Kategoria: Aktualności

  • „Serial na podstawie moich książek? Zostały już zainwestowane pieniądze”. Tylko u mnie szczegóły!

    Mówiło się o tym od dawna, a raczej spekulowało. Autor nigdy nie poruszał tego tematu publicznie. W rozmowie ze smakksiazki.pl robi to po raz pierwszy. Wiadomo, że sprawa serialu na podstawie książek Vincenta Severskiego przybiera coraz bardziej realne kształty.

     

    severskiSam autor nie mówi nic wprost, ale poczytajcie między wierszami.

    „Prace nad serialem trwają, są już zaawansowane prace scenariuszowe i organizacyjne. Niestety, na tym etapie nie mogę powiedzieć dużo więcej, bo jest to tajemnica handlowa”.

    – Ale możemy już powiedzieć na pewno, że serial będzie realizowany?

    „Rozpoczęły się prace, zostały zainwestowane pieniądze, czyli mówiąc innymi słowy, duże szanse są, że ten serial będzie”.

    Cała rozmowa z Vincentem Severskim i już jutro u mnie.

    Jeśli macie czas i ochotę, obejrzyjcie naszą rozmówkę z końca 2014 roku, kiedy byliśmy piękni i młodzi. Niech Was nie zmyli data publikacji, rozmowa została przeprowadzona jakieś 5 miesięcy wcześniej.

    Zdjęcie główne: smakksiazki.pl

    Zdjęcie w tekście: Wydawnictwo Czarna Owca

     

     

     

  • „Jestem jak szpieg. Siedzę w kawiarni i udaję, że czytam gazety.” Rozmowa z Miljenko Jergoviciem, który właśnie przebywa w Polsce.

    Mieszka w Chorwacji, a w trakcie Euro 2016 kibicuje Włochom. O Erneście Wilimowskim dowiedział się w wieku dziesięciu lat, a niecałe  czterdzieści lat później napisał o nim książkę. Miljenko Jergović opowiada o historii, polskich pisarzach i podsłuchiwaniu w kawiarniach. Na polskim rynku właśnie ukazała się jego książka „Wilimowski”.  Zapraszam.

     

    wilimowski-b-iext36067446

    W jednej z księgarń widziałem Pana najnowszą książkę na dziale sportowym. Zaskoczenie?

    W ogóle. Przecież w księgarniach pracują ludzie, którzy często sugerują się tytułami. Także generalnie jest to w porządku. Nawet bym się cieszył, gdyby ktoś kupił „Wilimowskiego” myśląc, że jest to tylko książka o piłkarzu.

    Ja pochodzę z Górnego Śląska i u nas takie postacie jak Gerard Cieślik, Ernest Pol, a także Ernest Wilimowski to są legendy. Ciekawi mnie to, jak Pan dowiedział się o Wilimowskim.

    Mając dziesięć lat przeczytałem w historii piłki nożnej o pewnym piłkarzu, który strzelił cztery bramki Brazylii w 1938 roku. Byłem małym chłopakiem i strasznie mnie to zafascynowało. To był ten moment, kiedy dowiedziałem się o jego istnieniu. Później dopiero dowiedziałem się innych historii związanych z Wilimowskim, ale one nie dotyczyły już tylko tych czterech goli.

    Inni polscy piłkarze również zakorzenili się tak mocno w Pana pamięci?

    Najbardziej zapamiętałem tych, których w życiu widziałem, czyli generacja, która zdobywała trzecie miejsce na świecie. To byli Deyna, Lato, Gorgoń, Tomaszewski, Szymanowski, a później też Boniek.

    Jest Pan wielkim fanem piłki, wyobraża sobie Pan w ogóle życie bez niej?

    Na szczęście nie muszę sobie tego wyobrażać (śmiech). Chociaż muszę powiedzieć, że dzisiejsza piłka nożna zmieniła się w coś, co mi się zupełnie nie podoba. To jest połączenie biznesu z nacjonalizmem, a to nie są dobre rzeczy.

    Trwają Mistrzostwa Europy we Francji. Śledzi je Pan? Rozumiem, że trzyma Pan kciuki za Chorwację?

    Śledzę, ale zaskoczę Pana, nie kibicuję Chorwacji. Właśnie z powodu nacjonalizmu nie mogę kibicować chorwackiej reprezentacji. Dlaczego? Dlatego, że kibice śpiewają pieśni nazistowskie. To dokładnie tak, jakby niemieccy kibice śpiewali na meczach sieg heil. Gdybym był Niemcem, nie kibicowałbym takiej reprezentacji.

    Komu Pan w takim razie kibicuje?

    Ja mam tak, że zazwyczaj przywiązuję się do outsiderów. Tak miałem z reprezentacją Grecji, która nie grała wielkiej piłki, a finalnie została mistrzem Europy. Na tym turnieju podoba mi się kilka reprezentacji, na przykład Włosi. Oni zawsze grają brzydko, a teraz pierwszy raz grają przyjemnie dla oka. Polska też zagrała perfekcyjnie swoje dwa pierwsze mecze i byłem bardzo zaskoczony, że wczoraj mogliście pokonać Niemców. Wiadomo przecież, że piękno piłki nożnej polega na tym, że ci teoretycznie słabsi zwyciężają tych teoretycznie lepszych.

