Kategoria: Aktualności

  • Michael Jordan w Twoim domu. Niemożliwe staje się możliwe.

    graciwygrac_front_DRUKKról koszykarskiego parkietu, najlepszy zawodnik w historii NBA.  Poznajcie historię Michela Jordana, o którym można mówić tylko dobrze. Książka ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa SQN.

    Co trzeba zrobić? Konkurs wydaje się łatwiejszy, niż trafienie rzutu osobistego.

    Polubcie informację o konkursie, która znajduje się na profilu smaku: tutaj, udostępnijcie ten wpis, napiszcie w komentarzu dlaczego to właśnie Wy powinniście otrzymać książkę. To już prawie wszystko.

    Zbierzcie największą liczbę lajków. I tyle.

    Konkurs trwa od teraz do niedzieli (13.03) do 22:00. 

     

    Fot. główne: FreeImages.com/Hal Wilson

    Fot. okładki: Wydawnictwo SQN

  • Potencjalne petardy marca. Co warto przeczytać w nowym miesiącu?

    Marzec już jutro, chociaż powinien być już dziś. Pogoda za oknem sprzyja czytaniu, więc zapraszam na przegląd potencjalnych hitów marca. Wybrałem książki, tradycyjnie subiektywnie, które według mnie warto przeczytać w nowym miesiącu. Tradycyjnie, po kliknięciu w okładkę, przeniesiecie się na stronę wydawnictwa, gdzie można książkę kupić. Smacznego.

    wykluczeni-390listy-tove-jansson-b-iext322950721838large_zapiskiGolowanow_Wyspa_mT164734T167792dehli1836carska-filizanka-390small_Yazbek__Przeprawa___ok_adka_96_dpicsm_1711_99906221711_843afbf0c17591980171839csm_0119_99906220119_3d6620cd83d_3580onyszko-okladka-front_1000px

  • „Były sytuacje, w których milczeliśmy”. Marek Bobakowski opowiada o kulisach pisania biografii Andrzeja Niemczyka.

    niemczyk-front_1000px

    Czy sportowcy czytają książki? Z którym prezesem rozmawiał przez telefon przez 13 sekund, a potem napisał o nim książkę? Jak bardzo musiał cenzurować „Życiowy tie-break”? O tym wszystkim opowiada Marek Bobakowski, dziennikarz, a także autor i współautor książek sportowych.

    Marku, przebywanie w towarzystwie sportowców to Twoja praca. Jak jest z poziomem czytelnictwa w tej grupie zawodowej, czytają chętnie?

    Ktoś się może obrazić, albo poczuć urażonym, dlatego nazwisk nie będę wymieniał. Generalnie, musimy podzielić sportowców na dwie grupy: piłkarzy i resztę sportowców. Piłkarze nie czytają, grają na Play Station. Choć podkreślę jeszcze raz – w tym momencie mocno generalizuję. Najwięcej czytają zawodnicy, którzy uprawiają sporty indywidualne. Oni spędzają większość czasu na obozach, w miejscach oddalonych od cywilizacji i tak naprawdę wieczorami nie mają co robić. Na przykład w takiej Spale. Byłeś tam kiedyś?

    Byłem.

    To wiesz, że tam przecież nie ma nic. To znaczy jest… las. Można więc iść na spacer, pobiegać, albo posiedzieć w pokoju posłuchać muzyki i poczytać książkę.

    Ludzie ze środowiska siatkarskiego znaleźli czas na przeczytanie książki, którą napisałeś z trenerem Andrzejem Niemczykiem? Jakie były reakcje?

    Spotkałem się tylko z pozytywnymi opiniami, zarówno bezpośrednimi, jak i pośrednimi. Dla tej grupy czytelników część opisanych historii była znana. Spotkałem się też z opiniami początkujących trenerów (nie tylko siatkarskich), którzy po przeczytaniu książki bardzo chcieli się spotkać z Andrzejem Niemczykiem. Zafascynowała ich część mentalna, na którą dość mocno postawiliśmy w tej książce.

    Trener Niemczyk był łatwym rozmówcą przy pisaniu tej książki?

    Trudne pytanie. Generalnie tak, natomiast były sytuacje, gdzie milczeliśmy, i to dosyć długo. Chociażby sprawa opowieści o Agacie Mróz. Było widać, że trener naprawdę przeżył to, co się stało z Agatą. Dość pechowo wyszło, bo my rozmawialiśmy i na żywo, i przez telefon. Akurat opowieść o Agacie przypadła na rozmowę telefoniczną. Wtedy było, żeby nie skłamać, pół godziny ciszy w słuchawce. Przeraźliwej ciszy.

    Trener postawił jasne granice, że o tym i o tym nie piszemy absolutnie, czy miałeś pełną dowolność?

    Była tylko jedna granica. Nie piszemy o rzeczach, które mogą dotknąć i skrzywdzić innych ludzi. Jeśli trener chciał napisać o swojej młodzieńczej miłości z panią Wyspiańską, to wcześniej do niej zadzwonił i porozmawiali o tym. Co ciekawe, odnowili nawet dzięki temu kontakt, spotkali się po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach przerwy.

