Tag: felieton Bartosza Szczygielskiego

  • Po co Ci wyzwanie czytelnicze? Grudniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Moim największym wyzwaniem jest to, by przetrwać kolejny dzień i nie wpaść pod autobus. Wbrew pozorom, to nie takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Tymczasem co jakiś czas natrafiam na ludzi, którzy uwielbiają stawiać sobie wyzwania. Świetnie, szkoda tylko, że do niczego więcej one nie prowadzą.

    Miałem kiedyś ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu prowadzonym w bibliotece, gdzie po uprzednim przeczytaniu powieści, grupa osób opowiadała o swoich odczuciach na jej temat. Wiecie zapewne o czym mówię. Klasyczny klub książki. Na takich spotkaniach miałem szansę zderzyć się z opiniami, które diametralnie różniły się od mojej. Żywa dyskusja o intencjach pisarza oraz o tym, co wydaje mi się najważniejsze w literaturze – jak książka wpłynęła na nas samych. Wyznaję zasadę, że wszystko powinno czemuś służyć, a w szczególności właśnie książki.

    Czytanie dla samego czytania nie jest niczym nadzwyczajnym, ani czymś, czym trzeba się chwalić. Dla mnie to normalna czynność i dlatego z ciekawością obserwuję kilka profili, które miały chyba na celu promowanie czytelnictwa, ale skończyło się jak zawsze. Na śmiesznych obrazkach. I zazwyczaj tak się kończy, bo przecież jeżeli nie mamy wyrobionego nawyku czytania, nic tego nie zmieni. Tak właśnie działają według mnie wyzwania czytelnicze. Niczemu nie służą.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Pamiętacie zapewne, jak w szkole kazano wam czytać lektury. Odgórny nakaz, przynajmniej na mnie, działa jak płachta na byka. Nie jestem fanem tego, by robić coś, co mi nakazano. Nie jestem też buntownikiem, po prostu nie przepadam za tym, żeby wciskać mi do głowy rzeczy, których sam sobie nie wybrałem. Z tego też powodu z pewną niechęcią podchodziłem do lektur szkolnych. Czytałem jednak wszystkie, ale po skończeniu liceum, zrobiłem sobie czytelniczą przerwę. Miałem dość literatury jako takiej i po części uważam, że było to spowodowane właśnie tym odgórnym, szkolnym nakazem. Innymi słowy, to co miało nakłonić mnie do czytania, wywarło dokładnie odwrotny skutek.

    Wyzwania czytelnicze według mnie działają identycznie. Ktoś, gdzieś mówi nam, co i w jakim czasie powinniśmy przeczytać. W zamyśle autorów takich wydarzeń, zapewne mają one promować czytelnictwo, ale spójrzmy na to z innej strony. Najpopularniejszym wyzwaniem jest to, gdzie trzeba przeczytać 52 książki w ciągu roku. Zadanie absolutnie wykonalne, bo mówimy o jednej powieści w ciągu tygodnia. Na Instagramie na pewno zauważyliście, że na wielu profilach widnieją takie magiczne cyfry jak 32/52 albo coś, co mnie wprawia w niemałe zdziwienie 120/52. Brzmi świetnie, bo przecież czytamy dużo. Nawet bardzo dużo.

    A teraz przenieśmy się do tego smutnego dnia, gdzie większość naszego społeczeństwa leczy kaca i zastanawia się, jak zmienić swoje życie. Pierwszy stycznia to dzień, gdzie pojawiają się w naszych głowach górnolotne założenia – zacznę chodzić na siłownię, kupię pianino, zrobię sobie tatuaż itd. Wiemy jak większość z nich się kończy. Siłownie pustoszeją w połowie lutego, a stroiciele pianin dalej zastanawiają się, jak zdobyć nowych klientów. Życie dużo weryfikuje.

    www.unsplash.com/chuttersnap

    Podejmując wyzwanie czytelnicze stawiamy sobie jasny cel, a raczej jest on nam stawiany. Owszem sami się na to zgadzamy, ale dalej mamy do czynienia z niejako społeczną presją. W końcu nasi znajomi, którzy zdecydowali się dołączyć do takiej zabawy, motywują nas do tego samego. Gorzej, gdy z jakichś powodów, nie jesteśmy w stanie temu sprostać. Zniechęcimy się? Moim zdaniem tak. A co za tym idzie, przestaniemy czytać w ogóle.

