Tag: felieton Bartosza Szczygielskiego

  • „Szybko się czyta, czyli insta recenzja”, czerwcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Miałem taki okres w swoim życiu, kiedy namiętnie spożywałem zupki chińskie. Kosztowało to grosze, robiło się bez większego zaangażowania i na chwilę sprawiało, że nie myślałem o głodzie. Smakowało za to jak źle przyrządzony gulasz z jeża, ale dawało satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. W końcu zaspokajało podstawową potrzebę. Zupek już nie jem, ale niesmak pozostał.

    Szybko się czyta.” „No, nie wciągnęło mnie.” „Czekam na kolejną książkę.” „Miałem inne oczekiwania.” Cztery różne zdania, które odpowiednio zmiksowane ze sobą, mogą stanowić kwintesencję tego, czym stała się czytelnicza opinia. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że teraz cholernie generalizuję, ale im dłużej przeglądam konta na Instagramie, tym większą mam pewność, że da się napisać „recenzję” książki bez jej przeczytania. Co więcej, da się to zrobić w ciągu dwóch minut, bo i tak pod zdjęciem pojawią się serduszka i moje ulubione stwierdzenie:

    Dopisuję do listy <3”

    Dobrze wiemy, że to „dopisanie” do listy zakupowej nigdy się nie wydarzy, ale warto zostawić po sobie ślad w postaci komentarza, bo może ktoś wejdzie na nasze konto i będzie nowy obserwujący. Pisałem już kiedyś o tym, że zdjęcia na Instagramie pełnią ważniejszą rolę od tekstu pod nim. Dalej podtrzymuję to stwierdzenie, ale niestety należę do tej mniejszości, która dalej czyta. Czasem tego żałuję, ale taki się już urodziłem.

    www.unsplash.com/Luke van Zyl

    Budowanie społeczności wokół swojego konta to ciężkie zadanie. Trzeba wyjść poza ramy zwykłego pisania recenzji książek i odrobinę się odsłonić. Mówić o prywatności i tym co robimy, bo media społecznościowe pełnią teraz rolę Big Brothera, ale zamiast wysyłania SMS-ów na ulubionych uczestników, zostawiamy im komentarze oraz serduszka. Pogodziłem się z tym i zapewne nie tylko ja. Budując społeczność, która składa się z czytelników, trzeba jednak od czasu do czasu napisać coś o samej książce.

    I tutaj pojawia się problem, bo przecież wpis pod zdjęciem ma określoną liczbę znaków, a linków ni chu chu pod nim nie umieścimy. Nie oszukujmy się, o wiele łatwiej zrobić sensowną fotografię, niż napisać sensowną, podpartą argumentami opinię. Mam wrażenie, że istnieje wśród ludzi przeświadczenie, że skoro potrafią pisać, to potrafią PISAĆ. Nie, nie potrafią. Żeby nie być gołosłownym, pozwalam sobie zamieścić fragment opinii pochodzący z konta na Instagramie z około tysiącem obserwujących. Zaznaczę tylko, że pisownia jest oryginalna.

    Jesli lubicie ksiazke w klimacie mrocznym i niebiezpiecznym.Doswiadczyc niesamowitych wrażeń z czytania.Pojawiałacymi sie tajemnicami to bardzo ja wam polecam.Byla to moja pierwsza książka tej autorki jestem pod ogromnym wrażeniem pod jakim względem zrobilo to na mnie cos czego sie nie spodziewalam.Tylko jedno moge powiedziec przeczytajcie te ksiazke bo kazdy powienien poznać ta historie.Jestem pod ogromnym wrażeniem stworzenia bohaterow i w jakich sytuacjach sie znaleźli .