    Gdy prowadziłem z wami spotkanie w Empiku w Katowicach, a było to kilka miesięcy temu, pytałem cię, czy po tej książce ktoś się odezwał, ktoś chce z tobą coś napisać. Odpowiedziałeś dość wymijająco. Teraz możesz powiedzieć o konkretach?

    Mam „rozgrzebane” dwa tematy: piłkarski i siatkarski. Ten drugi jest mi dużo bliższy, ale zdaję sobie sprawę, że mniej atrakcyjny dla wydawcy. Znam dobrze bohatera książki, wiem, czego się po nim spodziewać, jestem przekonany, że to byłaby naprawdę dobra książka, ale trzyma nas pewna kwestia „techniczna”, o której nie mogę mówić. Wyprzedzam pytanie: nie chodzi o finanse. Sprawa wygląda tak, że czekamy obaj na rozwiązanie tej sytuacji. Decyzja zapadła, chcemy napisać tę książkę, ale kiedy to się stanie, tego nie wiem. To może być kilka miesięcy, rok, dwa, pięć. Trudno teraz wyrokować. Jeśli chodzi o temat piłkarski, to tutaj jest potrzebna moja decyzja i możemy pisać. Cały czas studiuję ten temat, czytam wywiady, artykuły, rozmawiam niezobowiązująco z ludźmi. Jest już nawet wydawnictwo, które by to wydało, ale ciągle się waham. Mogę zdradzić jedynie, że mówimy o biografii polskiego trenera. Chodzi mi po głowie jeszcze jedna rzecz. Chciałbym napisać dobrą książkę o sporcie, ale z fabułą. Mam pewien oryginalny pomysł. Takiej książki w Polsce jeszcze nie było. Przy moim natężeniu pracy zawodowej potrzebowałbym jednak trzy, może nawet więcej, lata spokoju. Nie mogę sobie pozwolić, aby presja czasu zepsuła efekt końcowy. To zbyt ważny dla mnie projekt. Być może najważniejszy w życiu.

    Biografia Andrzeja Niemczyka nie jest twoją pierwszą książką. Gdybyś miał porównać, łatwiej było pisać o Grzegorzu Lacie?

    Powiem tak: z Grzegorzem Lato rozmawiałem przez 13 sekund. Albo coś koło tego. Zadzwoniłem do niego, przedstawiłem się, powiedziałem, że chciałbym porozmawiać, bo piszę książkę, a z drugiej strony padło: nie, nie, nie, dziękuję i trzask odkładanej słuchawki. Ja nawet nie wiem, czy mój rozmówca do końca zrozumiał, o co mi chodziło. Może pomyślał, że chodzi o kolejny wywiad. Po tej próbie już nie dzwoniłem. Skoro mnie tak potraktował, to przecież nie będę na kolanach błagał o chwilę rozmowy. To nie w moim stylu. Technicznie trudniej było pisać książkę o Lacie. Na całe szczęście jestem z tego pokolenia dziennikarzy, którzy pamiętają czasy, gdy internet dopiero raczkował. Potrafię więc sobie poradzić w sytuacji, gdy czegoś nie da się znaleźć w sieci. A o karierze piłkarskiej byłego prezesa PZPN w internecie jest niewiele. Z Niemczykiem było o tyle łatwiej, że miałem go przy sobie i mogłem o wiele rzeczy dopytać.

    Gdybyś złowił dwie złote rybki, to o kim chciałbyś napisać książki? Jeden bohater polski, drugi zagraniczny.

    Pewnie większość Czytelników będzie zdziwiona, że nie wymienię Roberta Lewandowskiego, Kamila Stocha czy Justyny Kowalczyk (choć akurat nasza mistrzyni olimpijska to byłby bardzo interesujący partner do napisania książki, ma charakter, a ja lubię niepokornych sportowców). Z drugiej strony ci, którzy mnie znają bliżej, wiedzą, że jest dyscyplina, którą stawiam ponad wszystkie inne. To kolarstwo. Jak mówił Marco Pantani: „kolarstwo to jedna z najtrudniejszych dyscyplin. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Widzę Twój uśmiech, chcesz mnie zapewne zapytać, czy chcę pisać książkę z Czesławem Langiem, czy Ryszardem Szurkowskim…

    Czytasz w moich myślach.

    No właśnie. Szanuję i podziwiam obu byłych kolarzy, są fantastycznymi rozmówcami, przegadałem z nimi wiele godzin. Jednak chciałbym napisać książkę z kimś z obecnego pokolenia. Głównie po to, aby poznać podejście do kolarstwa aktualnych zawodników. Chodzi zarówno o stronę mentalną, jak i sprawy technologiczne, ale także i aktywność w portalach społecznościowych. Krótko mówiąc marzę o książce z kolarzem XXI wieku, takim pełną gębą. Te warunki idealnie spełnia Michał Kwiatkowski, mistrz świata z 2014 roku.

    Sportowiec zagraniczny?