    Za wyzwaniami czytelniczymi stoi coś jeszcze, a mianowicie pośpiech. Widząc, że ktoś przeczytał w listopadzie już ponad 100 książek, zastanawiam się na ile z każdej z tych lektur, cokolwiek zapamiętał. Wygląda to jak wyścig na czas. Kto przeczyta więcej jest głównym wyznacznikiem. Brakuje mi w tym tego, co oferował mi wspomniany na początku klub książki. Szerszej dyskusji, chwili na zastanowienie się i przegadanie tego, co wyniosłem z lektury. I nie mówię tutaj o opiniach, którymi dzielimy się na Instagramie dodając do nich odpowiedni #. Mówię o prawdziwej rozmowie, czasie na przetrawienie i wyciągnięcie wniosków. Chcąc czytać jak najwięcej, wątpię w to, że wybierane do tego wyzwania książki, wniosą w życie czytającego… cokolwiek.

    Głównym wyznacznikiem zdaje się być „szybko się czyta”.

    Bartosz Szczygielski

  • „Pisarski blues”, listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Stało się. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej i nie mam już wpływu na to, co będzie działo się z moim dzieckiem. Jest dorosłe i wyruszyło w świat. Moja druga powieść wylądowała w księgarniach 8 listopada, a w Internecie, to już w ogóle da się ją kupić wszędzie. Stało się. I jest mi z tym… dziwnie.

    Nie wiem ilu z was, którzy to czytają, miało przyjemność napisać powieść, ale zapewne wszyscy z was kiedyś doświadczyli poczucia straty. I zapewne wiecie, że to paskudne uczucie, niezależnie od tego, jak niewielka byłaby to strata. Nawet taka najmniejsza, potrafi zaboleć jak cholera. Tylko czy pisarz ma prawo opisywać w ten sposób swoje odczucia, gdy mówi o książce? Czymś co dalej jest jego, a przynajmniej w teorii.

    Dwa lata temu nie sądziłem jeszcze, że będę mógł napisać takie słowa, jak te powyżej. Owszem, myślałem o wydaniu książki, ale zawsze było to „kiedyś”, „w przyszłości” i tym podobne. Znacie to pewnie tak samo dobrze, jak ja. Plany i marzenia, które chcielibyśmy żeby się spełniły, tylko nie wiemy kiedy to może nastąpić. Słyszałem opinię o tym, że nie warto mieć marzeń, bo te z założenia nigdy się nie spełniają. Należy mieć cele. Brzmi to jak porada z taniego podręcznika coachingu, którą napisał facet jeżdżący ferrari i wmawiający nam, że też tak możemy o ile mu zapłacimy. Najgorsze jest jednak to, że jest w tym trochę racji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, MFK 2016.

    Tylko, że nikt nie udziela porad, co zrobić jak już dotrzemy do brzegu, a nasze marzenie w końcu się spełni. Szukałem informacji o tym, co inni  pisarze robili, gdy już skończyli książkę. Wujek Google okazał się równie pomocny, co hydraulik przy złamaniu otwartym, czyli wypluł z siebie szereg podpowiedzi, ale żadna z nich nie była trafna. Dowiedziałem się za to, że wszyscy chcą wiedzieć, ile zarabiają pisarze, a przynajmniej tego dotyczyła większość artykułów, która wyskoczyła na moje zapytanie „co robią pisarze po napisaniu książki”. Nie musicie dalej szukać, odpowiem wam – jak nie sprzedają dużo książek, to nie zarabiają dużo. To żadna tajemnica, tak jest ze wszystkim. Odpowiedzi na swoje pytanie jednak nie znalazłem. Nie wiem, co zrobił Palahniuk po skończeniu „Udław się”, ani Capote po postawieniu ostatniej kropki w „Z zimną krwią”. Podejrzewam, że czuli się podobnie, jak ja. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo inaczej wyjdę na dziwaka.

