Jest jednym z najbogatszych pisarzy. Jego książki sprzedają się w milionach egzemplarzy na całym świecie. Jak wygląda współpraca wydawcy z takim autorem? Rozmawiam z Renatą Kuryłowicz z Wydawnictwa Albatros Andrzej Kuryłowicz, które w Polsce wydaje książki Stephena Kinga.
W czerwcu Wydawnictwo Albatros wyda ostatni tom „Pana Mercedesa”. Porozmawiajmy o tym, jak wygląda ten proces, przesłanie tekstu (mail/poczta tradycyjna?), jakie są środki bezpieczeństwa?
Dużo zdradzić nie mogę… Oczywiście otrzymujemy znacznie wcześniej tekst, około ośmiu, dziewięciu miesięcy przed oficjalną publikacją, tylko i wyłącznie w formie wydruku, ze znakiem wodnym i numerem. Toteż, gdyby tekst książki gdziekolwiek wypłynął w świat, byłoby wiadomo z jakiego źródła.
Uważam to za całkiem racjonalną procedurę, King nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek przecieki, spoilery itd. Cała ta otoczka, tajemnice, podkreślają jego i tak niepodważalny status w świecie literackim. Na piedestale utrzymuje się już przecież bardzo długo i zasłużenie, obdarzany nieodmiennie fanowską czcią i uwielbieniem
Bycie wydawcą Kinga to przywilej czy odpowiedzialność? A może 2 w 1?
Absolutnie jedno i drugie! Wydawałam Kinga w Prószyński i S-ka, wydaję teraz w Albatrosie, z takim samym namaszczeniem i lękiem, by dopilnować całego wydawniczego procesu na najwyższym poziomie. Czuję się odpowiedzialna nie tylko przed autorem i jego agentem, ale przede wszystkim przed miłośnikami powieści i osobowości Kinga. Oni są bardzo czujni, mają ogromną wiedzę na temat dokonań autora, na wszelkich polach kultury. I reagują natychmiast, jeśli wkradnie się najdrobniejszy błąd, pomyłka, cokolwiek.
King to temat na bardzo długą opowieść o tym, jak poprzez słowo pisane można wyczarować nie tylko świat opowieści, ale i świat realny, w którym czytelnicy ze sobą dyskutują , mają ze sobą kontakt, spotykają się, chcą spędzać czas razem.
Jest w ogóle temat przyjazdu Kinga do Polski?
Nie, nie jest realny. Ubolewam nad tym, jednak do jego wizyty w Polsce nie dojdzie.
Zrobienie wywiadu z autorem jest w ogóle możliwe ?
Jak wyżej. Wywiad w żadnej formie nie jest możliwy, raz jeden udało mi się być na jego konferencji prasowej w 2006 roku w Londynie, a więc lata świetlne temu… Chroni swojej prywatności i czasu. W pewnym sensie go rozumiem, choć nie zmienia to faktu, że bardzo chciałabym zobaczyć rozmowę z nim w polskich mediach.
Polacy chętnie czytają książki Kinga? Któraś zrobiła największą furorę, czy wszystkie utrzymują wysoki poziom sprzedażowy?
Polacy niezwykle chętnie czytają Stephena Kinga! Wszystko! Chociaż największym powodzeniem cieszą się powieści, które weszły do kanonu światowej klasyki: Miasteczko Salem, Misery, Lśnienie, To, Bastion…
Wydawanie Kinga – to podwójna przyjemność, mówiąc szczerze opłacalna przyjemność.
W Polsce właśnie ukazała się jego najnowsza książka. Jesienią do kin wejdzie kolejny film z bohaterskim Jackiem Reacherem. Czy Lee Child chce przyjechać do Polski i skąd pomysł na nazwę miasta, w którym rozgrywa się fabuła „Zmuś mnie”? O tym – i wielu innych sprawach, rozmawiam z bestsellerowym autorem kryminałów, Lee Childem.
Jackowi Reacherowi starczy jeszcze siły na wiele książek, w których strzela, ucieka, uwodzi kobiety? Przecież wszystkie te zajęcia wymagają kondycji nastolatka.
Reacher nigdy nie biega; jest za ciężki na sprintera. Co do reszty? Nie wierzę, że powinno być ograniczenie wiekowe co do uwodzenia kobiet … lub też do czynienia rzeczy właściwych. Musimy poczekać I zobaczyć co się stanie kiedy się zestarzeje.
Wiele miejsca w książce poświęca pan internetowi. Według pana to błogosławieństwo dzisiejszych czasów, bo przecież każda informację możemy sprawdzić w ciągu sekundy, czy raczej zagrożenie dla społeczeństwa?
Dokładne informacje dostępne każdemu mogą tylko poprawić stan ludzkości.
Wyobraża Pan sobie, że drastyczne sceny, które poznajemy na końcu książki mogą mieć miejsce w rzeczywistości?
Najsmutniejsze jest to, że dzieją się zbyt często.
Skąd pomysł na Matczyny Spoczynek?
Jestem zafascynowany nazywaniem rzeczy. Zwłaszcza pochodzeniem imion i nazw. Nigdy nie wiesz dokąd zaprowadzą cię takie badania/taki research.
Jak wyglądały Pana relacji z Tomem Cruisem, który wcielił się w rolę Jacka Reachera? Jest Pan zadowolony z efektu?
Zostawiam robienie filmów fachowcom. Byłem zawsze mile widzianym gościem na planie, Tom i inni producenci sprawiali, że zawsze czułem sie tam dobrze (mam małe role w , „Jack Reacher” i „Jack Reacher: Never Go Back” , który wchodzi na ekrany kin jesienią). Jestem bardzo zadowolony z pierwszego filmu i bardzo się cieszę na ogladanie następnego.
