Kategoria: Aktualności

  • „Jesteśmy ostatnim pokoleniem do odstrzału”, wywiad z Rafałem Cichowskim.

     

    Kto nie marzył o wyprawie na inną planetę, niech podniesie rękę. No właśnie, wszyscy, albo prawie wszyscy. Dajcie się więc zabrać w podróż poza Ziemię. Obiecuję, że wrócicie tu za kilkaset lat. Cali, zdrowi i nieśmiertelni. Zapnijcie pasy i zaczytajcie się w „Pyle Ziemi”. Przed Państwem Rafał Cichowski.

    Czym jeździsz?

    BMW.

    Skąd sentyment akurat do niemieckich samochodów?

    Interesuję się motoryzacja od dziecka. Przerobiłem dużo różnych marek. Jakoś tak się złożyło, że od jakiegoś czasu jeżdżę tą konkretną. Miałem już kilka aut, starszych, młodszych, nawet dwudziestoparoletnich, gdzie każde odpalenie silnika to było małe święto, bo nigdy nie wiedziałem czy ruszy. Każda przejażdżka to była niezła przygoda, musiałem się też nauczyć podstaw mechaniki. Może to kwestia designu, a może tej takiej dziwnej duszy, którą mają te „zjeżdżone graty”.

    Dużo zainwestowałeś w wydanie „2049”?

    W „2049” zainwestowałem przede wszystkim mnóstwo czasu i energii, bo promocję robiłem sobie sam. Wysyłałem tony maili. Jeździłem, spotykałem się z ludźmi. Zapukałem do każdych drzwi, żeby załatwić sobie jakieś recenzje. Żeby ta książka gdzieś tam zaistniała, a nie przepadła, bo wierzyłem w ten materiał. Własnoręcznie przetłumaczyłem ją na angielski i szukałem wydawcy za granicą, ale tam z perspektywy obcokrajowca jest jeszcze trudniej zadebiutować niż u nas. Chociaż było jedno wydawnictwo poważnie zainteresowane wydrukowaniem mnie, ale koniec końców stwierdzili, że współpraca z osobą z Europy będzie zbyt karkołomna. Książa za to bardzo im się podobała.

    A teraz z perspektywy czasu jakie jest Twoje zdanie o self- publishingu?

    Z perspektywy czasu wydaje mi się, że debiut literacki zależy głównie od szczęścia. Niektóre osoby trafią w gusta wydawnictwa i zadebiutują. Ale większość niestety nie. Ilość ludzi dobrze piszących mocno przekracza możliwości wydawnictw. Dlatego czemu nie spróbować samemu wyjść z szuflady? Nie widzę nic uwłaczającego w tym, że ktoś sam sobie wyda książkę, czy nawet zapłaci komuś, żeby mu tę książkę wydał. Jeżeli to będzie dobra literatura, to ona się sama obroni i ludzie będą ją czytać. Jest to sensowniejsze niż czekanie latami aż ktoś się zlituje, pochyli i z łaski swojej puści twoje dzieło do druku. Ja tak czekałem przez dziesięć lat. Wysyłałem różne moje książki do wszystkich wydawnictw w Polsce i nic się nie działo, a jednocześnie utrzymywałem się z pisania (praca w gazetach a później w reklamie), więc jakieś umiejętności literackie musiałem posiadać. Realia są jakie są. W Polsce większość ludzi nie czyta książek. Wydawcy prowadzą firmy, które muszą być rentowne i nie jest tak, jak w idealnym świecie, że dobra książka pójdzie do druku, a niedobra nie pójdzie. Często wydaje się rzeczy, dlatego, że zarobią pieniądze, niezależnie od ich jakości.

    Ale sam wiesz, że to są jednostkowe przypadki, że komuś udaje się z self-publishingu wybić.

    Jasne. Co nie zmienia faktu, że lepiej wydać, niż nie wydać wcale. Lepiej wyjść z tej szuflady i nawet mieć tych piętnastu czytelników, bo przynajmniej jest jakiś feedback, ktoś coś powie. Ktoś przeczyta tę książkę i będzie jakaś opinia o niej docierała do autora. To jest jakiś krok, żeby doskonalić warsztat.

    O czym są Twoje książki, które leżą w szufladzie i pewnie już ich nie wyciągniesz?

    O wszystkim tak naprawdę. Napisałem eksperymentalną opowieść o grupie artystycznej, która jeździ po wyimaginowanym świecie i gra koncerty. Miarą ich doskonałości jest to, ile osób dostanie zawału podczas występów. To jest totalnie abstrakcyjna i absurdalna rzecz z dużą dozą przewrotnego humoru. Napisałem też książkę o gościach z blokowisk sprowadzających samochody. Rzecz się dzieje zaraz po tym gdy otworzono granice i można było przywozić każdy szrot z Niemiec. To książka oparta na doświadczeniach moich znajomych z liceum i z osiedla. Tak więc tematycznie bardzo duży rozrzut jest w tym, co pisałem do tej pory. Czerpałem z różnych gatunków i to w „Pyle Ziemi” widać, bo od zawsze sięgałem w wielu kierunkach i próbowałem to lepić w jedną całość. W czytaniu i w pisaniu nie ograniczam się nigdy do jednego gatunku.

    W recenzji, która pojawiła się w katowickiej Gazecie Wyborczej napisałem, że to jest taki misz masz. Jakbyś po trochu wyciągał z różnych gatunków. Jak bardzo według Ciebie rozwinie się jeszcze technologia? Czy jest jakaś ściana, do której możemy dojść?

    Myślę, że Ziemia ma niestety datę ważności i zbliżamy się do momentu, kiedy wyeksploatujemy ją do tego stopnia, że będziemy musieli stąd uciekać. To nie jest tylko moje zdanie, bo wielu futurologów pokazuje, że jedynym słusznym kierunkiem jest góra czyli ucieczka do gwiazd, szukanie nowych miejsc, gdzie człowiek może się osiedlić, bo Ziemia nas nie wytrzyma w pewnym momencie. Ja bym chciał, żeby było inaczej. Żebyśmy naprawdę korzystali tylko z tego, czego potrzebujemy i nie eksploatowali Ziemi, ale nie sądzę, żeby nam się to udało, bo natura ludzka jest taka jaka jest. I chyba będziemy musieli stąd odlecieć.

    www.unsplash.com/NASA

    A jak jest z tą nieśmiertelnością, o której piszesz w „Pyle ziemi”?