    Wydawać by się mogło, że po napisaniu książki, sfinalizowaniu umowy z wydawcą i zobaczeniu na księgarskiej półce swojej pozycji, będę spełniony. Częściowo tak jest. To duży sukces z którego jestem dumny, ale niestety cierpię też na taką cholerną przypadłość, że lubię niektóre rzeczy poprawiać w nieskończoność. Potrafię spędzić przy półce z książkami kilka minuty równając grzbiety tak, by wszystkie stały w idealnym rzędzie. Nie jestem z tego przesadnie dumny, ale robię tak średnio co kilka dni. Możecie więc sobie wyobrazić, co czuję, gdy nie jest w stanie zmienić już ani jednej litery w książce. Cierpiałem przy „Aorcie” i cierpię teraz przy „Krwi”. Ta ostatnia dopiero się rozgrzewa i czekam z niecierpliwością, jak odbiorą ją czytelnicy, ale w obu dalej bym dłubał. Nie dlatego, że tego wymagają, ale dlatego, że bym mógł. Gdyby nie to, że obie z książek, nie należą już do mnie.

    www.unsplash.com/ Camille Kimberly

    Druk skutecznie uniemożliwił mi dalsze poprawki i odciął absolutnie od powieści. Oddając ostatnią wersję tekstu, zdawałem sobie z tego sprawę i zamiast ulgi, która powinna być uczuciem naturalnym po dobrze wykonanej robocie, poczułem smutek. Przez długie miesiące spędzone nad klawiaturą, znowu przyzwyczaiłem się do swoich bohaterów. Możecie pomyśleć, że nic nie stoi na przeszkodzie, bym zacząć pisać kolejną i choć macie rację, to ja dalej jestem związany z „Krwią” mocniej, niż mogłem kiedykolwiek przypuszczać. To w końcu moje dziecko i jako rodzic najchętniej nie wypuszczałbym „Krwi” z rąk.

    Wiem, że remedium będzie dla mnie praca nad kolejną książką, ale na samą myśl o tym, że znowu będę czuł się podobnie, jak teraz, trudno mi się za nią zabrać. Teraz mogę tylko patrzeć na to, co się z nią dzieje. No i nucić pod nosem bluesowe ballady.

    Tak, pisarze są dziwni.

  • „Nie płakałem po Matrasie”, październikowy felieton Bartosza Szczygielskiego

     

    Do ostatniej kropli krwi powinniśmy bronić księgarni przed ich masowym zamykaniem. To dobro narodowe, bez którego wszyscy pogrążymy się w odmętach zidiocenia. Przykujmy się więc do drzwi i własną piersią zastopujmy to całe szaleństwo. Tylko najpierw przejrzymy, co tam ciekawego w internetach.

    Pod koniec września w sieci można było przeczytać, że jedna z największych sieci księgarń w Polsce jest już na wykończeniu. Nic jej nie uratuje i tylko kwestią czasu będzie jej całkowite zniknięcie z rynku. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy w mediach ukazały się informacje o problemach finansowych Matrasa, bo to przecież o nim mowa. Zapewne wszyscy o tym słyszeliśmy i być może nawet się tym przejęliśmy. Przez chwilę.

    Przeczytałem niejeden artykuł o tym, że Matras ma kłopoty finansowe i mówiąc szczerze, nie specjalnie się tym przejąłem. Ani wtedy, gdy gruchnęła ta wiadomość, ani ostatnio. Nie dlatego, że nienawidzę księgarni i życzę im tego, czego życzy się osobie stojącej przed tobą w kolejce do Toi-Toi’a, gdy jesteś już po którymś tam piwie, a na scenę ma zaraz wyjść twoja ulubiona kapela. Nie. Uwielbiam księgarnie. Szczególnie takie, które wiedzą o tym, co trzymają na swoich półkach.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Niestety, ale coraz rzadziej zdarza się taka sytuacja, kiedy wchodzę do sieciowej księgarni i mogę mieć pewność, że sprzedawca będzie wiedział, co mi polecić. I nie chodzi nawet o to, że na pierwszy rzut oka będzie on w stanie poznać moje gusta. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to możliwe. Jestem realistą. Boli mnie co innego. Odnoszę wrażenie, że przychodząc do takiej księgarni znajduję się nie w sklepie, ale w dziwnej Instagramowej rzeczywistości. Miejscu, gdzie najważniejsze nie są książki, ale to, by jak najlepiej je wyeksponować. Brakuje tylko porozstawianych przy półkach zapachowych świeczek, drewienek, kawałków lasu i wszystkiego tego, co można umieścić w kadrze, by dostać kilka dodatkowych serduszek. Książki owszem są, ale dokładnie te same, które widzę na Instagramie.