Pana główny bohater pochodzi z Berlina. Ma tam swoje ulubione miejsca? Co z kolei Pan lubi najbardziej w stolicy Niemiec?
Reacher urodził się na terenie amerykańskiej bazy wojskowej, więc teoretycznie urodził się na amerykańskiej ziemi. Berlin to przepiękne miasto.
Pana ulubieni pisarze, również kryminałów?
Mówiąc szczerze jest ich zbyt wielu aby tu wszyskich wymienić.
Kiedy planuje Pan przyjazd do Polski?
Te decyzje należą całkowicie do mojego wydawcy. Bardzo bym chciał odwiedzić Polskę.
Przy pisaniu książek sporo Pan podróżuje po miejscach, w których osadza Pan książkę?
Nie podróżuję dla badań do książki. Ale ogólnie dużo podróżuję, I zawsze dużo podróżowałem. Kiedy piszę I potrzebuje miejsca, które wygląda w określony sposób przypominam sobie miejsce, w którym byłem przed laty I korzystam ze wspomnień.
Możemy porównać Jacka Reachera, np. do Kurta Wallandera ?
Można prównywać jak się komu podoba… albo lepiej, przeciwstawić. Reacher nie ma pracy, ani rodziny (poza bratem w pierwszych częściach), nie nosi też w sobie żalu. Jest właściwie wolny od poczucia winy.
Wśród pisarzy ma pan kolegów, czy traktuje ich pan w kategorii rywali?
Środowisko pisarzy, a zwłaszcza pisarzy kryminałów, to wspaniała grupa utalentowanych ludzi I uważam ich wszystkich za przyjaciół.
Historia rodem z filmów sensacyjnych, którą napisało życie. Napady na banki, pościgi policyjne, miliony skradzionych koron. Do tego skomplikowane relacje między braćmi i ojcem. Co więcej, to wszystko opisane z perspektywy człowieka, który jest bratem złodziei. Brzmi nieprawdopodobnie? Zapraszam do przeczytania długiego wywiadu z autorami „Rodzinnego interesu”. Przed Państwem Stefan Thunberg i Anders Roslund.
Czy zdajecie sobie sprawę, że fabuła Waszej książki jest tak niesamowita, że aż nieprawdopodobna?
Roslund & Thunberg:
Ależ bardzo dziękujemy, że tak uważasz, ponieważ Twoja reakcja jest dla nas powodem do dumy. A to dlatego, że dokładnie taki efekt chcieliśmy uzyskać – historię, która posiada zarówno schemat, jak i podłoże pod nim spoczywające. Na powierzchni mamy napad na bank i pościg policyjny, a w tle dynamiczną relację pomiędzy ojcem i synem, którzy w nieoczekiwany sposób wpływają na akcję.
Jak to się stało, że zdecydowaliście się razem pracować?
Roslund: Po czternastu latach wytężonej pracy nad sześcioma książkami autorstwa duetu Roslund i Hellstrom zdecydowaliśmy się na zrobienie przerwy. Pracowaliśmy bardzo blisko przez bardzo długi czas przez co poziom irytowania się nawzajem zaczął wyraźnie narastać, a nasze dyskusje stawały się coraz głośniejsze – a nie chcieliśmy zniszczyć piękna zbudowanej współpracy. Zacząłem nakreślać zarys, a następnie pisać trzy osobne powieści, jako sam Roslund, i byłem w połowie pierwszej z nich, w trakcie wspomnianej przerwy, kiedy spotkałem Stefana. Poznaliśmy się siedem lat wcześniej podczas współpracy przy jednym telewizyjnym filmie, ale tym razem wydarzyło się coś, co nakazało mi – ponownie – odłożyć powieść na bok. Miłość. Pisarska miłość. I nie chodziło o fakt, że Stefan jest takim utalentowanym scenarzystą z hitami kinowymi w swoim dorobku, ani o to, że był czwartym bratem, który nigdy nie został członkiem napadającego na banki gangu, o którym wcześniej pisywałem i przez tyle lat rozmyślałem odkąd okazało się, że są rodziną – chodziło przede wszystkim o to, że stanęliśmy naprzeciw siebie jako twórców opowieści. Powoli zacząłem zapoznawać się z materią, w której dotychczas Stefan egzystował w pojedynkę i zaczęło mi zależeć.
Thunberg: Ja nigdy nie stałem się artystą. Stałem się pisarzem. I to jest bez wątpienia najtrudniejsza historia nad którą kiedykolwiek pracowałem, ale jednocześnie ta, z której jestem najbardziej dumny. Kiedy postanowiłem się tego podjąć wiedziałem, że to nie będzie pisanie historii dokumentalnej. Chciałem pokruszyć rzeczywistość i poskładać ją z powrotem. Nie dlatego, że rzeczywistość jest trudna, ale dlatego, że musiałem w tej historii odnaleźć bicie serca. Kiedy spotkałem Andersa zdałem sobie sprawę, że opowiadanie historii postrzegamy w jednakowy sposób, a postrzeganie tej historii tym bardziej. Inną rzeczą, jaką zauważyłem to, że Anders cały czas pracuje. Nigdy nie spotkałem nikogo o takiej wydolności. I on nigdy nie traci wyczucia, niezależnie od tego ile pracuje. Pisze jakby pokonywał maraton lubując się w każdym wykonywanym kroku. Ja piszę bardziej jak hokeista – krótko i intensywnie – a potem muszę odpocząć, nim ponownie wybiegnę na lód. Różnice w tym, jak obaj piszemy i pracujemy okazały się fantastyczną kombinacją. Anders zawsze wkładał w pracę swoje doświadczenie i swój talent i bardzo wiele mnie nauczył w trakcie naszej współpracy. Ja podzieliłem się z nim swoją historią i uczyniliśmy ją naszą wspólną. Innym aspektem, który bardzo cenię jest nasza synchronizacja w momentach, kiedy piszemy fragmenty, które wierzymy, że przyciągną czytelników. Tak, jak ten moment, który prześladuje mnie od dwudziestu lat…
FreeImages.com/szymek u
To był 23 grudnia, dzień przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy trzej bankowi rabusie byli w ogromnej śnieżycy ścigani przez policję po tym, jak uciekając samochodem wjechali nim do rowu. Kiedy oglądałem to w telewizji od raz wiedziałem, że dwaj z nich to mój najstarszy brat i przyjaciel z dzieciństwa – ale powoli zacząłem sobie zdawać sprawę, że trzecim z nich musi być mój ojciec. Nie umiałem pojąc, jak mój brat i ojciec – przez lata skłóceni – zdecydowali się dokonać wspólnego napadu na bank, a jednocześnie ostatniego przeprowadzonego przez tzw. Ligę Militarną. Tej nocy podczas burzy śnieżnej uciekli do lasu i czując zaciskającą się na nich pętlę ukryli się wykończeni w porzuconym domku letniskowym. Otoczeni przez elitarną jednostkę policyjną, bez żadnej drogi ucieczki, ojciec i syn musieli rozwiązać konflikt, który trwał pomiędzy nimi przez ich całe życie – przez moje całe życie. Co powiedzieli sobie w trakcie tych godzin, które upłynęły nim policja użyła gazu łzawiącego i dostała się do domku?