    Sądzę, że to nie jest kwestia jakiejś tam odległej przyszłości, bo w tym momencie są prowadzone bardzo zaawansowane badania nad lekami, które zatrzymują proces starzenia. Wielu naukowców postrzega starzenie się jako chorobę, którą niebawem można będzie wyleczyć. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach i moim zdaniem jeszcze za naszego życia doświadczymy wielu rewolucji naukowych. Mam znajomego, który bardzo interesuje się tematem i jest przekonany, że to my jesteśmy ostatnim pokoleniem do odstrzału. Później już ludzie przestaną umierać.

    Ja natomiast przeczytałem, że w 2054 roku będziemy w stanie przeszczepić wątrobę, która będzie wydrukowana na drukarce 3D.

    Bardzo prawdopodobne. Wczoraj czytałem, że stworzono sztuczną synapsę. Zbliżamy się wielkimi krokami do stworzenia post-człowieka. W pewnym momencie organiczne ciało stanie się opcjonalne.

    Przeczytałeś wszystkie książki Lema?

    Nie. Jeśli chodzi o science fiction jestem bardzo cienki i przyznaję się do tego bez bicia. Czytam bardzo różne rzeczy. Sięgam oczywiście po S-F, ale bardziej leży mi literatura amerykańska i generalnie autorzy, którzy stoją na pograniczu gatunków. Szukam osób, które nie boją się wykraczać poza schematy.

    Kto nie wykracza?

    Mark Danielewski, na przykład. To jest gość, który napisał „Dom z liści”, który teraz został przetłumaczony i wydany przez MAGa w Polsce. On stoi rozkrokiem pomiędzy horrorem, science fiction, romansem, ale też trochę wymyśla książkę na nowo. Zaciera granice pomiędzy literaturą a designem. Trzeba zobaczyć jego książkę, żeby zrozumieć o co chodzi. Tam często tekst nie niesie znaczenia w sensie słów czy zdań, ale jest obrazem. Wizualna strona jego książek jest bardzo ważna.

    Kto jest Ci bliższy z bohaterów „Pyłu ziemi” Rez czy Lilo ?

    Oni są trochę jednym bohaterem. To są takie dwie połówki, które próbują się z powrotem skleić w całość.

    Wiesz z czym mi się skojarzyli od razu? Jesteśmy mniej więcej w podobnym wieku, więc z Pi i Sigmą. Oni też byli niby dwa osobne ciała, ale…

    Tak, tak. Jak za długo patrzysz na coś, to to coś zaczyna znikać. Rez i Lilo są przykładem osób, które są ze sobą już tak długo, że praktycznie dla siebie przestali istnieć. Oni by chcieli, żeby coś tam między nimi się wydarzyło i Rez walczy o to. To jest taka metafora długodystansowego związku. Sądzę, że można ich traktować jako całość, więc ciężko mi rozgraniczać i powiedzieć kogo lubię bardziej.

    A co byś powiedział, gdyby ktoś zaproponował odczytywanie „Pyłu ziemi”w podobny sposób jak „2049”? Tamta książka jest poniekąd satyrą na nasze współczesne czasy. I gdyby odczytać „Pył ziemi” jako taką, może nie satyrę, ale diagnozę?

    Myślę, że ta książka mówi sporo o tym, że człowiek niezależnie od technologii zawsze pozostanie człowiekiem. Ciężko mu będzie się zmienić, ciężko mu będzie pozbyć się pewnych cech, które są w nas zwierzęce. Możemy zbudować sobie super statek, ale dalej będziemy ludźmi i pokłócimy się na tym statku i doprowadzimy do wojny domowej na przykład. Jest taki epizod w „Pyle ziemi”. Nie pisałem tego jako przestrogi w żadnym wypadku, bo nie chcę moralizować. To jest po prostu wariacja na temat co mogłoby się stać gdybyśmy faktycznie doprowadzili do tego, że technologia, która posiadamy zacznie nas przerastać. W jaki sposób człowiek za tysiąc lat będzie obcował z ta technologią, jaki będzie jego stosunek do Ziemi i do świata.

     

  • Byli „Blues Brothers”, teraz czas na „Miłoszewscy Brothers”?

    Zygmunta Miłoszewskiego przedstawiać nikomu nie trzeba. Natomiast jego brata, owszem. Jest scenarzystą „Watahy”, a także „Prokuratora”. Teraz wkracza na scenę beletrystyki, a „Inwazja” to jego debiut. Będzie petarda, czy może niewypał? Tego dowiemy się już 24 maja, kiedy książka trafi do sprzedaży w sieci Empik.

    Współczesna Polska, w której żyją: Roman, były żołnierz wojsk specjalnych i uczestnik wielu zagranicznych misji, Danuta – kobieta kochająca luksus, ciężko pracująca i całkowicie uzależniona od ojca tyrana oraz Michał, bezrobotny historyk z żoną i dwójką dzieci. Tych bohaterów nic nie łączy do momentu, kiedy ich życie nie ulega drastycznej zmianie – kraj, w którym żyją, znajdzie się w stanie wojny. Jak doszło do inwazji? Dlaczego Putin zaatakował Polskę? Gdzie są nasi sojusznicy?

    Trwa inwazja. Wojska rosyjskie wchodzą na terytorium Polski, a Roman, Danuta i Michał zostają zmuszeni do całkowitej zmiany swojego dotychczasowego życia. Roman wrócił do służby i dowodzi oddziałem w nierównej walce z Rosjanami, Danuta dojrzewa do buntu przeciw ojcu, który prowadzi ciemne interesy, a Michał postanawia uciekać z rodziną ze zniszczonego miasta, zajętego przez Rosjan. Autor, wykorzystując swoje doświadczenie scenarzysty, łączy elementy sensacyjne, militarne, romansowe i futurologiczne.

