Kategoria: Aktualności

  • „Nominacja do Paszportu Polityki? Złość, bo muszę kupić marynarkę”. Łukasz Orbitowski dla smakksiazki.pl

    Był już nominowany dwa lata temu za „Szczęśliwą ziemię”, teraz przepustką do Paszportu Polityki ma być „Inna dusza”. Jaką przywiązuje wagę do swojej nominacji, kogo mu zabrakło w gronie finalistów i nad czym obecnie pracuje?  

    Łukasz, dla Ciebie nominacja do Paszportów Polityki, to nie nowość, są jakieś emocje, czy bierzesz to na chłodno?

    Odczuwam zdrowe, sensowne emocje. Na przykład radość, podekscytowanie, ciekawość wyniku. A także złość wobec konieczności zakupu marynarki.

    Sama nominacja jest dla Ciebie wyróżnieniem?

    Oczywiście. W końcu więcej autorów zostało nie nominowanych, niż nominowanych. Jest mi miło, po prostu. Takie rzeczy cieszą, ale też pamiętam, że to tylko opinia innych, w tym wypadku jurorów. Nic więcej.

    Miałeś okazję przeczytać książki Twoich konkurentów?

    Nie. To znaczy, czytałem „Miedzę” Muszyńskiego i bardzo mi się podobała. Facet ma piękny język, zresztą kupuję go jako pisarza ale i człowieka osobnego, odklejonego, nie uczestniczącego w życiu literackim. Powiem nawet mocniej. Zazdroszczę nieuczestniczenia i osobności.

    Kogo Ci brakuje na liście nominowanych i dlaczego Wita Szostaka?:)

    Z tym jest klops. Z Polaków czytam głównie przyjaciół i znajomych. Nie chciałbym konkurować z przyjaciółmi i znajomymi. Życzę jak najlepiej znajomym i przyjaciołom. Z tego też powodu mam kłopot, bo chcę i nie chcę aby byli nominowani wtedy, kiedy ja. Pamiętam, jak w zeszłym roku nominowali Witka i Kubę Żulczyka. Nie wiedziałem za kogo trzymać kciuki. Teraz już wiem, trzymam je za sobą samym. Mówiąc bardziej serio, wskazałbym jeszcze Małeckiego. Może Olę Zielińską? To dobrzy autorzy. Paszport by im się przydał.

    Nad czym teraz pracujesz?

    Nad czysto rozrywkową nowelką multimedialną. I, oczywiście, powieścią życia.

    inna_dusza_front_paszporty3Fot: Wydawnictwo Od deski do deski

  • Nowa powieść Wita Szostaka. Wkrótce!

    Autor poinformował o tym na swoim facebookowym profilu. Przypomnijmy, że jego powieść „Sto dni bez słońca” była nominowana do Paszportów tygodnika „Polityka”.

     

     

  • „To nie ma sensu. Idę pracować na kasę do Biedronki”. Katarzyna Bonda w szczerej rozmowie ze smakiemksiazki.pl

     

    IMG_1730

     

    Jak żyć w Polsce z pisania książek? Jak w 30 minut przekonać policyjnego profilera do współpracy? Po co dzwoni się do prokuratora w środku nocy? Królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda wyjaśnia.

     

    Spotykamy się przy okazji promocji Twojej nowej książki. Dla mnie „Okularnik” jest z jednej strony kryminałem, ale z drugiej, powieścią obyczajową. 

    Ja piszę książki takie, jakie chciałabym sama czytać. Zawsze lubiłam wielowątkowe opowieści i nie nadaję się do pisania szaradziarskich kryminałów, ponieważ one mnie nudzą. Nie ukrywam tego. W związku z tym, nie jestem rasową autorką kryminałów. To nie jest rasowy kryminał. To jest kryminał, w którym gatunek jest rozsadzony, ale tak naprawdę to jest powieść. Ja nie chcę dostarczać tylko odpowiedzi na pytanie kto zabił. Chcę dostarczyć całego wahlarza emocji, żeby czytelnik wybrał sobie jakąś postać, albo żeby dowiedział się rzeczy, o których nie miał pojęcia. Tak w Polsce nikt nie pisze. Czytelnik przecież sam wybiera co czyta. Może mieć ochotę na kryminał lekki, szaradziarski, może mieć ochotę na kryminał noir, retro, a może mieć ochotę na coś takiego, co ja mu proponuję. Uważam, że dla każdego z autorów znajdzie się na polskim rynku miejsce. Ja tak piszę, i pewnie dalej będę tak pisała. Nie wykluczam, że gdy skończę tetralogię, to będę nadal pisała kryminały. Jestem w stanie napisać wszystko. Nie chcę się zamykać w jednym gatunku. Nie chcę pisać cały czas tej samej książki, i dawać czytelnikowi hamburgera, który jest ciągle taki sam.

     

    Okularnik nie jest najzwyczajniej w świecie dla dzisiejszego czytelnika za gruby? Ma przecież ponad 800 stron. 