Telewizja relacjonowała jak rabusie byli śledzeni i poszukiwani, a śnieżyca szalała w najlepsze. A mnie oblewał pot. Niecierpliwość i zmartwienie wydają specyficzny zapach. Śledziłem wiadomości aż do północy. Dowiedziałem się, że rabusie zostali otoczeni w domku letniskowym. Ci dwaj, uzbrojeni po zęby, w takich ekstremalnych okolicznościach. Usnąłem ze zmęczenia mając świadomość, że mój najstarszy brat nigdy się nie poddaje. A co z naszym ojcem, który w trakcie naszego dzieciństwa tak często kłopoty rozwiązywał przemocą – jak on zareaguje?
Następnego dnia obudził mnie piękny świąteczny poranek. Zmrożony biały śnieg pokrywał wszystko. Było zaledwie kilka stopni poniżej zera. Poranek z Disneyem. A może to wszystko mi się przyśniło? Poszedłem do zawsze otwartego sklepu za rogiem. Nie przyśniło mi się. Nagłówki mówiły prawdę.
Ale nadal byli przy życiu. I od tamtego dnia zachodzę w głowę. Co się naprawdę wydarzyło? Kiedy opowiedziałem to Stefanowi uznaliśmy, że ta historia stanowić będzie oś naszej powieści. Kręgosłupem, rdzeniem, jest konfrontacja pomiędzy ojcem i jego najstarszym synem.
Jak sądzicie – dlaczego skandynawskie powieści są na całym świecie tak popularne?
Roslund: Jako szwedzki pisarz, trzymam się pisania tylko o szwedzkiej przestępczości, ponieważ różni się ona od norweskiej oraz duńskiej. I bazuję na unikatowej tradycji. Szwedzcy wydawcy przez wiele lat dopieszczali i traktowali powieści kryminalne, jako mocny i niezależny gatunek i czynili to z wyrazem szacunku, czyli dokładnie tak, jak my to robimy – celem dostarczenie rozrywki i opowiedzenia ciekawej historii jednocześnie nasyconej wiedzą. Pisanie powieści kryminalnych jest czymś, co większość z nas traktuje bardzo poważnie i wkłada w to całe serce, bo uważamy, że powinno to być równie trudne i wymagające, co pisanie każdej innej powieści. No i oczywiście pomaga nam fakt posiadania takiej ilości ciemności i tylu długich ciemnych nocy, które tak naprawdę tworzą klimat…
Stefan, miałeś przyjemność pracować z Henning’iem Mankell’em? Jaki to był człowiek? Czy zapamiętałeś coś szczególnego? Jakieś śmieszne anegdoty, interesujące sytuacje?
Thunberg: Głównie pracowałem nad niesamowitą postacią Kurta Wallandera stworzoną przez Henninga. Z trzydziestu dwóch wyprodukowanych filmów, ja napisałem sześć. A Henning Mankell, którego znałem był skromnym i empatycznym człowiekiem. Oczywistym było, że zależało mu na świecie, w którym żyjemy i walczył przeciwko niesprawiedliwościom go kontrolującym.
Jakie miałeś relacje ze swoimi braćmi i ojcem? Czy ciężko było mierzyć się z ich działaniami przestępczymi? Czy namawiali Cię do dołączenia do nich?
Thunberg: Moje relacje z braćmi w tamtych czasach były bardzo dobre. I mimo tego, że nie byłem częścią operacji przestępczych drzwi mojego najstarszego brata zawsze stały dla mnie otworem. Jeśli chodzi o moje nastawienie do ich przestępczych poczynań to zawsze martwiłem się, że coś im się stanie. Wraz
z upływem czasu, rosnącą przemocą i coraz większą liczbą niewinnych ludzi stających na ich drodze, myśl, że zbłąkana kula może kogoś trafić narastała. Co niezmiernie dziwne to, że muszę sobie cały czas uświadamiać, że ta grupa składała się z pięciu facetów pomiędzy 17, a 23 rokiem życia popełniających przestępstwa, których zazdrościli im kryminaliści pełną gębą. Co więcej, żaden z nich nie popełnił żadnego wykroczenia przed pierwszym napadem rabunkowym Ligi Militarnej.