    Czy Wojciech Miłoszewski pójdzie w ślady Zygmunta i zostanie gwiazdą literatury, czy pozostanie tylko bratem „tego” Miłoszewskiego? Przekonamy się już za miesiąc z małym okładem. Pewne jest natomiast, że z autorem będziecie mogli się spotkać zarówno na Festiwalu Literatury Apostrof, a także na Stadionie Narodowym, w trakcie Warszawskich Targów Książki.

  • „Jeśli macie w Polsce jakieś fajne mity, to może wykorzystam je w swoich książkach”. Rozmowa z Siri Pettersen.

    Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy pomysł, żeby gdzieś polecieć, ale zaraz po nim przyjdzie wymówka, że nie macie czasu, to macie rację. Jest to tylko wymówka. Wybiegnijcie trochę w przód, zaplanujcie loty i już. W przypadku Siri Pettersen było tak: wylot o 6 rano z Krakowa, wywiad o 12 w centrum Oslo, o 20:30 samolot do Krakowa. Wyszło nam super spotkanie, a Siri jest fantastyczną dziewczyną. Cieszę się, że za chwilę przyjedzie na Pyrkon.

    Niektórzy mówią, że jesteś Stiegiem Larssonem skandynawskiej fantastyki.

    Kiedy mówisz „Niektórzy” masz na myśli siebie?

    Nie. Czytelników i recenzentów.

    No to jest imponujące. Dziękuję. Cieszę się, bo to znaczy, że im się podoba. To pewnie przez moją drugą książkę, bo została nazwana Fantastyka Noir. Ma taki kryminalny klimat, ponieważ jest osadzona w dzisiejszym świecie, a nie w fikcyjnej rzeczywistości. Więc to fajnie. Druga książka jest moją ulubioną, ale nie mów nikomu.

    Nie powiem, ale Ty mi powiedz dlaczego w ogóle zdecydowałaś się zostać pisarką?

    To jest bardzo trudne pytanie. Myślę, że nigdy świadomie nie zdecydowałam, że nią zostanę, ale zawsze wiedziałam, że będę pisać. To była tylko kwestia tego, kiedy książka będzie gotowa. Po prostu wiesz, że prędzej czy później będzie książka. Byłam po prostu bardzo zajęta designem, ilustracjami, pracą! W którymś momencie zdecydowałam, że jeżeli to ma stać się rzeczywistością muszę wziąć urlop w pracy, żeby pisać. I tak zrobiłam. Dopiero kiedy naprawdę się w to wciągnęłam zrozumiałam, że to się naprawdę wydarzy. Ale nigdy nie zdecydowałam, to po prostu zawsze było gdzieś we mnie.

    Trudno jest stworzyć taki świat, jaki kreujesz w swoich książkach?

    Nie. Wielu ludzi jest pod wrażeniem budowania świata, ale mnie się wydaje, że tworzenie świata przedstawionego jest najłatwiejszym elementem pisania. Tworzenie światów, stworzeń, języków i miejsc jest bardzo łatwe, łatwo jest mieć pomysły. Trudno jest zdecydować czego nie użyć, żeby wszystko się łączyło i żeby to wszystko stanowiło pełną i prawdziwą całość. Ale budowanie tego? Nie, nie. To po prostu dobra zabawa. Trudnym zadaniem jest zdecydowanie czego nie użyć, to wymaga czasu.

    Stworzyłaś postacie z ogonami. Dość ciekawe i innowacyjne podejście.

    Może to jest nowe w pozostałej części Europy, ale Norwegii i Skandynawii mamy taki mit o huldrach, leśnych nimfach, które uwodzą mężczyzn i uprowadzają ich do lasu. Stworzenia z ogonami to część norweskiego folkloru. Oczywiście takie stwory występują na całym świecie, np.: demony mają ogony. To zwierzęcy element, który oddziela od bycia człowiekiem. Ale nie chciałam z tego robić wielkiej rzeczy, chciałam, żeby to było normalne. Każdy ma ogon, oprócz głównego bohatera i to jest okropne. Chciałam napisać coś tak innego, żeby wydawało się normalne. Najdziwniejsze było nie mieć ogona. Jeśli urodziłeś się bez ogona byłeś dziwadłem. No i lubię ogony. Są w jakiś sposób podniecające.

    Czy uważasz, że reszta świata interesuje się Skandynawią z powodu np. szwedzkich kryminałów, serialu Wikingowie? Myślisz, że to jest dobry czas dla skandynawskich autorów?

    Myślę, że teraz jest bardzo dobry czas dla skandynawskich autorów, ponieważ wszystko z kraju nordyckiego wydaje się interesujące. Może dlatego, że to jest nowe. Wcześniej tak naprawdę się nami nie interesowano. Ale pisarze są zainteresowani mitologią skandynawską od wielu, wielu lat. Może w końcu nadszedł czas, że sami weźmiemy sprawy w swoje ręce. Zwykle tak jest, że ludzie nie interesują się swoja własną mitologią tak bardzo jak każdą inną. I może to jest powód, dla którego dopiero odkrywamy jak pisać o swojej własnej mitologii w wielkim komercyjnym kontekście. Bardzo się cieszę, że Wikingowie zdobyli taka popularność, bo to bardzo dobry serial. Wydaje mi się, że jesteśmy trochę tajemniczy dla reszty świata, bo jesteśmy tak daleko na północy. I jest tutaj tak zimo, że nic nie powinno przetrwać, sam widzisz, że jest zimno okropnie i dziwnie. Ale to w pewnym sensie czyni nas bliższymi natury. I to widać w naszych książkach. To mi się podoba. Ja chciałam napisać coś, co wyda się znajome, co da takie poczucie domu, ale oczywiście kiedy to robisz, kiedy pracujesz z mitami, kulturą, folklorem, to zdajesz sobie sprawę, że nie ma czegoś takiego jak moja kultura, twoja kultura, bo kradniemy od siebie nawzajem, od samego początku. Można znaleźć te same mity wszędzie, tyle, że w różnych formach.

    Co możesz mi powiedzieć o swojej następnej książce, bo chyba nad czymś pracujesz po skończeniu „Kruczych pierścieni”?