    Tutaj nie będę oryginalny. Wiem, że to nierealne, ale chciałbym napisać autobiografię Michaela Jordana. Można powiedzieć, że w jakiejś części dzięki niemu jestem w miejscu, w którym jestem. To dla niego w czasach licealnych zarywałem noce, aby śledzić finały NBA. Wtedy na poważnie zainteresowałem się sportem, zacząłem pisać amatorsko, przeszła mi przez głowę myśl: a może tak zostaniesz dziennikarzem sportowym?

    Ten temat zostawiłem celowo na sam koniec. Znów pogorszył się stan zdrowia trenera Niemczyka, macie ze sobą kontakt? Jak czuje się trener, jakie ma podejście do najprawdopodobniej nawrotu nowotworu?

    Przyznam, że teraz ciężko nam się rozmawia, bo trener bardzo szybko się męczy. Umysłowo i mentalnie jest cały czas na najwyższym poziomie, ale 10-minutowa rozmowa telefoniczna to dla niego ogromny wysiłek fizyczny. Rozmawiamy ze sobą dość często, głównie telefonicznie. Miesiąc temu mieliśmy OIOM i walkę o życie, teraz mamy postawioną diagnozę i już wprowadzone leczenie. To o wiele lepsza i korzystniejsza sytuacja. Trener do swojej choroby podchodzi spokojnie. Wiadomo, że nie jest wulkanem energii, nie jest szczęśliwy i radosny z tego powodu, że znów musi zmagać się z rakiem. Ale co najważniejsze, jest pozytywnie nastawiony, ma obok swoich przyjaciół, którzy go odwiedzają w szpitalu.

  • Czytelnicy Empiku wybierają najlepszych z najlepszych. Wielka gala już we wtorek.

    Kategorii jest sporo. Film, muzyka, gra, tygodnik, ale skupię się na dwóch najważniejszych, z mojego punktu widzenia, kategoriach. Najlepsza polska oraz zagraniczna książka. Stawka jest wyrównana, a faworytów wskazać trudno. Kto wygra i dlaczego? Subiektywnie, jak zawsze. 

     

    Jeśli chodzi o polski tytuł, to rozrzut gatunkowy jest gigantyczny. Marek Krajewski napisał swoją najlepszą książkę w życiu, czym poprzeczkę postawił sobie bardzo wysoko. Tak wysoko, że w przyszłości może jej nie przeskoczyć. Jacek Piekara kazał swoim fanom czekać na najnowszą książkę bardzo długo, ale jak już napisał, to niektórzy do dziś zbierają szczęki z podłogi. Bonda? Jak to Bonda, petarda. Oczywiście nie bez szans pozostają dwie pozostałe książki wydane w „Znaku”. Ja jednak stawiam na kogoś z trójki: Bonda, Krajewski, Piekara. Jeśli chcecie wygrać duże pieniądze u bukmachera, stawiajcie odwrotnie niż ja.

    książki

    Jeśli zaś idzie o książę zagraniczną, to stawka jest jeszcze bardziej wyrównana.

    książki1

    Biorąc pod uwagę fakt, że pojawienie się każdej z tych książek było ogromnym wydarzeniem na rynku, to zwycięzcą zostanie…nie, nie da się wytypować. Każdy tytuł to ogromny sukces komercyjny, ale drogą eliminacji odrzuciłbym „Pogromcę Lwów”. Merytorycznie te książki nie mogę ze sobą przecież rywalizować, bo jak porównać Houellebecq’a z E.L. James? Nie da się. Tę kategorię da się rozpatrywać tylko i wyłącznie pod kątem komercyjnym i promocyjnym. Kto miał największą promocję? Lagercrantz, który wjechał na rynek z kontynuacją „Millenium” jak Zlatan Ibrahimovic w pole karne przeciwnika? Czy może Hawkins? Momentami otwierając lodówkę, miało się wrażenie, że wyjedzie z niej pociąg z dziewczyną w środku. Promocja „Uległości” to temat bardzo delikatny, bo pamiętamy wydarzenia we Francji w okolicach premiery książki Houellebecqa. „Grey” pokazuje, że Sonia Draga ma niesamowitego nosa do autorów. Obstawiam, że gdyby poszła do szkolnego klubu początkujących pisarzy, to wypatrzyłaby tam przyszłego Dana Browna. Ja stawiam na Lagercrantza. Skoro obstawiam tak ja, to pewnie będzie inaczej.

     

    Można gdybać, ale wszystko wyjaśni się już we wtorek. Relację z Gali Bestellerów Empiku możecie zobaczyć w TVP2 o 22:50 (skrót), a cały zapis w TVP Rozrywka, dla odmiany o 22:50.

     

    And the winner is…

    Fot: www.businessandculture.pl

  • „Myślę, że ta książka by Wisławę Szymborską rozbawiła”. Michał Rusinek opowiada o „Nic zwyczajnego”.

    Rusinek_Nic-zwyczajnego

    O prezentach dla noblistki, „Kronice niezapowiedzianej śmierci” Marqueza, tonacji dur-mol,  zachciankach i lekturach Wisławy Szymborskiej, rozmawiam z Michałem Rusinkiem, jej wieloletnim sekretarzem. Ich współpraca zaczęła się w 1996 roku, miała potrwać trzy miesiące. Trwała do końca życia jego szefowej. 