Choć czasami kusiło mnie, żeby do nich dołączyć. Na początku, kiedy zasmakowałem ich adrenaliny po pierwszym skoku i przynależności do gangu też odczuwałem pokusę, aby stać się ich częścią. Porozmawiałem, więc ze starszym bratem i zaproponowano mi udział w nadchodzącym skoku. Ale po trzech tygodniach dręczących mnie myśli postanowiłem się wycofać. Napad na bank po prostu nie był czymś dla mnie. Chciałem być artystą. Kiedy powiedziałem starszemu bratu, że się wycofuję, uprzednio zaakceptowawszy propozycję, zareagował słowami: „Byłoby lepiej, gdybyś mi powiedział wcześniej, bo teraz muszę cały skok zaplanować od nowa.”
Anders, co według Ciebie jest najbardziej interesującego w tej historii? Co wywołało
u Ciebie stwierdzenie: „Wow! Zróbmy To! Napiszmy o tym książkę!”
Roslund: Teraz, jak już skończyliśmy, z ogromną wdzięcznością patrzę na decyzję o poświęcenie dwóch lat życia tej książce. To był dla mnie przywilej, że mogłem pracować z tak utalentowanym pisarzem oraz czwartym z braci z tej rodziny, który w swoim czasie był częścią ich życia pełniąc rolę obserwatora. Dało to niesamowity wgląd w najsilniejsze więzi braterskie jakie kiedykolwiek widziałem, na dobre i na złe. Była to też długa, trzęsąca, chybotliwa, a czasami po prostu cudowna podróż jaką jest pisanie historii, która na powierzchni wydaje się być serią napadów na bank, a w swojej głębi traktuje o burzliwej ostatecznej rozgrywce pomiędzy ojcem i synem. Poza tym oczywiście miałem swe powody do włączenia się w ten projekt.
W jednym z momentów opisujemy w książce historię podłożenia bomby na dworcu głównym, czego doświadczyłem na własnej skórze, bo tam byłem. Stałem w samym środku tego chaosu na Dworcu Centralnym w Sztokholmie, pomiędzy tymi przerażonymi i wstrząśniętymi ludźmi wracającymi z pracy do domu tyle, że odgrodzony od nich wysokim metalowym ogrodzenie. Będąc w terenie pracowałem dla największego szwedzkiego programu newsowego relacjonując atak bombowy, który dużo później okazał się zaledwie dywersją mającą na celu odwrócenie uwagi i ściągnięcie całej szwedzkiej policji na Dworzec Centralny w samym środku stolicy. Po to by w tym samym czasie grupa rabusiów, której ta sama policja poszukiwała i którą najbardziej prześladowała, mogła w zupełnie innej lokalizacji i praktycznie bez żadnych przeszkód dokonać kolejnego brutalnego napadu na bank.
Był to okres kilku lat podczas których Szwecja musiała stawić czoła zupełnie nieznanemu dotychczas rodzajowi przestępców – przestępców, których wcześniej nie widzieliśmy, na których nie byliśmy przygotowani, a których musieliśmy spróbować pojąć, włączyć do naszej rzeczywistości, a ponad wszystko znaleźć sposoby na bronienie się przed nimi. Pracując na początku lat 90-tych jako reporter telewizyjny dla największego szwedzkiego programu newsowego z bardzo bliska przyglądałem się wszystkiemu, co wówczas miało miejsce. Działo się tak dlatego, że to była moja praca i tyczyło się to mnie w zwiększonym stopniu jako osoby odpowiadającej głównie za doniesienia dotyczące przestępczości i konkretnych przestępstw, kiedy były popełniane, ale być może jeszcze bardziej za przedstawianie konsekwencji tych przestępstw. Za zgłębianie motywów przestępców. Za opisywanie życia ofiar przestępstw. Dosłownie za przedstawienie podejścia i sposobu na zrozumienie, zwiększenie wiedzy przez co finalnie znalezienie klucza na uniknięcie powtórki – i zwiększenia liczby ofiar przestępstw. Takie było moje zadanie. A z racji tego, co się wówczas działo w naszym kraju wszyscy ludzie, w tym nasi widzowie, chcieli wiedzieć dlaczego i co się dzieje, co miało podstawę w och potrzebie zrozumienia co u diabła w ogóle ma miejsce.
A działo się to w momencie, kiedy po raz pierwszy pojawiły się ślady bezimiennych dotychczas rabusiów, którzy przez trzy lata trzymali cały nasz kraj jak zakładników – grupy rabusiów bankowych wkrótce znanych jako Liga Militarna. Był to gang, którego członkowie wkroczyli na przestępczą drogę budząc w nas grozę, kiedy pewnej nocy wysadził wejście do wojskowej zbrojowni (dokonując tym samym największej kradzieży broni w historii Europy Północnej), a następnie ukradli dwieście dwadzieścia jeden sztuk broni automatycznej czyniąc to na tyle sprytnie, że kradzież odkryto dopiero pół roku później.
Był to gang, który z użyciem własnej broni, chowanej na co dzień w kryjówce pod jednym z domów, dokonywał napadu za napadem nie musząc nawet używać dwukrotnie tej samej broni, tym samym unikając możliwości zidentyfikowania rabusiów na podstawie danych balistycznych.
Był to gang, który po napadzie na uzbrojoną ciężarówkę, po napadzie na banki
i urzędy pocztowe zdecydował się na podwójny skok – okradając dwa sąsiadujące ze sobą banki w łącznym czasie równym temu, który wcześniej potrzebowali na okradzenie jednego banku.
Był to gang, który wykonał pierwszy potrójny napad okradając trzy bank w tym samym miejscu i tym samym czasie – bazując na filozofii, że sto osiemdziesiąt sekund to czas potrzebny policji na dotarcie na miejsce napadu niezależnie od liczby okradanych banków.
Był to gang, którego członkowie wykazywali objawy czystego szaleństwa
i skrajnej bezwzględności, ale razem stanowili niesamowicie pomysłową
i twórczą mieszankę.