    Wracając do Pana najnowszej książki, chciałbym zapytać czy długo się Pan zastanawiał jak wokół Ernesta Wilimowskiego zbudować fabułę?

    Jest to opowieść o tym, jak ojciec i syn obserwują mecz piłki nożnej, to jest przecież przeżycie, którego większość mężczyzn doświadczyła. W mojej książce stosunek ojca i syna ma właśnie piętno tego wielkiego meczu, wielkiego i ważnego meczu. W skrócie można powiedzieć, że ta powieść to opowieść o meczu, ojcu i synu i oczywiście o drugiej wojnie światowej. Wojny nie mogło tutaj zabraknąć, bo przecież mecz, o którym piszę, był rozegrany w 1938 roku, więc zaraz po nim praktycznie nadeszła wojna. Rola historii w moich książkach, jest identyczna do roli historii w naszych życiach. Nigdy nie spotkałem człowieka, którego życie toczyłoby się obok historii. Myślę, że w Europie takich ludzi nie ma.

    large_jergovicChciałbym trochę cofnąć się w czasie. Nagroda Literackiej Europy Środkowej „Angelus” coś zmieniła w Pana życiu? (Jergović otrzymał ją w 2012 roku za doskonałą powieść „Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki).

    Niewiele zmieniła, ale była dla mnie bardzo ważna jako wyraz uznania. Najważniejsze są te wyrazy uznania, które pochodzą z zagranicy, dlatego, że jest to coś, na co w żaden sposób nie mogę wpływać.

    Na koniec chciałbym spytać jak wygląda Pana znajomość polskich pisarzy. Czyta Pan?

    O tak, lubię i czytam. Skupię się tylko na żyjących literatach. Bardzo lubię Olgę Tokarczuk, Adama Zagajewskiego, Juliana Kornhausera, Joannę Bator. To są ci, którzy pierwsi przychodzą mi do głowy, chociaż mógłbym sobie też przypomnieć innych.

    Już zupełnie na koniec. Ma Pan przepis na dobrą fabułę? Czy fabuła po prostu się dzieje, trzeba ją tylko wychwycić i spisać?

    Najwięcej ciekawych rzeczy można znaleźć w codziennym życiu. Siedzi Pan w kawiarni i podsłuchuje rozmowy przy sąsiednich stolikach, to jest sytuacja, z której można znaleźć najwięcej tematów, to są sytuacje najważniejsze.

    To co Pan ostatnio podsłuchał?

    Trudne pytanie, mnóstwo tego jest. Ja jestem jak szpieg. Siedzę w kawiarni i udaję, że czytam gazety.

    Tłumaczyła: Magdalena Petryńska.

    Zdjęcie główne: smakksiazki.pl

    Zdjęcie okładki: Wydawnictwo Książkowe Klimaty

    Zdjęcie Miljenko Jergovicia w tekście: Wydawnictwo Czarne/Bruno Konjević

  • „Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii”. Jaume Cabre w rozmowie ze smakksiazki.pl

     

    Kataloński pisarz opowiada o tym, co dla niego ważne, czyli o swojej małej ojczyźnie, muzyce i literaturze. Mówi, że wena do niego nie zagląda, a także wyjaśnia, co znajduje się na okładce polskiego wydania „Cienia eunucha”. Przeczytajcie wywiad z Jaume Cabre, a potem sięgnijcie po jego książki. Wszystkie. Warto. 

     

    Pochodzę z Górnego Śląska, gdzie część środowisk, podobnie jak w Katalonii dąży nie tyle do niepodległości, co do autonomii. Widzi Pan więcej punktów stycznych?

    Katalonia nie jest wyjątkiem. Wiele narodów wybiło się na niepodległość. Parę przykładów, tylko z Europy, z XX wieku: Norwegia, Estonia, Łotwa, Litwa, Chorwacja, Słowenia, Czarnogóra, Kosowo, Macedonia, Czechy, Słowacja itd… A co dopiero, gdybyśmy wzięli pod uwagę resztę świata! Wszystkie narody mają prawo decydować o swoim losie. Stany Zjednoczone nie istniałyby, gdyby nie wypowiedziały posłuszeństwa Koronie Brytyjskiej. Wszystkie kraje latynoskie decydują o sobie dlatego, że postanowiły uniezależnić się od Hiszpanii…

    Bardzo utożsamia się Pan Katalonią, regionem, kulturą, językiem. Widzi Pan jakąś realnie dającą się przewidzieć datę, kiedy Katalonia wyniesie się na niepodległość? 

    Kiedy? Nie mam pojęcia. Oby jak najszybciej. Wiele osób nad tym pracuje. Nie da się przewidzieć konkretnej daty.

