Tag: Bartosz Szczygielski

  • „Czytelniku, jesteś gorszy”, sierpniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Czytelniku, jesteś gorszy od innych i mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jeżeli nie, to nie masz powodów do zmartwień, bo po przeczytaniu tego felietonu, sam dojdziesz do takich wniosków. Choć może jednak nie, bo zapewne kojarzenie faktów przychodzi ci z trudem. Wszystko to z prostego powodu – czytasz złe książki. Pamiętaj, są ludzie od ciebie lepsi, bo czytają literaturę wysokich lotów. I to nie byle jaką, ale np. Harrego Pottera.

    Jeżeli jeszcze się na mnie nie obraziliście, to widzę dwa rozwiązania. Być może skojarzyliście, do czego nawiązałem we wstępie lub zwyczajnie macie do mnie duże zaufanie. Szczerze mam nadzieję, że chodzi o drugą opcję, bo jeżeli jednak rozumiecie nawiązanie, łącze się z wami w bólu. Nie w nadziei, bo ta została już dawno utracona, a każda moja szara komórka teraz krzyczy, żebym przestał katować się pewnym filmem znalezionym w sieci. Niestety, ale nie potrafię. To tak jak w przypadku wypadku na autostradzie. Nikogo nie bawi oglądanie ciała w czarnym worku, a i tak większość osób zwolni, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie zobaczą flaków. Teraz czuję się tak, jakby moje jelito, leżało mi na kolanach.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Do tej pory omijały mnie rzeczy, które dzieją się w sieci i są związane z czymś, co pozwolę sobie nazwać „dramą z Instagrama”. Wprawdzie cała „drama” działa się na YouTube, ale mechanizm wszędzie jest ten sam. Mam jednak wtyki i wiem, co dzieje się w światku blogerów książkowych, choć akurat w tym przypadku, wolałbym tego nie wiedzieć. Dobra, do celu. Otóż na YouTube pojawił się pewien film i już sam jego tytuł sprawił, że poczułem dziwne ukłucie w żołądku.

    Jestem lepsza, bo czytam!”

    Wyszukajcie wideo sami, ale ostrzegam, absolutnie nie biorę odpowiedzialności za to, co się z wami stanie, kiedy je obejrzycie. Być może już je nawet widzieliście, bo rzeczone dzieło znalazło się na serwisie jakiś czas temu. Dość długo trawiłem przedstawione tam treści, ale to pewnie dlatego, że czytam złe książki. Co więcej, zapewne tworzę takowe, choć to wprost nie padło. Autorka filmu odniosła się bowiem głównie do fantastyki, ale jako że dalej jest to gatunek bliski mojemu sercu, postanowiłem się odnieść do nagrania.

    Można w nim usłyszeć kilka ciekawych założeń, które chyba przez autorkę uznawane są za pewnik. Ma oczywiście do tego pełne prawo. Takie samo jak ja, który się z nimi nie zgadza. Jednym z takich założeń jest to, że to od doboru czytanej przez was literatury zależy, czy możecie czuć się lepsi od „randomowego człowieka spotkanego na ulicy, który książek nie czyta albo czyta książki byle jakie, o niczym lub takie, które mają służyć tylko i wyłącznie za rozrywkę”. Nie zmyśliłem tego zdania. Bardzo bym chciał, ale niestety takie słowa padły.

    Zastanawiałem się przez chwilę, czy film nie został przypadkiem nagrany jako prowokacja, by wywołać dyskusję, ale widząc komentarze autorki pod wideo, zmieniłem zdanie. Uważam, że wypowiedź nagrano z pełną świadomością i co gorsza, pewnością, że to wszystko prawda. I to sprawiło, że postanowiłem napisać ten felieton. Nienawidzę wartościowania ludzi i tworzenia podziałów. Zawsze działało to na mnie jak mentos na colę. Tutaj nawet podwójnie, bo dotyczy tematu czytania. Nagle bowiem okazało się, że są ludzie lepsi i gorsi w zależności od tego, po jakie lektury sięgają. Nie ważne jakimi są ludźmi, co sobą reprezentują i co potrafią zrobić dla innych. My możemy czuć się lepsi, bo czytamy literaturę wysoką oraz wartościową.

    Jako przykład takiej literatury wartościowej podano Harrego Pottera (spokojnie, nie podpalajcie jeszcze pochodni i nie sięgajcie po widły). Świetnie, dla mnie idealnie, bo z każdej pozycji można wynieść dla siebie coś nowego i ciekawego. Z KAŻDEJ. Wprawdzie z niektórych książek, jedyne co wynosimy, to nauczkę, żeby więcej nie sięgać po pozycje autora, ale dalej jest to jakieś doświadczenie. W filmie pojawiają się też „Opowieści z Narnii”, „Samotnia” czy „50 twarzy Greya”. Książki akademickie także, choć nie rozumiem dlaczego, bo po chwili słyszymy o „profesorkach”, którzy używają tak skomplikowanego języka, że studenci nie rozumieją o co chodzi. Widzę tu pewną nieścisłość, zresztą nie jedyną w całym filmie. Nie wiem także o jakie słownictwo może chodzić, bo autorka przyznała, że skończyła filologię, więc powinna mieć wiedzę o języku. Czuję, że stoi za tym jakaś poważna trauma, bo doprowadziło to do kolejnego, ciekawego wywodu.

    www.unsplash.com/Gary Chan

    Otóż ludzie czytający kiepską „literaturę” (cudzysłów zamierzony) i rozmawiający z autorką nagrania, często nie rozumieją podstawowych słów przez nią używanych. Teraz uwaga, bo oto lista tych słów: nepotyzm, pesymizm, optymizm, ambiwalentny, subiektywny, obiektywny, eklektyczny. Pełna zgoda. Ja też siedząc z kumplem nie używam takich wyszukanych słów. Pewnie dlatego, że nasze spotkania ograniczają się do chrząkania i jedzenia surowego mięsa z mastodonta, którego upolowaliśmy robiąc sobie przerwę od wymyślania koła.

    A teraz uwaga, bo zamierzam napisać coś, co może wywołać SZOK I NIEDOWIERZANIE. Czytanie nie sprawia, że jesteśmy lepsi od innych. Co więcej, nawet czytanie klasyki, nie sprawia, że jesteśmy lepsi od innych. Wartościowanie ludzi jest niepoważne i choć każdy ma prawo do swojego zdania, nie każdy powinien się nim dzielić z innymi.