    Bałam się, że objętość książki może odstraszyć, bo ta książka ma ponad milion znaków. Obawiałam się, że wydawca tego nie zaakceptuje, że będę musiała to skrócić. To jest tak, że to jest ryzyko. Gdyby mi powiedziano, że mam wyciąć elementy historyczne, np. zeby skrócić rozdział o 1946 roku, to prawdopodobnie bym walczyła. Mam to szczęście, że mój wydawca we mnie wierzy. To jest bardzo ważne. Ja na początku nie zdawałam sobie sprawę jaka to jest siła, jaka to jest moc. Gdy składasz książkę to naprawdę się boisz. Zastanawiasz się jakie recenzje zostaną napisane, jak czytelnik zareaguje, czy w ogóle będą kupować twoją książkę. Pamiętaj, że ja nie mam innego zawodu. Jeżeli czytelnik nie kupuje twoich książek, to się zastanawiasz co zrobiłeś nie tak. Podjęłam jednak to ryzyko. Trudno, ta ksiażka musi być taka, musiałam ją napisać w taki sposób. Książka została bestsellerem zanim była premiera. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu 6 dni. To jest po prostu nieprawdopodobne. Jak ja tego słuchałam, to płakałam, naprawdę. Nie ze szczęścia, po prostu to jest taki moment, na który pisarz czeka. I nie wiesz dlaczego tak jest. Nie można myśleć o pieniądzach, o sukcesie. Za rok może się  okazać, że napiszę kolejną grubą ksiażkę, a czytelnicy nie będą jej kupować. Może się okazać, że za rok będę niszową autorką. Nie boję się. Byłam już niszową autorką. Ludzie do mnie piszą, że „Okularnika” przeczytali w 3 dni i 3 noce. Ja piszę książkę dwa lata, to jest ogromny wysiłek. Ja naprawdę bardzo cenię polskiego czytelnika. Jestem przekonana, że on jest wyrafinowany, że oczekuje, żeby mu podwyższać poprzeczkę. On oczekuje, żeby mówić do niego: Halo, zobacz. Mam tu dla ciebie coś takiego, dasz radę? To nie jest tak, że polski czytelnik chce dostawać cały czas to samo, nie.

     

    Rozmawiamy w Katowicach, więc nie mogę nie zapytać jak rozpoczęła się Twoja współpraca z profilerem Bogdanem Lachem, który do niedawna pracował w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach?

    Jak ja go poznałam, to on miał taki pomysł, że profilowanie będzie tajną metodą. Właściwie to dzięki mnie wyszedł do ludzi. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Bogdanem. To było tak, że byłam w Rawiczu, gdzie opisywałam jakąś sprawę kryminalną. Spytałam komendanta jak udało się rozwiązać tę sprawę, a on na to, że przyjechał taki pan w czarnym płaszczu, wziął akta na noc, przysłał takie trzy kartki, i jak ja to przeczytałem, to wiedziałem kogo mam szukać. To było 11 lat temu. Dziś to prawie każdy wie, kto to jest profiler. Dostałam wtedy jego imię i nazwisko, ale nie dostałam numeru. Zadzwoniłam więc do rzecznika i powiedziałam, że chcę rozmawiać z panem Bogdanem Lachem, profilerem. Rzecznik szedł w zaparte, że nie ma takiego kogoś. Spytałam, jak to nie ma, a pan Bogdan Lach to kto? To szef sekcji psychologów. To w takim razie, chciałabym rozmawiać z Bogdanem Lachem, szefem sekcji psychologów. Rzecznik mówi wtedy, że wszystkie terminy są zajęte. W porządku, mówię, ale ja stoję już przed Komenda Wojewódzką Policji w Katowicach. Dopiero wtedy się udało. Już po pierwszym spotkaniu z profilerem byłam nim zafascynowana, wiedziałam, że to będzie mój bohater. To nie było tak, że ta współpraca była od razu sympatyczna i Bogdan od razu się zgodził na rozmowę. On mi dał pół godziny. Ja w tym czasie musiałam udowodnić, że odróżniam podejrzanego od oskarżonego. Ja wtedy nosiłam dredy, bluzę z kapturem, miałam trampki. Bogdan kompletnie mnie nie potraktował poważnie, czułam wrogość. Na tyle mi się udało zjednać jego zaufanie, że przegadaliśmy cały dzień. Na tym się w sumie skończyło. Potem napisałam tekst dziennikarski, a potajemni pisałam książkę. Jak już ją napisałam, to wysłałam mu, żeby ją przeczytał, bo nie chciałam się zbłaźnić. Myślałam, że za mało rozumiem, za mało wiem, a poza tym nie mogłam opisać go w całości. Zrobiłam więc coś innego. Stworzyłam postać, która była w całości w kontrze do Bogdana. Bałam się jak on na to zareaguje, bo obawiałam się, że może się na to nie zgodzić. Ku mojemu zaskoczeniu, przeczytał tę książkę i powiedział: wiesz, nawet całkiem nieźle to wszystko opisałaś.

     

    Skończyło się tak, że napisaliście wspólnie książkę „Zbrodnia Niedoskonała”. 