    Wielkie sieci, ale też i małe księgarnie, nastawione są na zysk. Biznes rządzi się swoimi prawami i ja to doskonale rozumiem, co nie oznacza, że mi się to podoba. Kupujemy oczami. Ja też kupuję oczami, ale chciałbym wchodząc do księgarni wiedzieć, że zostanie mi polecone coś… innego. Nie to, co aktualnie jest na topie i zostało odpowiednio wsparte przez prężne wydawnictwo, ale pozycję, którą sprzedawca poleci mi z czystym sumieniem. Oczywiście, niektóre z powieści na wystawkach są wartościowe, ale zmieniają się tak szybko, że czasem trudno nadążyć nad tym, co warto w ogóle wziąć do ręki. A co dzieje się z tymi pozycjami, które nie mają dużego wsparcia? No cóż, one nie istnieją.

    I to właśnie najbardziej bolało mnie, gdy wchodziłem do Matrasa. Miałem wrażenie, że przeglądam broszurę reklamową. Ładnie opakowaną i skrojoną pod… każdego. By znaleźć coś, co mnie interesowało, musiałem sam dokopać się do tego na półce. O ile miałem szczęście i książka była w ogóle dostępna. Sądzicie pewnie, że marudzę, bo przecież żadna księgarnia nie ma wszystkiego. Są takie i to w miejscu, gdzie właśnie jesteśmy. W Internecie.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Ceny książek nie należą do najniższych, choć i tak w porównaniu z tym ile kosztują one u naszych zachodnich sąsiadów, możemy mówić o szczęściu. Nie dziwne więc, że szukamy promocji. I to po części zniszczyło Matrasa, czyli wojna cenowa. I to zanim jeszcze internetowe zakupy stały się tak modne. Razem z Empikiem obie sieci zaczęły się przebijać, która zaoferuje swoim klientom najniższe ceny. I ekstra. Szkoda tylko, że wszyscy na tym ucierpieliśmy. W jednych księgarniach zaczęły pojawiać się przedmioty, które z literaturą miały mało do czynienia, a w drugich, by jakoś wyjść na prostą, przestano płacić dostawcom. Więc fani autora mogli kupić jego nową powieść taniej, ale on sam miał problem, a raczej jego wydawnictwo, które za tą samą powieść mogło w ogóle nie dostać pieniędzy. Empik sobie poradził, a Matras chyba nie. Ucierpieli wszyscy.

    Zastanawiałem się, czemu Matras nie skupił się na tym, by rozbudować swoją sprzedaż internetową wtedy, kiedy jeszcze mógł? Być może nie wierzono w to, że klienci zrezygnują z przychodzenia do stacjonarnych księgarń. I jest w tym trochę racji, bo przecież dobrze obejrzeć towar przed zakupem. Tylko, że w sieci też można przeczytać kawałek tego, co zamierzamy kupić. Widać wygrało przeświadczenie i przyzwyczajenie do przeszłości. Szkoda.

    O zamkniętych księgarniach zapomnimy równie szybko, jak o wszystkim innym, co nie jest z naszym życiem bezpośrednio związane. Pojawią się nowe miejsca gdzie kupimy powieści, bo rynek nie znosi próżni. Chciałbym wierzyć w to, że nie będą wyglądały jak kadr z Instagrama.

    Ja tymczasem odpalę kolejną kartę w przeglądarce, gdzie sam zdecyduję, czego chce.

  • „Kultura z niższej półki”, felieton Bartosza Szczygielskiego

    Rzodkiewka, borówka, groszek i mój ulubieniec, kalafior. Każde z nich ma nawet swoje imię, a wspominany już kalafior o wyglądzie lekko upośledzonego Beethovena w dresie, to Krzyś. Takiego szału, jak na te pluszowe zabawki, dawno nie uświadczyliśmy. Jaki to ma związek z książkami? Większy niż sądzicie.

