczyć czy da sobie radę w gatunku, który ceni sobie jako czytelniczka. Niszowym, umówmy się, bo tak naprawdę poza Skandynawią, świat nie przeżywa obecnie takiego wielkiego bumu na kryminały jak my.

    Słowem – owszem, zarówno Rowling jak i King chcieli się na moment pozbyć brzemienia znanego nazwiska, ale po to, by, i to jest kluczowe, sprawdzić się w czymś, czego dotąd nie robili. Nie chcieli, by ich etykietka wpływała na odbiór czegoś, w czym całkowicie eksperymentują. Oczekiwali szczerej opinii o czymś na czym się nie do końca znają. King w temacie rzeczy, które napisał w większości zanim stał się sławny – i które pisał młodocianym gniewem i determinacją. Rowling by, jak już wspomniałem, ale podkreślę, udowodnić sobie, że to nie było tylko szczęście i zbieg okoliczności, że jest tam, gdzie jest.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Jan Erik Waider

    Na tle tych postaw stworzenie przez Mroza Ove Løgmansbø jawi mi się wyłącznie jako sprytny zabieg marketingowy, nie zaś test dla samego siebie. Oto bowiem nadal mamy do czynienia z kryminałem czyli czymś, w czym Remigiusz czuje się dobrze. Lektura „Enklawy”, a także, a może przede wszystkim wyniki śledztwa kolegi, pozwalają sądzić, że na polu gromadzenia materiałów źródłowych, autor również dramatycznie nie zmienił metody ich pozyskiwania. To nie tak, że kiedyś czytał źródła, a teraz doświadcza wszystkiego sam, co mu zmienia perspektywę.

    Idźmy dalej. Wybór nazwiska też nie jest przypadkowy. Popularność w naszym kraju Larsona, Menkella, Nesbo wciąż jest spora, ludzie szukają czegoś w tym duchu. I nagle pojawia się kolejny skandynawski autor, którego kupują prawem serii. Książki autora mają identyczną oprawę graficzną, co książki Nesbo, blurby pisane są w tym samym stylu, a w nazwisku autor ma charakterystyczną, dla nas nietypową, ukośną kreskę. Jak się to ma do neutralnego Richarda Bachmana, którego King skleił sobie ze swojej miłości do kryminałów i rocka? Jak ma się do Roberta Galbraitha, będącego połączeniem Roberta Kennedy’ego – politycznego idola autorki – z nazwiskiem jej dziecięcego alter ego?


    Oba te nazwiska łączy jeszcze jedno. Są typowe, zwyczajne, nie budzące w czytelniku żadnych w zasadzie skojarzeń z tym, czego może się spodziewać po książce, którą zaraz przeczyta. Ani Bachman, ani Galbraith, to nie jest składowa okładki, nie jest element
    blurba. Nie na chłodno, analitycznie skalkulowany proces pozyskania kolejnego segmentu rynku, wykorzystania literackich mód czytelniczych upodobań czy ich skłonności do owczego pędu.


    To po prostu dwa fałszywe nazwiska.

     

  • „Ziemia, po której chodzimy, nie należy do nas”.

    Jeśli spodziewacie się wywiadu, w którym autora pyta się o to, dlaczego zabił ten, a nie inny, to spokojnie możecie zamknąć stronę. Marta Guzowska rozmawia z Monsem Kallentoftem o uchodźcach, o Szwecji, ale też o najnowszej książce, czyli „Łowcach ognia”. Zapnijcie pasy, przygotujcie dobrą kawę i dajcie się porwać.

    Jest Pan za przyjęciem uchodźców z Bliskiego Wschodu, czy jest Pan temu przeciwny?

    Jestem jak najbardziej za. Chodzi przecież o zwykłe ludzkie współczucie. A także o przekonanie, że ten świat należy do nas wszystkich, nie tylko do garstki wybrańców jakimi, powiedzmy to otwarcie, są Europejczycy. Fakt, że urodziłem się w Szwecji, nie znaczy, że ten kraj do mnie należy. Ludzie mają prawo uciekać przed wojną i terrorem, mają też prawo gonić swoje marzenia. Migracja i imigracja to bardzo pozytywne zjawiska. Patrząc na kraje Europy widzę, że te najbardziej antyimigranckie to jednocześnie te najsłabiej rozwinięte. Nacjonalizm to straszna rzecz, to zawsze kostium, w który przebiera się niepewność i dochodząca do władzy dyktatura. Te tendencje w wielu europejskich krajach są zatrważające. Ludzie muszą się im przeciwstawić! Szczególną rolę do odegrania mają tu media, które nowi despoci próbują kontrolować.

