Tag: felieton Katarzyny Tubylewicz

  • Księgarnia to dusza miasta i szpital dla mózgu. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Księgarnie są miejscami magicznymi. Zawsze to wiedziałam i czułam. W dobrej księgarni można jednocześnie poczuć euforię (bo jest tyle fascynujących i pachnących nowością książek do przeczytania!) i kojący spokój – czytanie książek i ich przeglądanie na księgarnianych półkach to nie jest szybkie zajęcie, to raczej cudowna, uważna powolność. Księgarnia jest zwykłym sklepem, ale zarazem zupełnie nie. Jest to na przykład jedyny rodzaj sklepu na świecie, z którego można wyjść odrobinę mądrzejszym – w dobrej księgarni można bowiem spędzić sporo czasu i trochę poczytać.

    W Sztokholmie nie ma dostatecznie dużo naprawdę dobrych księgarń, ale trochę ich się ostało. Prawie codziennie zaglądam do księgarni Hedengrens, jednej z najstarszych w mieście. Istnieje od 1897 roku, zdążyła przez 300 lat zmienić nazwę i miejsce, ale nadal jest i jestem w niej zawsze bardzo miło widziana, bez względu na to, czy coś kupuję, czy nie. A jeśli zapytam o interesujący mnie tytuł, osoba za kontuarem nie będzie piętnaście razy prosić o powtórzenie nazwiska, bo tak jak ja czyta i zna się na literaturze. I tak powinno być w dobrej księgarni.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Żyję już na świecie tyle lat, że pamiętam – z dzieciństwa, ale pamiętam – jakim oknem na świat były Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki i jak wspaniałe były powstałe z nich w latach ’90 salony Empik – było tam tyle świetnych książek, taka przestrzeń dla spragnionego lektury umysłu, taki wybór tytułów zamiast stosu plastikowych kubków, obok których leżą stosy książek wydanych przez wydawców, których stać na wybulenie SIECI za wyeksponowanie tego, czym chcą zachwycić czytelników, przez co raczej nie jest to literatura, ale poczytne książki kucharskie, poradniki jak usidlić faceta oraz jak się odchudzić, a także różne pseudoliterackie dziwolągi, które może już pisze AI, może nie, cholera wie, w każdym razie literatury jest mało, chociaż oczywiście się zdarza. Na szczęście! Zawsze przeżywam uniesienie, gdy widzę, że wśród bestsellerów Empiku jest takie cudo jak „Chłopki” Joanny Kuciel Frydryszak – za to chcę wybaczyć Empikowi wszystkie grzechy i nadal wierzę, że stanie się jeszcze siecią księgarń, do których będę biegła jak na skrzydłach (a może pobiegnę tak do nowej siedzibym EMPiK-u na rogu Marszałkowskiej i Alej w byłym pawilonie Cepelii? Może tam już jest tak, jak być powinno?) Na razie sieć nie zaspakaja mojej tęsknoty za księgarnią, bo księgarnia to jest miejsce, w którym rozumie się, czym jest jakość i w którym znający się na książkach księgarze i księgarki decydują, co gdzie będzie leżało. W moich ulubionych księgarniach w Szwecji (i nie tylko) księgarze i księgarki piszą nawet własne recenzje książek i eksponują je na półkach. To nie są miejsca czystej komercji. Księgarnia to jest po prostu kapitalizm z ludzką twarzą, którego tak bardzo nam dziś brak. Dobra, duża i piękna księgarnia to także wizytówka miasta. Jeśli miasto jest międzynarodowe, w księgarni są książki w różnych językach.

    Kiedy biegam po mojej ukochanej Warszawie zachwycam się wszystkim poza tym, że większość dobrych księgarń już nie istnieje. Zniknęły, albo zostały zredukowane. Warszawa zaczyna przypominać poksięgarniany grobowiec. I podobnie jest w innych polskich miastach. Jest to kompletnie niezrozumiałe, zważywszy na przykład na to, jak dużo się Polsce odbywa targów książki i jakie tłumy je odwiedzają. Czy włodarze polskich miast tego nie widzą? Czy dlatego skąpią kasy na pomoc księgarniom, bo nawet jeśli trochę im pomagają (Warszawa podobno trochę obniża czynsz), to nadal nie rozumieją, że księgarnia to nie jest ani sklep z butami, ani sklep papierniczy z dodatkiem plastikowych wyrobów z Chin i walającymi się w tyle poradnikami, jak zrobić mu dobrze i jak jeść, a zarazem nie jeść i że dlatego obowiązkiem miast jest WALKA o to, by było w nich mnóstwo wspaniałych księgarń? Księgarnia to jest miejsce, w którym jest półka z klasyką literatury, w którym eksponuje się także to, co niszowe, a szalenie dobre, na przykład filozofię i poezję. To jest takie miejsce, tylko znacząco WIĘKSZE jak warszawskie Korekty, albo Tarabuk, albo Big Book Cafe czy Wrzenie Świata. Grażyna Plebanek pisze na Facebooku ” W Londynie księgarnie żyją. Nowe i używane książki mają się dobrze, a na każdej ulicy handlowej znajduje się przybytek z książkami. Kupują ludzie w każdym wieku. To jakaś zagadka, zwłaszcza wobec doniesień, że w Warszawie nawet tuż przy Uniwersytecie, księgarnie znikają.” I to jest prawda. Słowa Plebanek przypominają mi o wszystkich moich pobytach w najwspanialszych miastach świata, w Nowym Jorku, w Londynie, w Paryżu, w Lizbonie, czy w Tokio w każdym z nich (także w Tokio choć nie znam słowa w języku japońskim) godzinami łaziłam po wspaniałych, ogromnych księgarniach. Księgarnie to są przecież dusze miasta. Nie da się zrozumieć miasta ani kraju bez połażenia po księgarniach.

    www.unsplash.com/Robert Anasch

    Jeśli nie wierzycie, że księgarnie mówią o mieście wszystko, zerknijcie na kilka linków pod tym tekstem i obejrzyjcie sobie zdjęcia i opisy. Są to przewodniki (najnowsze i w pełni aktualne) po najlepszych księgarniach w Londynie, Nowym Jorku, Paryżu i Lizbonie.

    Polska ostatnio trąbi w świat o tym, że się zbroi, trąbi tak głośno i skutecznie, że nawet na ogół olewające nas media szwedzkie również trąbią, że w Europie rośnie nowa potęga, ba nawet mocarstwo. Nie żartuję! I teraz mam tylko takie małe pytanie: kiedy już zostaniemy tym mocarstwem i cały świat będzie chciał do nas przyjeżdżać, o czym będą pisać światowi miłośnicy turystyki księgarnianej (yes! taka istnieje!)? Że w Warszawie najlepiej się udać do mini punktu Bonito na Chmielnej, bo na wystawie jest kilka książek? Czy może wyślemy wszystkich po kubki i makulaturę do Empiku? (A może uratuje nas chociaż ten nowy salon? O Bogowie, niech tak się stanie)

    I na zakończenie – Renata Pol napisała na moim wallu na Facebooku kilka słów o czytelnictwie, które warto teraz przytoczyć:

    Jesteśmy wszyscy coraz bardziej przyklejeni do ekranów. Ekspozycja mózgu na tak silne i szybko zmieniające się bodźce (scrollowanie) z natychmiastową gratyfikacją (lajki, znalezienie informacji) przyzwyczaja go do takiego trybu pracy, zmienia jego chemię, wytycza i utrwala inne ścieżki neuronowe. (…)Nieprzypadkowo słowem roku w Wielkiej Brytanii zostało w tym roku „brain rot” czyli stopniowe gnicie mózgu (pol. odmóżdżanie?) na skutek dostarczania mu miałkiego, popkulturowego, nie rozwijającego kontentu.”

    Nie da się lepiej tego podsumować. W tej rzeczywistości czytanie PRAWDZIWEJ LITERATURY jest jogą dla mózgu, lekiem na całe zło i być może jedyną szansą na to, by nam pod kopułą wszystko do reszty już nie zgniło. W tym kontekście prawdziwa księgarnia jest miejscem świętym, rodzajem szpitala lub sanatorium dla mózgu. Czy naprawdę chcemy żyć w kraju, który stać na to, by już niedługo zostać większą potęgą militarną niż Niemcy i Wielka Brytania razem wzięte, ale nie stać na choć kilka wspaniałych, wielkich księgarń z przemyślanym wyborem książek i prawdziwymi księgarzami?

    NAJLEPSZE KSIĘGARNIE W BOSKICH MIASTACH:

    LONDYN

    https://www.visitlondon.com/things-to-do/shopping/books/top-bookshops-in-london

    NOWY JORK

    https://www.vogue.com/article/best-bookstores-in-new-york-city-a-guide

    https://www.timeout.com/newyork/books/best-bookstores-in-new-york-city

    PARYŻ

    https://frenchly.us/best-bookstores-in-paris/

    LIZBONA

    https://www.portugal.com/activities-experiences/11-bookstores-in-lisbon-you-need-to-visit/

    Ze świątecznymi uściskami dla prawdziwych księgarzy i księgarek,

    Katarzyna Tubylewicz

  • Kto ma prawo do opowieści? Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Co trzeci Szwed marzy o tym, żeby napisać książkę, marzenie to jest tak wielkie, że po drugiej stronie Bałtyku wychodzi dwumiesięcznik „Skriva” (Pisanie) przeznaczony tylko dla osób, które chcą zostać pisarzami. Pismo ma nakład 40 tys. egzemplarzy. Dla porównania dwumiesięcznik Gazety Wyborczej „Książki. Magazyn do czytania” wychodzi w nakładzie 14 tys. i jest to, jak czytam, „na polskim rynku imponująca liczba”.