    W nogę uderza mnie kawałek metalu, który przed kilkoma laty musiał wyglądać jak wypolerowana biżuteria. Jeszcze gdzieniegdzie na wózku widać ślady świetności, choć trzeba się przyjrzeć, by dostrzec je przy warstwie brudu i odcisków palców tysięcy klientów. Kobieta, która postanowiła przyśpieszyć moją osobę i zmusić mnie do tego, bym przesunął się kolejne kilka centymetrów do przodu, zdaje się nie zauważać w swoim zachowaniu niczego niestosownego. Ot przecież to tylko lekkie stuknięcie, a osiągnęła swój cel, bo zrobiłem półkroku w stronę upragnionej kasy. Niewiele to zmieniło w naszej sytuacji, bo zanim zdążę wyłożyć zakupy na taśmę i tak minie kilka minut. O ile będę miał szczęście, a zazwyczaj go nie mam.

    www.unsplash.com/Clark Young

    Przywykłem do tego, że podczas zakupów nie mam większego styku z kulturą. Jestem to w stanie zrozumieć. Częściowo. Sam nienawidzę chodzenia między półkami i szukania czegoś, co jeszcze w zeszłym tygodniu leżało tam, gdzie teraz nie leży. Tłok, brak dziennego światła i ludzie nie szanujący niczego, czego jeszcze nie kupili. To, że znajdę porzucone opakowanie żółtego sera gdzieś między papierem toaletowym, a kuchennymi ręcznikami, nie jest już dla mnie zaskoczeniem. Gorzej, gdy wśród ziemniaków znajduję Żulczyka.

    Minęło sporo czasu zanim pogodziłem się z myślą, że książka to coś więcej niż kolejny towar, który należy sprzedać. W swojej młodzieńczej naiwności sądziłem, że to sztuka zasługująca na to, by stać ładnie na dobrze oświetlonej księgarskiej półce i być podziwiana. Po części jest to prawda, ale tylko w kwestii sztuki. Stworzenie powieści nią jest, ale wszystko co dzieje się dalej to już marketing. Autor ma niewielki wpływ na to, co dzieje się z jego już wydrukowaną książką. To, że ląduje na serwisach aukcyjnych lub w antykwariatach to dobrze, bo ktoś ją może jeszcze przeczyta.

    Boli mnie za to, gdy widzę, jak ktoś nie szanuje produktów. Jakichkolwiek. Najczęściej widuję przejawy takiego zachowania właśnie w dyskontach, choć zdarzało się to i w sklepach, które pozycjonowane są na te z „wyższej półki”. I tutaj dochodzimy do momentu, gdy te dwie, zdawałoby się niepowiązane ze sobą sprawy się łączą. Książki w sklepach spożywczych i supermarketach są już codziennością. Pamiętam oburzenie, które ten „proceder” wywołał. Oczywiście w komentarzach na Facebooku, bo pikiet pod dyskontem możemy spodziewać się chyba tylko wtedy, gdy zabraknie w nich pluszowych warzyw i owoców.

    Dużo wypowiadających się wtedy osób, wieściło rychły koniec małych księgarni, które to nie będą w stanie poradzić sobie z nową konkurencją. Czy tak stało się w rzeczywistości? Nie sądzę, bo księgarnie upadają z różnych powodów, a to, że w pobliskim dyskoncie dostaniemy raptem kilka pozycji parę złotych taniej, nie zmieni drastycznie przychodów. A już na pewno nie na tyle, by księgarze pakowali swoje manatki. Kolejnym argumentem było to, że w większości tytuły stawiane na półkach były w wersjach pocket. Mniejszy format, gorszy papier, ale niższa cena. Takie wydania stoją już w księgarniach, ale przecież zawsze znajdzie się powód do narzekania.

    www.unsplash.com/Lukas Budimaier

    Szukałem teraz komentarzy, które byłby w podobnym tonie, ale ich nie znalazłem. Jedynie pojedyncze wypowiedzi, ale jak na standardy internetowe, było w nich zatrważająco mało nienawiści. Zupełnie tak, jakby świat wskoczył na właściwe tory, a ludzie zaczęli zachowywać się normalnie i cieszyć z tego, że książki pojawiają się w innych miejscach niż księgarnie. Tylko, że dalej komentujący specjalnie się nie cieszą z oferty książkowej dyskontów. Za dużo kryminałów, za dużo romansów, ciągle te same tytuły i ciągle w tych paskudnych, tańszych wydaniach. Co z tego, że wśród nich zdarzają się perełki. Nowe pozycje, stosunkowo ładnie wydane i dodatkowo kilka złotych taniej niż w normalnej dystrybucji. O ile oczywiście nie bierzemy pod uwagę sklepów internetowych, gdzie jest to zazwyczaj standardem. Tak samo, jak takie wypowiedzi, bo przecież trzeba uświadomić innym, że mogą kupować gdzie indziej.