    Tak, ale to było bardzo trudne. Bogdan był w Katowicach, zawalony swoimi sprawami, jeździł na oględziny, itd. Ja byłam z kolei w Warszawie i tylko kilka razy spotkaliśmy się osobiście. Na co dzień rozmawialiśmy przez telefon, przez skype’a, przez maila. Dostałam dokumenty pod klauzulą, że jak tylko je ujawnię, to utnie mi głowę. Jak tylko je przeczytałam, to usunęłam, żeby nigdzie nie wypłynęły. To Bogdan był motorem napędowym, ja jestem dumna, że przyczyniłam się do popularyzacji jego zawodu. Przy kolejnych książkach konsultowałam się jeszcze z Bogdanem, ale wiedziałam coraz więcej i nasze drogi trochę się rozeszły. Gdy zaczęłam pisać serię o Saszy Załuskiej, to wtedy konsultowałam się z kobietą profilerką z Uniwersytetu w Huddersfield.

     

    Łatwo Ci się było odnaleźć w tym policyjnym środowisku? Czy byłaś raczej postrzegana jako „paniusia”, która przyszła i coś chce. 

    Dokładnie tak było. Powiem więcej, nadal często tak jest. Teraz już mam trochę łatwiej, bo mam swoich stałych konsultantów. Wypracowuje sobie drogi i kontakty w tym świecie.

     

    Jakiś przykład współpracy z konsultantami? Piszesz książkę, dzwonisz do kogoś po radę…

    Przed rozpoczęciem pracy przy „Okularniku” wiedziałam, że chcę, żeby była głowa w garnku. No i dzwonię do mojego konsultanta pytam wprost: chciałabym, żeby głowa długo leżała w ziemi, żeby była żywa kość, żeby były ślady ziemi. Jak ja mam to zrobić? W którym momencie głowa została oddzielona od ciała, po śmierci, przed śmiercią? Jakie medyk sądowy stwierdzi obrażanienia, itd. Gdybym zadzwoniłą do osoby, której nie znam, to nawet gdyby to był najlepszy ekspert w swojej dziedzinie, to nie odpowie ci na to pytanie, wyśmieje cię. Dlatego trzeba wypracować sobie drogę, pozyskać kontakty. Czasem zdarza się, że dzwonię z pytaniami w nocy lub nad ranem. Mogę sobie na to pozwolić, bo znamy się już długo. To są ważne elementy w książce. Dzwonię na przykład do prokuratora i mowię, że chcę mieć skrępowaną ofiarę, ale żeby ten motyw był upozorowany. No i on mi tłumaczy, że musisz założyć zaciski po śmierci, narzędzie zbrodni gdzieś tam podrzucić, a tutaj będą plamy opadowe, a tam ich nie będzie. To są niezwykłe ważne szczegóły.

     

    Nie kusiło Cię, żeby pójść czasem na skróty, bez konsultacji?

    Oczywśicie, że kusiło. Nie mam jednak takiego charakteru i nie mogę dać czytelnikowi chałtury. Wierzę w to, że cała siła moich książek polega na tym, że to jest naładowane prawdziwymi danymi. Tak pracuję, tak mam, w taki sposób opowiadam. Pamiętam, że jak pisałam „Florystkę”, nie zdokumentowałam porządnie. Wiesz co się stało? Kiedy zaczęłam zapisywać, to czułam się nie wporządku na tyle, że czułam, że coś jest nie tak. Musiałam jeszcze raz cofnąć się do etapu dokumentacji, jeszcze raz wybrać konkretne miejsca akcji. Efekt? Spóźniłam książkę o 3 lata. Każdy pisarz powinien pracować według swoich wytycznych, według tego co mu serce dyktuje, według tego jak najlepiej mu to wychodzi. Jeżeli ktoś potrafi inaczej, to wielki szacun i respekt. Ja nie potrafię.

     

    Jak się w Polsce żyje tylko z pisania książek? 

    Najpierw trzeba 15 lat poczekać, ostro pracować, rzowijać się, warsztat trenować. Determinacja jest najważniejszą rzeczą. Byłam na sinusoidzie. Sprzedałam prawa do serii o Meyerze, byłam bogata. Wydałam te wszystkie pieniądze na naukę pisania. Jeździłam po świecie na różne warsztaty, musiałm wtedy schować honor do kieszeni, bo wydawało mi się, że jestem autorką, a okazało się, że oni mają mi tyle do powiedzienia, że ja nic nie wiem. Potem były takie momenty, że pieniądze się skończyły, z tantiem nie za bardzo dało się żyć na poziomie, więc się zapożyczałam, miałam długi. Pamiętam czas, kiedy nie byłam w stanie spłacać kredytu za mieszkanie. Okazało się, że potem znowu pojawiły się pieniądze. Los cię wtedy sprawdza: chcesz być pisarzem? Wytrzymasz? Czy nie wytrzymasz? Były takie momenty, kiedy myślałam, że to się nie uda. 5 osób zyje w Polsce z ksiażek, a tak to każdy chodzi do pracy, a pisze po godzinach. To nie ma sensu, idę na kasę do Biedronki. Nigdy tam nie poszłam, tylko pisałam kolejną książkę. Potem przychodzi taki moment, że sprzedajesz ogromną liczbę książek. Nagle. Należy być pokornym. Zawsze pisałam takie wielowątkowe powieści, ale musiałam poczekać, aż czytelnik do tego dojrzeje. Pomogli mi pisarze ze Skandynawii, którzy weszli na nasz rynek. Jednak teraz się okazuje, że ja idę tropem skandynawskich mistrzów, podczas gdy ja zawsze takie książki pisałam. To co dziś jest moim autem, to kiedyś było największym mankamentem. To pokazuje, że nie należy się zmieniać. Dalej będę tak pracować, nawet wtedy, kiedy nie będzie już na to mody. Obiecuję.