     

    Kilka dni temu przeżywaliśmy czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej. W tym dniu wróciły wspomnienia, czy wspomnienia są na tyle żywe, że nie zdążyły wyblaknąć?

    To prawda, wtedy wraca tych wspomnień trochę więcej. Wracają wspomnienia przykre i bolesne, ale to jest jakoś tak, że moja sytuacja jest nietypowa. Nawet nie tylko moja, ale wszystkich nas, którzy pracujemy w Fundacji Wisławy Szymborskiej, stanowimy jej zarząd. Myśmy byli z nią związani i nadal jesteśmy. To czym się zajmujemy, to jest w moim wypadku nieomal to samo, czym się zajmowałem za jej życia. Na przykład dzisiaj miałem do podjęcia jakieś decyzje wydawnicze. Za każdym razem, kiedy takie się pojawiają, mam ciągle z tyłu głowy, że to trzeba przedstawić Pani Wisławie, zaproponować jej. Moje wspomnienia wracają jednak nie wtedy, kiedy jest rocznica mniej lub bardziej okrągła, ale kiedy jestem na wakacjach. Ja i moja rodzina, zawsze szukaliśmy na wakacjach prezentów dla Pani Wisławy, która miała bardzo specyficzne poczucie humoru, stosunek do kiczu. Ciągle chodzimy po takich sklepach i mówimy: o, to by się jej spodobało. Wtedy jest mi trochę smutno, trochę śmiesznie.

    W książce opisujesz również swoje relacje z Wisławą Szymborską. Od przecięcia kabla telefonicznego w jej mieszkaniu na początku waszej współpracy, aż po ostatnie chwile jej życia. Bardzo zmieniła się przez ten czas?

    Myślę, że ona się nie zmieniała. Dużo też energii włożyła w to, żeby ta nagroda, zamieszanie, które było wokół niej, żeby absolutnie jej nie zmieniło. Bardzo chciała, żeby jej przyjaciele, jej znajomi nie odczuli tego, że ten Nobel przewrócił jej w głowie. Utrzymywała z nimi kontakty, czy to korespondencyjne, czy osobiste. Jeżeli myślę o czymś, co się zmieniało, dotyczy to ostatnich lat jej życia. Oczywistym jest, że w ostatnich latach człowiek się zmienia, starzeje się, jest mu coraz ciężej. Ona miała to szczęście, że bardzo długo zachowała sporo siły, także tej umysłowej, psychicznej. Jest jedna rzecz, którą zauważyłem, ale to jest do udowodnienia przez specjalistów, ja to wyczuwam tylko intuicyjnie. Mianowicie, Szymborska pisała wiersze do czytania na głos. Na pewno testowała je na sobie, czytała, więc długość fraz w wierszu musiała być taka, na ile pozwalał jej oddech. Ten oddech jej się przecież skracał, w dodatku bardzo dużo paliła. Miała więc coraz krótszy oddech i coraz krótsze frazy.

    Nic zwyczajnego” to również Twoja historia, kilkanaście lat Twojej pracy zawodowej. Byłeś przygotowany na śmierć Wisławy Szymborskiej? Czy w ogóle mogłeś się na to w jakiś sposób przygotować, widząc, że jest coraz słabsza?

    Na to nie byłem przygotowany. Od pewnego momentu było wiadomo, że to już jest koniec, że już nie będzie lepiej. Czułem się wtedy jak w powieści Gabriela Garcii Marqueza „Kronika zapowiedzianej śmierci”. Wiadomo było, że nastąpi, nie do końca wiadomo kiedy, ale mniej więcej można to ustalić. Ta wiedza nie powodowała, że coś jeszcze zdążyłem załatwić, zrobić, nie w tych kategoriach w ogóle. To było raczej paraliżujące. My – bo nie powiem, że tylko ja, ale też wielu jej znajomych i przyjaciół – dużo sił, energii pokładaliśmy w tym, żeby ostatnie tygodnie mogła przeżyć godnie, żeby mogła robić to, na co ma ochotę, spełniać zachcianki różnego rodzaju. W książce wspominam taką historię z filmem, który chciała zobaczyć, i teraz jak o tym myślę, to mi się głos łamie. Cały szalenie wzruszający łańcuszek ludzi, którzy stanęli na głowie, żeby ten film zdobyć, wiedząc, że jest dla niej i że to jedna z jej ostatnich zachcianek.

    Jakiego rodzaju to były zachcianki?

    Czasami miała ochotę coś zjeść ze swojej ulubionej restauracji, ale też chciała się nauczyć słuchać audiobooków. Nigdy tego nie robiła, przyszły jednak problemy ze wzrokiem, stąd właśnie audiobooki. Właściwie to tyle…Przez chwilę miała jeszcze ochotę, żeby chodzić normalnie, ale to już się okazało niemożliwe. Trudno powiedzieć, żeby jej zachcianki były jakieś rozbuchane.