    Czemu więc ludzie tak boją się uchodźców?

    Wielu ludzi obawia się, że uchodźcy zagrażają ich stylowi życia. Ale to bzdura. Przede wszystkim, nie ma czegoś takiego, jak niezmienny styl życia, ciągle musimy adaptować się do zmian. Społeczeństwo ulega ciągłym przemianom, od zawsze, nie dopiero od niedawna. Niektóry ludzie lubią zmiany, inni wolą, żeby ich życie było od początku do końca takie samo. Ale zawsze przykro mi się robi, kiedy patrzę na ludzi, którzy nie nadążają za swoimi czasami i którzy oskarżają uchodźców o całe zło tego świata.

    W Pana najnowszej powieści przetłumaczonej na język polski „Łowcy ognia”, jednym z głównych tematów jest współczesne niewolnictwo, ludzie z Azji pracujący w Europie (i nie tylko na tym kontynencie), za minimalną płacę lub w ogóle za darmo, czasem narażając swoje życie. Czy współczesne niewolnictwo jest obecnie wielkim problemem w Szwecji?

    Jak dotychczas nie, to są marginalne przypadki i mam nadzieję, że nie będzie ich więcej. Ale ten problem narasta w wielu krajach. Pisząc „Łowców ognia” starałem się sobie wyobrazić co byłoby (lub – patrząc na sprawy pesymistycznie – co będzie), jeśli ten problem dotarłby do Szwecji.

     

    W Pana książkach imigranci ani niewolnicy nie są potrzebni, i bez nich szwedzkie społeczeństwo ma mnóstwo problemów. Choroby, rozwody, alkohol, zaniedbywanie dzieci… Czy Szwedzi to w większości optymiści, czy pesymiści?

    Ja bym powiedział raczej, że optymiści. Owszem lubimy kryminały, w których są problemy i zbrodnie, ale to tylko książki. A w Europie są o wiele bardziej przerażające kraje niż Szwecja. Kraje, w których pączkuje dyktatura, prasa jest cenzurowana, na dziennikarzy wywierane są naciski, zakazuje się aborcji, a nacjonalizm kwitnie. To naprawdę większe problemy niż to, co mamy w Szwecji.

    Więc może jednak Szwedzi trochę z tymi swoimi problemami przesadzają… Dla wielu ludzi na całym świecie wasz kraj jest czymś bardzo bliskim raju. A jednak to Szwedzi zostali słynnymi na cały świat specjalistami od wyciągania na wierzch swoich problemów. Ale dlaczego to robicie? Dlaczego nie zamiatacie swoich grzechów pod dywan?

    Nie zgadzam się z tym punktem widzenia, to spore uproszczenie. Przede wszystkim wierzę w wolność i w dyskusję. W innych krajach często zaniedbuje się dyskusję, ukrywa się problemy w kącie, przykrywa dywanem nacjonalizmu i udaje się, ze wszystko jest dobrze. Wolę już wywlekać trudne sprawy na światło dzienne i otwarcie o nich mówić.

    W szwedzkich kryminałach, a Pana nie są wyjątkiem, jest dużo policyjnej pracy zespołowej. Nie ma w nich miejsca dla samotnych wilków?

    Ależ moja bohaterka, Malin Fors, jest trochę takim samotnym wilkiem. Musi sama mierzyć się ze swoimi sprawami: alkoholizmem, lękiem o córkę, trudną relacją z mężczyznami… Natomiast jeśli idzie o pracę, starałem się pokazać w miarę realistycznie działania policjantów. A to zawsze jest praca zespołowa.

