Tag: Bartosz Szczygielski

  • „Cenne oceny, czyli jak stworzyć arcydzieło w 10 minut”. Lipcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zastanawialiście się kiedyś, ile prawdy jest w teoriach spiskowych? Nie mówię tutaj o twierdzeniach, że na Księżycu nikt nie wylądował, szczepionki powodują autyzm, a Ziemia jest płaska, jak deska do krojenia. Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że większość takich teorii jest zwyczajnie wyssana z palca. Ale co z teorią, że da się stworzyć arcydzieło, niezależnie od tego, jaką jakość prezentuje?

    Mam w sobie coś z masochisty, bo zamiast siedzieć wygodnie na kanapie i oglądać kolejny sezon ulubionego serialu, siedzę przy biurku i klikam w profile na portalu Lubimy Czytać. Portalu, który zapewne każdy szanujący się książkoholik doskonale zna, choć nie musi z niego nawet korzystać. Ja korzystam (rzadko, ale jednak), a kiedyś nawet pisałem tam oficjalne recenzje, ale o kulisach tego mówić nie będę, gdyż dałem słowo, a nie lubię go łamać. „Serce”, czyli moja ostatnia powieść miała także patronat Lubimy Czytać, co sobie chwalę, bo być może trafiłem do kilku nowych czytelników.

    I tak właśnie przeglądając portal przypomniałem sobie rozmowę z przyjacielem, który kilka lat temu zaproponował mi pracę. Nie zgodziłem się, bo pracę i kręgosłup moralny miałem i nadal mam, ale sam temat gdzieś tam do mnie powracał. Chodziło o to, żeby pisać „recenzje” oraz oceniać książki na różnych portalach. Oczywiście jednym z nich było Lubimy Czytać, ale w grę wchodziły także strony Empiku, Merlina i wielu innych internetowych księgarni. Jak taka praca miałaby wyglądać? Zakłada się kilkanaście różnych kont, podpina je pod kilkanaście różnych adresów mailowych i trzaska się „dziesiątkami”. Do tego dobrze dorzucić kilka sloganów: świetnie się czyta, wciąga jak diabli, najlepsza książka w moim życiu. Wiecie o co chodzi.

    Napisałem, że temat do mnie powracał, bo dostałem kiedyś taką propozycję, ale będąc już autorem, czyli: „hej, daj piątaka, a skoczy ci ocena tu i tam”. Oczywiście wiadomość nie brzmiała dokładnie tak, ale jej sens starałem się zachować. Wiem też, że tego typu maile trafiają do wydawców. Za relatywnie niewielką kwotę ludzie są w stanie zrobić z każdej książki, nawet mocno przeciętnej, arcydzieło. Przynajmniej w Internecie. Wydawać by się mogło, że teraz takie rzeczy powinny być niemożliwe, prawda? Jakaś weryfikacja po numerach IP? Cokolwiek, co ograniczałoby tworzenie kilkunastu fikcyjnych kont. No dobra, ale czy to dalej jest możliwe?

    www.unsplash.com/Tianyi Ma

    W dwie minuty założyłem nowe konto i dałem pewnej książce ocenę. Wybrałem pozycję na tyle popularną, że ani jej nie zaszkodziłem, ani nie zrobiłem dobrze. Z czystym sumieniem – 7/10. Ocenę usunę, bo nie chciałbym wpływać na całokształt. Zależało mi tylko na tym, by sprawdzić, czy mechanizm dalej działa i jak się okazuje działa, bo zrobiłem też… kolejne konto. I dałem kolejną ocenę. I kolejną. I kolejną z kolejnego konta. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że można w jednym domu korzystać z kilku kont, ale jednak sam proces weryfikacji powinien być solidnie przemyślany. Obawiam się, że teraz nie ma go w ogóle. Bo i po co, skoro interes się kręci, a wszyscy są zadowoleni?

    No dobra, wiemy już, że da się zawyżać oceny i nie spotka nas za to kara. Tylko czy ktoś tak robi? Dowodów nie mam, ale przejrzałem kilka ostatnich „hitów”, czyli książek, o których jest wszędzie diabelnie cicho, a na portalu mają wysoką ocenę z setkami głosów. Natrafiłem tam na sporo kont, gdzie nie jestem w stanie zobaczyć informacji o tym, co dany użytkownik jeszcze oceniał. Odbijałem się od pola z napisem „brak uprawnień”. W przypadku jednej książki natrafiłem na kilkanaście takich kont i każde z nich dało ocenę 9/10 lub 10/10. Do tego krótkie uzasadnienie i gotowe: mamy arcydzieło. Ciekawe jest to, że oceny w tym konkretnym przypadku nie przełożyły się na inne platformy, bo na Empik straszy okrągłe 0 recenzji i ocen, a na Legimi raptem kilkanaście.

    Sytuacja może działać też w drugą stronę, bo przecież bardzo łatwo obniżyć ocenę książki, bombardując ją ocenami 1/10. Wiem, że w takim przypadku można się zgłosić do LC i oni zareagują, ale tylko idiota odzywałby się w sytuacji, kiedy ma same 9 i 10, prawda?

    Po co w ogóle robić coś takiego? Odpowiedź jest prosta: dla czytelników nieświadomych. Takich, którzy jak ja, kiedyś wierzyli w to, że oceny faktycznie mają odzwierciedlać treść. Zachęceni wysoką oceną i dalej wierzący w jej prawdziwość, kupią książkę. Marketing, bejbe!

    Ja wiem, że takie rzeczy się robi i to przy każdym produkcie, bo książka przecież również takowym właśnie jest. Promocja ma też swoje ciemne strony, a zawyżanie ocen to tylko jedna z możliwości.