    Czytajmy i kochajmy się, nawet jeżeli w czyichś oczach, będziemy przez to gorsi.

    Bartosz Szczygielski

  • „Smętarz dla książek”, felieton Bartosza Szczygielskiego

    Żyjemy w idealnym świecie, a przynajmniej tak muszą myśleć marketingowcy, bo według nich, co druga książką to bestseller. Wystawki w księgarniach zmieniają się szybciej, niż oferty w gazetkach promocyjnych największych supermarketów. Można by pomyśleć, że to bardzo dobre wieści, bo skoro tak się dzieje, to oznacza zainteresowanie klientów. Szkoda tylko, że to nieprawda, a smętarz dla książek stał się faktem. I to pewnie więcej, niż jeden.

    Nawiązanie do książki Stephena Kinga w tytule, jest nieprzypadkowe. Wprawdzie nie zamierzam udawać się na zapomniany cmentarz i grzebać tam czegokolwiek, ale byłoby to dość interesujące rozwiązanie. W powieści Kinga pogrzebane osoby wracały do życia, choć niekoniecznie w takiej samej formie, jak przed śmiercią. Widząc, co ostatnio opublikowane zostało na Facebook’u „Toruńskie Księgarnie Kameralne”, nie powiem, że pękło mi serce, ale poczułem, że przydałby się zmiany. I to duże.

    Jeżeli nie wiecie, co tam zamieszczono, pozwólcie, że wam wyjaśnię. Duża, żeby nie powiedzieć gigantyczna hala, która wypełniona jest książkami. Można pomyśleć, że to świetna sprawa, ale to nie targi czytelnicze, ale potężna wyprzedaż, gdzie książki leżą w kartonach, na ziemi i cholera wie, gdzie jeszcze. I nie są ułożone, ale rzucone byle gdzie i byle jak. Prawdopodobnie to przez samych zwiedzających halę, którzy przebierają między tytułami i próbują znaleźć wartościową pozycję. Takich tam raczej nie brakuje, a co więcej, kosztują „piątkę”. Wygląda to smutnie, a już szczególnie dla autora, który wie, ile pracy kosztuje stworzenie powieści. Tylko, że autor w całym tym biznesie ma niewiele do powiedzenia, a jeżeli mam być szczery, to do powiedzenia ma zero.

    www.unsplash.com/Masaaki Komori

    Wyprzedaż książek (nowych, przywiezionych wprost z wydawniczych magazynów) to pokłosie tego, jak wydawnictwa podchodzą do powieści. Wypuszczają co tylko mogą i najszybciej jak mogą, licząc na to, że któraś z nich „zaskoczy”. Wiecie, prawdziwy bestseller, a nie sztuczne pobijany blurbami i pięknie skonstruowanymi zdaniami o niczym. W końcu każdy może napisać, że „Powieść chwyci cię za gardło i nie pozwoli złapać tchu” czy „Trzymający w napięciu bestseller, który zachwycił czytelników”.

    Rocznie pojawia się w Polsce ponad trzydzieści tysięcy książek, ale oczywiście nie wszystkie są beletrystyką. Mamy przecież poradniki, albumy czy opracowania naukowe. Te ostanie uważam za więcej niż potrzebne, a pierwszą pozycję pozwólcie, że przemilczę. Czy naprawdę rynek potrzebuje kilkunastu poradników o tym samym albo kilkudziesięciu książek z przepisami na potrawy z jagód goi? Oczywiście przesadzam, ale wydawcy także. Mamy nadprodukcję powieści i nie powiecie chyba, że świat cokolwiek by stracił, gdyby niektóre z nich się nie pojawiły. Książki mogą służyć rozrywce, ale czy wymagam za dużo chcąc, by nawet takie pozycje były napisane chociaż… poprawnie.

    Na pierwszym miejscu w Top Empik znajduje się pewna perełka. Powieść „365 dni”, która reklamowana jest, jako połączenie „50 twarzy Grey’a” oraz „Ojca chrzestnego”. Wierzcie mi lub nie, ale oba te tytuły zostały poniżone samym faktem, że znalazły się na okładce. Dodam, że nie czytałem całości, zadowoliłem się fragmentem. W pierwszych scenach, mafijny boss wraca z ważnego i niebezpiecznego spotkania, gdzie podjeżdża na lotnisko. Czytelnik dowiaduje się wtedy, że facet zabrał ze sobą „swoich ludzi”, by ci wywarli na spotkaniu odpowiednie wrażenie. Szkoda tylko, że cały czas podczas niego, byli na lotnisku. Potem główny bohater gwałci stewardesę oralnie swoim nabrzmiałym sprzętem, ale to żaden problem, bo następnie jej dziękuje. Literówki i styl to kolejna rzecz, która sprawia, że zaczynam wątpić w przyszłość rynku wydawniczego.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Liczy się tylko to, by wydawać wszystko i to w jak największych ilościach. Potem wyrzucić worek pieniędzy na promocję lub mieć nadzieję, że sam autor jest na tyle rozpoznawalny w sieci, że koszty marketingu spadną do minimum. Co z innymi, bardziej wartościowymi powieściami? Cóż, też trafiają do księgarń, ale odroczone terminy płatności robią swoje. Koszty wystawienia na półki też. Czy zdarza się, że sklepy biorą książki, które nawet nie zostają otworzone i wystawione na półki? Tak sądzę. Książki wracają do wydawcy, a jego magazyny nie pozwalają na to, by wszystko przechowywać. W końcu jak wydaje się wszystko, co tylko można, trudno spodziewać się innego rezultatu. Trudniejsze w odbiorze książki mają „pod górkę”, bo marketing musi się bardziej postarać, by je sprzedać. Tylko po co się starać, skoro wyniki robią tandety?

    Autor taki jak ja, zaczyna się zastanawiać, czy jest w ogóle sens pisania kolejnej powieści. Ta może zostać zamordowana przez dział promocji i skończyć na smętarzu. Szkoda tylko, że książki, które tam trafiają, nie będą miały już drugiej szansy.