    Szwedzi pracują w grupie, prywatne problemy rozwiązują sami. Co jeszcze jest dla nich typowe? Dla reszty Europejczyków stereotypowy Szwed za dużo pije, kocha piękne wnętrza…

    To wszystko prawda. Oprócz tego mamy też bardzo silną etykę pracy. Bywa również, że mamy o sobie bardzo dobre zdanie, generalnie uważamy, że jesteśmy lepsi od innych, mamy wyższe standardy moralne. To oczywiście bzdura!

    A Pan jest optymistą, czy pesymistą? Pytam o to, ponieważ w Pana książkach wiele jest okrucieństwa, życiowego okrucieństwa. Zawsze jest na coś za późno, nie da się wynagrodzić straty, zła… Czy to są Pana poglądy?

    W literaturze najbardziej lubię gatunek noir. A noir zawsze oznacza pesymizm. Ale lubię to tylko w sztuce. Moja filozofia życiowa to miłość, zrozumienie i przede wszystkim osobista wolność. Nienawidzę wszelkich form dogmatyzmu i nacjonalizmu.

    Pana książkowy pesymizm pasuje do ogólnego pesymizmu w ostatnich czasach. Czy myśli pan, że świat się kończy?

    Nie. Żyjemy w okresie zmian, ale raczej nie uda nam się spowodować końca świata. Chociaż on się na pewno zmieni. Przypuszczam jednak, że jego siłą napędową nadal będzie żądza władzy, chciwość i pragnienie miłości.

    Jak Pan uważa, co pomoże ocalić świat?

    Mniej nacjonalizmu, więcej empatii i głębokie zrozumienie, że miejsce, w którym żyjemy, woda, którą pijemy i ziemia, po której chodzimy nie są naszą własnością. Dorzuciłbym jeszcze: nie słuchać demagogów, oni chcą naszego życia i naszych dusz.

    Prowadzi nas to do naszego tradycyjnego ostatniego pytania: jaką książkę ocaliłby Pan przed końcem świata.

    Wystarczyłaby mi tylko jedna: „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego.

    Dziękuję za rozmowę.

  • „Najtrudniej było się umówić z kobietami i muzykami”. Agata Napiórska o „Jak oni pracują”

    Jedni wymyślają pomysły na siłowni, inni piją litry zielonej herbaty, a jeszcze innych, wena nachodzi w trakcie seksu. Jesteście ciekawi jak pracują ludzie kultury i sztuki? Czy deadline ich paraliżuje? Czy jest w ogóle recepta na sukces? Łapcie rozmowę z Agatą Napiórską. 

     

    Jakie były kryteria selekcji bohaterów? W książce przeczytamy zarówno o pisarzach, malarzach, jak i rysownikach.

    Założenie było takie, aby byli to polscy twórcy, którzy sami organizują swój czas pracy. Wybrałam 200 nazwisk, a potem lista zawężała się w zależności od ich dostępności, chęci pojawienia się na łamach książki oraz moich umiejętności detektywistycznych w wyszukiwaniu bezpośrednich numerów telefonów.

    Z kim było się najtrudniej umówić na rozmowę i z czego wynikały te trudności?

    Umawianie się na rozmowy było ogólnie najtrudniejszą częścią pracy nad tym zbiorem wywiadów. Niektóre spotkania były przekładane tyle razy, że w rezultacie nigdy do nich nie doszło. Trudniej było umówić się na rozmowę z kobietami niż z mężczyznami: bo uważały się za mniej kompetentne i częściej twierdziły, że „nie mają o czym opowiadać.” Jeśli chodzi o dziedzinę twórczości, to najmniej dostępni byli muzycy – ze względu na trasy koncertowe.

    Kto z bohaterów ma najbardziej nietypowe przyzwyczajenia?

    Ha, to już proszę sobie przeczytać. 🙂 Na zachętę powiem tylko, że niejeden bohater tej książki Państwa zaskoczy.

    Jak ludzie kultury reagują na magiczne słowo „deadline”?

    Jedni mają go w nosie: bo albo są świetnymi retorykami i umieją tę linię śmierci skutecznie przesuwać, albo nie pojmują grozy ostatecznego terminu. Jeszcze innym najlepiej pracuje się właśnie po deadlinie. Ale większość próbuje się wyrobić na czas. Pomaga myśl o tym, że jak się nie zrobi, to nie zapłacą.

