Tag: Bartosz Szczygielski

  • „Podsumowując, czyli Nowy Rok, nowa ja”. Styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Ach, styczeń! Mój ulubiony miesiąc w roku, bo wtedy wszyscy nagle dostają wiatru w skrzydła. Siłownie zapełniają się pełnymi wigoru trzydziestolatkami ze słuchawkami w uszach, spada sprzedaż papierosów i alkoholu, a świat staje się po prostu piękniejszy. I nie szkodzi, że za oknem szaro, buty przemakają, a do roboty i tak trzeba chodzić. I w związku z tym, że nastał nam nowy rok, ja także mam pewne postanowienie. Czytał będę mniej.

    Czytanie stało się czymś ekskluzywnym, a przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. A już na pewno takie jest w oczach wielu osób, które chętnie stają się „niestatystycznymi Polakami”, bo wiadomo, że ci statystyczni książek nie czytają. Nie jestem w stanie tego pojąć, bo sam proces czytania nie jest rzeczą specjalnie skomplikowaną. Czytanie ze zrozumieniem już tak, ale o tym za chwilę. Dobrze też wiemy, jak to wygląda ze statystykami. Ilekroć mówi się o stanie czytelnictwa, zawsze przywołuje się konkretny raport. Mało kto przywołuje wtedy liczebność próby, która za 2017 rok wynosiła… 3185 osób.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Nie da się jednak ukryć, że chyba nie czytamy za dużo. Małe księgarnie upadają, bo wygodniej jest pójść do centrum handlowego i tam coś kupić. Zresztą najtaniej i najlepiej to jest w sieci, więc sytuacja księgarni raczej nie ulegnie poprawie. Czemu jednak zamiast czytać więcej, moim postanowieniem noworocznym będzie czytanie mniej? Z prostego powodu – w czytaniu nie ma nic magicznego. Nie czyni mnie lepszym człowiekiem, a już na pewno nie stanę się nim czytając coś, co mnie po prostu męczy.

    I dlatego będę czytał mniej, a pozycje wybierał w prosty sposób. Kierując się intuicją i z polecenia osób, którym ufam w tej kwestii bezgranicznie. Mam to szczęście, że w swoim otoczeniu takie osoby mam. Niestety, nauczony doświadczeniem, wiem, że opinie znalezione w Internecie na niewiele się zdają. Często mam wrażenie, że powstają po przeczytaniu opisu książki, a nie jej samej. I tu dochodzę do kolejnego spostrzeżenia, a mianowicie tego, że czytać lubię ze zrozumieniem. Nie interesują mnie zapychacze umysłowe, bo od tego mam filmy. Kolorowe obrazki, które sprawiają, że się wyłączam. Jestem niestety chyba starej daty, bo książki według mnie powinny robić z głową coś innego.

    Czytanie dla samego czytania nie jest, a przynajmniej dla mnie, żadną wyższą formą rozrywki. Nie lubię też tego „ciśnienia”, które gdzieś tam zakotwiczono w mojej głowie i które nieustannie przypomina mi: czytaj więcej, bo jak nie czytasz, to jesteś głupi. Cóż, może i jestem, ale wiem też, że pochłanianie książki za książką prowadzi do jednego. Do zmęczenia materiału. Zaczyna się szukać czegoś, co wywoła w nas emocje, a z każdą kolejną lekturą jest po prostu coraz gorzej. Nic nie cieszy, nie sprawia przyjemności, a strony po prostu się przewraca, bo jak się tego nie robi, to jest się gorszym. Jest się tym smutnym, statystycznym Polakiem, który siedzi przed telewizorem i żłopie piwo.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Mnie taki czytelniczy marazm też dopadł. Książki przestały mi dawać przyjemność, a już na pewno nie taką, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Kartki leciały jedna za drugą, a ja czułem się tak, jakby oglądał coś, co już widziałem tysiąckroć. Może wybierałem zbyt podobne do siebie lektury, bo w większości były to kryminały. Może, nie wiem, ale to nieistotne. Uświadomiło mi to, że czytanie może po prostu… zmęczyć. Zaorać.

    Mam więc zamiar czytać mniej. Zrobić sobie detoks, który mam nadzieję doprowadzi do tego, że kolejna książką, za którą złapię, znów sprawi, że poczuję się jak dzieciak. Tak, że będę ją chłonął, a nie czytał. Przeżywał, a nie przekartkowywał. Brakuje mi tego uczucia. Brakuje mi tej dziecięcej zabawy z odkrywania. Odnajdywania smaczków i szczegółów utkanych przez autora. Potrzebuję odwyku i patrząc na to, jak i ile książek pojawia się na rynku, mam wrażenie, że taki odwyk przydałby się także wydawcom.

    Można wydawać i można czytać wszystko, jak leci. Można też czytać mniej i mieć z tego dziecięcą radość. Nawet jeżeli ma to oznaczać chwilowe odstawienie, bo jest ono warte emocji, które potem się pojawią.

    A przynajmniej taką mam nadzieję.

    Bartosz Szczygielski

  • „Skarbnik”, świąteczne opowiadanie Bartosza Szczygielskiego

    Gliwice, kurwa.

    Wyobrażał sobie, jak szczęśliwy byłby, gdyby nie to miasto. Te budynki, które przytłaczały odrapanymi fasadami i ten swąd zepsutego życia. Czuł go stojąc przed dworcem PKP. I z każdym oddechem, drażnił go coraz bardziej. Wszystko wydawało mu się sztuczne i nawet deptak udawał, że został niedawno wyremontowany. Wielkie, szare płyty chodnikowe przetykane rdzawą cegłą raziły go bardziej, niż w zeszłym roku. Odkąd pamiętał, czuł się w tym mieście obco.

    Tak, jakby tu nie pasował.

    Mały.

    Niższy, niż przed kilkoma godzinami. Stawiał wtedy pierwsze, niechętne kroki na schodach prowadzących do wagonu klasy drugiej. Kręgosłup skurczył się o kilka centymetrów. Usztywnił i za nic nie dawał się przywrócić do pierwotnego stanu. Tego, który jeszcze rano Łukasz uznawał za normalny. Tutaj nic nie było takie, jakie powinno.

    On na pewno.

    Dokąd?

    Zastygł z dłonią na zapalniczce. Zmaterializował się przed nim mężczyzna w średnim wieku, ubrany nieadekwatnie do aury. Wełniana kamizelka przyprószona była popiołem z tlącego się jeszcze papierosa, włożonego niedbale między usta. Rozmówca trzymał dłonie w kieszeniach spodni, wypychając je tym samym do granic możliwości i niebezpiecznie przysuwał się w jego stronę. Łukasz nie chciałby go spotkać w ciemnym zaułku, a i teraz nie był przesadnie zachwycony możliwością rozmowy.