     

    Książki są za drogie?

    Zdecydowanie. Powinny być nie tylko tańsze, ale powinna też być możliwość odliczania od podatku, tak jak to jest w innych krajach. Gdyby to było możliwe, to na pewno byłoby mniej piracenia książek. Ja wypowiedziałam wojnę piratom, bo całą poprzednią serię wydałam tak, że można ją kupić za 8 złotych w kiosku. Chciałam żeby to było dostępne dla ludzi, którzy nie mają pieniędzy. Dzięki temu bardzo duża liczba ludzi książki kupiła, a nie pobrała nielegalnie z Internetu. Koledzy autorzy, prawie powiesili mnie na suchej gałęzi za to, że psuję rynek. Jeśli książka kosztuje 45 złotych, to jest to bardzo poważny wybór. To czytelnik to kupi albo na prezent, albo będzie decydował między dwiema książkami. Bardzo możliwe, że nie wybierze mojej, tylko wybierze coś innego.

     

    Czujesz się autorką rozpoznawalną? 

    Teraz już tak. To jest niezwykle przyjemne, bo przecież przez lata nikt nie znał mojego nazwiska, ani moich książek. Według mnie autor powinien być rozpoznawalny przez tytuł powieści. Są sytuacje, że wsiadam do pociągu, a ludzie robią sobie ze mną zdjęcia, chcą żebym się podpisała na bilecie. Inny przykład: kupuję na Allegro sukienkę, pani mówi, że już ją wysłała, a w ogóle, że „Okularnik” świetny. Popularność bardzo przeszkadza w dokumentowaniu. Jak byłam anonimowa, to mogłam się schować. Teraz jak przyjeżdżam, to od razu jest komitet powitalny. Dlatego cały czas jeżdżę starym samochodem, ma chyba 19 lat. Staram się kamuflować, bo zdobywanie danych to ważny etap w mojej pracy. Kiedyś mogłam do końca utrzymać w tajemnicy miejsce powieści. Dziś już nie. Zdarza się, że dzwoni rzecznik danego miasta i oferuje coś, a ja chcę być niezależna.

    Zdjęcie główne: Wydawnictwo Muza, Anna Powierza

  • Kto w reprezentacji nie czyta książek, a kto nie czyta nawet gazet. Dlaczego kibic Legii Warszawa nie życzy jej mistrzostwa Polski. Rozmowa ze Stefanem Szczepłkiem.

    Spotykamy się trzy dni po bardzo ważnej rocznicy. 25 maja 2005 roku, w finale Ligi Mistrzów Liverpool przegrywając do przerwy 0:3, zremisował, a potem wygrał po rzutach karnych. To był jeden z tych meczów, które najbardziej Panu utkwiły w pamięci?

    Nie byłem na tym meczu, ale siedząc przed telewizorem, byłem w siódmym niebie widząc tego Jurka Dudka. Często jest tak, że lubimy jakieś kluby przez pryzmat zawodników, którzy tam grają. My, jako dziennikarze sportowi, mamy tę przewagę, że znamy tych piłkarzy osobiście. Prawdopodobnie wśród większości z nas, te sympatie się zmieniają. Nie powienienem tego mówić tutaj w Katowicach, ale ja się wychowałem na Legii, i jak przyjeżdżał Górnik, to ja też nie krzyczałem niczego pochlebnego w stronę drużyny ze Śląska. Potem mi się to zmieniło, bo gdy przyjechałem tutaj, to poznałem fajnych ludzi, Jak się tych ludzi pozna, to wtedy nie jest ważne jakie oni barwy reprezentują. Wracając do Jerzego Dudka, to jest taki gość, którego nie można nie lubić. Nie mieliśmy wcale tak dużo tych Polaków, którzy zdobyli jakiekolwiek puchary europejskie. Krychowiak był dziewiątym dopiero naszym rodakiem. I dopiero trzecim, który strzelił bramkę w finale. Pierwszą strzelił Staszek Oślizło w 1970 roku. Po nim Boniek, a potem to już nikt.

    Dwa lata później, czyli jest rok 2007, ja jestem w Cardiff na tym słynnym posiedzeniu UEFA, na którym przyznają organizację Mistrzostw Europy w 2012 roku. Nas. Polskich dziennikarzy, było tam ze czterech na krzyż. Wtedy moja ówczesna gazeta, czyli „Rzeczpospolita”, była, delikatnie mówiąc, w lepszej sytuacji niż jest teraz. Spotkałem tam właśnie Jurka Dudka oraz Andrija Szewczenkę, który tego karnego decydującego w Stambule nie strzelił. No i pytam Jurka, czy z Szewczenką jak rozmawiał, to o tamtym finale, czy o innych meczach? Dudzio na to: „Ty, on w ogóle ze mną nie rozmawia, robi wszystko, żeby nie spojrzeć mi w oczy”.