    W jednym z wywiadów powiedział Pan, że „czytelnik jest inteligentny, czytelnik jest ciekawy, czytelnik szuka zaczepki”. Przy każdej kolejnej książce coraz trudniej czytelnika „zaczepić”?

    Coraz trudniej. Ale się nie poddaję…

    Zrzut ekranu 2016-06-15 o 10.04.51

    W Pana książkach bardzo dużą rolę, żeby nie powiedzieć wiodącą rolę odgrywa muzyka. Czego Jaume Cabré słucha na co dzień?

    Słucham bardzo dużo i bardzo różnej muzyki. Teraz na przykład, zastanawiając się nad Pańskimi pytaniami, słuchałem sonaty na skrzypce i fortepian Brahmsa (pierwszej), w wykonaniu skrzypaczki Kai Danczowskiej i pianistki Mai Nosowskiej. Coś niesamowitego. Znakomite solistki!

    W swoich książkach porusza Pan trudne tematy. Korupcja sądowa („Jaśnie Pan”), niezdolność do wybaczania („Głosy Pamano”). Trudno znaleźć tematy do swoich książek, czy tylko się Pan rozgląda i wyłapuje to, co akurat mu pasuje do koncepcji?

    I jedno, i drugie: obserwuję rzeczywistość i wsłuchuję się w siebie, czy poczuję wewnętrzny przymus, czy dany temat osobiście mnie porusza. A przede wszystkim muszę znaleźć postać, która mi pozwoli rozwinąć opowieść. Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii czy ich skrawków, a na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli przyprowadzają mi w prezencie swoich znajomych, i znów każdy z nich ma w zanadrzu swoją opowieść… To ciężka praca. Natomiast całkowicie obce jest mi coś takiego jak natchnienie, inspiracja… Nie znam tej damy; ona do mnie nie zagląda.

    W Polsce właśnie ukazał się „Cienia Eunucha”, w którym przedstawia Pan człowieka, który ma problemy z kobietami, z napisaniem książki, z działalnością w opozycji, z pogodzeniem się z historią. Czytelnik powinien Miquelowi Gensanie współczuć?

    Nie sądzę. Wystarczy okazać mu nieco empatii, spróbować go zrozumieć. Na to liczę. Wielu z nas, nie wyłączając moich czytelników, przeszło w życiu niejedną traumę, czy to z powodów politycznych, społecznych czy osobistych, ale przecież nie użalamy się nad sobą: jest jeszcze tyle do zrobienia, że szkoda czasu na rozpamiętywanie trudnych chwil.

    Historia domu, w którym obecnie znajduje się restauracja, do której zaproszony jest Miguel, to wytwór Pana wyobraźni, czy takie przekształcenie rzeczywiście miało miejsce?

    Zainspirowała mnie opowieść kogoś, kto sam przeżył podobne doświadczenie – dom rodzinny zamieniony w restaurację. Opisany w powieści dom położony jest w odległości pięciu minut spacerkiem od mojego obecnego mieszkania. Zresztą czytelnik może go sobie dokładnie obejrzeć, bo wydawcy umieścili reprodukcję zdjęcia na okładce. Tylko że ten prawdziwy nazywa się dom Torrella, a nie Gensana… Ale to tylko punkt wyjścia powieści. Cała reszta opisanych w niej wydarzeń jest zmyślona i tylko inkrustowana moim własnym doświadczeniem oraz przeżyciami przyjaciół i znajomych.

    Przez część krytyków, to właśnie „Cień eunucha” jest uznawana za Pana najlepszą książkę. Zgada się Pan z tym?

    Ja sam nie mogę dzielić swoich powieści na „lepsze” i „gorsze”. Każda z nich kosztowała mnie wiele trudu i każda ma prawo wieść żywot spokojny, nie stresując się tym, że oto autor umieścił ją w jakimś rankingu. Oczywiście wiem, że jedni czytelnicy wolą tę powieść, a inni zakochują się w tamtej… I dobrze. Nic mi do czytelniczych preferencji. Nie mam prawa się wtrącać.

    Jak we wszystkich książkach, tutaj też nie brakuje historii. Kiwa Pan niejako palcem wobec młodszych pokoleń, mówiąc: pamiętajcie, co stało się za dyktatury Franco? Trzeba o tym przypominać?

    To bardzo ważne, żebyśmy nie tracili pamięci o przeszłości. Nie tylko ważne; to kwestia zasadnicza. Jako jednostki i jako społeczeństwo musimy znać naszą historię i umieć wyciągać z niej wnioski. I przede wszystkim unikać banalizacji wszystkich tych tragicznych wydarzeń, skutków wojny, dyktatury i konfliktów. Wojna i powojenne represje pozostawiają blizny; zmuszają do refleksji całe społeczeństwo i każdego człowieka – w jakich okolicznościach powstały te rany, na czym polegają i dlaczego nie wolno o nich zapomnieć.