Kiedy powstanie film oparty na tej historii?
Roslund & Thunberg: Jesteśmy bardzo dumni z tego, że prawa do ekranizacji książki nabyła wytwórnia Dreamworks i Steven Spielberg. Są teraz na etapie pisania pierwszej wersji scenariusza. Ja, Roslund, mam już na tapecie jeden film w Hollywood oparty na innej książce, Trzy Sekundy (ang. Three Seconds), który ma być kręcony w tym roku po zakończeniu długiego trzyletniego procesu przygotowawczego – wiemy więc, że jeszcze musimy trochę poczekać na czerwony dywan…
Będziecie razem dalej pracować, czy też praca nad „Rodzinnym Interesem” to była jednorazowa przygoda?
Roslund: Naprawdę postrzegamy siebie nawzajem jako opowiadaczy historii, mimo, iż jeden z nas jest pisarzem, a drugi scenarzystą. A może właśnie dlatego tak było. Zaiskrzyła ta pisarska miłość. Naprawdę jednakowo patrzymy na historie, dzięki czemu jesteśmy bardzo podobni w definiowaniu bicia serca danej historii. Dlatego też, praktycznie na przestrzeni miesiąca, powinniśmy ukończyć pracę nad następną książką, która jest samodzielnym sequelem do tej pierwszej, opowiadającą o tych samych bohaterach. Słowem więcej rodzinnego interesu…
Jakie trzy książki przeczytaliście w tym roku?
Roslund: Cóż, wywiad ma się ukazać już w styczniu, a ja już tyle książek przeczytałem… najpierw ponownie przeczytałem tę samą książkę, co od dawna czynię raz do roku. Jest to bardzo szwedzka powieść autorstwa Larsa Gorlinga p.t. 491. Akcja ma miejsce we wczesnych latach 60-tych i opowiada zagubionych młodocianych przestępcach. Dwie pozostałe książki, które przeczytałem nie były niestety wystarczająco dobre, aby zasłużyć sobie na ich przytoczenie.
Thunberg: Z tego samego powodu, co Anders ja również wymienię tylko jedną książkę. Zaginiona dziewczyna (ang. Gone girl), którą przeczytała już połowa ludzkości i rozumiem dlaczego. Gillian Flynn to pisarka która buduje swoje czytelnictwo na dobrych historiach. Dobra fabuła, świadome pisanie
i wielopłaszczyznowe postacie.
Stefan Thunberg: jest jednym z najpopularniejszych skandynawskich scenarzystów. Pracuje przy ekranizacji szwedzkich kryminałów Henninga Mankella o inspektorze Wallanderze i Håkana Nessera, których bohaterem jest Van Veeteren. Pisał również scenariusze do najbardziej kasowych szwedzkich filmów ostatnich lat: Hamilton: W interesie narodu oraz Łowcy 2. Rodzinny interes to debiut powieściowy Stefana Thunberga.
Anders Roslund: jest wielokrotnie nagradzanym dziennikarzem śledczym, jednym z najlepszych szwedzkich twórców kryminałów naszych czasów. Roslund pisze w duecie Roslund & Hellström, który zdobył wiele prestiżowych nagród między innymi CWA International Dagger, Glass Key oraz Swedish Academy of Crime Writers’ Award. Może pochwalić się sprzedażą ponad 5 milionów egzemplarzy i znajduje się w gronie najlepiej sprzedających się autorów „New York Timesa”. Filmy i seriale telewizyjne na podstawie powieści duetu Roslund & Hellström produkowane są zarówno w Hollywood jak i w Europie. Rodzinny interes jest siódmą powieścią Andersa Roslunda, ale pierwszą w duecie ze Stefanem Thunbergiem.
Zdjęcia autorów: Wydawnictwo Sonia Draga
Zdjęcie główne: FreeImages.com/Ann Jadne
Zdjęcie Sztokholmu w artykule: FreeImages.com/szymek u
Jeśli macie ochotę zdobyć jeszcze ciepłą książkę Thomasa Morgensterna, to nie mogliście lepiej trafić. Książkę ufundowało Wydawnictwo SQN. Co musicie zrobić?
Sprawa jest prosta. Trzeba polubić profil smakksiazki.pl, możecie wejść na niego TUTAJ. Kolejna rzecz: udostępnijcie post o konkursie, napiszcie dlaczego do Was powinna trafić książka, zbierzcie najwięcej lajków pod swoim komentarzem i już. Morgi wyląduje u Was. Konkurs trwa do soboty (23/1), do godziny 12:00.
Swoje książki pisze dla siebie, zamiast chodzić na konferencje prasowe i bankiety, najchętniej zamknąłby się w pokoju i zaczął pisać. Jak dowiedział się o nominacji do Paszportów Polityki, kiedy zmienia stację radiową i dlaczego nie czytał nowej książki Łukasza Orbitowskiego? O tym wszystkim rozmawiam z Andrzejem Muszyńskim. Jego książkę „Podkrzywdzie” możecie kupić w tym miejscu.
Po rozdaniu Paszportów Polityki pozostał niedosyt?
Dla mnie literatura to nie zawody, to ważna sprawa, a takie nie pozwalają na poczucie niedosytu z takich powodów. Literatura i góry nie lubią wyścigów. Spadł śnieg, jest ładniej.
Sama nominacja do nagrody była dla Ciebie zaskoczeniem?
W ogóle zaskoczeniem był odzew, który nastąpił po publikacji tej książki. Pisałem ją raczej z myślą o czymś małym. Chciałem napisać dobrą książkę, ale nie spodziewałem się, że ona będzie tak szeroko odczytana. Nie spodziewałem się, że tylu ludzi będzie to komentować. Dla mnie pisanie jest pasją, jest autentycznym świętem. Nie do końca pasuje mi taka forma , bo czuję się trochę jak w teleturnieju, ale proszę nie odebrać tego tak, że narzekam. Tak po prostu musi być, bo inaczej się tego nie da rozwiązać. To jest bardzo ważna nagroda.