    Jednak w temacie głodu pisania w Polsce też jest coś na rzeczy. Młodzi ludzie szaleją na punkcie self-publishingu na Wattpadzie. Wywodząca się stamtąd „Rodzina Monet” Weroniki Anny Marczak jest w zasadzie jedyną książką, którą nieustannie promuje największy w Polsce sklep sieciowy, który kiedyś był księgarnią, a teraz są w nim też książki, ale coraz więcej innych rzeczy. Jak jest w zwykłych księgarniach nie wiem, ponieważ w Warszawie właściwie już ich nie ma. Słynący z miłości do książek prezydent miasta ma to ewidentnie w tak zwanym głębokim poważaniu. O tym, co mogłoby zrobić miasto, by pomóc księgarniom napiszę tu także, ale w sierpniu.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Tak czy owak, zarówno w Polsce, jak i w Szwecji mamy dziś do czynienia ze zjawiskiem gwałtownej demokratyzacji rynku (coraz więcej ludzi pisze i wydaje!) W Polsce zjawisko to połączone jest z bardzo niedemokratycznym łamaniem praw pisarzy, np. przyzwalaniem przez państwo na to, by na książkach zarabiali najwięcej dystrybutorzy (takie rzeczy da się regulować prawem). Ostatnio o mały włos nie przeszłaby ustawa, która zapewniała tantiemy aktorom czytającym audiobooki, ale nie dawała ich samym autorom książek – szczęśliwie sprawę uratowała Unia Literacka.

    W Szwecji pisarzy znacznie lepiej chroni prawo, tradycyjne wydawnictwa dają im większe zaliczki niż w Polsce, za to droga do debiutu jest trudniejsza niż w naszym kraju. Tradycyjne wydawnictwa wydają mniej, ale staranniej. Może właśnie dlatego, to tu, w Szwecji, tak bardzo rozwinęły się nowe typy usług pozwalających każdemu, kto tego zapragnie, na wydanie własnej książki.

    Od jakiegoś czasu to autorzy, a nie czytelnicy są największymi konsumentami na rynku” pisze z przekąsem Lukas Adamsson, wydawca tradycyjny, krytyczny względem popularności self-publishingu, który często nie sprzyja literackiej jakości. Krytycy zarzucają tak wydanym książkom niedostatecznie dobrą redakcję. Pisze się też o tym, że książki takie najczęściej znikają, że bez pomocy tradycyjnego wydawcy nie są w stanie zaistnieć w świadomości czytelników. Nie jest to jednak do końca prawda, popularna autorka szwedzkich kryminałów Emelie Schepp  swoją pierwszą książkę „Naznaczeni na zawsze” wydała własnym sumptem. Książka sprzedała się w 40 000 egzemplarzy, dziś jej wznowienia wydaje szacowne wydawnictwo Norstedts, a w Polsce Sonia Draga.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Poza tym w Szwecji od self-publishingu lepiej rozwinął się rynek wydawnictw hybrydowych, które są czymś podobnym, ale jednak innym. Dobre wydawnictwo hybrydowe gwarantuje nie tylko druk, ale także redakcję, korektę i dystrybucję książki, czasem również promocję, wszystko zależy od umowy z autorem i specyfiki wydawnictwa. Istnieją na przykład wydawnictwa hybrydowe, które łączą współpracę z autorami subsydiującymi wydanie swoich książek z tradycyjną działalnością wydawniczą, czyli taką, w której autor dostaje zaliczkę.

    Max Hjelm, dziennikarz „Dagens Nyheter” twierdzi, że fakt, iż branża literacka krytykuje wydawnictwa hybrydowe jest błędem, choć zarazem to zrozumiałe: „że wydawcy i autorzy, którzy już weszli do branży, sprzeciwiają się konkurencji”, zwłaszcza, że „wydawnictwa hybrydowe oferują sposób na obejście strażników, którzy tradycyjnie decydowali, kto może być publikowany.” Według Hjelma nie ma jednak nic złego w tym, że istnieje tradycyjny rynek książki oraz możliwość wydawania książek, które nie są dziełami literackim, za to są czyimś spełnionym marzeniem. Jedni wydają przeznaczone na marzenia pieniądze na drogie zegarki i podróże, a drudzy chcą wydać własną książkę i to „nie musi być nieracjonalne, nawet jeśli wydawnictwo hybrydowe nie oferuje takich samych usług korektorskich, redaktorskich czy marketingowych jak wydawnictwo tradycyjne.” Większość autorów takich wydawnictw nie pragnie też zarobić fortuny „wydają książkę, bo sprawia im to radość.”

    Podobnie myśli o tym pisarka Anita Goldman, która od lat prowadzi kursy pisania autobiograficznego. Większość uczestników jej kursów to osoby starsze. Chcą przeanalizować swoje życie poprzez opisanie go. Nie mają ambicji stania się pisarzami, ale chcą opowiedzieć swoją historię, być może wydać ją w iluś egzemplarzach dla najbliższych. Pisanie bywa doskonałą formą pogłębiania samoświadomości, autoterapią, a także sposobem komunikacji, dokumentem czasu. To z takich powodów pisał Jan Chryzystom Pasek, albo święty Augustyn. Czy mieli prawo do swojej opowieści? Oczywiście, że tak. Czy byli pisarzami? Czy trzeba być pisarzem, żeby pisać? Czy trzeba być pisarzem, żeby wydać opowieść o swojej rodzinie? Albo swój pamiętnik?

    www.unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Bardzo mnie ten temat fascynuje, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu sama prowadzę kursy pisania. Są na nich wyjątkowo zdolni ludzie i wiem, że za jakiś czas bardzo tradycyjne wydawnictwa wydadzą świetne książki niektórych z nich. Ale na kursach pojawiają się też osoby, które chcą pisać, żeby lepiej zrozumieć siebie. Albo opowiedzieć jedną, ważną dla ich życia historię. Albo pobyć z innymi kochającym czytanie i pisanie ludźmi.

    Rynek wydawnictw hybrydowych (nie mylić z czystym self-publishingiem) dopiero się w Polsce rozwija. Bardzo jestem ciekawa, czy wywoła to jakąś debatę. Na pewno jest tak, że ta kolejna rewolucja na rynku, która oznacza, że każdy, kto może przeznaczyć na ten cel jakąś sumę, może wydać książkę ma w sobie elementy irytujące i niepokojące, zwłaszcza dla ludzi pióra w tradycyjnym stylu, wydających w tradycyjnych wydawnictwach (sama do takowych należę) i mających ambicję tworzenia prawdziwej literatury. W Polsce może to uwierać jeszcze bardziej niż gdzie indziej. No bo skoro przeciętny pisarz strasznie mało na swoim pisaniu zarabia, skoro książki jako produkt półwartościowy przeceniane są od dnia premiery, a Ministerstwo Kultury w swojej trosce o prawa autorskie myśli raczej o aktorach niż o ludziach pióra, to fajnie byłoby mieć chociaż poczucie, że naprawdę nie każdy, o nie każdy może wydać książkę.

    Chciałoby się też myśleć, że książka to jest zawsze produkt odchuchany przez redaktorów, wypieszczony przez korektę, pięknie wydany i tak wartościowy, że obcowanie z nim jest rozwijające. Szkopuł w tym, że od dawna znajdujemy się w sytuacji, gdy także tradycyjne i niby dobre wydawnictwa wydają książki z byle jak zrobioną redakcją, albo w fatalnych przekładach (nie będę już rzucała tytułami i nazwiskami, ale kto śledzi polski rynek wydawniczy, ten wie).

    Może w takim razie nie ma co udawać, że książki są zawsze literaturą, a pisać mogą tylko profesjonalni pisarze i ludzie obdarzeni literackim talentem. Może jest tak, że każdy ma prawo do swojej opowieści, a pisanie może być nie tylko sztuką, ale także terapią, podtrzymywaniem rodzinnej pamięci, poszukiwaniem siebie, głęboką komunikacją? Może to po prostu głęboko ludzkie, może opowiadam, więc jestem?