    W innym z wywiadów powiedział Pan, że w Polsce czuje się jak w domu. Co się Panu najbardziej w Polsce podoba? 

    Długo by wymieniać: zaczynając od ludzi, bardzo gościnnych, przynajmniej tych, których poznałem, zainteresowanych kulturą. Podoba mi się krajobraz. Kiedy się jedzie pociągiem, można docenić, jaka Polska jest piękna. Mówię na podstawie fragmentarycznych obserwacji, a to tylko kropla w morzut! Byłem zaledwie na południu, w Krakowie i okolicach, w Warszawie i nad Bałtykiem – w Gdyni, Gdańsku i w Sopocie. Niewiele, prawda? Myślę o waszej historii, o trudnych przejściach, kiedy Polska praktycznie przestała istnieć, o machinacjach potężnych sąsiadów… Ale przetrwaliście. A w tych dziedzinach, które są mi najbliższe, takich jak sztuka, muzyka czy literatura, naprawdę macie się czym pochwalić. Tu ludzie się znają na kulturze w ogóle, a na literaturze w szczególności.

    Muszę też przyznać, że między innymi dlatego tak dobrze się czuję w Polsce, że spotkało mnie tu życzliwe przyjęcie przez czytelników, ich zainteresowanie i szacunek. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

    Co w wolnych chwilach (o ile takie są) czyta Jaume Cabré? 

    Z wiekiem każda czynność zajmuje mi coraz więcej czasu. Jednak mimo to nie przestaję czytać. Najczęściej wracam do swoich ulubionych wierszy. Czytam też najrozmaitsze powieści. I eseje, jeśli zaintryguje mnie temat. Słucham muzyki, co też jest rodzajem lektury… Tyle że brak mi cierpliwości. Kiedy byłem młodszy, nie odkładałem książki, nawet jeśli wydawała się nudna… Teraz jest inaczej; jestem niecierpliwy, czuję upływ czasu!

    Czytając czyjąś książkę, pomyślał Pan chociaż raz: „o, szkoda, że nie ja to wymyśliłem”?

    O tak, nie raz i nie dwa. Ale z natury nie jestem zawistnikiem (a przynajmniej się staram), więc natychmiast odwracam sytuację i myślę sobie „świetny pomysł, wspaniale, że ktoś na to wpadł!”. A przede wszystkim czuję się szczęśliwy, kiedy trafi mi się książka, od której nie mogę się oderwać i żałuję, że kiedyś musi się skończyć.

    Tłumaczyła Anna Sawicka

  • „Literacki Nobel? Każdy pisarz ma w sobie dawkę próżności”. Lars Saabye Christensen dla smakksiazki.pl

     

    Zrzut ekranu 2016-05-24 o 16.50.23

    Chwilę po wywiadzie podszedł do mnie nastolatek i zapytał: przepraszam, czy to jest John Malkovich? Przedstawiam więc Malkovicha światowej literatury. Rozmawiamy o „Beatlesach”, muzyce, piłce nożnej i literackim Noblu. 

    Beatlesi zafascynowali Pana równie mocno jak bohaterów Pana książki?

    Oczywiście, nie napisałbym tej książki, gdyby sam nie był pełnym zachwytu, lojalnym fanem. Cała ich muzyka i mój zachwyt nad tym co reprezentowali to podstawa.

    Bohaterowie Pana powieści w dzisiejszych czasach Internetu, telefonów komórkowych, mogliby mieć równie ciekawe dzieciństwo?

    Ich dzieciństwo było zupełnie inne. Między innymi dlatego, że dostępność do przeżyć, do muzyki, była zupełnie inna. Właśnie z tego powodu rodziły się tam mocne związku z muzyką, która wtedy była dostępna. Wydaje mi się, że to były lepsze czasy, ponieważ człowiek miał więcej czasu dla siebie. Więcej czasu żeby marzyć i myśleć.

    Skoro już przy muzyce jesteśmy, czego słucha Lars Saabye Christensen? Czy uwielbienie do Beatlesów przetrwało próbę czasu?

    Muzyka ciągle jest dla mnie bardzo ważna. Jako pisarz wciąż współpracuję z muzykami. Uważam zresztą, że samo pisanie jest bardzo bliskie tworzeniu muzyki. Wciąż słucham Beatlesów, bo ich muzyka jest bardzo związana z moim życiem, ale słucham też jazzu, muzyki klasycznej, starego bluesa.

    Zgadza się Pan z częścią krytyków literackich, którzy uznają „Beatlesów” za Pana najlepszą powieść?

    Trudno na to odpowiedzieć pisarzowi, który skończył już 60 lat i mówić o książce, którą zaczął pisać, kiedy miał lat 25. W tej chwili patrzę na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Faktem jest, że ta książka położyła fundamenty pod moje dalsze pisarstwo, określiła krajobraz literacki, w którym działam, bohaterów i język. Jest więc może tak jak z Beatlesami, Paul McCartney i John Lennon napisali swoje najlepsze teksty kiedy mieli 23 lata, więc być może ja napisałem swoją najlepszą książkę kiedy miałem lat 25.