    Nazwy konta wam nie zdradzę, bo nie mam zamiaru nikogo tutaj wytykać palcami. Nie trzeba się specjalnie wysilać, by zobaczyć, że nie jest to opinia, któnależy traktować jako coś chociażby aspirującego do miana profesjonalizmu. O wiele bardziej niż to, co powyżej, zmartwiły mnie komentarze pod zdjęciem: „Piękne słowa” (serduszko). Kolejny komentarz mówił o tym, że ktoś musi w końcu przeczytać książkę widoczną na zdjęciu, a „tak wogule” to jest ono piękne.

    www.unsplash.com/lalo Hernandez

    Po co więc się starać? Pisać cokolwiek, co ma sens i poprawną składnię. Przecież i tak nikt naszych słów na poważnie nie bierze, bo jeżeli napiszemy opinię pozytywną to pojawią się „dopisuje do listy”, „muszę po nią sięgnąć” lub „nie znam”. Dajemy opinię negatywną? „Dzięki za ostrzeżenie”, „A już miałam kupować” i „nie znam”. Mam więc dla wszystkich leniuszków uniwersalną opinię na temat każdej książki, którą możecie swobodnie umieszczać u siebie. Formę gramatyczną proszę sobie dostosować:

    Pozytywna: Dawno nic mnie tak mocno nie wciągnęło, jak ta lektura. Nie mogłem się oderwać, a strony same się przewracały. Do samego końca nie wiedziałem, co się może wydarzyć. Miałem swoje podejrzenia, ale to, co zrobił autor, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Czekam na kolejną powieść!

    Negatywna: Ledwo przebrnąłem przez to coś. Spodziewałem się wartkiej akcji, a dostałem flaki z olejem. Na dodatek wszystko strasznie przegadane, a fabuła przewidywalna od samego początku. No nie polecam, ale kto wie, może wam się spodoba. Czytaliście?

    Warto skopiować jeszcze opis z książki i gotowe. Ja wiem, że nie każdy potrafi pisać ciekawe opinie. Chciałbym tylko, żeby ludzie zrozumieli, że nie muszą tego robić. Jeżeli ich „recenzje” mają wyglądać w ten sposób, to ja już wolę czytać blurby na kryminałach, bo są tak samo bezosobowe. A może właśnie o to chodzi. O to, żeby szybko się czytało i zapominało – książki i opinie o nich.

    Chciałbym wierzyć, że jest inaczej.

    P.S. Na stronie Dziennik.pl (klik) pojawiła się rozmowa z Jackiem Dukajem na temat jego ostatniej książki. Pierwsze zdania z materiału brzmią tak:

    Nie przeczytałam „Po piśmie” do końca, bardzo interesujące, ale to lektura raczej na miesiące niż na kilka dni…

    Jacek Dukaj: Dlaczego?

    Bo to lektura wymagająca skupienia i jest jej prawie 500 stron…”

    Czy muszę cokolwiek tutaj dodawać?

    Bartosz Szczygielski

  • „Okładki level stock”, majowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedy stoisz w księgarni i szukasz dla siebie tej nowej, cudownej książki, która pochłonie cię choćby na jeden wieczór, ostatnie co robisz, to interesujesz się jej treścią. Czymś, co z założenia powinno być najważniejsze w momencie podejmowania pierwszego kroku, prowadzącego bądź nie, do decyzji zakupowej. Powieść wybierasz inaczej. Wzrokiem.

    Nie będzie chyba niczym nowym, jeżeli powiem wam, że prezencja jest najważniejsza. Nie tylko w świecie książek, ale ogólnie. Znacznie łatwiej zaufamy uśmiechniętemu facetowi w garniturze, niż mężczyźnie ze złamanym nosem i w podartych ubraniach. Nie ma tutaj znaczenia, że ten pierwszy może od nas wyłudzić kilka tysięcy złotych naciągając na coś, co sprzedaje, a ten drugi miał po prostu pecha i przed chwilą zaliczył bliskie spotkanie z chodnikiem, bo zapatrzył się na przechodzącą obok blondynkę w obcisłej sukience. Pierwsze co widzimy, to nasza okładka i powiedzenie, żeby po niej nie oceniać, można włożyć między bajki.

    Oceniamy po okładkach – czy tego chcemy, czy nie. Potem może przyjść „opamiętanie” i zmieniamy zdanie, ale pierwsze wrażenie jest dalej czymś najważniejszym. Przywołuję to z prostego powodu, bo o tym pierwszym wrażeniu doskonale wiedzą graficy projektujący książkowe okładki. W większości wyglądają one podobnie w danym gatunku literackim, ale robione jest to z rozmysłem i z tego samego powodu, dla którego idąc do IKEA, czujemy się tam, jak w domu.