    Przeglądając oceny na portalach można dojść do wniosku, że co druga książka jest arcydziełem. Wiecie, tytułem, który ludzie będą pamiętali przez całe swoje życie i najchętniej do grobu zabiorą ze sobą tylko te najlepsze powieści. Patrząc na to, jak łatwo przyznawane są „dziesiątki”… to będzie bardzo duża trumna.

    Bartosz Szczygielski

  • „Szybko się czyta, czyli insta recenzja”, czerwcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Miałem taki okres w swoim życiu, kiedy namiętnie spożywałem zupki chińskie. Kosztowało to grosze, robiło się bez większego zaangażowania i na chwilę sprawiało, że nie myślałem o głodzie. Smakowało za to jak źle przyrządzony gulasz z jeża, ale dawało satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. W końcu zaspokajało podstawową potrzebę. Zupek już nie jem, ale niesmak pozostał.

    Szybko się czyta.” „No, nie wciągnęło mnie.” „Czekam na kolejną książkę.” „Miałem inne oczekiwania.” Cztery różne zdania, które odpowiednio zmiksowane ze sobą, mogą stanowić kwintesencję tego, czym stała się czytelnicza opinia. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że teraz cholernie generalizuję, ale im dłużej przeglądam konta na Instagramie, tym większą mam pewność, że da się napisać „recenzję” książki bez jej przeczytania. Co więcej, da się to zrobić w ciągu dwóch minut, bo i tak pod zdjęciem pojawią się serduszka i moje ulubione stwierdzenie:

    Dopisuję do listy <3”

    Dobrze wiemy, że to „dopisanie” do listy zakupowej nigdy się nie wydarzy, ale warto zostawić po sobie ślad w postaci komentarza, bo może ktoś wejdzie na nasze konto i będzie nowy obserwujący. Pisałem już kiedyś o tym, że zdjęcia na Instagramie pełnią ważniejszą rolę od tekstu pod nim. Dalej podtrzymuję to stwierdzenie, ale niestety należę do tej mniejszości, która dalej czyta. Czasem tego żałuję, ale taki się już urodziłem.

    www.unsplash.com/Luke van Zyl

    Budowanie społeczności wokół swojego konta to ciężkie zadanie. Trzeba wyjść poza ramy zwykłego pisania recenzji książek i odrobinę się odsłonić. Mówić o prywatności i tym co robimy, bo media społecznościowe pełnią teraz rolę Big Brothera, ale zamiast wysyłania SMS-ów na ulubionych uczestników, zostawiamy im komentarze oraz serduszka. Pogodziłem się z tym i zapewne nie tylko ja. Budując społeczność, która składa się z czytelników, trzeba jednak od czasu do czasu napisać coś o samej książce.

    I tutaj pojawia się problem, bo przecież wpis pod zdjęciem ma określoną liczbę znaków, a linków ni chu chu pod nim nie umieścimy. Nie oszukujmy się, o wiele łatwiej zrobić sensowną fotografię, niż napisać sensowną, podpartą argumentami opinię. Mam wrażenie, że istnieje wśród ludzi przeświadczenie, że skoro potrafią pisać, to potrafią PISAĆ. Nie, nie potrafią. Żeby nie być gołosłownym, pozwalam sobie zamieścić fragment opinii pochodzący z konta na Instagramie z około tysiącem obserwujących. Zaznaczę tylko, że pisownia jest oryginalna.

    Jesli lubicie ksiazke w klimacie mrocznym i niebiezpiecznym.Doswiadczyc niesamowitych wrażeń z czytania.Pojawiałacymi sie tajemnicami to bardzo ja wam polecam.Byla to moja pierwsza książka tej autorki jestem pod ogromnym wrażeniem pod jakim względem zrobilo to na mnie cos czego sie nie spodziewalam.Tylko jedno moge powiedziec przeczytajcie te ksiazke bo kazdy powienien poznać ta historie.Jestem pod ogromnym wrażeniem stworzenia bohaterow i w jakich sytuacjach sie znaleźli .

    Nazwy konta wam nie zdradzę, bo nie mam zamiaru nikogo tutaj wytykać palcami. Nie trzeba się specjalnie wysilać, by zobaczyć, że nie jest to opinia, któnależy traktować jako coś chociażby aspirującego do miana profesjonalizmu. O wiele bardziej niż to, co powyżej, zmartwiły mnie komentarze pod zdjęciem: „Piękne słowa” (serduszko). Kolejny komentarz mówił o tym, że ktoś musi w końcu przeczytać książkę widoczną na zdjęciu, a „tak wogule” to jest ono piękne.

    www.unsplash.com/lalo Hernandez

    Po co więc się starać? Pisać cokolwiek, co ma sens i poprawną składnię. Przecież i tak nikt naszych słów na poważnie nie bierze, bo jeżeli napiszemy opinię pozytywną to pojawią się „dopisuje do listy”, „muszę po nią sięgnąć” lub „nie znam”. Dajemy opinię negatywną? „Dzięki za ostrzeżenie”, „A już miałam kupować” i „nie znam”. Mam więc dla wszystkich leniuszków uniwersalną opinię na temat każdej książki, którą możecie swobodnie umieszczać u siebie. Formę gramatyczną proszę sobie dostosować:

    Pozytywna: Dawno nic mnie tak mocno nie wciągnęło, jak ta lektura. Nie mogłem się oderwać, a strony same się przewracały. Do samego końca nie wiedziałem, co się może wydarzyć. Miałem swoje podejrzenia, ale to, co zrobił autor, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Czekam na kolejną powieść!

