Tag: felieton Sylwii Chutnik

  • „Pisarze w sierści”, majowy felieton Sylwii Chutnik

    Ludzie dzielą się na koty i psy. Ci pierwsi chodzą własnymi ścieżkami i lubią zwinąć się w kłębek, kiedy przyjdzie im ochota. Drudzy gonią swój ogon i cieszą się, kiedy widzą drugą istotę. Chciałabym być kotem, ale mam uczulenie na ich sierść. Poza tym, nie oszukujmy się, lubię pieski optymizm a większość moich znajomych zachowuje się jak szczeniaki, które lecą przed siebie i cieszą się z tego, że słońce świeci. Jestem więc psiarą. Gadam do spotykanych psów, całuję (tak, wiem, nie wolno, ble ble) i przytulam. Moi studenci odpracowują nieobecności na zajęciach w schroniskach a przyjaciele adoptują non stop nowe futrzaki, chociaż nie mieszkają w pałacach. Mam wrażenie, że mnie zrozumiecie – w końcu czytacie ten felieton w necie, a tu rządzą filmiki z kociakami, foczkami i innymi przyjaciółmi. Poza tym ludzie żyjący bez zwierząt są podejrzani.

    Pisarze i pisarki również dzielą się według ras. Ale niezależnie od tego, jakie zwierzę zechciało się nimi zająć (literaci to straszne gamonie, muszą mieć kogoś do opieki) to zwykle jego ślad można znaleźć w twórczości. Psy- chologia ma wielki wpływ na wyobraźnię.

    Tak było choćby z jednym z najbardziej znanych psów polskiej literatury dla dzieci, czyli Ferdynandem Wspaniałym opisanym przez Ludwika Jerzego Kerna. Leniwy doberman, który głównie drzemał na szezlongu pewnego dnia postanowił wyruszyć w miasto. Zamienił więc miękkie obicie na garnitur i zaczął mieć fascynują ce przygody. Pomysł na Ferdynanda przyszedł Kernowi, kiedy siedział przy biurku i kończył tekst. Obok niego drzemała bokserka Farsa, której ewidentnie coś się śniło. Popiskiwała, ruszała nogami. Pisarz zaczął zastanawiać się, co też może śnić się psu. Postanowił więc to opisać. Nie chcę tu spoilerować, ale przygody Ferdynanda były tylko imaginacją (chociaż ja nadal wierzę, że winda potrafi wyfrunąć do nieba, kiedy naciśnie się guzik ostatniego piętra, więc lepiej uważajcie). 

    Pisarze czerpali inspiracje obserwując zwierzęta antropomorfizując je lub próbując uchwycić specyfikę ich zwyczajów. Wystarczy wspomnieć Zofię Nałkowską i jej opowiadania „Między zwierzętami” lub autorów dla dzieci: Ewę Chotomską czy Agnieszkę Frączek. 

    Mark Twain miał ulubionego czarnego kota Bambino, Gustave Falubert papugę,  a Karol Dickens…kruka Gripa (który trafił do annałów poezji dzięki sportretowaniu go przez Edgara Allana Poe). W Polsce psiarzami byli między innymi Stanisław Lem (jamniczek Proton), Kazimierz Brandys (bokser), Witold Gombrowicz (z wdzięcznym kompanem Psiną), Maria Dąbrowska (Dyl), Jarosław Iwaszkiewicz (Tropek) czy Janusz Meissner (wyżeł Start). Mogłabym tak wymieniać bez końca, bo przecież Dżońcio Tuwima, Puzon Jerzego Waldorffa czy obecne Stasiukowe psy oraz owce, niekończące się stado Katarzyny Grocholi. Czasami psy wykorzystywane były przeciwko pisarzom. Tak było podobno w redakcji „Wiadomości literackich”, gdzie Mieczysław Grydzewski opędzał się przed namolnymi twórcami z pomocą swoich sznaucerów Fugą i Fusem.

    Patrząc na współczesnych literatów i literatki (nie myślę o szklance, no bardzo śmieszne) widać wyraźnie, że cenią sobie towarzystwo czworonogów. Zapytałam, dlaczego.

    www.unsplash.com/Matthew Henry

    Karolina Korwin-Piotrowska (autorka między innymi: „Bomba”, „#sława”)

    Najstarsza jest Cudna. Ma 6 lat, dostałam ja od przyjaciółl w najgorszym dniu, w którym spaliło mi się mieszkanie a w nim moje dwa psy. Obie byłyśmy wtedy bezdomne i same, idealnie się dobrałyśmy. Pomogła mi wrócić do żywych. Jest najlepszym psem, jakiego miałam. Najmądrzejszym , ale też najbardziej charakternym. Przez ponad rok nie rozstawałyśmy się. Bałam się o nią, bałam się ja gdziekolwiek zostawiać. Druga jest Buźka – efekt wielu przemyśleń, czy dam radę na układ, który został gwałtownie przerwany przez wypadek. Zobaczyłam ją na zdjęciu, kiedy miała dobę. Biała kluska z ciemnymi uszami. Od razu powiedziałam sobie, że jest moja, choć jeszcze nie było wiadomo, jakiej jest płci. To chodząca dobroć, radość, wielkie serduszko ukryte w drobniutkim ciele. Jest waleczna, myśli, że jest dużym psem. Chce być kopią Cudnej, bo ta ją świetnie wychowała. Niemal nic nie musiałam robić. Są ze sobą niewiarygodnie związane. Z tego wziął się pomysł na psa numer trzy. Moja przyjaciółka, hodowca psów, od której mam moje dwie suki, napisała mi w styczniu, że jest piesek, który jest jak Jonasz, mimo młodego wieku przeszedł wiele, bo strasznie się struł, kiedy był malutki. Imię ma po psie Adama Wajraka – Lolo – czyli ładny chłopiec. Na pierwszym zdjęciu, jakie dostałam, był zaiste bardzo drobny, jakby kruchy, lekko przerażony, ale w oczach miał Alaina Delona. Tak jest do dzisiaj. Jest obłędny, mega przystojny, ma powodzenie u wszystkich. I wcale nie jest taki mały, bo Warszawa ( on jest z Gdańska) dobrze mu robi na rozwój – jest powoli zgrabnym monsterem. Robi się z niego duży, silny pies, z mocną klatką piersiową i ciężkimi, mocnymi łapami, już widzę te rozkopane ogródki…Lolek to król na dzielni, wszyscy go lubią, choć to mały gryzoń. Babski król, ale mocno trzymany przez dziewczyny. One go wychowują. Ja tylko obserwuję. To jest fajny gang.

    Rafał Kosik (autor fantasy i literatury młodzieżowej)

    Wychowywałem się z psami przez większą część życia. Okresy bezpsowe to był efekt czynników obiektywnych lub żałoby, jak ostatnio po Cabanie. Pierwszym psem był Mikuś, podróba wilczura. Miałem wtedy jakieś pięć lat i jedyne, co pamiętam, to że Mikuś miał wieczne problemy żołądkowe. Mieszkaliśmy w bloku, więc sytuacja była mocno niekomfortowa. Potem była Aza, foxterrierka o rozmiarach zdecydowanie mniejszych niż standard rasy. Nadrabiała to odwagą i wytrzymałością. Nigdy nie zauważyłem, by się czegokolwiek bała. Kiedyś przydybała na podwórku jeża – pół godziny wyciągaliśmy jej igły z pyska. Raz na kilka miesięcy wyruszała na gigant po osiedlu. W jednej chwili szła przy nodze, a za moment bez wyraźnego powodu pędziła gdzieś przed siebie, nie reagując na nic. To były czasy, kiedy psów raczej nie prowadziło się na smyczy, a samochodów było dziesięć razy mniej niż teraz. Wsiadałem na rower i jechałem jej szukać. Gdy ją znajdowałem po kilku godzinach, posłusznie wracała do domu. Lubiła jeździć rowerem. Oczywiście w koszyku na bagażniku. Sama wskakiwała i wyskakiwała, zawsze od strony pobocza. Gdy poważnie zachorowała, za wszelką cenę próbowaliśmy ją ratować. Kroplówki, odżywki, zastrzyki.

    Potem była Vera, wilczyca bardziej rasowa niż Mikuś. Jak się potem okazało, z owczarka niemieckiego miała tylko wygląd. Moja znajoma wmusiła ją we mnie szantażem emocjonalnym. To był najbardziej szalony pies, jakiego miałem. Jak tylko na chwilę zostawała w domu sama, niszczyła, co jej podeszło. Otwierała drzwi, nawet takie z okrągłymi klamkami, wyciągała mrożonki z lodówki, przesuwała meble, zjadała krem Nivea. Nic nie pomagało. To był czas, kiedy przeprowadziłem się do Kasi. Vera przemieszkiwała trochę u nas, trochę u moich rodziców. Więcej u nich, bo my pracowaliśmy wtedy w agencji reklamowej, siedzieliśmy czasem w pracy po osiemnaście godzin, niemożliwe mieć psa w takiej sytuacji. Rodzice zdecydowali się oddać ją znajomym z ogródkiem.

    U Kasi (żony) w domu też zawsze były psy, więc kiedy Jasiek skończył trzy latka, uznaliśmy, że dziecko powinno się wychowywać w domu z psem, a Jaś jest już wystarczająco duży, żeby nie męczył zwierzęcia. I tak pojawił się w domu nasz pierwszy wspólny pies, Caban, czarny terrier rosyjski. Caban był mądrym, cierpliwym psem, który wspaniale dostosował się do naszego trybu życia. Gdy jechał z nami w góry, potrafił godzinę siedzieć nieruchomo na tarasie i patrzeć na szczyty albo na owce pasące się pół kilometra od domu, albo na krowę sąsiada. Śmieliśmy się, że ta krowa i owce to był jego telewizor. Był towarzyski i niemal pozbawiony agresji. Chodził po Tatrach (wtedy nie było jeszcze zakazu wprowadzania psów do parku narodowego) i odwiedził nawet jeden konwent fantastyki, gdzie doskonale się bawił na wieczornym ognisku wśród setki osób. Przynajmniej do czasu, aż pewien osobnik nie poczuł potrzeby opowiedzenia mu o sensie życia.

    Przeżył piętnaście lat, choć psy tej rasy zwykle dożywają dziesięciu. Kiedy już bardzo cierpiał i przestał wstawać z posłania, zamówiliśmy wizytę domową weterynarza. Caban cały dzień dostawał smakołyki, wszystko te przysmaki, które najbardziej lubił w swoim psim życiu. Zasnął spokojnie na swoim posłaniu, w domu, a my głaskaliśmy go do ostatnich jego chwil.

    Caban nadal żyje na kartach mojej serii młodzieżowej Felix, Net i Nika. Jest tam jedynym rzeczywistym bohaterem.

    Strata Cabana sprawiła, że nie chcieliśmy już żadnego psa. Jasiek jednak oświadczył, że nie potrafi żyć bez psa. Przecież przez całe jego świadome życie towarzyszył mu Caban. No i po dwóch latach w naszym domu pojawił się Omlet – bardzo rasowy owczarek niemiecki długowłosy (ta dobra hodowla to w zamyśle miała być gwarancja zdrowia, po patrzeniu na cierpienia Cabana, chcieliśmy aby jego następca był z nami jak najdłużej). Omlet zdaje się cały czas funkcjonować na dopalaczach, swoją energią mógłby obdarzyć kilka psów. Też dostosował się do naszego trybu życia, wstaje późno, późno kładzie się spać. Uwielbia włazić nam i wszystkim gościom na kolana, kłaść się na nas, kiedy leżymy, skubać nas po uszach. Ale kiedy w nocy na spacerze jakiś facet podszedł do Kasi, po chwili znalazł się na środku ulicy, Omlet uznał go za zagrożenie dla swojego człowieka. Zobaczymy, co z niego wyrośnie. Na razie ma dwa lata, co dla tej rasy jest nadal dzieciństwem. A my nie wyobrażamy sobie życia, kiedy Jasiek się wyprowadzi i zabierze go ze sobą, bo to jest jego pies.

    Magda Grzebałkowska (autorka m. in. „Beksińscy. Portret podwójny”)

    Piesek Toto, ma 11 miesiecy i jest chihuahua. Najsłodsze stworzenie świata, nazywany przez nas drugim dzieckiem – synkiem. A jak wiadomo z drugim dzieckiem jest łatwiej, bo masz doświadczenie po pierwszym (dziewczynka Tosia, lat 11). Toto przyszedł do nas, jak tkwiłam w stuporze nad biografią Krzysztofa Komedy. Był sierpien 2017 roku, nie szło mi za bardzo pisanie, więc tkwiłam setki roboczogodzin nad komputerem, a tu jeszcze – jak koza ze szmoncesu – doszło wychodzenie ze szczeniakiem po dwadzieścia razy dziennie, bo okazało się, ze on nie może pojąć idei załatwiania się na dworze. Wychodzenie obejmowało także noc, więc łatwo nie było. Ale Toto (imię od Dorotki z Krainy Oz, nadała Tosia., My chcieliśmy Brutusa) – jest nasza domową dogoterapią i dziś już prawie nie robi w domu, wychodzi tylko 4 razy dziennie – a leczy nasze dusze i serca, bo kocha się przytulać i całować po pysku. Kiedy piszę, to czasem trzymam go na biurku – na dowód zdjęcia na Instagramie – bo jest taki malutki, że trochę koci. I to jest super.

    I mówię do niego, imitując jego głos – co brzmi dla postronnych koszmarnie, ale ja to kocham. Toto powiedział do mnie, moim głosem, że chciałby juz nie mówić infantylnym głosem podstarzałej reporterki, ale na razie innego głosu nie ma. A czasem, jak pisze, wpycha mi się na kolanka, co jest dość niewygodne w pisaniu, ale skoro jestem matką, to musze to znosić – tak naprawdę to uwielbiam. I jestem o niego zazdrosna, wiec jak mamy gości a Toto śpi z nimi w łóżku, to się zakradam w nocy i kradnę mojego pieska i chowam u siebie pod kołdrą. Bo to mój synek.

    Wojciech Chmielarz (autor kryminałów, na przykład serii o Jakubie Mortce)

    Ruki to młodziutka suczka, która nie ma jeszcze roku. W sumie więc ciągle ją jeszcze poznaję. Ruki jest cholernie zdolnym psem. Ma taką naturalną chęć uczenia się. I aż mi czasami wstyd, że nie mam czasu z nią siąść i nauczyć kilku sztuczek. Oprócz tego, jak każdy sznaucer odnajduje się w roli stróża domu. Co bywa mocno irytujące, kiedy szczeka słysząc najmniejszy hałas na klatce schodowej, ale z drugiej strony miło patrzeć na istotę, która odnalazła swój cel w życiu i wypełnia go z taką satysfakcją. I w sumie właśnie tym się zajmuje, kiedy ja piszę. Można powiedzieć, że oboje wtedy pracujemy.

    Natomiast Anna Król i Paulina Wilk – pisarki, dziennikarki i inicjatorki Big Book Festival od jego pierwszej edycji podkreślają związki między psami a literaturą:

    Anna: Zwierzęta to dobroć w czystej postaci. Spontaniczność, intuicja, emocje, jakaś prawdziwość – wszystko, to, czego ludziom czasem brak. Myślę, że będąc ze zwierzętami jesteśmy lepsi. Dokładnie tak samo, jak wtedy kiedy czytamy. Książki to też przede wszystkim przeżycia. Od zwierząt można się bardzo dużo nauczyć, obserwowanie ich jest fascynujące. Są psy spryciarze, psy wesołki, psy smutaski, psy melancholijne, nerwusy. I przy okazji całkiem sporo dowiadujemy się o sobie, o innych ludziach. Nie dziwi mnie kompletnie, że pisarze, którzy pracują w emocjach o tym wiedzą.

    Paulina: Ja wyznaję wyższość psów nad ludźmi, w szczególności wyższość Rysia nade mną. Imponuje mi małomównością i nastrojami filozoficznymi, w które popada, przesiadując na parapecie i w spokoju kontemplując przyrodę za oknem. Ja, ofiara współczesnej neurozy, podziwiam jego instynktowną mądrość i to, jak połączony jest z naturą, otoczeniem. Na ogół albo go kocham, albo mu zazdroszczę, albo jedno z drugim. Myślę, że człowiek narobił przez stulecia tak zwanego rozwoju cywilizacyjnego masę idiotyzmów, ale udomowienie psa było jedną z najlepszych, choć także samolubnych – miłość do psów, do innego gatunku istot żywych świadczy, że jest dla nas nadzieja. Wybraliśmy sobie towarzyszy, którzy budzą w nas dobro.

    Na muralu, który właśnie powstał w warszawskim parku Morskie Oko oprócz pisarzy polskich i zagranicznych można podziwiać Miszę – psa Ani, Rysia – Pauliny i Kostasa – psa Doroty pracującej w Big Book Cafe. Są uwiecznione na równi ze Swietłaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy niżej podpisaną.

    Aby nie było awantur ze strony kociarzy dorzucę do swojej wyliczanki Małgorzatę Halber i jej sierściuchy. Bo koty to również ważne postaci w życiu niejednego pisarza.

    Małgorzata Halber (autorka „Najgorszy człowiek na świecie” i kołonotatnika „Bohater”)

    Moje koty to rodzeństwo: Buła i Niunia. Amerykanie powiedzieliby „Buła has the looks – Niunia has the brains”. Mieszkam z nimi siedem lat i aż trudno mi w to uwierzyć. Nie miałam wcześniej żadnego zwierzęcia, ponieważ oczywiście wydawało mi się, że jestem nieodpowiedzialna. Tak nieodpowiedzialna, że kiedy już postanowiłam ten stan zmienić wiedziałam, że nie wezmę pojedynczego kota, bo co on ma sam robić w domu? Czekać na mnie? Że musi być rodzeństwo. Znaleźli się z fejsbuka, oczywiście urok młodego Buły mnie urzekł. Nie tylko jest rudy, ale ma też bursztynowe oczy i wyraz twarzy nie zmącony myślą.

    W pisaniu koty nie przeszkadzają, mają do tej czynności najwyraźniej szacunek. Gorzej jest z rysunkiem oraz innymi rzeczami, które robię na studia a które wymagają rozkładania na podłodze węgla, gumki, taśmy, nożyczek. Kiedy prace leżą na podłodze koty natychmiast nanoszą swoje korekty. Interesują się też typografią. Kilka razy siadały na klawiaturze i dziwną kombinacją uruchamiały symulator mowy. To wydarzyło się dwukrotnie, podejrzewam je więc o jakąś tendencję komunikacyjną. Raz też wpisywały do wyszukiwarki „jk.,,,,,”

    Nigdy nie opuściły mojego mieszkania, ponieważ nie chcę narażać ich na stres związany ze zmianą terytorium. Korzystam wtedy z usług firmy Kotexpol, która zajmuje się kotami w domu właściciela, na życzenie może również w tym domu zamieszkać (koty potrzebują nie tylko jedzenia ale też głaskania) i wszystko to za cenę przywiezienia souveniru z podróży. Polecam.

    Rozmawiając z innymi sama zaczęłam zadawać sobie pytanie, w jaki sposób moje zamiłowanie do zwierzaków wpływa na to, kim jestem i co piszę. Oczywiście, nasza tożsamość nie jest od siebie oderwana i wszystko ma znaczenie, kiedy oddajemy kawałek siebie w tekście. Nie jem mięsa od kiedy skończyłam czternaście lat, mieszkałam z kotką Suzi, psem Fazim (ciekawostka: był białym, eleganckim pudelkiem), psem Disco (co to była za modelka, nie lubiła bloków, wróciła na wieś). Od dziewięciu lat jest z nami Lusia. Typowy kundelek zwany przeze mnie dla niepoznaki „rasą warszawską”. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy to obie zaczęłyśmy merdać do siebie ogonami i była to po prostu miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy siedzę pry biurku i pracuję to Lusia leży obok na dywaniku i pilnuje, żebym się nie leniła. Kiedy zaś leżę w łóżku i czytam to Lusia filuje z oddali i czasami wkrada się w nogi, aby zostać moim osobistym termoforem. Zapraszam ją na kolana, kiedy piszę i wtedy wtula się między szyję a ramię. Wyglądamy jak z obrazu „Dama z gronostajem” . Nie wyobrażam sobie, żebym nie rozmawiała z nią czasem o jakiś ważnych sprawach.

    Na koniec apel, achtung, achtung. Jak śpiewała Joanna Krupa „zawsze i wszędzie pies kochany będzie!” (https://www.youtube.com/watch?v=uGEWvOa-s3o) Jest tyle zwierząt czekających na naszą pomoc. Jeśli nie możecie adoptować ze schroniska to chociaż wesprzyjcie zbiórki karmy, koców lub wpłaćcie grosz na jedną z fundacji opiekujących się sierściuchami: https://przytulpsa.pl www.toz.pl www.viva.org.pl Psy czy koty to przecież element naszej kultury i historii. Jak pisał Eric Baratay, badacz zwierząt i filozof, autor „Zwierzęcego punk tu widzenia” żyjemy od setek lat wspólnie i umiemy dostosować swój rytm do ich życia. Jesteśmy często jednością. Również twórczą.

  • „Dziwaki, łączcie się!”, kwietniowy felieton Sylwii Chutnik

    Nie rodzimy się dziwni – to kultura nas takimi tworzy. Nie ma uniwersalnych zasad bycia innym od reszty – to społeczeństwo wypycha na margines wszystkich tych, którzy jakoś odstają. Od czego? Od normy: zachowuj się tak a nie inaczej, wyglądaj w określony sposób, wychowuj dzieci na jedna modłę. Co ciekawe, normę widzą tylko ci, co z niej wypadli. Wtedy na własnej skórze odczuwają, że cos z nimi nie tak. Pozostała większość wzrusza wtedy ramionami i nie widzi problemu. Dyskryminacja? Nietolerancja? Phi, a u nas jest dobrze. Cóż, pewnie dlatego, że jak się płynie zgodnie z prądem to się raczej na nic nie narzeka.

    Myślałam o tym wszystkim w czasie lektury reportażu Karoliny Sulej o Coney Island, w którym już sam tytuł mówi wszystko: „Wszyscy jesteśmy dziwni”. I nie ma, że boli, że wszystko skrojone idealnie od szablonu. Zaliczona matura na pięć, ładna żona, dzieci z obowiązkowym podziałem na chłopca i dziewczynkę. Dom na kredyt, plazma w salonie, meble z Ikea. Tak, jak wszyscy. Te same filmy, te same kluby, te same ciuchy. I kiedy zachce nam się zrobić coś wbrew większości, to zaraz dostaniemy po łapach. Po co się wychylać? To jak w powieści Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, gdzie inność musi być sponiewierana i wyśmiana, bo zagraża ogólnemu poczuciu spokoju. Albo jak w reportażu Anki Grupińskiej „Najtrudniej jest spotkać Lilith”, gdzie kobiety z ortodoksyjnej wspólnoty żydowskiej kierują się w życiu księgą Sejder micwot hanaszim – Księgą przykazań dla kobiet – która mówi im, jaką mają być gospodynią domową, żoną i co przygotować na Pesach. Jedna z bohaterek reportażu tłumaczy, ze to dla niej idealne rozwiązanie: nie musi myśleć, myśli za nią księga.

    Kultura wypluwa wszystkich dziwaków, ale oni są niczym lustro: odbijają w sobie traumy, tabu i pragnienia. Tak jest w przypadku bohaterów książki Sulej: cyrkowców, połykaczy ognia, artystek burleski i osób z niepełnosprawnością. To jak gabinet osobliwości, który naocznie uzmysławia nam to, kim nie jesteśmy. Kim boimy się stać. Wariatem, dziwakiem, potworem.

    Próbujemy więc desperacko nie dopuścić do tego, aby stać się wyrzutkiem. Robimy cos wbrew sobie, swojemu temperamentowi i wartościom. Obrączka na palcu, praca od do, kobieta z długimi włosami, mężczyzna z krótkimi. Seks przy zgaszonym świetle i buty kupowane co sezon, bo modne. Cała litania rzeczy, które należy zrobić, bo babcia się obrazi, co sąsiedzi powiedzą i Dulska prychnie. Do wyliczanki normalnych zachowań należy między innymi chrzest dziecka (chociaż jest się ateistką), samochód w leasing (chociaż można pojechać autobusem), wakacje all inclusive, bo znajomi byli i głupio na fejsa nie wstawić fotki z palmą. Istna parada obowiązków normalsa, który z odrazą patrzy na pedała, uchodźcę czy Żyda, chociaż nigdy nikogo z tej kategorii na oczy nie widział, bo się kisi przez całe życie w n-o-r-m-a-l-n-y-m środowisku n-o-r-m-a-l-n-y-c-h osób. I choćby w rzeczywistości chciał zostać klaunem lub striptiserką, to nigdy nie spełni swoich marzeń, bo nie mieszczą się w ramach. A potem będzie chodził na terapię za grubą kasę i zastanawiał się, czemu dusi się w swoim apartamencie i najnowszym modelu samochodu. Pamiętacie wyliczankę głównego bohatera książki Irvina Welsha „Trainspotting” (a potem filmu pod tym samym tytułem)? „Wybierz prace, wybierz karierę, wybierz rodzinę. Wielki telewizor, zmywarkę, samochody, ubezpieczenie zdrowotne”. I tak dalej.

    Już się, kurwa, rzygać chce od tych wszystkich szarych, zwykłych ludzi, co w internecie wypisują hejty z najgorszej półki i po cichu oglądają pedofilskie filmiki w necie. Od tych żywych reklam hasła z serii „chłopak i dziewczyna – normalna rodzina” nawalających się przy niedzielnym rosole w imię wartości tradycyjnych i konserwatywnych. Rzeź dziwaków rozgrywa się od najmłodszych lat. Sama jej doświadczyłam, bo od jedenastego roku życia wyglądam inaczej, niż reszta. Z tego powodu liczba opluć, pobić i wyzwisk przewyższyła liczbę modlitw w katechizmie. Byłam zastraszana na ulicy a w szkole ciągle musiałam ścierać się z nauczycielami. To był początek lat dziewięćdziesiątych, dready czy kolczyki były traktowane niczym policzek dla systemu edukacji. Którym zresztą miały być. Dziwaki nie dostają medali za kreatywność. Dziwaki muszą odpaść, bo zakłócają odbiór jedynie słusznego komunikatu. Dziwaki sieją niepokój.

    Zostałam więc artystką. Nic innego nie mogłabym robić. Tworząc możesz być wariatką a ludzie pozwalają ci to robić, bo tłumaczą to sobie jako tolerowane odstępstwo od normy. Po raz pierwszy poczułam to, kiedy w pierwszej klasie liceum wygrałam konkurs poetycki w Związku Literatów Polskich. Do szkoły przyszło oficjalne pismo i gratulacje. Moi nauczyciele znaleźli do mnie klucz: acha, to ta artystka. No dobrze, damy jej fory, bo jest inna. Dyplom z konkursu był jak zaświadczenie o byciu inną. Przez jakiś czas nawet działał. Zostawili mnie w spokoju i nie wzywali do pedagoga.

    Ale potem znowu musiałam walczyć, chociaż w ogóle nie mam takiej natury. Teraz moje kolorowe włosy stanowią znak rozpoznawczy, ludzie gratulują pomysłowości a fryzjerzy farbują ludzi „na Chutnik”. Myślę sobie, ile ja raz oberwałam za swój image i uśmiecham się – jednak bez żadnej satysfakcji.

    W książce Karoliny Sulej o części Nowego Jorku znajdziemy życiorysy osób, które pogodziły się ze swoją innością a wręcz zrobiły z niej atut. Coney Island jest dla nich jak eden, przestrzeń niepodległości. Dla wielu osób taką przestrzenią jest sztuka, bycie pisarzem, aktorką, malarzem czy muzykiem. Od jakiegoś czasu widzimy jednak zakusy władzy, aby zdyscyplinować tych dziwaków. Sprawić, aby tańczyli według odgórnie narzuconej melodii.

    Ale tej grupy społecznej się nie wygładzi. Nie uczesze i nie zaprasuje w kancik.

    Tutaj nie będzie tak prosto, jak w Ministerstwie Obrony Narodowej czy w sądach. Artyści to nie zdyscyplinowane wojsko stojące w jednym szeregu. Jeden patrzy w lewo, drugi w prawo, a trzeci za długo zawiązuje sznurówki. Armii się z tego nie da ulepić: za mało swobody, za dużo rutyny. Twórcy i twórczynie z natury wykonywanej profesji przekraczają schematy i są wolnościowcami. Dlaczego? Bo to daje im swobodę twórczą. Nikt im nie siedzi na karku i nie dyszy w jedynie słusznym rytmie. Poganianie, strofowanie i wskazywanie kierunku dobre było w powojennym socrealizmie, a i ten okres w sztuce był raczej epizodem dość szybko rozsadzonym wewnętrznym buntem (w ramach ówczesnego systemu). Obecnie pisanie, kręcenie filmów czy granie pod z góry narzucone tematy narodowe wydaje się dość perfidnym nawiązaniem do stalinowskich czasów. Nie ma w tym żadnej przesady: niby mamy wolność twórczą, ale jeśli odetną kurek z pieniędzmi to żadna instytucja kultury długo nie pociągnie. Artyści są może i romantyczni, ale muszą się z czegoś utrzymywać. Perfidia polega tu właśnie na uzależnieniu finansowym, co w kraju o dość marnych tradycjach wspierania inicjatyw kulturalnych bądź społecznych przez naród jest dość kluczowe. Nie mamy bowiem rozwiniętego systemu sponsorowania czy dotowania twórczości, a już zwłaszcza nie działa to w przypadku dzieł kontrowersyjnych czy ryzykownych. To właśnie one muszą – nie da się inaczej – mieć wsparcie państwowe. Ale w obecnej sytuacji politycznej wygląda to coraz bardziej kuriozalnie. Wycofywanie się ministerstwa z finansowania festiwali teatralnych „za karę”, naciski na tłumaczenia zagraniczne konkretnych pisarzy, promowanie polityki historycznej jako dominanty w polskiej kinematografii, wreszcie personalne konsekwencje wobec tych, którzy wyłamują się z wyklętej demagogii.

    Władzy wydaje się, że to zadziała. Ale nie z nami te numery.

    Książka Karoliny Sulej „Wszyscy jesteśmy dziwni” przypomniała mi o tym, że bycie inna to ciągła praca o to, aby taką właśnie osobą pozostać. Nawet, jeśli przez chwilę społeczeństwo nas zostawi w spokoju, to włączy się system, który widzi w dziwakach bezkształtną masę do zarządzania. To błędne podejście.

    Mam więc swoje prywatne Coney Island: znajomych, przy których czuję się bezpiecznie, pracę, w której mogę być tym, kim chcę. Mam swoją głowę, której nikt mi nie odbierze. Mam siebie, swoje dziwactwa i neurozy. Mogę być tym, kim chcę, bo wiem, że inna nie będę. I nie przepraszam za to.

  • „Czy my się w ogóle jeszcze spotykamy?” Marcowy felieton Sylwii Chutnik

    Jacek Dehnel w wypowiedzi dla smakksiazki.pl stwierdził, że spora część kawiarnianych rozmów w literackim środowisku przeniosła się do Internetu. „Powstała dziwna skądinąd forma komunikacji, trochę jak kawiarnia literacka: to, co kiedyś odbywało się w Zodiaku, Ziemiańskiej, czy Kawiarni Czytelnika, teraz dzieje się w sieci”, powiedział pisarz. Ostre polemiki czy prztyczki w nos dzieją się on line: nie tylko można więc zrobić zrzut ekranu (jako dowód w sprawie!), ale i przyglądać się wymianom ciosów niczym publiczność na MMA. Sam Jacek Dehnel znany jest z wchodzenia w dyskusje nie tylko z kolegami i koleżankami po fachu. Większość współczesnych pisarzy i pisarek siedzi na fb czy twituje, rozmawia ze sobą w komentarzach lub wkleja sobie nawzajem śmieszne obrazki na profile. To proste i wygodne a na dodatek pozwala pokonać kilometry dzielące nas od siebie. Tylko, czy skutkiem takich praktyk nie jest przypadkiem rezygnacja ze spotykania się na żywo? Mem zamiast wspólnej kawy, polemika zamiast sprzeczki przy piwie?

    Wszelką rewolucję artystyczną wywołują kawiarnie” – myśl Tadeusza Kantora powtarzają od lat badający wpływ ulubionych, a wręcz kultowych, kawiarni i barów wśród elity artystycznej i intelektualnej. Rola powojennych kawiarni literackich była bardziej wieloznaczna niż ta z czasów dwudziestolecia międzywojennego, ponieważ stała się ona właściwie jedynym miejscem wymiany poglądów i dyskusji. Kawiarnie, bary, stołówki stanowiły domy zastępcze niezbędne do prowadzenia życia towarzyskiego. Przesiadywali w nich również, jak nazywa ich Andrzej Z. Makowiecki, autor Warszawskich kawiarni literackich, „snobi łakomi wielkiego świata” – czyli ci, którzy chcieli ogrzać się w blasku artystów (ech, jakby było przy czym, no ale).

    W moim mieście owa „warszawka” zawsze wychodziła z domu – aby spotkać się, napić i plotkować. Kawiarnie stanowiły również w czasach PRL-u idealne miejsce do wymiany informacji usłyszanych w zagranicznych rozgłośniach, porównaniu oficjalnych komunikatów z prawdą zasłyszaną „na mieście”. To jak nieoficjalna agora myśli i faktów, od których odcięto mieszkańców w imię propagandowego przekazu. Wreszcie ludzie przesiadywali w kawiarniach, aby bawić się w towarzyski salon pamiętany sprzed wojny bądź odtwarzany na zachodnią modłę. Kiedyś Ziemiańska, Adria, potem Czytelnik, Jontek, Harenda, Złota Rybka, Kameralna i Spatif. A teraz? Gdzie my się widujemy, gdzie pijemy i sprzeczamy? Czyżby życie literackie rzeczywiście przeniosło się do sieci? Na szczęście, nie do końca.

    www.unsplash.com/Laurent Perren

    Przy okazji festiwali literackich czy Targów Książki spotykamy się w mieszanych towarzystwach, wśród ludzi „robiących w literach” czy kulturze. Są to zwykle takie miejsca jak Regeneracja, Nowy Teatr, a do pijaństwa Plan B, Cafe Kulturalna czy Bar Studio. No i Amatorska – może to nawet współczesna Ziemiańska? To właśnie z tym miejscem związane są różne skandaliki i prowokacje. A nawet bijatyki – hipsterska prawica kontra lewaki lub odwrotnie. Czasami bitwy są też między sobą. (Szkoda, że nie można kupić sobie biletu na te starcia). (Czemu nie ma jeszcze SmakuPlotki.pl? Chętnie bym coś napisała). (Bo kawiarnie to przecież kuźnia plotek). (Wróćmy jednak do meritum).

    Spytałam kilku pisarzy i pisarki, czy da się jeszcze stworzyć coś w rodzaju mapy kawiarni literackich w Polsce. Nie jest tak źle, ale w niektórych rejonach kraju przydałaby się jakaś franczyza literackich spelunek i barów. Bo gdzie jakakolwiek rewolucja ma szansę się rozpocząć? Przecież nie w naszych komputerach, no ludzie!

    Łukasz Orbitowski (Kraków) Nie wiem, czy to się liczy, ale spotkałem kiedyś w pubie Kumpel na Kaziku całą grupę literatów z Joanna Lech na czele. Piękny Pies jest już chyba nieaktualny bo Świetlicki stamtąd poszedł. Kolejne ważne to kawiarnio-księgarnia Lokator i Bunkier Sztuki, gdzie siedzą haartowcy. Ciekawa jest też Cheder na Józefa. Nie wiem jak tam z życiem literackim, ale zamówili u kilku pisarzy, w tym u mnie, opowiadania o Kazimierzu i zarzucili nimi dzielnice. Mam też mniej oficjalne miejsca: na przykład z Witkiem Szostakiem i Szczepanem Twardochem widywaliśmy się w Strefie Piwa na Józefa. Natomiast życie intelektualne prowadzę w osiedlowym pubie Drewutnia. Pijam tam z krytykiem i tłumaczem Bartkiem Czartoryskim.

    Kuba Wojtaszczyk (Poznań)  Miejsce, które choć odrobinę przypomina charakterem kawiarnię z literaturą w tle jest Winiarnia pod Czarnym Kotem, gdzie we współpracy z księgarnią Bookowski, organizowane są wieczory z pisarkami i pisarzami. Najpierw jest spotkanie autorskie (oczywiście przy winie), a następnie rozpoczyna się część nieoficjalna, czyli debaty przy wspólnym stole, na których czytelnicy są równie mile widziani.

    Inga Iwasiów (Szczecin) Chyba nie ma jednego miejsca. Raczej kilka nowych księgarnio-kawiarni, w tym jedna bardzo popularna przy parku Kasprowicza. Popularna ze względu na lokalizację, dobre książki i zapraszają na wieczory autorskie. ale i spotykam tam się z pisarzami/pisarkami, przy czym także spotykam tam rodziny z dziećmi, które szukają dobrego ciastka w przerwie spaceru. Inna to raczej przyszła kawiarnia literacka, bo przeznaczona dla dzieci: FIKA (co po szwedzku oznacza „przerwa na kawę”). Odbywa się w niej dużo spotkań wokół literatury dla dzieci i jest dobra kawa. Zamknięto Piwnice Kany przy Teatrze Kana , w którym artyści lubili siedzieć. Prawdę mówiąc czegoś podobnego do np. Literatki we Wrocławiu nie ma. Kiedyś istniał Klub 13 Muz, tradycyjne miejsce posiadówy, ale to historia. Chyba w Szczecinie niedobitki pisarskie są rozproszone, najprężniej działa Związek Literatów Polskich. Spotykają się z własnymi wypiekami w Pałacu Młodzieży. Ja się spotykam to tu – to tam. Zagnieżdżenia pisarskiego nigdzie nie stwierdzam.

    Agnieszka Wolny-Hamkało (Wrocław) U nas to Tajne Komplety – księgarnia, ale po pierwsze miejsce spotkań i jest kawa oraz napoje (bez alko). Tam rzeczywiście ludzie przychodzą, żeby posiedzieć na kanapie i pogadać. Jest jeszcze Hiszpańska Księgarnia – knajpka & księgarnia Ewy Malec – jest alko i normalnie barman. Super miejsce – „domowe” i hippisowskie. Tu też łazimy. No i Literatka – chyba głównie nieco starsi przychodzą, ale można spotkać wrocławskich kabareciarzy, a jak przyjeżdża na przykład Świetlicki, to tam się montuje. Literatka charakteryzuje się tym, że ma większą salę dla palących niż dla niepalących.

    Magda Grzebałkowska (Sopot) Była kiedyś u nas knajpa Spółdzielnia Literacka i tam można było pogadać. Ale już jej nie ma. O niczym innym nie wiem. Rzeczywiście, wychodzi na to, że Facebook jest dla mnie oknem na świat.

    Bernadeta Prandzioch (Katowice) Trudno byłoby wskazać takie miejsce. Przez jakiś czas taką rolę pełniło Sienkiewicza 27, ale niestety już nie działa. No i jest jeszcze Kafo Kawiarnia w pobliskich Gliwicach, która chwaliła się swego czasu, że Twardoch napisał tam pół Morfiny. Wygląda na to, że pracowici Ślązacy piszą głównie w swoich domach, zamiast spotykać się w kawiarniach.

    www.unsplash,com/Benjamin Zanatta

    Tak mniej więcej przedstawia się polska topografia kawiarni literackich.

    Nie jest tego wiele, przyznacie. Tu już nie chodzi nawet o tradycyjne utyskiwanie na zanik bezpośrednich relacji, które zastępowane są klikaniem. Bez przesady, ja tam często introwertykuję i wcale nie mam ochoty latać do ludzi co pięć minut. To się wtedy trzeba jakoś zaprezentować, zagadać. Poza tym wyjścia kosztują i nie zawsze zasypianie przy jednej herbacie na pięć osób jest sexy, bo to, co było okej w czasach studenckich niekoniecznie sprawdza się w czasach późniejszych. Tu chodzi o zanik pewnego rodzaju miejsca kultury.

    Kawiarnie są bowiem instytucją specjalną. Po pierwsze do kawiarni nie idzie się jak do warzywniaka – tam się chadza. Najlepiej, żeby barman czy kelnerka wiedzieli, co pijemy lub żebyśmy pili na krechę, bo to dobrze wygląda w oczach innych: oho, bywalczyni, nie podskoczysz. Posiadanie „swojego stolika” czy choćby kubeczka to już w ogóle szał. Druga sprawa: kawiarnia to arena, scena. Targowisko próżności, gdzie bez odpowiedniej stylówy nie ma co się pokazywać. Nawet najgorsze dziady w swetrze pamiętającym pierwszą płytę Nirvany mają imidż. Na nich się patrzy, na nich się zerka. Po trzecie kawiarnia, dzięki możliwości wymiany poglądów i miejscu do pracy staje się biurem pomysłów. Coraz rzadziej pisze się wiersze na serwetce, coraz częściej zaś planuje projekty klepiąc w Maca. Po czwarte kawiarnia czy ulubiony bar to element tworzenia legendy wokół siebie. To, gdzie lubimy się umawiać stanowi naszą wizytówkę i musi być spójne, bo inaczej ludzie mają dysonans poznawczy. Nie zapomnę, kiedy koleżanka zdziwiła się, że lubię kawiarnię w Bristolu, bo według niej moim entourage powinien być bar mleczny lub jakaś kanciapa (które zresztą też bardzo lubię). Ale tak to działa: umawiasz się z kimś i proponując miejsce od razu się przedstawiasz. Bo, i to po piąte, kawiarnia i bywanie to przecież element stylu życia. Są tacy, co pchają się do modnego miejsca i kiszą w tłumie rozmawiając o meandrach swojego debiutu. Są też tacy, co idą absolutnie nie tam, gdzie reszta: chowają się gdzieś w lokalnym barku. To przecież ważne wybory życiowe: na świeczniku czy na marginesie.

    Niezależnie od tego, gdzie i w jakiej konfiguracji dobrze, że w ogóle. Bo fejsik jest słodki, polecam serdecznie, ale jednak w przestrzeni realnej widać więcej. I bardziej wartościowo. Poza tym nie możemy pozwolić, aby tradycja literackich kawiarni zupełnie zniknęła. Kontynuacja jest dla każdej kultury podstawą jej przetrwania, że uderzę w wysokie tony. Pijmy więc i kłóćmy się twarzą w twarz. Oczywiście, ku chwale literatury.

  • „Co robić, żeby nie robić?”, lutowy felieton Sylwii Chutnik

    Wielką radość i wzruszenie wywołała we mnie lektura styczniowego felietonu Bartka Szczygielskiego (klik). Ach, słodka i przebiegła bogini Prokrastynacja! Znam ją nie od dziś, oddaję pokłony a w ciszy planuję zabójstwo. Kiedy wspominam o tym publicznie, to widzę na twarzach ludzi ulgę. Że nie tylko oni tak mają, że ktoś też walczy z niemocą. W czasie rozmawiania o sposobach na miganie się od pisania tworzy się niewidzialna nić porozumienia. Jak w jakiejś szajce, tajemnej grupie osób przepuszczających czas przez palce. I jeszcze się do tego przyznających. Już widzę te wszystkie zbiorowe terapie, Kluby Anonimowych Prokrastynatorów. „Cześć, jestem Sylwia, trzeci dzień nie napisałam tego, co powinnam”. Oczywiście, aby rozładować atmosferę zaraz byśmy wszyscy zaczęli śmieszkować:

    Po czym poznać, że piszę książkę? Po wysprzątanym mieszkaniu.

    Po czym poznać, że zaraz zawalę termin? Po dwustu słoikach przetworów. 

    Czemu dzieło życia nadal przede mną? Bo posegregowałam książki kolorami. 

    Prokrastynacja oznacza, że masz coś zrobić i robisz w związku z tym coś innego. Odkładasz na magiczne później. Markujesz robotę, kiedy w rzeczywistości przeglądasz fejsa, skubiesz róg obrusa lub liczysz plamy na ścianie. Uważasz, że skoro przed tobą cały dzień, to dasz radę. Jednocześnie masz świadomość, jak bardzo się mylisz i jak będziesz żałować, że nie sadzasz tyłka przy stole tylko pucujesz strych lub dzwonisz do chrzestnej, co to widziałaś ją trzydzieści lat temu.

    Wyższą szkołą jazdy jest pisanie zamiast pisania. Czyli mamy stworzyć na przykład naukowy tekst, przy którym zasypiamy od nadmiaru trudnych słów. I wtedy ochoczo bierzemy się za zgrabny felietonik. Szach mat – nikt nam nie udowodni, że nie pracujemy. Bo przecież piszemy, proszę bardzo, są efekty. A że nie to, co powinniśmy to już mniejsza z tym i nie drążmy tematu. 

    Sama dość często przyznaję się do ściemniania. Ludzie dziwią się, że tak wiele piszę i „och, jak ty to robisz, że tyle robisz?” Zwykle nie wiedzą jednak, co kryje się za procesem twórczym i jak wiele półek trzeba posprzątać, aby napisać esej. „Dobra Bozia z góry zerka, jak nam w dłoniach tańczy ścierka”. Mogłabym zostać Perfekcyjną Panią Domu, serio. Zwłaszcza w okolicach terminu oddania tekstu.

    Nie było trudno naciągnąć na zwierzenia innych pisarzy. Początkowo myślałam, że może będą się wstydzić tego, że wymyślają różne sprawy i sprawki zamiast wziąć się w garść i tworzyć. Ale nie: to nie były wymuszone coming outy z ich strony, raczej odczuwałam rodzaj – bo ja wiem – cichego pogodzenia się z sytuacją. A może nawet czegoś w rodzaju dumy? Na pewno wyliczanie, co się zrobiło, żeby czegoś nie robić jest jedną z moich ulubionych gier towarzyskich (tuż za kultową „Kto ma gorzej”).

    www.unsplash.com/Alyson McPhee

    Pisarka i dziennikarka Ania Dziewit-Meller wyraźnie ucieszyła się, że chcę z nią porozmawiać o prokrastynacji:

    No pytasz mistrzynię! A zatem: przede wszystkim pranie – uprać, opróżnić pralkę, rozwieszać, wreszcie układać ubrania – najlepiej w jakimś systemie – kolorami, funkcjami. Po drugie – myjnia, czas na porządne mycie auta, a wiadomo- najpierw trzeba opróżnić je ze zgromadzonego syfu, zabawek, ubrań, książek – to trwa! Gotowanie – buliony do słoików i do zamrażarki! Wreszcie – wracam do odłożonej na takie okazje nauki gry na ukulele. Niedługo będę wirtuozem!

    Reporterkę i dziennikarkę Magdalenę Kicińską zainspirowałam do głębszych refleksji nie tylko na temat odkładania pracy, ale i podejścia do samego procesu pisania. 

    Wydaję mi się, że prokrastynacja, przynajmniej w moim przypadku, jest o tym, jak sobie radzić ze strachem przed pisaniem. Kiedy muszę napisać, zwłaszcza coś trudnego, muszę się zamknąć, odizolować od świata. Nie mogę wyskoczyć na miasto załatwić sprawy, choćby to miało trwać tylko godzinę ani z nikim się spotkać. To już by wpuściło do mnie świat zewnętrzny, a tego nie mogę zrobić. Muszę być skupiona i bardzo wsobna. Ale nadal się boję „zasiąść”, więc szukam sobie różnych zajęć, nad którymi mogę mieć kontrolę i które przynoszą efekty (żeby się upewnić, że jednak jestem w stanie coś ZROBIĆ, dokończyć). To bardzo rzadko jest oglądanie seriali (choć niedawno był wyłom, ale nie na żadne netfliksy, tylko na reality show nakręcony z rodziną Whitney Houston niedługo po jej śmierci), raczej prace krzątackie. Ostatnio na przykład wyszorowałam garnki tak, jak nigdy nie były wyszorowane. Można się przejrzeć. Kiedyś już- już miałam zasiąść do pisania, kiedy przypomniało mi się, że w bagażniku samochodu mam komplet sztućców, który dostałam i uznałam, że to idealny moment, żeby je wyczyścić. Wstawiłam pranie i patrzyłam, jak się robi. Odkurzałam ksiażki. Więcej niż dwa razy ustawiałam kolorami serię reporterską Czarnego. Wyjęłam kiedyś wszystkie foliówki z kosza, prasowałam je ręką i ułożyłam w kosteczkę. A, i jeszcze zakupy (antyki, stare talerze, lampy z PRL, dodaje do koszyka, bo „jak napiszę to zapłacą a wtedy kupię” albo wysyłam sama do siebie linki). Oraz zabiegi pielęgnacyjne (to się zaczęło w czasie sesji na studiach, nigdy nie mam tak nabalsamowanego, opeelingowanego ciała jak wtedy – również dlatego, że krem, balsam potrzebuje czasu, żeby się wchłonąć, peeling – czasu i energicznych ruchów, żeby go wetrzeć a potem pozwolić stopom odpocząć).

    W przypadku reportera Mariusza Szczygła odpowiedź brzmi krótko i na temat.

    Dla odbiorców dosłownych: oglądam porno ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla miłośników literatury: szukam w internecie piątej strony świata.

    Na kwestie związane z dostępem do sieci, o których wspominał głównie Bartek Szczygielski w swoim felietonie, zwraca również uwagę pisarz Grzegorz Kalinowski:

    W dobie internetu uprawianie prokastrynacji to banał, a czasach fb oddawania się tej praktyce może tak zaburzać porządek, że niekiedy praca i obowiązki zdają się być ucieczką od odbywającego się w sieci maglowiecu. Bo prokastrynacja to odwrotność tego co musimy, a dla osoby kreatywnej może przybrać najbardziej zadziwiające formy. Otóż znam dziewczynę, która miała wymyć okna, czego wprost nie lubiła. Przygotowywała zatem pieczołowicie stanowisko katorżniczej pracy zaczynając od wyłożenia podłogi gazetami. To były jakieś stare wydania, sprzed lat, nieaktualne i nic nie znaczące, ale nagle kucnęła i zaczęła chłonąć pradawne artykuły z Expressu Wieczornego. Sczytała całą podłogę. Mniej wyszukane formy.

    Nie cierpisz sprzątać, ale jak masz pisać pedantycznie sprzątasz biurko. Powinieneś sprzątnąć biurko, to wtedy, mimo warstw grubszych niż geologia przewiduje piszesz, mimo że dłonie nie mieszczą się na blacie. Pomocny jest telewizor i mania futbolowa. Gdy masz zrobić coś naprawdę pilnego okazuje się, że odżywa porzucone dwa temu zainteresowanie II ligą angielską oraz rozgrywkami Taca de Portugal między Sportingiem de Covilha i Vitorią Guimaraes. Szczytem jest to, że mając na gardle tnący skórę nóż deadlinu zamiast pisać powieść staram się w epicki sposób opisać przypadki prokrastynacji.

    www.unsplash.com/Jahanzaib .

    Najbardziej moim pytaniem o odkładanie obowiązków oburzyła się pisarka Zośka Papużanka:

    Ależ ja robię to, co trzeba! Prokrastynacja to bujda. Ja po prostu zmieniam aktywność. Nie nazywam sobie pięknym słowem tego, że mi się nie chce, tylko jak mi się nie chcę, robię coś innego, co jest równie potrzebne. A w życiu mi się nie zdarzyło nie dotrzymać terminu.

    Nie jestem prokrastynantką Jak nie mogę, to nie mogę i tyle. A w sprawie pisania nigdy się nie umawiam z nikim na termin, dlatego też nie mam prokrastynacji. Oddaję, jak jest gotowe i tyle.

    W życiu nie podpisałam umowy, jeśli nie byłam już w pracy na tyle zaawansowana, że nie wiedziałam sama precyzyjnie, na kiedy skończę.

    Po tej wypowiedzi nabrałam podejrzeń, że Zośka jest jednak wyjątkowa – ale wiedziałam to już wcześniej, więc tylko z zazdrością pokiwałam głową.

    Robienie czegoś innego niż to, co się powinno ma wielu zwolenników. Nie mówię o tych chorobliwie zawalających terminy, nieogarniętych i wpadających w doły przy każdej książce. Raczej o tych, którzy żyją z pisania, więc prędzej czy później muszą zrobić coś konstruktywnego. To właśnie oni są cichymi bohaterami, bo mimo wielkich pokus wyczyszczenia paneli szczoteczką do zębów jednak piszą swoje bestsellery, nagradzane reportaże i artykuły. Zdobywają tytuły naukowe, regularnie oddają felietony do gazet a wydawcy nie ganiają ich z siekierami (zazwyczaj).

    Dla wszystkich ofiar prokrastynacji – szacunek. Jesteśmy dzielni i przynajmniej mamy lepiej posprzątane domy niż reszta. Phi!

    Przed oraz w trakcie pracy nad niniejszym tekstem autorka:

    dwa razy obejrzała filmik, jak Kardashianki rozmawiają o wyjściu do kosmetyczki, ugotowała trzydaniowy obiad, wysprzątała kącik z papeterią oraz zapatrzyła się z zadumą na około pół godziny (że niby myśli o felietonie, ale to była nieprawda). 

  • „Szok! Zdradzamy prawdziwe oblicze pisarzy i pisarek”. Styczniowy felieton Sylwii Chutnik

    Jak wygląda praca pisarska wiedzą wszyscy, którzy czytali choćby „Lśnienie” Stephena Kinga. Chodzi o to, że masz coś napisać, nie masz weny, więc próbujesz zamordować swoją rodzinę. Albo jak w serialu „Californication”: zamiast pisać bzykasz laski. Albo jak w filmie „Autor widmo” Romana Polańskiego, gdzie ghostwriter ryzykuje swoje życie, aby opisać czyjeś życie. Dorzucę jeszcze „Godziny” Michaela Cunninghama, gdzie pisarka jest dobrą pisarką, bo się zabija. Podsumowując: pisanie to ciągłe zagrożenie dla otoczenia i dla samego twórcy. Ciężka i niewdzięczna robota obrosła w wiele stereotypów lub ogólnych przekonań. Pozwolę sobie je niniejszym omówić. Uprzedzając genderową policję: spis dotyczy zarazem pisarzy, jak i pisarek, ograniczyłam po prostu ilość liter, żeby Was nie umęczyć. Nie ma za co.

    1. Pisarz to nie zawód. Chociaż czasem zawód przynosi. Zacznijmy od tego, że prawdziwym zawodem to jest bednarz, kowal lub account manager, a nie jakiś marzyciel z głową w chmurach. Wydaje się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie płacił komuś, kto wymyśla różne historyjki, bo to jest po prostu niepoważne. Wyobraźnia jest bezcenna, owszem, ale nie można od niej odliczyć podatku, więc niewiele znaczy we współczesnym świecie. Podobnie jak pisarz. Oczywiście, zapewne jakieś lobby masonerii pisarskiej wywalczyło dodanie do PKD (pozycja 90. 03.Z) „artystycznej i literackiej działalności twórczej”, ale nikt sobie tym głowy nie zaprząta i fakt ten niewiele zmienia w postrzeganiu tej grupy próżniaków i gamoni.

    1. Pisarz pisze, bo lubi. Niewątpliwie zdarzają się takie osoby, ale raczej w legendach. Nie można przecież lubić czegoś, co sprawia nam ból: od egzystencjalnego do tego wokół kręgosłupa. Przyznać trzeba, że czasami przychodzi jednak moment satysfakcji i radości z pisania, wręcz podekscytowania. Ale należy się wtedy zastanowić, czy dalsze spożywanie wysokich dawek alkoholu nie jest zbyt ryzykowne.

          Czemu więc pisarz pisze? Nic innego mu nie zostało po tym, jak znowu nie oddzwonili z Subwaya.

    www.unsplash.com/rawpixel.com
    1. Pisarz pisze, a ludzie to czytają. To nie jest jeszcze do końca potwierdzona informacja, ale zdarza się, że osoba kupująca książkę przejrzy ją czasem zanim podłoży pod chyboczący się stolik. Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków, bo Biblioteka Narodowa na pewno czai się z kolejnym druzgoczącym raportem dotyczącym czytelnictwa. Poza tym nie trzeba czytać, aby rozmawiać z pisarzem – świadczą o tym wielokrotne przypadki na spotkaniach autorskich, gdzie najwięcej do powiedzenia ma osoba, która nie zna treści omawianych książek.

    2. Pisarz jest romantyczny. Bardzo. Wydaje mu się, że splendor i sława pojawiają się wraz z pierwszą zapisaną stroną, a faktury same płacą po wydaniu debiutu. Poza tym potrafi publicznie mówić o meandrach fabuły i nietuzinkowym charakterze bohatera. Pocieszny dziwak. Myśli, że ludzi to zajmuje, podczas gdy w rzeczywistości chcą wiedzieć, czy:

    3. Pisarz jest bardzo bogaty albo bardzo biedny. Chodzi o pieniądze, jest to sprawa powszechnie znana. Najchętniej zamiast small talków porównywalibyśmy swoje PIT-y na przyjęciach i zagłębiali w skomplikowane sposoby zdobywania zasiłków. Pisarska kieszeń rozpala wyobraźnię, bo do mediów przebijają się głównie doniesienia o fortunach J. K. Rowling czy E.L. James. Z drugiej strony Kaja Malanowska, a w ślad za nią inne osoby alarmują o skandalicznie niskich zarobkach związanych ze sprzedażą książek. Na to Szczepan Twardoch z piskiem opon swojego Mercedesa wyrzuca przez okno okruchy, na które rzucają się poeci. Jak to w końcu jest? Pisarze przymierają głodem czy opływają w luksusy? Cóż, zazwyczaj utrzymują się w średniej krajowej, czyli prawdopodobnie spotkamy ich raczej w Biedronce niż Vitkacu (tak, Michale Witkowski, oprócz ciebie).

    4. Pisarz jest ceniony. Może u cioci na imieninach, ale tylko, jeśli napiszą o nim w gazecie. Wtedy staje się atrakcją rodziny, która przestaje narzekać, że powinien wziąć się do roboty. Ale i tak matka będzie w nocy szlochać w poduszkę i zastanawiać się, gdzie popełniła błąd, że wychowała taką ciamajdę.

      www.unsplash.com/Ali Yahya
    5. Pisarz chla, śpi do południa a potem znowu chla. Bywa i tak, ale co ma robić, kiedy ta jego matka tak płacze, bidula? Pisarz zataczający się opisany został między innymi przez Jerzego Pilcha I Krzysztofa Vargę. Pojawia się również w co drugiej książce Sławomira Kopra jako przykład klawego życia bohemy artystycznej. Nie ukrywajmy: jest to jeden z nielicznych punktów, który budzi zazdrość u wielu ludzi, bo któż z nas nie chciałby mieć piąteczka przez całe życie? Zabawę psuje tylko natrętna myśl, że czasem trzeba coś napisać. Ale i ją można odegnać jak natrętna muchę i skupić się na tym, co mogłoby się napisać, gdyby nie to, że jest się ciągle nawalonym (pozdrowionka, Kraków!)

    6. Pisarz jest lebiegą i jełopą. Mało tego: najlepszy pisarz to martwy pisarz. Powie wam to każdy aktor, który musi grać w sztuce żyjącego autora. Pisarz jest pozytywnym bohaterem, jeśli wisi spokojnie w zakurzonej ramce na ścianie sali od polskiego. Lecz jeśli rozłazi się po kątach i smędzi coś o kryzysie twórczym, to lepiej nie podchodź. Tradycyjnie najgorzej mają poeci, bo ci muszą umierać na suchoty lub nosić niewygodne szale. Taki to nawet by żarówki nie wymienił i słoika nie odkręcił, bo by się zaraz popłakał. Wrażliwy nad wyraz. A propos kawałów, znacie to? Podobno Janusz Rudnicki przestał nazywać kobiety kurwami.

    7. Pisarz ma natchnienie. Idzie, idzie i nagle – bach – na głowę spada złota myśl. Szybko zapisuje ją gęsim piórem na czerpanym papierze lub na kawiarnianej serwetce. Nobel murowany. Rzadko się jednak wspomina, że pisanie to raczej nudna robota tkania z liter wyrazów, a z wyrazów zdań. I że gdyby tak człowiek czekał na mityczne natchnienie, to by co najwyżej się podpisał.

    8. Pisarz ze wszystkiego się ucieszy, chociaż bardzo przy tym marudzi. Ucieszy się, że po pół roku przyszedł przelew, co prawda mniejszy o połowę, ale nie bądźmy drobiazgowi. Że sprzedało się pięć tysięcy egzemplarzy książki, nad którą pracował raptem pięć lat. Że przyszły trzy osoby na spotkanie autorskie, na które jechał pekaesem i hulajnogą przez dwa dni. Będzie zadowolony, jeśli wydrukują mu recenzję na dwie gwiazdki w lokalnym dodatku Ziemi Pcimskiej. Wieczorem usiądzie do komputera i wyleje swoje żale na Facebooku, ale na drugi dzień i tak będzie skakał z radości, że ktoś polajkował to, co napisał.

    9. Pisarz nie funkcjonuje bez żony. Mama Muminka nosiła Tacie landrynki na spodeczku, kiedy on pracował nad swoimi memuarami. Żony wielkich pisarzy tworzyły czasem za mężów, żeby się bidule tak nie przemęczały. Większość z nich lata wokół spraw doczesnych, bo po co kłopotać jakimiś głupotkami w stylu pranie, prasowanie, gotowanie? Żona jest instytucją ogarniaczki. Bez niej autor nie funkcjonuje, bo musiałby zderzyć się z rzeczywistością, a przecież on jest od fikcji.

    Przykłady można mnożyć. Morał jest zaskakujący: mimo wszystkich niedoli, wiatru w oczy i dołków do wpadania pisarski ród ma się całkiem nieźle. Podobno nawet zakłada stowarzyszenie, aby bronić swoich praw. Niektórzy pisarze i pisarki – podobno – nawet nie muszą brać psychotropów i rozpoznają swoje dzieci.

    Bądźmy więc dla nich dobrzy w nowym roku, dokarmiajmy na zimę i uśmiechajmy się na dzień dobry. Kto wie, może opiszą nas jeszcze w swojej książce?

  • „Nie pisz do mnie po pijaku”, grudniowy felieton Sylwii Chutnik

     

    Czają się w nich różne sekrety. Czasami należy czytać między wierszami, aby znaleźć ich ukrytą treść. Są wysyłane z podróży, z izolacji albo z własnego domu. Kiedy nie można powiedzieć tego osobiście – bo za daleko, bo zbyt boli – wówczas wysyłamy komuś list lub pocztówkę. We współczesnych czasach brzmi to nieco retro (napisałam o tym zresztą w październiku). Ale jeśli chcemy podejrzeć dawne czasy to warto zajrzeć do korespondencji z przeszłości.

    Listy zaliczane są – obok dzienników, pamiętników i autobiografii – do literatury dokumentu osobistego. Możemy brać je pod uwagę badając życiorysy lub czasy, w których zostały stworzone. Dzięki nim poznajemy obyczaje i kulturę przeszłości, a także relacje społeczne. Pewne tematy pojawiają się mimochodem: ówczesne ceny produktów, wysokość pensji, sytuacja polityczna i zwyczajne problemy. Okruchy codzienności zanurzone są zwykle w tematach dość uniwersalnych: a to ktoś się w kimś zakochał, a to się pokłócił. Zmienił pracę lub mieszkanie. Nie wie, co zrobić ze swoim życiem, odczuwa lęk lub – wręcz przeciwnie – wreszcie jest szczęśliwy. 

    www.unsplash.com/Joanna Kosinska

    Istnieje wiele zachowanej korespondencji między pisarzami lub ludźmi kultury. Jedną z bardziej znanych jest antologia listów miłosnych przygotowana przez Barbarę Riss, gdzie poznamy pocztę około sześćdziesięciu pisarzy i pisarek, w tym Marii Dąbrowskiej, Adama Mickiewicza czy Brunona Schulza. Niedawno czytelników zachwyciła książka „Najlepiej w życiu ma twój kot” prezentująca wymianę listów między Wisławą Szymborską (zdecydowanie troskliwą i skromną, ale i szalenie zabawną) a Kornelem Filipowiczem (zabawnym, owszem, ale jednak egoistą i marudą).

    Ciekawym zbiorem jest również korespondencja Edwarda Stachury. Na przykład w liście do Andrzeja Babińskiego pisał: „Twoje niektóre pomysły są żenujące, żeby użyć eufemizmu. I nie pisz do mnie po pijaku. To, co Ty, będąc na bani, możesz mi powiedzieć, to ja wiem albo dobrze się domyślam”. Nie pisz po pijaku – złota maksyma, o której zapomina tak wiele osób (dotyczy również SMS-ów). Co ciekawe, Stachura wysyłał też widokówki do samego siebie.

    Czytanie listów to również zaglądanie pod fasadę człowieka. Możemy znaleźć wątki sensacyjne, jak w przypadku swoistej powieści epistolograficznej, czyli wielogłosu Czesława Miłosza i Jarosława Iwaszkiewicza. Podczytywanie ich listów niewątpliwie zaspokaja ciekawość. Tym bardziej, że pierwotnie korespondencja między pisarzami miała być objęta tajemnicą do pięćdziesięciu lat po śmierci Miłosza. Powiedzmy sobie to wprost: wszyscy zastanawiali się, czy sławna wzmianka w dzienniku Iwaszkiewicza o „chędożeniu Czesia Miłosza” była prawdą. Nic nie zdradzę, przeczytajcie sami.

    Pod względem pewnego rodzaju obnażenia interesujący jest również zbiór fragmentów pamiętnika i listów Marka Hłaski kierowanych głównie do matki. Dowiadujemy się z nich, że ten macho i bon vivant prosił mamunię o pieniądze i jedzenie. Są też watki dramatyczne, na przykład wtedy, kiedy matka przesyła mu zdjęcie rzekomego dziecka Hłaski, które miałby mieć z kuzynką Jerzego Andrzejewskiego. Kiedy pisarz dowiedział się, że przeszło dziesięcioletni chłopiec może być jego synem napisał: „jeśli dziecko jest moje, zajmiemy się nim, to jasne, jeśli nie, to po co ta cała ponura komedia”. Sprawy zasadnicze omawiały były korespondencyjnie. Listy stanowiły bowiem często jedyną formę kontaktu z osobami przebywającymi na emigracji.

    Takim przykładem jest choćby wydany tom korespondencji z czasów emigracji wojennej Andrzeja Bobkowskiego i Jana Lechonia. Natomiast portret środowiska powojennych literatów polskich znajdziemy w zbiorze „Na Rogu Stalina i Trzech Krzyży”, czyli listów kierowanych do Jerzego Borejszy, twórcy domu wydawniczego Czytelnik.

    Zdjęcie z książki Wydawnictwa Literackiego „W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982”. Archiwum domowe Leopolda Tyrmanda.

    Podobnie jest z niedawno wydanym zbiorem korespondencji między Leopoldem Tyrmandem a Sławomirem Mrożkiem. Obaj pisarze byli emigrantami, tęskniącymi do Polski i z Polską się wadzącymi. Wymieniali ze sobą setki listów przez prawie dwadzieścia lat traktując swoje pisane rozmówki niczym terapeutyczno-intelektualne gadania odbywające się zwykle gdzieś przy kawiarnianym stoliku. Ironiczny pesymista Mrożek i płynący wiecznie pod prąd Tyrmand, jak nazwał autorów Tadeusz Nyczek, rozdawali ciosy w różnym stylu. Gdybym miała porównać ich do jakiejś dyscypliny sportowej to byłyby to szachy przesuwane szablą. Precyzyjne ruchy, docinki i sugestie sączące się niespiesznie, ale okrutnie celnie i boleśnie. Uwaga, mogą poranić palce.

    Wzajemne złośliwości są prawie niewyczuwalne, za to świat obrywa na potęgę. Czytanie tomu to intelektualna przyjemność. „Trwajcie nadal w elastycznej nieufności. To najracjonalniejsza postawa” pisał Tyrmand. Jakże to aktualne.

    A jak wyglądałaby korespondencja współczesnych pisarzy i pisarek zebrana w jakiś opasły tom? Przecież większość z niej toczy się zwykle na Messengerze lub innych komunikatorach. A to oznacza liczne naklejki, gify, memy i linki. Wymiana myśli jest mocno kontekstowa, a skrótowe komunikaty wystukiwane są na klawiaturze, a nie pisane na papierze. Sytuacja tworzy nowe poziomy interpretacji. Bo coś, co jest „zwykłym” tekstem, odtworzeniem myśli i zapisków dnia – jak w przypadku zbioru korespondencji Tyrmanda i Mrożka – odbierane może być jako tradycyjny zapis przeszłości, ale dość prosty w odszyfrowaniu. Co jednak zrobić z „chwilówkami” w postaci nawiązania do popkulturowych dzieł, aluzji do środowiskowych awanturek i skandali? Czy za kilka lat nasze korespondencje będą kogoś obchodzić? I czy w ogóle gdzieś zostaną zachowane?

    www.unslpash.com/John Jennings

    Badacze będą musieli być chyba zarazem informatykami, bo nie wystarczy im wygrzebanie z Muzeum Literatury starych zapisków lub szukanie ich po znajomych i rodzinie pisarzy. Trzeba będzie wyłowić tysiące komunikatów gdzieś z internetowej chmury, a i wtedy nie będzie pewności, że te nasze naklejki będą znaczyć cokolwiek. I wśród nich nie znajdziemy raczej perełek w stylu tyrmandowskiej histerii z powodu łysienia, od którego popada w „metafizykę i religianctwo”. A może i my piszemy do siebie literaturą, tylko zakrywamy to ze wstydem?

    Ja w każdym razie nie życzę sobie wydawania moich listów nawet tysiąc lat po śmierci, bo i wtedy spłonę ze wstydu (pozdrowienia dla tych, którzy podejmują ze mną Bitwy na Gify).

  • „Oceniaj po okładce”, listopadowy felieton Sylwii Chutnik

    To jak z tym gadaniem: ach, nieważne, jakie kto ma ciało – ważne, jaki jest w środku. Ta, jasne. Ale jak się od nas odwróci, to go obsmarujemy, że gruby i się poci. Podobnie z książką. Nawet, jeśli zarzekamy się, że ważna jest dla na przede wszystkim treść, to zwracamy uwagę na to, jak owa treść jest ubrana. Czy format książki jest poręczny, czy czcionka zjadliwa i czy okładka nadaje się na wożenie jej w autobusie i przy ludziach. Don’t judge the book by its cover, apelowała Maria Peszek w jednej z piosenek, ale człowiek to bestia niesprawiedliwa i czepialska. Zaraz się wyzłośliwia nad potknięciami wydawców, które to przymusowo musi brać na klatę autor bądź autorka. W końcu to ich nazwiska są na grzbiecie książki. I nawet, jeśli przed wydaniem książki stoczono wielkie awantury o wygląd okładki, to i tak finał idzie na konto pisarza. Na dobre i na złe.

    Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie moja własna historia sprzed kilku tygodni, kiedy toczyłam boje o okładkę mojej nowej książki. W atmosferze wzajemnego zrozumienia ja grałam w dyskusjach rolę nawiedzonej artystki, a wydawnictwo racjonalnego głosu ludu. Ja domagałam się subtelności, półcieni i metafory, za to wydawnictwo naciskało na bezpośredniość. Nawet ich w tym rozumiałam, w końcu są od tabelek w Excelu a nie od wysublimowanych smaczków ze szkicownika. Książka ma się sprzedać, żaden autor nie zaprzeczy. Nawet, jeśli będzie się krygował. Awanturowałam się jednak nadal i wreszcie osiągnęliśmy kompromis. Zaczęłam się jednak zastanawiać, czy opakowanie jest równie ważne, co zawartość. Takie wydawnictwa jak Marginesy czy Karakter podniosły edytorską i wizualną poprzeczkę na tyle wysoko, że przy nich część okładek wygląda jak ulotki hipermarketu. Ale może to właśnie rozkrzyczany banał napędza komercyjna machinę a ja znowu się nie znam? Co sprzedaje książkę? Jak musi ona wyglądać, aby przyciągnąć potencjalnego czytelnika?

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Wizyta w księgarni pozwala na dość proste konkluzje: obyczajówki w stylu „Domek na prerii” lub chick lit to obowiązkowo lawendy, zamyślone kobiety lub pejzaże. W wersji hard: złote litery. Kryminały to krew, ponure miny i atrybuty zbrodniarza – to dla tych, co nie ogarnęli, że w treści morderstwo. Wtedy dajemy podpowiedź już na wstępie: siekiera, nóż, maczuga. Dalej biografie, te mają prosto. Na okładce jest zwykle zdjęcie bohatera lub bohaterki, ewentualnie jakiś zawijas wokół, żeby coś się działo. Historyczne to czarno białe zdjęcia kupione z archiwum plus wielka czcionka (najczęstszy kolor: czerwony). Natomiast moje ulubione pozycje z serii „celebryta pisze książkę” to oczywiście znowu portret, ale z większą ilością szaleńczych informacji na tylnej stronie. I logotypy patronatów i pięćdziesiąt blurbów oraz informacja, że książka jest bestsellerem, chociaż dopiero co ją wydano.

    Najgorzej sprecyzować poezję i literaturę piękną. Poezję, bo ta ma w ogóle najgorzej i nie sprzeda jej nawet goła baba. A literatura piękna jest różnorodna, bo tutaj najtrudniej utrafić w gusta czytelników. I zaczyna się przepychanka między ambitnymi autorami a działem promocji. Jedni chcą szkice piórkiem, drudzy znowu uparli się na czarny kwadrat na czarnym tle. Tymczasem wydawnictwo załamuje ręce, bo nie wiadomo, komu co się spodoba. W gatunkowej prozie „grupa docelowa” jest wyliczona niemal z chirurgiczną precyzją. A ci od traum i pożogi zwykle sami nie wiedzą, czego chcą (Nike chcą, ale tego najlepsza okładka nie załatwi). I kiedy człowiek myśli, że już wszystko gotowe, bo książka napisana i zredagowana czeka na druk, to pojawia się pandemonium w postaci dyskusji ślepca z głuchym. Że ten pierwszy kłóci się o nową czcionkę a drugi powtarza, że „marketing nigdy się na to nie zgodzi”. I tak się wymieniają mailami do usranej śmierci, aż obie strony są już tak zmęczone, że w ogóle chcą zmienić prace albo chociaż wyjechać w Bieszczady. Niestety, książka ma trafić do druku, więc robi się szybko jakiś tam setny projekt i wszyscy machają na niego ręką, bo mają dość jałowych sporów.

    Zapytałam kilka osób pracujących w wydawnictwach, jak to jest z tymi awanturami o okładkę.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Natalia Radzikowska z Wydawnictwa Agora:

    Okładki to są zawsze wielkie mecyje. Sprzedają książkę, dlatego wciąż wydawcy są bardzo ostrożni i boja się na przykład okładek koncepcyjnych, minimalistycznych i oryginalnych, bo uchodzą za tak zwane „niesprzedażowe”.  Najczęściej więc wydawnictwa kopiują innych, choć wiele też się ostatnio zmienia na plus. W Wielkiej Literze udało się swego czasu przewalczyć okładkę powieści Anny Dziewit-Meller „Góra Tajget”, która zdaniem wydawcy uchodziła właśnie za totalnie niesprzedażową. Okazało się potem, że warto było się upierać, bo bardzo zwracała uwagę i pozytywnie zadziałała.

    Dorota Nowak z wydawnictwa GW Foksal:

    Oczywiście zawsze pokazujemy projekty autorowi czy autorce i zależy nam na tym, by okładka podobała się obu stronom. Jeśli autor ma wątpliwości, wyjaśniamy skąd nasz pomysł, czym się kierowaliśmy i tak dalej. Jeśli autor zdecydowanie odrzuca projekt, pracujemy nad nowym. Byleby tych nowych nie było kilkadziesiąt… Decyzję o jej wyborze podejmuje kolegium okładkowe, w którym uczestniczą też pracownicy działu promocji. Opowieści o niezrealizowanych okładkach mogłabym mnożyć. Czasami muszę również odpuścić moje pomysły, jeśli widzę, że promocja i sprzedaż są totalnie na nie.

    Mam teorię, która brzmi, że to dzięki literaturze dla dzieci zwracamy uwagę na to, jak wygląda książka. Od mniej więcej dekady takie wydawnictwa jak Dwie Siostry czy Wytwórnia (a jest ich przecież o wiele więcej) uczą, że mądra treść powinna mieć godną oprawę graficzną. Co na to branża? Czy kwestia okładek jest dla niej priorytetem?

    Magda Kłos – Podsiadło z wydawnictwa dla dzieci Wytwórnia:

    U mnie jest, jak podejrzewam, nietypowo. Nie lubię wtrącać się za bardzo w projekt okładki. Jeśli założenia na początku są jasne, a ekipa zaufana, to okładka wychodzi zawsze dobrze. Ostatnio zwracam uwagę na to, że okładka w internetach jest jak znaczek pocztowy i to jest istotne przy jej projektowaniu. Parę lat temu wymyśliłam, że nasza rocznicowa edycja wierszy Juliana Tuwima będzie miała kilka okładek. Każda zaprojektowana przez inną ilustratorkę. To było świetne i od czasu do czasu chciałabym ten manewr powtarzać. Bardziej wtrącam się w grzbiet, który jest tak samo ważny, a projektanci czasem go ignorują, zapominając jakie spełnia funkcje. Czy perspektywa wydawcy książek dla dzieci jest inna? Okładki w książkach dla dzieci pewnie są łatwiejsze, integrują się z tym, co w środku. Z mojego doświadczenia wynika, że powstają zawsze na końcu procesu przygotowania książki.

    Zapytałam również kilku autorów, jakie są ich doświadczenia w bataliach o okładkę.

    Michał Witkowski („Lubiewo”, „Drwal”, „Wymazane”)

    Staram się pracować przy okładkach z moimi ulubionymi artystami: Grzegorzem Laszukiem czy Maciejem Sieńczykiem. Czasami jednak wydawnictwo chce zaoszczędzić pieniądze i proponuje mi cos nie do przyjęcia. Wtedy urządzam awantury i krzyczę, że po moim trupie. Że odejdę, nic już nie podpiszę i nic nie napiszę. Zwykle skutkuje. Natomiast przy wznowieniach książek nie jestem już tak surowy. Mam również doświadczenie w projektowaniu i tworzeniu grafik – zrobiłem tak w przypadku „Fioletowego światła”, powieści, którą sam dystrybuowałem. Nie chciałbym jednak samodzielnie projektować swoich okładek, wole pracę z artystami, którzy idealnie rozumieją moje oczekiwania i gust.

    Grażyna Plebanek („Nielegalne związki”, „Bokserki”, „Pani Furia”)

    Bardzo lubię pierwszą okładkę moich „Dziewczyn z Portofino”. To rysunek, fajny, subtelny. Na okładce „Nielegalnych związków” jest para. Moim zdaniem charakterna, chociaż wzbudziła niesmak mojej brytyjskiej wydawczyni, która dała „Nielegalne „po angielsku z okładką czarno-białą, mającą „sugerować”, a nie wykładać kawę na ławę. Najbardziej lubię okładkę „Córek Rozbójniczki”, sama ją wymyśliłam, a graficzka w lot złapała moje intencje, powstał piękny pastisz okładki pisma dla kobiet. Na okładkę „”Bokserki” próbowano wcisnąć goliznę, co staje się regułą po tym, jak napisałam „Nielegalne” (tzw. powieść „z seksem”). Stanęło na twarzach kobiet, ale ta, która miała być czarnoskóra, została wybielona, bo „czarni się w Polsce nie sprzedają”. Na szczęście „czarności” nie wystraszyła się wydawczyni „Pani Furii”, na okładce jest czarnoskóra postać, uwielbiam ten projekt. Z kolei wznowienie „Bokserek” zaczęło się od przepychanki o części ciała. Pierwsza wersja składała się z ust, piersi, pępka, sutków. Napisałam, że kobiece ciało to również mięśnie. Doszliśmy do porozumienia, są mięśnie. Rozumiem frustrację moich znajomych pisarzy europejskich pochodzenia afrykańskiego – im zawsze wciskają na okładki słonie, żyrafy i akacje. Nam, pisarkom, wciska się na okładki postaci kobiece z rozchylonymi ustami, gołymi brzuchami i zamglonym okiem.

    Michał Radomił Wiśniewski („Jetlag”, „God hates Poland”, „Hello world”)

    Okładki, a dokładnie ilustracje, do mojej trylogii wykonałem sam i była to jedna z rzeczy, które zastrzegłem sobie w umowie. Miałem takie szczęście, że wydawnictwo Krytyki Politycznej było bardzo otwarte na takie autorskie fanaberie. Zależało mi, bo okładka uznałem za integralną część dzieła, coś, co potrafi ustawić cały odbiór. W „Jetlagu” opisywałem dość nieznaną subkulturę furrysów; przez umieszczenie na okładce maski królika mogłem od razu zbudować więź, „o, to jest ten królik z okładki”. W „God Hates Poland” okładka jest symboliczna i odpowiada na pytanie, którego najbardziej nie lubię „o czym jest ta książka”. A że jest o religii, internetowym podglądactwie i sztucznej inteligencji, na obrazku znalazło się cybernetyczne oko opatrzności, które na nas patrzy, kiedy nikt na nas nie patrzy. „Hello World” to znów książka o pokoleniach, w tym przyszłych: umieściłem więc na niej bohaterkę stylizowaną na postać z „Minecrafta”. Starzy nie kumają, ale gimby owszem; parę dzieciaków myślało nawet, że to podręcznik do gry, co mnie bardzo ucieszyło.

    www.unslash.com/Becca Tapert

    Podsumowując: nie jesteśmy duszą bez ciała. Nawet najfajniejszy mózg musi nosić ubranko. Podobnie z treściami książek. Okładka ma nie tylko sprzedać, ma być oddzielną wypowiedzią artystyczną. Skoro byle zupka w proszku ma starannie zaprojektowane opakowanie, to czemu literatura ma zadowolić się zdjęciem ze Stocka czy reprodukcją nudnego obrazu? W czasach coraz większej popularności czytników okładki nie są już tak ważne – trochę tak, jak stało się z okładkami płyt, które są sprawą drugorzędną, bo i tak słucha się pojedynczych kawałków na MP3, Spotify czy innych Deezerach.

    Tym bardziej warto się postarać i zlecić pracę zdolnym grafikom i graficzkom. Mamy ich pod dostatkiem – o czym informuje książka, zresztą z bardzo ładną okładką: (klik).

    Skoro czytamy oczami to nacieszmy je również obrazami. I oceniajmy książki po okładkach, może wtedy coś się na polskim rynku zmieni.

    Sylwia Chutnik

    Rankingi: Co roku powstają różnego rodzaju rankingi i podsumowania tego, co wydaje się na polskim i światowym rynku. Tutaj zobaczycie najładniejsze, zdaniem redakcji Polityki, okładki 2016 roku: (klik). A tu, dla porównania, zestawienie amerykańskie: (klik) . I na koniec taka mała ściągawka dla rodzimego rynku (ku inspiracji – więcej odwagi, kochani wydawcy!): klik

     

  • „Koniec kultury papierowej”, październikowy felieton Sylwii Chutnik

     

    Kiedy ostatnio napisaliście list? Ale nie wystukany na klawiaturze, tylko taki ręczny, analogowy? Na papierze, w kopercie, wysłany na poczcie. No właśnie. W waszej skrzynce też prędzej znajdziecie faktury do opłacenia lub ulotki pizzerii niż list miłosny.

    Jesteśmy wtórnymi alfabetami. Nie tylko przestaliśmy czytać książki – przestaliśmy pisać. Wodzić dłonią po papierze i trzymać długopis lub pióro. Zamiast tego cały czas atakujemy palcami plastik wbijając w niego myśli. Opuszki palców stają się coraz bardziej zgrubiałe, a nasz umysł rozleniwia się. Wie przecież, że możemy pozwolić sobie na błędy ortograficzne, bo sprytny program komputerowe podkreśli je nam na czerwono lub wręcz poprawi je za nas. Nawet, jeśli mamy sporządzić krótką notatkę, to sięgamy prędzej po komórkę niż skrawek papieru. Po sklepach chodzą zombie i skrolują listę zakupów. W Finlandii od 2016 roku powoli odchodzi się od pisania ręcznego w szkołach dostosowując tym samym edukację najmłodszych do współczesnych wymogów. A gdyby tak rzeczywistość dostosowałaby się do pewnych rytuałów, z których nie warto rezygnować?

    Przestaliśmy odczuwać papier, kojarzyć go z elementem komunikacji. Zamiast pocztówek wysyłamy z wakacji SMSy lub pstrykamy fotkę w basenie i umieszczamy ją na Facebooku. To powinno starczyć znajomym, żeby dowiedzieli się, że pogoda ładna a my cali i zdrowi. Cóż, za długi list nie dostaniemy lajków i słitaśnych komentarzy. Treść korespondencji zobaczy tylko adresat, a nie tysiąc znajomych. A dziś nie opłaca się przecież robić rzeczy niszowych i przeznaczonych dla wąskiego grona odbiorców. Tu ma być masowo, histerycznie i natychmiast.

    Nie mamy czasu pisać. Zamiast tego pędzimy na klawiaturze i mamy gotowy tekst. Piękne zeszyty i notatniki traktujemy raczej jako idealny prezent, z którego nikt nie skorzysta. Co ciekawe, nawet literat. Kilka lat temu zostałam poproszona przez Bibliotekę Narodową o przygotowanie fragmentu swojego archiwum, aby przekazać je w depozyt powstającej kolekcji dotyczącej współczesnych pisarzy i pisarek. Okazało się, że byłam jedną z nielicznych osób, które zgromadziły zeszyty, odręczne notatki i szkice powieści. Większość twórców pracuje bowiem elektronicznie i do Biblioteki przekazać może co najwyżej twardy dysk. Wyobraźcie sobie Muzeum Literatury pełne plików. Tylko nich. Bez rękopisu wybitnego bildungsroman, bez pierwowzoru wiersza z naniesionymi poprawkami. Bez korespondencji między twórcami i bez szkiców konspektu wielotomowej sagi. Zamiast tego stare komputery i pendrivy. Dla mnie to przerażająca wizja, a przecież nader prawdopodobna.

    Pisanie ręczne i celebrowanie faktury papieru czy bawienie się mieszaniem tuszu w piórze wymaga czasu, ale i pewnego rodzaju skupienia. Mamy modę na slow life, mindfulness i świadome oddychanie. Odkrywanie czakramu tego i owego, jakieś coachingowe sesje. Półki księgarni zawalone są odstresowującymi kolorowankami – jeszcze chwila, a jedna z nich dostanie Nagrodę Nike. Zapomnieliśmy, że najprostszy sposób na medytowanie to pisanie. Niekoniecznie kaligrafia, chociaż i ją polecam (ostatnio wyszedł zeszyt ćwiczeń do samodzielnego zmagania się z literami: Grzegorz Barasiński, „Kaligrafia”, Wydawnictwo Znak). Chodzi raczej o praktykę kulturową związaną z pisaniem ręcznym: siadanie przy biurku czy innym blacie, sięganie po kartkę, patrzenie na nią, wreszcie wybranie narzędzia do pisania. Wzięcie go w dłoń, ważenie go. Pocieranie skórą o papier. Dobieranie poszczególnych wyrazów. Łączenie ich w zdania, frazy, akapity. Rozmieszczanie ich i planowanie. To jak taniec, który ćwiczy się latami aż wreszcie nie gubi się kroków.

    Pisanie ręczne jest również dobre dla mózgu. Zbadali to między innymi uczeni z Uniwersytetu z Princeton porównując sporządzone przez studentów notatki ręcznie i na komputerze. Później przepytano studentów z materiału, który zanotowali. Okazało się, że piszący długopisem zapamiętali o wiele więcej niż ci stukający w klawiaturę. Wszystko dlatego, że w czasie pisania ręcznego więcej wchodzi do głowy na bieżąco, myśli się o tym, co słyszy i analizuje informacje. Przy tego typu pisaniu intensywniej pracują rejony mózgu odpowiadające za funkcje sensomotoryczne, czyli interpretację wrażeń dotykowych. To, co wyczuwa się na przykład dłońmi jest od razu przetwarzane w mózgu. Ma to wpływ również na czytanie, ponieważ rozwija ośrodek odpowiedzialny za łączenie liter w słowa. Mówiąc wprost: piszący ręcznie posiadają zwykle większą wiedzę.

    Nie należy również zapominać o czysto estetycznych wrażeniach obcowania z papierem i jego ręcznym ozdabianiem. Odwiedziłam niedawno bibliotekę artystyczną na Brooklynie (klik), która zajmuje się kolekcjonowaniem sketchbooków z całego świata. Ma ich w archiwum ponad 36 tysięcy, w tym zeszyty z Polski (co ciekawe, głównie z Gliwic, Wadowic czy Katowic). Aby artystyczny notatnik dostał się do kolekcji należy uiścić niewielką opłatę na rzecz biblioteki. Przeglądając różnorodne dzieła zawierające fotografie, szkice, fragmenty pamiętnika lub kolaży mogłam docenić sztukę komponowania na niewielkiej powierzchni papieru. Wiedziałam, że wszystko, co znajduję na stronach zeszytów zostało wykonane ręcznie. Że ktoś dotykał kartek, kleił i wycinał. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to na niektórych można zauważyć odciski linii papilarnych. Albo zagięty róg, kleksa, rozmazaną farbę. Niedociągnięcia są przecież ludzkie, świadczą o ułomności. Podobnie jak w przypadku pisma, kiedy widzimy, gdzie autor poprawiał niektóre litery, skreślał czy zawahał się przy jakimś wyrazie nie dociskając długopisu. Obcowanie z rękopisem jest jedyne w swoim rodzaju, jest tekstem w tekście. Jego dodatkowe znaczenia są tylko dla wytrwałych, uważnych odbiorców, ale to jak historia alternatywna; kulisy tworzenia.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ręczne pisanie może stać się również biznesem. Odbyła się właśnie czwarta edycja festiwalu Niech Żyje Papier (klik), której głównym celem jest przywrócenie należytego miejsca w kulturze wyrobom poligraficznym i artystycznym. Można więc było nie tylko kupić prawdziwe cudeńka, ale i poznać ich twórców. W ofercie były art booki, kalendarze, notesy, pocztówki i plakaty. Książki stare i pachnące, szeleszczące notesiki i oryginalne długopisy. Spinacze, gumki do ścierania i wieczne pióra – cały ten bajzel, który trzymamy na biurku bawiąc się nim i dokazując jak uczniak w pierwszej klasie (czy wspomniałam, że na festiwalu są też piórniki?). Zabawki do pisania i tworzenia stanowią też element komercyjnej części – ludzie tworzą je i produkują, ale na szczęście znajdują się jeszcze nabywcy ma tego typu skarby. W tym niżej podpisana, która nie powinna kupować pięćdziesiątej koperty i setnego zeszytu (ale nie może się opanować i dlatego właśnie nigdy nie spłaci kredytu za mieszkanie i ja zaaresztują, ale przynajmniej wyląduje za kratkami z pięknym zestawem stalówek).

    W pisaniu jest coś uzależniającego. Nawet, gdybym nie była otoczona tymi wszystkimi pięknymi gadżetami, które aż kuszą do ich używania, to bazgroliłabym na skrawku gazety. Lubię szum stalówki, lubię ubrudzić sobie wskazujący palec rozlanym tuszem. To ślad, że pracuję. Rzemieślnicze, jakże cielesne świadectwo tworzenia. A komputer? Czy piszę złote myśli, czy wypełniam tabelkę w Excelu – wyglądam tak samo.

    Nie chcę żyć w świecie, w którym nie mamy czasu wysłać komuś pozdrowień z wyjazdu. Napisać im kartki, kiedy są chorzy lub w ich życiu wydarzyło się coś ważnego. Sama staram się rozdawać i wysyłać jak najwięcej. W końcu, kiedy przeniosę się do innej czasoprzestrzeni, to pozostaną po mnie właśnie takie drobiazgi – ślady naniesione na papier. A ten, chociaż kruchy i łatwopalny, trwa z nami od tylu wieków.

    Felieton został pierwotnie napisany ręcznie piórem Lamy.

  • „Wymyślone miasta”, wrześniowy felieton Sylwii Chutnik

    Poznać miasto dzięki książce. Albo odwrotnie: znajdować w fabule nowe miejsca na mapie. Fascynujące zatarcie granic: oto fikcja staje się miejską legendą, a czasem elementem prawdziwej historii. Od czego bowiem jest pisarz, jeśli nie od wyszywania realnych postaci i wprowadzania ich do tkanki miejskiej. Od niezauważalnego podrzucania nowych wątków i wplatania ich do tego, co istnieje od lat. Literackość staje się architekturą, gdzie starym domom nadawane są nowe znaczenia, a siatki ulic rozplątują się pod naporem kroków postaci stworzonych przez pisarza. I nagle zadajemy sobie pytanie: coś się zdarzyło, czy tylko o tym przeczytaliśmy? Jakie jest prawdziwe miasto: to, które widać za oknem czy to opisane na kartach książki?

    Trasy literackie istnieją od wielu lat. Czytelnicy i czytelniczki uwielbiają eksplorować miasta według topografii nakreślonej w powieściach i opowiadaniach. Dzięki temu czują się trochę tak, jakby sami brali udział w przygodach ulubionych bohaterów. Mimo tego, że zdajemy sobie sprawę, że postaci te są wymyślone, to liczymy, że za chwilę wychylą się zza rogu lub przejdą obok nas ulicą. Uczucie, które można porównać do czekania na świętego Mikołaja albo wizyty w komnacie strachu: wiemy, czego się spodziewać, ale jesteśmy podekscytowani.

    Współczesna turystyka oparta jest w dużej mierze na kompulsywnym robieniu zdjęć. Fotografujemy więc dom, w którym „mieszkała” rodzina Borejków lub kamienicę Łęckich. Robimy sobie selfie na miejscu zbrodni opisanej w kryminale. Wpisujemy się w opowieść przekonując siebie, że bohaterowie, którymi śladami podążamy są tak samo pełnoprawnymi mieszkańcami, co królowie czy sami pisarze. Przez chwilę jesteśmy dziećmi, które uwierzyły w bajki. Dla twórcy to wielkie wyróżnienie: zbudować świat zawieszony między realiami. To dlatego tak często stosowane są sztuczki z mieszaniem wymyślonych postaci i rzeczywistych miejsc. Dzięki nanizaniu fikcji na siatkę prawdziwych miejsc czytelnik traci rozeznanie, co jest prawdą, a co wyobrażeniem. I bardzo dobrze: literatura to przecież gubienie tropów i niekończące się wątpliwości.

    www.unsplash.com/Aron van de Pol

    Do najbardziej literackich miast należy Edynburg z trasami śladami powieści „Trainspotting” Irvina Welcha (klik) oraz kryminałów Iana Rankina (klik), Londyn z Sherlockiem Holmesem (klik), Harry’ym Potterem (klik) oraz klasykami: Charlesem Dickensem (klik) i Williamem Szekspirem (klik). Jest Saint Petersburg ze „Zbrodnią i Karą” Dostojewskiego (klik), Sztokholm z serią „Millenium” Stiega Larsona, Dublin z „Ulissesem” Jamesa Joyca i wiele innych. Trasy literackie to dobry biznes – najbardziej znana seria przewodników po świecie Lonely Planet co jakiś czas uzupełnia ranking najlepiej opracowanych tras przewodnickich (klik). Można przy niej znaleźć również informacje o hotelach i restauracjach, co napędza rynek turystyczny. Czasami wystarczy wnikliwe czytanie, aby znaleźć konkretne miejsca, ale często też korzysta się z zorganizowanych wycieczek z przewodnikami. W Polsce również mamy się czym pochwalić, na przykład wielkopolskimi szlakami śladem Adama Mickiewicza (klikz przewodnikiem „Podróże z Panem Tadeuszem” prowadzącym przez miejscowości odwiedzane przez wieszcza. Jest również Wrocław z trasą śladami Eberharda Mocka – postaci stworzonej przez Marka Krajewskiego (klik) , Lublin z Józefem Czechowiczem (klik), Poznań z serią „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz (klik) czy Gdańsk z Gunterem Grassem (klik).

    Jako warszawska przewodniczka szczególnie polecam Wam wycieczkę śladami „Lalki” Bolesława Prusa, przy której miałam przyjemność współpracować (klikczy trasę śladami „Złego” Leopolda Tyrmanda (klikoraz (klik– tam również mapa stolicy Mirona Białoszewskiego.

    Warszawa, www.unsplash.com/Alexey Topolyanskiy

    Potrzeba wiele godzin tych obserwacji, aby stworzyć nowy, literacki obraz miasta. Niczym francuski flaneur, czyli figura spacerowicza zaczerpnięta z twórczości Charlesa Baudelaire’a, wcielać się można w postać artysty niespiesznie przechadzającego się ulicami stolicy. Przypatrującego się, podglądającego i traktującego miejskie tło niczym wzór dramatyzmu scenicznego. Ulice jako teatr, bulwary z tłumem przechodniów jako nieustanne poruszanie się aktorów. W ten sposób odbiera się miasto niejako „z zewnątrz”, z odpowiednim dystansem niezbędnym do zobaczenia go w nowym świetle. Znany od dzieciństwa sklep nagle staje się nową scenerią wyłaniającą się zza obdrapanej farby. Mijany setki raz słupek okazuje się przedwojennym elementem latarni gazowej. Miasto pełne niespodzianek, dostępnych tylko dla tych, którzy zamiast biec przed siebie potrafią smakować metropolię niczym najbardziej wykwintną potrawę. Serwowaną na specjalne zamówienie.

    Stanisław Wokulski z powieści „Lalka” w ten właśnie sposób odkrywał rodzinne miasto. Zatrzymywał się nad brzegiem Wisły i patrzył na Powiśle. czy na hotele położone nieopodal jego sklepu. Obserwował Warszawiaków podobnie jak Bolesław Prus: niby przypadkiem, pomiędzy jedną wędrówką a spotkaniem związanym z interesami. Mimo wszystko jego zmysły był zawsze czujne. Potrafi poczuć zapach knajpy, dostrzec widok wielkich oczu żebraczki czy jasną plamę słońca. Krążył po mieście wypatrując ukochanej Izabeli Łęckiej, ale jednocześnie chłonął miasto, które stawało się powoli areną jego klęski.

    Czytając opisy miasta czytelnik zaczyna przyjmować wrażliwość bohatera za element swojej percepcji. Dzięki temu odkrywa nowe znaczenia nawet najbardziej znanych i ogranych miejsc. To odświeżające, tak sobie pożyczyć czyjeś oczy i patrzeć nimi wokoło.

    Oblekanie miasta, snucie się po jego ulicach, zaglądania między cegły, obwąchiwanie bruku. Wydaje się, że spacery i obserwacje zakamuflowane są w poszczególnych zdaniach, które, rzucane niby między opisem akcji, dają obraz przestrzeni. I znowu – historia przekraczająca ramy tego, co realne i fikcyjne. Moim ulubionym przykładem jest choćby tablica umieszczona na fasadzie dwóch kamienic związanych z „Lalką” (dom, w którym mieszkał Wokulski i sklep, którego był właścicielem). Przeszłość staje się zwyczajnie opowiadaniem, czymś na krawędzi czasoprzestrzeni, między tym, co się wydarzyło a tym, co mogłoby się wydarzyć. Wystarczy spojrzeć na popularne zdjęcie – fotomontaż przedstawiający rzekomy sklep Wokulskiego na Krakowskim Przedmieściu, z dorobionym szyldem, który wygląda tak naturalnie, jakby istniał naprawdę. Co jest fikcją, co wyczytaliśmy w książce, a co przedstawiono na zdjęciu? A czy to ma jakieś znaczenie? Taka literacka postprawda, trudno.

    Moskwa, www.unsplash.com/Astemir Almov

    Nie musimy się nią przejmować, możemy za to zwyczajnie zanurzyć się w formie i dać ponieść opowieści. Ale aby świadomie bawić się razem z pisarzem czy autorką musimy chociaż trochę znać miasto, w którym znajdować by się miał przedstawiony wcześniej sklep czy kamienica. Wymaga to od nas skupienia, wyjścia z domu i zasmakowania miejskiego pejzażu. Po trochu turysta, dozorca i przechodzień w jednym. Zawsze spostrzegawczy, wyczulony na otoczenie. Jesteśmy w samym środku opowieści. Idziemy za autorem, który jest demiurgiem – przechodniem spacerującym od placu do skrzyżowania. Podglądamy jego kroki, kierujemy wzrok tam, gdzie i on kieruje swój. Uczymy się jego perspektywy i sposobu postrzegania miejskiego teatru. Nadajemy mu cechy charakterystyczne. Punktem stycznym jest wspólnota obserwacji i przetwarzania. Bez tego miasto jak nieożywiona lalka jest tylko kolejną makietą metropolii. Pustą i przewidywalną.

    Dlatego też coraz więcej władz lokalnych finansuje trasy przewodnickie i uważa turystykę literacką za pełnoprawną część promocji miasta: podobną do ciekawego muzeum czy prężnie działającej bazy hotelowej. Poszukiwacze powieściowych wątków grasują po świecie a pisarze coraz częściej mogą starać się o stypendia czy rezydencje w zamian za napisanie choćby krótkiego opowiadania o danym miejscu. W końcu czym byłaby Moskwa bez „Mistrza i Małgorzaty”, Nowy Jork bez Candace Bushnell a Mumbai bez Katherine Boo i jej bohaterów: Abdula, Aszy i innych? Bez pisarskich zmyśleń miasta stanowiłyby tylko nudną zbieraninę domów, to wszystko.