    Christensen_Beatlesi_m

    Jak Pan reaguje na informacje, że znajduje się Pan w grupie pisarzy, których wymienia się w kontekście literackiego Nobla? Gdy rozmawiałem dwa lata temu z Amosem Ozem, powiedział wtedy, że nie umrze nieszczęśliwy, gdy tej nagrody nie dostanie. Jak jest z Panem?

    Ja się mogę tylko pod tym podpisać, z ręką na sercu mówię, że naprawdę o tym nie myślę. Ja jako pisarz myślę tylko o literaturze i pisaniu, nie myślę o nagrodach. Chociaż z drugiej strony, pisarze spędzają tyle czasu w samotności podczas pracy, to muszą mieć pewną dawkę próżności w sobie. Kiedy więc słyszę takie głosy, to jest mi bardzo przyjemnie.

    Na sam koniec chciałbym poruszyć temat nie związany z literaturą. Za moment rozpocznie się EURO 2016, komu będzie Pan kibicował?

    Będę śledził ten turniej, ale Norwegia niestety się nie zakwalifikowała. Muszę kibicować któremuś z zespołów skandynawskich, będę więc trzymał kciuki za Islandię.

    Może też za Polskę?

    Oczywiście, ale najpierw muszę zainteresować się sąsiadami. Islandia i Norwegia mają bliskie związki, również literackie, ale za Polaków również będę trzymał kciuki.

  • „Dzięki Stiegowi Larssonowi wydawcy zwrócili uwagę na szwedzkich pisarzy”.

    Przyjechał do Warszawy jako gość Międzynarodowego Festiwalu Literatury „Apostrof”. Rozmawialiśmy o szwedzkich kryminałach, alkoholizmie Malin Fors, a także o…Wisławie Szymborskiej. Przeczytajcie. 

    Mons, urodziłeś się w okolicach Linköping. Sądzisz, że Twoje książki mogą być swego rodzaju przewodnikiem po tym mieście? Teraz modne są podróże śladami bohaterów książek.

    Być może to nie jest taki typowy przewodnik turystyczny, ale gdyby się ktoś chciał dowiedzieć jak wygląda życie w takim średniej wielkości szwedzkim mieście, to są to rzeczywiście odpowiednie książki żeby się tego dowiedzieć.

    Dla mnie Malin Fors to taki Kurt Wallander w spódnicy, ci bohaterowie mają dużo cech wspólnych. Możemy spodziewać się ekranizacji przygód Malin?

    Tak się składa, że właśnie sam pracuję nad ekranizacją, nad serialem. Specjalnie założyłem studio telewizyjne, ponieważ przez lata zarzekałem się, że nikomu nie sprzedam praw do sfilmowania moich książek. Po prostu bałem się, że ktoś zrobi coś strasznego, Stwierdziłem więc, że dość tego narzekania, więc muszę to zrobić samemu. No i teraz jeśli wyjdzie jakiś denny projekt, to wiadomo kogo będzie trzeba za to winić. Tylko mnie.

    Chciałbym wrócić jeszcze do Malin. Ona jest całkowicie fikcyjna, czy konstruując tę postać wzorowałeś się na kimś konkretnym?

    Jest całkowicie wymyślona. Oczywiście, po tylu książkach nabrała własnego życia, ale nie jest oparta na żadnej prawdziwej postaci. Może poza tym, że jest po prostu oparta na wszystkich ludziach.

    Planujesz wyswobodzić główna bohaterkę Twoich książek z alkoholizmu?

    Ludzie uzależnieni nigdy nie wychodzą ze swoich nałogów, mogą najwyżej nauczyć z nimi żyć. Tak samo jest z Malin, całe życie zmaga się z nim i tak będzie do końca jej dni.

    Zupełnie z innej beczki. Współpracujesz z Markusem Luttemanem, w Polsce ukazała się wasza wspólna książka, czyli „Na imię mi Zack”. Będziecie kontynuować tę historię?

    Tak, zdecydowanie. W Szwecji właśnie wyszła druga część, piszemy trzecią i planujemy dalszą współpracę. Staramy się, żeby wychodziła jedna rocznie, ale byłoby jeszcze lepiej gdyby wychodziły dwie, bo książka ma na tyle skomplikowaną fabułę, że byłoby łatwiej dla czytelników gdyby wychodziły częściej.

    Kolejne tytuły również będą ukazywały się w Polsce?

    Tak. Rebis, mój polski wydawca, ma prawa do kontynuacji i wiem, że kolejne części będą wydawane.

    Dużo mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Można to w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć, że książki z tej części świata są tak chętnie czytane?