    Tak, pracuję. Prawie skończyłam książkę fantasy dla dzieci, która mam nadzieję ukaże się jesienią. Ale pracuję także nad nową serią fantasy. Wiele osób pyta mnie czy będzie więcej części Kruczych pierścieni, odpowiadam – nie, nie będzie. Ale będzie całkiem nowa seria umiejscowiona w tym samym świecie, ale będzie niezależna. Jeśli przeczytaliście Krucze pierścienie, to będziecie wiedzieć, gdzie jest związek. Ale nie trzeba czytać Kruczych pierścieni, żeby zacząć nową sagę. Myślę, że będzie bardzo ekscytująca.

    W jednym ze swoich wywiadów powiedziałaś, że żeby pisać książki fantasy powinno się być trochę romantykiem. Mimo, że znamy się jakieś dwie godziny, to romantyzm jest jedną z ostatnich rzeczy, o które bym Cię podejrzewał.

    Naprawdę tak powiedziałam? Ktoś cię chyba okłamał, nie mogłam tak powiedzieć! (śmiech). Romantyczny? Może chociaż dramatyczny? Myślę, że fantastyka jest często krytykowana za to, że jest wielka, epicka, ale to jak krytykować Himalaje za to, że są strome. To jest najlepsza cecha fantastyki. Nie jest rzeczywista i można robić wszystko, co się zechce. I tak, trochę pomaga, jeśli jest się romantycznym, nostalgicznym, jeśli ma się przed oczami cały obraz. Ale myślę również, że fantastyka jest świetnym sposobem powiedzenia czegoś o prawdziwym świecie, bo możesz to przedstawić tak, jak ci się podoba i masz wymówkę, żeby robić to co chcesz. Możesz pisać o konfliktach, rasizmie, strachu przed śmiercią. Możesz pisać o wszystkich tematach, które dotyczą ludzi bez używania rzeczy, do których są uprzedzeni. Bardzo lubię tą część pisania.

    Czy jest możliwe, że w przyszłości będziesz pracować z mitami innych krajów europejskich, np. Z Polski? Przyjeżdżasz przecież za chwilę na Pyrkon, może nasza historia Cię zainteresuje.

    Tak. To bardzo prawdopodobne. W pewnym sensie już to zrobiłam. Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak na sztywno zakotwiczone mity. One wszystkie skądś pochodzą. Część Kruczych pierścieni, w drugiej części, jest prawie mitem o wampirach, który wcale nie jest norweski. Niewidomi też nie są specyficznie przypisani do nordyckich mitów, to te postacie bez oczu. Czczenie kruka to prawie indiańskie. Uwielbiam unikalne i dziwne mity, więc nie wykluczam takiej możliwości, jeśli coś przyciągnie moje oko. Muszę głęboko pogrzebać i zobaczyć co tam macie. Może coś ukradnę i użyję w moich książkach.

    Kto jest najbardziej popularnym pisarzem norweskim, oczywiście oprócz Siri Pettersen?

    Żartujesz sobie ze mnie teraz! Myślę, że najbardziej znanym na świecie norweskim pisarzem w tej chwili jest Jo Nesbo, autor kryminałów. Jest dużą globalna marką. Prawda jest taka, tylko nie mów nikomu, że nigdy w życiu nie przeczytałam kryminału. To nie z wyboru, nie dlatego, że jestem jakoś przeciwna, ale jest tyle fantastyki do przeczytania, że jeszcze się za to nie zabrałam, a chyba powinnam. Obiecałam innemu norweskiemu pisarzowi, nazywa się Thomas Enger, że zacznę od niego. On też jest dość dobrze znany w Norwegii. W zasadzie to śmieszna historia. Jest taki pisarz norweski, Jorn Lier Horst i byłam z nim na tournée. Zdarzyło mu się zasnąć z otwartym laptopem i zapytałam na Twitterze: „Obok mnie śpi Jorn Lier Horst z otwartym laptopem. Co mam zrobić?” Miałam bardzo dużo interesujących podpowiedzi, ale nic w końcu nie zrobiłam!

    W Polsce trwa właśnie wielka debata nad jednolitą ceną książek. Jest pomysł, żeby te nowe miały stałą cenę przez rok. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

    Właśnie tak jest w Norwegii. To jest bardzo dobry pomysł. Myślę, że ze stałą ceną łatwiej jest nowym pisarzom się ustawić, łatwiej jest wydawcom zaryzykować wydanie bardziej niszowej książki. Myślę, że jest to rozwiązanie, które gwarantuje większe spektrum książek i pisarzy. Łatwiej jest wtedy wyżyć z pisania. Można je oczywiście sprzedać taniej, ale dopiero po roku. Jest to dobre dla pisarzy i dobre dla wydawców. Myślę, że wszystko się wtedy równomiernie rozkłada. Zwykle jest mniej tytułów i większe skupienie na bestsellerach, więc traci się trochę na różnorodności.

    Czy Twoi czytelnicy na całym świecie są tacy sami? Czy czytelnicy w Norwegii mogą być zupełnie inni niż w Polsce?

    Z Kruczymi pierścieniami jest tak, że mają szerokie spektrum czytelników, naprawdę szerokie. Mam połowę młodych osób, a połowę starszych. Taka sama sytuacja jest z płcią. Jeśli czytałeś Krucze pierścienie oznacza to, że kochasz fantastykę, ale mam wielu czytelników, którzy mówią mi, że to ich pierwsza książka fantasy, i to jest super. Albo: „zwykle nie czytam fantastyki”, tak jak ja powiedziałabym „zwykle nie czytam kryminałów”. Ale tak jak mówię, to szerokie spektrum ludzi. Szczególną rzeczą w fantastyce jest to, że publiczność, dla której się pisze jest bardzo wdzięczna, kiedy podoba im się to co napiszesz. Nie ma limitu dla ich uwielbienia i pomogą ci rozprzestrzenić książkę. Ja mam takich geek’owych szalonych fanów, którzy nie polecają moich książek, oni je ludziom wmuszają. To jest bardzo pomocne! Myślę, że w innych gatunkach nie ma tego rodzaju zaangażowania. Pamiętam, ten pisarz o którym ci wcześniej opowiadałam, ten który zasnął obok mnie w pociągu, powiedział mi kiedyś, że chciałby, żeby jego czytelnicy przebierali się za postacie z jego książek. Ja mu wtedy odpowiedziałam, że chyba zajmuje się nie tym gatunkiem literackim. Nie możesz pisać kryminałów i oczekiwać, że ktoś zabawi się na tej podstawie w cosplay. Musisz mieć coś ze smokami! To musi być fantastyka. Fani fantastyki są naprawdę szczególni, ponieważ są tak zaangażowani.