    Nie dziękuję – odparł podpalając papierosa. – Ktoś mnie odbierze.

    Tanio – nie odpuszczał. – Święta są to i promocję mam. Taksometru nawet nie włączę. Dogadamy się.

    www.unsplash.com/Lexi Ruskell

    Tego, że urządzenie pomiarowe pozostanie w stanie nienaruszonym, był pewien. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się inaczej. Tym bardziej, kiedy stał przed jakimkolwiek dworcem i wyglądał na zagubionego. Gliwice znał doskonale. Od domu dzieliły go dwa kilometry. Trzy papierosy i czterdzieści minut spaceru. Podciągnął rękaw kurtki, by odsłonić zegarek. Już był spóźniony, ale PKP to nie obchodziło. Pożegnało go tylko bolącym odcinkiem lędźwiowym, zapachem kurzu i nikłym poczuciem skruchy.

    To co? – taksówkarz przechylił głowę na bok. – Tam stoję.

    Wskazał na zaparkowanego nieopodal mercedesa. Pojazd zajmował pierwsze miejsce na początku długiej kolejki aut. Reszta taksówkarzy błądziła pomiędzy pasażerami, którzy dopiero co wyszli z budynku dworca.

    Poradzę sobie.

    Jak chcesz.

    Odszedł niewzruszony porażką. Łukasz przez moment obserwował, jak jego niedoszły kierowca poluje na kolejną ofiarę. Mężczyzna miał zerową skuteczność, a on było coraz bardziej spóźniony. Powrotny miał dopiero za kilka godzin. Wyciągnął smartfon i uruchomił aplikację.

    Dwie minuty.

    Dopalił papierosa i wsiadł do wypastowanego nissana. Delektował się wzrokiem mężczyzny, którego kamizelkę zaczęły znaczyć płatki śniegu. Zatrzasnął za sobą drzwi.

    Żadnych słów.

    Milczeli przez całą drogę do jego domu.

    Osiem złotych.

    Pięć gwiazdek.

    ***

    Cztery osoby.

    To o jedną sztukę więcej, niż Łukasz oczekiwał. Stół wydawał mu się przez to napęczniały. Usilnie starał się sobie przypomnieć, kim jest siedzący naprzeciwko niego człowiek. Próbował, ale jedyne co widział, to szerokie, górnicze barki i brodę, której przydałaby się wizyta u specjalisty. Przejechał dłonią po swojej żuchwie i z zadowoleniem stwierdził, że dalej jest gładka. Zbliżył palce do nosa. Wyczuwał na nich zapach wody kolońskiej.

    Drogiej.

    Jak ci w tej Warszawie – mężczyzna przysunął do siebie filiżankę z czerwonym barszczem. – Lepiej, niż tu u nas? Tęsknisz trochę?

    Chciał odpowiedzieć, że gorzej niż w Gliwicach, byłoby chyba tylko w piekle, ale zagryzł te słowa uszkiem. Smakowało tak, jak wtedy, kiedy był dzieckiem.

    Gorzko.

    Jest w porządku – powiedział zgodnie z prawdą. – A u Ciebie?

    Zupełnie nie interesowała go sytuacja człowieka, którego nigdy nie spotkał. Przynajmniej tak mu się zdawało. Zapytał z grzeczności. Tak jak wtedy, kiedy chłopak z boksu obok pyta o ostatni weekend. Zawsze coś zmyślał, bo nie widział niczego interesującego w chodzeniu na siłownię i graniu na konsoli.

    Dobrze. Pracy dużo.

    Dawno się nie widzieliśmy.

    Ledwie chwilę. Byłem na twojej komunii.

    Brodacz odłożył łyżkę na stół, a bordowe krople barszczu ściekły po jej powierzchni wprost na obrus.

    Cholera – sięgnął po trzymaną na kolanach serwetkę. – Przepraszam, zwrócę za pranie.

    Matka Łukasza tylko się uśmiechnęła. Nigdy nie dawała żadnych innych sygnałów. Niczego, co mogłoby wyprowadzić drugą osobę z równowagi. Szczerzyła się nawet wtedy, kiedy ojciec dobitnie uświadamiał jej, kto zarabia na dom, a kto ma go utrzymać w czystości. Jolanta chowała się za swoimi wykrzywionymi ustami, a Łukasz jej na to pozwalał.

    Syn marnotrawny.

    Nic się nie stało – podniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni. – Zaraz przyniosę sodę, nie będzie nawet śladu, że tu byłeś.

    Pomogę ci.

    Wolał to, niż odpowiadać na kolejne nic nie wnoszące pytania. Podejrzewał, że ten obcy mu facet, miał w zanadrzu jeszcze kilka. Łukasz odsunął ciężkie krzesło i dogonił kobietę. Stała przy szafce, z której po kolei wyciągała przedmioty. Blat wypełniły kubki oraz nietłukące się szklanki. Do nich dołączyły słoiki z kawą, a na końcu pojawiła się soda oczyszczona. Zbliżył się i wziął ją do ręki.

    www.unsplash.org/freestocks.org

    Kim jest ten facet? – spytał udając, że czyta skład produktu. – Nie pamiętam go.

    Wujek Staszek – odparła. – Ile razy mam ci to powtarzać?

    Opuścił głowę, jak karcony pies.

    Nie widziałam go od twojej komunii. Boże, ile to już lat.

    Ania go kojarzy?

    Ania już nic nie kojarzy – uśmiechnęła się. – Odkąd pojechała do tego Londynu ludzi na ulicy nie poznaje. Wczoraj na pasterce nawet się z sąsiadem nie przywitała. Gapiła się tylko w ten telefon, aż jej się rozładował.

    Westchnął.

    No właśnie – matka odwróciła się w jego stronę. – Mógłbyś trochę częściej do mnie dzwonić.

    Dzwonię przecież.

    Raz do roku się nie liczy.

    Możemy tego nie robić w święta – odsunął się na bezpieczną odległość. – Nie po to przyjechałem, żeby się z tobą kłócić.

    Dalej widział jej nierówne zęby.

    Zanieś wujkowi sodę – nie patrzyła już w jego stronę. – Podgrzeję pierogi.

    Posłuchał.