    Czy przez ten cały okres współpracy z Wisławą Szymborską chodziło Ci po głowie, żeby zrezygnować, zmienić pracę?

    Nie, absolutnie nie. Szczególnie, że to nie była relacja pracodawca-pracownik. Ten czas trudno liczyć w roboczogodzinach, dniówkach i czymś takim. W ogóle nie o to chodzi. Myśmy sobie raczej żartowali z takiej nomenklatury i takiej relacji, ona nie potrafiła pozostawać w takich relacjach służbowych, oficjalnych. Mam wrażenie, że prywatyzowała sobie ludzi, a ja byłem  na tyle sprywatyzowany, że przychodziłem towarzysko, a przy okazji w czymś tam jej pomagałem. Tutaj się pojawia motyw pomocy, zresztą mam taką dedykację w książce, „z podziękowaniem za pomoc”. To właśnie było to, co ona uważała, że ja robię. Miała wyrzuty sumienia, że mnie zmusza do chodzenia do hipermarketu albo na pocztę, zawraca głowę tym czy tamtym. Miała wyrzuty sumienia, że z nią podróżuję gdzieś po świecie, że mnie nie ma w domu z rodziną, no i takie rzeczy, które powodowały, że trudno mówić o naszej relacji w kategoriach zawodowych. Nie mogę powiedzieć, że byłem znużony, bo to był rodzaj zaprzyjaźnienia, a jak można się znużyć zaprzyjaźnieniem?

    Jest taki fragment w książce, kiedy wymyślacie wspólnie różne formy odmów przyjazdów na spotkanie, otwarcie czegoś, itd. Najciekawsze z nich, to chyba: „przyjadę kiedy będę młodsza” oraz „całuję po nogach ustami mego sekretarza”. Skąd się to brało?

    Ten drugi przykład wymyśliła moja szefowa, akurat niezbyt go lubię. To oczywiście były żarty, ale nigdy ich nie wykorzystywaliśmy, mam taką nadzieję. Chodziło też o to, żeby przekłuć taki balonik patosu, który narasta w momencie, kiedy ktoś musi ciągle szurać papierami, a tam są same patetyczne prośby o patronaty czy przecinanie wstęg. Naturalną reakcją obronną zdrowego organizmu jest wówczas dostrzeganie sytuacji śmiesznych czy anegdotycznych, albo obracanie ich w żart. Wisława Szymborska zawsze powtarzała, że bez poczucia humoru tego wszystkiego by nie przeżyła.

    Wyobrażam sobie, że musiałeś dokonać ostrej selekcji wspomnień zamieszczonych w książce. Trudno było wybrać?

    Książka mogłaby być grubsza, gdyby była bardziej drobiazgowa. Ja mam taki rodzaj nieporządku w pamięci, w archiwum, że byłoby mi trudno napisać ją większą. Czy wiele ukryłem? Nie, ukryłem rzeczy czysto fizjologiczne związane z odchodzeniem, bo uznałem, że absolutnie nie można takich rzeczy ujawniać, zresztą również nie byłem do nich dopuszczany. Przytaczam taki obraz, kiedy do niej przychodziłem w tych ostatnich dniach, ale ona była przygotowywana, czesana, sadzana w fotelu, ubierana, itd. Czy coś ocenzurowałem? Jest kilka historii, na szczęście rzadkich, że kilka osób zrobiło jej przykrość, zrobiło jej jakiś rodzaj świństw. Nie chciałem o tym pisać. W książce jest taka jedna rzecz, ale specjalnie bez nazwiska, bo nie ma powodu, żeby tym ludziom robić reklamę.

    Gdyby Wisława Szymborska przeczytała „Nic zwyczajnego”, to jaka byłaby jej reakcja?

    Zastanawiałem się nad tym. To jest oczywiście książka, która powstała po jej śmierci, więc trudno tak gdybać. Myślę jednak, że ponieważ ta książka jest utrzymana w stylu, powiedzmy naszych rozmów, nie przekracza granicy plotkarstwa, więc myślę, że by ją rozbawiła. Albo powiem inaczej: gdyby przeczytała taką książkę o kimś innym, o jakieś swojej koleżance poetce, to myślę, że by ją taka książka rozbawiła.

    Odejdźmy od „Nic zwyczajnego”, ale zostańmy przy książkach. Co czytała Wisława Szymborska?

    Mam wrażenie, że ona cały czas pobierała dane ze świata, które były jej do czegoś potrzebne. Miała takie dwie formy komunikacji ze światem: poezja oraz felietony o książkach. Nie pisała recenzji, bo „Wszystkie lektury nadobowiązkowe”, które wydaliśmy w zeszłym roku, to nie recenzje książek, tylko preteksty do tego, żeby mówić o tym co ją interesuje. Ona czytała czasami rzeczy absolutnie kuriozalne. Czytała też bardzo dużo prasy literackiej, takiej, której jest już w tej chwili coraz mniej na rynku. Praktycznie w ogóle nie czytała powieści, prozy. Jeśli już, to czytała poezję, a poza tym sporo eseistyki, biografii, autobiografii, wspomnień różnego rodzaju. To ją faktycznie interesowało, ale też świadomie nie zamykała się w takim kręgu literatury, literaturoznawstwa. I miała przyjaciół, którzy byli fizykami, bardzo lubiła z nimi rozmawiać.