    Bartosz Szczygielski

     

  • Nie jest ważne co, ważne, że czytają. Lipcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Internet to bardzo niebezpieczne miejsce, szczególnie wtedy, kiedy zapuścicie się w jego najmroczniejsze rejony. Istnieją strony, gdzie lepiej nie wchodzić i takie, które zapewnią wam koszmary przez to, co tam zobaczycie. Sądziłem, że dość trudno trafić w takie miejsca przypadkiem, a potem odkryłem grupy zrzeszające czytelników na Facebook’u.

    Mam nadzieję, że przebrnęliście przez lead i nie zaczęliście festiwalu komentarzy, które bronią rzeczonych grup. Chcę zaznaczyć, że to świetna inicjatywa i może być miejscem, gdzie dowiemy się o książkach i autorach, których nie znamy. W teorii. Niestety, ale mam wrażenie, że już tak nie jest. Wchodząc na jedną z popularniejszych grup na Facebook’u, która, rzecz jasna, związana jest z kryminałem, widzę ciągle to samo. Te same nazwiska, okładki i polecenia. Zjawisko szczególnie mocno nasila się, kiedy następuje premiera nowego tytuł kolejnego króla, królowej albo biskupa kryminału.

    www.unsplash.com/William Iven

    I to nie jest jeszcze najgorsze. Sam należę do kilku grup, gdzie czytelnicy wymieniają się spostrzeżeniami, ale po jednej z przecen zorganizowanych w dyskoncie, stwierdziłem, że najwyższa pora wyciszyć powiadomienia. Mój newsfeed wyglądał wtedy jak żywa reklama uśmiechniętego owada, a co gorsza, cały czas widziałem te same tytuły. Jeden po drugim. Nie wiem skąd bierze się tak silna potrzeba dzielenia się tym, co właśnie kupiliśmy w Biedronce. I to tylko dlatego, że tym „czymś” jest książka.

    Może istnieją grupy, które zrzeszają wielbicieli pomidorów i tam, po każdej przecenie w sklepie, pojawiają się setki zdjęć prezentujących warzywa. Jeżeli istnieją, chętnie się zapiszę, bo pewnie dowiem się znacznie więcej o tym, czego jeszcze nie znam. Żeby było ciekawiej, podczas omawianej promocji, pojawiła się propozycja, żeby zdjęcia umieszczać w komentarzach pod jednym wpisem. Pozwoliłoby to zachować porządek i nie spychać postów traktujących o literaturze gdzieś na bok, ale jak pewnie się domyślacie, nic z tego nie wyszło. Każdy chciał po prostu pokazać, że…czyta.

    I co w tym złego, powiecie. Nic. Czytanie jest świetne, ale uwaga, bo ta informacja może niektórych zszokować, nie czyni z nas lepszych ludzi. Co więcej, nie musimy się tym chwalić. I nie, nie każdy kto czyta zasługuje na szacunek. Nieśmiało chciałem przypomnieć, że Ted Kaczyński zaczytywał się w powieściach Josepha Conrada, a Ted Bundy ponoć czterokrotnie przeczytał powieść Charrière’a Papillon. Choć to można jeszcze zrozumieć, bo wiadomo o czym ona opowiada. Czy sam fakt, że wyżej wymienieni czytali książki ma sprawić, że zacznę ich szanować? No nie. Chciałem też zaznaczyć, że panowie byli bardzo inteligentni, ale dalej nie będę im okazywał szacunku.

    Czemu w ogóle poruszam ten temat? Bo przeczytałem zdanie, które posłużyło mi za tytuł tego felietonu. Dołączyłem do kolejnej grupy (nie, nie uczę się na błędach) i pierwsze na co natrafiłem, to post o książkach z serii Grey’a. 50 twarzy i te sprawy. Nie czytałem, więc państwo pozwolą, że nie będę odnosił się do ich jakości, ale odniosę się do czegoś innego. Do tego, jak łatwo przychodzi nam kategoryzowanie innych ludzi, a jednocześnie ustawianie samych siebie kilka stopni wyżej. Owszem, twórczość E. L. James raczej nie powinna znaleźć się na tej samej półce, co dzieła powiedzmy Johna le Carré lub Dostojewskiego, ale czy osoby czytające erotyki są… głupsze? Inaczej. Czy to, że my tego nie czytamy sprawia, że jesteśmy mądrzejsi?

    www.unsplash.com/Martin Oslic

    Nie wiem jak was, ale mnie absolutnie nie interesuje to, co czytają inni. Tak samo, jak nie interesuje mnie, z kim sypiają. To prywatna sprawa, ale nie potrafię przeboleć jednego. Tego, że literatura źle napisana, wychwalana jest pod niebiosa tylko dlatego, że w końcu „coś” się przeczytało i przy tym nie zasnęło. Nie oszukujmy się, miałkie, płytkie i kiepsko napisane książki sprzedają się lepiej, niż pączki pod hash barem. Dotyczy to każdego gatunku literackiego i wystarczy, żeby w środku pojawił się ostry seks, ostry język i mamy ostrą jazdę po topkę Empiku.

    Marzy mi się sytuacja, gdzie w grupach Facebook’owych, zrzeszających tysiące ludzi, prowadzone będą rzeczowe dyskusje. Bez bałaganu, bez udowadniania, że to co my czytamy, jest lepsze od tego, co czytają inni. Niech sobie czytają, wolna droga, ale błagam, nie róbmy z kiepskiej literatury czegoś wyjątkowego tylko dlatego, że była na przecenie w Biedronce.

    Bartosz Szczygielski

  • „Pisarz nie dostaje gratisów”, czerwcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    W momencie, kiedy Szczepan Twardoch ogłosił, że będzie poruszał się Mercedesem, wiele ludzi oszalało. Oczywiście mam na myśli ten specyficzny rodzaj ludzi, którzy komentują pod artykułami na Onecie, a nie przychodzą na spotkania autorskie. Może i sprawa jest już wiekowa, to zacząłem się ostatnio zastanawiać, dlaczego pisarz nie dostaje gratisów. Czy jesteśmy gorsi od blogerów?