    Chociaż tyle mógł dla niej zrobić. Innych rzeczy i tak nie zauważała, a przecież przelewał jej pieniądze regularnie. Jedenastego miała na koncie środki, o których mogła marzyć, kiedy ojciec żył. Czasem łapał się na tym, że dalej chciałby go zobaczyć. Obserwować jak siedzi w fotelu i sączy wygazowane już piwo. Dziwnie spajał rodzinę. Jego fotel stał pusty od lat. Kurzył się w rogu salonu i służył za wieszak, kiedy w korytarzu brakowało miejsca na zimowe płaszcze. Jego wisiał dokładnie w tym miejscu, gdzie ojciec opierał plecy.

    Gdzie ten wuj? – spytał siadając do stołu.

    Nie wiem – siostra przejechała kciukiem po wyświetlaczu swojego telefonu. – W łazience chyba. Podałbyś mi powerbank?

    Mogłabyś poprosić.

    Czy mógłbyś proszę podać mi powerbank? – Anka podniosła głowę i uśmiechnęła się dokładnie tak, jak ich matka. – Leży na kanapie.

    Westchnął.

    Robił tak zdecydowanie zbyt często i zbyt głośno. Dziewczyna odpowiedziała dokładnie tym samym dźwiękiem. Przedrzeźniała Łukasza odkąd pamiętał. Młodsza od niego o dwa lata dalej pozostawała tym samym dzieciakiem, który chował się pod łóżkiem, kiedy ojcu włączał się tryb rozkazujący. Zmieniła się, doskonale to widział. Rozumiał, ale nie potrafił do końca zaakceptować. Powinien był zostać tam, gdzie mu dobrze.

    Niepotrzebnie przyjeżdżał do domu na święta.

    Widziałaś mój telefon?

    Podszedł do kanapy i złapał za powerbank. Odłączył go od listwy. Tej samej, do której podłączył wcześniej iPhone’a. Kabel dalej leżał na podłodze. Poskręcany i z naderwaną końcówką.

    Mówiłeś coś?

    Anka położyła swój smartfon na stole i zaczęła w końcu jeść barszcz. Widocznie zapach pierogów, który wydostał się z kuchni, uruchomił jej soki trawienne. Do tej pory jako jedyna nie zdecydowała się na spróbowanie przygotowanych przez matkę potraw.

    Weź się nie zgrywaj – Łukasz zaczął przesuwać poduszki rozrzucone na kanapie. – Wiesz, ile kosztował mnie ten sprzęt?

    Nie ruszałam twojego głupiego smartfona.

    www.unsplash.com/Malte Fleuter

    Zaczęła siorbać, co tylko pogorszyło sytuacje. Anka chciała mu dopiec. Zawsze znajdowała coś, co skutecznie wyprowadzało go z równowagi i robiła to tak długo, aż wybuchał. Za pierwszym razem jej darował. Przy dwudziestym zastanawiał się, czy eutanazja jest w Polsce karalna.

    Przecież go tu położyłem.

    Kucnął i zajrzał pod mebel, gdzie odkrył jedynie pokłady kurzu.

    No, kurwa, nie wyparował!

    Język!

    Matka nigdy nie krzyczała, gdy koegzystowali w mieszkaniu całą rodziną. Kiedy każde z nich poszło w swoją stronę, Jolanta odzyskała swój głos, którego Łukasz nie słyszał przez całe życie. Miał prawie trzydzieści pięć lat, a skulił się jak podlotek przyłapany na podglądaniu sąsiadki.

    No bo ona zabrała mi telefon – wypalił bez namysłu.

    Nic ci nie zabrałam, debilu.

    Sama jesteś debilem – wyszeptał i wrócił do poszukiwań.

    Kiedy upewnił się, że iPhone’a nie ma w okolicy kanapy, zaczął przetrząsać kieszenie. W spodniach miał tylko portfel. Zamknął oczy. Potrzebował chwili skupienia, by przypomnieć sobie, czy faktycznie podłączał urządzenie do ładowarki. Pamiętał, że kiedy zamawiał Ubera, pasek baterii pokazywał dziesięć procent. Smartfon nie przeżyłby rodzinnego obiadu, a i on sam był teraz bliski wykończenia.

    Rozejrzał się po salonie. Nic się w nim nie zmieniło odkąd się wyprowadził. Meblościanka dalej zajmowała niemal całą ścianę, a jej przeszklona część oddzielała postronnych od alkoholu. Obecnie zamiast wyborowej stały tam zdjęcia. Łukasz podszedł bliżej i przyjrzał się fotografiom. Na żadnej nie dostrzegł postaci ojca. Mógł zobaczyć za to siebie w albie. Włosy miał ulizane na bok, a ręce złożone do modlitwy wyglądały, jakby sklejono mu je siłą. Anka na studniówce przypominała gwiazdę filmową, a jej ówczesny partner faceta, który miał tylko nosić za nią torebkę.

    Nie pamiętał, jak dzieciak miał na imię.

    Kolejne zdjęcie znów przedstawiało jego komunijny dzień wstydu, kiedy nie czuł na sobie oddechu Boga, a jedynie parzące spojrzenia rodziny. Za aparatem stał ojciec, więc obraz był lekko rozmazany. Wyobrażał sobie, że tak właśnie widział świat człowiek naciskający wtedy migawkę. Matka miała na sobie wyjściową sukienkę w kwiaty, a ciotki, które przyjechały na darmową wyżerkę, z zazdrością na nią spoglądały. Jedyna osobą, która uśmiechała się na zdjęciu był mężczyzna stojący na uboczu. Ubrany w dwurzędowy i za duży garnitur ściskał w dłoni kolorową torebkę. Łukasz nie pamiętał, co wtedy od niego dostał.

    Nie pamiętał też, kim był.

    Kto to? – spytał odsuwając szklaną przegrodę. – To też jakiś wujek?

    Odwrócił się w stronę stołu.

    Ostatnie co zobaczył, to zbliżającą się w stronę jego oczu pięść.

    ***

    To, czego tak usilnie szukał, miał dokładnie przed sobą.

    Smartfon leżał na stole. Wyświetlaczem do góry. Jego powierzchnię co chwila rozświetlało nowe powiadomienie. Znajomi widocznie przypomnieli sobie o tym, by wysłać kolejny łańcuszek. Ostatnie szczerze życzenia dostał od bezdomnego, któremu kupił kanapkę na dworcu w Warszawie. Dzwoniło mu w uszach, a lewa strona twarzy bolała go tak, jakby przejechał nią po asfalcie. Czuł, jak po jego gładkim policzku spływa krew.

    Opuścił głowę i zobaczył, że spodnie powinien oddać do prania, a najlepiej od razu wyrzucić. Przynajmniej wiedział, skąd wziął się nieprzyjemny zapach amoniaku w mieszkaniu. Spróbował się podnieść, ale dłonie i nogi miał przywiązane do krzesła.