    Negatywna: Ledwo przebrnąłem przez to coś. Spodziewałem się wartkiej akcji, a dostałem flaki z olejem. Na dodatek wszystko strasznie przegadane, a fabuła przewidywalna od samego początku. No nie polecam, ale kto wie, może wam się spodoba. Czytaliście?

    Warto skopiować jeszcze opis z książki i gotowe. Ja wiem, że nie każdy potrafi pisać ciekawe opinie. Chciałbym tylko, żeby ludzie zrozumieli, że nie muszą tego robić. Jeżeli ich „recenzje” mają wyglądać w ten sposób, to ja już wolę czytać blurby na kryminałach, bo są tak samo bezosobowe. A może właśnie o to chodzi. O to, żeby szybko się czytało i zapominało – książki i opinie o nich.

    Chciałbym wierzyć, że jest inaczej.

    P.S. Na stronie Dziennik.pl (klik) pojawiła się rozmowa z Jackiem Dukajem na temat jego ostatniej książki. Pierwsze zdania z materiału brzmią tak:

    Nie przeczytałam „Po piśmie” do końca, bardzo interesujące, ale to lektura raczej na miesiące niż na kilka dni…

    Jacek Dukaj: Dlaczego?

    Bo to lektura wymagająca skupienia i jest jej prawie 500 stron…”

    Czy muszę cokolwiek tutaj dodawać?

    Bartosz Szczygielski

  • „Okładki level stock”, majowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedy stoisz w księgarni i szukasz dla siebie tej nowej, cudownej książki, która pochłonie cię choćby na jeden wieczór, ostatnie co robisz, to interesujesz się jej treścią. Czymś, co z założenia powinno być najważniejsze w momencie podejmowania pierwszego kroku, prowadzącego bądź nie, do decyzji zakupowej. Powieść wybierasz inaczej. Wzrokiem.

    Nie będzie chyba niczym nowym, jeżeli powiem wam, że prezencja jest najważniejsza. Nie tylko w świecie książek, ale ogólnie. Znacznie łatwiej zaufamy uśmiechniętemu facetowi w garniturze, niż mężczyźnie ze złamanym nosem i w podartych ubraniach. Nie ma tutaj znaczenia, że ten pierwszy może od nas wyłudzić kilka tysięcy złotych naciągając na coś, co sprzedaje, a ten drugi miał po prostu pecha i przed chwilą zaliczył bliskie spotkanie z chodnikiem, bo zapatrzył się na przechodzącą obok blondynkę w obcisłej sukience. Pierwsze co widzimy, to nasza okładka i powiedzenie, żeby po niej nie oceniać, można włożyć między bajki.

    Oceniamy po okładkach – czy tego chcemy, czy nie. Potem może przyjść „opamiętanie” i zmieniamy zdanie, ale pierwsze wrażenie jest dalej czymś najważniejszym. Przywołuję to z prostego powodu, bo o tym pierwszym wrażeniu doskonale wiedzą graficy projektujący książkowe okładki. W większości wyglądają one podobnie w danym gatunku literackim, ale robione jest to z rozmysłem i z tego samego powodu, dla którego idąc do IKEA, czujemy się tam, jak w domu.

    Identyfikacja kolorystyczna to coś, co wpływa na odbiorcę w ogromnym stopniu. Korzystają z tego marki na całym świecie i korzystają z tego wydawcy. To, że ci drudzy wykorzystują do produkcji okładek zdjęcia ze stocka, nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo nawet powtarzalność okładek jest czymś drugorzędnym. Znacznie ważniejsze jest to, jakie barwy ona przybierze, a przynajmniej ja mam taką teorię. Na czym ją opieram? No właśnie między innymi na wspomnianej już IKEA.

    www.unsplash.com/Paul Gaudriault

    Niebieski kolor to coś, co wywołuje konkretne emocje u większości z nas. Są to spokój, siła, zaufanie czy nawet szczerość i troska. Dodajmy do tego szczyptę żółtego, który odpowiada za pewność siebie, logiczne myślenie czy optymizm, a w wyniku otrzymujemy…logo IKEA. Logo Castorama także doskonale się w to wpisuje. Czerwona barwa to energia, siła, miłość i pasja, a za tym wszystkim stoi… Coca-cola, która przecież jest już synonimem młodości oraz energii, a przynajmniej na taką jest kreowana.

    Zastanawialiście się, dlaczego Facebook jest niebieski? To teraz zastanówcie się, dlaczego Starbucks jest zielono-biały. Kawiarnia stawia na połączenie czegoś naturalnego, spokojnego, ale także na swój sposób ekskluzywnego. Kiedyś w logo była jeszcze czerń, która dziś widoczna jest w wystroju, a ta daje tą ekskluzywność. Czarny kolor to w ogóle ewenement, bo chyba nie wyobrażamy sobie tego, żeby logo Chanel było purpurowe, prawda?

    Te kody kolorystyczne wchłaniamy od dziecka. Około 80 procent konsumentów wybiera towar, kierując się jego kolorem. I jestem przekonany, że duża część czytelników robi dokładnie to samo, szukając dla siebie nowej książki. Takiej, o której nic nie wie, nie czytało jej opisu i nie widziało jej zdjęcia na Instagramie. Pierwsze, co widzimy stojąc w księgarni, to okładka i to ona decyduje, czy sprawdzimy całą resztę. Czytelnik nie jest przecież idiotą, ale trzeba mu czasem pomóc w wyborze.