W jakich okolicznościach się dowiedziałeś o nominacji?
W okolicznościach mało filmowych (śmiech). Dostałem po prostu maila. Marzę o tym, żeby to całe zamieszanie się już skończyło, a stanie się tak pewnie dopiero z końcem stycznia. Chciałbym już usiąść, zamknąć się w ciszy i zacząć pisać nową powieść. Kiedy pisarz pisze i chce być sławny, to cieszy się z rozgłosu. Kiedy pisarz nie lubi się upubliczniać, to ma problem, bo pisanie to właśnie upublicznianie swoich światów.
Dla kogo są Twoje książki?
Piszę je najpierw dla siebie, choć z myślą o innych. Nigdy nie mam przed oczami jakiegoś abstrakcyjnego czytelnika. To moje wspomnienia, wizje, obsesje. Ostatnio pomyślałem, że moją jedyną ambicją jest, by moi czytelnicy do tych książek wracali. Zawsze było to dla mnie miarą literatury jako czytelnika. Wraca się zwykle do książek, które oferują coś więcej niż fabuła, ich lektura jest za każdym razem taką samą przyjemnością, jak patrzenie na ładny widok. Dobrze naśladują fizykę. Ale nie da się pisać wszystkich w ten sposób.
Nie masz problemu z obnażaniem siebie w książce? Kiedy kończysz pisać, książka przecież przestaje być Twoja i każdy może odczytać ją różnie.
Pisałem dotąd o wsi, jej mitach. Czyli o moim świecie. To jest niewdzięczna zabawa, znajdować się w środku i meldować. Pisarzowi jest łatwiej być w oddali, w samotności, ale życie się wtedy robi kwaśne, i potem zostaje się takim skwaszonym, smutnym pisarzem. Dlatego to ciągły balans.
Sam tytuł książki jest dla mnie słowem magicznym. Podkrzywdzie było tylko moje, nasze, swojskie, a tu człowiek słucha radia i nagle słyszy to słowo wypowiadane przez lektora. To jest dziwne uczucie, trzeba wtedy zmienić stację (śmiech). No ale to są jednak stałe dylematy pisarskie, po prostu jak się pisze, to trzeba to wziąć na klatę.
Czytałeś książki Weroniki Murek i Łukasza Orbitowskiego?
Czytałem książkę Weroniki, z którą zresztą znamy się od dawna. Bardzo cenię jej pisanie, cieszę się, że daje coś nowego, nieprzewidywalnego. Oddaje niejednoznaczność świata, jak się rzeczywistość miesza z fikcją, nie wiem, czy może być w książkach coś cenniejszego. Całkiem niedawno skończyłem czytać, jak zwykle z opóźnieniem, poprzednią książkę Łukasza, czyli „Szczęśliwą ziemię”. Kiedy z piętnaście lat temu wpadły mi w ręce „Tekstylia”, wydany przez Ha-art zbiór o twórczości roczników siedemdziesiątych, znalazłem tam świetne opowiadanie Łukasza. Nie przyszło by mi wtedy do głowy, że też będę pisał.
Nie miałem za bardzo czasu zabrać się za „Inną duszę” przez pracę nad książkami,
potem przyszły święta, a w święta to ja ani nie czytam, ani nie piszę. Nie chciałem z tym gonić. Teraz na spokojnie to nadrobię. Przybiliśmy piątkę, Łukasz pewnie baluje do dziś, ja jadę w Tatry.
Za niecały tydzień rozdanie Paszportów Polityki. Jak doskonale wiecie, nominowanych jest troje autorów: Weronika Murek, Andrzej Muszyński oraz Łukasz Orbitowski. Wywiad z tym ostatnim możecie przeczytać tutaj. Taka nagroda to dla autora albo przepustka do literackiej loży VIP, albo potwierdzenie kunsztu i warsztatu. Dla wydawców to może nie żyła złota, ale księgowa będzie chodzić raczej w dobrym humorze. Co zmienia Paszport Polityki?
Wojciech Kuczok swój Paszport odebrał trzynaście lat temu. Doskonale pamięta zarówno okoliczności, jak i przywileje związane z jego posiadaniem. „Na uroczystości redaktor Baczyński przedstawił mnie prezydentowi Kwaśniewskiemu. Pomyślałem że przez pięć minut jestem ważny i szkoda że nie mam żadnej sprawy do załatwienia w kancelarii. Kiedy kilka dni później, pakując się na wyprawę w Andy, zauważyłem, że nie mam ważnego paszportu, pomyślałem sobie że skoro Polityka już mi dała jeden, może z rozpędu załatwi i drugi, prawdziwy. Miałem już wykupiony bilet na samolot do Santiago, szkoda byłoby tej forsy. No i proszę sobie wyobrazić, że dali mi go w trzy dni”.
Jak na sprawę patrzą przedstawiciele wydawnictw? Anna Sekielska z Wydawnictwa Od Deski Do Deski przyznaje, że nominacja dla książki Łukasza Orbitowskiego przytrafiła się w idealnym momencie: „Dla takiego wydawnictwa jak nasze, stawiającego pierwsze kroki na rynku jest to ogromny sukces i prestiż. Pamiętamy jednak, że nie byłoby tego sukcesu bez zaangażowania i ciężkiej pracy autora”. Marcin Baniak z Wydawnictwa Literackiego podkreśla, że nominacja jest wypadkową wielu czynników. „Paszport Polityki to jedna z najważniejszych nagród w polskiej literaturze, prestiż zatem jest bardzo duży. Dla wydawnictwa przyznanie takiego wyróżnienia jest potwierdzeniem pozycji, dowodem na to, że wydawca trzyma rękę na pulsie, ma nosa i odwagę, by wydawać książki czasem nieoczywiste, trudniejsze, wymagające choćby minimalnego wysiłku podczas lektury. Nagrody, w tym Paszport Polityki, bez wątpienia przyczyniają się do wzmocnienia marki i rozpoznawalności wydawnictwa.”