    Co do kurwy…

    Po przeciwnej stronie stołu dostrzegł matkę i siostrę. Obie siedziały wyprostowane, a w usta miały wciśnięte świąteczne serwetki. Płakały. Widział ich łzy, ale nie potrafił usłyszeć ich głosów. Wpatrywały się w niego mokrymi oczyma.

    Jola – głos dochodził z kuchni. – Musisz dać mi przepis na ten barszcz.

    Mężczyzna wszedł do salonu. Jego broda była mokra od zupy, która rozlała się także na opinającej brzuch koszuli. Łukasz nie mógł uwierzyć w to, co ma przed oczami. Facet w jednej dłoni trzymał filiżankę. Jej białe ścianki znaczyły czerwone smugi. Pomagały skupić wzrok tak, by nie ogniskować go na drugiej dłoni. W niej brodacz dzierżył tłuczek do mięsa. Gruba, drewniana rękojeść miała przynajmniej dwadzieścia lat, ale dalej potrafiła utrzymać solidne metalowe zwieńczenie. Łukasz słyszał w swojej głowie dźwięk, który wydawał tłuczek w każdą niedzielę, kiedy matka uderzała nim w miękkie mięso.

    Przełknął ślinę.

    Smakowała tak, jakby chwilę wcześniej polizał metalową rurkę.

    Nie mamy pieniędzy – wydusił z siebie, kiedy mężczyzna podszedł do Anki i dał jej do powąchania barszcz. – Nie wiem, czego tu szukasz, ale mam trochę gotówki w portfelu.

    Ładny telefon.

    Jest twój.

    Nawet przez chwilę się nie zawahał. iPhone był ubezpieczony.

    Nie – odstawił filiżankę na stół. – To twój telefon.

    Stanął pomiędzy Anką, a jego matką. Wyglądał przy tym jak dumny ojciec, którego pociechy zdobyły właśnie pierwsze miejsca w konkursie na literowanie. Wolną dłonią głaskał jego siostrę po włosach, by po chwili zjechać palcami na skórę twarzy i zetrzeć zbierające się na policzku łzy.

    Czego chcesz?

    Zastanawiał się, czy ma szanse w starciu z takim przeciwnikiem. Chodził na siłownię, ale większość czasu spędzał na bieżni ze słuchawkami w uszach. Nie interesowało go nabijanie masy mięśniowej.

    Nie przyszedłem tu, żeby coś wam zabrać. Przeszedłem, żeby coś wam dać.

    Obszedł stół i zbliżył się do Łukasza. Czuł zapach mokrej ziemi. Dostrzegł ją pod paznokciami brodacza. Brudna, czarna skaza.

    Spójrz na nie – nachylił się nad jego twarzą. – Czyż nie są piękne, kiedy tak na ciebie patrzą? Kiedy widzą w tobie swojego obrońcę. Ostatniego z rodu. Ostatniego, który może coś zrobić.

    Na policzku czuł jego oddech. Ciężki, torfowy posmak wdarł mu się do nosa.

    Daj im odejść.

    Tak, jak ty?

    Brodacz wyprostował się i przycisnął jego lewą dłoń do oparcia krzesła.

    Zamknij oczy – poprosił. – Może zaboleć, ale inaczej tego nie zapamiętasz.

    Łukasz nie posłuchał.

    Patrzył jak kolejne uderzenia tłuczka do mięsa miażdżą mu kości śródręcza, odrywając jeden fragment skóry od drugiego. Patrzył tak długo, aż pojawiła się ciemność.

    www.unsplash.com/Fabrizio Verrecchia

    ***

    Jasno dano mu do zrozumienia, że powinien już sobie pójść.

    Zdjęto mu opatrunek przed dziesięcioma minutami, a on dalej wpatrywał się w swoją dłoń. Nie przypominała już tego, do czego był tak przyzwyczajony. Brakowało dwóch palców, a skóra dalej wyglądała jak poparzona. Schował rękę do kieszeni płaszcza i wyszedł ze szpitala.

    Wziął głęboki oddech i omal nie zakrztusił się od ciężkiego, śląskiego powietrza.

    Czuł, jak cudownie wypełnia mu płuca.

    Telefon w kieszeni zawibrował. Nie musiał nawet sprawdzać, co takiego miał mu do zakomunikowania. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Przypomnienie ustawiono tak, żeby włączało się codziennie, choć to nie jego zasługa. Dostał je w prezencie. Zawsze o tej samej porze przekazywało mu jedną informację.

    Wyciągnął smartfon ze spodni i spojrzał na wyświetlacz.

    Odblokował się automatycznie.

    Łukasz wpatrywał się w napis umieszczony na szarym tle i uśmiechał.

    Zadzwoń do mamy.

  • „Mróz, jak ja go nienawidzę”, grudniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Ostatnio przez Facebooka przelała się fala wpisów, komentarzy i zdjęć, które miały jeden czynnik wspólny. Mróz. Zdałem sobie wtedy sprawę, że faktycznie nie da się otworzyć nawet lodówki, a konkretniej zamrażalnika, żeby nie znaleźć go w środku. Boże, czemu mi to robisz?

    Jestem marudą. Wiem, dobrze zdaję sobie z tego sprawę, ale nic na to nie poradzę. Owszem, mógłbym, ale jestem też leniwą bułą i tak mipo prostuwygodniej. Trochę marudzenia nikomu nie przeszkadza, prawda? Dlaczego więc zacząłem ten artykuł tak, a nie inaczej? I czemu biedny mróz jest przeze mnie tak nielubiany? Pewnie dlatego, że optymalną dla mnie temperaturą do życia jest jakieś 20 stopni Celsjusza. Jeżeli dodamy do tego lekkie zachmurzenie i przyjemny, ciepły wiatr to już w ogóle jestem w siódmym niebie.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ten felieton to po części eksperyment i mam wielką nadzieję na to, że będzie on nieudany. Bardzo bym tego chciał, bo nie bez przyczyny posłużyłem się nazwiskiem, które zna każdy czytelnik kryminałów w Polsce. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie musi czytać Remigiusza, ale nazwisko znać powinien. Tak idealnie się złożyło, że wraz z pojawieniem się jego ostatniej książki, pojawiła się także pierwsza fala mrozów. O tym poinformowały mnie liczne portale internetowe i nawet nieliczni znajomi, bo przecież nie mam w domu okna, a termometr to narzędzie szatana, którego chrześcijanin używać nie może.