    Wyobrażacie sobie powieść kryminalną, gdzie na okładce widniałoby pole rzepaku i kobieta w wiosennym kapeluszu? Ciepłe kolory i wymyślny font? No nie, jak kryminał, to ma być ciemno, ponuro i mrocznie, a jak nie jest, to na okładce napiszemy „kryminał”. To takie nakierunkowanie kupującego, żeby nie czuł się przypadkiem zagubiony. Tego przecież byśmy nie chcieli.

    www.unsplash.com/Paul Gaudriault

    Zdjęcia ze stocka przepuszcza się przez filtry, gdzieś tam doda kilka kropel krwi i gotowe. Wydawca jest zadowolony, a czytelnik z miejsca wie, czego może się spodziewać. Tak było kiedyś i niestety, ale dalej widać, że niewiele się w tej materii zmienia. Na szczęście nie wszyscy wydawcy sztywno się tego trzymają i można zauważyć zmiany na lepsze. Spójrzcie na nowe okładki Mariusza Czubaja, no i powiedzcie, czy „Dziewczynka z zapalniczką” nie jest cudowna? Minimalistyczna, a jednocześnie dopasowana kolorystycznie do tego, co pisałem wyżej. Czerwień nadaje jej dynamizmu, choć sama powieść może go wcale tak dużo nie posiadać.

    Kult” Łukasza Orbitowskiego ma wybitną okładkę. „Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego również. Okładka nadaje ton całej powieści i zawsze, ale to zawsze, będzie wpływała na odbiór całości. Zdjęcia mogą być stockowe, ja nie mam z tym żadnego problemu, o ile zostanie to zrobione z pomysłem. Tutaj przywołam okładki, które zdobią moją trylogię – oprawa „Aorty”, „Krwi” i „Serca” powstała w oparciu o zdjęcia na licencji, a finalny efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Czy uważam, że oddają w pełni to, co jest w środku? Nie, bo oddać się tego nie da obrazem, ale obraz potrafi wprowadzić w klimat.

    Czy chciałbym, żeby każda okładka, każdej nowej powieści pojawiającej się na rynku, była unikatowa? Oczywiście, że tak, ale wiem, że tak się nie stanie. Nie stanie się tak, bo jesteśmy wychowani przez światowe marki, które przyzwyczaiły nas do kolorów, kształtów i fontów, a my dalej kierujemy się wzrokiem wybierając to, co chcemy kupić. Dalej więc będziemy dostawać to samo, z niewielkimi wyjątkami, bo książka dalej jest opakowana w okładkę, a my kupujemy oczami.

    Tylko, co ma zrobić ten biedny, nieświadomy czytelnik, kiedy stanie w księgarni przed półką i ujrzy stos takich samych okładek? Wybierze tę, która najmocniej do niego „krzyczy” i mówi mu, że oto kolejny arcymistrz, król, królowa i woźny kryminału.

    W końcu trzeba się jakoś wyróżnić, choć wszystko jest takie samo.

    Pozornie.

    Bartosz Szczygielski

  • Jak napisać kryminał? Kwietniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Na tegorocznych Targach Książki w Warszawie będę uczestniczył w ciekawym panelu. Razem z szeregiem zacnych twórców porozmawiamy o tym, jak wygląda przyszłość polskiego kryminału. Cóż, zdania zapewne będą podzielone, bo inaczej przez dwie godziny gapilibyśmy się na siebie, a czytelnicy na nas. I tak mnie naszło,że skoro mamy rozmawiać o kryminałach, to może warto pokazać, jak one powstają.

    Na rynku pojawia się rocznie tyle książek, że nie starczyłoby mi życia, żeby je wszystkie przeczytać. No dobra, może przesadzam, ale istnieje nadprodukcja i nietrudno ją zauważyć. Nie chodzi mi tu tylko o rynek kryminałów, lecz o cały książkowy świat. Początkujący pisarze narzekają, że nikt ich nie chce wydać, bo nie mają znajomości albo właśnie za dużo jest już książek i nie ma dla nich miejsca. Miejsce znajdzie się zawsze, o ile ich książka będziedobrze napisana. Czy musi się jednocześnie czymś wyróżniać? Moim zdaniem nie, bo przecież, jak mawiał klasyk, lubimy to, co znamy.

    I tu, cały na biało, wchodzi właśnie kryminał. Bierze się kilka składowych, miesza ze sobą w jednym garze i wychodzi strawne danie. Takie, które zagości na księgarskich półkach i jak będzie się miało odrobinę szczęścia– nawet w kilku domach. Jak napisać kryminał, żeby dało się go czytać, a odbiorca nie miał wrażenia, że robi się go w chu…?

    www.unsplash.com/David von Diemar

    Mniej więcej tak:

    – Umieść akcję w niewielkiej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, ale liczba mieszkańców pozwala na ich mordowanie przynajmniej przez dwanaście kolejnych tomów. Wielkość jest ważna, bo przecież nie chcemy opisywać kolejnego Sandomierza, gdzie strach wyjść na ulicę, bo albo cię zaszlachtują maczetą albo przejedzie cię ksiądz na rowerze.

    – Musisz mieć głównego bohatera, więc najlepiej, jeżeli będzie upośledzony. Wiecie: wszyscy już wiedzą, kto kogo zamordował, a on dalej zastanawia się, co ze sobą zrobić. Nie może być jednak za głupi, bo czytelnik wam nie uwierzy. Dobrze zachować umiar i niech np. wie, gdzie wlewa się benzynę, ale niech nie zna się na pobieraniu odcisków palców. Wtedy na spokojnie wytłumaczy mu to ktoś inny, a ty będziesz mógł popisać się RISERCZEM!

    – Życie prywatne twojego bohatera to istotna kwestia. Nie musi być rozwodnikiem cierpiącym na nadciśnienie i łysienie plackowate. To nie zaszkodzi, ale znaj umiar. Super, jak pojawi się zdrada. Ewentualnie ciąża, najlepiej niechciana. Wiecie – problemy, które przeszkadzają w śledztwie. Problemy są super.