    Zostańmy jeszcze przy finałach Ligi Mistrzów. 1999 rok, Barcelona, dramatyczny mecz Bayern-Manchester United. Też przed telewizorem, a może na trybunach?

    Na Camp Nou. Ja się wtedy rozpłakałem. Ja Bayernowi nie kibicowałem nigdy. Teraz mi się to trochę zmieniło, bo od kiedy ładnie grają i jest tam Lewandowski, to ich lubię. Jednak jak się ma z jednej strony Bayern, a z drugiej Manchester, to nie można nie kibicować Manchesterowi. Ja już się pogodziłem z myślą, że ten Bayern wygra, ale to co się stało, to po prostu się wzruszyłem. Spełniło się moje marzenie. Ja w ogóle mam szczęście do spełnionych marzeń. Chciałem zobaczyć na żywo, jak Brazylia zdobywa Mistrzostwo Świata, zobaczyłem. Jak Real zdobywa Puchar Mistrzów, zobaczyłem. Moje pokolenie doskonale pamięta rok 1968 i mecz Manchester – Benfica, to była klasyka gatunku. I nagle ja jestem na tym Camp Nou, i jestem świadkiem rzeczy absolutnie historycznej. To było po prostu genialne. Piłka nożna to są emocje różnego gatunku. Jeden się emocjonuje, bo postawił u buka, a ja się emocjonuję bezinteresownie. Sporadycznie są takie mecze jak ten wczorajszy na Stadionie Narodowym, że siedzę na trybunach, i jest mo obojętne kto wygra. Mecz był fantastyczny, i to był chyba najlepszy mecz, jaki rozegrano na Stadionie Narodowym. Mecz Włochy-Niemcy był dobry, ale to co się działo wczoraj, to było coś.

    Mówi Pan o piłce z wielką pasją. Były momenty, w których jednak zaczęło brakować tej chemii między Panem, a piłką nożną?

    W życiu. Nigdy nie powiem, że rzucam mikrofon, rzucam długopis, zmieniam pracę. Nigdy. Nagrywacie to? Nagrywacie. No dobrze. Ja się na Legii wychowałem, ale powiem, że nie życzę Legii mistrzostwa. Chcę, żeby Lech wygrał w tej sytuacji, a najlepiej Jagiellonia. To co się dzieje na tej Legii, to już dawno przestał być mój klub. Piłkarze generalnie w Polsce są przepłacani, są leniwi. Jeśli Bełchatów chce pokazać trenerowi, że gra, to przyjeżdża na Ruch i Piech strzela 4 bramki. Piech, którego do tej pory już nie było, można powiedzieć. Wrócę jeszcze do Legii. Jak się popatrzy na to, co oni zrobili z tym Celtikiem, to można powiedzieć, że to jest pech. Jednak ja patrzę na nich, bo jestem stamtąd i wiem o co chodzi, to nie jest to pech. To jest typowy przłykad niekompetencji, pychy i buty. Im się wydaje, że oni są lepsi i wiedzą wszystko lepiej. Pozwalniali ludzi, którzy się na tym znali, a sami stracili na dzien dobry mniej więcej siedem milionów euro. W normalnej firmie, to go rada nadzorcza zwalnia, bo on naraził firmę na stratę. Idźmy dalej. W Warszawie ulegli magii nazwiska trenera. Henning Berg jest przyzwoitym człowiekiem, ale takich trenerów w Polsce znaleźlibyśmy ze dwudziestu. Tylko że, oni mają gorsze nazwiska i nie znają angielskiego. Moim zdaniem polską piłką rządzą amatorzy.

    Ma Pan takie wrażenie, że ci dziennikarze, którzy dopiero wchodzą do zawodu nie mają wiedzy, zadają głupie pytania? Czy wręcz przeciwnie, fakt, że powstaje coraz więcej stron internetowych poświęconych piłce nożnej, to jest coś pozytywnego?

    Na pewno nie będę mówił czegoś w stylu: bo za moich czasów coś tam. Jak szedłem do pracy do „Piłki Nożnej”, to też byłem zapatrzony w starszych dziennikarzy. Jest Internet, są portale, tego się nie zatrzyma. Nie będę mówił czy pytania są teraz bardziej infantylne niż kiedyś. Dawniej, żeby zostać dziennikarzem, to trzeba było spełnić jakieś tam kryteria. Dzisiaj dziennikarzami nazywają się 17-letni chłopcy, którzy pracują w portalach internetowych. Jeśli ktoś w tym wieku, czy niewiele starszy, udziela rad piłkarzom, trenerom, to nie jest to normalne. Do niedawna w „Przeglądzie Sportowym” przy tekstach piłkarskich, dawano zdjęcia autorów i było napisane „ekspert piłkarski”. I ekspert piłkarski miał tak właśnie ze 20-lat. I krytykował Leo Beenhakkera za ustawienie reprezentacji. To naprawdę nie jest normalne.