    Skoro już wyjaśniłem ten zagmatwany wstęp oraz tytuł, to może warto by było, żebym wyjaśnił, po co to zrobiłem. Kilka lat temu stacja radiowa NPR opublikowała na Facebooku artykuł, który zatytułowała „Dlaczego Ameryka już nie czyta?”. Pod wpisem rozgorzała dyskusja, że to oczywiście nieprawda i ludzie dalej czytają. Pojawiły się nawet głosy, że to wina nowych technologii itd. itp. Najzabawniejsze w tym było to, że wchodząc we wspomniany artykuł, oczom czytelnika pojawiała się informacja, że to tylko żart na Prima Aprilis. Żart, który udowodnił smutną prawdę. Najlepiej czyta nam sięsame nagłówki, bo to wystarczy do wyrobienia sobie opinii.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    To trochę jak z opisami, które pojawiają się na okładkach książek. Wiem coś o tym, bo właśnie sam próbuję napisać to, co zobaczycie na „Sercu”. Szukam chwytliwej frazy. Takiej, która sprawi, że ktoś tą książkę weźmie do ręki i zajrzy do środka. Zdecyduje się na to, żeby odkryć to, co kryje się za tymi kilkoma streszczającymi fabułę zdaniami. Chciałbym, żeby czytelnicy wyrobili sobie zdanie dopiero po tym, jak przeczytają całość. I po tym, jak ją zrozumieją. Czasem obawiam się, że to ostatnie nie jest już tak oczywiste, jak kiedyś.

    Wielokrotnie widziałem na forach i grupach posty, które można opisać tak: zdjęcie książki i tekst „właśnie czytam, co sądzicie o tej pozycji?”. Zupełnie tak, jakby ktoś potrzebował potwierdzenia, że czyta coś dobrego, bo sam nie jest w stanie do takiego wniosku dojść. Łatwiej jest przecież przeczytać odpowiedź, kilka słów i wyrobić sobie opinię na ich podstawie, niż pomyśleć samemu. Taka inna forma nagłówka.

    I mam ogromną nadzieję na to, że się mylę. Nadzieję, że nikt nie skomentuje tego felietonu tylko na podstawie tytułu. Tak byłoby zdecydowanie prościej. Wyrobić sobie opinię na podstawie krótkiego zdania. Ja natomiast chciałbym czegoś innego.

    Tego, by chciało nam się czytać, zanim cokolwiek powiemy.

    I tego, że dalej będziemy czytać po COŚ.

    Bartosz Szczygielski

  • „Wodolejstwo level pisarz”, listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Moja mama powiedziała mi kiedyś bardzo ważną rzecz. Coś, czego nie rozumiałem długo, aż w końcu szkoła zmusiła mnie do przeczytania „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Otóż słowa mojej mamy brzmiały mniej więcej tak: „Nie czytam opisów przyrody, bo wiem, jak wyglądają drzewa.” Czasem mam wrażenie, że pisarze tego jednak nie wiedzą, a ja wcale się tutaj specjalnie nie wyróżniam.

    Wodolejstwa uczymy się już w szkole. Przynajmniej mnie tego w niej nauczono. Razem z tym, żeby mieścić się w pewnych ramach. Te myśleniowe przemilczę, bo dobrze wszyscy wiemy, że osoby niewpisujące się w pewne schematy mają zwyczajnie trudniej. Chodzi mi raczej o ramy objętościowe. Rozprawka na dwie strony. Wypracowanie na cztery, a odpowiedź na pytanie nie krótsza, niż pięć zdań. Ja radziłem sobie z tym różnie, bo szerokie marginesy i duże litery przestały się sprawdzać w późniejszych klasach liceum. Rozciąganie i wodolejstwo mamy we krwi.

    Każdą myśl można zapisać na kilka sposobów. Zostawię na razie tempo i jego różnorodność, bo niektórych rzeczy lepiej nie zdradzać. Wszak pisarze muszą mieć swoje tajemnice. Chciałem podkreślić to, że zdania pojawiające się na kartach powieści, mogą wyglądać… przedziwnie. Szczególnie dla czytelnika, który nie ma pojęcia, po co te zdania się tam znalazły. I powiem wam w tajemnicy, że pisarze też nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Jeżeli mają szczęście, a ich redaktor wie co robi, to straty będą mniejsze. Jednak nie zawsze się to udaje.

    Może zaprezentuję to na przykładzie, który wprawdzie nie pochodzi z konkretnej książki, ale jestem przekonany, że widzieliście podobne zabiegi wielokrotnie.

    Jack poczuł, jak ściska go w żołądku. Przez chwilę zastanawiał się, czy to wina nieświeżego kebabu, który zjadł przed dwoma dniami i ten w końcu dał o sobie znać, czy może to z powodu głodu. Postawił na to drugie, bo ostatnim posiłkiem, który jadł, była ta nieszczęsna wieprzowina owinięta w stary naleśnik o smaku kartonu. Wstał z kuchennego krzesła i podszedł do lodówki. Wewnątrz znalazł to, co w większości lodówek starych kawalerów. Żarówkę, dwa kawałki starego sera i fragment szynki, który niebezpiecznie się świecił. Wyłożył nabiał oraz mięso na blat, a następnie wyciągnął ostatnią bułkę z chlebaka. Była odrobinę za twarda, ale miał nadzieję, że uda mu się ją przekroić bez stępienia noża. Jack robił kanapkę, która mogła kosztować go życie, ale nie miał już nic do stracenia”.

    www.unsplash.com/Patrick Fore

    Powyższy fragment można zapisać też tak: „Jack zrobił sobie kanapkę”. Można też w ogóle ominąć czynność przyrządzania sobie posiłku, bo w sumie kogo to obchodzi, co jadł Jack? Jack nie istnieje, nie musi spożywać niczego. Jeżeli zakładamy, że jednak sama funkcja jedzenia jest tak ważna, to powinniśmy także przeczytać o tym, jak to jedzenie z Jacka wychodzi. Pełna transparentność. Całe szczęście niewielu pisarzy decyduje się na to ostatnie. Jednak spora część z nich skupia się na dość szczegółowe opisywanie prozy życia. Tego, jak ich bohater bierze prysznic, robi sobie kanapkę lub czyta gazetę.

    Czasem ma to usprawiedliwienie fabularne, gdy chce na przykład podkreślić charakter bohatera. Jack jest samotny i niespecjalnie dba o dietę. Jeden taki pasaż wystarczyłby w powieści, ale w sytuacji, kiedy notorycznie się on powtarza, redaktor powinien zareagować. W końcu ile razy można czytać o tym, że koleś wpiernicza kanapkę? NOBODY CARES. Opisy posiłków jestem w stanie zrozumieć, kiedy odnoszą się do potraw wyjątkowych. Podkreślają tym samym charakter postaci oraz otoczenia. Przykład idealny: Marek Krajewski.