    Katarzyna Tubylewicz

  • Nowa szansa na ratowanie polskiego czytelnictwa? Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Wyobraźmy sobie instytucję kultury, która ma wręcz nadmiar dużych i bardzo atrakcyjnych lokali w całym kraju oraz sporo pieniędzy i pracowników, którzy dwoją się i troją, by aranżować wydarzenia kulturalne na najwyższym poziomie. W jednym z lokali naszej tajemniczej instytucji w samym centrum Sztokholmu można było w ostatnim czasie wziąć udział w świetnym festiwalu literackim, a potem w sympozjum na temat seksualności w filmach Bergmana, posłuchać „Purple Rain” Prince’a i najlepszych utworów Stinga w wykonaniu chóru (pięknie tak, że miał człowiek ciarki) i wziąć udział w tęczowej potańcówce organizowanej z okazji toczącego się w mieście festiwalu Pride. Poza tym przez cały rok można było tam wpadać na spotkania z pisarzami, a czasem obejrzeć też spektakle tańca współczesnego, na przykład w wykonaniu genialnej Finki Virpi Pahkinen. I wszystko to za darmo! W przepięknym budynku z XVII wieku wzniesionym na planie rotundy, z marmurową podłogą pod stopami, wśród rzeźb i obrazów. Jest to tylko jeden z przykładów lokalnej działalności instytucji, która oferuje podobne programy w całym kraju, na Targach Książki w Göteborgu ma swoją własną scenę, na której pojawiają się najlepsi pisarze, a poza tym rozdaje hojne stypendia i nagrody kulturalne. Co to za cud instytucjonalny spytacie? Jakaś nowa sieć super domów kultury? Nie wiem, czy Was to zdziwi, czy nie, ale chodzi o Kościół Szwecji.

    www.unsplash.com/Karl Fredrickson

    Tak, protestancki Kościół Szwecji działa w najbardziej zsekularyzowanym kraju świata, bo tak Szwecję opisują socjolodzy i w związku z tym znalazł sobie w ostatnich latach wiele nowych obszarów działalności. Wiernych nie ma na mszach, ale na niektóre spotkania literackie przychodzą tłumnie i wtedy też można, choć nie trzeba, rozmawiać o wartościach. W kościołach odbywają się też zajęcia medytacji, lekcje jogi, a także warsztaty szycia i reperowania odzieży prowadzone przez uchodźców (chodzi o to, by jednocześnie działać na rzecz ekologii i niewyrzucania ubrań i na rzecz integrowania nowoprzybyłych). Generalnie jest tak, że Kościół Szwecji szuka nowych dróg na to, by dawać ludziom szansę na przeżycia wspólnotowe i coś dobrego, a mało jest tak dobrych przeżyć wspólnotowych, jak ciekawa rozmowa poprowadzona z autorem książki. We wspomnianym wcześniej kościele Hedvig Eleanora na sztokholmskim Östermalm wywiady z pisarzami prowadzi często proboszcz Sven Milltoft, który jest z wykształcenia nie tylko teologiem (szwedzcy pastorzy kończą studia na zwykłych uniwersytetach i dopiero potem robią rok seminarium), ale też psychoanalitykiem, więc do rozmów o książkach chętnie wplata myśli Junga i Freuda.

    I tak się właśnie zastanawiam. I„can’t help but wonder” jak napisałaby Carrie Bradshaw z trochę już zapomnianego „Seksu w wielkim mieście” : czy nie mamy tu czegoś ciekawego do ściągnięcia i zaaplikowania po drugiej stronie Bałtyku?

    www.unsplash.com/Dolina Modlitwy

    Polska jest tym krajem, w którym dokonuje się obecnie najszybsza na świecie sekularyzacja, zaufanie do Kościoła Katolickiego spadło w ostatniej dekadzie z 65 do 48 procent i polscy socjolodzy zaczynają opisywać zjawisko jako sekularyzację „galopującą”. W ostatnim dwudziestoleciu aż o jedną trzecią spadła liczba regularnie praktykujących, dramatycznie spada też liczba uczniów chodzących na religię i rośnie grupa ludzi, którzy określają się mianem „raczej niewierzących”. Można mieć zatem pewność, że liczba uczestników mszy też będzie gwałtownie spadać, a kościołów jest ci u nas w bród, często tak wielkich jak przypominająca gigantyczne ufo Świątynia Opatrzności Bożej w Wilanowie. Czy nie czas, aby kościoły w Polsce zaczęły też stawiać na promocję literatury? Upieram się, że przeżywanie kultury ma bardzo wiele wspólnego z duchowością.

    A jeśli myślicie, że takie rzeczy możliwe są tylko Kościele Szwecji, który wydaje się szczególnie otwarty i tolerancyjny, to powiem tylko, że historycznie było wręcz przeciwnie.

    W porównaniu z luterańską teokracją, w której uścisku znalazła się w XVII wieku Szwecja, Iran ajatollahów to festiwal tęczowych rodzin” – twierdzi dziennikarz Per Svensson, a Göran Hägg, autor książki Gud i Sverige (Bóg w Szwecji), dowodzi, że Szwecja już pod koniec XVI wieku stała się państwem wyznaniowym, w którym duchowieństwo pełniło funkcję „rządzącej partii i tajnej policji”. No i proszę, dziś ten sam Kościół Szwecji jest centrum kultury, tęczowej wolności i literatury. Myślę, że wystarczy odrobina cierpliwości oraz podsuwanie polskim duchownym dobrych pomysłów i może się zdarzyć, że będziemy mieli w Polsce bardzo dużo nowej przestrzeni na promocję literatury i czytelnictwa. Co Wy na to?

    Katarzyna Tubylewicz

  • Najodważniejsza książka świata – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nie ma większej odwagi w literaturze niż ta, którą mają pisarki tworzące autofikcję. Oczywiście nie chodzi o naiwną autobiograficzność, o ekshibicjonizm rodem z mediów społecznościowych. Po prostu zdarzają się czasem autorki jak noblistka Annie Ernaux, które w autobiografizmie potrafią wyrazić ducha czasów i dotrzeć do najgłębszej prawdy o ludzkiej egzystencji. I taką właśnie pisarką jest Agneta Pleijel, moim zdaniem znacznie lepsza od Ernaux (którą też uwielbiam). Trochę pech, że jest Szwedką, bo Szwedzi Nobla dostają wyjątkowo rzadko, a ona go dostać powinna.

    Kiedy zaczęła pisać prozę, a powieścią debiutowała późno, po czterdziestce, starszy kolega Per Olov Enquist doradził, żeby pisała o tym, co ją boli. Posłuchała go. Potrafi być bezwzględna w obnażaniu własnych ran, życiowych błędów, kompleksów, traum i obszarów niepewności. Kiedy pisała swoją najnowszą powieść, trzecią część autobiograficznej trylogii, jej mantrą było, że w literaturze nie wolno tchórzyć. I nie stchórzyła, o nie. Myślę wręcz, że napisała jedną z najodważniejszych i najbardziej wyzwalających książek, jakie w życiu czytałam. I niby nie powinno się mówić o kobiecym wieku, ale jednak trzeba, bo „Sniglar och snö” -„Ślimaki i śnieg” napisała osoba po osiemdziesiątce. Złamała tą książką wiele tabu i zaprzeczyła licznym stereotypom. Wśród nich przekonaniu, że z wiekiem stajemy się bardziej konserwatywni i niezdolni do zmieniania rzeczywistości, że tylko młodość – buhahahahaha- jest wizjonerska, śmiała i zbuntowana.

    Odwaga, także w świecie literatury, jest uniwersalna, ale zawsze ma swój kontekst społeczny i kulturowy i to od kontekstu zależy, czym brak strachu się wyraża. Bo w braku strachu zazwyczaj chodzi o to, by iść pod prąd, wbrew cudzym oczekiwaniom. Pleijel jest szwedzką intelektualistką i feministką, która jak podsumowała to recenzentka „Svenska Dagbladet” : „z precyzją pokazuje, czym jest podejmowanie decyzji będących całkowicie wbrew naszym przekonaniom o tym, czym jest niezależność i wyzwolenie”.

    Jakie są te współczesne przekonania niezależności w indywidualistycznej, nowoczesnej Szwecji? Może zacznę od anegdoty. Jakiś czas temu rozmawiałam ze szwedzką znajomą, moją rówieśniczką. Powiedziała mi, że we wczesnej młodości nigdy, przenigdy nie marzyła o namiętności. Albo o romantycznej miłości. Absolutnie nie! Chciała związku równouprawnionego, tylko to ją interesowało. Niestety relacja, w której wychowała dzieci za bardzo równouprawniona nie była i dlatego się rozpadła. Słuchałam jej w zdumieniu. Nie z powodu informacji, że także w szwedzkich związkach równouprawnienie nie działa. Poraził mnie raczej brak marzeń o namiętności. Przez głowę przemknęła myśl: czy Karl Ove Knausgård miał rację, kiedy napisał, że Szwedzi są jednookimi cyklopami, ofiarami inżynierii społecznej? Czy myślenie feministyczne i życie w kraju wielkiego równouprawnienia oznacza, że nie możemy już oszaleć z miłości? Dążyć do niej? Nie można już łączyć namiętności z jakąś formą trancendencji? Czy jeśli to robimy jesteśmy naiwne i głupie?

    Otóż nie, ale tylko wtedy, gdy mamy w sobie odwagę i wewnętrzną uczciwość. Taką jak Agneta Pleijel. Czytelnicy dwóch pierwszych tomów jej trylogii, czyli „Wróżby” i „Zapachu mężczyzny” (po polsku w świetnych przekładach Justyny Czechowskiej), wiedzą, że Pleijel z bezwzględną szczerością opowiedziała o sobie dwudziestoletniej i trzydziestoletniej lądującej w bardzo przypadkowych łóżkach z równie przypadkowymi mężczyznami. Wszystko w imię bycia wolną i nowoczesną, inną niż jej złamana rozpadem małżeństwa, wyznająca tradycyjne wartości matka. Bohaterka Pleijel, o której autorka pisze raz w pierwszej, a raz w trzeciej osobie, zawsze szukała wielkiej miłości, ale bardzo długo znajdowała głównie seks, chwile epifanii oraz prześladujące ją poczucie, że nie jest warta miłości i nigdy jej nie znajdzie (napisanie czegoś takiego w racjonalnym kontekście szwedzkim jest, uwierzcie mi, dużą odwagą). W trzecim tomie autobiograficznej powieści bohaterka Pleijel czyli ona sama ma już czterdzieści lat, dziecko, nieudane małżeństwo za sobą i jest pierwszą w historii kobietą-szefową działu kultury dziennika „Aftonbladet”. Poza tym jest cenioną dramatopisarką i poetką, planuje powieść i jest też wiecznie czyjąś kochanką, trochę taśmowo zalicza kolejne nieudane romanse. Wszystko do chwili gdy pojawia się on, M. Oczywiście zarówno w Szwecji jak i w Polsce czytelnicy Pleijel wiedzą kim jest M – to jej mąż od lat przeszło czterdziestu, wybitny reportażysta Maciej Zaremba. O różnicach w szwedzkim i polskim stosunku do miłości i erotyki opowiedzieli w mojej książce „Szwedzka sztuka kochania”.