    Jest Pan uzależniony od piłki? Przychodzi weekend i co? Zaczyna Pan rano od ligi japońskiej, a kończy po północy ligą hiszpańską?

    Jak ja powiem prawdę, to już nikt tej książki nie kupi. Ja w ogóle meczów nie oglądam. Ja oglądam te, które są z jakichś powodów interesujące. Ile można tego oglądać? Przecież one są w gruncie rzeczy takie same. Ja oglądam spotkanie dla jakiegoś zawodnika, jeśli z mojego punktu widzenia jest on interesujący. Może kogoś obrażę, ale nie jest w satnie mnie przykuć do fotela mecz Podbeskidzie-Bełchatów. Oglądam to, co moim zdaniem muszę obejrzeć, żeby wiedzieć. Ja oglądając ileś tam meczów w weekend, wcale nie byłbym lepszym dziennikarzem. Może wiedziałbym trochę więcej, ale ja wolę o tym przeczytać. Jeśli przeczytam coś co mnie zainteresuje, to wtedy zobaczę mecz i zwrócę uwagę na to, co przeczytałem. Gdy byłem młody, to poszedłem na spotkanie z Bohdanem Tomaszewskim, i on powiedział: „czytajcie książki, będziecie bogatsi”.

    Już Pan o tym powiedział, że wszystkie mecze są generalnie takie same. Trwają 90 minut, albo 120. Jak pisać o tych wszystkich meczach, żeby się nie powtarzać, żeby czytelnikowi się to nie znudziło?

    Ja się na pewno powtarzam. Mam taką świadomość, że ja już chyba wszystko napisałem, że niczego nowego nie wymyślę. Z jednej strony trzeba się bardzo dobrze na tej piłce znać, z drugiej, dobrze jak się tę piłkę za młodu pokopało, bo wtedy się więcej rozumie. Przede wszystkim trzeba być jednak obiektywnym. Ja miałem taki trudny moment, kiedy przestałem być kibicem, a stałem się dziennikarzem. Z osoby stojącej po stronie jakiegoś tam klubu, mam się stać osobą, która ocenia obiektywnie. Jeśli chodzi o drużynę narodową, to wiadomo, że zawsze jestem za Polską. Myśli Pan, że jak patrzę na naszą drużynę, tę, albo poprzednią, to mam wrażenie, że ten czy inny piłkarz nie zasługuje na to, żeby wygrywać. Nie jest to może eleganckie, może to jest głupota nawet co powiedziałem, ale to wynika z tego, że ja ich znam. Widzę jak oni się zachowują, jak oni trenują, jak się przykładają. Czasem mam takie wrażenie, że nie wszyscy są profesjonalistami. To się bierze stąd, że my, dziennikarze sportowi wiemy dużo o piłkarzach. Jednak w dzisiejszych czasach dziennikarze nie tylko piłkarscy, jesteśmy sprowadzani do roli absolutnych obserwatorów, którzy nie mają do niczego dostępu. Zwróćcie uwagę na jedną rzecz, tutaj niedawno był turniej tenisowy w Katowicach, była Agnieszka Radwańska i żaden polski dziennikarz nie zrobił z nią wywiadu. Polski dziennikarz nie jest w stanie zrobić wywiadu z gwiazdą polskiego sportu, bo nie jest dopuszczany, bo o tym decydują sponsorzy, nigdy na to nie ma czasu, a w ogóle to po co ma robić, będzie zadawał niewygodne pytania, itd. W przypadku piłkarzy jest podobnie. My na zgrupowaniach możemy do nich dotrzeć, ale to jest coraz trudniejsze. Jeśli facet jest normalny, tak jak Robert Lewandowski, który jest bardzo normalny, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek, to są zawodowcy. Doskonale wiedzą co do nich należy, a poza tym są bardzo dobrze wychowani. To nie jest przypadek, że inteligentni, kulturalni ludzie robią większe kariery. Przed ostatnim meczem z Irlandią Adam Nawałka nie udzielił nikomu wywiadu, z wyjątkiem „Przeglądu Sportowego”, bo musiał. Ja do niego mówię: „Adam, jak Ty byś więcej mówił, to byłoby mniej krytyki, bo ludzie by wiedzieli jakie są problemy, jakich problemów nie ma. Jak nic nie mówisz, to się nie dziw, że Cię krytykują, lub piszą bzdury”. On na to: „Stefciu, Stefciu, z Tobą to ja zawsze pogadam”. „No to chodź”. „No, ale nie teraz”. I tak to niestety wygląda. 15 minut treningu, kiedy piłkarze biegają po boisku, i dziękuję, do widzenia. Ten świat się zmienia, nic się na to nie poradzi.

    Ilu jest piłkarzy, z którymi może Pan porozmawiać o książkach, o filmach, a nie tylko o piłce nożnej?