    Wszyscy bohaterowie tworzą. Traktują to jako pracę czy pasję?

    I jedno i drugie. Jedno przechodzi w drugie i trudno je oddzielić. Na tym właśnie polegają twórcze zawody.

    Zazwyczaj pracują na siedząco, leżąco, stojąco, piją kawę, wódkę, colę?

    Żaden z rozmówców nie jest w stanie tworzyć w stanie upojenia alkoholowego. Kieliszek wina – owszem, ale tylko tyle. Wilhelm Sasnal pije po kilkanaście filiżanek mocnej kawy, Basia Wrońska hektolitry wody, Mariusz Szczygieł czasem sięga po kieliszek czerwonego wina, a Katarzyna Bonda zaparza sobie po kilka kubków zielonej herbaty.

    W jakich najdziwniejszych okolicznościach doszło do wymyślenia ciekawych pomysłów? Fotel u dentysty, wizyta w toalecie, trening na siłowni?

    Ile osób, tyle miejsc i sposobów. Nie chciałabym tu wartościować i hierarchizować tych okoliczności. Ale wszystkie wymienione pojawiają się na pewno oraz wiele innych: centra handlowe, spacery ze zwierzętami, prace domowe, gotowanie, seks, czy tzw. przedsenne powidoki.

    Po spisaniu tych wszystkich rozmów znalazła Pani receptę na sukces? Czy jednak jest to sprawa indywidualna?

    To byłoby piękne mieć taką receptę, prawda? Nie ma jednej sprawdzonej. Wszyscy bohaterowie tej książki na swój sukces ciężko i wytrwale pracowali. Na pewno warto wypracować sobie nawyki i rytuały, żeby nie tracić energii na zastanawianie się nad każdą zwyczajną, codzienną czynnością.

    Agata Napiórska, fot: Zuza Krajewska

     

     

  • Marzec zasypie nowościami. Na co warto czekać?

    Drodzy, jak co miesiąc serwuję Wam subiektywny przegląd nowości, które ukażą się w ciągu najbliższych 30 dni. Pierwszeństwo tradycyjnie mają książki, nad którymi smakksiazki.pl ma patronat. Również już tradycyjnie, po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. No to co, lecimy. 

     

     

     

     

     

     

  • Hemingway, Tolkien, Clancy, Grisham w jednym wydawnictwie?

    Czy chętnie czytamy klasykę? Zdania są podzielone. Czy chętnie uczymy się języków obcych? No, to już bardziej. A gdyby połączyć jedno z drugim i czytać klasykę w oryginale? Na taki pomysł wpadli założyciele Wydawnictwa [ze słownikiem]. Czy to się w ogóle opłaca, czy ktoś to czyta, no i jeśli już, to jakie tytuły najchętniej? Łapcie rozmowę z przedstawicielką wydawnictwa. 

    Polacy czytają mało, dlaczego mieliby sięgnąć po książki po angielsku?

    Martyna Różańska, Wydawnictwo [ze słownikiem]: Może i mało czytają, ale za to uczą się, i to coraz intensywniej, języków obcych, a każdy kontakt z żywym językiem przyczynia się do polepszenia umiejętności posługiwania się nim. Jeżeli do tego dodamy fakt, że ten kontakt może polegać na czytaniu fascynujących treści zamiast nudnych, sztucznie przygotowanych czytanek, to mamy receptę na sukces. Nasze książki powstały z myślą o dwóch grupach czytelników – z jednej strony chcemy dotrzeć do tych, którzy uczą się lub chcieliby udoskonalić swoje umiejętności posługiwania się angielskim, a z drugiej do wszystkich tych, którzy na nowo chcieliby odkryć literaturę w oryginale.

     Skąd w ogóle pomysł na założenie wydawnictwa, które wydaje tylko klasykę i to jeszcze w oryginale? Przyzna Pani, że to dość odważne i ryzykowne posunięcie.