    Pisarz, czy w ogóle jakikolwiek twórca, najlepiej jakby był biedny. Nic tak nie pobudza kreatywności, jak pusta lodówka i widmo komornika. Przecież to logiczne, że im mniej się ma, tym chętniej się pracuje, by w efekcie można mieć trochę więcej, niż dotychczas. Chodzi mi o taki skok jakościowy, że zamiast chleba smarowanego nożem, człowiek zajada się makaronem z truskawkami. O ile ich cena spadnie poniżej 10 złotych za kilogram.

    Czemu o tym piszę? Nie dlatego, że spojrzałem na stan swojego konta, który dość jasno daje mi do zrozumienia, że starczy mi pieniędzy do końca życia, jeżeli umrę w przyszły czwartek, ale przez… Instagram. Wiecie, dziś jeżeli chcemy, by usłyszało o twórcy więcej osób, niż jego rodzina i te pięć osób, które przez przypadek kupi książkę, bo była promocja, należy się odrobinę postarać. To nie tylko rola marketingu, za który odpowiada wydawnictwo, ale także samego twórcy. A to oznacza, że pisanie schodzi czasami na dalszy plan, choć nie powinno.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Uwielbiam kontakt z czytelnikami. To najlepsza część pisarskiej roboty zaraz po tym, kiedy dociera do mnie, że stworzyłem interesującą historię i ta pojawi się na księgarskich półkach. I jako, że z platform komunikacyjnych do wyboru mam Facebooka i Instagram, to staram się z nich dość często korzystać. Nie wiem, czy wiecie jak działają algorytmy odpowiedzialne za filtrowanie treści, które wam się wyświetlają, ale ja wiem. Przynajmniej na tyle, na ile developerzy zechcieli podzielić się tą wiedzą z innymi. Teraz najważniejsze będą zainteresowania użytkowników, czyli treści z którymi weszli oni w interakcję. Zmieni się chronologia wyświetlania, a pod uwagę będzie brany także czas, który spędzamy w aplikacji. Ma też być większa różnorodność proponowanych nam postów.

    Obecnie mój Instagram wyświetla mniej więcej cztery rodzaje zdjęć – książki (bo wiadomo), świnki morskie (zastanawiam się, jak zmonetyzować prosiaczka, który właśnie podgląda jak powstaje ten felieton), streetphoto (dziewczyna robi świetne zdjęcia) oraz Tom Hardy na przemian z Bradem Pittem (nie pytajcie). I widząc pierwszy z rodzajów fotografii, dość często dostrzegam, ile blogerzy dostają rzeczy od wydawnictw, które nie są książkami. I to nie tylko od wydawnictw. Wiecie, rzeczy takie jak wino, notesy, magnesy czy torby. Rzeczy, których głównym zadaniem, jest znalezienie się właśnie na Instagramie i sprawienie, że tytuł wokół nich się sprzeda. Przecież to prosta psychologia, bo im więcej dostaniemy za darmo, tym większą presję czujemy, by się zrewanżować. Zdjęcie na Instagramie często jest takim właśnie rewanżem (przemilczmy pozytywną recenzję). Czy to przekłada się na kupowanie książek? Trudno ocenić, ale nie widziałem jeszcze nigdzie zdjęcia, linkującego bezpośrednio do sklepu wydawnictwa.

    Zacząłem się zastanawiać, czemu ja nie dostaję gratisów? Wprawdzie liczba moich followersów (piękne słowo), jest mniejsza, niż oszałamiająca, ale widziałem blogerów z gorszymi zasięgami, ale za to z gratisami. Może istnieje przeświadczenie, że pisarze są od pisania, a nie polecania książek czy kremów do twarzy, ale to tak samo, jakby założyć, że piłkarze są od biegania, a nie od reklamowania parówek czy nowych telewizorów. Ja też mam telewizor, a nawet konsolę, a jakoś nikt nie wali do mnie drzwiami i oknami.

    Piosenkarze czy aktorzy mają łatwiej, bo mają „ryje”. Coś, co producent szamponu może sprzedać, bo ludzie wiedzą, jak dana osoba się prezentuje. Nie są tylko nazwiskiem na okładce. Marzy mi się to, żeby zapraszali pisarzy do telewizji śniadaniowych, by mówili nie tylko o nowej powieści, ale o tym, jak się ubierają, jakiego proszku używają i ile czasu spędzają w kuchni. By stali się kimś więcej i wyszli do świata, a czytelnicy mogli się z nimi identyfikować. Na targi książki przychodzą tłumy, ale to nie wystarcza. Owszem, nie każdy z pisarzy ma taką potrzebę, by pokazywać się światu i woli tylko pisać. To najważniejszy element naszej pracy, nie da się temu zaprzeczyć, ale świetnie byłoby mieć możliwość zaistnienia na innym polu. Nie twierdzę, że chce zostać blogerem książkowym, bo nie chce. Do reklamowania parówek też specjalnie mi nieśpieszno, ale tytuł na PlayStation 4 od Sony mógłbym ograć, bo jest to spójne z tym, czym się interesuję. To oczywiście mrzonka, bo za rzadko publikuję nowe posty i za mało osób je lubi, by doszło to do skutku. Nie wiem nawet czy bym to zrobił, bo zdecydowanie o wiele bardziej od robienia zdjęć, wolę pisanie książek. Na tym się znam i tego zamierzam się trzymać.

    www.unsplash.com/Sabri Tuzcu

    Jednak marzy mi się sytuacja, gdzie to pisarze będą wyznaczać trendy, a nie musieć za nimi gonić, by dalej pozostawać w kręgu zainteresować swoich czytelników. Skąd mam do cholery wiedzieć, który # nie da mi teraz shadowbana. Nie mam czasu na szukanie tej informacji. Kolejne strony się same nie napiszą. Kiedy zmienią się algorytmy dobierające wyświetlane treści, twórcy przepadną w newsfeedzie, bo nie wpiszą się w nowe wytyczne. Zwyczajnie nie będą mieli czasu na to, by za nimi gonić.

    Pisarz ma dostarczyć produkt i powinien się cieszyć, jeżeli nie utonie on pod zalewem gratisów na opublikowanym zdjęciu.