    Trudna sprawa, naprawdę trudna sprawa. Na zgrupowaniu przed meczem z Irladnią, dziennikarze „Przeglądu Sportowego” napisali artykuł o tym, jak piłkarze spędzają wolny czas. Dawniej to się w szatniach rozmawiało, a dzisiaj to jest cisza, bo każdy pisze smsy. Jest cisza. No i dziennikarze pytają Piotra Zielińśkiego, naszą nadzieję o to, jaką książkę ostatnio przeczytał. On na to odpowiedział, że czytanie książek już nie jest modne. Słuchajcie, tak facet powiedział. Myśle sobie, ja piernicze. Teraz pierwszy raz powiem coś publicznie, i mówię to zupełnie serio. Ja przeżyłem bardzo przykrą sytuację w Dublinie. Tak się złożyło, że mieszkałem w tym samym hotelu co piłkarze, więc miałem ich na co dzień. Lecąc samolotem, wziąłem wydanie niedzielne „Rzeczpospolitej”, w którym był bardzo ładny, duży tekst o Arku Miliku. Podszedłem do Milika, przedstawiłem się, bo on mnie nie zna, bo niby skąd, nie ma się co dziwić. I mówię mu: proszę Pana, tu jest taki tekst, pokazałem mu, proszę bardzo. On tak w ogóle jak polityk, który się nie zatrzymuje, powiedział: nie, nie, mnie to nie interesuje. No to może w klubie kogoś zainteresuje? Nie, nie, ja w ogóle nie czytam gazet. I poszedł. Zrobiło mi się bardzo przykro, bo ja bardzo lubię, on się na ogół wypowiada bardzo sensownie, nikt o nim źle nie mówi. 90% piłkarzy w takiej sytuacji, wzięłoby tę gazetę przez grzeczność, a za minutę wyrzucili do kosza. Powiedziałem to dwóm osobom z PZPN-u. Zwrócili mi uwagę na jedną rzecz: „czy jesteś pewnien, że Milik ma pełne wykształcenie podstawowe?”.

  • „Nie za bardzo chciałem najeżdżać na niektóre osoby. Pod koniec roku będzie jednak trzecia książka. Ostrzejsza”. Janusz Wójcik w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Do końca rozgrywek pozostały raptem trzy kolejki. Trwa w najlepsze walka o piłkarskie mistrzostwo Polski, ale też o pozostanie w krajowej elicie. Jakich rozstrzygnięć spodziewa się były trener biało-czerwonych, z którymi zdobył srebrny medal na IO w Barcelonie? Rozmówka stricte sportowa. Więcej o książce popularnego „Wójta”, przeczytacie na stronie Wydawnictwa SQN. 

    Panie trenerze, długo się Pan nosił z zamiarem przelania swoich wspomnień na papier? 

    Sporo rzeczy miałem do opowiedzenia. Trzeba zostawić po sobie ślady, więc zarówno w pierwszej książce, jak i tej, jest sporo anegdot i faktów. Także na pewno czytelnicy mieli frajdę.

    Po przeczytaniu tej książki ktoś się obraził ? 

    No właśnie nie. Powiem szczerze, że mogłem, ale nie za bardzo chciałem najeżdżać na niektóre osoby, ale pod koniec roku będzie trzecia książka. Nie wykluczam, że będzie ostrzejsza.

    Ostra jest też walka o tytuł najlepszej drużyny w naszym kraju. Kto według Pana sięgnie po to trofeum? 

    Wszystko jest jeszcze płynne, ale sądzę, że Jagiellonia może jeszcze powalczyć o majstra. Wiadomo, że Legia i Lech to są faworyci, ale różne jeszcze niespodzianki mogą się zdarzyć. I myślę, że się zdarzą.

    Niespodzianki będą też w dolnej połówce tabeli? 

    Tutaj też wszystko może się wydarzyć. Nie ma zdecydowanego faworyta do spadku. Nikt też nie może spać spokojnie. Generalnie mówiąc, słaba jest ta nasz liga. Dlatego mogą się wydarzyć jeszcze jakieś dziwne cuda.

    Przejdźmy więc do poważniejszej piłki. Reprezentacja Polski awansuje na ME 2016 we Francji?

    Ten mecz z Irlandią mocno skomplikował sytuację. Teraz czeka nas mecz u siebie z Gruzją. Jeśli przytrafi się wpadka, to będzie bardzo ciężko awansować, bo przecież później mamy Szkotów i Niemców na wyjeździe. Bezapelacyjnie musimy ograć Gruzinów, a później może uda się gdzieś jakiś remis wywalczyć.

  • „To ja wymyśliłem Dana Browna”, czyli Umberto Eco odpowiada na pytania smakksiazki.pl

    Chciałem opublikować zapis całej konferencji prasowej. Jednak po przesłuchaniu okazało się, że część pytań się powtarza, część bardzo głęboko wchodzi w problemy, np. humanistyki, a część jest niesamowicie banalnych. Zostawiłem tylko te kwestie, o które sam spytałem, a że czasu na ich zadawanie było mało, za wiele nie zostało. Generalnie, Umberto Eco na żywo nie ma w sobie nic z celebryty. Patrząc na jego dorobek literacki, mógłby.

    Dwa lata temu, gdy Amos Oz odbierał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego, powiedział, że nie umrze nieszczęśliwy, jeśli nie dostanie literackiej Nagrody Nobla. Pan, podobnie jak Oz, jest wymieniany co roku wśród faworytów. Czeka Pan na ten moment? 