    Rzeczywiście gdyby spojrzeć na statystyki czytelnictwa (nie tylko w Polsce) to przy zmniejszającym się czytelnictwie, spadającej liczbie księgarń oraz systematycznie zmniejszającej się wielkości rynku wydawniczego, żaden inwestor o zdrowych zmysłach nie zainwestowałby dziś w Wydawnictwo. Jeżeli dołożymy do tego ryzyko jakie bierze na siebie Wydawca, wielomiesięczne terminy płatności oraz brak jakiejkolwiek gwarancji sukcesu, to można powiedzieć, że w wielu wypadkach branża ta funkcjonuje wyłącznie dzięki pasjonatom. My jednak wierzymy, że produkt, który wyróżnia się na rynku a jednocześnie daje konkretną wartość i korzyści naszym klientom sprzeda się a nasze wydawnictwo odniesie sukces. A sam pomysł – no cóż – można powiedzieć, że to efekt wieloletnich doświadczeń z różnych przedsięwzięć, a w których braliśmy udział. Zawsze fascynowaliśmy się efektywnymi technikami nauczania, technikami pamięciowymi oraz informatyką. Jednocześnie analizując metodyki nauczania języków obcych zauważyliśmy, że ludzie najchętniej uczą się wtedy kiedy poszukują w języku obcym jakiś treści, które ich interesują. Pozostała więc kwestia techniczna jak to zrobić w taki sposób aby udostępnić jak najwięcej tytułów w jak najkrótszym czasie.

    Jaki jest klucz doboru tytułów i ile do tej pory ich wydaliście?

    Do tej pory (czyli w ciągu 6 miesięcy) wydaliśmy 24 tytuły. Póki co skupiliśmy się na klasyce literatury. Oferta jest zróżnicowana – staramy się wydawać dużą ilość tytułów o zróżnicowanej tematyce od książek dla dzieci, poprzez pozycje przygodowe, thrillery a na romansach i erotyce skończywszy.

    Dużym problemem są prawa autorskie do książek, które chcecie wydać, a musicie czekać aż prawa się „uwolnią”? Na jakie tytuły czekacie najbardziej?

    Gdybyśmy mieli czekać na to, aż minie okres ochrony praw autorskich, to na możliwość niektórych publikacji musielibyśmy jeszcze poczekać kilkadziesiąt lat, dlatego rozpoczęliśmy już pierwsze rozmowy z właścicielami praw do tytułów współczesnych. Marzy nam się wydanie dzieł: Nabokova, Orwella, Steinbecka, Hemingwaya, Tolkiena, Kinga, Grishama, Clancy’ego czy Fleminga. Są  już pierwsze efekty tych działań – w najbliższych tygodniach wydamy pierwszą książkę współczesną – poradnik Leo Babauty „Zen habits”.

     Jak wygląda przedsięwzięcie od kuchni? Macie przecież gotową książkę, odpada Wam tłumaczenie…Jak przebiega droga od decyzji, aż do druku?

    Proces zaczyna się od analizy lingwistycznej danego tytułu: specjalnie zaprojektowane na nasze potrzeby oprogramowanie tworzy wstępne wersje słowników. Następnie do akcji wkracza Redakcja, której zadaniem jest weryfikacja zaproponowanych przez program komputerowy poprawności tłumaczeń. Nasze redaktorki rozbudowują i doskonalą słownik, dzięki temu jakość naszych książek z każdym tytułem jest coraz lepsza.

     Który tytuł jest najchętniej czytany?

    Numerem jeden od samego początku są Przygody Sherlocka Holmesa. Bardzo dobrze sprzedaje się również Alicja w Krainie Czarów oraz W 80 dni dookoła świata.

     Sprawdzaliście, kto czyta wydawane przez Was książki? Młodzież, dorośli? Kobiety, mężczyźni? Młodzi, starsi?

    Wprost nie analizowaliśmy naszych czytelników, ale sądząc po odwiedzinach naszego profilu na Facebook, naszym typowym czytelnikiem są kobiety w wieku 15-45 lat.

    Ciekawym rozwiązaniem jest też słownik, znajdujący się na marginesie każdej strony. Rozumiem, że wybieracie co trudniejsze słówka, żeby czytelnik nie musiał odrywać się od książki i sprawdzać znaczenia w tradycyjnym słowniku?