  • „Nie podoba się, nie czytaj”, majowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zastanawiam się czasem, czy aby na pewno osoby deklarujące swoją miłość do literatury, naprawdę czytają. I choć nie trzeba mianować się kinomanem, by oceniać filmy, to moim zdaniem w przypadku książek, wypadałoby mieć choć odrobinę… obeznania. Mogę nie wiedzieć, jak się robi kinowe produkcje, ale co trudnego jest w czytaniu? Witamy w świecie, gdzie za opinię uchodzi „nie podoba się, nie czytaj”.

    Zawsze kiedy natrafię gdzieś na interesującą dyskusję w komentarzach, nie jestem w stanie się od niej oderwać. To takie guilty pleasure, gdzie mam świadomość, że źle robię w ogóle to czytając, a z drugiej strony, zastanawiam się dlaczego nie mam ze sobą popcornu. I taka właśnie sytuacja miała miejsce, kiedy jakiś czas temu Jakub Ćwiek napisał list otwarty do Remigiusza Mroza (klik). Tylko czekałem wtedy na ten magiczny i jedyny w swoim rodzaju moment, kiedy pojawi się komentarz, który absolutnie nic nie znaczy. No i się doczekałem.

    Nie podoba się, nie czytaj.

    Mam wrażenie, że osoba używająca w komentarzach czy wpisach, tego typu sformułowania, nie ma zwyczajnie nic do powiedzenia. To taki akt rozpaczy, gdy zaczyna brakować argumentów w obronie swojego punktu widzenia. Zdanie występuje w różnych konfiguracjach i można je znaleźć pod recenzjami filmów czy muzyki, ale zawsze pozostawia ten sam niesmak.

    www.unsplash.com/Marc Schäfer

    Wyobraźmy sobie, że wybieram się na film. Mam taki kaprys, nieważne czym się kieruje ruszając swoje cztery litery z domu i wydając na bilet oraz popcorn równowartość nerki. Mój wybór, moja chęć, moje pieniądze. Czy to sprawia, że w momencie, kiedy produkcja mi się jednak nie spodobała, mam milczeć? Jak mam wiedzieć, czy coś mi się spodoba, skoro tego nie widziałem?

    Po co się ograniczać tylko do tego jednego sformułowania. W komentarzach mamy całe spektrum tego typu zdań, które jasno dają do zrozumienia, że ktoś, kto czyta książki, wcale nie musi ich rozumieć. Słowo „zazdrość” pod wspomnianym listem także padło, bo to przecież oczywiste, że Kubą właśnie to uczucie kierowało. Ilekroć komuś się „coś” uda, to my chcemy to „coś” zniszczyć. Jesteśmy w końcu Polakami i wiadomo, że jeżeli sąsiad ma kurę znosząca złote jaja, my życzymy mu, żeby ta kura zdechła. W tym momencie zastanawiałem się, ile osób faktycznie przeczytało materiał, a ile wyłączyło myślenie widząc nazwisko Mróz.

    Na tym się oczywiście nie skończyło, bo wśród komentarzy znalazły się i takie, które upewniły mnie w tym, że zmieniamy się w społeczeństwo idiotów. Bo to przecież przezabawne, kiedy napiszemy „a kim jest ten Ćwiek?”. Obawiam się jednak, że nie były one spowodowane złośliwością, ale faktycznie ułomnością intelektualną.

    Żyjemy w świecie, gdzie wystarczy wcisnąć na klawiaturze Ctrl+T (uczcie się dzieci), żeby otworzyć nowe okno w przeglądarce. Jeżeli nie potrafimy zapamiętać imienia i nazwiska, tutaj kolejne dwa skróty Ctrl+C kopiujemy, a Ctrl+V wklejamy. A i najważniejsze, na koniec wciskamy Enter. Proste? Chyba jednak nie. Dla mnie to daje to jasny obraz, czego część z czytający oczekuje od książek. Absolutnej prostoty.

    Wszystko powinno być podane na tacy, a im coś jest łatwiej i przystępniej napisane, tym lepiej. Zbyt długie opisy, które w książkach zajmują stronę? Wyrzucić, a najlepiej zamienić na dialog, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą przekrzykując się wpisami z Wikipedii (wiecie, żeby było mądrzej). Nie zostawiać niedopowiedzeń, bo jeszcze trzeba będzie się samemu zastanowić, a tego nie lubimy. Bo jak inaczej rozumieć to, że pod prostym w swojej wymowie listem, pojawiają się takie puste komentarze, niż to, że nie dociera do nas, co czytamy. Wyłapujemy słowa kluczowe nie patrząc na całość. Same nagłówki. Do wyciągania wniosków przecież to wystarczy.

  • „Nominowanych nikt nie pamięta”, kwietniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Napisałem kiedyś artykuł, gdzie starałem się udowodnić, że są trzy rzeczy, które zawsze wpływają na zwiększenie sprzedaży danej pozycji literackiej. Śmierć autora, ekranizacja jego twórczości i zdobycie nagrody literackiej. Nie umarłem, książek mi nie zekranizowali, ale nagrodę zdobyłem.

    Pamiętam, jak wyglądała chwila, kiedy dowiedziałem się o swojej pierwszej w życiu nominacji. Wyłączyłem budzik w telefonie, który tego konkretnego poranka wyglądał inaczej, niż zwykle. Miałem kilkanaście powiadomień i wiadomości na Messengerze. „Aorta” została nominowana w konkursie Kryminalnej Piły.

    Nagrody nie zdobyłem, ale chwilę później pojawiła się kolejna wiadomość. Zasiadłem w gronie najlepszych polskich pisarzy na wrocławskiej scenie, a nagroda Wielkiego Kalibru była na wyciągnięcie dłoni. I choć jej także nie dostałem, to z Międzynarodowego Festiwalu Kryminału wróciłem z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej. Stoi teraz na półce tak, bym widział ją za każdym razem, kiedy siedzę przed telewizorem i wiem, że wytracam czas. Ma mi przypominać, że warto dalej pisać.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, MFK 2016, fot: smakksiazki.pl

    Moment, kiedy wchodziłem na scenę i odbierałem nagrodę, był najlepszą chwilą w mojej dotychczasowej pisarskiej karierze. Serio. Dla autora takie wyróżnienie to kop z adrenaliny. Sława, pieniądze i autografy. Autografy były, ale z pozostałymi rzeczami było już ciut gorzej. Sprzedaż „Aorty” nie poszybowała w kosmos, a co za tym idzie, dalej poruszam się samochodem zbliżającym się powoli do pełnoletności. Nie narzekam. Powoli, ale konsekwentnie idę do przodu. „Krew” jest tego potwierdzeniem, choć póki co, nominacji jakichkolwiek brak.