    Jeśli chodzi o tę nagrodę, to wiadomo, że nie mogą przyznać jej więcej razy, niż 100 w trakcie jednego wieku. Wiemy, że istnieje więcej niż 5 tysięcy języków, a w jednym stuleciu jest więcej dobrych pisarzy niż możliwości przyznania nagrody, czyli to loteria.

    W jednym z wywiadów Umberto Eco powiedział, że zarówno on jak Dan Brown kupują w tych samych księgarniach okultystycznych.  Różnica jest taka, że Brown wierzy w to, co przeczyta. 

    Ja w swoim życiu przeczytałem dwie książki Dana Browna i wystarczy. Natomiast cały czas utrzymuję, że Dana Browna wymyśliłem ja. To jest postać z mojego „Wahadła Foucaulta”.

    Już za kilkanaście dni finał piłkarskiej Ligi Mistrzów. Czy klub z Pana kraju, czyli Juventus Turyn zdoła pokonać hiszpańską Barcelonę? 

    Nie interesuje mnie to. (Tutaj pada sugestia osoby, która towarzyszy pisarzowi w trakcie jego wizyty w Łodzi: – ostro. Tłumaczka: – ostro?) Wisi mi to, mam gdzieś sport.

    Więcej informacji o najnowszej książce Eco, znajdziecie TUTAJ.

  • Umberto Eco, Łódź, wideo.

    Zapraszam do obejrzenia krótkiej relacji filmowej z wizyty Umberto Eco na Uniwersytecie Łódzkim. Podarowałem sobie „oficjałki”, a skupiłem na chwilach przed, w trakcie, i po konferencji prasowej.

    Wideo znajdziecie TUTAJ.

    Jeszcze dziś zapis konferencji prasowej w formie pisanej.

  • „To, co w życiu najważniejsze, dzieje się bez uśmiechu i małą czcionką”*. Wywiad z Andrzejem Saramonowiczem.

    Testosteron” i „Lejdis”. Te dwa tytuły to Andrzej Saramonowicz w pigułce. Do tej pory był kojarzony bardziej z dużym ekranem niż z pisaniem książek. Wszystko w życiu się jednak zmienia, i reżyser zadebiutował jako pisarz. I to od razu pisarz przez duże P, bo jego debiutancka powieść „Chłopcy” spawia, że tak jak fani kina czekają na jego filmy, tak fani literatury będą wyczekiwać jego kolejnych książek. Szczegóły dotyczącze ksiażki znajdziecie na stronie Wielkiej Litery

    Jest trema debiutanta literackiego?

    Nie, ja jestem starym koniem jeśli chodzi o kontakt z publicznością. Tutaj się tylko zmienia forma. Przecież na co dzień robię filmy, piszę sztuki teatralne, a teraz napisałem powieść. Relacja autor-odbiorca jest ta sama. Mam nadzieję, że ta ksiażka spodoba się tak samo jak moje filmy.

    Dla kogo Pan pisał tę ksiażkę? Dla kobiet, żeby poznały mężczyzn, czy dla mężczyzn, żeby poznali kobiety?

    To jest książka uniwersalna. Mężczyźni i kobiety wyciągają z niej jednak inne treści, inne treści są dla nich istotne. Ja w ogóle uważam, że dzieło artystyczne jest zawsze dziełem otwartym i jest dopełnione poprzez odbiorcę, w tym wypadku poprzez czytelnika. To on przychodzi ze swoją wrażliwością i każdy odbiera to na swój sposób. Poprzez możliwości swoje intelektualne, poprzez wrażliwość, historie własnego życia.

    Bohaterowie występujący w „Chłopcach” mają swoje pierwowzory w realnym świecie, czy są całkowicie wymyśleni?

    To są osoby zupełnie wymyślone, ale są zestawieniem obserwacji świata, które nawet nie dotyczą wydarzeń, tylko raczej typu zachowań, typów ludzkich, i to wszystko gdzieś się odkłada przez całe życie. Autor kolekcjonuje w glowie, w takich klastrach pamięci, dziesiątki różnych rzeczy i gdy wymyśla temat, to te rzeczy się przypominają.

    Pisanie książek wciąga? Napisze Pan kolejną?

    Oczywiście, że wciąga. To jest zupełnie innego rodzaju satysfakcja i innego rodzaju praca. Taka jakby w większej samotności, ale chyba ta samotność mi odpowiada. Nie mówię jednak, że nie będę robił filmów, albo nie napiszę sztuki teatralnej. To są zupełnie różne przyjemności z punktu widzenia autora. Już zapomniałem, jak bardzo męczące było napisanie tej książki.

    Debiut literacki ma Pan już za sobą. Jak książkę przyjęli czytelnicy?

    Prawdę mówiąc, spotyka mnie o wiele więcej ciepłych reakcji niż w przypadku moich filmów. W przypadku „Chłopców” nie spotkałem się jeszcze z „hejtem”. Przy moich filmach takie reakcje się zdarzały.

    * cytat z książki