    Co ty lubisz czytać?

    Coraz bardziej odchodzę od beletrystyki, chociaż w chwilach, w których muszę się zrelaksować , muszę odświeżyć umysł, wtedy lubię kryminały. Poza tym bardzo dużo czytam eseistyki, to jest coś, co mnie pociąga. Lubię rzeczy, które są dobrze zrobione. Taka eseistyka francuska jest napisana z dbałością o styl, z szacunkiem dla czytelnika. Mam też jednego autora, do którego wracam, tak jak muzykolodzy, którzy zajmują się muzyką współczesną, wracają do Bacha. Ja mam takiego swojego Bacha i jest nim Jorge Luis Borges. Do niego wracam najczęściej. Jego opowiadania są według mnie mistrzostwem świata, pozwalają mi wrócić do tonacji dur-mol, a dopiero potem mogę zajmować się jakimiś szaleństwami.

    Zdjęcie główne pochodzi z archiwum prywatnego Michała Rusinka. Zrobił jej Tomek Sikora. 

  • „Retro smak”. Nowy cykl wideo na smakksiazki.pl

    old-books-1418054-1600x1200
    FreeImages.com/riesma pawestri

    Gonicie za książkowymi nowościami? Nie macie czasu na grzebanie w tytułach, które ukazały się rok, dwa, pięć temu? Od jutra w każdy wtorek będę Wam proponował książki, nad którymi warto się pochylić. Będą powieści, biografie, reportaże. Łączyć je będzie jedno: nie są nowościami, a czasem nie ma ich już nawet w księgarniach. Pozostanie więc allegro albo antykwariaty. Jak sporo rzeczy na smaku, cykl będzie w formie wideo.

     

    Czasem będą to książki niszowe, czasem bardzo popularne. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nie będę się rozwodził nad faktem, że przegląd będzie tradycyjnie subiektywny, a reklamacji nie uwzględnia się 🙂 Do zobaczenia w każdy wtorek, o tej samej porze o różnych porach dnia.

     

    Zdjęcie główne: FreeImages.com/Miguel Ramos

  • „Prawdy o Wampirze z Zagłębia nie dowiemy się już nigdy”, wywiad z Przemysławem Semczukiem.

    Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

    Miał zabić czternaście kobiet. Został osądzony, skazany na śmierć i powieszony. Historia Zdzisława Marchwickiego od lat elektryzuje nie tylko mieszkańców Śląska i Zagłębia, ale też całej Polski. Przemysław Semczuk przeprowadził dziennikarskie śledztwo, którego efektem jest książka „Wampir z Zagłębia”. Marchwicki był więc katem, a może ofiarą? 

    Prawdziwy Wampir przewijał się w aktach spraw, a być może przychodził na rozprawy Zdzisława Marchwickiego? Czy to jest teoria z gatunku fantastycznych?

    Istnieje taka teoria, że był to mieszkaniec Sosnowca i popełnił samobójstwo rozszerzone. Miał zamordować dzieci i żonę, a później podpalić willę, w której mieszkał. Prawdziwy Wampir napisał dwa listy do milicji, w których informował, że nie będzie mordował. Natomiast ten sprawca, który jest wskazywany, popełnił samobójstwo pomiędzy tymi listami. Ja na postać Piotra Olszowego trafiłem dopiero w Sądzie Najwyższym, ale nie jest możliwe, żeby to był on, właśnie przez tę niespójność dat. Myślę, ze jest mało prawdopodobne, żeby milicja wtedy tego nie sprawdziła.

    Z perspektywy czasu możemy pokusić się o wskazanie Wampira z Zagłębia?

    Nie, to jest w tej chwili niemożliwe. Jeśli nawet rzeczywiście popełnił samobójstwo, to dzisiaj nie znajdziemy żadnej informacji. Nie jest możliwe, żebyśmy w archiwach odnaleźli dane wszystkich samobójców i zweryfikowali co się stało i dlaczego. Samobójstw w tamym okresie było bardzo dużo. Pamiętajmy, że wtedy na Śląsk przyjeżdżało bardzo wielu ludzi z różnych stron kraju. To była mieszanka kulturowa, mieszanka społeczna, ludzie nie byli w ten region wrośnięci, nie byli zżyci. Dla wielu jedyną rozrywką było picie wódki, część z nich nie wytrzymywała po jakimś czasie i tragicznie się to dla nich kończyło. Możemy więc mnożyć mnóstwo scenariuszy, ale po tylu latach odpowiedzi już nie znajdziemy.

    Jest Pan pierwszą osobą w Polsce, która tak głęboko wgryzła się w temat?