    Sukces rodzi sukces. Mieliśmy kilku wspaniałych pisarzy, na przykład Henninga Mankella, którzy przygotowali grunt pod Stiega Larssona, który po prostu wybuchł. Stieg sprawił, że wielkie wydawnictwa zainteresowały się szwedzkimi autorami. Gdyby nie on, to na pewno nie miałbym tak wielkich wydawców na całym świecie. To są bardzo duże wydawnictwa, więc kiedy Simon & Schuster robi ogólnokrajową akcję promocyjną, to jest to coś zupełnie innego niż gdyby małe wydawnictwo po cichu wydrukowało 200 egzemplarzy.

    Śledzisz nowości kryminalne ukazujące się w Szwecji? Mnie ostatnio zafascynował debiut Stefana Ahnhema.

    O tak, to bardzo dobra książka. Zresztą Stefan to mój przyjaciel.

    Będę się z nim widział w przyszłym tygodniu w Sztokholmie. Lecę do niego na wywiad.

    Naprawdę? To pozdrów go ode mnie i powiedz, że bardzo lubię go czytać.

    Na koniec chciałbym zapytać o Wisławę Szymborską, bo to ciekawe, że szwedzki pisarz kryminałów zaczytuje się w poezji polskiej noblistki. Co Cię w niej urzekło?

    Bardzo mi się podoba, że potrafi tak wiele treści zawrzeć w kilku słowach, jak wiele emocji oddaje w kilku prostych wyrażeniach, ta ekonomia stylu bardzo mi odpowiada. Poznałem jej dzieła poprzez szwedzkiego tłumacza Szymborskiej, który był przyjacielem pewnej szwedzkiej poetki, która już niestety nie żyje. Ona z kolei znała moją żonę i podarowała nam tomik poezji, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.

     

     

     

  • „Ciągle lecę ku słońcu, ale wszyscy znamy los Ikara”. Rozmówka z Łukaszem Orbitowskim [wideo].

    O nominacji do Nagrody NIKE, o najnowszej książce, o pisaniu, o telewizji. Praktycznie o wszystkim. Zapraszam do obejrzenia rozmowy z Łukaszem Orbitowskim. 

  • Komu NIKE 2016?

    Znamy już dwadzieścia książek nominowanych do literackiej nagrody NIKE 2016. We wrześniu poznamy finałową siódemkę, a zwycięzca zostanie ogłoszony w pierwszą niedzielę października. Oprócz sławy i uwielbienia, otrzyma także sto tysięcy złotych oraz statuetkę. Poniżej okładki wszystkich nominowanych książek. 

    zdjęcie główne: freeimages.com/Michal Zacharzewski

    inna-dusza-b-iext33551546

    uprawa-roslin-poludniowych-metoda-miczurina-b-iext33889495niewazkosc-b-iext338897371945-wojna-i-pokoj-u-iext33947227tatuaz-z-tryzubem-u-iext33902737bialystok-biala-sila-czarna-pamiec-u-iext33902818stryjenska-diabli-nadali-u-iext33902797dom-z-witrazem-u-iext33805424w-lodach-prowansji-bunin-na-wygnaniu-u-iext33895435czytnik-linii-papilarnych-u-iext33810201wtedy-o-powojennym-krakowie-u-iext29238502ku-klux-klan-tu-mieszka-milosc-u-iext33902344skorun-u-iext33897060ktoredy-na-zawsze-u-iext31958478ziarno-i-krew-podroz-sladami-bliskowschodnich-chrzescijan-u-iext33902782nakarmic-kamien-u-iext33905038egipt-haram-halal-u-iext33287637

    co-bog-zrobil-szympansom-u-iext33903065kardonia-i-faber-u-iext33905081prosta-u-iext30769556

  • „Alkohol i anonimowość tworzą twórczą kombinację”. Peter Swanson opowiada o swojej książce „Czasem warto zabić”, o współpracy z Agnieszka Holland, a także…przeczytajcie zresztą sami.

    ndripdeg940g8occ0c80co8okk0k84o

    Jakie tajemnice można zdradzić kobiecie poznanej w lotniskowym barze? Okazuje się, że te najgłębiej skrywane. Jeśli do tego dodać alkohol i wielogodzinny lot samolotem, to może z tego powstać plan zabójstwa niewiernej żony. Czy to tylko słowa? A może słowa przerodzą się w czyny? Przeczytajcie „Czasem warto zabić”, ale zanim to zrobicie, serwuję Wam wywiad z autorem. 

    Agnieszka Holland, polska reżyserka nominowana do Oscara, twórczyni tak znakomitych filmów jak „Całkowite zaćmienie”, „Europa, Europa” czy „W ciemności” zainteresowała się Pana książką i planuje jej przeniesienie na ekran. Czy jest Pan zadowolony z pomysłu ekranizacji? Czy planuje Pan współpracę przy scenariuszu?

    Jestem zachwycony, że Agnieszka Holland podpisała umowę na reżyserię „Czasem warto zabić”. Scenariusz już powstał (bez mojego udziału) i jest świetny! Trzymam kciuki za realizację tych planów.

    Agnieszka Holland uważa, że postać Lily to wspaniała rola dla utalentowanej aktorki – czy pokusiłby się Pan o wskazanie jakiegoś pomysłu na obsadę? Może ma Pan już kogoś na uwadze?