Oprócz wpisania się do historii polskiej literatury, zwycięzca/zwyciężczyni, przez pewien czas będą brylować w mediach ogólnopolskich. Fakt, że część społeczeństwa pierwszy raz usłyszy nazwisko Orbitowski, Murek czy Muszyński, może okazać się momentem, kiedy potencjalni czytelnicy sięgną właśnie po tę, a nie inną książkę. Marcin Mańka z agencji reklamowej Ever Group podkreśla, że pisarze to nie aktorzy i celebrytami zbyt często nie bywają, ale takie konkursy jak Paszporty Polityki mogą sprawić, że Polacy inaczej spojrzą na słowo pisane: „życzyłbym sobie aby ta nagroda dawała ogromnego kopa medialnego każdemu nagrodzonemu w każdej kategorii. Chociaż gala Paszportów Polityki to nie Oscary, to mam nadzieję, że zachęci do czytania, może nie 52 książek rocznie, ale chociaż kilku”.
Jednak czy ta nagroda może być też pocałunkiem śmierci i zamknąć drogę do innych przywilejów? Oddaję znów głos Wojciechowi Kuczokowi: „przez dziesięć miesięcy się bałem że jak dostałem PP to Gazeta Wyborcza nie da mi już Nike, a to jednak dziesięć razy więcej kasy było. No ale dostałem ją też, więc nie mogę powiedzieć by mi zaszkodził.”
Za tydzień będziemy już mądrzejsi. And the winner is…
Napisał pięć książek o przygodach kota Cukierka. Właśnie kończy szóstą. Za moment ukaże się jedenaście historii o znanych Ślązakach,również w formie bajkowej. Smakksiazki.pl objął patronat nad najnowszą książką Waldemara Cichonia. Zapraszam do przeczytania wywiadu, w którym autor opowiada o łączeniu pracy zawodowej z pisaniem, obawach przed premierą nowego tytułu, a także o książkach dla dorosłych. Miłej lektury.
Prawdą jest, że rzuciłeś swoją etatową pracę żeby pisać książki?
Chciałbym, bo pijarowsko brzmi to znakomicie, ale nie było tak dramatycznie. Najpierw rzuciłem połową swojej pracy, a potem pozostała połowa rzuciła mną. W pewnym momencie to moje pisanie zaczęło się robić na tyle poważne, że nie starczało czasu. Poprosiłem o przejście na pół etatu, mój ówczesny szef mnie lubił i zgodził się, żebym łączył pisanie z pracą. Chciałem mieć taki wentyl bezpieczeństwa. Jednak w międzyczasie szef zmienił się na mniej fajnego i ten już uznał, że tak się nie da. Efekt jest taki, że od pół roku zawodowo zajmuję się pisaniem. Uprzedzając kolejne pytanie, czy można wyżyć z pisania, odpowiadam nie wiem, spytaj mnie za rok. Nie dopuszczam jednak myśli o powrocie do pracy etatowej. Za bardzo mi się podoba życie, które teraz prowadzę. Wszystkie moje poprzednie firmy miały korporacyjny sznyt, albo przynajmniej go udawały. Mnie się to nie podobało, robiłem swoje, wszystko po Bożemu, ale z dużym wstrętem. Teraz czuję się wolny, mam więcej przestrzeni do działania.
Obawiasz się momentu, w którym przyjdzie spadek pisarskiej formy, w którym przestaną się sprzedawać Twoje książki?
Pewnie, że się obawiam. Nie przeraża mnie jednak brak własnej pracowitości, bardziej boję się czynników zewnętrznych. Zawodowe zajmowanie się literaturą jest ponoć drugim najbardziej ryzykownym biznesem w Polsce, zaraz po restauratorstwie. Wszystko się tak dynamicznie zmienia, że nie wiemy co będzie z książkami za dziesięć lat. Literatura jest konkurencyjna, a pisanie i wydawanie książek dla dzieci, to już w ogóle. Mnóstwo osób się tym zajmuje z lepszym lub gorszym skutkiem. Wystarczy wejść do Empiku na dział dziecięcy i można dostać oczopląsu.
Póki co, piszesz książki dla dzieci. Pisząc je starasz się myśleć trochę jak dziecko?
Tworząc przygody Cukierka staram się raczej myśleć jak kot. Piszę takie książki, jakie sam chciałbym swoim dzieciom czytać. Taki był w ogóle początek, pierwszą książkę napisałem dla Marcela, swojego starszego syna. Początki były trudne, bo nie jest łatwo zadebiutować. Na szczęście, wszystko zaskoczyło, kończę pisać szóstą część przygód Cukierka. Do tej pory wszystkich części sprzedało się około czterdziestu tysięcy egzemplarzy, do czego znacznie przyczyniają się spotkania autorskie, na które jeżdżę do przedszkoli czy szkół.
Skoro już przy sprzedaży książek jesteśmy, to skąd pomysł na założenie własnego wydawnictwa? Wydasz w nim swoją najnowszą książkę, do której wrócimy w dalszej części rozmowy.