    Mam takie marzenie. W przyszłości ludzie wyrywający sobie naklejki, by dostać ich jak najwięcej i mieć możliwość odebrać książkę. Nie pluszaka, a powieść McCarthy’ego. Nie kalafiora, a Thompsona. I przede wszystkim nie kolejną książkę kucharską, gdzie dostajemy 73 przepisy na to, jak przyrządzić rybę.

    Cholernie cieszy mnie to, że w dyskontach są półki z książkami. Zawsze to pierwsze miejsce w które zaglądam, gdy zostaje zmuszony do tego, by wybrać się do sklepu. I wierzę w to, że nie jestem jedyny. Doskonale wiem, że książka to produkt, ale wygląda na to, że jednak nie pogodziłem się z tym do końca. Bo gdy widzę jak traktowane są powieści w dyskontach, zwyczajnie i po ludzku się wkurwiam.

    Chcemy kultury, ale gdy tylko ją dostajemy, traktujemy ją jak wszystko inne, co nie jest nasze.

    Bez żadnego szacunku.

  • „Czuję się, jakbym dostał po ryju”. Felieton Bartosza Szczygielskiego

    Produkujesz krzesła. Na początku swojej drogi nie bierzesz wolnych dni. Zapominasz o weekendach, a słowo urlop brzmi jak odległa kraina, gdzie potrzebna jest wiza na którą nie masz pieniędzy. Jesteś dumny z tego, co udało ci się osiągnąć do czasu, aż w twoim domu pojawia się facet, który zabiera jedno z krzeseł, wkłada je pod pachę i wychodzi. Tak po prostu.

    Takie sytuacje, jak ta opisana powyżej, niestety się zdarzają. Kradzieże się zdarzają i choć chcielibyśmy, żeby było inaczej, jedyne co możemy zrobić, to być tymi, którzy działają inaczej. Przed wieloma laty, gdy kupowało się jeszcze płyty DVD z filmami, przed projekcją można było zobaczyć ciekawą akcję informacyjną. Czterdzieści sekund wypełnione drażniącą uszy muzyką i czymś, co wtedy uważano za szybki montaż, miało uzmysłowić oglądającemu, że kradzieże są złe. W dość prosty sposób mówiono o tym, co dla większości społeczeństwa jest oczywiste. Przecież nikt z nas nie ukradłby samochodu, torebki czy telewizora. Co innego z filmami, prawda?

    I choć przez długi czas ta akcja informacyjna doprowadzała miliony kinomanów do szału, po dziś dzień nie wiem, czy wywarła jakikolwiek efekt. Bo niestety, ale dobra kulturowe nie są traktowane jako coś fizycznego. A już na pewno nie wtedy, gdy można je ściągnąć na dysk. To w końcu coś innego, niż krzesło wyniesione z pracowni. Chciałem przypomnieć sobie, jak dokładnie wyglądało wideo, która przed laty próbowało wytłumaczyć mi, że nie wolno ściągać filmów, więc wyszukałem je na YouTube. Znajdowało się na jednym z prywatnych profili i wątpię, żeby ktokolwiek miał prawo do dysponowania nim. Ironia prawda?

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Taka sama jak to, że ludzie tworzący materiał, postanowili przywłaszczyć sobie muzykę skomponowaną na jego potrzeby i bez wiedzy Melchiora Rietveldta, kompozytora utworu, wykorzystać ją do ogólnoświatowej akcji. Ścieżka muzyczna wprawdzie została stworzona na potrzeby wideo, ale tylko na jego emisją na jednym z filmowych festiwali. Melchior dowiedział się o wszystkim dużo później, wytoczył firmie proces i go wygrał. Tylko co z tego, skoro nawet w środowisku, któremu powinno zależeć na przestrzeganiu praw autorskich, nikogo nie obchodzą prawa twórcy. Czemu w ogóle o tym przypadku wspominam?