    – Zaszlachtuj kogoś na pierwszej stronie. No, maksymalnie na drugiej. Czytelnik nie lubi się nudzić i jak będzie musiał przebrnąć przez 10 stron ekspozycji, to obsmaruje cię na Lubimy Czytać, że lepiej bawił w kinie się na Planecie Singli 3. Szanuj się.

    – Twisty! Jak najwięcej twistów!

    – Umieść część akcji w przeszłości, to zawsze działa, a szczególnie na okładkach: WIELKI SEKRET POGRZEBANY PRZED LATY! CZY DETEKTYW JACEK ODKRYJE PRAWDĘ ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO?

    – Akcja z przeszłości musi być tak pokręcona,żeby na końcu książki wszyscy powiedzieli: Łoooooo. Coś w stylu, że dziadek Henio nienawidził sąsiada, bo ten mu ukradł kurę. Więc Henio czekał trzydzieści lat i potem zamordował brata stryjecznego tego sąsiada, ale tak, żeby to wyglądało na robotę ciotki sprzedawcy w pobliskim sklepie. Zostaw na miejscu zbrodni kurze pióro! I pamiętnik! Pamiętaj o pamiętniku ukrytym gdzieś na strychu. To zawsze działa i koniecznie napisz go w formie pierwszoosobowej.

    – Twisty! Jeszcze więcej twistów!

    – Przesłuchuj wszystkich! Każdy może być winny. Nie zapomnij często o tym wspominać, bo wiadomo:twój bohater jest upośledzony.

    – Problemy społeczne, a najlepiej kilka i najlepiej jak najbardziej aktualnych. Tylko musisz szybko pisać, bo inaczej nic ci to nie da.

    – Kolejny twist! Najlepiej na ostatniej stronie.

    To tylko część z porad, które powinniście znać, jeżeli chcecie napisać kryminał. Szczególnie wtedy, jeżeli ma być dokładnie taki sam, jak wszystkie inne. Zawsze możesz próbować czegoś innego, ale to niebezpieczna i kręta droga. Bo przecież, kiedy będziesz świadomie igrał z konwencją, to i tak wyłapią to nieliczni. Reszta powie, że to przecież taka sama książka, jak tysiące innych. To źle?

    Przecież lubimy to, co znamy.

    Bartosz Szczygielski

  • „Bestseller to nie nagroda”, tekst Bartosza Szczygielskiego

    Zapewne większość z was pamięta, co działo się po gali Bestsellerów Empiku. Ileż to jadu wylało się w komentarzach po tym, jak ogłoszono wyniki. No bo niby dlaczego taki Wojewódzki czy Nosowska dostali nagrodę? Jacy są z nich pisarze? Odpowiedź jest prosta – nie są pisarzami, a bestseller nie jest nagrodą.

    Jeszcze jakiś czas temu, każdy plebiscyt popularności, gdzie pojawiał się Remigiusz Mróz, kończył się podobnie. Pisarz wygrywał i deklasował konkurencję. Ostatnio się to zmieniło, bo na Lubimy Czytać nagrodę zdobył Wojciech Chmielarz. W jego ręce, a przynajmniej taką mam nadzieję, trafiła przepiękna statuetka, a „Żmijowisko” dzierży tytuł najlepszego kryminału 2018 roku. I choć nie zauważyłem pod tą konkretną informacją komentarzy mówiących, że wynik jest niesprawiedliwy, to już w przypadku Literatury Pięknej oraz wygranej Katarzyny Nosowskiej i owszem.

    Sytuacja tożsama z tym, co działo się po wspomnianej już gali Empiku. Głosy nienawiści lub przynajmniej wzburzenia, widywałem wszędzie. „Jakim prawem? To nie literatura! Gdzie jej/jemu do kogoś tam/czegoś tam”. I takich głosów wcale nie było mało, bo przecież zawsze warto powiedzieć swoje zdanie. Nawet wtedy, kiedy jest identyczne z trzydziestoma innymi komentarzami pod wpisem. W końcu lubimy dzielić się swoimi przemyśleniami.

    Szkoda tylko, że te przemyślenia zazwyczaj pisane są pod wpływem emocji. I w tym przypadku, a raczej w tych dwóch przypadkach, powstały z niezrozumienia. Owszem, na Lubimy Czytać widnieje piękny napis „Wybraliśmy najlepsze książki 2018 roku”, co może niektórych boleć. Najlepsze? Najlepsze czy najpopularniejsze?

    www.unsplash.com/Robert Anasch

    Żeby była jasność, bo jeżeli nie napiszę czegoś wprost, to potem będą pretensje. Nie neguje wartości żadnej z książek. Niech sobie je piszą celebryci, muzycy czy rzeźbiarze. Niech nominacje do Bestsellerów Empiku też dostają, bo nie trafiają w ich ręce z powodu jakości dzieła. Trafiają tam, bo zwyczajnie się dobrze sprzedały. Bardzo dobrze. Dlatego nominację dostała Blanka Lipińska. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, że jej książka dostałaby jakąkolwiek nominację w jakimkolwiek konkursie, gdzie jury ocenia wartości literackie dzieła. Ewentualnie, gdzie jury potrafi czytać.

    Plebiscyt na Lubimy Czytać i gala Empiku mają ze sobą dużo wspólnego. Pokazują, co najchętniej czytamy. Tyle. Tak było od dawna i nie sądzę, żeby kiedykolwiek mogło się to zmienić. Możemy żałować, że wyznacznikiem jakości poniekąd stała się popularność. Przynajmniej z tym jest ona mylona, bo jeżeli ktoś komentuje wyniki tego typu konkursów to znaczy, że nie potrafi tego rozróżnić. Książki, które dostały nagrody Bestsellerów, wcale najlepsze nie są, ale to moja subiektywna opinia.