    Zaczęło mnie jednak zastanawiać coś innego. Co z resztą nominowanych? Co z tymi nazwiskami, które nie znalazły się w notkach prasowych po końcu festiwalu? Ano nic. Autorzy wracają do swoich spraw i żyją dalej. W teorii. W praktyce mam wrażenie, że jeżeli pisarz sam nie zdecyduje o tym, co dalej ze sobą zrobi, nominacja będzie tylko wspomnieniem. I to takim, o którym pamięta on sam i nikt więcej. Brzmi trywialnie i zdaję sobie z tego sprawę, choć odnoszę wrażenie, że nie jest to takie oczywiste i co więcej, wcale nie takie proste.

    O ile nagroda, którą zdobył pisarz, nie jest Nike czy Noblem, szanse na to, że wskoczy na Top10 jest niewielka. Przyznaję bez bicia, że nie kojarzę wszystkich nazwisk, które znalazły się w poprzednich latach na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału w sekcji nominowanych. Wygranych owszem. Być może spowodowane jest to tym, że część z pisarzy zdecydowała się na inną karierę, czasem inny gatunek literacki lub zwyczajnie postanowiło przestać pisać. Nie wiem np. co dzieje się z PM Nowakiem i dlaczego nowej książki nie widać na horyzoncie.

    Oczywiście to nie jedyny pisarz, który miejmy nadzieję, tylko chwilowo zniknął z rynku. Pytanie, czy w chwili powrotu, będzie dla niego miejsce? Z każdym rokiem pojawia się coraz więcej nowych autorów, do których i ja chyba się jeszcze zaliczam. I ci młodzi mają do dyspozycji znacznie większy arsenał, niż tylko nominację. Chodzi o social media, które mimo swoich licznych zalet, stały się dla wszystkich piszących przekleństwem.

    Nie ma cię na Instagramie? Przegrałeś. Twój fanpage ma zasięgi porównywalne z tymi, które generuje lokalny warzywniak? Patrz odpowiedź wyżej. Algorytmy cię nie lubią? Rzuć groszem i wypuść post sponsorowany. Oczywiście z twojej kieszeni drogi pisarzu. Nie masz pieniędzy? Spróbuj urządzić konkurs, ale licz się z tym, że te rosnąco lawinowo polubienia znikną, kiedy okaże się, że nagrodę dostał kto inny.

    Obecnie autor nie może być tylko autorem. Stał się swoim własnym PR’owcem, który powinien stale być obecny, a przynajmniej na tyle często, by czytelnicy o nim nie zapomnieli. Bo zapomnieć wyjątkowo łatwo niestety. Wtedy, kiedy twoje powieści nie są publikowane jak w zegarku. Wtedy, kiedy nie publikujesz posta za postem i wtedy, kiedy twoja nominacja nie została przekuta w nagrodę. Bo choć nominowanych można nie pamiętać, to dla twórcy sam fakt jej zdobycia jest przeżyciem, którego nie da się porównać z niczym innym.

    I mam nadzieję, że jeszcze uda mi się takiego przeżycia doświadczyć.

    Nawet jeżeli po kilku latach pamiętał o tym będę tylko ja.

    Bartosz Szczygielski

  • „Nazwijmy to kryminałem”. Marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Uwielbiam trailery filmowe. To do mnie takie guilty pleasure, które sprawia więcej radości, niż jestem w stanie przyznać. Często to właśnie trailery bawią mnie bardziej, niż sam film puszczany na wielkim ekranie. Wystarczy te kilka minut i już wiem, co mniej więcej mnie czeka. A jak to jest z książkami? Tu wystarczy jedno słowo.

    Na to żebym był usatysfakcjonowany i trailer zachęcił mnie do obejrzenia filmu w całości, pracuje sztab ludzi. Te kilka minut, odpowiednio zmontowanych i doprawionych muzyką z wyższej półki, jest w stanie kupić niemal każdego. Nie wiem czy pamiętacie, jak wyglądała pierwsza zapowiedź do „Dziewczyny z tatuażem” Davida Finchera? Chryste, ta minuta i trzydzieści osiem sekund to czysty i piękny przykład, jak powinien wyglądać trailer z prawdziwego zdarzenia.

    Niemal z każdym uderzeniem w perkusję następuje zmiana ujęcia. Z zegarmistrzowską precyzją, w takt „Immigrant song” w interpretacji Reznora i Karen O. przekazano mi wszystko, choć nie powiedziano mi nic. Niby jest jakaś ekspozycja bohaterów, ale gdybym nie znał książkowego pierwowzoru, byłbym w kropce. Żadnych dialogów i tego nieszczęsnego głosu z offu tłumaczącego jak debilowi to, co widzę na ekranie. Jest tylko klimat, który kupił mnie w całości. I wiem, że idąc do kina dostanę kryminał z wyższej półki. I wiem, że nie zostałem oszukany.

    Taka zapowiedź to oczywiście perełka, bo niestety większość z tego typu produkcji wygląda jak skrót całego filmu (łącznie z zakończeniem). Z książkami jest podobnie, a przynajmniej tak muszą myśleć tęgie wydawnicze głowy, które z uwielbieniem metkują kryminałem wszystko, co tylko mogą. Mogę to nawet zrozumieć, bo przecież gatunek świetnie się sprzedaje. Jeżeli tak jest, to możemy podciągnąć pod niego wszystko, co ma w sobie trupa lub chociaż koło takiego leżało.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Nie mam nic przeciw temu, by powstawały np. komedie o zabarwieniu kryminalnym. Co więcej, jestem z tego zadowolony, bo dzięki temu na rynku pojawia się coraz więcej różnorodnych pozycji. Tylko dlaczego głównym kryterium, według marketingowców, jest właśnie ten nieszczęsny kryminał. Słowo klucz, które ma sprzedawać książkę. Część z książek, które są zwane szumnie kryminałem, ma z gatunkiem niewiele wspólnego. Idealnym przykładem będzie tutaj pozycja, która była nominowana do Bestsellerów Empiku. Czy sprzedałaby się tak dobrze w momencie, kiedy zamiast na okładce słów o „firmamencie polskiego kryminału” pojawiło się „polskiej powieści obyczajowej”?