    Otóż ostatnio opublikowano wyniki badań na temat tego, ile Polacy zostawiają pieniędzy w pirackich serwisach. Doszliśmy więc do momentu, gdzie chcemy mieć dostęp do kultury (w większości to filmy i muzyka, nie ma się co oszukiwać, że będą to książki) i jesteśmy skłonni za nią płacić. Tylko, że robimy to tam, gdzie nie trzeba. Sam byłem świadkiem, jak jedna z moich znajomych z dumą obnosiła się na Facebooku, że na pewnym portalu można obejrzeć fajny film i to za śmiesznie małe pieniądze. Serwisy streamingowe z nielegalnymi treściami znalazły cudownie prosty sposób, by przyciągnąć do siebie klientów. Zmusiły ich do płacenia.

    To rozwiązanie jest tak genialne, że aż trudno w nie uwierzyć. Bo przecież trzeba być skończonym debilem, by jawnie płacić za coś, co jest kradzione. Dlaczego więc tak wiele osób to robi? Bo wydając te kilka złotych, czyścimy sumienie. Serwis streamingowy, który w Polsce jest nad wyraz popularny, ostatnimi czasy postawił jednak na legalne źródła. Przynajmniej w części, gdzie jego twórcy nie boją się podpisać. Zawiązano współpracę z kilkoma dystrybutorami i za miesięczny abonament uzyskuje się dostęp do legalnej kultury. Dość ubogiej będąc szczerym, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że widać zmiany na lepsze, choć cały czas użytkownicy serwisu mogą uploadować swoje materiały i te będą wisiały na stronie tak długo, aż ktoś ich nie zgłosi do usunięcia. Walka z piractwem jest gorsza niż ta z wiatrakami, bo nie sposób wygrać.

    www.unsplash.com/Radek Grzybowski

    Dopóki nie przestaniemy myśleć o kulturze, jak o czymś, co jest darmowe, nigdy nie uda się wyplenić piractwa. Zawsze znajdą się kontrargumenty, z którymi nie da się walczyć. W komentarzach pod filmem o piractwie znalazłem taką właśnie wypowiedź. Jej autor stwierdził, że on niczego nie kradnie, bo przecież autor dalej ma swoją pracę, a on jedynie korzysta z kopii i nie widzi w tym nic złego. Co z tego, że za tą kopię nie zapłacił i przekazuje ją dalej. Filmy, muzyka i książki są digitalizowane tak łatwo, nie ma powodu za nie płacić. Można mieć je za darmo, bo nie robimy nikomu krzywdy. Filmowcy, muzycy i pisarze dalej mają swoje dzieła, czyli nie ma mowy o kradzieży. Jeżeli nic się nie zmieni, to w końcu sztuka przestanie powstawać, bo jej twórcy będą zajęci robieniem czegoś, co przynosi im dochód.

    Pamiętam, jak znalazłem swoją powieść w serwisie, gdzie można było ją pobrać za darmo. Czułem się, jakby dostał po ryju, bo ktoś wszedł do mojego warsztatu i zabrał mi moje krzesło.

    Tak zwyczajnie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Debiutancie, ściśnij poślady”, felieton Bartosza Szczygielskiego.

    Zapewne czytaliście kiedyś, jak wyglądały początki sławnych teraz pisarzy. Ja nie jestem ani sławny, ani nie ośmielam się jeszcze nazywać pisarzem, za to jestem na początku drogi. Drogi, która wcale nie wygląda tak, jakby ktoś mógł czekać na jej końcu.

    Wstęp brzmi tak, jakbym miał wam do przekazania najsmutniejszą informację na świecie czyli, że nie opłaca się debiutować na rynku książki. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek zniechęcać do pisania, ani tym bardziej do tego, by nie wysyłać swojej powieść do wydawców. Premiera pierwszej książki dla każdego, kto uparcie wystukuje kolejne wyrazy w edytorze tekstu, to najcudowniejsze uczucie na świecie. Moment, gdy nasza praca zostaje doceniona i w końcu możemy odetchnąć. Tak, udało się. Tylko co dalej?