    Cały proces jest znacznie bardziej skomplikowany. Wiadomo, że dla każdego czytelnika pojęcie trudnych słów może oznaczać zupełnie inny zakres słownictwa, dlatego też musieliśmy przyjąć pewne „uśrednienie”. Jako trudne słowa kwalifikujemy te, które są rzadko używane. Krótko mówiąc czym rzadziej używane słowo w języku lub w danej książce tym my je uznajemy jako trudniejsze i jako takie trafia ono do podręcznego słownika znajdującego się na marginesie książki. Oprócz tego każda nasza publikacja zaczyna się słownikiem najprostszych i najczęściej występujących słówek w danej książce a kończy się słownikiem ze wszystkimi wyrazami jakie występują w danej publikacji. Wszystkie te słowniki powstają w oparciu o komputerową analizę lingwistyczną i modele statystyczne.

     I na koniec, ile książek planujecie wydać w tym roku? 

    Nie zamierzamy zwalniać tempa wydawniczego, czyli publikacji średnio 4 tytułów miesięcznie. Oprócz tego już wkrótce udostępnimy pierwsze opowiadania oraz różnorodne materiały merytoryczne w formie ebooków.

     

  • „Są tylko trzy tematy: Miłość, Czas i Śmierć”. Maja Wolny o „Księgobójcy”.

    Thriller literacki o Wiktorze Krzesimie, amsterdamskim księgarzu polskiego pochodzenia, zawodowym podglądaczu, zakochanym w skrywającej liczne tajemnice kobiecie, który zza szyby księgarni prowadzi prywatne śledztwo w sprawie śmierci znanego restauratora mebli. Szyba księgarni, tak jak lustro weneckie, zaciera ślad między tym, kto jest podejrzanym, a kto ofiarą. Jednak jeśli czytelnik będzie wystarczająco uważny, odkryje zaszyfrowany w powieści klucz, który ujawnia imię sprawcy. Wątek kryminalny jest pretekstem do opowieści o starości i sensie osobistych wyborów z perspektywy schyłku życia: grupa podglądanych przez Wiktora przyjaciół, niebanalnych sześćdziesięciolatków, osiedla się wspólnie w wyremontowanej kamienicy naprzeciwko księgarni i zamienia ją w dom „wesołej starości”. Czy w czterech ścianach wąskiego amsterdamskiego domu można ukryć prawdę o zbrodni? A może sprawca znajduje się po drugiej stronie lustra? Przeczytajcie rozmowę z autorką. 

    Jest Pani w stanie wyobrazić sobie taką miłość do książek jak u Wiktora Krzesima, właściciela antykwariatu w Amsterdamie? 

    Emocje Wiktora są mi bardzo bliskie. Jeśli mogę sparafrazować Flauberta o Emmie Bovary, to Wiktor c’est moi. Po raz pierwszy napisałam powieść z perspektywy mężczyzny i obdarowałam mojego bohatera własnymi obsesjami.Taka anachroniczna miłość do książek jest rzadką przypadłością, ale wciąż się zdarza.

    Drugą jego wielką miłością, a może nawet manią jest Marianna. To jeszcze uczucie czy już obsesja?

    Uczucie do Marianny urosło w samotności, w oddaleniu. To jest miłość emigrancka, spotęgowana przez kontekst, w którym bohaterowie się znaleźli. On kocha obsesyjnie, jest gotowy na to, że roztrzaska się z miłości – po prostu nie ma żadnych amortyzatorów. Hmh, właśnie zauważam, że w słowie „amortyzator” ukrył się „amor”…

    Epizod pracy w księgarni bardziej pomógł przy pisaniu tej książki czy bardziej zaszkodził?

    Byłam złym i nieporadnym księgarzem. Uszczęśliwiała mnie praca w otoczeniu książek, ale ze sprzedażą szło mi gorzej. Powieściowy Wiktor też nie wpisuje się w prawa rynku, nie robi inwentaryzacji, księgowy na niego krzyczy. Dzięki temu doświadczeniu zawodowemu wiele zrozumiałam. Na przykład to, że nie powinno się w godzinach pracy przesiadywać na zapleczu i pisać powieści. A ja właśnie tak robiłam, co nie wychodziło sprzedaży na dobre:)

    W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że Amsterdam to stolica wolności. Fabuła „Księgobójcy” dowodzi, że ta wolność może jednak być zgubna. 