Generalnie i delikatnie rzecz ujmując, nie mam najlepszych doświadczeń z wydawnictwami. Mam wrażenie, że tam pracują specjalne osoby, które bez czytania wywalają rękopisy autorów – nawet tych, którzy nie są debiutantami i mają już jakieś sukcesy – do kosza. Albo palą nimi w piecu. Tajemnicą poliszynela jest też to, ile zarabiają polscy pisarze, wyłączywszy oczywiście ścisłą czołówkę, mniejsza o nazwiska. Dziesięć procent od sprzedaży brzmi nieźle, ale za to naprawdę nie da się utrzymać siebie i rodziny. Wydawnictwo Żwakowskie założyliśmy z żoną po to, żeby oprócz satysfakcji, że książki są znane i lubiane, mieć także satysfakcję finansową. No i żeby w pełni kontrolować jakość tego, co się tworzy. Możemy teraz decydować o jakości graficznej, o tym, na jakim papierze będzie książka wydana, kiedy się ukaże, kto będzie ilustrował itd.
Rozmawiamy w momencie, gdy Twoja najnowsza książka, „Zdarziło się na Ślonsku. Łopowieści niysamowite niy ino dlo bajtli”, czeka na druk, a za miesiąc o tej porze, będziemy już chyba nawet po premierze. Piszesz w niej o Śląsku i po śląsku. Jest moda na Śląsk?
Jestem przeciwnikiem mód wszelkich. Pisząc tę książkę nie kierowałem się modą, bo Ślązakiem jestem od zawsze, a nie dlatego, że to popularne. To co mnie skłoniło do jej napisania, to sprzeciw wobec narracji, jaka jest o Śląsku prowadzona. Skojarzenia z tym regionem są przecież takie same od lat: orkiestra górnicza, krupniok, serial „Święta Wojna” z tym nieszczęśnie karykaturalnym Bercikiem. Jesteśmy postrzegani jako śmieszny ludek, który żyje na południu Polski, dziwnie mówi i wydobywa węgiel. Jeszcze niektórzy dobrze grają w piłkę i podobno są pracowici. A tak, w ogóle, to jesteśmy robolami i nadajemy się tylko do kopania węgla.
Uważam, że mało jest tak zróżnicowanych miejsc na świecie jak Śląsk, miejsc które dały światu tylu wybitnych ludzi: naukowców, odkrywców, twórców kultury, wielkich przemysłowców, sportowców. Ta książka powstała też z chęci wypełnienia pustki niewiedzy, bo edukacja historyczna kuleje. Kiedyś przeczytałem wyniki badań, z których wynika, że dziewięćdziesiąt procent uczniów szkół podstawowych i ponadpostawowych na Śląsku, nie potrafi wskazać choć jednej wybitnej postaci z naszego regionu. Ja piszę właśnie o takich bohaterach, o Ślązakach, którzy dokonali czegoś niezwykłego. Jest zatem Karol Godula, wybitny industrialista, dla mnie największy ze Ślązaków, jest Henryk Sławik, który uratował w czasie wojny trzydzieści tysięcy ludzi. W książce piszę też o Erneście Wilimowskim, sześciopalcym wirtuozie futbolu sprzed wojny, o świętej Jadwidze, patronce Śląska, Henryku Pobożnym, konstruktorze lokomotyw Robercie Garbem, himalaiście Jerzym Kukuczce, Oskarze Troplowitzu, wynalazcy kremu Nivea. Opisuję jedenaście postaci i zdarzeń, ale już wiem, że będzie druga część.
Skoro książka jest niy ino dlo bajtli, to co znajdą tam dorośli?
Moi znakomici recenzenci napisali na tylnej okładce, że tę książkę powinni przeczytać wszyscy, którzy Śląsk kochają. Opisuję historie, które nie są powszechnie znane i że nawet jeśli ktoś jest świadomym Ślązakiem i się identyfikuje z regionem, to mógł o części tych opowieści nie słyszeć.
Boisz się premiery?
Boję się zarzutów, że to nie jest napisane po śląsku. No, ale to wynika ze specyfiki śląskiego i nic na to się nie poradzi. Śląszczyzna nie jest skodyfikowana, nie ma przecież obowiązującego kanonu, poza tym jest zróżnicowana – zupełnie inaczej mówi się po śląsku w Katowicach, inaczej w Rybniku, a inaczej w Opolu. Zapewne znajdą się mądrale, którzy „napisaliby to lepiej”… Świadomie nie używałem też tzw. śląskich znaków, czyli tych wszystkich tyld, brewisów i cymerfleksów. Boję się, ale będę się bronił. Jestem przekonany, że tytuł będzie atrakcyjny dla czytelnika: dobry papier, twarda oprawa, wspaniałe rysunki i niesamowite historie. Nie będzie się czego wstydzić.
Piszesz też książkę już stricte dla dorosłych, zdradzisz coś więcej?
Jestem niechlujnym pisarzem, piszę cztery książki w jednym czasie, dlatego żadnej nie mogę skończyć. Za dużo nie chcę też zdradzać. Pierwsza książka dla dorosłych to będzie taki „Paragraf 22” w świecie polskiej nauki. Przez ostatnie lata zawodowo obracałem się w tym środowisku i wiem, że to jest świat śmieszny i absurdalny. Natomiast druga książka będzie o Śląsku. Kontrowersyjnie i alternatywnie historycznie, trochę sensacyjnie. Więcej Ci nie powiem, bo ktoś mi ukradnie ten pomysł 🙂
Michaela Lewisa przedstawiać miłośnikom literatury nie trzeba. Po raz kolejny okazało się, że film zrobiony na podstawie jego książki to film, którego nie można przegapić. „Wielki szort” wszedł dziś do polskich kin, a ja właśnie wróciłem z seansu.
Co mogę powiedzieć? Genialna rola Christiana Bale’a. Zanim pójdziecie jednak na film, przeczytajcie książkę. Równie dobra jak ekranizacja, a ekranizacja, równie dobra jak książka. Jeśli o nią chodzi, to możecie ją kupić w tym miejscu. Jeśli zaś idzie o film, zobaczcie trailer:
Fot: FreeImages.com/Janusz Gawron
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.