    Podobnie jak każdy oddany na Lubimy Czytać głos był czyjąś subiektywną opinią. Czemu więc przy tego typu plebiscytach pojawia się słowo „najlepsze”? Pewnie dlatego, że nazwa „Rekordowo sprzedające się książki 2018 roku”, brzmiałaby jak hasło reklamowe ogórków konserwowych.

    A dobrze przecież wiemy, że książki to coś znacznie więcej niż produkt.

    Wiemy?

    Bartosz Szczygielski

  • „Audiobook to nie książka”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Natrafiłem ostatnio na stwierdzenie, że książki w formie audiobooków to najlepsze, co mogło się przytrafić czytelnikom. Przecież można ich słuchać robiąc pranie, obiad, sprzątając, wyprowadzając psa, prowadząc samochód, rzeźbiąc w drewnie czy układając płytki w łazience. No i pięknie, ale audiobook to nie książka. Nie i koniec.

    Nie jest tak, że nie lubię audiobooków. Zwyczajnie nie jest to format stworzony dla mnie. Nie potrafię się na tyle wciągnąć w historię, którą słyszę lub mam słyszeć przez naście godzin, by odebrać ją tak, jak życzyłby sobie tego autor. I tutaj mam największy problem z rzeczonymi audiobookami, bo nie mam nad nimi kontroli. Nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych autorów, ale mniemam, że podobnie. Format powstaje i tyle.

    Pracowałem jako copywriter i zdarzało mi się, że tworzyłem radiówki. Krótkie formaty: 10 i 15 sekund plus tyłówka. Czasem wpadało coś dłuższego, ale to maksymalnie 25 plus 5 na stałą końcówkę. Tworzyłem formaty dla bardzo dużej i bardzo poważnej firmy, której nazwy mówić mi nie wolno, ale zawsze była to dla mnie przyjemność. Stworzenie czegoś, co potem leciało w radiu – dokładnie w takiej formie, jakiej  sobie zażyczyłem. Stworzenie skryptu było jednym z moich zadań, ale kolejnym było uczestniczenie w nagraniu. Na ile sposobów można powiedzieć dwa, trzy zdania, żeby zmieścić się w 10 sekundach? Na więcej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić.

    www.unsplash.com/Dan LeFebvre

    Tak więc siedziałem w studinagraniowym z kartką, na której miałem swoje teksty i słuchałem jak lektor raz za razem powtarza te same zdania. Tutaj dajmy akcent na to słowo. Może trochę szybciej, a może jednak trochę wolniej. Nie, nie całość, ale ostatnie pół zdania. Nagranie formatu dziesięciosekundowego potrafiło zająć nam czasem dziesięć minut, a czasem pół godziny. I każda z tych wersji czymś się od siebie różniła. Jednak jako twórca miałem nad nimi kontrolę. W mniejszym lub większym stopniu. Tak samo jak przy pisaniu powieści.

    To, kiedy złamię konkretny akapit i zdecyduję się na danie większego światła w tekście, zależy ode mnie. Przełamania są dla mnie ważne, bo pozwalają na odpowiednie granie z tempem opowieści. Krótkie zdania tak samo. W moim przypadku tekst nie powstaje tylko po to, żeby przekazać konkretne informacje, ale po to, żeby przekazać je w odpowiedni sposób. W przypadku audiobooka nie mam nad tym żadnej kontroli, a interpretacja zależy od lektora. Więc finalnie słuchacz otrzymuje tekst przefiltrowany przez zewnętrzną osobę.

    Nie to, żebym narzekał na lektora, który czytał „Aortę”, „Krew” czy „Serce”. Tomasz Sobczak zrobił to po swojemu, ale w duchu moich powieści. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo przesłuchałem jedynie fragmenty audiobooków. Dalej jednak to zupełnie inny tekst, niż ten, który ja stworzyłem, choć ułożony jest z tych samych słów, kropek i przecinków. I o ile w przypadku książki wydrukowanej czy pod postacią e-booka wiem, czego się spodziewać, to audiobook zawsze jest dla mnie niespodzianką.

    Nie wyobrażam sobie tego, ile czasu musiałoby zająć nagranie audiobooka, gdybym np. ja siedział w studio nagraniowym i razem z lektorem przechodzilibyśmy przez każde zdanie z książki. Pewnie do tej pory nagrywalibyśmy „Aortę”. Jednak otrzymalibyśmy na końcu coś, co byłoby bliższe mojemu wyobrażeniu. I dlatego właśnie nie uważam audiobooków za książki. Cieszę się, że powstają, ale dalej to coś zupełnie innego, niż wydrukowana powieść.

    Więc proszę, nie nazywajmy audiobooków książkami. Tak, jak nie nazywamy teatru telewizji filmem.

    Bartosz Szczygielski

  • Autorze, szacunek do twojej pracy to ja mam gdzieś

    Nie jestem święty. Zdarzało mi się ściągać z sieci filmy czy seriale, do których dostępu w legalny sposób nie miałem. Czy jestem z tego dumny? Nie. Czy robię to dalej? Też nie, a od kiedy korzystam z Netflix czy HBO GO, to już w ogóle nie mam pojęcia, co dzieje się po tej złej stronie Internetów. Książek nie ściągałem z nielegalnych źródeł nigdy, ale widać jestem wyjątkowy, bo dużo osób to robi, a autora ma po prostu w dupie.

    Serce”, moja ostatnia książka, zawitała do księgarń 13 lutego. Dzień przed Walentynkami, cudownym okresem, gdzie miłość pojawia się w każdej sklepowej witrynie i nawet osiedlowe nurki rzygają wtedy tęczą. No po prostu różowo do kwadratu. Szkoda tylko, że kilka dni po tym święcie dostałem maila, który dosadnie pokazał mi, że moja praca jest gówno warta. Przynajmniej dla niektórych.