    Mam wiele pomysłów na rolę Lily. Czołówkę zajmują Alicia Vikander, Rooney Mara, Amanda Seyfried, Jessica Chastain.

    Agnieszkę Holland najbardziej zaintrygowała w Pana książce postać głównej bohaterki. „To ofiara? Psychopatka? Mścicielka?” Kim jest Lily?

    Zgadzam się z Agnieszką. Lily jest zarówno główną bohaterką książki, jak i największą jej tajemnicą. Spośród wszystkich postaci, które kiedykolwiek stworzyłem, najbardziej lubię Lily. To zabójczyni, ale nie jest żądną krwi morderczynią. Wiedzie spokojne życie i jest dość pragmatyczna.

    Ale jedyną rzeczą, którą na pewno można powiedzieć o Lily, to to, że jest bezlitosna. Nie jest ona typową kobiecą postacią, nie waha się przed zemstą za to, czego doświadczyła w życiu. Dlaczego taka właśnie jest?

    To, co czyni ją wyjątkową, to jej praktyczne podejście do życia. Nie jest okrutna i nie czuje potrzeby zabijania. Po prostu śmierć nie robi na niej wrażenia. Pozbycie się człowieka to dla niej jak zabicie natrętnej muchy. Jeśli musi to zrobić, zwyczajnie to robi.

    czasem-warto-zabic-b-iext33900189Życie Teda zmienia się całkowicie na skutek niespodziewanego spotkania na lotnisku. Czy to spotkanie to kwestia przeznaczenia czy przypadku?

    Chyba i jedno, i drugie, o czym czytelnik ma szansę przekonać się podczas lektury. Choć ja wolę myśleć, że to czysty przypadek. Swoją drogą ta myśl mnie nurtuje. Jak bardzo może zmienić się czyjeś życie w zależności od tego, który bar na lotnisku wybierzemy. Znacznie częściej stajemy się ofiarami przypadku niż przeznaczenia.

    Rozmowa z nieznajomym może być świetnym źródłem inspiracji dla pisarza. Czy kiedykolwiek zdarzyło się Panu wyznać swoje tajemnice obcej osobie spotkanej w samolocie lub w pociągu? A może ktoś przypadkowo poznany opowiedział Panu swoje życie?

    W rozmowach z nieznajomymi jestem dość nieśmiały. W samolocie najczęściej mam słuchawki na uszach. Ale za to w barach odbyłem kilka ciekawych rozmów. Alkohol i anonimowość tworzą twórczą kombinację.

    W jaki sposób powstał pomysł na tę książkę? Gdzie znajduje Pan inspirację do pisania?

    W młodości przyjaciel moich rodziców opowiedział mi o kobiecie, która zdradziła mu wszystkie swoje mroczne tajemnice podczas lotu samolotem. Ta historia zapadła mi w pamięć i w końcu stała się podstawą do napisania powieści. Zacząłem się zastanawiać nad sytuacją, gdy nieznajomy zdradza drugiej osobie nie że kogoś zamordował, ale że dopiero planuje zbrodnię. I co by się stało, gdyby ta przypadkowo spotkana osoba uznała to za dobry pomysł. Takie właśnie scenariusze mnie inspirują. Zadaję sobie pytanie: „Co by się stało, gdyby…”, a potem tych pytań pojawia się coraz więcej. Jeśli odpowiedzi są ciekawe, to wtedy wiem, że już mam pomysł na książkę.

    Czyje książki Pan czyta i kto Pana inspiruje?

    Najczęściej czytam thrillery – takich współczesnych autorów jak Sophie Hannah, Stephen King, Megan Abbott , ale też innych – żeby tylko wymienić kilku: Patricię Highsmith, Ruth Rendell, Eda McBaina. Szukając inspiracji wracam często do Johna D. MacDonalda. To mój ulubiony autor thrillerów, napisał około 100 powieści w latach 1950–1980. 

    Słyszałem też, że zrealizował Pan ciekawy pomysł polegający na pisaniu sonetów inspirowanych filmami Alfreda Hitchcocka. Co takiego ciekawego znalazł Pan w jego filmach, że stały się inspiracją do pisania poezji?

    Alfred Hitchcock to mój ulubiony reżyser. Po pierwsze jest mistrzem rzemiosła filmowego, po drugie fascynują mnie tematy, którymi się zajmował. Myślę o jego filmach tak często, że postanowiłem podjąć wyzwanie i napisać o nich. Zacząłem pisać sonety i nie mogłem przestać, aż powstał wiersz dla każdego z 53 jego filmów. Świetnie się przy tym bawiłem!

    Powiedział Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że „paradoksalnie, osoba, która z największym prawdopodobieństwem może nas zabić to ta, która siedzi naprzeciw przy śniadaniu”. Dlaczego tak się dzieje?