    Kiedy w 2001 przyjechałam do Amsterdamu na stypendium, odurzyła mnie swoboda, głośny śmiech na ulicach, niski poziom lęku. Nie wiem, czy Pan to pamięta, ale w tamtych czasach w Polsce nie pijało się nieprzegotowanej wody z kranu. To był jakiś podświadomy strach, nieufność. Mało kto wtedy w dużych polskich miastach jeździł na rowerach. Mężczyźni nosili szare garnitury i krótko podcięte włosy. Tatuaże były zarezerwowane dla recydywistów. Niby tak niedawno, a jednak ogromna to była różnica. Kiedy sobie tak chodziłam jako studentka nad amsterdamskimi kanałami, myślałam, że jestem wielką szczęściarą, że mogę się cieszyć właśnie taką wolnością: kolorową, różnorodną, ufną. Potem zgłębiłam historię Amsterdamu i dostrzegłam, że ta kolorowa powierzchowność skądś się bierze: mieszkańcy tego miasta mają egalitaryzm i poszanowanie wolności w genach. Amsterdam jest swego rodzaju cudem i triumfem wspólnego ludzkiego wysiłku: miasto wyrosło na błotach. Te cudne siedemnastowieczne kamieniczki stoją na dębowych palach wbitych w muł, inaczej by się zapadły. Burmistrz Amsterdamu i wiele znanych osobistości jeżdżą sobie beztrosko na rowerach z siatkami i koszykami na zakupy. Żadnych limuzyn. Wolność i równość. Tą wolnością można się upić, zachłysnąć. Wolność może człowieka zniszczyć, tak jak miłość.

    Maja Wolny, fot: Koen Bross

    Skoro już przy stolicy Holandii jesteśmy, to jest to miasto Pani bliskie, to po pierwsze. A po drugie, z tego co wiem, antykwariat, w którym toczy się znaczna się akcji, w ogóle nie istnieje, prawda?

    Księgarnia-antykwariat Scripta nie istnieje, ale jest za to Pegasus, mekka slawistów. Malutka księgarenka z literaturą Europy Środkowej i Wschodniej (głównie rosyjskiej) na Singlu. Okna powieściowego Wiktora wychodzą dokładnie na to miejsce:)

    Skąd pomysł na dość nietypową metodę morderstw?

    Jako dziecko bardzo dużo chorowałam. Można powiedzieć, że mam duże doświadczenie medyczne:). Medycyna, chirurgia, anatomia – te motywy będą powracały w moich kolejnych książkach. Szczegóły zaczerpnęłam z opowieści znajomej lekarki, która na pewnej uroczej kolacji we Francji rozważała możliwości morderstwa doskonałego.

    Ile jest w Pani Kary, bohaterki powieści „Kara”?

    Jestem do niej bardzo przywiązana, ale na szczęście i na nieszczęście życie inaczej nam się ułożyło. 

    Praktycznie we wszystkich Pani książkach mocno zaznaczony jest wątek śmierci. Dlaczego tak duży nacisk Pani kładzie właśnie na ten aspekt?

    Sparafrazuję Willa Smitha w „Ukrytym pięknie” – są tylko trzy tematy: Miłość, Czas i Śmierć. Wiktor mówi w pewnym momencie, że się śmiercią w ogóle nie zajmuje: „ Inni łażą za nią (za śmiercią), kupują kwiatki, przekupują lampionami, świecidełkami, pucują groby, a ja przeciwnie: w ogóle nie chodzę na cmentarze. Nie wierzę w życie pozagrobowe, więc mam spokój ze śmiercią. Nie muszę się dogadywać ani licytować, czy niebo, czy czyściec.”. I oczywiście kokietuje, bo zajmuje się nią cały czas. Tak  jak my wszyscy.

    Wracając jeszcze do „Księgobójcy”, praktycznie od połowy książki wiedziałem kto zabił, a na końcu się okazało, że jednak zabił kto inny. Wyprowadziła Pani czytelników w pole. 

    Bardzo się cieszę. Taką miałam nadzieję.