    Mam wrażenie, że przestało istnieć już coś takiego, jak czysto gatunkowy kryminał. Mamy mieszanki, a dla ułatwienia sobie życia, przyczepiamy do nich łatki. Takie, które pomogą sprzedać konkretną pozycję. Gdyby na popularności zyskały nie kryminały, ale szwedzkie powieści sensacyjne, jestem przekonany, że na polskich okładkach co drugi blurb mówiłby o odkryciu kolejnej gwiazdy sensacji. I oczywiście obowiązkowe „bestseller”, bo przecież lubimy tylko to, co dobrze znamy, a skoro książkę kupiło już tyle osób, by okrzyknąć ja sukcesem rynku wydawniczego, to nie mogli się mylić.

    Mamy świetnych autorów kryminałów, ale co z tego, skoro ich praca porównywana jest z treściami nie mającymi nic wspólnego z gatunkiem. Stoją wtedy na przegranej pozycji, bo ich książki odbierane są jako ciężkie, mroczne i zbyt skomplikowane. Znacznie łatwiej czytać to, co wypełnione jest tylko dialogami i zdaniami, które spokojnie mogły by się znaleźć w słowniku aforyzmów. Przecież na okładce napisane jest „kryminał” więc to musi być prawda.

  • „Polski pisarz – gorszy pisarz”. Lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Słysząc podczas rozmowy słowa, jak te, które pojawiły się w tytule felietonu, zapewne wielu z was mocno by się wkurzyło. Jak ktoś mógłby zakładać, że nasi pisarze są gorsi? Jesteśmy przecież najlepsi we wszystkim, za co się zabieramy. A jeżeli chodzi o umniejszanie zasług, to nie mamy sobie równych.

    Ostatnio opublikowano listę powieści kryminalnych, które zostały zgłoszone do kolejnej edycji „Kryminalnej Piły”. Lista jest długa, bo liczy aż 67 pozycji, a po usunięciu powtarzających się nazwisk pisarzy i pisarek, którzy wydali więcej niż jedną książkę w 2017 roku (jak wy to do cholery robicie?), zostaje nam 56 nazwisk. Sporo prawda? Na „Międzynarodowy Festiwal Kryminału” wysłano 80 powieści. Innymi słowy, mamy z czego wybierać.

    Owszem, możemy założyć, że nie wszystkie ze zgłoszonych powieści spełniają założenia kryminału, ale z całą pewnością, nie mamy się czego wstydzić. Przecież taka ilość słowa pisanego musi oznaczać, że przynajmniej część z tych książek, jest więcej niż przyzwoita. Co więcej, może być nawet lepsza niż to, co widzimy na księgarskich półkach z napisem TOP na samej górze. Czemu więc tak często zdarza się nam sprowadzać polskich pisarzy do parteru? Nie jest to może już tak nagminne, jak kiedyś, ale dalej bez problemu można znaleźć krzywdzące ich opinie.

    Wystarczyło kilka minut na największym portalu z opiniami na temat książek w Polsce i oto wyniki:

    – Dają mi wiarę, że polskie kryminały mogą być naprawdę dobre.

    – Bardzo dobry, polski kryminał (…)

    – Z natury jestem uprzedzona do wszystkiego co polskie, w szczególności obawiam się zawsze filmów i książek (…)

    – (…) patrząc przez pryzmat polskich pisarek powieści kryminalnej nie liczyłam na cuda (…)

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Wszystkie ww. fragmenty pochodzą z pozytywnych recenzji, ale sami musicie przyznać, że nie są takie do końca. Może się wydawać, że przesadzam i zaczynam popadać w paranoję. Pewnie jest w tym trochę prawdy, bo mam ku temu skłonności, ale po przeczytaniu tego typu zdań można odnieść wrażenie, że polskie powieści traktowane są… gorzej. I to z tylko jednego powodu. Rodowodu osoby, która daną pozycję napisała.

    Może niezbyt dokładnie szukałem, ale nie znalazłem nigdzie opinii, które miałby w sobie wyrażenia tak jak np. „jak na kryminał napisany przez anglika, to jest dobrze” czy „zaskakujące, że francuz potrafi pisać takim językiem”. Rozumiecie o co mi chodzi? Ostatnio Wojciech Chmielarz na swoim profilu autorskim zauważył, że w internetowym głosowaniu na najlepszą książkę 2017 roku, polska reprezentacja jest dość skromna. Znalazły się głosy, które wyrażały zdziwienie, bo przecież powieści jest tak dużo, że nie wszystkie muszą pochodzić od polskich autorów. Zgadzam się z tym, choć chciałbym w takim plebiscycie popularności widzieć znacznie więcej swojsko brzmiących nazwisk.

    Widzę dwa powody takiego stanu rzeczy. Pierwszy to niechęć i strach przed tym, że polskie oznacza gorsze. Raz się sparzyłem czytając powieść polskiego autora, więc nie popełnię tego błędu nigdy więcej. Przyznajcie, to głupie. Szkoda tylko, że dalej zdarza mi się słyszeć i czytać takie wytłumaczenia, choć całe szczęście, jest to coraz rzadsze. Drugim powodem jest niestety promocja. Wydawnictwo wykupując prawa do przekładu musi zadbać o to, żeby taka inwestycja się zwróciła. Tu nie wystarczy kilka postów na Facebooku. Tu uruchamia się największe działa. Pamiętacie co działo się przy „Dziewczynie z pociągu”? I powiedzcie mi, że przy takim worku pieniędzy, jaki został władowany w promocje, ta książka nie była skazana na sukces. Czy gdyby polscy pisarze, wszyscy, dostawali akcje na tego typu poziomie, inaczej byśmy ich postrzegali? Możecie mi wierzyć lub nie, ale za sukcesem wielu pozycji nie stoi nic innego, jak kasa.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Najgorsze jest to, że nawet przy sprawdzonych i gwarantujących sukces nazwiskach polskich pisarzy, musimy posługiwać się odniesieniami do naszych „lepszych” sąsiadów. Ostatnio rzuciło mi się w oczy hasło reklamujące nową powieść Remigiusza Mroza. „Pierwszy polski thriller psychologiczny na miarę największych światowych bestsellerów!”. Cholera, nie dość, że „pierwszy polski” to jeszcze godny tych „światowych”. Przecież to logiczne, że inni polscy autorzy do tej pory nie pisali thrillerów, a co więcej, jeżeli już powstały, to nigdy nie dorastały one do pięt tym zagranicznym.