    Nie jestem pewny, czy to się sprawdza w życiu, ale ten pomysł przemawia do mnie jako autora thrillerów. Boimy się obcych, ludzi, których nie znamy, ale czy nie powinniśmy obawiać się właśnie tych, których znamy najlepiej? Wydaje mi się to ciekawsze: morderstwo w domowym zaciszu.

    zdjęcie główne: freeimages.com/Andrew Peat

    zdjęcie autora oraz okładka: Wydawnictwo Marginesy.

  • „Tove Jansson skrywa przed mną jeszcze wiele tajemnic”. Justyna Czechowska, tłumaczka twórczości autorki „Muminków”, opowiada o… Zresztą, przeczytajcie.

    listy-tove-jansson-b-iext32295072Zna Tove Jansson bardzo dobrze, chociaż nigdy się nie spotkały. Tłumaczka twórczości pisarki znanej przede wszystkim z „Muminków”, opowiada o tym jaka była Tove Jansson, co sprawiło jej najwięcej problemów przy tłumaczeniu, a także o tym, dlaczego chciałaby żyć jak pisarka, którą tłumaczy. Przed państwem Justyna Czechowska.

     

    Jak w ogóle doszło do tego, że przetłumaczyłaś „Listy Tove Jansson”?

    Ja twórczością dla dorosłych Tove Janson zajmuję się już od dłuższego czasu. Początkowo przetłumaczyłam „Wiadomość”, opowiadania Tove, które ukazały się rok temu. Już wtedy wiedziałam, że w przygotowaniu są „Listy…” redagowane i wybrane przez wielką znawczynię twórczości Tove Janson, Boel Westin oraz wieloletnią redaktorkę TJ z Finlandii, Helen Svensson. Obie panie przygotowały wybór listów TJ, które ukazały się w Szwecji i Finlandii jesienią 2014, który to rok był jubileuszem urodzin TJ. Już wtedy wiedziałam, że „Listy…” muszą się ukazać też w Polsce.

    Tłumacząc tę znakomitą autorkę, polubiłaś ją?

    Ja zawsze się zżywam z autorką, albo z bohaterką książek, które tłumacze. Zazwyczaj są to kobiety,tak wychodzi, a TJ jest mi o tyle bliska, że jest to taka osoba, która przeżyła cały XX wiek, w niezwykle ciekawy sposób wykorzystała całe swoje doświadczenie życiowe w swojej twórczości. I to zarówno w twórczości dla dzieci, czyli w „Muminkach”, ale też dla dorosłych. To jak TJ żyła, niezwykle przekładało się na to, jak ja bardzo chciałabym żyć. Ona była niezwykle pracowitą osobą, więc fakt tłumaczenia o tej pracowitości, napędzał też moją pracę. To jest fantastyczne.

    Tłumaczenie „Listów…” Tove Jansson było zadaniem trudnym?

    Sprawiało mi to ogromną przyjemność, ale też wymagało poszukiwań. Takich ciekawych poszukiwań. Ja Skandynawią zajmuję się nie od dziś, szczególnie Szwecją, a tymczasem duże wyzwanie postawiła mi Finlandia. TJ zapoznała mnie z tym krajem, szczególnie z Helsinkami, Zatoką Fińską. Generalnie, TJ jako malarka i pisarka jest mi już dobrze znana. Duża czytałam, dużo rozmawiałam z osobami, które ją znały. Duży kłopot sprawiło mi natomiast to, że w twórczości TJ pojawia się bardzo dużo wody, bardzo dużo morza, wysp, takiego krajobrazu nadmorskiego. U niej wciąż pływają statki, łódki, kanadyjki i parowce i ta terminologia z tym związana jest mi mało znana. Wychowałam się w zupełnie innym kraju i wychowałam się w polszczyźnie, która jednak nie ma tak wyrobionej terminologii nadmorskiej jak kraje skandynawskie. Właśnie to jest ta rzecz, która sprawiała mi wiele problemów i wymagała wielu poszukiwań. Kolejną rzeczą, której musiałam się uczyć od podstaw było to, że w polszczyźnie bardzo mocna istnieje II Wojna Światowa. Tymczasem bardzo dużą część „Listów…”, stanowią listy do przyjaciółki TJ, która w 1941 roku musiała jako Żydówka opuścić Helsinki i wyjechała do Nowego Jorku. Przez cały okres wojny, TJ pisała do niej poruszające i dokumentujące listy, opisujące codzienność w Finlandii. To była dla mnie nowość, że ten kraj był tak mocno okupowany, zdziesiątkowany, biedny. To było wyzwanie dla polszczyzny, której musiałam użyć.

    Tove Jansson ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice?

    Myślę, że tak, jak każdy człowiek. Nigdy nie poznałam jej osobiście, nasze życia nie zbiegły się za bardzo, nie byłam jeszcze na jej grobie. „Listy…” odkrywają dużą część TJ, ja ją poznałam z trochę innej strony niż w tej twórczości, którą wcześniej tłumaczyłam. Znam ją z jej listów, obrazów, filmów. To chyba dobrze, że zostały jeszcze jakieś tajemnice.