    Myślisz, że jest szansa aby zobaczyć Twoje książki na ekranie?

    Tak. Sprzedaliśmy prawa do sfilmowania książek norweskiej firmie. Teraz jest bardzo wczesna faza pisania scenariusza. Te rzeczy wymagają czasu. Jeśli do tego dojdzie, minie jeszcze co najmniej pięć lat. Ale to dobrze, bo stworzenie dobrego filmu wymaga czasu. Ale to także źle, bo dostaję tak strasznie dużo wiadomości i maili od ludzi, którzy chcieliby zagrać Hirkę i Rimiego. Ja im odpowiadam, że dziewczynka, która zagra Hirkę prawdopodobnie ma dzisiaj jedenaście lat! Jestem bardzo podekscytowana tym projektem.

    To będzie film czy serial?

    To będzie film na podstawie Dziecka Odyna. Chcieliby zrobić wszystkie trzy, ale weźmy je po kolei i zobaczymy jak będzie. To jest bardzo ekscytujące. Po równo ekscytujące i przerażające.

  • „Cena”, czyli felieton Wojciecha Chmielarza.

    Takie pytanie na spotkaniach autorskich pojawia się regularnie: jak na mnie wpływa to, że jako autor zabijam swoich bohaterów w często dość brutalny sposób? Odpowiadam zwykle wzruszeniem ramionami i tłumaczę, że okej, zdarza mi się opisywać różne dziwne sytuacje, ale nie zapominajmy, że to koniec końców są wymyślone ludziki w wymyślonych sytuacjach. A przynajmniej odpowiadałem tak do momentu, kiedy nie wysłuchała tego moja żona. Po spotkaniu podeszła do mnie i stwierdziła – Mówisz tak tylko dlatego, że nie widzisz sam siebie w takich chwilach…

    No cóż, to był moment, kiedy dowiedziałem się o sobie czegoś nowego

    Wyraźne przygnębienie. Wzrok wbity w podłogę. Mrukliwość. Odpowiadanie na każde zagajenie prostymi, ale pełnymi irytacji „tak, nie, nie wiem”, a oprócz tego jakieś trudne do zrozumienia mruczenie pod nosem. Zamyślenie. To nie tylko zły nastrój, przygnębienie, tłumaczyła, ale coś więcej. Lepiej mnie wtedy omijać.

    – Zawsze wiem, kiedy opisujesz mocną scenę – powiedziała moja żona.

    Zaskoczyła mnie. Zawsze uważałem, że potrafię rozdzielić fikcję, to co się dzieje w mojej głowie, a co potem przelewam na papier, od prawdziwego życia. Że nie ma na mnie to żadnego wpływu. Co jest oczywiście, jak się nad tym głębiej zastanowiłem, nieprawdą. Za wszystko się przecież płaci jakąś cenę.

    Tutaj zróbmy przerwę na małe wtrącenie – nie chcę brzmieć, jakby dramatyzował. Z palucha jestem w stanie wymienić z dziesięć zawodów, które są dużo bardziej obciążające psychicznie niż praca pisarza. Poczynając od pielęgniarki, przez strażaka, lekarza, policjanta, a kończąc na żołnierzu na misji zagranicznej. Umówmy się – przez większość czasu pisanie to całkiem niezła zabawa. Ale faktem jest, że spędzam długie godziny na czytaniu o różnych okrutnych zbrodniach, seryjnych i masowych mordercach, socjopatach, psychopatach. Chłonę wszystko. Filmy dokumentalne. Literaturę faktu. Czasopisma fachowe. Oglądam zdjęcia z miejsc zdarzenia i amatorskie nagrania. Mam w głowie cały katalog paskudnych czynów, które ludzie robią sobie nawzajem. Nie pomaga mi też to, że naczytałem się o błędach popełnianych przez organy ścigania. Nawet nie chodzi mi tutaj o wielkie patologie. Raczej o zwykłe ludzie pomyłki wynikające ze zmęczenia, nadmiaru obowiązków lub niezgulstwa. Tylko, że wszystkie mają tragiczne skutki. Zabójca chodzi na wolności, ktoś niewinny trafia do więzienia. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze rozmowy. Te są najtrudniejsze. Z policjantami. Prokuratorami. Technikami. A czasami zwykłymi ludźmi, którzy dzielą się ze mną swoimi opowieściami. Nieczęsto się to zdarza, przyznaję, i trochę się z tego cieszę. Takie historie potrafią zaboleć. Potem to wszystko przetrawiam we własnej głowie. Obracam na wszystkie strony. Badam. Żeby wreszcie wymyślić własne fabuły.

    Efekty? Jest jedna taka scena w nadchodzącym „Zombim”. Pamiętam, że pisałem ją jak w transie. Ponad tysiąc słów, które wypłynęły ze mnie w przeciągu trochę ponad pół godziny (dla porównania, z tym felietonem walczę drugi dzień). Kiedy skończyłem, długo siedziałem bez ruchu przy biurku. Najpierw w głowie miałem totalną pustkę. Potem zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić komputerem o ścianę. Tak po prostu. Bo wydawało mi się, że dotknąłem czegoś autentycznie złego. Wreszcie wstałem i po prostu poszedłem na spacer. Pomogło.

    Czytałem tę scenę potem podczas redakcji. Znowu dziwnie się poczułem. Zupełnie obce słowa. Zdania. Całe fragmenty. Przytkało mnie. Było tak, jakby ktoś mi położył na piersi dziesięciokilogramowy ciężar. Do dzisiaj się zastanawiam, skąd się to we mnie wzięło. Jaka cząstka mnie wymyśliła ten opis i przelała go na papier? Nie znam jej. Nie rozumiem. Nie sądziłem, że ją posiadam. Ale tak samo, nie znam tego człowieka, z którym regularnie spotyka się moja żona po tym, kiedy napiszę brutalną scenę. Czasami jednak się w niego zmieniam. No cóż, to wielki paradoks literatury. Ludziki mogą być wymyślone, ale to się dzieje w mojej głowie podczas pisania, a w głowach czytelników podczas czytania jest w pewien sposób prawdziwe. I potrafi zaboleć. Taka jest cena uprawiania tego zawodu. Mam nadzieję, że warto ją zapłacić.