    Dlaczego więc w książkach tak dużo jest wodolejstwa? Scen, które nic nie wnoszą, a jedynie opisują to, jak wyglądają drzewa? Cóż, bo sceny czasem muszą być dłuższe, żeby pasowały do innych. Bo pisarze nie zawsze wiedzą, co chcą napisać. Bo czasem trzeba się rozgrzać, żeby pisanie szło sprawniej, a czasem po prostu chcą pokazać, że potrafią. Dobrze jest przecież zaprezentować czytelnikowi swój warsztat i przywiązanie do szczegółów. Ja też nie jestem bez winy. Zdarzają mi się takie kwiatki.

    Lubię pokazać czytelnikowi, że wiem, o czym piszę. To szczególnie odnosi się do miejsc, gdzie przebywa bohater, ale nie jestem fanem oddawania topografii. Zdecydowanie ponad to wolę klimat. Mnie, jako czytelnika, totalnie nie interesuje, czy skręcając z ulicy Różanej w Topolową postać mija dwa śmietniki lub budynek ze świeżo odnowioną elewacją w kolorze łososiowym. Skręca to skręca. Interesuje mnie, po co to robi i co wtedy czuje. Stawiam emocje ponad fotograficzną dokładność. Doceniam ją, ale nie praktykuję. Czytelnik i tak wyczuje, że „odrobiłem pracę domową”.

    Choć wszyscy wiemy, jak wyglądają drzewa i jak robi się kanapkę, czasem możemy o tym przeczytać.

    Byle nie za często. Bartosz Szczygielski

  • „Oceniam po okładce”, październikowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zapewne każdy zna powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”. Ja tak samo, co nie zmienia faktu, że kiedy myślę o nim dosłownie, to absolutnie się z nim nie zgadzam. Są chwile, kiedy nie zależy mi na treści książki, a na tym, jak ona wygląda. I mam nadzieję, że nie jestem w tym sam. Tak, oceniam po okładce.

    Nigdy nie uważałem się za specjalnego pedanta, dopóki nie kupiłem pierwszego regału na książki. Wtedy także odkryłem coś jeszcze. To, że wydawnictwa nienawidzą czytelników. Nie potrafię znaleźć na to innego wytłumaczenia, niż czysta, nieskrępowana niczym nienawiść do ludzi, którzy książki kupują i traktują je z szacunkiem. A może to ja po prostu jestem dziwny.

    Książki muszą stać u mnie w pewnym porządku. Najlepiej, jakby jedna półka miała ustawione pozycje tej samej wysokości, ale to ideał, który udało mi się osiągnąć tylko w kilku przypadkach. Zazwyczaj dotyczy to książek tego samego autora i to w konkretnym wydawnictwie. U mnie udało się w przypadku tytułów Chucka Palahniuka, bo Niebieska Studnia odwaliła w tym przypadku dobrą robotę. Czego nie mogę powiedzieć niestety o Prószyński i S-ka, gdzie jedno z wydań „Blasku fantastycznego” Pratchetta, ma błękitny grzbiet. Inne książki z serii mają odcienie żółto-pomarańczowe. Więc nie, nie mam u siebie „Blasku”, bo nie pasuje mi na półce. Ledwo też przetrawiłem to, że „Ruchome obrazki” są o dwa milimetry niższe, niż cała reszta.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Największe moje rozczarowanie to chyba jednak wydawnictwo Czarne, które z niewiadomych mi przyczyn, postanowiło wydać czwartą część cyklu olandzkiego Johana Theorina z zupełnie nieprzystającą do innych okładką. Pierwsze wydania może nie zachwycały grafikami, ale na pewno były one czymś wyjątkowym. Wyróżniającym się. „Duch na wyspie” dostał typowo kryminalną okładkę. Żeby było zabawniej, Czarne zrobiło wznowienia poprzednich części Theorina w nowej oprawie z wyjątkiem trzeciej części. Jako czytelnik mam więc wybór, ale żaden z nich, nie jest dla mnie w pełni satysfakcjonujący. I w chwili, kiedy stawiam książkę na półce, chcę po prostu, żeby tam pasowała.

    Przykłady tego typu można by wymieniać w nieskończoność. Upierałem się przy tym, żeby każda z książek, które napisałem, miała swój rozróżnialny, ale dalej pasujący do reszty styl graficzny. Nie dlatego, że to pozycje z serii i powiązane ze sobą. Przynajmniej nie tylko dlatego. Książki są produktami, a to, jak są przygotowane, wyraża szacunek do czytelnika. Nie bez powodu konkretne powieści mają swoje kody kolorystyczne i określone motywy.

    Lawenda na okładce – romanse, ale gdzie uczucie stoi na pierwszym miejscu. Czerń i wyrzeźbione damskie lub męskie ciało – erotyki. W kryminałach rządzą ciemne, przytłumione barwy, ale nie pogardzimy także zbliżeniem na oko, rękę, nóż, broń itd. Wszystko po to, żeby wchodząc do księgarni, nikt nie musiał się zbyt długo zastanawiać nad wyborem. Lubimy przecież to, co dobrze znamy, a wszelkie odstępstwa od normy, działają na nas stresująco.

    www.unsplash.com/Ugur Akdemir

    I tak, oceniam po okładce, czy tego chcę czy nie. Widząc ją, mam już określone wyobrażenie o tym, czego mogę się spodziewać. Okładki i obwoluty mają dla mnie także inną wartość i jest ona czysto estetyczna. Mam pierwsze wydanie „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda, które ma jeszcze papierową obwolutę. Kolejne już nie mają, choć były wydawane przez Wydawnictwo Literackie w krótkim odstępie czasu. Tej książki nie wymienię ma inne wydanie tak, by pasowało do reszty, bo miałem przyjemność uzyskania autografu autora i zwyczajnie szkoda mi się go pozbywać. Nie tylko dlatego, że jest personalizowany, czyli Karl wpisał do środka moje imię, ale także dlatego, że powieść stała się dla mnie czymś więcej niż produktem. Dużo mam takich książek, które wiążą się z jakimiś wspomnieniami i chciałbym, żeby wyglądały na półce po prostu ładnie.

    Widocznie wymagam za dużo.