    Przede mną Grażyna Starzak bardzo szczegółowo opisała tę sprawę, ale ona miała pewną przewagę. Pisała swoją książkę w 1993 roku, więc udało jej się dotrzeć między innymi do sędziego Ochmana, z którym porozmawiała. Ja mogłem już porozmawiać tylko z nią, bo sędzia Ochman już nie żyje. Grażyna Starzak w trakcie naszej rozmowy powiedziała, że sędzia niemal wprost mówił, że skazał na śmierć niewinnego człowieka, no i miał poczucie winy z tym związane. Dotarła także do adwokatów. Mnie udało się porozmawiać tylko z emerytowanym już mecenasem Bolesławem Andrysiakiem. To właśnie on opowiedział mi mnóstwo ciekawych szczegółów o tym, jak wszyscy obrończy oskarżonych chcieli się zrzec tej obrony, nie chcieli jej w ogóle przyjąć. Nie mieli jednak takiej możliwości, wręcz musieli prowadzić tę sprawę. Nie mieli możliwości zapoznania się z aktami osób, których mieli bronić. Idźmy dalej, mecenas Andrysiak mówi, że przed procesem tylko raz widział na oczy swojego klienta, Zdzisława Marchwickiego, raz mógł z nim rozmawiać i to zaledwie kilka minut. Tutaj złamano praktycznie wszystkie zasady prawa do obrony. Już samo to pokazuje, że dzisiaj żaden prokurator nie odważyłby się skierować takiego aktu oskarżenia do sądu, bo na pierwszej rozprawie, a gdzie tam, nawet do rozprawy pewnie by nie doszło, bo sędzia by taki akt odrzucił jako niekompletny.

    Można więc postawić tezę, że Zdzisław Marchwicki znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie?

    Myślę, że to jest dobre określenie. Nieodpowiedni czas, nieodpowiednie miejsce, zbieg różnych okoliczności, splot zdarzeń, które sprawiły, że po prostu nadawał się na tego Wampira. Marchwicki wielokrotnie wchodził w konflikty z prawem. To był taki dosyć prosty człowiek, wypił, coś tam ukradł, pobił się z kolegami. Dodajmy do tego jego środowisko rodzinne, na przykład żonę, która się nad nim znęcała. Ona sama w latach 90. przyznała, że nie była bita i maltretowana, bo jej chłop to było takie chucherko, a ona, mówiąc brzydko, lała go tam równo.

    Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

    Kolejną ciekawostką jest pamiętnik pisany przez Marchwickiego w celi. No właśnie, na pewno przez niego?

    Moja prywatna opinia jest taka, że ktoś mu to pisał. Miałem wątpliwą przyjemność przeczytania także wspomnień, bo to nie był cały pamiętnik, Joachima Knychały (seryjny morderca kobiet, znany jako „Wampir z Bytomia” lub „Frankenstein”. W latach 1975-1982 zamordował na Śląsku młodych kobiet. Był synem Wiktora i Anny z d. Golly; miał żonę i dwójkę dzieci, pracował jako cieśla oraz górnik w kopalni „Andaluzja” w Piekarach Śląskich. – informacje za wikipedia.org). Porównanie zapisków Wampirów, daje obraz dosyć szokujący. Marchwicki był przecież człowiekiem prostym, który nie umiał się wysłowić, a w pamiętniku operuje pojęciami wyjętymi z protokołu milicyjnego, np.: „na miejsce zdarzenia przybyłem, po czym uderzyłem, zabrałem przedmioty, oddaliłem się”. Dla odmiany, w pamiętniku Knychały czytamy, jak on skrupulatnie planuje swoje zbrodnie, co czuje gdy podążą za ofiarą, jaki był zapach otoczenia, jak się napawa tym, że za chwilę tego dokona. Odnosząc jeden opis do drugiego, dopiero widać, że Zdzisław nie mógł napisać tego pamiętnika, a to już poddaje w wątpliwość czy on rzeczywiście popełnił te zbrodnie. Gdyby on był seryjnym mordercą, to on by przecież pamiętał mnóstwo szczegółów.

    Milicjanci i śledczy skorzystali z okazji i dopisali Marchwickiemu również zbrodnie, które zalegały gdzieś w aktach jako niewyjaśnione? Wykorzystali go do poprawienia statystyk?

    Było dwadzieścia takich kolejnych przypadków, przy czym one się w ogóle nie zgadzają. Zdarzyły się na innym terenie, a przede wszystkim, w tych wypadkach morderca gwałcił swoje ofiary, a przecież Wampir nigdy nie gwałcił. W którymś momencie ten wątek w ogóle znika z akt, bo chyba to było już tak grubymi nićmi szyte, że nawet sąd nie był wstanie dopisać tych przypadków do sprawy Marchwickiego.

    Czy w trakcie całego procesu był taki moment, że Marchwicki mógł jednak nie zostać skazany? Czy wyrok był już na niego wydany zanim zasiadł na ławie oskarżonych?

    Nie, tu się nic nie mogło zmienić. Tak naprawdę wyrok był znany, zanim sędzia pierwszy raz wszedł na salę. Czytając protokoły miałem czasem wrażanie, że sędzia Ochman siedział trochę w roli widowni, bo gdy dochodziło do pyskówek między prokuratorem, a adwokatami, to on się po prostu przyglądał.

    Co Pana najbardziej zdziwiło w trakcie dziennikarskiego śledztwa?