    Wojciech Chmielarz

  • „Sztokholm nigdy nie był cieplejszy”. Pisarze mieszkający w stolicy Szwecji o zamachu.

    Od zamachu terrorystycznego w stolicy Szwecji minął już prawie tydzień. Spytałem pisarz, którzy mieszkają w Sztokholmie, o ich przemyślenia, odczucia, reakcje.

    Caroline Eriksson:

    To był czarny dzień na ulicach Sztokholmu, dzień pełen konsternacji i niesamowitego smutku dla wszystkich Szwedów. Ale było też coś jeszcze. Była życzliwość i było współczucie, ludzie wyciągający pomocną dłoń nie tylko do bliskich, ale także do obcych. I to jest właśnie to, co pozostanie. To jest sposób w jaki powstaniemy i będziemy żyć dalej. Razem, zjednoczeni. Nie będziemy osłabieni. Pozostaniemy wzmocnieni w naszych przekonaniach i wspólnej nadziei na lepszy świat.

    Mats Strandberg:

    To co wydarzyło się w Sztokholmie  było straszne. Ale jestem pod wrażeniem i dumny z ludzi, którzy tu mieszkają. Otworzyli swoje drzwi przed obcymi ludźmi przy użyciu hashtagu #openstockholm, by pomóc tym osobom, które utknęły po niewłaściwej stronie miasta, kiedy zamknięto wszelki ruch. Sztokholm jest dziś bardziej życzliwym i cieplejszym miastem.

    Camilla Grebe:

    Pomimo tego, że fizycznie u mnie ok – byłam około 200 metrów od miejsca zdarzenia kiedy doszło do ataku – czuję się przytłoczona smutkiem i niedowierzaniem. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie boję. Martwię się nie tylko możliwością kolejnych ataków, ale także o reakcje, które to wzbudzi w kontekście narastającej ksenofobii. Żyjemy w otwartym społeczeństwie i mam nadzieję, że tak pozostanie. Nie chcę żeby strach rządził moim życiem.

    Catharina Ingelman-Sundberg:

    Przede wszystkim bardzo współczuję wszystkim rodzinom, które straciły bliskich podczas tego strasznego ataku. To jest atak przeciwko demokratycznemu społeczeństwu i to jest bardzo smutne. Bo demokratyczne społeczeństwo dąży do tego, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Bardzo trudno jest się obronić przed takimi fanatykami, którzy chcą zniszczyć społeczeństwo. Mam nadzieję, że będzie możliwe zadowolenie wszystkich i w ten sposób wyeliminuje się niezadowolone jednostki, które czują się wyrzucone poza margines społeczeństwa i robią takie okropne rzeczy.  

    Stefan Ahnhnem:

    Sztokholm.

    Urodziłem się w Sztokholmie. I odtąd jestem zakochany w tej pięknej stolicy, mimo tego, że mam poczucie, że ta miłość nie jest w pełni odwzajemniona. Może dlatego nigdy nie planowałem zestarzeć się w Sztokholmie? Nie wychowałem się w Sztokholmie, przeprowadziłem się z powrotem do wielkiego miasta zaraz po maturze, marząc o karierze muzyka. To nie poszło jednak zgodnie z planem.

    W tym czasie Sztokholm był dla mnie twardy, zimny i ciemny.

    Sztokholm jest często ciemny. Pięć do sześciu miesięcy w roku ciemność jest prawie stałą. Kiedy się budzisz i idziesz do pracy, kiedy wracasz do domu. Ciemność.

    Mieszkańcy Sztokholmu są często opisywani jako wycofani i trudno się z nimi zaprzyjaźnić. Ludzie z zewnątrz twierdzą, że jeśli nie jesteś ze Sztokholmu nigdy tak naprawdę nie zaprzyjaźnisz się z rodowitym Sztokholmczykiem.

    Mimo wszystko dobrze, że się tu urodziłem. Wkrótce, po trzydziestu latach mieszkania tutaj i kochania tego miasta, będę się znowu pakował i przeprowadzał. Tym razem opuszczam nie tylko Sztokholm, ale także Szwecję. Moja rodzina i ja przeprowadzamy się do Kopenhagi. Nowe ulice, nowe kawiarnie i nowe inspiracje.

    Ale w dniu ataku, kiedy musiałem odłożyć pracę bo nie mogłem przestać oglądać wiadomości zobaczyłem inny Sztokholm. Zatrzymano komunikację publiczną, więc ludzie musieli iść do domu pieszo. Niektórym zajęłoby to kilka godzin. Sztokholmczycy otworzyli swoje domy dla współobywateli, którzy nie mogli dostać się do swoich. Lekarze i pielęgniarki przyszli do pracy za darmo. Zamknięto sklepy, więc sztokholmskie rodziny nakryły do kolacji stoły dodatkowym nakryciem dla osób, które dopiero poznały w drodze do domu. Pomimo – a może w wyniku– okropnego zdarzenia, Sztokholm nigdy nie był cieplejszy.

  • Czytał ją Barack Obama, czytała Oprah Winfrey, już wkrótce przeczytacie Wy.

     

    Facet ma niesamowitą passę. Właśnie jego książka zgarnęła Nagrodę Pulitzera, a wcześniej Goodread Choice Award i jakieś siedemset tysięcy innych wyróżnień. Colson Whitehead – zapamiętajcie to nazwisko, bo już w czerwcu będzie o nim głośno również nad Wisłą.

    Możecie się zastanawiać skąd wziął się ten szum wokół pisarza z Nowego Jorku. Już odpowiadam. „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” opowiada historię Cory, czarnoskórej niewolnicy w trzecim pokoleniu, która ucieka z plantacji bawełny w Georgii ̶ korzystając z pomocy przyjaciela i z… kolei podziemnej.