    Bartosz Szczygielski 

  • Sapkowski wziął z góry, a my jesteśmy narodem prawników

    60 milionów złotych. Wezwanie do zapłaty. Andrzej Sapkowski. Jeden z najbardziej rozgrzewających sieć tematów ostatnich dni w dużej mierze opiera się na tym, co kiedyś powiedział sam pisarz. Szkoda tylko, że zamiast przyjrzeć się sprawie bliżej, większość stwierdziła, że nic mu się nie należy. I ja ich rozumiem, bo przecież tak samo jak komentujący, jestem prawnikiem.

    Nie wiem czy czytaliście przesłane do CD Projekt pismo od pełnomocnika Andrzeja Sapkowskiego, ale ja je czytałem. Jest napisane… źle. Nie brzmi też tak, jak ja wyobrażam sobie pisma przygotowane profesjonalnie. Najbardziej uderzające w tym piśmie nie jest jednak to, jakim językiem je napisano, ale sama treść. Ile widziałem nagłówków, gdzie napisano, że Sapkowski chce 60 milionów? Nawet tego nie zliczę. Ile widziałem tekstów, które chcą pisarza choć trochę obronić? Kilka. Nawet sam jeden poczyniłem, bo uważam, że nie znamy całej sytuacji, by wypowiadać się i atakować Sapkowskiego.

    Nie wychowałem się na Sadze o Wiedźminie, ale czytałem ją całą i dalej stoi na półce w tym „białym” wydaniu z Supernowa. Nie chce wypowiadać się o samy pisarzu i tym, jakim jest człowiekiem. Czytałem z nim wywiady, gdzie o graczach i samej grze od CD Projekt Red mówił w nienajlepszych słowach. Czy jest burakiem? Nie wiem i niewiele mnie to obchodzi. Obchodzi mnie to, że większości osób, które temat komentowały, widocznie znała treść umowy pomiędzy Sapkowskim, a spółką CD Projekt. W końcu musiały, bo przecież inaczej to nie miałoby sensu.

    www.unsplash.com/Chris Liverani

    Owszem, Sapkowski sam przyznawał, że wziął pieniądze z góry i mówi się, że było to 35 tysięcy złotych płatne w dwóch transzach. Patrząc na to, ile dziś warta jest spółka, która przygotowała grę, kwota jest śmiesznie niska. Tylko, że wtedy nie była. Sapkowski miał za sobą nieudane adaptacje filmowe oraz jedną grę, która nie ujrzała nigdy światła dziennego. Pisarz sprzedawał też licencję do czegoś, co może i było popularne, ale nie było zapewne warte więcej, niż wspomniane 35 tysięcy (co w tamtych czasach było bardzo dużą kwotą). I to o tej umowie wypowiadają się ciągle w komentarzach ludzie nazywający Sapkowskiego „cebulą”.

    Mało kto interesuje się tym, że wspomniana umowa dotyczył pierwszej części gry, a co więcej, była jeszcze aneksowana przed samą premierą tytułu, bo wydawca spóźnił się z wypuszczeniem produktu na rynek. Przynajmniej do takich informacji dotarłem, co specjalnie trudne nie było, bo temat poruszany był wielokrotnie. Szkoda tylko, że nikt o nim pamiętać nie chce, a widzi jedynie dwie kwoty. 35 tysięcy. 60 milionów.

    Komuś się jednak chciało pójść o krok dalej i zapytać u źródła. Strona Strefa Inwestorów dostała od CD Projekt odpowiedź na podstawowe pytanie. Czy pełnomocnik pisarza ma rację?

    Nie komentujemy wartości umów z Panem Andrzejem Sapkowskim w tym przytaczanej przez media pierwotnej umowy z 2002 roku. Spółka w latach 2002 – 2016 zawarła z Panem Sapkowskim szereg różnych umów”. (Karolina Gnaś – dyrektor ds. relacji inwestorskich CD PROJEKT).

    Jak widać, umów było więcej, a my nie wiemy, co w nich było. Wątpię, żeby pisarz zdecydował się na to, żeby nie zawrzeć w nich informacji o procencie od sprzedaży. Szczególnie w późniejszych latach, kiedy wiadomo było, jakim sukcesem jest Wiedźmin. Nie wiem jednak, jak to działa w przypadku gier i adaptacji, bo to zupełnie inna bajka, niż książki czy ich tłumaczenia. Czy pisarz może w pełni zaufać wydawcy?

    Powinien, choć w branży zdarzały się już przypadki, kiedy twórca wysyłał do swojego wydawcy rewidenta, bo „coś” mu się nie zgadzało w przesyłanych rozliczeniach. I cóż, znam przypadek, gdzie ów pisarz miał rację, ale jakoś nie przypominam sobie wtedy, by nazwano go „cebularzem”.

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Żeby było jasne – sukces gry to sukces CD Projekt i tysięcy ludzi, którzy na niego pracowali. Wiedźmin 3 był produkcją wybitną, stworzoną przez cały zespół i zapewne powstającą w wielkich bólach. Jednak czy spółka byłaby dziś tam gdzie jest, gdyby wypuścili produkt nie oparty na Sadze o Wiedźminie? Tego się nie dowiemy. Niezależnie od tego, jak Sapkowski wypowiada się na temat gier i ile smrodu sobie tym narobił, jego udziału w sukcesie produkcji odmówić się nie da.

    Nie wiem czy pisarzowi należy się jeszcze cokolwiek, bo nie wiem, jak wyglądały jego umowy, ani ile do tej pory naprawdę zarobił. Nie widziałem też rozliczeń. Sprawa skończy się pewnie ugodą, a Sapkowski dostanie jeszcze jakieś pieniądze, ale my nigdy nie dowiemy się jakie. Jestem za to pewny, że w przyszłości nikt nie będzie pamiętał o 35 tysiącach, ale o 60 milionach.

    Bartosz Szczygielski

  • „Moje serce”, Bartosz Szczygielski o swojej najnowszej powieści

    Kiedy po raz pierwszy powiedziałem mojemu redaktorowi, jak chce zatytułować kolejną książkę, nie był specjalnie zachwycony. Kryminały to specyficzny gatunek, a to, co zakomunikowałem, nie wpisywało się w ogólnie przyjęte normy. Brzmiało raczej jak tytuł powieści z gatunku, w którym skrzywdzone przez facetów kobiety kupują dom w górach i zakochują się potem w góralu.

    Planując swoją trylogię, od początku wiedziałem, jak to wszystko się skończy. Wiedziałem, gdzie znajdą się moi bohaterowie i co ich czeka, a tytuły powieści miały oddawać to, co się z nimi będzie działo. „Aorta” to nazwa nadana przez Arystotelesa, twierdzącego, że ten pień tętniczy utrzymuje serce we właściwym miejscu. Bez niego serce nie mogłoby pracować.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Czytelnicy sami mogli ocenić, kto w pierwszej części czuł się taką „aortą”, bez której cały organizm nie działałby poprawnie. Ja mam swoją wersję, ale wiem, że nie zawsze zgadzała się ona z tym, co czuli czytający mój debiut. Bardzo mi się to podobało, bo chciałem zachować taką niejednoznaczność i dać możliwość czytelnikom interpretacji zachować Gabriela oraz Kaśki.

    Krew” odnosiła się już do więzów krwi i rodziny, a większy nacisk położony był na kobiecą bohaterkę opowieści. Sama krew odnosiła się także do religii, która w drugiej książce miała duże znaczenie. Nie wyobrażałem więc sobie tego, że finałowa część cyklu będzie nazywała się inaczej niż „Serce”. To mało kryminalny tytuł, ale idealnie oddający sens całej historii.

    Okładka „Serca”, fot: Bartosz Szczygielski

    Na początku opowieści moi bohaterowie wiedzą kim są i jakie mają cele. Potem okazuje się, że ich świat nie jest taki, jak z początku zakładali. „Serce” będzie opowieścią o tym, kim są naprawdę. O tym, że od swojej natury nie sposób uciec i ta zawsze nas dopadnie. Niezależnie od tego, co próbujemy zrobić. Zamykająca cykl książka i jej tytuł oddaje dokładnie to, co chciałem i do czego dążyłem od samego początku. Oddaję czytelnikom coś więcej, niż kryminał z nietypowymi bohaterami i intrygą.

    Oddaję im swoje serce. Premiera w styczniu/lutym 2019. 

  • „Umarł blog, niech żyje Instagram”. Wrześniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zabierając się za pisanie książki nigdy nie przypuszczałem, że będę korzystał z Instagrama. Te dwie czynności wydawały mi się czymś zupełnie różnym, ale jak się okazało, byłem w dużym błędzie. Media społecznościowe zmieniły wszystko, także to, jak dziś wygląda codzienność twórcy. I to jest odrobinę przerażające, bo odnoszę wrażenie, że niedługo przestanie liczyć się treść, a wszyscy zachwycać się będziemy jedynie obrazkami. I dajemy na to ciche przyzwolenie.

    Zanim zacząłem pisać powieści, byłem blogerem. No, może nie do końca w tym rozumieniu tego słowa, do jakiego większość z nas się przyzwyczaiła, ale całkiem blisko. Pisałem recenzje książek na kilku portalach. Przez lata powstały setki tekstów, które dalej można gdzieś tam wygrzebać w sieci. Za żaden nie dostałem ani złotówki, a co najwyżej egzemplarz książki. Innymi słowy, byłem w dokładnie tej samej sytuacji, co dziś większość blogerów książkowych. Bywało tak, że poświęcałem swój czas wolny na czytanie tego, co nie do końca mi pasowało, bo wcześniej się do tego zobowiązałem. Bywało też tak, że dokładałem do całego tego interesu, kiedy należało pojechać na wywiad czy wysłać komuś paczkę z wygraną powieścią. Doskonale więc zdaję sobie sprawę z tego, ile czasu i energii potrzeba na to, by stworzyć bloga. Miejsce, gdzie czytelnicy będą chcieli wracać.

    www.unsplash.com/William Iven

    Nie narzekałem na ogrom pracy, bo lubiłem to robić. Lubiłem pisać recenzje, później felietony i w końcu opowiadania. Cieszył mnie każdy czytelnik, któremu chciało się napisać jakikolwiek komentarz. Dziś nie publikuje już recenzji w tej formie, co kiedyś – z prostego powodu: zwyczajnie nie mam na to czasu. Praca zawodowa i praca nad powieścią zabiera cały mój czas, a trzeba czasem coś zjeść i po prostu się wyluzować. Dalej jednak mam kilka blogów, na które lubię zajrzeć, bo wiem, że pojawiające się tam teksty są tego warte. Szkoda tylko, że tych blogów niedługo zacznie ubywać. A wszystko przez social media.

    Facebook przyzwyczaił nas do tego, że jest darmowy. Oczywiście to nie jest prawdą, bo płacimy za korzystanie z platformy swoimi danymi oraz zachowaniami, które specjalne algorytmy przekształcają później tak, żeby trafiały do nas profilowane reklamy. Obecnie bez płacenia za sponsorowane posty, można zapomnieć o dużych, organicznych zasięgach. Facebook nie lubi też „wypuszczania” nas poza swoje granice, więc linki przekierowujące poza portal radzą sobie jeszcze gorzej, jeżeli chodzi o zasięgi. Wrzucając dziś post z linkiem, zobaczy go zapewne mniej osób, niż jeszcze powiedzmy trzy miesiące temu.

    www.unsplash.com/Jakob Owens

    To przekłada się na ruch na stronie. Mniej osób wchodzi na bloga, a my jako twórcy przestajemy odczuwać z radość z publikowania nowych wpisów. Nie dostajemy w końcu żadnej gratyfikacji za wykonaną pracę. Co z tego, że recenzja książki powstawała długie godziny, skoro przeczytało ją potem osiem osób? Co innego Instagram. Pięknie wystylizowane zdjęcie przynosi niemal natychmiastową satysfakcję, bo serduszka pojawiają się jak opętane. Owszem, pod fotografią jest miejsce na opis, ale nie jest on najważniejszym elementem całości. Co z treścią? Co z merytorycznymi tekstami?

    Uwielbiam patrzeć na ładnie skomponowane kadry z książkami, ale powoli zaczyna brakować mi miejsc w sieci, gdzie pojawiają się wnikliwe analizy książek. Obawiam się, że za kilka lat zostaną jedynie zdjęcia. Blogi przenoszą się na Instagram, a wpisy zastępowane są materiałami wideo, gdzie najważniejszy jest prowadzący.

    Treść?

    Treść kiepsko się klika.

    Bartosz Szczygielski

  • Wytatuowani: Bartosz Szczygielski

    To będzie bardzo nieregularny cykl, w którym pisarki i pisarze opowiedzą, a także pokażą swoje tatuaże. Wiadomo, że nie wszystko chcą oraz mogą pokazać, bo przecież czasem mają ozdobione nie tylko ręce i nogi. Na pierwszy ogień idzie Bartosz Szczygielski, autor kryminałów, stały felietonista smakksiazki.pl. Opowie o Cyprianie Kamilu Norwidzie, Snoopym, a także ośmiogodzinnej sesji u tatuażysty. Miłego oglądania. Aha, w drugim odcinku pojawi się Katarzyna Puzyńska.