    Mnie najbardziej zaskoczył obraz, który był lansowany w prasie. Proszę sobie wyobrazić, że oficjalna wersja propagandowa, praktycznie nie zgadza się z aktami śledztwa. Komputer, który był wielokrotnie opisywany przez dziennikarzy, że to właśnie on wytypował sprawcę morderstw, że zrobił to na podstawie listy cech, to okazuje się, że nie było żadnego komputera, ani żadnej listy cech. Dziennikarze odegrali bardzo niedobrą rolę w tym procesie, bo wręcz manipulowali opinią publiczną. W jednym z dzienników napisano, że Zdzisław próbował na sali sądowej ukryć, że miał wcześniejsze wyroki. Proszę mi powiedzieć, jak to było możliwe, skoro już przed procesem bardzo dokładnie zabrano wszystkie informacje, zbadano jego wszystkie konflikty z prawem. To była czysta manipulacja.

    Załóżmy, że łowi Pan złotą rybkę, która może spełnić tylko jedno życzenie związane z pisaniem tej książki. Co Pan wybiera?

    Chciałbym porozmawiać z Józefem Klimczakiem, kochankiem Jana Marchwickiego (brata Zdzisława, dop. smakksiazki.pl). Ja go znalazłem, napisałem do niego list, w którym prosiłem o rozmowę, nie odpisał. Myślę, że jest jedyną i ostatnią osobą, która mogłaby nam wiele wyjaśnić, opowiedzieć jak to było naprawdę. On już nie chce o tym mówić, musimy to uszanować. Być może jest już tak zmęczony tą sprawą, że chce na zawsze o niej zapomnieć. Nigdy nie udzielił wywiadu prasie. Józef Klimczak odsiedział prawie cały wyrok, wypuszczono go na krótko przed terminem, ale to z powodu tego, że wybuchł stan wojenny i potrzebowano miejsc w więzieniu. Póżniej ożenił się, ustatkował, zmienił nazwisko, zaczął pracować. Niestety, dopadła do Służba Bezpieczeństwa, która próbowała go nakłonić do współpracy, ale był już na tyle silny, że potrafił się przeciwstawić.

    Zupełnie na koniec. Myśli Pan, że ktoś jeszcze się kiedyś podejmie zbadania tej sprawy, napisania kolejnej książki? Czy wszystko już zostało powiedziane i napisane?

    Jestem przekonany, że ktoś do tego wróci. Przyznaję, że ja nie odnalazłem wszystkiego, bo są z pewnością jeszcze dokumenty, które da się odnaleźć w niektórych archiwach, a dwa, że są artykuły, których mi się nie udało znaleźć w prasie. Ktoś to tego na pewno wróci, a być może będzie miał inną teorię.

    Zdjęcia: Łukasz Kalinowski

  • „Zjawa” już w jutro w polskich kinach. To trzeba zobaczyć, to trzeba przeczytać. [Konkurs]

    ZjawaNajlepszy dramat, najlepszy aktor w dramacie oraz najlepszy reżyser. Te nagrody zgarnęła „Zjawa
    ” w trakcie wręczenia Złotych Globów. To jednak nie wszystko, bo już za moment rozdania Oskarów, a tam film na podstawie ksiażki Michaela Punke’a jest nominowany aż w dwunastu kategoriach.

    Zanim pójdziecie na film, który do polskich kin wchodzi już jutro, warto przeczytać książkę, od której wszystko się zaczęło. Mam dla Was egzemplarz „Zjawy”, który ufundowało Wydawnictwo Sonia Draga.

    Co trzeba zrobić, żeby trafił na Waszą półkę? Już mówię, a właściwie piszę: polubić ten post, to po pierwsze. Po drugie, napisać w komentarzu dlaczego książka powinna trafić właśnie do Was. Po trzecie, udostępnić post i polubić profil smakksiazki.pl.

    Tylko tyle. Osoba, która pod swoim komentarzem będzie miała największą liczbę lajków, otrzyma książkę. Koniec zabawy: niedziela (31/1, godz: 20:00).

    Zobaczcie zwiastun „Zjawy”:

     

  • Co przeczytać w nadchodzącym miesiącu? Przedstawiam petardy lutego.

    Idzie luty…i tak dalej. W drugim miesiącu roku czeka na nas wiele nowości, ale na poniższe zwróćcie szczególną uwagę. Wybór jest subiektywny, kolejność przypadkowa. Wszystkie są warte uwagi. Klikacie na okładkę, lądujecie na stronie wydawnictwa. Weźcie pod uwagę, że niektóre to wznowienia. Tak czy siak, można uzupełnić księgozbiór. 

     

    1718MATEJKO_500untitledPilch_Pietrowiak_Zawsze-nie-ma-nigdy_mgora-tajget-390Saramonowicz_Xiegi-NefasaTartt_Malyprzyjacield_35681845973955Mędrzec-kaźnizdarzilosienaslonsku_o-211x300zygzakiem-przez-zyciedwanascie-srok-za-ogon-b-iext31184915ostatni-pociag-do-zona-verde-b-iext31314433