    Wyobraźnia podpowiada różne scenariusze. Zazwyczaj takie, których nie powstydziliby się scenarzyści amerykańskich komedii romantycznych, gdzie wyjście na kawę kończy się poznaniem milionera i wyhodowaniem kolejnej nerki, mogącej uratować życie naszemu bliźniakowi, który zaginął w szpitalnej sali. Przesadzam? Oczywiście, ale nie ma się co oszukiwać. Wydanie książki sprawia, że nasze myśli zaczynają zmierzać w niebezpieczne rejony. Lepiej tego unikać, bo zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

    Pamiętam, że informację o przyjęciu przez wydawcę książki, otrzymałem stojąc pośrodku na wpół pustego już magazynu z meblami. Było cholernie zimno i padało, a ja stałem w przedsionku dopalając papierosa i rozmawiając przez telefon. Wiedziałem, że po tym jak się rozłączę dalej będę przerzucał paczki z biurkami z jednego miejsca na drugie, ale coś się zmieniło. Poczułem energię, jakiej wcześniej nie doświadczyłem. Wróciłem później do domu i nieśpiesznie zająłem się świętowaniem na swój sposób. Bo choć był listopad, do czasu pojawiania się „Aorty” na rynku, miało upłynąć jeszcze dużo czasu. Znacznie więcej niż się spodziewałem.

    Weźcie pod uwagę to, że wysyłając maszynopis do wydawnictwa, będzie się nad nim znęcało mnóstwo osób. Począwszy od redaktora, a skończywszy na recenzentach wewnętrznych i korektorze. To najlepsze, co może przytrafić się waszemu tekstowi. Czasem zaboli, ale musi boleć, by na końcu czytelnik dostał to, za co zapłacił. Produkt z jak najmniejszą ilością wad. Warto wyzbyć się przeświadczenia, że książka stojąca na księgarskiej półce, jest czymś więcej niż właśnie produktem. Wyjątkowym to na pewno, ale dalej mającym przynieść jedno – zysk. A ty debiutancie, stoisz na przegranej pozycji.

    Bartosz Szczygielski z Nagrodą Specjalną im. Janiny Paradowskiej, Międzynarodowy Festiwal Kryminału.

    Podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu dowiedziałem się, że w 2016 roku pojawiło się ponad 200 kryminałów i sensacji. A ty jesteś jednym z nich i twój sukces zależy od jednej rzeczy – marketingu. Im więcej osób o tobie usłyszy, tym większa szansa, że nie utoniesz. Samo pojawienie się debiutu nie oznacza nic, jeżeli nikt o nim nie będzie wiedział. Jak to wyglądało u mnie? Różnie. Bo choć „Aorta” pojawiła się w katalogu jednego z największych wydawców w kraju, dużo rzeczy promocyjnych zrobiłem sam. I bardzo z tego powodu się cieszę, bo poznałem multum ludzi, którym zwyczajnie zależy na literaturze. Bez nich książka zniknęłaby zupełnie. Warto uświadomić sobie to odpowiednio wcześniej i pogodzić się z faktem, że promocja to kolejny etap życia waszej książki. I z tym, że wielu autorów, którzy napisali gorsze niż wasza pozycje, będzie okupowało listy bestselerów, a nie wy. I to tylko dlatego, że sypnięto groszem na promocję.

    Ostatnio Wojciech Chmielarz napisał, że jeszcze wierzy w to, iż dobra literatura prędzej czy później sama się wybroni (tutaj). Cóż, mi w to trudno niestety uwierzyć. Chciałbym, żeby tak właśnie było, ale prawie rok po debiucie mam bardzo mieszane uczucia. Świat książek toczy się wolno. Redakcje, korekty, recenzje. Na wszystko autor czeka i czeka i czeka, a debiutant chyba ma w tej kwestii najgorzej. Na początku tekstu wspomniałem o drodze i tym, że na jej końcu możemy nikogo nie zastać. Odrobinę przesadziłem, bo na końcu czeka wszak czytelnik. Osoba najważniejsza w tym łańcuchu. Tylko, że zanim do niego dotrzemy, mija naprawdę dużo czasu. O ile będziemy mieli szczęście, a ów czytelnik zobaczy gdzieś okładkę waszego debiutu i staniecie się dla niego kimś więcej, niż tylko kolejnym nic nie mówiącym nikomu nazwiskiem. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że lubimy tylko te rzeczy, które już dobrze znamy.

    A ciebie nie zna nikt, gdy stawiasz pierwszy krok.

    Bartosz Szczygielski