    U Whiteheada zorganizowana siatka przerzutowa, pomagająca zbiegłym niewolnikom odnaleźć wolność na północy, zyskuje także dosłowny wymiar. Cora, niczym Odyseusz lub Guliwer, odwiedza w swojej podróży kolejne krainy, z których każda jest bardziej niesamowita od poprzedniej. Poszukuje bezpiecznej przyszłości, ale też rozprawia się z przeszłością i poznaje samą siebie, dowiadując się sporo o ludzkości jako takiej. 

  • 5 złotych za książkę? Róbcie przelew!

     

    Co można kupić za pięć złotych? Gazetę, chociaż nie każdą, bilet na tramwaj, autobus, metro. Książkę. Książkę? Tak, za pięć złotych możecie kupić książkę. Nie sobie, ale komuś. Nie dla przyjemności, ale żeby pomóc.

    Fundacja Art Transparent i Urząd Miasta we Wrocławiu, który jak wiecie, jest Światową Stolicą Książki, organizują akcję dla swojego następcy. Pałeczkę po stolicy Dolnego Śląska przejmie w kwietniu Konkary w Gwinei. Tak, dobrze kojarzycie, w tym kraju nie wszyscy potrafią czytać, Gwinea jest zazwyczaj w czubie rankingów prezentujących najbiedniejsze państwa świata.

    Organizatorzy akcji chcą ufundować 100 tysięcy podręczników, z których dzieciaki będą mogły się uczyć czytać i pisać po francusku. Jak dołączyć do akcji? Wystarczy kliknąć tutaj.

    Pomożecie?

  • Podróż po Europie za kilkadziesiąt złotych? Dowiedzcie się jak to zrobić.

     

    Ile razy narzekaliście, że bilety są za drogie, że daleko, że nie macie czasu? Teraz te wymówki możecie wyrzucić do śmietnika. Powiem więcej, bez wstawania z fotela możecie sobie zapewnić kilka, jeśli nie kilkanaście dni w różnych krajach Europy. Cena? Czym szybciej się zdecydujecie, tym taniej.

    Grecja, Czechy, Słowacja, Rumunia. To tylko niektóre kraje, do których możecie się przenieść. Oczywiście, dzięki literaturze. Na bookrage.org trwa właśnie druga już edycja akcji Rewers BookRage. Serwis do tej pory znany z oferowania pakietów e-booków w cenie ustalanej przez czytelnika, wszedł również w rynek „papierowy”.

    www.unsplash.com/Margaret Barley

    Akcja Rewers to częściowe odwrócenie zasad panujących w klasycznych pakietach BookRage. Nie e-booki a papier. Nie, zapłać ile chcesz, a – kto pierwszy ten lepszy. Na początku akcji można więc dorwać książki od złotówki (plus koszty wysyłki). To jednak nie wszystko. Aby akcja się powiodła i żeby wszyscy otrzymali zakupione książki, to wszystkie dostępne w ramach akcji pakiety muszą się sprzedać! Jest to model sprzedaży, który możecie kojarzyć z serwisów crowdfundingowych takich jak Kickstarer, czy PolakPotrafi.pl

    Aktualnie możecie więc kupić sześć książek za 75 złotych, ale im dłużej będziecie zwlekać, tym cena będzie wyższa, więc sami rozumiecie, że trzeba to zrobić w miarę szybko. Pakiet literatury europejskiej możecie kupić klikając tutaj.

  • BLOGOBOJNI? Felieton Jakuba Ćwieka.

    Na pozór marketing idealny.

    Z jednej strony mamy blogerów literackich – dedykowanych odbiorców wystawiających opinię produktowi z samej chęci podzielenia się swoim wrażeniem. Każdy czy każda z nich ma swoje miejsce w sieci, nie tak ulotne jak wpis na wallu facebooka, często opatrzone mniej lub bardziej profesjonalnym logotypem i nazwą. Większość ma też grupkę w miarę regularnych czytelników złożoną ze znajomych, kolegów – przyjaciół czy to z rzeczywistości, czy z for lub innych sieciowych grup. Już nawet to stanowi całkiem niezłą podstawę, a są przecież blogerki i blogerzy, którym udało się zbudować solidną bazę odbiorców wykraczającą daleko poza kręgi znajomych.

    Strona druga to oczywiście wydawcy. Nie licząc tych największych graczy, ci wciąż zmuszeni są liczyć każdą złotówkę zainwestowaną w promocję i bardzo oszczędnie dobierać metody reklamowania każdego tytułu. U większości nie wchodzi w grę kampania ATL (czyli kierowana do szerokiego odbiorcy strategia oparta na największych mediach typu telewizja, radio, prasa wysokonakładowa), a podejmowane działania suną po utartych, bezpiecznych ścieżkach niskich kosztów. W tym świetle współpraca z blogerami oparta często na regularnym wysyłaniu im książek w zamian za recenzje to układ idealny. Za koszt równy cenie produkcji egzemplarza (plus koszt przesyłki) docierają do swojej grupy docelowej. Marketing szeptany z wartością dodaną w postaci artykułu wiszącego w sieci i być może nawet jakoś tam pozycjonującego się w wyszukiwaniach Google.

    www.unsplash.com/William Iven

    Jeśli dodać do tego czytelnika mogącego bez trudu znaleźć szerszą opinię o interesującej go książce oraz autora cieszącego się z każdej formy promocji, pierwsze zdanie tego felietonu może zaskakiwać. Dlaczego bowiem tylko na pozór jest to forma idealna?

    Przyczyn jest kilka. Zacznijmy od tego, że bloga może założyć każdy, co jest tej formy wyrażania się niewątpliwą zaletą. Każdy z tych blogerów może również zawrzeć umowę, często niespisaną, z wydawcą na wspomnianą wcześniej formę współpracy. I choć zwykle nie ma reguły mówiącej, że zapłatą za książki są recenzje wyłącznie pozytywne, to osobliwie często zdarzają się przypadki gdy blogerzy, zwłaszcza początkujący, bardzo młodzi i mocno nastawieni na dostawy darmowych publikacji, uznają to za nieformalny aneks.

    Niewątpliwie utwierdzają ich w tym przekonaniu krążące po blogosferze opowieści o przypadkach wydawców próbujących skarżyć czy zastraszać recenzentów piszących o ich książce niepochlebnie. I choć tak radykalnie głupie postępki to szczęśliwie wciąż wyjątki, to sytuacji, gdy zła recenzja kończyła współpracę, było wiele i zdarzają się nagminnie.