    Maciej Zaremba Bielawski, fot: smakksiazki.pl

    Ślimaki i śnieg” to przede wszystkim (choć nie tylko!) historia ich związku bez odrobiny pudru. Związku widzianego tylko od strony kobiety. To opowieść o miłości prawdziwej, ale zupełnie nieprzefiltrowanej. I jest to miłość wielka. Porozumienie dusz i ciał. Miłość zbuntowana i odważna, bo ona jest od niego o 11 lat starsza, a kiedy się poznają  jest znaną szwedzką intelektualistką, podczas gdy on operatorem dźwigu z Polski. Jednak potem nic nie jest jak w bajce. Kochają się, ale mają problemy: finansowe, z dziećmi z poprzednich związków, z pracą. Dzień po ich ślubie córka Agnety zostawia jej w pokoju karteczkę „Nie mam już mamy”. Z kolei parę tygodni przed ślubem narzeczona dowiaduje się, że ukochanemu za czas jakiś urodzi się kolejne dziecko – owoc relacji w Polsce, gdzie jeździł z pomocą Solidarności. Co robi narzeczona? Odchodzi odziana w feministyczny pancerz, indywidualistycznie szczęśliwa, że postawiła na siebie? Na swój rozwój? Otóż nie. Ona wybacza, bo kocha, biorą ślub. Intelektualna ikona feminizmu, pierwsza kobieta zarządzająca działem kultury w wielkiej gazecie w pełni świadomie dokonuje wyboru zupełnie niezgodnego z duchem epoki, ale w pełni zgodnego z nią samą. Przeżywają razem jakieś dziesięć dobrych lat. Wtedy M oznajmia Agnecie, że nadal ją kocha, ale kocha też inną kobietę, Polkę. 

    Agneta Pleijel, fot: Goran Segeholm/Norstedts

    Chce żyć z tamtą, wyjeżdża do niej, ale nie chce tracić żony. Co robi silna, niezależna finansowo, samoświadoma pisarka odnosząca sukcesy? Czeka na M, sypia z nim, kiedy przyjeżdża do Sztokholmu, kocha, cierpi, pije, pali, podróżuje, ma innych kochanków, chodzi na jungowską psychoanalizę, pracuje i tęskni. Trwa to kilka lat, a kiedy w końcu chce z nim zerwać na zawsze, on do niej wraca. I ona mu wybacza. I nie jest tak, jak mówią „ludowe mądrości”, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a po zdradzie związek już nigdy nie będzie dobry. Właśnie po zdradzie staje się lepszy, nareszcie szczęśliwy , może dlatego, że oboje dojrzeli i coś zrozumieli. Powiecie: banalna historia, schemat stary jak świat, albo: po co grzebać w tym, co było, a nie jest. Powiecie: skandal. Powiecie: typowy facet, jak mógł? Powiecie: jak ona mogła? Dlaczego tak nisko się ceniła?. Ale powieść Pleijel pokazuje, że nic z tego, co przed chwilą z siebie wyrzuciliście pod wpływem miliona dość płytkich kulturowych przekonań (także na temat zdrady) nie jest prawdą. To znaczy może jest waszą prawdą, ale jej, bohaterki Pleijel już nie. Rację miał za to hinduski filozof Jiddu Krishnamurti, gdy mówił „Niedojrzałość polega jedynie na zupełnej nieznajomości siebie. Zrozumienie samego siebie jest początkiem mądrości”. Pleijel w całej swojej trylogii pokazuje, czym jest dochodzenie do zrozumienia siebie, swojej drogi i tkwi w tym wielka mądrość. A poza tym czy to nie jest dowód prawdziwej miłości, że mężczyzna, który jest zawsze pierwszym czytelnikiem swojej żony, nie robi w jej powieści o niej, ale przecież także trochę o nim, żadnej poprawki, która miałaby go wybielić?

    Ślimaki i śnieg” to opowieść o jednostktowym doświadczeniu, o prawdzie jednej kobiety, jednej patchworkowej rodziny, jednego związku, ale zarazem historia uniwersalna, której autorka podjęła ryzyko absolutnej, boleśnie pięknej uczciwości. Ryzyko, które dla wielu ludzi jest niemożliwe do podjęcia nawet w myśleniu o sobie, co dopiero w pisaniu o swoich wyborach i życiu. No i jest to książka genialna, wywracająca do góry nogami wiele przekonań. Czekajcie na nią i nie przegapcie. Justyna Czechowska twierdzi, że przekład powinien być gotowy za jakiś rok.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Dostojewski w Sztokholmie. Styczniowy felieton Katarzyny Tubylewicz

    Kiedy wychodzimy z synem ze sztokholmskiego teatru Dramaten malowniczo położonego nad wodą, przy eleganckiej Strandvägen, znowu pada śnieg, a przyćmione światło latarń powoduje, że Sztokholm sprawia magiczne wrażenie. Jednak nie dlatego mamy poczucie, że to najlepszy wieczór od wielu tygodni. Zobaczyliśmy właśnie genialny spektakl, tak wizjonerski, mistrzowsko zagrany i poruszający, że długo nie możemy przestać o nim z rozmawiać. To „Zbrodnia i kara” w reżyserii Chorwata, Olivera Frljića, reżysera o którym od lat głośno w Europie. Mam poczucie, że to właśnie dzięki jego wschodnioeuropejskiej duszy po raz pierwszy (naprawdę!) zobaczyłam w szwedzkim, zazwyczaj mieszczańskim i nieciekawym teatrze, coś wybitnego. No a poza tym: Dostojewski to Dostojewski. Głębia.

    Drogę bombom i czołgom zawsze torują książki” napisała Oksana Zabużko w słynnym i przetłumaczonym na wiele języków eseju dowodzącym, że literatura rosyjska jest od wieków narzędziem rosyjskiego imperializmu. To radykalny, zrodzony z rozpaczy i przerażenia wojną tekst, w którym ukraińska pisarka dowodzi między innymi że: „(…) ci, którzy zgwałcili w Buczy 11-letniego chłopca, a matkę przywiązali do krzesła, żeby to oglądała, to ci sami bohaterowie wielkiej rosyjskiej literatury – zwykli Rosjanie, tacy sami jak sto i dwieście lat temu (…) literatura jest odpowiedzialna za to, na kogo wyrośli.” Według Zabużko nie powinno się już czytać Dostojewskiego, nie i jeszcze raz nie.

    Tekst Zabużko wpisuje się w silnie rezonującą w Polsce myśl o tym, że z uwagi na trwającą agresję Rosji na Ukrainę, całą rosyjską kulturę, w tym oczywiście rosyjską literaturę, najlepiej po prostu „cancelować” czyli wykasować z pamięci. Teraz nie czytamy Rosjan, nie wypada. Nie chodzimy też na teatralne adaptacje rosyjskich powieści o ciemnej stronie ludzkiej duszy.

    Esej Oksany Zabużko został opublikowany także w szwedzkim „Dagens Nyheter”, ale nie wywołał tu specjalnej dyskusji. Może dlatego, że Szwedzi nie mający jak na razie czegoś takiego jak kanon lektur obowiązkowych w szkołach, nie czytają dużo klasyki i nie czują się przez nią kształtowani. Zawsze trudno było mi wytłumaczyć szwedzkim znajomym znaczenie romantycznej literatury w Polsce, jej wpływ na nasze marzenia, narodowe mity i idiosynkrazje.

    Tak czy owak, przyznam, że nie zastanawiałam się nad tym, czy w czasie wojny wypada mi iść na „Zbrodnię i karę”. Chciałam zobaczyć w roli Raskolnikowa młodego szwedzkiego aktora Gustava Lindha, którego jestem psychofanką i o którym niebawem usłyszy świat (wspomnicie moje słowa). Byłam też ogromnie ciekawa kolejnego spektaklu Olivera Frljića, tego samego, którego kontrowersyjna „Klątwa” w Teatrze Powszechnym doprowadziła do histerii polityków PiS oraz całą polską konserwę. Tego, który pracował w Teatrze Starym w Krakowie nad „Nie-boską komedią”, skandalizującym spektaklem, którego ostatecznie nie pokazano nigdy publiczności, bo Frljića szczególnie interesowało ukazanie antysemityzmu Krasińskiego, a Krasiński to przecież jeden z polskich romantycznych bogów. Wiem, że Dostojewski był nacjonalistą i miał nieprzyjemne poglądy polityczne, ale wiem też, że był zesłany na Sybir za lekturę niewłaściwych książek, a przede wszystkim uważam „Zbrodnię i karę” za książkę fascynującą i zawsze aktualną. Niezależnie od tego, co myślał o Ukraińcach i Polakach jej autor.

    W sztokholmskiej wersji „Zbrodni i kary” wbrew temu, czego można by się spodziewać nie ma żadnych prób nawiązywania do aktualnej sytuacji politycznej na świecie. Frljić skupia się na pytaniach o istotę prawa i o to, czy kara może doprowadzić do moralnego odrodzenia. Interesuje go szukanie źródeł przemocy w społecznej niesprawiedliwości i głęboko ukrywany fakt, że choć lubimy mówić, że życie ludzkie jest najwyższą wartością, to jednak w ludzkim świecie wartość życia jednostek nie jest równo wyceniana. Eksponuje też wieloznaczność i polifoniczność tekstu Dostojewskiego.

    Zapytany przez szwedzkiego dziennikarza – tylko jednego i co ważne, o polskich korzeniach – czy nie uważa, że wystawianie dzieła Dostojewskiego w czasie, gdy trwa wojna, jest nadużyciem, Frljić odpowiedział zdecydowanie, że jest przeciwny cancel culture. Poza tym gdybyśmy mieli usuwać z naszych półek książki pochodzące z krajów, które na jakiś inny kraj napadły lub go okupowały, strasznie mało bym nam zostało do czytania. Czy Wietnamczycy powinni zabronić czytania Balzaca, bo byli kolonizowani przez Francję? Czy z tego samego powodu w krajach kolonizowanych niegdyś przez Wielką Brytanię należy zakazać Dickensa?

    Sam Frljić żyje od 1992 roku w Chorwacji, do której przyjechał jako uchodźca z Bośni w czasie wojny w Jugosławii. Twierdzi, że w tamtym okresie z chorwackich bibliotek wyrzucono książki serbskich autorów i …do dziś do nich nie powróciły. Używanie serbskich słów w czasie wojny groziło w Chorwacji pobiciem i teraz, dość długo po wojnie, nie jest tam dobrze widziane. Słowa te przypomniały mi moje rozmowy z Dianą, bardzo młodą uchodźczynią z Charkowa, którą przez jakiś czas zajmowałam się w Sztokholmie. Diana marzy o tym, żeby pisać książki. Jest Ukrainką, nienawidzi Putina i wojny, ale to nie zmienia faktu, że najbliższym jej sercu językiem, tym, którym najlepiej włada i w którym najlepiej pisze jest rosyjski, a nie ukraiński. Czy ma o nim zapomnieć? Czy ma zrezygnować ze swojego pierwszego języka, dlatego, że Putin jest tyranem, a rosyjscy żołnierze niszczą jej rodzinne miasto? Czy wyrzucenie z głowy języka, który się od dziecka kocha nie jest kolejną formą gwałtu? Czy po tym jak Putin zniszczył jej kraj i miasto, ma też prawo odebrać jej język?

    Czy nie jest także gwałtem przymusowe zapominanie o książkach, które są dla nas ważne, ponieważ trwa wojna?

    Tematy te zaprzątają moją polską głowę, ale dla szwedzkiej publiczności oglądającej „Zbrodnię i karę” w Dramaten nie wydają się specjalnie ważne, nie przeszkadzają po wielokroć zasłużonym, entuzjastycznym owacjom.

    A poza tym wiecie co? Jeden z moich szwedzkich kolegów zapytał mnie podczas lunchu, czy ten Dostojewski to w ogóle był Rosjaninem czy Polakiem. Jak już pisałam, braki intelektualne zdarzają się w Szwecji w najlepszym towarzystwie, ale mam wrażenie, że „Zbrodnia i kara” w Dramaten tak naprawdę nie ma w sobie nic z Rosji. Jest głęboko uniwersalna, a jeśli aktualna, to w wyczuleniu reżysera na destrukcyjny wpływ różnic klasowych i majątkowych. To spektakl szwedzko-chorwacko-serbski (bo sam Frljić jest wychowanym w Bośni dzieckiem Chorwatki i Serba) z elementem polskim, bo w międzynarodowej ekipie pracującej nad nim znalazł się też Polak. A tak naprawdę: dzieło całkowicie ponadnarodowe i uniwersalne. Takie, który zmusza do myślenia, powala sceniczną wyobraźnią i czyni ludzi mądrzejszymi. A mądrzy ludzie nie wszczynają wojen. Tak by się przynajmniej mogło wydawać, albo…marzyć.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Millenijny produkcyjniak? Grudniowy felieton Katarzyny Tubylewicz

    – Książka jest świetna, wspaniałe portrety bohaterów, ale czy dałoby się zmienić fabułę? – zapytał redaktor szwedzkiego wydawnictwa autora docenianych powieści grozy, Johna Ajvide Lindqvista. Stało się to po tym, jak mu zaproponowano (na próbę!) napisanie 100 stron kolejnego tomu „Millennium”.

    Lindqvist doręczył wydawnictwu 350 stron – całą, siódmą już z kolei, powieść o Lisbeth Salander. Wydawnictwo uznało jednak, że zawiera ona zbyt wiele humoru oraz seksu, a poza tym… no właśnie… trzeba by zmienić fabułę.

    Także Lindqvist nie zarobi milionów koron. Zarobi je kto inny, a dokładniej inna. A milionów może być sporo.

    Karin Smirnoff, fot: smakksiazki.pl

    David Lagercrantz za napisanie trzech tomów kontynuacji trylogii Stiega Larssona wzbogacił się o 80 milionów koron, czyli jakieś 42 miliony złotych. Ile zarobi Karin Smirnoff, trzecia z kolei autorka tego samego cyklu, to jeszcze się okaże. Jej „Krzyk orła bielika” ma niezłe recenzje. Ale to książkę Lindqvista, reklamowaną jako powieść, która miała być kolejnym tomem „Millennium” nominowano do nagrody dla najlepszego szwedzkiego kryminału roku. Lindqvist stwierdził, że pal sześć, nie wyrzuci tego, co napisał, zmienił tylko imiona bohaterów i wydał w innym wydawnictwie. Jego produkt książkowy został uratowany!

    Czy moja zgryźliwość wyrażona w słowie „produkt” podyktowana jest zazdrością? Sama nie wiem… Nie da się ukryć, że lubiłabym zarobić na pisaniu chociaż jeden milion. Z drugiej strony, pielęgnuję w sobie romantyczne wyobrażenie, że każda książka, także kryminał, powinna rodzić się z potrzeby powiedzenia czegoś ważnego i oryginalnego. Że nie powinna być tylko zmyślnie skleconą i robiącą kasę intrygą.

    Ale czy moje marzenie o tym, by pisarz coś znaczącego mówił nie jest po prostu czkawką z poprzedniego systemu, który trochę jeszcze pamiętam? Tego, w którym pisarz mógł na przykład być opozycjonistą? Prowadzić odważne gry z cenzurą? Dodawać innym odwagi? Inna rzecz, że to właśnie w poprzednim systemie pisano też produkcyjniaki. Czym dokładnie były, musiałam sobie sprawdzić, kiedy ponownie czytałam Dubravkę Ugrešić. Do jej esejów wracam często, żeby poczuć bliskość z osobą tak jak ja nie do końca odnajdującą się we współczesnym świecie literackim (nie żebym odnajdywała się w poprzednim świecie literackim, komunizm zakończył się, gdy chodziłam do szkoły).

    Tak czy owak, Ugrešić twierdzi, że współczesne bestsellery gatunkowe mają wiele wspólnego z socrealistycznymi produkcyjniakami. Tu pozwolę sobie na wyjaśnienie, że produkcyjniakami nazywano słuszne ideologicznie powieści o socjalistycznej przebudowie kraju. W Polsce, jak się okazuje, pisywali je na zamówienie władzy nawet wielcy. Przykładem niech będzie Przy budowie Tadeusza Konwickiego z 1950 roku. W produkcyjniakach czasów stalinizmu liczyła się lojalność względem idei i systemu, we współczesnych produkcyjniakach liczy się lojalność względem oczekiwań rynku.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Kto pracuje w publishing industry, przemyśle wydawniczym? Wrażliwe dusze opętane przez Muzy? Czy też robotnicy przemysłowi, a wśród nich, zapewne, znajdą się inżynierowie?” pyta Ugrešić. Chodzi jej tu rzecz jasna o inżynierów ludzkich dusz, jak nazywał pisarzy sam Józef Stalin. Nie trzeba kupować narodu, wystarczy mieć inżynierów dusz i to zupełnie załatwia problem zniewolenia” twierdził.

    Czy narody, które zamiast dyktatorów mają cholernie bogate wydawnictwa, które preferują wydawanie produkcyjniaków, zamiast dzieł głębokich i wielkich mogą i tak odetchnąć z ulgą? Sama nie wiem. Wolność to, czy nowa forma zniewolenia umysłu?

    Jeśli chodzi o perypetie wokół „Millennium” to  trylogia Lagercrantza miała być końcem serii i jej trzeci tom reklamowano jako „grande finale”. Jednak znana już z pewnej pazerności rodzina zmarłego Stiega Larssona zdecydowała, że chce więcej tomów o znoszących złote jaja bohaterach – Lisbeth i Mikaelu. Zerwano więc umowę z wydawnictwem Norstedts i rozpoczęto współpracę z norweskim magnatem hotelowym Petterem Stordalenem, który wpadł na pomysł wejścia z przytupem na rynek wydawniczy. Na potrzeby wydania kontynuacji „Millennium” założył wydawnictwo Strawberry. Niestety w trakcie pandemii rynek hotelarski się załamał, więc nasz magnat zbiedniał i sprzedał prawa do „Millennium” wydawnictwu Polaris, a ono zatrudniło do napisania kolejnych tomów najsłynniejszego kryminału świata swoją autorkę, Karin Smirnoff. Pisarka ta wcześniej nie pisała prozy gatunkowej i jest to jej teraz wytykane w recenzjach, bo i u niej z fabułą mogłoby podobno być lepiej. Za to mieszka w Norrlandii niedaleko miejsca, w którym wychował się Stieg Larsson. A to już wystarczy, żeby zbudować kolejną łatwą do sprzedania w świat opowiastkę reklamową. Z okazji premiery książki do rodzinnej miejscowości Smirnoff zwieziono na piarowską wycieczkę  przedstawicieli wydawnictw i agentów z całego świata.

    Sama Smirnoff pisząc „Krzyk orła bielika” musiała się przede wszystkim pilnować w kwestiach stylu, bo język jej wcześniejszych książek był zbyt poetycki na kryminał. Twierdzi jednak, że nie było to dla niej trudne, bo „to tak naprawdę nie jest jej opowieść”. Jeśli nie jej, to czyja? Trudno ustalić.

    Poza tym wszyscy rozumiemy sytuację. Są wielkie pieniądze, które można zarobić. Czytelnicy pragną swoich bohaterów. Autorka ma szansę zapewnić przyszłość sobie i dzieciom. Kolejny produkcyjniak opuszcza więc wydawniczą fabrykę i nie ma wątpliwości, że popłyną za nim następne.

    Czy jest to wesołe, czy może jednak trochę smutne? Normalne czy odrobinę kontrowersyjne? Czy Stieg Larsson przewraca się w grobie? Czy jego partnerka życiowa Eva Gabrielsson, która nie zgadzała się na żadne kontynuacje, ale na nic nie ma wpływu, ma jeszcze na głowie jakiś włos, który może osiwieć?

    A może po prostu już tak jest, że inżynierowie ludzkich dusz w żadnym systemie nie są wolni? Rządzą nimi albo dyktatorzy, albo wspomniana wcześniej mamona?

    Katarzyna Tubylewicz

  • Bez kanonu, ale z miłością do literatury oraz nowa teoria względności. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    – A kto to był ten Goethe? – zapytał mnie mój szwedzki znajomy, który jest świetnym lekarzem, a do tego bywałym w świecie i błyskotliwym człowiekiem. Staliśmy właśnie przed czarno-białym portretem Johanna Wolfganga, który nie wiadomo czemu wisiał na ścianie hotelu w pewnej narciarskiej miejscowości. Moje wytresowane w polskich szkołach inteligenckie serce stanęło z wrażenia. Człowiek z wyższym wykształceniem nie wie, kto to był Goethe!!! O Jezusie… Szwed nie wydawał się skonfundowany swoją niewiedzą, za to ja wstydziłam się za niego (kobiety tak czasem mają).

    Podobnie poczułam się wiele lat temu, kiedy mój niewychowany w Polsce narzeczony, człowiek po dwóch wydziałach, zasnął w kinie na filmie Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”. Chciałam mu przybliżyć nasz skarb narodowy i oto: ekranizację wielkiej epopei spotkał afront! Inna rzecz, że sama też się nudziłam, ale nie spałam. Nie spałam!

    Niedawno byłam na ciekawej konferencji humanistycznej. Podczas kolacji prowadziłam długie rozmowy z wybitnie inteligentnym duńskim profesorem literaturoznawstwa. Szalenie się zainteresował nieznaną mu książką zupełnie nieznanego w Danii autora, o której powiedziałam, że cenią ją sobie Polacy. Chodziło o … „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Nie słyszał o tej powieści. Obiecał, że przeczyta. Moje serce tym razem nawet nie zadrżało, bo przyzwyczaiłam się do tego, że w różnych krajach są różne kanony literackie, a skandynawskie podejście jest z zasady mało kanonicznie. Cóż począć.

    fot: unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Inna rzecz, że akurat w Danii wylansowano w roku 2006 książkę dla szkół składającą się z fragmentów 108 duńskich utworów literackich i innych dzieł kultury, które trzeba znać oraz informacji o innych ważnych dziełach kultury wartych zapamiętania. Były tam bajki Andersena, zdjęcie budynku opery w Sydney zaprojektowanego przez duńskiego architekta Jørna Utzona oraz sugestia, by obejrzeć film Larsa von Triera „Idioci”.

    Sam von Trier na wiadomość o stworzeniu kanonu dla szkół zareagował bardzo krytycznie. Stwierdził, że każdy kanon jest narzędziem politycznej i nacjonalistycznej propagandy.

    W Szwecji nie ma ani kanonu, ani lektur obowiązkowych, w związku z czym mój syn po ukończeniu bardzo dobrych szkół szwedzkich, zabrał się już na własną rękę za czytanie Kafki i Dostojewskiego oraz zgłębianie, czym różni się renesans od baroku. Z kolei przewodnicząca szwedzkiej partii Chrześcijańskich Demokratów, która to partia (obecnie w rządzie) od dłuższego czasu uparcie walczy o stworzenie listy książek, które w szkole trzeba przeczytać, wykazała się jakiś czas temu w telewizji kompletną ignorancją w temacie klasyki literatury szwedzkiej. Zadano jej kilka pytań o autorów znanych książek i na żadne nie odpowiedziała prawidłowo. Nie wiedziała nawet, że szwedzki klasyk nad klasykami powieść „Gösta Berling” jest autorstwa noblistki Selmy Lagerlöf. Sama do szwedzkich szkół nie chodziłam, ale znam klasykę szwedzkiej literatury, prawdopodobnie dlatego, że mam wbite do głowy, że bez solidnych podstaw nie da się nigdzie poszybować  intelektualnie. Ale może nie wszyscy muszą latać.

    Tak czy siak, jest rzeczą znamienną, że nowy centro-prawicowy rząd w Szwecji chce z jednej strony radykalnych ograniczeń polityki migracyjnej i ochrony szwedzkich wartości, a z drugiej obiecuje rozpoczęcie prac nad stworzeniem szwedzkiego kanonu dzieł kultury dla szkół.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Wywołało to debatę i dużo krytycznych głosów:

    Nie chcę mieć poglądów na temat tego, jakie książki powinny być w kanonie literackim, ponieważ kanon, bez względu na to, co w nim jest, to narzędzie represji (…) Pragnie się stworzyć tak zwaną wspólnotę wartości i dołożyć cegiełkę do definiowania „szwedzkości”. Wszyscy mają się zgodzić co do tego, co Szwedzi rozumieją i lubią. A jak powstaną jakieś wątpliwości, będzie można się odwołać do autorytetu, czyli do listy dzieł kanonicznych” denerwuje się w „Dagens Nyheter” pisarz i wydawca Gunnar Nirstedt.

    W „Expressen” został właśnie opublikowany protest przeciwko kanonowi pisarzy i innych ludzi kultury. Wśród jego trzydziestu pięciu sygnatariuszy znalazły się bestsellerowe autorki kryminałów Camilla Läckberg i Viveca Sten, szacowny członek Akademii Szwedzkiej Per Wästberg, znani wydawcy, a także profesorki literaturoznawstwa. Autorzy protestu twierdzą między innymi, że:

    Kanon literacki tworzy się podczas czytania, powinien być żywy i zmienny. Z kolei ocena dawnych dzieł literackich zmienia się z czasem i podlega wpływom zmieniających się wartości. Kanon narzucany odgórnie przez instytucje państwa oznaczałby zmniejszenie różnorodności literatury oraz ograniczyłby zdolność kultury do podważania ustalonych prawd (…) Takie zarządzanie literaturą to zarządzanie tym, jak ludzie żyją i myślą, a to nie mieści się w granicach społeczeństwa demokratycznego.”

    Z kolei profesor literaturoznawstwa Torbjörn Forslid z Uniwersytetu w Lund podkreśla, że pojęcie kanonu ma swoje źródła w religii i religijnych podziałach na pisma święte i nienatchnione apokryfy. Czyli jest to rzecz staroświecka.

    Generalnie liberalni publicyści szwedzcy zgadzają się co do tego, że są takie kraje, jak na przykład Francja (o Polsce nie wspominają, bo niewiele o niej wiedzą), w których kanon literacki to coś oczywistego, ale w Szwecji zawsze stawiało się na wolność wyboru i warto przy tym pozostać.

    Ma to niewątpliwie zarówno wady, jak i zalety. Sama muszę przyznać, że liceum to był jedyny czas w moim życiu, w którym przestałam lubić czytanie, bo nie odpowiadał mi rytm i plan lektur obowiązkowych. Z kolei podczas studiów udzielałam korepetycji z polskiego i było oczywiste, że młodzież czyta raczej ściągi niż lektury, a z samych lektur niewiele rozumie, raczej kuje na pamięć, że „Słowacki wielkim poetą był”. Z takiego nastawienia tylko krok do myśli: uffff, koniec szkoły, nareszcie mogę przestać czytać. Czy może być to jeden z powodów niskiego poziomu czytelnictwa w kraju?

    Szwedzi bez kanonu lektur w szkole czytają więcej niż Polacy, ale w ostatnim czasie i po drugiej stronie Bałtyku czytelnictwo trochę spada. Z wyjątkiem jednej grupy wiekowej! Młodzi Szwedzi, ci w wieku od 16 do 29 lat czytają coraz więcej. W ostatnim roku poziom czytelnictwa młodych wzrósł o 6 procent i ponad 50 procent osób w tym wieku czyta co najmniej jedną książkę miesięcznie (i to w wydaniu papierowym). Czyli nie muszą, a i tak sięgają po książki. Również po ukończeniu szkoły.

    Nie wiem, czy byłabym mniej mądra i ciekawa bez znajomości „Janka Muzykanta”, „Naszej Szkapy” oraz „Nad Niemnem”, które były akurat w kanonie za czasów mojego chodzenia do szkoły. Domyślam się też, że wystarczyłoby mi z powodzeniem przeczytać dwie księgi „Pana Tadeusza” zamiast całości. Generalnie jestem zwolenniczką uczenia historii literatury światowej na sposób amerykański: wystarczy znać fragmenty ważnych historycznie dzieł, a w całości czytać tylko te książki, które wzbudzą nasze szczególne zainteresowanie. Z kolei jako matka dorosłego już syna jestem szczęśliwa, że wcisnęłam mu podczas którychś wakacji w ręce „Mistrza i Małgorzatę” i że pokochał tę książkę tak samo jak ja. I że wie, kim był Bułhakow, w przeciwieństwie do profesora literatury z Danii.

    Fascynuje mnie jednak nieustannie, że to co w Polsce zostałoby uznane za dno i kompletny upadek, czyli BRAK KANONU oraz lektur obowiązkowych, jest w Szwecji normalnością. Zaprawdę powiadam Wam: wszystko jest względne. Kanoniczność większości znanych nam i uznanych za kanoniczne dzieł także.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Rozebrać Nobla – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nobla Miłoszowi załatwiła Zośka. Pracowała w Bibliotece Noblowskiej i załatwiła mu przez swoje kontakty. Temu szepnęła, tamtemu podsunęła wiersze, bez Zośki tego Nobla by nie było” – wyjawił mi polonijny bywalec sztokholmskich salonów, który uważał się za szarą eminencję szwedzkiego świata kultury. Wiedział w swoim mniemaniu wszystko, mógł tylko odrobinę mniej. Uznałam, że ma mnie za idiotkę, która uwierzy, że coś tak prestiżowego, międzynarodowego i niezależnego od koterii jak literacki Nobel można komuś załatwić. „Człowieku, puknij się, kto słucha twojej Zośki na Parnasie?” – pomyślałam i czmychnęłam pogadać z kimś innym.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981

    Kto miał rację, ja czy polonus?

    Można na to spojrzeć z różnych perspektyw.

    W kwestii boskości to jeden z czołowych członków Akademii Szwedzkiej, jej wieloletni sekretarz generalny, Horace Engdahl niedawno bronił do upadłego oskarżonego i skazanego za molestowanie seksualne oraz gwałty francuskiego męża byłej już członkini Akademii, Katariny Frostenson. Było to żenujące. Ponadto w jego książce z aforyzmami o wdzięcznym tytule „Ostatnia świnia” pojawia się taka oto mądrość:

    Dopełniona penetracja seksualna to odwieczna przegrana dla kobiety i odwieczne zwycięstwo mężczyzny”. Tak, słowa te pochodzą prosto z głowy szwedzkiego intelektualisty, który ogłaszając Nobla dla Elfride Jelinek tak pięknie i feministycznie mówił, że jej powieści obnażają stereotypy. No cóż, ludzie są ludźmi, boskości w nich za grosz, a nagroda jest nagrodą.

    Nobel to szczyt literackich marzeń, dowód najwyższego uznania, widoczny i słyszalny w każdym zakątku świata, a do tego gigantyczny zastrzyk finansowy. W ogóle marka nagrody jest czymś unikalnym. Została przyznana nie tylko licznym wybitnym pisarzom, ale także równie wybitnym naukowcom, politykom i aktywistom (w sumie ponad 900 osobom), wśród których były takie postaci jak Maria Curie-Skłodowska , Albert Einstein i Nelson Mandela.

    Dziś każdy wie, czym jest Nobel. Ale jak do tego doszło?

    Czytelnicy mojego poprzedniego felietonu wiedzą już, że Szwedzi są mistrzami eksportu. Cechują ich iście wirtuozerskie zdolności sprzedawania szwedzkiej literatury, udało im się też wypromować mnóstwo marek od IKEI przez Volvo na Ericssonie skończywszy, a także nieco wyidealizowany obraz własnego kraju. Pomimo to nadal zastanawia fakt, dlaczego cały międzynarodowy świat kultury zamiera akurat wtedy, gdy 18 członków jakiejś tam Akademii w małym, prowincjonalnym kraju, na północy Europy wybiera swojego laureata nagrody literackiej? Żeby było to chociaż międzynarodowe grono, ale przecież nie jest! Wśród członków Akademii Szwedzkiej jest w dodatku sporo osób, które nawet w Szwecji nie są szczególnie znane: Jesper Svenbro – poeta i znawca antyku, Tomas Riad – lingwista. Przyznaję się bez bicia, że gdybym nie znalazła ich na liście członków Akademii, nie wiedziałabym o ich istnieniu. Dlaczego akurat ich gust literacki jest tak istotny, że wszyscy liczący się pisarze chcą dostać Nobla. W czym rzecz? Nie chodzi chyba tylko o wielkie pieniądze? Albo o uścisk dłoni szwedzkiego króla?

    Copyright © Nobel Media AB 2017. Photo: Alexander Mahmoud.

    Temat ten badało przez cztery lata dwóch profesorów ekonomii Stephen Greyser z Harvard Business School i Mats Urde ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund. Według nich prestiż nagrody wziął się bezpośrednio z głównego przesłania testamentu jej twórcy, Alfreda Nobla. Życzył sobie, by jego fortunę przeznaczono na nagrody w kilku różnych dziedzinach, ale zaznaczył, że mają one być dawane wybitnym osobom, które „przysłużyły się dla dobra ludzkości”. Nobel przyznawany jest od 1901 roku, a był to historycznie czas, w którym międzynarodowość tej nagrody i jej idealistyczne założenia stanowiły coś absolutnie wyjątkowego w pochłoniętej nacjonalizmami Europie. W pewnym sensie można powiedzieć, że kiedy świat szykował się już do dwóch straszliwych wojen (po których trochę trudno nadal wierzyć w ludzkość), wynalazca dynamitu stworzył nagrodę za DOBRO i dla DOBRA innych. Za działania naukowe lub literackie na rzecz drugiego człowieka. Bez względu na jego narodowość, czy rasę. Szok.

    Inna rzecz, że idealizmu Alfreda Nobla wcale nie podzielali wszyscy zaangażowani w tworzenie nagrody Szwedzi. Na przykład wspomniana już Akademia Szwedzka, która istnieje od roku 1786 i została powołana w celu stania na straży czystości języka szwedzkiego, z początku patrzyła na dodatkowe obowiązki bardzo krzywo. Jej członkowie mieli dosyć innej roboty, siedzieli nieustannie z nosami w słownikach. Dominowali wśród nich zresztą nudni urzędnicy i kulturowo nacjonalistyczni filolodzy, niespecjalnie ich interesował świat wielkiej literatury.

    Akurat to zmieniło się jednak bardzo szybko.

    Czy Literacka Nagroda Nobla jest zatem najbardziej obiektywną i prestiżową formą uznania dla osiągnięć w dziedzinie literatury? Otóż: i tak, i nie. Przesłanie Nobla zawarte w jego testamencie powoduje poszukiwanie nazwisk autorek i autorów nie tylko wybitnych, ale także takich, których twórczość ma w sobie elementy idealistyczne lub ważne dla ludzkości. Ewidentne jest też, że sama nagroda ma jakoś służyć nie tylko ludzkości ale i słusznej stronie historii. Nobel dla Miłosza był uznaniem jego dzieła, ale także (a może przede wszystkim?) symbolicznym wsparciem dla poety uchodźcy z dręczonej przez komunizm Europy Wschodniej. Nobel dla Abdulrazaka Gurnaha to próba zwrócenia uwagi międzynarodowej społeczności na literaturę postkolonialną i na temat uchodźców. Nobel dla Olgi Tokarczuk to uznanie jej książek, ale także wsparcie dla feministycznych i ekologicznych poglądów autorki oraz dla jej otwartego przeciwstawiania się niedemokratycznym tendencjom z wiadomej strony.

    Akademia Szwedzka żywi też historyczną awersję do nagradzania nazwisk zbyt oczywistych i znanych. Z tego powodu Nobla nie dostał Lew Tołstoj ani Philip Roth i z pewnością nigdy nie otrzyma go ani Margaret Atwood , ani Haruki Murakami. I oczywiście, że jest tak, iż na decyzję 18 członków Akademii usiłują wpływać różne koterie, grupy lobbingowe i znawcy literatury, a czasem ich własne rodziny. Na ile są to skuteczne próby, to z pewnością kwestia indywidualna, ale jest tajemnicą poliszynela, że Nobla dla Jelinek nie byłoby, gdyby nie była już żona Horaca Engdahla , feministyczna literaturoznawczyni Ebba Witt- Brattström.

    Margaret Atwood, fot: smakksiazki.pl

    Nie wiem, czy Miłoszowi pomogła Zośka, ale ktoś tam pomógł na pewno. Gombrowicz dobrze rozumiał, że bez koneksji nic się nie da zrobić i sam mocno lobbował na rzecz swojej kandydatury. Prawie mu się udało, bo naprawdę miał na Nobla duże szanse. Podobnie jak Kapuściński, o którego latami walczyło kilku wpływowych ludzi szwedzkiego świata kultury. Kto wie, co by się stało, gdyby dłużej żył?

    Z całą pewnością jest więc tak, że aby dostać literackiego Nobla, trzeba nie tylko dobrze pisać, ale mieć także wsparcie wpływowych ludzi oraz tak zwanego wiatru historii. Należy też rozumieć (choćby podświadomie) literaturę jako coś więcej niż tylko piękne władanie językiem. Mówiąc wprost: w przesłanie Nagrody Nobla wpisane jest przekonanie, że w literaturze ważny jest element utylitarny wzniesiony na poziom ambitnego idealizmu lub walki o słuszna sprawę. Domyślacie się kto dostanie w tym roku Nobla? Będę zdziwiona, jeśli nie będzie to pisarz ukraiński, a jeszcze lepiej ukraińska pisarka. Choć jednocześnie wcale się też nie zdziwię, jeśli tak się nie stanie, bo Akademii Szwedzkiej zdarzały się też historyczne tchórzostwa i próby zachowania neutralności. Na przykład wtedy, gdy nie zabrała oficjalnie głosu po stronie Salmana Rushdiego, kiedy została nań rzucona fatwa…

    Salman Rushdie, fot: smakksiazki.pl

    Na czym więc polega zawarta w tytule tego felietonu chęć ściągnięcia z Nobla pięknych szat? Na uświadomieniu, że nie ma czegoś takiego jak nagroda przyznawana za najwybitniejsze osiągnięcia literackie. Nobel literacki jest zawsze nagrodą z dodatkowym przesłaniem, trochę polityczną, trochę pozytywistyczną, trochę wyznaczającą nowe trendy. A jednocześnie: nieustannie najbardziej prestiżową i ważną. Jak już wspomniałam: Szwedzi są mistrzami promocji.

    Katarzyna Tubylewicz

  • My mamy głębię, a Szwedzi sprawnych agentów literackich – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Mój szwedzki przyjaciel, dziennikarz Håkan z podróży do Polski przywiózł zachwyt naszą pomocą dla uchodźców z Ukrainy oraz jeden numer „Przekroju”, którego nie przeczytał, bo nie zna polskiego. Co jakiś czas Håkan pisze do mnie, że znowu oglądał „Przekrój” i czuje, że tego najbardziej brak mu w Szwecji. Że gdyby mógł czytać pismo tak wyrafinowane jak „Przekrój” i jeszcze w nim publikować, jego życie byłoby bardziej znośne. „Przekrój” stał się dla niego symbolem lepszego świata.

    Håkan jest krytykiem literackim i intelektualistą w stylu wschodnioeuropejskim, choć nie ma w nim kropli nieszwedzkiej krwi. Jest załamany postępującą komercjalizacją szwedzkiej kultury, zwłaszcza rynku książki, a także stanem debaty. Według niego nie ma w tym wszystkim głębi. Nie ma prawdziwych dyskusji. Nie ma takich miejsc, jak warszawskie kawiarnie „Wrzenie świata” czy „Big Book Café”, które ze mną odwiedził. W Sztokholmie nie znajdziesz kawiarni pełniącej także rolę księgarni i miejsca spotkań z autorami. Nie ma też wspaniałych festiwali literackich, o których istnieniu nasłuchał się w Polsce. Håkan czuje się kulturalnym pariasem, obywatelem gorszego świata, w którym rządzi Camilla Läckberg, polityczna poprawność i intelektualnie gnuśny konsensus.

    Tłumaczę mu, że chyba zwariował, bo w Szwecji ludzie dużo więcej czytają niż w Polsce i że nie ma nic złego, gdy pisarze stają się milionerami jak David Lagercrantz, skoro są też dobre stypendia dla tych, którzy z pisania się nie utrzymują. Poza tym cały świat czyta literaturę szwedzką a ta polska nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem.

    – W Sztokholmie nie ma nawet jednego, pieprzonego baru, do którego chodzą się upić poeci – denerwuje się Håkan, który nawet narzeka jak Polak, a nie jak Szwed. Lagercrantza nie poważa, podobnie jak większości szwedzkich pisarzy, których czytają wszyscy. Polska jest za to w jego w oczach kulturalnym rajem, bo w Polsce ludzie dyskutują, kłócą się i palą papierosy w drodze na spotkania literackie. Szwecja to intelektualne dno.

    – Dlaczego nie jesteś tłumaczona na szwedzki? – pyta regularnie Håkan. – Przecież wiesz, że chcę przeczytać „Moralistów” . Zrób coś. Załatw to nareszcie.

    – Sam coś zrób – mam ochotę odpowiedzieć, choć się powstrzymuję, bo przy Håkanie jestem trochę szwedzka, czyli niekonfliktowa. Ale w myślach robię mu wyrzuty:

    – Nie wystarczy, że przetłumaczyłam na polski liczne książki twoich rodaków? Skoro mogłam odkryć niszowego Niklasa Orreniusa i przekonać do przekładu „Strzałów w Kopenhadze” Wydawnictwo Poznańskie, to może jakiś  miły Szwed mógłby odkryć mnie? Dlaczego ja mam się wszystkim zajmować?

    W Polsce Håkana zachwyca rozmowa z Pauliną Wilk i nie może zrozumieć, dlaczego jej reportaże „Lalki w ogniu” i „Pojutrze. O miastach przyszłości” nie wyszły jeszcze po angielsku. Albo chociaż po niemiecku, Håkan zna oba języki i naprawdę chce przeczytać te książki. Zwłaszcza „Pojutrze”. Jest ewidentne, że to rzecz uniwersalna, opowieść o rozwoju miast, o tym, w jakim kierunku zmierza świat. W czym problem? Przecież widać, że to autorka, która jest etablerad, czyli uznana. Gdyby była etablerad w Szwecji, „Pojutrze” zostałoby sprzedane do kilkunastu krajów.

    Sztokholm, www.unsplash.com/Micael Widell

    Wygląda na to, że my mamy głębię, a Szwedzi sprawnych agentów literackich . Ich sprawność jest tak duża, że najnowsza powieść Davida Lagercrantza została sprzedana za duże pieniądze do ponad 20 krajów, jeszcze zanim autor napisał pierwszą  stronę. Sprawność szwedzkich agencji literackich jest tak porażająca, że wmówią wam wszystko. Czasem kontaktuje się ze mną jakieś polskie wydawnictwo biorące udział w aukcji praw kolejnego autora szwedzkiego bestsellera. Pytają, co o nim myślę. Sprawdzam. Autor jest debiutantem i miał na razie w Szwecji jedną recenzję. Jednak jego książka jest już w trakcie przekładania na japoński. I islandzki.

    Ktoś powie: ale przecież my, Polacy, też mamy agencje literackie, proszę tylko zajrzeć do internetu. Odpowiem: bardzo mi przykro, ale jeśli chodzi o działalność agencji literackich, to jesteśmy na razie krajem kolonizowanym. W Polsce działają  subagenci zachodnich agencji, w tym oczywiście agencji szwedzkich. Subagenci pomagają szwedzkim agentom w pozyskiwaniu jak najlepszych warunków w polskich wydawnictwach dla szwedzkich autorów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby działało w dwie strony, tak jak opisała to Dubravka Ugrešić:

    Agenci, zwiadowcy i subagenci niczym pająki skutecznie opletli siecią współczesny rynek literacki. (…) Subagenci i agenci są ściśle ze sobą powiązani, tak jak Skip Woody i agent numer 3424. Angielski agent, na przykład, będzie miał swojego francuskiego subagenta, a francuski agent swojego angielskiego subagenta”.

    Pomiędzy Polską a Szwecją występuje w tym temacie gigantyczna asymetria. Szwedzcy agenci mają polskich subagentów. Polscy agenci nie mają subagentów w Szwecji, bo tak jak Polska jest szalenie zainteresowana kulturą i literaturą szwedzką, tak Szwecja polską kulturą raczej nie. Håkan jest odmieńcem i dlatego zabrałam go do Polski: żeby ktoś wreszcie o naszym kraju dobrze napisał.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Wracając do kwestii agentów to Dubravka Ugrešić, moja ukochana, chorwacka eseistka, oczywiście nietłumaczona na szwedzki, więc nie przeczyta jej Håkan, świata agentów nie znosi. Twierdzi, że to ludzie, którzy „węszą dookoła, kombinują i bankietują, udowadniając, że life style też może być zawodem”. Istnieje możliwość, że nie lubi ich tak bardzo, bo wysyłają jej regularnie nie dające wiele nadziei odpowiedzi na jej wołanie o pomoc w znalezieniu zainteresowanych jej twórczością zachodnich wydawnictw. Listy takie brzmią mniej więcej tak: „Wschodni Europejczycy nie są trendy, co oczywiście, jest smutne, ale prawdziwe.”

    Czytanie wzbronione”, eseje w których Ugrešić genialnie opisuje i obśmiewa mechanizmy zachodnich rynków literackich, wyszły prawie dwadzieścia lat temu, ale są nadal bardzo aktualne. Sama Ugrešić do dziś nie jest znana w Szwecji, ale w paru innych krajach tak. Może Europa, którą wolę zwać Środkowo-Wschodnią zaczyna być trochę bardziej trendy, a może Dubravka znalazła w końcu porządnego i skutecznego agenta.

    Sama wiem, że Polska ma genialne festiwale literackie i cudowne miejsca pełne książek, ale w temacie głębi Håkan przesadza. Polski rynek książki jest coraz bardziej komercyjny, choć nadal jego wspaniałą cechą jest otwartość na przekłady i zainteresowanie literaturą z całego świata. Jednocześnie oddałabym królestwo za ten rodzaj komercjalizacji, który sprawiłby , że Polska będzie miała choć jednego prawdziwie skutecznego agenta, który będzie miał swoich subagentów w różnych krajach i będzie wiedział, jak sprzedawać współczesną polską literaturę w świat. Bo ona jest tego warta. Nie mniej niż literatura szwedzka.

    Obiecałam Håkanowi, że jak do tego dojdzie, przetłumaczę mu na szwedzki ów przywieziony z Warszawy numer „Przekroju”. Ucieszył się i czeka niecierpliwie. Choć jako nieuleczalny pesymista także wątpi.

    Katarzyna Tubylewicz