    Ustawiłem Alert Google na interesującą mnie frazę, bo przecież może się zdarzyć, że jakiś ciekawy tekst do mnie nie trafi. Wiadomo, ktoś nie oznaczy, coś przegapię itd. I takiego maila dostaję raz w tygodniu, ale poważnie zastanawiam się nad tym, czy z funkcjonalności nie zrezygnować, bo jedyne co uzyskałem to wkurw. Wprawdzie Google napisało do mnie, że jest kilka recenzji czy zapowiedzi, ale dostarczyło mi także sporo linków do mojej książki. Torrenty, fora internetowe i portale, szumnie reklamujące się „darmowymi” e-bookami. Klikasz i masz.

    www.unsplash.com/rawpixel

    Co mam z tego ja? Egoistyczny, nastawiony na zysk autor? Mam wkurwa, ale to już zapewne wiecie. Wiem, że nie da się zapobiec rozpowszechnianiu e-booków. Serio, zdaję sobie z tego sprawę, bo przecież przez lata przyzwyczailiśmy się, że w Internecie to wszystko jest za darmo. Książki jak widać także, bo nikt na tym nie ucierpi, prawda? Tylko, że cierpi i to nie sam autor, któremu po ściągnięciu z Chomika, nie wpadnie na konto 1,50 zł, ale czytelnik.

    Każdy taki ściągnięty plik to mniejsza liczba w Excelu, która świadczy o opłacalności inwestycji. Inwestycji, którą jestem w tym wypadku ja. Wydawnictwo wykłada pieniądze na zaliczkę, korekty, redakcję, druk, wystawki w Empiku (szok, co nie?) i marketing. I te pieniądze zwrócić się powinny, jeżeli mam napisać kolejną książkę. Bo i po co inwestować w kogoś, kto nie przynosi zysków? Dla samej idei? Bądźmy realistami.

    Nie mam pojęcia, ile osób ściąga moje książki lub w ogóle jakiekolwiek powieści z nielegalnych źródeł. Podejrzewam jednak, że trochę ich może być, bo inaczej by się na nich nie pojawiały. Dostając Alert Google uderzyło mnie to, jak powszechnie dostępna jest moja książka i jak niewiele potrzeba, by mieć ją za darmo. Za to, żeby zniknęła z takich serwisów, to już droga przez jebaną mękę. Serio, spróbujcie sami. Na Chomiku trzeba zgłosić to samodzielnie, bo choć istnieje tam link do oficjalnego sklepu, to widocznie algorytmy nie wyszukują innych treści, które do niego nie prowadzą. Znaczy wiem, że wyszukują, tylko serwisowi się to nie opłaca.

    Ja, jako właściciel praw, muszę:

    – podać swój adres korespondencyjny

    – wkleić linki prowadzące do materiałów

    – napisać obszerne wyjaśnienie w tym określić, jaki to rodzaj pliku, bo przecież sam link tego nie weryfikuje (kurwa, serio?).

    A na koniec dostaje jeszcze taką oto notkę: „Zgodnie z przepisami dotyczącymi świadczenia usług drogą elektroniczną, możemy uniemożliwić dostęp do plików jedynie w reakcji na urzędowe zawiadomienie lub wiarygodne zgłoszenie. Prosimy wypełnić powyższe dane, by zgłoszenie spełniało warunek wiarygodności. Proszę pamiętać, że podane informacje mogą zostać przekazane osobie, która dostarczyła materiały podejrzane o łamanie zasad, w celu umożliwienia jej złożenia wyjaśnień.”

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Ciekawe tylko, czy moje dane kontaktowe także zostaną udostępnione użytkownikowi, który postanowił podjebać moją książkę, a następnie wrzucić ją do serwisu. Jakoś wątpię, żeby on musiał wypełniać tyle pól, by uwodnić swoje prawa do danego tytułu. Prędzej tylko odhaczył zapis w regulaminie, którego nie czytał, a który chroni go lepiej, niż mnie.

    Ja wiem, ja rozumiem, że to walka z wiatrakami, bo serwisów jak Chomikuj, jest więcej, niż ja miałem pryszczy na czole w liceum. I tak, książki są drogie. E-booki są drogie. Audiobooki są drogie. To nie są produkty pierwszej potrzeby, ale spokojnie, już niedługo nie będzie tego problemu. Zwyczajnie nikomu nie będzie opłacało się wydawać książek innych, niż te z Empikowej topki.

    Pora pogodzić się ze smutną rzeczywistością i uświadomić sobie jedno.

    Jakość nie zawsze idzie w parze z popularnością, a Excel jest bogiem.

    P.S. Tak, felieton zawierał przekleństwa, bo jestem zawiedziony tą sytuacją. A jak ktoś mi powie, że przecież książkę trzeba najpierw sprawdzić, zanim się ją kupi, to odsyłam go do Legimi, gdzie za niewielką opłatę miesięczną mamy nieograniczony dostęp do tysięcy książek. I niech nikt mi więcej nie mówi, że książki są drogie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Coś się kończy, coś zaczyna”, lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Walentynki tuż tuż, a to oznacza, że Instagram zaroi się od ckliwych cytatów, zdjęć z różami i pierścionkami zaręczynowymi. Nie bardzo rozumiem, co romantycznego jest w oświadczynach poczynionych tego dnia, ale widocznie jest w tym jakaś magia. Nie zapomnijmy o balonikach i czekoladzie. I wśród tego całego ckliwego gówna, przewija się gdzieś Szczygielski ze swoim Sercem.