    Oczywiście rzecz ma się zupełnie inaczej, gdy mówimy o blogerach profesjonalnych. I wliczam do tej grupy zarówno tych, dla których blog stanowi główne lub istotne źródło zarobku, jak i tych, którzy wciąż traktują ten obszar jako hobby, ale mają warsztat, renomę i możliwości, by wykazać się asertywnością. Tym blogerom i blogerkom często bliżej do zawodowych dziennikarzy czy krytyków niż do większości koleżanek i kolegów po sieci, ale kopernikowska zasada, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, działa tu niestety w najlepsze. W powszechnej świadomości blogosfera to nadal średnia profesjonalizmu wszystkich jej członków. Średnia, powiedzmy to szczerze, nie za wysoka.

    W praktyce wygląda to często tak, że zdecydowanie lepiej jest zgarnąć dziesięć recenzji pochlebnych czy choćby neutralnych, nawet napisanych marnie, niż jedną, na którą wydawca w zasadzie nie ma wpływu. Stąd teksty pojawiające się zaraz po premierze to szał pochwał, a recenzje krytyczne pojawiają się wtedy, gdy do głosu dochodzą blogerzy, którym do książki nie było spieszno, nie dostali jej, a trafili w księgarni lub bibliotece.

    Kluczowe jest jednak to, co napisałem o recenzenckiej wartości. Tę bowiem, podobnie zresztą jak zasięgi, mało kto weryfikuje. Książki dla dorosłych recenzują ambitne nastolatki, pisząc nieskładnie, koślawymi zdaniami, z mocnymi opiniami pozbawionymi jakiegokolwiek podparcia w tekście. I zanim powiecie, że atakuję pracowitą młodzież – to nie o nich mi tu chodzi. To raczej ignorancja tych, którzy bazę pod współpracę tworzyli na podstawie wpisanego w wyszukiwarkę „blog literacki”. Powstałe w ten sposób recenzje dają trochę szumu, a i owszem, ale to tylko szum tła. W dodatku, o czym już wspomniałem, dość mocno wpływający na społeczny odbiór blogosfery jako przestrzeni krytycznej. Nawet najlepszy, najbardziej profesjonalny spośród blogerów opinii publicznej związanej sentymentem ze starszymi mediami jawić się będzie co najwyżej jako jednooki pośród ślepców.

    www.unsplash.com/Redd Angelo

    To jeden z największych problemów z blogami. Wydawcy mało wiedzą o ludziach, którym rozsyłają książki. Po prostu szeroko zarzucają sieci, licząc, że coś się złapie. O ile rozsądniej byłoby na przykład zapoznać się z recenzjami, choćby pod kątem zainteresowań blogera. To pozwoliłoby na unikanie kwiatków w postaci „nie lubię krwawych książek, a tu jest naprawdę wyjątkowo krwawo” odnośnie do kryminału. Zanim powiecie, że to żaden kwiatek, nadmienię że wcześniej, na tym samym blogu pojawiły się recenzje dwóch książek z tego samego gatunku, a nawet wydawniczej serii, opatrzonych podobnymi stwierdzeniami. Wszystkie zakończono podziękowaniem skierowanym do wydawcy za darmowy egzemplarz do recenzji.

    Tyle, że to wymaga nakładu pracy niewliczonego w koszta przesyłki paczki. Podobnie jak weryfikacja tej największej z wartości czyli zasięgów i odzewu. Kilka godzin lektur komentarzy i parę kliknięć w dołączone do nich linki wystarczy, by zobaczyć, jak często mamy do czynienia ze swoistym chowem wsobnym. Jedynymi komentującymi wielu sieciowych recenzentów są inni blogerzy zamykający się w ciasnym kółeczku wzajemnej adoracji. Groteskowo często blisko jesteśmy sytuacji, gdy dziesięć rozesłanych książek to tak naprawdę dotarcie do dziesięciu, może jedenastu osób na dziesięciu blogach. Czyli: tak panie wydawco, książka fajna, dziękuję – to jedyna marketingowa korzyść.

    Jest jeszcze coś. Legitymizowanie upadku sztuki recenzenckiej. Jeśli cenione wydawnictwo śle książkę do blogera, to w jakiś sposób go wyróżnia. Chcemy wierzyć, że to dlatego, że to po prostu fachowiec, a nie że zgodził się napisać pozytywną recenzję i wrzucić pełen pakiet gwiazdek na Lubimy czytać. A jeśli jeszcze taki wydawca zacytuje u siebie na stronie wyjątek z takiej opinii, to nobilitacja sięga sufitu. A przecież taki nieobyty bloger może napisać nam wszystko. Ileż to razy ja byłem polskim Gaimanem, Kingiem, geniuszem zrównanym z największymi? Wystarczy z takiej recenzji wziąć wyimek i już. Wielkie słowa stanowiące cyniczne wykorzystanie faktu, że młody bloger mało jeszcze wie o literaturze i ma dość wąskie możliwości dokonywania porównań.

    Od razu podkreślam, nie jestem tutaj ja, czy moja oficjalna strona, bez winy. Też zdarzało mi się budować marketing na selekcjonowanych recenzjach, gdzie kluczem do rzeczonej selekcji była nie jakość tekstu i argumentów, a to że recenzja była pochwalna. Lepsza jednak późna refleksja niż tej refleksji brak. Stąd ten tekst.

    Uważam, że potrzebujemy, my czytelnicy, my autorzy, wydawcy czy wręcz blogerzy, dwóch rzeczy. Po pierwsze profesjonalizacji blogosfery zaczynającej się choćby od nieco bardziej krytycznego podejścia do blogów i recenzji. Nieustanne zasłanianie się sformułowaniem „to moja opinia i mam do niej prawo” kończy dialog. Po drugie trzeba nam uniezależnienia się blogów od wydawców. Czy też raczej refleksja tych ostatnich, że choć blogosfera to potencjalnie świetna ścieżka pod marketingowe przechadzki, to jednak przydałoby się nie srać tam, gdzie się jada. Nawet w imię chwilowej korzyści.

    Jakub Ćwiek.