    Co jak co, ale przyłożyć umiemy jak mało kto.

    P.S. „Gniew”, „Uwikłanie”, „Podpalacz” i „Wiara”, czyli dwie powieści nagrodzone Wielkim Kalibrem, nominowana do tejże i kolejna, która być może dostanie nominację w tym roku. To jakbyście byli ciekawi do jakich pozycji odnosiły się przytoczone w felietonie opinie.

    Bartosz Szczygielski

  • „7 powodów, by nie pisać książki”, styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedyś wierzyłem w to, że Internet da nam coś więcej. Wartościowe treści oglądane i czytane przez setki tysięcy osób z całego świata. Później wszedłem na YouTube i przestałem wierzyć w cokolwiek.

    Nie uczę się na błędach. Co jakiś czas powtarzam sobie, że wchodzenie na YouTube powinienem ograniczyć tylko do tego, by posłuchać ulubionych zespołów lub obejrzeć nowy trailer. Niestety, ale zdarza mi się zabłądzić w te rejony z których już bardzo trudno zawrócić. Znacie to pewnie równie dobrze, jak ja. Zaczynacie od video Mastodona, a kończycie na oglądaniu kotów, które boją się ogórków. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnymi materiałami, przewija się coś jeszcze.

    Sam nie wiem, jak to do końca określić. Mówię o krótkich formach, które w zamyśle miały być odpowiedzią na kabarety królujące w telewizji, a w tej chwili stały się smutny dowodem na to, że się starzeję. Włączam materiał o 10 powodach dlaczego warto biegać, 12 rzeczach, które wkurzają podczas zmywania i czekam na ten magiczny moment, kiedy w końcu się zaśmieję. Jeszcze mi się to nie udało, ale się nie poddaję.

    www.unsplash.com/Mikhail Vasilyev

    To jak z nałogiem – wiem, że oglądanie zabija więcej moich komórek mózgowych, niż wsadzenie głowy do mikrofalówki, ale trudno mi się oprzeć. W pewnym momencie dotarło do mnie, dlaczego to w ogóle robię. Szukam w tych materiałach tego „czegoś”, co przyciąga miliony użytkowników YouTube. Miliony.

    I będą zupełnie szczerym, wydaje mi się, że jestem zwyczajnie za stary. Mój gust się zmienił, ale jestem mu za to bardzo wdzięczny. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Tak samo jak do czytania. I choć wydoroślałem, to jak przystało na człowieka niereformowalnego, postanowiłem spróbować swoich sił na poletku humorystycznym. W końcu może odkryję swoje powołanie, a ten tekst również przeczytają miliony? Tak więc oto próbka YouTubowego poczucia humoru!

    7 powodów, by nie pisać książki:

    1. Netflix wypuszcza właśnie nowy serial. Nie, nie może on poczekać pół roku, bo przecież do tego czasu pojawi się jeszcze kilkanaście innych pozycji, a musze być na bieżąco, żeby na Facebooku nikt nie wziął mnie za lamusa, który jako ostatni obejrzał drugi sezon „Stranger Things” lub w ogóle nie wie co to „Dark”. Netflix mnie zna. Netflix mnie rozumie. Witajcie zimne wieczory pod kocem z herbatą oraz przyciskiem, który pozwala pominąć intro.

    2. Ta gra sama się nie przejdzie. Stoi na półce i dopomina się tego, by w końcu włożyć ją do napędu i odpalić. Ostatnio zdominowałem swojego pierwszego Żyrafa i choć brzmi to jak kwestia z kiepskiego pornosa, to zapewniam, że zabawa jest znacznie lepsza. No i trwa dłużej niż kilka minut.

    3. Jest dopiero za piętnaście ósma, więc nie ma sensu zaczynać pracy. Zacznę o pełnej godzinie, a do tego czasu zajmę się czymś innym. W końcu w Internecie czeka na mnie tyle interesujących rzeczy, które pragną żebym je zobaczył. O, kolejny śmieszny kotek i już jest trzy po ósmej. Nie ma sensu zaczynać teraz pisać. Poczekam do pełnej godziny.

      www.unsplash.com/Niklas Rhöse
    4. Pora coś zjeść. Nie jadłem od kilkunastu minut, więc najwyższa pora nadrobić zaległości. Zaglądam do lodówki, gdzie czeka na mnie światło, kilka jajek i karton mleka, a to oznacza tylko jedno – pora iść do sklepu. Cholera, zjadłbym coś zdrowego, np. chipsy. Chipsy są zdrowe, bo to ziemniaki. Taką wersję przyjmuję i takiej się będę trzymał.

    5. Czy to kurz? Wygląda jak kurz. Pora złapać za szmatkę i płyn o zapachu świerka syberyjskiego, który dziwnie drażni mnie w nozdrza. Przydałoby się także doczyścić wannę, bo zaczyna się zabawnie lepić, a w szafce dalej stoi resztka farby, która aż prosi się o to, by ją otworzyć. Tyle możliwości.

    6. Mój brzuch nie wygląda tak, jak tego kolesia z tego filmu, gdzie leją się po mordach. Pora zapisać się na siłownię. No, może w przyszłości, bo szkoda mi pieniędzy na coś z czego i tak nie skorzystam. Może zacznę biegać? Chociaż nie, nie muszę. Ostatnio biegłem do autobusu i próbowałem złapać później oddech tylko przez trzynaście minut, więc jest lepiej niż przed rokiem, gdzie prawie się nie udusiłem. O, chips.

    7. Ta książka zbyt długo czekała na to, aby ją przeczytać. Pisarze powinni robić dwie rzeczy – pisać i czytać, a jak już nie robię tego pierwszego, to przynajmniej mogę poczytać.

    Podobało się? Nie zapomnijcie dać suba i zostawcie komcia, co sądzicie! Do następnego!