    Jeszcze kilka lat temu byłem pogodzony ze swoim losem. Siedziałem w pracy na niewygodnym krześle i zastanawiałem się, jak zabić te ostatnie kilka godzin do magicznej szesnastej. I tak codziennie. Od poniedziałku do piątku. Od stycznia do grudnia. Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej i nie dlatego, że z pracy odszedłem i mam inną. Wygląda inaczej, bo jestem chodzącym dowodem na to, że książki zmieniają życie. Moje zmieniły i to jest krótka historia pewnego przypadku.

    Pisać zacząłem właśnie z przypadku. Z nudy i dlatego, że lubię darmowe żarcie. Zresztą, czy jest ktoś, kto go nie lubi? Dowiedziałem się, że w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu organizowane są warsztaty pisarskie. Warsztaty z noclegiem, wyżywieniem oraz lekcjami od samych mistrzów. Miałem już wtedy za sobą kilka całkiem udanych (jak na wtedy) opowiadań, więc spróbowałem. Napisałem tekst w dwa dni, wysłałem i tak się przyjemnie złożyło, że zostałem doceniony. Spędziłem więc tydzień we Wrocławiu w samym środku festiwalu i z ludźmi, którzy po prostu kochali pisanie.

    Moim pierwszym nauczycielem był Mariusz Czubaj. Ten sam, który kilka lat później powiedział mi po rozdaniu nagród Wielkiego Kalibru, że czuje się ojcem chrzestnym mojego sukcesu. Wróciłem z kolejnej edycji tego samego festiwalu z nagrodą specjalną i wiedziałem, że teraz dużo się zmieni. Nie w sensie finansowym czy mojej popularności, ale tego, co siedzi w mojej głowie. Bo to w mojej głowie tkwiła ta nuda, która sprawiła, że zacząłem pisać Aortę. Książkę, która zmieniła wszystko.

    Nie jestem przykładem pisarza, który zaraz po debiucie zdobywa wydawniczy świat i niczego nie musi już udowadniać, bo i tak wszyscy liżą mu rowa. Miałem i dalej mam dużo rzeczy do udowodnienia, ale głównie samemu sobie. Aorta sprawiła, że uwierzyłem w siebie. Trochę, bo nie powiem, żebym czuł się dobrze ze samym sobą. Nigdy się tak nie czułem, ale debiut na zapchanym rynku wydawniczym udowodnił mi, że jestem w czymś dobry. A przynajmniej, że nie jestem całkowicie do dupy.

    Pracę nad kolejną książką zacząłem już będąc zatrudnionym w innym miejscu. Tam nie zastanawiałem się, jak wytracić godziny do końca dnia pracy, ale jak je wydłużyć, bo z niczym się nie wyrabiałem. Krew pisałem nocami i w weekendy. Z nieustającą presją, że musi być lepsza. Mocniejsza, ciekawsza i bardziej wciągająca, niż Aorta. W końcu druga książka to sprawdzian dla debiutanta. Jak go obleje, to pozamiatane. W pewnym momencie zwyczajnie odpuściłem. Przestałem pisać, a za to zacząłem oglądać dużo kotów w Internetach. Stwierdziłem, że to i tak bez znaczenia, co napiszę, bo przy takim nagromadzeniu autorów, zapomni się o mnie w kilka dni po skończeniu lektury.

    Paradoksalnie, to mi właśnie pomogło, bo Krew praktycznie napisała się sama. Wtedy, kiedy zdecydowałem się odpuścić. Druga powieść pojawiła się na rynku i cholera, do tej pory nie rozumiem, czemu nie zgarnąłem za nią żadnej nominacji. Jest o klasę lepsza, niż Aorta. Pod względem konstrukcyjnym i językowym znacznie dojrzalsza. Stała się taka, bo ja się zmieniłem. Pisanie sprawiło, że zacząłem podchodzić dożycia odrobinę inaczej. Odrobinę, bo do wielkich zmian potrzebowałem jednak czasu.

    Serce, zamknięcie trylogii, wymęczyło mnie na każdym możliwym polu. Znów czułem presję i to znacznie większą, niż przy Krwi. Ściskało mnie od środka wiele rzeczy, a znajomi mówili, że wyglądam jakbym wiecznie był nieszczęśliwy. Tak, był moment,że pisanie mnie unieszczęśliwiało. Nie wiedziałem, czy będę sobie w stanie z tym poradzić. Wiedziałem, że muszę to skończyć, bo inaczej mnie to zabije i palnę sobie w łeb. Miałem w głowie wszystko poukładane, bo Aorta, Krew i Serce to jedna, długa opowieść. Opowieść, która musiała się skończyć, żebym ja mógł pójść dalej.

    Serce skończyłem dawno temu, a w świecie wydawniczym musiały minąć lata świetlne (tak, wiem, że to jednostka odległości, nie czepiajcie się), by pojawiła się na półce. Czy poszedłem dalej? Tak, bo pisanie sprawiło,że przejrzałem na oczy i odkryłem rzeczy, które wcześniej skrywały się pod mgłą. Tą, która spowijała mój mózg. Jestem kurewsko dumny z każdej mojej książki. Z każdej, ale z Serca w szczególności, bo to zamknięcie. Zamknięcie idealne i wyzwalające mnie z łańcuchów, które sam sobie założyłem przed laty.

    Zmiany są potrzebne, a każda z moich książek taką zmianą była. Życiową czy też psychiczną. Mogę śmiało powiedzieć, że coś się kończy, coś się zaczyna. I teraz, kiedy na Walentynki gdzieś na Instagramie zobaczycie moje Serce, pomyślcie przez chwilę o jednej rzeczy.

    Książki zmieniają życie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz