Kategoria: Aktualności

  • „Czuję się jak Quentin Tarantino. Używam przemocy do opowiedzenia ciekawej historii”. W Sztokholmie rozmawiamy ze Stefanem Ahnhemem.

    Chciał być gwiazdą muzyki, został scenarzystą, a później pisarzem kryminałów. Nie ukrywa swojego uwielbienia do Henninga Mankella, był odpowiedzialny za przeniesienie na ekran jego powieści o Kurcie Wallanderze. W końcu sam postanowił napisać kryminał. Napisał już trzy, z czego dwa ukazały się w Polsce. 'Dziewiąty grób” właśnie pojawił się w księgarniach. Rozmawiamy o Szwecji, książkach, a także o tym, w jaki spośób Stefan zabiłby, gdyby musiał. 

    dziewiaty-grob-b-iext41105164

    W Polsce właśnie ukazała się Twoja druga książka, czyli „Dziewiąty grób”. Co ciekawe, nie brakuje w niej polskich wątków. Jeden z bohaterów nazywa się Wojtek Nowak, a kanibal jeździ do naszego kraju piłować sobie zęby. Dlaczego akurat Polska, a nie Dania, Norwegia czy Ukraina?

    Zacznę od Wojtka Nowaka, to mój przyjaciel i spodobało mi się to nazwisko, po prostu bardzo dobrze brzmi.

    Nowak to u nas najpopularniejsze nazwisko.

    Nie wiedziałem o tym, ale naprawdę mi się podoba. Wojtek nie widział, że umieszczę go w książce i był bardzo zaskoczony. Co do kanibala podróżującego do Polski, to pewnie Cię nie zaskoczę, ale zadecydowała ekonomia. Po prostu usługi dentystyczne w Polsce są dużo tańsze niż w Szwecji, nawet o jedną trzecią, a są równie dobre. Weź jednak pod uwagę, że gdy pisze się książkę, to pewne rzeczy wpadają do głowy tak po prostu, nawet nie myśląc o nich. Więc pisząc o dentyście, od razu Polska przyszła mi do głowy jako naturalny kierunek.

    Wiesz coś jeszcze o Polsce?

    Niestety, bardzo mało. Bardzo chciałbym do was przyjechać (Stefan Ahnhem przyleci na Śląskie Targi Książki w Katowicach, które odbędą się w dniach 30.09-2.10). Mój przyjaciel opowiada mi jednak praktycznie same dobre rzeczy, ale jestem bardzo zaniepokojony faktem, że partia rządząca cenzuruje telewizję.

    W „Dziewiątym grobie” opisujesz historię szwedzkiego ministra sprawiedliwości, który znika w tajemniczych okolicznościach, a w tym samym czasie w Danii zostaje brutalnie zamordowana żona pewnego celebryty. Sądzisz, że to może wydarzyć się w rzeczywistości?

    Bohaterowie moich książek są normalnymi, nowoczesnymi ludźmi, jak ja i Ty. Ale sprawy nad którymi pracują zdarzają się raz w życiu. Nie interesuje mnie pisanie w stylu: ktoś wypił za dużo, uderzył swoją żonę i ona zginęła. Jeśli mam napisać książkę, która ma sześćset stron, to to musi być coś naprawdę ekstra. Często mówimy, że rzeczywistość jest dziwniejsza od fikcji, ale moim celem jest, żeby fikcja była bardziej surrealistyczna niż rzeczywistość, chcę pobić rzeczywistość. Nigdy tak mocno się nie przygotowywałem jak do napisania „Dziewiątego grobu”, starałem się ją uczynić jak najbardziej prawdopodobną, ale to fikcja.

    img_3705
    Książki Stefana Ahnhema w księgarni w centrum Sztokholmu.

    Jako scenarzysta serialu na podstawie książek Henninga Mankella, jesteś pewnie pod jego dużym wpływem. Tytuł Twojej pierwszej książki „Ofiara bez twarzy” jest bliźniaczo podobny do mankellowskiego „Mordercy bez twarzy”.

    Wiem, że to może dziwnie zabrzmi, ale gdy wymyślałem tytuł, to nie zwróciłem na to uwagi. Z czasem jednak uświadomiłem sobie, że jest bardzo duże podobieństwo. Tak jak powiedziałeś, jestem pod dużym wpływem twórczości Mankella, przeczytałem wszystkie jego książki o Kurcie Wallanderze. Dla mnie wielkość szwedzkiego kryminału rozpoczęła się właśnie od tego pisarza, to on sprawił, że w naszych książkach zaczytuje się cały świat. Miał coś takiego w pisaniu, że zawsze parł do przodu, to mnie bardzo zainspirowało.

    Możemy więc powiedzieć, że Fabian Risk, Twój główny bohater jest nowym Kurtem Wallanderem?

    Nic z tych rzeczy. Gdy pracowałem nad serialem o Kurcie, to miałem wtedy dość starych, pijących za dużo, samotnych policjantów. Takich, którzy nie mają rodziny, przyjaciół. Kiedy wymyślałem Fabiana Riska, to chciałem żeby był młodszy, ma około czterdziestki zamiast sześćdziesiątki. Fabian nie słucha muzyki operowej albo jazzu, a raczej elektronicznej, więc ma bardzo dobry gust (śmiech). Z drugiej strony, jest naiwny, uczuciowy, potrafi płakać. Nie jest człowiekiem z kamienia, ma swoją rodzinę, co było dla mnie bardzo ważne, żeby towarzyszyły mu codzienne problemy z dziećmi, z żoną. Dla mnie Risk jest o wiele bardziej nowoczesny niż Kurt Wallander.

    ofiara-bez-twarzy-b-iext43464580Twoja pierwsza książka „Ofiara bez twarzy” opowiada o mordercy, który po kilkunastu latach zaczyna zabijać kolegów, koleżanki, a także nauczycielki ze swojej byłej szkoły. Każda z tych osób ginie w winnych okolicznościach. Załóżmy, że Ty miałbyś zabić któregoś ze szkolnych kolegów, jakiego urządzenia dostępnego w szkole byś użył?

    Mhm, daj mi pomyśleć. O, już wiem. Powiesiłbym go na wieszaku na mapy w klasie geograficznej. Tak, zdecydowanie bym go powiesił, to by było najlepsze rozwiązanie. Teraz byłoby to już niemożliwe, bo zamiast map są tablice elektroniczne, więc moje morderstwo musiałoby nastpić w starej klasie.

    Pytam o to nie bez przyczyny, bo Twoje książki są momentami bardzo brutalne, chyba się z tym zgodzisz?

    No tak, nie mogę się nie zgodzić. Zanim zacząłem pisać, powiedziałem sobie, że nie będę uciekał od rzeczywistości, nie będę zamykał oczu. Jeśli jest seks, to opisuję seks, jeśli przemoc, to przemoc, po prostu. Szczególnie w „Dziewiątym grobie” jest sporo krwi, ale historia naprawdę tego wymaga. Byłoby raczej dziwne, gdybym tego tak nie opisał. Takie jest moje zdanie. Czuję się trochę jak Quentin Tarantino, który też emanuje przemocą, ale jest to przemoc uzasadniona.

    Przyznasz, że przyjęło się tak, że w szwedzkim kryminale bohaterem musi być policjant, który ma bardzo skomplikowane życie prywatne.

    Każdy z nas ma jakieś problemy w życiu, to nie musi być kryzys, ale po prostu problem. Ja unikam w swoich książkach rozdzielania życia prywatnego od zawodowego. Jeśli Fabian Risk jest w domu i je kolację z rodziną, albo kłoci się z żoną, to gdzieś z tyłu głowy myśli o sprawie, którą ma do rozwiązania. Z kolei życie prywatne zabiera ze sobą do pracy, to jest po prostu bagaż, który nosi ze sobą wszędzie.

    photo-1466837431058-102ee1e32ba3
    Sztokholm, fot: unsplash.com/Jason Briscoe

    Często mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Jak Ty to odbierasz z perspektywy Szwecji, która jest stolicą światowego kryminału.

    Rzeczywiście, jest coś takiego. Rozmawialiśmy już o Mankellu. Drugą osobą, bez której o szwedzkim kryminale nie byłoby głośno jest oczywiście Stieg Larsson, który również bardzo mnie zainspirował. Teraz pisarzem, który robi świetną robotę jest na przykład Lars Kepler. Z drugiej strony, jest sporo skandynawskich kryminałów, które są po prostu słabe. Książka zaczyna się ekscytująco, potem niby policjant szuka mordercy, ale tak naprawdę nic się nie dzieje, a na końcu znów jest jakaś akcja. To jest w sumie jedna hostoria, dlatego staram się tych historii w książce zawrzeć kilka, żeby zaciekawić czytelnika. Fakt, jest to dużo bardziej pracochłonne, ale jest też finalnie ciekawsze.

    Jako scenarzysta, a teraz pisarz kryminałów uważasz, że żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznym świecie?

    Wręcz przeciwnie, świat staje się coraz bardziej przyjazny. W Szwecji dzieje się dużo złych rzeczy, ale w większości jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata. Możesz bezpiecznie chodzić po ulicy, nawet po zmroku i nic Ci się nie stanie. Dlatego uważam, że możemy pisać doskonałe kryminały dlatego, że jest u nas tak spokojnie. Złe rzeczy dzieją się też przecież w Polsce czy w Niemczech, ale czytelnicy są wszędzie tacy sami. Chcą się bać, chcą płakać, chcą kochać, dlatego chcę w swoich książkach zawrzeć wszystkie te emocje. Idealnym rozwiązaniem jest, jeśli czytelnik zapomina, że czyta książkę i staje się jej częścią i daje się porwać w podróż ze mną.

    Zdjęcie autora: Thron Ullberg

     

     

  • Nierzeczywista rzeczywistość, czyli Radka Franczak w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Rozmowa dwóch kobiet, które o literaturze i o życiu wiedzą dużo. Nawet bardzo dużo.  Debatują nie tylko o pisaniu, ale też o polityce oraz odpowiedzialności za słowo. Z Radką Franczak rozmawia Ewa Karwan-Jastrzębska.

    Teraz wiem, że można kogoś takiego spotkać może tylko raz, może tylko się otrzeć i mieć po nim ślad jak wypalony, mocny, na zawsze” 1).

    Radkę Franczak poznałam w wydawnictwie publikującym nasze książki. Moje dla dzieci, serię „Agata z placu Słonecznego”, Jej dla dorosłych. W Marginesach wydała swoją debiutancką powieść „Serce”. Poznałam i zaczęłyśmy do siebie pisać. Ja nad ranem, Radka w ciągu dnia. Ja z Warszawy, wysyłając jej zdjęcia świtu i obrazki z życia nocnego miasta, ona z Nowego Jorku, dzieląc się okruchami tamtej rzeczywistości. Myślałam wcześniej, że sztuka epistolarna upada w obliczu łatwości przekazu. Że zmieniła się w zwykły zbiór informacji, wydziedziczona z czasu przyszłego przez wrzucenie jej w teraźniejszość. Bo przestał istnieć czas pomiędzy pisaniem a oczekiwaniem odpowiedzi. Tak się jednak nie dzieje. Listy zostawiam dla siebie, ale zaproponowałam Radce rozmowę o pisaniu, życiu i kondycji współczesnego świata. Zgodziła się i tak narodził się nasz publiczny dialog.

    Żyjemy w nierzeczywistości. Świat wokół nas ma nieostre granice, trudno odnaleźć w sobie rytm codzienności, każda nuta zdaje się być fałszywa. Ludzie stracili z horyzontu punkt dotarcia. Zatarły się sensy. Jak sądzisz, czy tak rozchwiana rzeczywistość nieustającego politycznego sporu jest inspirująca dla współczesnego pisarza?

    To zależy jakim się jest człowiekiem. Na mnie akurat źle wpływa destabilizacja, nacjonalizm i zacieśnianie horyzontów, duszę się w tym wraku samolotu, który nam codziennie spada. Wolę kierować myśli tam gdzie można coś zbudować, dowiedzieć się czegoś nowego. Do tego wolność, w tym wolność wypowiedzi, jest dla mnie podstawą, potrzebną do życia i tworzenia. Ograniczenie jej wywołuje we mnie lęk i gniew. Na co dzień szukam ciszy, izoluje się od ludzi, miasta, ruchu, światła. Ale teraz mamy taki czas, kiedy trzeba uważać z milczeniem.

    serce_rfranczak_1Jak sądzisz, czy twórcy mają szansę nazwać i skomentować to, co dzieje się teraz w Polsce, tak, aby zbudować w ludziach na nowo granice wewnętrzne, przeprowadzić czytelnika bezpiecznie przez pułapki nierzeczywistości?

    Jak najwięcej ludzi powinno protestować. Szczególnie twórcy, ludzie kultury. Podziwiam tych, którzy od samego początku wskazywali na zagrożenie demokracji, godności i gwarancji praw, mówili o tym głośno, upubliczniali swój wizerunek w tym znaczeniu. Ja widzę niebezpieczeństwo w postawie pasywnej, w ciszy, która staje się przyzwoleniem.

    Literatura to medium o wielkiej sile oddziaływania na ludzką wyobraźnię. Kształtuje świat odbiorcy od wczesnego dzieciństwa, jest w stanie wiele w nim stworzyć i wiele zmienić, jeśli jej przekaz jest wystarczająco mocny i czytelny.  Jak dziś widzisz misję pisarza? Czy słowa mają moc, mogą ranić, albo zabijać? Jak pisarz powinien się z nimi obchodzić? Na czym, w obecnych czasach, polega odpowiedzialność pisarza za słowo?

    Kiedy pytasz o ”misję” i „odpowiedzialność” w kontekście pisania to przyznam ci się, że aż się zgarbiłam na samą myśl, że mając je wiszące, zawisłe mi nad głową miałabym pod tym parasolem coś stworzyć.

    Język, słowa są dla mnie niesforne i nieobliczalne, ciągle się zmieniają, do tego są stare ze swoimi warstwami znaczeń. Pytanie jak ułożyć je obok siebie, żeby oddały to o czym chcę opowiedzieć a przy tym mówiły prawdę, prawdę, która jest niemożliwa do złapania.

    Czytając twoje pytanie łatwiej byłoby mi je odnieść do współczesnego dziennikarstwa. To ono, dzięki rozwojowi internetu stało się teraz masową potęgą. Dosłownie buduje nam świat. Książki są ważne, ale na naszą codzienność mają wpływ informacje, które płyną do nas szerokim strumieniem. Boli mnie, że ludzie którzy tworzą poprzez selekcję i jakość nam codzienny obraz świata robią to tylko często po to, żeby podnieść oglądalność, ilość wejść na stronę itd. Strach i wstyd sprzedają się najlepiej. Mamy do czynienia z mediami niekiedy częściej niż z rzeczywistością. I tu będę uparta, tęsknie za dziennikarstwem odpowiedzialnym i różnorodnym, takim które potrafi komentować, pokazywać też dobre strony świata i życia, sposoby rozwiązania, a nie tylko jedzie po bandzie – nawet kiedy robi to w bardzo intelektualny sposób.

    Słowo „misja” zastąpmy zatem „rola”. Pisarz posługuje się słowami. Czasem są faktycznie niesforne, żyją własnym życiem, ale nie biorą się znikąd. Pisarz nie jest wyabstrahowany z rzeczywistości. Potrafi uciec, ale głosy i tak do niego docierają. Więc tak czy inaczej twórca prędzej czy później znajduje odpowiedni kostium i właściwe dekoracje, aby opowiedzieć o współczesności. Dać jej świadectwo.  Poruszony przez Ciebie temat dziennikarstwa w kontekście wrażliwych tematów jest ciekawy. Dziennikarstwo odpowiedzialne…? Jestem przekonana, Radko, że takie dziennikarstwo musiałoby być wyrwane z kontekstu doraźnych interesów. Bo ludzie komentujący teraźniejszość zazwyczaj wpisują się w horyzont oczekiwań odbiorcy. Odbiorcy złaknionego szybkiej i agresywnej informacji. To co w komunikacie niespieszne i subtelne, staje się przezroczyste. Złapałam się na pewnej myśli, gdy czytałam jedną z recenzji poświęconych Twojemu „Sercu” (https://miszong.pl/kiedy-serce-to-samotny-mysliwy-o-debiucie-literackim-radki-franczak/). Otóż tak subtelna analiza dzieła literackiego, tyle odkrytych asocjacji, znakomitych i trafnych skojarzeń może spotkać się z milczeniem i niezrozumieniem, nikt bowiem w obecnych czasach nie podejmie z tekstem takiego dialogu, a dla czytelnika recenzji za dużo w nim odniesień do tekstów kultury. Jest piękny i ciężki. To tekst rozumiejący, ale niezrozumiały dla potencjalnych czytelników.

    Gdy pracowałam w radiu, słyszałam od czasu do czasu od pani prezes pewnej prywatnej stacji po audycji (na przykład z Anną Micińską jako gościem, poświęconej Aleksandrowi Watowi albo po rozmowie z Marią Janion o Jej książce „Wobec zła”) taką oto kwestię: „Ewa, przestań się sama wypowiadać, nie rozmawiaj z gościem, jesteś od zadawania pytań, a nie reagowania na odpowiedzi ”. Wszystko się we mnie buntowało, bo przecież prowadzenie autorskiej audycji polega na budowaniu dialogu. Żaden twórca nie chce być odpytywany z tego, co lubi jeść na śniadanie, albo jaką książkę zabrałby na bezludną wyspę. Gotowy zestaw pytań. Ta potrzeba powierzchowności dialogu zabija umiejętność myślenia i pisania, czyniąc tekst nieobecnym, ulotnym i przemijającym.

    Odejdźmy zatem od tekstów dziennikarskich, aby powrócić do sztuki. Chciałabym wiedzieć czym jest dla Ciebie język w sztuce? Przeszkodą czy wyzwoleniem? Tworzy ograniczenia czy otwiera drogi? Bo dla mnie język jest materią nieskończoną, mówimy inaczej to samo. Tajemnicą jest forma. Jesteśmy w stanie tworzyć nowe światy z tych samych elementów. Nigdy się nie powtórzą, jest tak, jak wspomniałaś w naszej rozmowie –  lektur i odczytań jest nieskończenie wiele. Ty, reżyserka i pisarka, poruszasz się siłą rzeczy między językiem filmu i literatury. Który z nich jest w stanie więcej objąć, więcej „pokazać”?

    marina-kopia_1

    Język mnie fascynuje, wokół mnie skaczą słowa, zależnie od sytuacji i poziomu inspiracji układają się ze sobą tworząc różne konstelacje. Jestem ograniczona w języku w swoich ulubionych, i lubię podsłuchiwać i zapisywać kody innych.

    Książkę pisałam sama i tylko ja jestem odpowiedzialna za jej treść. Film to praca zbiorowa, wykładnia talentów kilku ludzi. Operator, dźwiękowiec, producent, montażysta – każdy z nich wnosi coś do opowiadania. Ja mam historię i wizję, ale muszę też umieć współpracować i być elastyczna, kiedy oczywiste jest, że ktoś ma dobry, ale inny pomysł. Film daje mi też oddech od intensywnej samotności kiedy pisałam „Serce”.

    Serce” to powieść drogi i jej kresu. Cierpliwie układasz w ustalonym porządku wątki opowieści. Zdania rozwijają się niespiesznie w czasie. Można je smakować. Dotykasz słowami czytelnika. To Twój język. Ale jest też w „Sercu” żywioł obrazu, bo czasem opowieść ustępuje mu miejsca i widzimy słowa „od podszewki”, bo jawią się w sensach nakładających się na siebie klisz, zatrzymanych kadrów, obrazów. Następuje spotkanie słowa i fotografii.

    Forma dopowiadania czy komentowania obrazem historii tworzy nową jakość w literaturze. Ten obraz jest jak utrwalona w czasie scena, jak uwiecznianie niemożliwego. A więc nie porzucasz obrazu. Nie przestajesz być reżyserem.  Skąd i dlaczego do powieści wkroczyły obrazy?

    Od początku widziałam tę książkę formalnie – bloki słów spomiędzy których będą wyłaniały się fotografie. Zdjęcia nie są ilustracją tylko kolejnym elementem. Pisanie jest intensywne, czarno-białe obrazy przynoszą chwilę zmiany percepcji, chociaż o podobnej atmosferze to jednak pozwalają na moment odejść od słów.

    Bardzo ciekawym wątkiem w Twojej powieści jest odchodzenie. I lęk przed pożegnaniami. Mama odwiozła mnie dwoma samolotami do Archangielska, a potem, po trzech dniach, zostawiła tam, musiała przecież wracać do swojego życia i do pracy, a ja musiałam zostać. Intensywność tych chwil, kiedy jej zielony beret i sztuczne lamparcie futro znikały za drzwiami i to, jaki potem w sypialni Iriny Sergiejewnej napadł na mnie mrok, może właśnie to spowodowało, że każde późniejsze przedstawienie mnie komuś, zostawienie mnie gdzieś, odejście odczuwałam niezwykle brutalnie” 2).

    Odejście może mieć różny wymiar. Czy literatura może oswoić śmierć?

    Czy w ogóle można oswoić śmierć? Odejście na zawsze? Literatura może dać poczucie wspólnoty, podobnego przeżycia, w ten sposób może, przyniesie częściową ulgę.

    Literatura nazywa to, co niewyrażalne. W „Sercu” świetnie charakteryzujesz postaci. Wystarczy mała scena, bohater w ruchu, w sytuacji, aby to pojąć, aby stanął on blisko czytelnika: „Cały dom, zbieranina rzeczy, tkwiąca tu jak w zawieszeniu córka, wszystko nabrało teraz sensu. Shirley była motorem tego miejsca. Jej ciało, ruchy, spojrzenia sprawiały, że chciało się za nią iść, być blisko. To, czego dotykała, otrzymywało ciężar, inny wymiar, kiedy patrzyła na ciebie, istniałaś mocniej, kiedy się uśmiechała, skoczyłabyś dla niej w ogień” 3). I druga, zgoła inna charakterystyka: „Robin była duża i wysoka. Mogłaby być silną farmerką lub właścicielką winnic, kobietą stojącą mocno na nogach, z koniem przy boku, szpicrutą w ręku, z fortuną w kieszeni, ale w jej ciele nie było tej siły biegnącej wprost z czarnej ziemi i musiało to być jej własne przekonanie o ogromnej kruchości swojego ciała. Ta delikatna kruchość właśnie, uważanie na siebie na każdym kroku, wywoływało szereg fizycznych, męczących nieporozumień, pomyłek, potknięć, co chwilę coś upuszczała, gubiła, łamała lub uszkadzała jakąś część ciała w związku z tym dużo uwagi poświęcała sobie oraz temu, żeby rzeczy leżały na miejscu, a różne prawa i reguły, które ustanowiła w domu, miały być ściśle przestrzegane”4).

    Piszesz w posłowiu „Serca” o ludziach, który użyczyli Ci siebie gdy tworzyłaś swoje postaci, o spotykanych osobach, które wkraczały do Twojego świata. Czy są też w tej powieści bohaterowie narodzeni z nicości? Wymyśleni od początku do końca?

    Serce” jest powieścią, fikcją. Nie ma tu bohaterów którzy żyją naprawdę. To o czym pisałam w posłowiu miało raczej charakter czegoś co mogę nazwać „podpowiedź rzeczywistości”. Polegało to na tym, że kiedy na przykład skupiałam się na postaci Shirley i zastanawiałam się jaka ona dokładnie ma być to w tym momencie zupełnie przypadkiem poznawałam kobietę, która była w wieku Shirley, czyli po 80-tce, a na pierwsze spotkanie ze mną przyszła ze swoim dużo młodszym kochankiem, była mądra, radosna, promieniała życiem, a jej mężczyzna nie odrywał od niej oczu, zresztą ja też. I, mimo, że już wcześniej wiedziałam, że postać Shirley ma być najbardziej „żywa” spośród moich trzech bohaterek, to dostawałam ten przykład. Często w zwykłej rozmowie z kimś, padało kilka słów, które były początkiem sceny. Takich sytuacji mogłabym wymienić znacznie więcej.

    W zgiełku i pośpiechu otaczającego nas świata „Serce” jest książką, która spowalnia puls i pozwala przyjrzeć się sobie i mijanym krajobrazom. Jej siłą jest piękno języka. Są pisarze, którzy dzięki urodzie stylu wpisują swoje dzieła w porządek wiecznej obecności w pamięci czytelników. W pewnym sensie więc „Serce” pomaga odnaleźć właściwą miarę rzeczy. Choć mówi o samotności, pozwala odzyskać potrzebę bliskości, choć opowiada o nieuchronności końca uzmysławia, że za smutkiem idą chwile niezmąconej niczym radości. Dla tych chwil warto czytać i warto codziennie wstawać z łóżka. A jeśli już o łóżku mowa to nie zapominajmy, że nasze rozmowy toczyły się gdzieś pomiędzy jawą a snem, z racji różnicy czasu – Warszawa – Nowy Jork w przestrzeni onirycznej. Podejmijmy więc na koniec temat snu, bo sen w literaturze jest tematem tajemniczym. Pisząc, często po niego sięgam, ze świadomością że czasem może być trudno go opuścić bohaterom bo bywa, jak doskonale wiemy, niebezpiecznie kuszący. Sny prorocze to osobny, bardzo ciekawy temat. Ale wracając do „Serca”. Jaką rolę w Twojej powieści pełni sen?

    Sen to takie zanurzenie się pod wodę. Wydaje się, że to ten sam świat, ale nawet prawo przyciągania działa tu trochę inaczej, musimy uczyć się nowego sposobu percepcji, jest tajemnica, dźwięki słychać jakoś dziwnie, trochę się boimy, a trochę jest pięknie. To obraz, głos z innej przestrzeni. Warto go usłyszeć.

    Radka Franczak jest autorką filmów dokumentalnych „Stiepan” i „Gdzie jest Sonia?”. Scenarzystka i reżyserka, fotografka, absolwentka PWSFTviT w Łodzi. Ukończyła kurs reżyserii filmów dokumentalnych w Szkole Andrzeja Wajdy. Debiutancka powieść „Serce” poruszająca temat emigracji, dorastania i przemiany – jest portretem jej pokolenia.

    Ewa Karwan-Jastrzębska jest pisarką i scenarzystką. Publikuje książki dla dzieci i dla dorosłych. Film animowany „Miś Fantazy”, zrealizowany na podstawie baśni autorki zdobył między innymi „Silver Remi Award” i „Gold Remi Award” w Huston, „Best TV Remi Award” i „Best Animation Award” w Nairobii oraz Złotego Koguta na Festiwalu Filmów w Tarnowie. W jej baśniach i powieściach dla dzieci istotną rolę odgrywa realizm magiczny. Dla dorosłych pisze pod pseudonimem.

    ( materiały: www. marginesy.com.pl )

    Przypisy:

    1. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 72
    2. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 47
    3. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 72
    4. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 46

  • „Kryminały będę pisał jeszcze przez 10 lat”. Marek Krajewski w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Rozmawiamy nie tylko o najnowszej książce „Mock”, ale też o pisarskiej emeryturze, serialu „House of Cards”, literackim Noblu, a także o tym, że Eberhard Mock powrócił trochę przez przypadek. 

  • „Żeby napisać tę książkę, uczyłam się o londyńskich herbaciarniach i kursach pielęgniarskich”. Anna Lange opowiada o swoim debiucie literackim.

    Co sprawia, że naukowiec decyduje się napisać książkę o czarach, nekromancji i magii? Dlaczego pisze pod pseudonimem i jak to jest słyszeć o swoim debiucie „Harry Potter dla dorosłych”? O tym rozmawiamy z Anną Langę, która wyważyła drzwi polskiego rynku wydawniczego książką „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu”.

    clovis-la-fay-1500px-3dZnane są przypadki, że pracownicy naukowi, wykładowcy, nagle dostają olśnienia i zostają pisarzami najpierw na pół etatu, a później często przechodzą na zawodowstwo. Jak to jest w Pani przypadku, od dawno w głowie siedziała historia, która czytelnicy mogą przeczytać w Pani debiucie literackim?

    Historia rozumiana jako fabuła siedziała mi w głowie dosyć krótko. Pierwsi pojawili się bohaterowie i świat. Zaczęłam pisać pierwszy rozdział, później drugi, sama nie będąc jeszcze całkiem pewna, jak się to wszystko dalej rozwinie. Natomiast zamiar napisania jakiejś powieści fantastycznej miałam od bardzo dawna – pierwsze próby czyniłam w wieku chyba czternastu lat.

    Skąd fascynacja magią, czarami, nekromancją?

    Interesuję się literaturą fantasy od kiedy jako jedenastolatka przeczytałam „Władcę Pierścieni”, a magia w tej czy innej postaci na ogół w fantasy występuje. Zawsze też mi się wydawało, że magowie powinni mieć sporo wspólnego z naukowcami, a na tych ostatnich się znam (sam Clovis LaFay trochę wziął swojej osobowości od kilku młodych teoretyków, z którymi pracowałam). A sama koncepcja nekromancji jako magii z jednej strony szalenie użytecznej w medycynie, z drugiej traktowanej jako zakazane czarnoksięstwo wzięła się po części ze starego systemu Dungeons and Dragons. Kiedy zobaczyłam w poradniku, że leczące czary kapłańskie w Baldur’s Gate należą formalnie do tej samej szkoły magicznej, której przedstawicielem jest chaotyczny zły mag Xzar, stwierdzilam, że coś takiego ma niesamowity potencjał fabularny.

    Jak przebiegały przygotowania do napisania tej książki?

    Sporo czytałam o Anglii czasów średniowiktoriańskich. O powstaniu i organizacji Scotland Yardu (jeszcze tak nienazwanego), śledztwach, pochodzeniu detektywów, o dzielnicach Londynu, modzie, imigrantach irlandzkich, kursach pielęgniarskich, służbie, pierwszych herbaciarniach, kodeksie karnym…

    Londyn jest Pani ulubionym miastem, czy wybór scenerii do powieści jest uzasadniony inaczej?

    Lubię to miasto, ale w gruncie rzeczy mój wybór padł na Londyn z powodu Scotland Yardu. Mógłby być Paryż (Francja też miała wydziały detektywistyczne, nawet wcześniej), ale o Londynie po prostu więcej wiem.

    Książka została ciepło przyjęta przez czytelników, pojawiły się nawet takie sformułowania: „to Harry Potter dla dorosłych”. Co Pani na to?

    Ogromnie się cieszę, że książka się spodobała. Porównania do „Harry’ego Pottera” są pewnie nieuniknione w przypadku każdej powieści, w której jest magia i Anglia – jako „Harry’ego Pottera dla dorosłych” reklamowano też „Jonathana Strange’a i pana Norrella” Susanny Clarke, który ma jeszcze mniej wspólnego z książkami Rowling niż „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu”. U mnie przynajmniej pojawia się w retrospekcjach magiczna szkoła, choć Edgerton ma więcej wspólnego z Coll ze „Stalky’ego i Ska” Kiplinga niż z Hogwartem. Nie mogę jednak powiedzieć, by „Harry Potter” w ogóle nie miał wpływu na mnie – pomysł na społeczeństwo w mojej książce, gdzie magowie funkcjonują jawnie i zajmują najwyższe pozycje towarzyskie wziął się po części z tego, że to ukrywanie się przed mugolami u Rowling wydawało mi się zupełnie niemożliwe socjologicznie. Sądzę też, że dorosłemu (czy prawie dorosłemu) miłośnikowi „Harry’ego Pottera” „Clovis LaFay” powinien przypaść do gustu.

    Dlaczego zdecydowała się Pani na użycie pseudonimu? I dlaczego właśnie takiego?

    Nie chcialam używać nazwiska, pod którym publikuję naukowo, wzięłam zatem przykład z Marka Huberatha i zdecydowałam się użyć pseudonimu. „Anna Lange” nie ma żadnego specjalnego znaczenia, po prostu brzmiała mi dobrze.

    Co teraz? Pierwsza książka okazała się sukcesem. Na jak długo zostawi Pani czytelników bez nowych przygód Clovisa LaFaya?

    Konkretnych terminów nie mogę podać, ale za kilka miesięcy powinno się w ten czy inny sposób ukazać opowiadanie-prequel. Pracuję też nad drugą powieścią.

    Fot: Jethro Stebbings/unsplash.com

  • „Nadia. Więzień Putina” w wersji audio. OsornoProduction robi to dobrze.

    foto_a-dygant_nadia2Audiobooka w reżyserii Krzysztofa Czeczota można posłuchać na falach Radia Szczecin w każdą środę po godzinie 9 oraz po 14. 

    Audiobooka czyta nie byle kto, bo Agnieszka Dygant. Dodajmy, że smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych książki „Nadia. Więzień Putina”. Nasz wywiad z Nadią Sawczenko przeczytacie tutaj.

    Jako ciekawostkę dodajmy, że firma, która wyprodukowała audiobooka „Nadia. Więzień Putina”, stworzyła także „Krzyżaków” po…chińsku.

     

    Posłuchajcie też fragmentu książki.

    https://soundcloud.com/smakksiazki/fragment-audiobooka

    Zdjęcia oraz fragment książki: Wydawnictwo Od Deski Do Deski.

     

     

     

  • „Wierzę w dzieci, bo mogą wyrosnąć na mądrych ludzi, a dorośli już nie mają takiej możliwości”.

    Patronuje szkołom i przedszkolom, prywatnie jest matką Ciotki Klotki znanej z programu telewizyjnego „Tik Tak”. Na jej książkach wychowało się już kilka pokoleń Polaków. W księgarniach właśnie pojawiła się książka „Nie mam nic do ukrycia”, która jest biografią Wandy Chotomskiej.

     

    wanda_okladka_2_1Woli Pani pisać dla dzieci czy dla dorosłych?

    Dla dzieci, bo w nich wierzę. Wierzę, że mogą wyrosnąć na mądrych ludzi, mają możliwości wyrośnięcia na ludzi przez duże L, a dorośli już nie mają takiej możliwości.

    Jest Pani autorką ponad 200 książek dla dzieci i młodzieży, scenariuszy do filmów krótkometrażowych, audycji radiowych i telewizyjnych. Styl Pani pisania zmieniał się z biegiem lat?

    Najpierw pisałam łatwiejsze rzeczy, może nie jakieś ecie-pecie, ale w każdym razie jakieś łatwiejsze, a dopiero potem trudniejsze. Tak jak na przykład o arrasach, które jechały z Kanady. Ja się o tych arrasach musiałam uczyć. To było tak, że myśmy sobie wymyślili z Szancerem, że będziemy pisać po kawałeczku i jak arrasy przyjadą do Polski, to wtedy my skończymy nasze pisanie. Wyszło tak, że myśmy szybciej to napisali niż arrasy przyjechały do Polski. To taki przykład, bo z innymi rzeczami też tak było, że się uczyłam i dopiero jak się nauczyłam, to wtedy pisałam.

    Pani Wando, jakie anegdoty związane ze swoją pracą najbardziej zapadły Pani w pamięci?

    Pamiętam taką sytuację, że oglądałam „Jacka i Agatkę”, aż tu nagle Jacek nie bawił się kijkiem, a nie patykiem. Okazało się później, że któryś z dyrektorów miał na nazwisko Patyk, więc w telewizji to zmienili, bo uważali, że to jest ośmieszanie dyrektora Patyka. Takich śmiesznych historyjek było tak dużo, że już ich nawet wszystkich nie pamiętam.

    Gdyby miała Pani wybrać swoją ulubioną postać, to kto zostałby wyróżniony?

    To na pewno wybrałabym Jacka. On był wesoły, buńczuczny, potrafił sobie poradzić w każdej sytuacji Natomiast na pewno nie wybrałabym Agatki, bo była za powolna, za dokładna.

    zrzut-ekranu-2016-09-14-o-16-14-59

    A Pan Motorek, Panna Kreseczka?

    Nie, zdecydowanie Jacek. Chociaż Pan Motorek też był bardzo popularny i lubiany, przede wszystkim przez chłopców. Radził sobie w każdej sytuacji, no i potrafił zmienić się z szafy w coś latającego, także pewnie stąd wzięła się jego popularność wśród chłopców.

    Profesor Grzegorz Leszczyński mówiąc najlepszych pisarzach tworzących dla dzieci, wymienia Juliana Tuwima, Jana Brzechwę, Wandę Chotomską.

    Myślę, że to nie mnie oceniać, ale skoro Leszczyński, który jest najlepszym specjalistą w tej kwestii tak powiedział, to może jest to prawda (śmiech).

    Skoro już przy Janie Brzechwie jesteśmy, to jak wyglądały relacje między wami?

    On bardzo ładnie o mnie pisał, dużo listów od niego dostawałam, bardzo wysoko cenił moją twórczość. Jako dziecko, ja natomiast czytałam Brzechwę i też bardzo lubiłam to co on pisał.

    Co czyta w wolnych chwilach teraz Wanda Chotomska?

    Ze współczesnych poetów bardzo cenię Wisławę Szymborską, lubię czytać też biografie. Ostatnio przerobiłam „Rodzinę Windsorów”.

    Sądzi Pani, że bajki w wersji drukowanej mają jeszcze rację bytu, czy teraz to już tylko telewizja i Internet?

    Oczywiście, że mają. Trzeba dzieciom kupować dużo bajek, a jak najmniej tych wszystkich elektronicznych gadżetów. Naprawdę wystarczy, że się dziecko bawi kijkiem, bo to najbardziej rozwija wyobraźnię.

  • Wielki powrót Kajko i Kokosza!

    Choć na świecie od dawna kontynuuje się kultowe serie komiksowe, w Polsce takie projekty są jeszcze mało popularne. Przeszło ćwierć wieku musieliśmy czekać na reaktywację słynnej serii Janusza Christy Kajko i Kokosz. Już jutro na rynku pojawi się „Obłęd hegemona”. Czy będzie komiksową petarda? 

    21-kik-nowe-przygody_mini

    Tomasz Kołodziejczak, który znał się bardzo dobrze z Januszem Christą, za zgodą i ze wsparciem wnuczki autora Pauliny, podjął się kontynuacji dzieła Mistrza. Znalezienie twórców, którzy potrafiliby zbudować historie tak, aby były lekkie, oryginalne, zabawne, a jednocześnie zadowoliły fanów serii, okazało się nie lada wyzwaniem. „Gdyby to było łatwe, Egmont już dawno znalazłby wiernego naśladowcę. A do opowiedzenia zostało jeszcze mnóstwo historii.” – mówi Krzysztof Janicz, autor jednego ze scenariuszy przygód nowego Kajko i Kokosza, twórca biografii Janusza Christy. „Ludzie chcą zobaczyć znów świat Christy i że wszystko w nim ma się dobrze, a nie »Patrzcie, dzieciaki! Oto cool Mirmiłowo XXI wieku!«. Zbójcerze grają w Hegemon Go, Łamignat zostaje graficiarzem, a tu mamy serię obligatoryjnych dowcipów o hipsterach i cytatów z filmów i reklam, które będą przedawnione za półtora miesiąca!” – z taką wizją przyszedł scenarzysta Maciej Kur, twórca dwóch historii z albumu Kajko i Kokosz – Nowe Przygody i dodał: „Do tej pory nie mogę uwierzyć, że mnie to spotkało, jakbym mówił o jakimś śnie. To istna frajda i spełnienie marzeń móc… legalnie w każdym razie… wymyślać nowe przygody tych postaci”. Podobnie zareagował Norbert Rybarczyk, rysownik: „Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, że będę rysował kontynuację Kajko i Kokosza, na pewno bym nie uwierzył”.

    3-kik-nowe-przygody_mini_1Do współpracy przy tworzeniu nowych przygód Kajko i Kokosza Egmont i Klub Świata Komiksu zaprosił scenarzystów i rysowników, którzy od dawna są obecni na polskim rynku. „Maciej Kur i Piotr Bednarczyk to laureaci naszego konkursu na komiks dla dzieci, twórcy serii Lil i Put, którzy będą odpowiadać za przygody zbója Łamignata. Tomasz Samojlik to najpopularniejszy chyba obecnie polski autor komiksów dziecięcych, w tym trylogii o ryjówkach – jemu przypadły perypetie smoka Milusia. Sławomir Kiełbus, autor wielu świetnych komiksów, w swoim czasie wskazywany przez samego Janusza Christę jako ewentualny kontynuator jego pracy, będzie rysował historie ze Zbójcerzami do scenariusza wspomnianego wyżej Macieja Kura. Nieco mniej doświadczona para twórcza, Norbert Rybarczyk i Krzysztof Janicz (jeden z najlepszych znawców twórczości Christy), stworzyli zabawny komiks o dzieciństwie Kajka i Kokosza” – mówi Tomasz Kołodziejczak redaktor naczelny Klubu Świata Komiksów.

    kik-np-obled-hegemona-072_1

    Tekst i zdjęcia na podstawie informacji prasowej.

  • Śląskie Targi Książki już za 18 dni. Twardoch, Ahnhem, Hen, Masterton, Bonda. Z kim jeszcze warto się spotkać?

    Targi zbliżają się wielkimi krokami. Przejrzeliśmy dla Was program i podpowiadamy, na które spotkania warto pójść. Co ważne, wydawcy nie potraktowali katowickiej imprezy po macoszemu, bo stawią się praktycznie wszyscy najwięksi. Przez trzy dni Katowice będą stolicą czytelnictwa. Warto dodać, że podobnie jak rok temu, teraz również wstęp będzie darmowy. Niestety, program na oficjalnej stronie targów jest niepełny. Nie jest uwzględnionych kilku pisarzy, np. Stefan Ahnhnem. W miarę możliwości uzupełniliśmy listę o brakujące nazwiska. 

    Wszystko wskazuje na to, że największą gwiazdą targów będzie Graham Mastrerton. Wskazuje, bo program może być jeszcze aktualizowany, ale trudno sobie wyobrazić, żeby w Katowicach pojawił się ktoś z mocniejszym nazwiskiem. Po raz pierwszy do Polski przyleci Stefan Ahnhem, nad którego najnowszą książką smakksiazki.pl ma patronat medialny. Wydawnictwo Sonia Draga wystawia silną  reprezentację zagranicznych pisarzy w postaci Cathariny Ingelman-Sundberg oraz Bernarda Aichnera. Nie zabraknie też gwiazd polskiej literatury: Józef Hen, Katarzyna Bonda, Szczepan Twardoch, prof. Jerzy Bralczyk. To tylko niektóre z ciekawych postaci, z którymi będziecie mogli się spotkać w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach. Poniżej lista najciekawszych spotkań.

    Piątek (30.09):

    Joanna Bator, 14:30-15:30, scena główna

    Inga Iwasiów, 16:00-17:00, scena główna

    prof. Jerzy Bralczyk, 16:30-17:00, Forum 1

    Sobota (1.10)

    Tomasz Kowalski, 11:00-12:00, stoisko MG

    Barbara Gawryluk (autorka biografii Wandy Chotomskiej), 11:00

    Magdalena Omilianowicz, Sylwia Chutnik, 11:30-12:00, Forum 1

    Józef Hen, 12:00-13:00, Forum 1

    Catharina Ingelman-Sundberg, 12:00-13:00, scena główna

    Stefan Ahnhem, 12:00-13:00

    Magdalena Zawadzka, 13:00-15:00

    Sylwia Chutnik, 13:00-14:00, scena główna

    Katarzyna Bonda, 14:00-15:00, scena główna

    Anna Kańtoch, 14:00-15:00, Forum 2

    Graham Masterton, 15:00-16:00, Forum 1

    Filip Springer, 15:00-16:00, scena główna

    prof. Jerzy Bralczyk, 16:00-17:00, scena główna

    Dariusz Kortko, 16:00-17:00, Forum 2

    Michał Ogórek, 16:00-17:00, scena główna

    Tomasz Kowalski, 16:30-17:00, Forum 2

    Zbigniew Białas, 17:00-17:30, Forum 1

    Jakub Małecki, 17:00-17:30, Forum 2

    Wojciech Chmielarz, 17:30-18:00, Forum 2

    Niedziela (2.10)

    Bernard Aichner, 10:00-11:00, scena główna

    prof. Jerzy Bralczyk, 11:00-12:00, scena główna

    Lech Majewski, 12:00-12:30, Forum 1

    Krzysztof Zajas, 12:00

    Janusz Majewski, 12:00-14:00

    Roman Kostrzewski, 12:30-13:00, Forum 1

    Tomasz Kowalski, 13:00-14:00, stoisko MG

    Tomasz Sekielski, 14:00-14:30, scena główna

    Bohdan Butenko, 14:00-15:00, Forum 2

    Jakub Ćwiek, 15:00-17:00

    Szczepan Twardoch, 16:00-16:30, scena główna

     

     

     

  • „W Szwecji pisarze kryminałów są celebrytami. Mogłem reklamować piwo albo samochody”. Jens Lapidus dla smakksiazki.pl

    Prawnik, pisarz, celebryta. Doskonale ubrany, profesjonalny do granic możliwości. Bez fochów i dąsów, co rodzimym pisarzom zdarza się za często. W naszej rozmowie zastanawia się nad problemem uchodźców, nad fenomenem szwedzkich kryminałów, a także, nad niesprawiedliwością na świecie. W Polsce do tej pory ukazały się: „Szybki cash”, „Zimna stal”, „Życie deluxe”, „Vip room” oraz „Sztokholm delete”.

     

    Praca prawnika jest dobrą inspiracją do pisania książek o przestępstwach, gangach, przemocy?

    Zdecydowanie tak. Dzięki mojej pracy mam tak naprawdę research za darmo. Mógłbym nawet posunąć się do stwierdzenia, że nie byłbym pisarzem, gdyby nie moja praca.

    Do pewnego momentu pisanie było pasją, bo przeważała praca prawnika. Teraz te proporcje się odwróciły i większość czasu zajmuje Panu pisanie?

    Gdyby mnie Pan zapytał trzy lata temu, to powiedziałbym, że jestem prawnikiem, a w wolnym czasie piszę książki. Wyglądało to tak, że kładłem dzieci spać i wtedy pisałem przez kilka godzin. Moje pierwsze trzy książki napisałem nocą. Kiedy urodziło się moje trzecie dziecko, to rzeczywiście, proporcje się odwróciły. Zacząłem zmniejszać liczbę godzin, które przepracowywałem jako prawnik, natomiast piszę znacznie więcej. „Vip room” oraz „Sztokholm delete” pisałem już za dnia. Doszedłem po prostu do wniosku, że nie jestem w stanie być Supermanem.

    Co składa się na dobrą historię?

    To jest niesamowicie trudne pytanie. Nie mam sprawdzonego przepisu, bo gdybym go miał, to pisałbym pewnie jedną książkę miesięcznie. Myślę, że chodzi o uniwersalne wartości, które pojawiają się już od dramatów greckich, poprzez Szekspira, Dostojewskiego, Tołstoja, aż po współczesną literaturę. Chodzi o to, żeby przedstawić wartości postaci oraz konflikt, jaki przezywa nasz główny bohater. Trzeba go sobie jednak najpierw dobrze wyobrazić.

    Nawiązując do fabuły „Vip roomu” oraz „Sztokholm delete” proszę powiedzieć, jaki wpływ na to kim jesteśmy, ma to, skąd pochodzimy?

    Wpływ na nas ma przede wszystkim środowisko, w którym się wychowujemy, rodzice oraz uwarunkowania ekonomiczne. Teraz w Europie gorącym tematem są uchodźcy i niektórzy z nas zastanawiają się, czy ci, którzy do nas przybywają, pochodzą z kultury, która jest przystosowana do naszej. Sądzę jednak, że najważniejsze są przekazywane nam wartości. Tutaj nie chodzi o DNA, o rasę, tylko o czynniki, które miały na nas wpływ w trakcie wychowania.

    W świecie, który Pan tworzy w swoich książkach, część bohaterów jest w ogóle zapomniana, a część ma nieograniczone wręcz możliwości. Zabrzmi to może górnolotnie, ale czy jest na świecie coś takiego jak sprawiedliwość? Pytam Pana jako prawnika i pisarza.

    Ciężko powiedzieć. Z prawniczego punktu widzenia sprawiedliwość wygląda tak, że próbuje się zastosować karę do powagi przestępstwa, ale zdarzają się też sytuacje, w których przestępstwa nie da się udowodnić. Wiemy, że ktoś popełnił zbrodnię, ale nie jesteśmy w stanie tego dowieść. Wtedy jest to bardzo niesprawiedliwe. Jeśli chodzi zaś o społeczeństwo, to nie, nie mamy sprawiedliwości., bo ciągle zmagamy się między sprawiedliwością, a wolnością. Z jednej strony, chcielibyśmy, żeby każdemu przysługiwała taka sama ilość pieniędzy, ale z drugiej strony, to też nie będzie sprawiedliwe. Ostatnio obserwujemy powiększanie się grona osób, które są bardzo bogate. W Szwecji jest dużo ludzi zamożnych, ale ci, o których mówię, są ultrabogaci. Nie płacą podatków, albo znajdują sposoby, żeby płacić ich jak najmniej. To jest według mnie bardzo niesprawiedliwe.

     

    Wierzy Pan w istnienie fenomenu szwedzkiej powieści kryminalnej? Kto jest teraz najlepszym szwedzkim autorem, Pan, Mons Kallentoft, może Stefan Ahnhem?

    Rzeczywiście, jest fala szwedzkich kryminałów. Możemy zaobserwować spory ruch w tym obszarze w ostatnich ośmiu, dziewięciu latach. Zaczęło się od Stiega Larssona, który otworzył drzwi, a później przyszli jego naśladowcy. Uważam, że ja częściowo należę do tego środowiska, a częściowo nie. Owszem, jestem jestem Szwedem i tworzę szwedzkie kryminały, ale nie do końca w stylu szwedzkich kryminałów. Zawsze styl tych powieści jest taki sam. Od morderstwa, przez dochodzenie, aż do rozwiązania sprawy, z jakąś tam jeszcze historyczną fabułą w tle. Ja natomiast chcę pisać i piszę inaczej. Trzeba zadać sobie też inne pytanie. Jak to możliwe, że z krajów skandynawskich, które są bardzo bezpieczne, na przykład w Szwecji od czterdziestu lat nie zwiększyła się liczba popełnianych morderstw, wychodzi tyle literatury o zabijaniu. Pyta mnie Pan kto jest najlepszy? Oczywiście, że ja (śmiech).

    Na koniec chciałbym odejść od tematyki książek, a przenieść się w świat reklamy. W środowisku krąży informacja, że dostał Pan propozycję reklamową od jednego z producentów samochodów, ale ją Pan odrzucił. Czy to jest prawda? Pojawiały się inne propozycje?

    Czy to prawda? Nie, nie sądzę…no dobrze, tak. W Szwecji część pisarzy kryminałów traktowana jest jak celebryci, więc moja twarz jest dość znana. Miałem więc propozycje od producenta samochodów, ale też od producenta piwa czy od firmy, która zajmuje się pokerem, ale odmówiłem wszystkim. Chociaż nie, nie wszystkim. Byłem twarzą Microsoftu w Szwecji, który akurat wprowadzał na rynek nowy pakiet biurowy. Ja na co dzień pracuję na tych produktach, piszę na nich swoje książki, więc było to dla mnie naturalne, że mogą powiedzieć: „zobaczcie, to jest coś, czego ja rzeczywiście używam”.

    Zdjęcia: Anna-Lena Ahlström