    Identyfikacja kolorystyczna to coś, co wpływa na odbiorcę w ogromnym stopniu. Korzystają z tego marki na całym świecie i korzystają z tego wydawcy. To, że ci drudzy wykorzystują do produkcji okładek zdjęcia ze stocka, nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo nawet powtarzalność okładek jest czymś drugorzędnym. Znacznie ważniejsze jest to, jakie barwy ona przybierze, a przynajmniej ja mam taką teorię. Na czym ją opieram? No właśnie między innymi na wspomnianej już IKEA.

    www.unsplash.com/Paul Gaudriault

    Niebieski kolor to coś, co wywołuje konkretne emocje u większości z nas. Są to spokój, siła, zaufanie czy nawet szczerość i troska. Dodajmy do tego szczyptę żółtego, który odpowiada za pewność siebie, logiczne myślenie czy optymizm, a w wyniku otrzymujemy…logo IKEA. Logo Castorama także doskonale się w to wpisuje. Czerwona barwa to energia, siła, miłość i pasja, a za tym wszystkim stoi… Coca-cola, która przecież jest już synonimem młodości oraz energii, a przynajmniej na taką jest kreowana.

    Zastanawialiście się, dlaczego Facebook jest niebieski? To teraz zastanówcie się, dlaczego Starbucks jest zielono-biały. Kawiarnia stawia na połączenie czegoś naturalnego, spokojnego, ale także na swój sposób ekskluzywnego. Kiedyś w logo była jeszcze czerń, która dziś widoczna jest w wystroju, a ta daje tą ekskluzywność. Czarny kolor to w ogóle ewenement, bo chyba nie wyobrażamy sobie tego, żeby logo Chanel było purpurowe, prawda?

    Te kody kolorystyczne wchłaniamy od dziecka. Około 80 procent konsumentów wybiera towar, kierując się jego kolorem. I jestem przekonany, że duża część czytelników robi dokładnie to samo, szukając dla siebie nowej książki. Takiej, o której nic nie wie, nie czytało jej opisu i nie widziało jej zdjęcia na Instagramie. Pierwsze, co widzimy stojąc w księgarni, to okładka i to ona decyduje, czy sprawdzimy całą resztę. Czytelnik nie jest przecież idiotą, ale trzeba mu czasem pomóc w wyborze.

    Wyobrażacie sobie powieść kryminalną, gdzie na okładce widniałoby pole rzepaku i kobieta w wiosennym kapeluszu? Ciepłe kolory i wymyślny font? No nie, jak kryminał, to ma być ciemno, ponuro i mrocznie, a jak nie jest, to na okładce napiszemy „kryminał”. To takie nakierunkowanie kupującego, żeby nie czuł się przypadkiem zagubiony. Tego przecież byśmy nie chcieli.

    www.unsplash.com/Paul Gaudriault

    Zdjęcia ze stocka przepuszcza się przez filtry, gdzieś tam doda kilka kropel krwi i gotowe. Wydawca jest zadowolony, a czytelnik z miejsca wie, czego może się spodziewać. Tak było kiedyś i niestety, ale dalej widać, że niewiele się w tej materii zmienia. Na szczęście nie wszyscy wydawcy sztywno się tego trzymają i można zauważyć zmiany na lepsze. Spójrzcie na nowe okładki Mariusza Czubaja, no i powiedzcie, czy „Dziewczynka z zapalniczką” nie jest cudowna? Minimalistyczna, a jednocześnie dopasowana kolorystycznie do tego, co pisałem wyżej. Czerwień nadaje jej dynamizmu, choć sama powieść może go wcale tak dużo nie posiadać.

    Kult” Łukasza Orbitowskiego ma wybitną okładkę. „Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego również. Okładka nadaje ton całej powieści i zawsze, ale to zawsze, będzie wpływała na odbiór całości. Zdjęcia mogą być stockowe, ja nie mam z tym żadnego problemu, o ile zostanie to zrobione z pomysłem. Tutaj przywołam okładki, które zdobią moją trylogię – oprawa „Aorty”, „Krwi” i „Serca” powstała w oparciu o zdjęcia na licencji, a finalny efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Czy uważam, że oddają w pełni to, co jest w środku? Nie, bo oddać się tego nie da obrazem, ale obraz potrafi wprowadzić w klimat.

    Czy chciałbym, żeby każda okładka, każdej nowej powieści pojawiającej się na rynku, była unikatowa? Oczywiście, że tak, ale wiem, że tak się nie stanie. Nie stanie się tak, bo jesteśmy wychowani przez światowe marki, które przyzwyczaiły nas do kolorów, kształtów i fontów, a my dalej kierujemy się wzrokiem wybierając to, co chcemy kupić. Dalej więc będziemy dostawać to samo, z niewielkimi wyjątkami, bo książka dalej jest opakowana w okładkę, a my kupujemy oczami.

    Tylko, co ma zrobić ten biedny, nieświadomy czytelnik, kiedy stanie w księgarni przed półką i ujrzy stos takich samych okładek? Wybierze tę, która najmocniej do niego „krzyczy” i mówi mu, że oto kolejny arcymistrz, król, królowa i woźny kryminału.

    W końcu trzeba się jakoś wyróżnić, choć wszystko jest takie samo.

    Pozornie.

    Bartosz Szczygielski

  • Jak napisać kryminał? Kwietniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Na tegorocznych Targach Książki w Warszawie będę uczestniczył w ciekawym panelu. Razem z szeregiem zacnych twórców porozmawiamy o tym, jak wygląda przyszłość polskiego kryminału. Cóż, zdania zapewne będą podzielone, bo inaczej przez dwie godziny gapilibyśmy się na siebie, a czytelnicy na nas. I tak mnie naszło,że skoro mamy rozmawiać o kryminałach, to może warto pokazać, jak one powstają.

    Na rynku pojawia się rocznie tyle książek, że nie starczyłoby mi życia, żeby je wszystkie przeczytać. No dobra, może przesadzam, ale istnieje nadprodukcja i nietrudno ją zauważyć. Nie chodzi mi tu tylko o rynek kryminałów, lecz o cały książkowy świat. Początkujący pisarze narzekają, że nikt ich nie chce wydać, bo nie mają znajomości albo właśnie za dużo jest już książek i nie ma dla nich miejsca. Miejsce znajdzie się zawsze, o ile ich książka będziedobrze napisana. Czy musi się jednocześnie czymś wyróżniać? Moim zdaniem nie, bo przecież, jak mawiał klasyk, lubimy to, co znamy.

    I tu, cały na biało, wchodzi właśnie kryminał. Bierze się kilka składowych, miesza ze sobą w jednym garze i wychodzi strawne danie. Takie, które zagości na księgarskich półkach i jak będzie się miało odrobinę szczęścia– nawet w kilku domach. Jak napisać kryminał, żeby dało się go czytać, a odbiorca nie miał wrażenia, że robi się go w chu…?

    www.unsplash.com/David von Diemar

    Mniej więcej tak:

    – Umieść akcję w niewielkiej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, ale liczba mieszkańców pozwala na ich mordowanie przynajmniej przez dwanaście kolejnych tomów. Wielkość jest ważna, bo przecież nie chcemy opisywać kolejnego Sandomierza, gdzie strach wyjść na ulicę, bo albo cię zaszlachtują maczetą albo przejedzie cię ksiądz na rowerze.

    – Musisz mieć głównego bohatera, więc najlepiej, jeżeli będzie upośledzony. Wiecie: wszyscy już wiedzą, kto kogo zamordował, a on dalej zastanawia się, co ze sobą zrobić. Nie może być jednak za głupi, bo czytelnik wam nie uwierzy. Dobrze zachować umiar i niech np. wie, gdzie wlewa się benzynę, ale niech nie zna się na pobieraniu odcisków palców. Wtedy na spokojnie wytłumaczy mu to ktoś inny, a ty będziesz mógł popisać się RISERCZEM!

    – Życie prywatne twojego bohatera to istotna kwestia. Nie musi być rozwodnikiem cierpiącym na nadciśnienie i łysienie plackowate. To nie zaszkodzi, ale znaj umiar. Super, jak pojawi się zdrada. Ewentualnie ciąża, najlepiej niechciana. Wiecie – problemy, które przeszkadzają w śledztwie. Problemy są super.

    – Zaszlachtuj kogoś na pierwszej stronie. No, maksymalnie na drugiej. Czytelnik nie lubi się nudzić i jak będzie musiał przebrnąć przez 10 stron ekspozycji, to obsmaruje cię na Lubimy Czytać, że lepiej bawił w kinie się na Planecie Singli 3. Szanuj się.

    – Twisty! Jak najwięcej twistów!

    – Umieść część akcji w przeszłości, to zawsze działa, a szczególnie na okładkach: WIELKI SEKRET POGRZEBANY PRZED LATY! CZY DETEKTYW JACEK ODKRYJE PRAWDĘ ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO?

    – Akcja z przeszłości musi być tak pokręcona,żeby na końcu książki wszyscy powiedzieli: Łoooooo. Coś w stylu, że dziadek Henio nienawidził sąsiada, bo ten mu ukradł kurę. Więc Henio czekał trzydzieści lat i potem zamordował brata stryjecznego tego sąsiada, ale tak, żeby to wyglądało na robotę ciotki sprzedawcy w pobliskim sklepie. Zostaw na miejscu zbrodni kurze pióro! I pamiętnik! Pamiętaj o pamiętniku ukrytym gdzieś na strychu. To zawsze działa i koniecznie napisz go w formie pierwszoosobowej.

    – Twisty! Jeszcze więcej twistów!

    – Przesłuchuj wszystkich! Każdy może być winny. Nie zapomnij często o tym wspominać, bo wiadomo:twój bohater jest upośledzony.

    – Problemy społeczne, a najlepiej kilka i najlepiej jak najbardziej aktualnych. Tylko musisz szybko pisać, bo inaczej nic ci to nie da.

    – Kolejny twist! Najlepiej na ostatniej stronie.

    To tylko część z porad, które powinniście znać, jeżeli chcecie napisać kryminał. Szczególnie wtedy, jeżeli ma być dokładnie taki sam, jak wszystkie inne. Zawsze możesz próbować czegoś innego, ale to niebezpieczna i kręta droga. Bo przecież, kiedy będziesz świadomie igrał z konwencją, to i tak wyłapią to nieliczni. Reszta powie, że to przecież taka sama książka, jak tysiące innych. To źle?

    Przecież lubimy to, co znamy.

    Bartosz Szczygielski

  • „Audiobook to nie książka”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Natrafiłem ostatnio na stwierdzenie, że książki w formie audiobooków to najlepsze, co mogło się przytrafić czytelnikom. Przecież można ich słuchać robiąc pranie, obiad, sprzątając, wyprowadzając psa, prowadząc samochód, rzeźbiąc w drewnie czy układając płytki w łazience. No i pięknie, ale audiobook to nie książka. Nie i koniec.

    Nie jest tak, że nie lubię audiobooków. Zwyczajnie nie jest to format stworzony dla mnie. Nie potrafię się na tyle wciągnąć w historię, którą słyszę lub mam słyszeć przez naście godzin, by odebrać ją tak, jak życzyłby sobie tego autor. I tutaj mam największy problem z rzeczonymi audiobookami, bo nie mam nad nimi kontroli. Nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych autorów, ale mniemam, że podobnie. Format powstaje i tyle.

    Pracowałem jako copywriter i zdarzało mi się, że tworzyłem radiówki. Krótkie formaty: 10 i 15 sekund plus tyłówka. Czasem wpadało coś dłuższego, ale to maksymalnie 25 plus 5 na stałą końcówkę. Tworzyłem formaty dla bardzo dużej i bardzo poważnej firmy, której nazwy mówić mi nie wolno, ale zawsze była to dla mnie przyjemność. Stworzenie czegoś, co potem leciało w radiu – dokładnie w takiej formie, jakiej  sobie zażyczyłem. Stworzenie skryptu było jednym z moich zadań, ale kolejnym było uczestniczenie w nagraniu. Na ile sposobów można powiedzieć dwa, trzy zdania, żeby zmieścić się w 10 sekundach? Na więcej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić.

    www.unsplash.com/Dan LeFebvre

    Tak więc siedziałem w studinagraniowym z kartką, na której miałem swoje teksty i słuchałem jak lektor raz za razem powtarza te same zdania. Tutaj dajmy akcent na to słowo. Może trochę szybciej, a może jednak trochę wolniej. Nie, nie całość, ale ostatnie pół zdania. Nagranie formatu dziesięciosekundowego potrafiło zająć nam czasem dziesięć minut, a czasem pół godziny. I każda z tych wersji czymś się od siebie różniła. Jednak jako twórca miałem nad nimi kontrolę. W mniejszym lub większym stopniu. Tak samo jak przy pisaniu powieści.

    To, kiedy złamię konkretny akapit i zdecyduję się na danie większego światła w tekście, zależy ode mnie. Przełamania są dla mnie ważne, bo pozwalają na odpowiednie granie z tempem opowieści. Krótkie zdania tak samo. W moim przypadku tekst nie powstaje tylko po to, żeby przekazać konkretne informacje, ale po to, żeby przekazać je w odpowiedni sposób. W przypadku audiobooka nie mam nad tym żadnej kontroli, a interpretacja zależy od lektora. Więc finalnie słuchacz otrzymuje tekst przefiltrowany przez zewnętrzną osobę.

    Nie to, żebym narzekał na lektora, który czytał „Aortę”, „Krew” czy „Serce”. Tomasz Sobczak zrobił to po swojemu, ale w duchu moich powieści. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo przesłuchałem jedynie fragmenty audiobooków. Dalej jednak to zupełnie inny tekst, niż ten, który ja stworzyłem, choć ułożony jest z tych samych słów, kropek i przecinków. I o ile w przypadku książki wydrukowanej czy pod postacią e-booka wiem, czego się spodziewać, to audiobook zawsze jest dla mnie niespodzianką.

    Nie wyobrażam sobie tego, ile czasu musiałoby zająć nagranie audiobooka, gdybym np. ja siedział w studio nagraniowym i razem z lektorem przechodzilibyśmy przez każde zdanie z książki. Pewnie do tej pory nagrywalibyśmy „Aortę”. Jednak otrzymalibyśmy na końcu coś, co byłoby bliższe mojemu wyobrażeniu. I dlatego właśnie nie uważam audiobooków za książki. Cieszę się, że powstają, ale dalej to coś zupełnie innego, niż wydrukowana powieść.

    Więc proszę, nie nazywajmy audiobooków książkami. Tak, jak nie nazywamy teatru telewizji filmem.

    Bartosz Szczygielski

  • „Coś się kończy, coś zaczyna”, lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Walentynki tuż tuż, a to oznacza, że Instagram zaroi się od ckliwych cytatów, zdjęć z różami i pierścionkami zaręczynowymi. Nie bardzo rozumiem, co romantycznego jest w oświadczynach poczynionych tego dnia, ale widocznie jest w tym jakaś magia. Nie zapomnijmy o balonikach i czekoladzie. I wśród tego całego ckliwego gówna, przewija się gdzieś Szczygielski ze swoim Sercem.

    Jeszcze kilka lat temu byłem pogodzony ze swoim losem. Siedziałem w pracy na niewygodnym krześle i zastanawiałem się, jak zabić te ostatnie kilka godzin do magicznej szesnastej. I tak codziennie. Od poniedziałku do piątku. Od stycznia do grudnia. Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej i nie dlatego, że z pracy odszedłem i mam inną. Wygląda inaczej, bo jestem chodzącym dowodem na to, że książki zmieniają życie. Moje zmieniły i to jest krótka historia pewnego przypadku.

    Pisać zacząłem właśnie z przypadku. Z nudy i dlatego, że lubię darmowe żarcie. Zresztą, czy jest ktoś, kto go nie lubi? Dowiedziałem się, że w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu organizowane są warsztaty pisarskie. Warsztaty z noclegiem, wyżywieniem oraz lekcjami od samych mistrzów. Miałem już wtedy za sobą kilka całkiem udanych (jak na wtedy) opowiadań, więc spróbowałem. Napisałem tekst w dwa dni, wysłałem i tak się przyjemnie złożyło, że zostałem doceniony. Spędziłem więc tydzień we Wrocławiu w samym środku festiwalu i z ludźmi, którzy po prostu kochali pisanie.

    Moim pierwszym nauczycielem był Mariusz Czubaj. Ten sam, który kilka lat później powiedział mi po rozdaniu nagród Wielkiego Kalibru, że czuje się ojcem chrzestnym mojego sukcesu. Wróciłem z kolejnej edycji tego samego festiwalu z nagrodą specjalną i wiedziałem, że teraz dużo się zmieni. Nie w sensie finansowym czy mojej popularności, ale tego, co siedzi w mojej głowie. Bo to w mojej głowie tkwiła ta nuda, która sprawiła, że zacząłem pisać Aortę. Książkę, która zmieniła wszystko.

    Nie jestem przykładem pisarza, który zaraz po debiucie zdobywa wydawniczy świat i niczego nie musi już udowadniać, bo i tak wszyscy liżą mu rowa. Miałem i dalej mam dużo rzeczy do udowodnienia, ale głównie samemu sobie. Aorta sprawiła, że uwierzyłem w siebie. Trochę, bo nie powiem, żebym czuł się dobrze ze samym sobą. Nigdy się tak nie czułem, ale debiut na zapchanym rynku wydawniczym udowodnił mi, że jestem w czymś dobry. A przynajmniej, że nie jestem całkowicie do dupy.

    Pracę nad kolejną książką zacząłem już będąc zatrudnionym w innym miejscu. Tam nie zastanawiałem się, jak wytracić godziny do końca dnia pracy, ale jak je wydłużyć, bo z niczym się nie wyrabiałem. Krew pisałem nocami i w weekendy. Z nieustającą presją, że musi być lepsza. Mocniejsza, ciekawsza i bardziej wciągająca, niż Aorta. W końcu druga książka to sprawdzian dla debiutanta. Jak go obleje, to pozamiatane. W pewnym momencie zwyczajnie odpuściłem. Przestałem pisać, a za to zacząłem oglądać dużo kotów w Internetach. Stwierdziłem, że to i tak bez znaczenia, co napiszę, bo przy takim nagromadzeniu autorów, zapomni się o mnie w kilka dni po skończeniu lektury.

    Paradoksalnie, to mi właśnie pomogło, bo Krew praktycznie napisała się sama. Wtedy, kiedy zdecydowałem się odpuścić. Druga powieść pojawiła się na rynku i cholera, do tej pory nie rozumiem, czemu nie zgarnąłem za nią żadnej nominacji. Jest o klasę lepsza, niż Aorta. Pod względem konstrukcyjnym i językowym znacznie dojrzalsza. Stała się taka, bo ja się zmieniłem. Pisanie sprawiło, że zacząłem podchodzić dożycia odrobinę inaczej. Odrobinę, bo do wielkich zmian potrzebowałem jednak czasu.

    Serce, zamknięcie trylogii, wymęczyło mnie na każdym możliwym polu. Znów czułem presję i to znacznie większą, niż przy Krwi. Ściskało mnie od środka wiele rzeczy, a znajomi mówili, że wyglądam jakbym wiecznie był nieszczęśliwy. Tak, był moment,że pisanie mnie unieszczęśliwiało. Nie wiedziałem, czy będę sobie w stanie z tym poradzić. Wiedziałem, że muszę to skończyć, bo inaczej mnie to zabije i palnę sobie w łeb. Miałem w głowie wszystko poukładane, bo Aorta, Krew i Serce to jedna, długa opowieść. Opowieść, która musiała się skończyć, żebym ja mógł pójść dalej.

    Serce skończyłem dawno temu, a w świecie wydawniczym musiały minąć lata świetlne (tak, wiem, że to jednostka odległości, nie czepiajcie się), by pojawiła się na półce. Czy poszedłem dalej? Tak, bo pisanie sprawiło,że przejrzałem na oczy i odkryłem rzeczy, które wcześniej skrywały się pod mgłą. Tą, która spowijała mój mózg. Jestem kurewsko dumny z każdej mojej książki. Z każdej, ale z Serca w szczególności, bo to zamknięcie. Zamknięcie idealne i wyzwalające mnie z łańcuchów, które sam sobie założyłem przed laty.

    Zmiany są potrzebne, a każda z moich książek taką zmianą była. Życiową czy też psychiczną. Mogę śmiało powiedzieć, że coś się kończy, coś się zaczyna. I teraz, kiedy na Walentynki gdzieś na Instagramie zobaczycie moje Serce, pomyślcie przez chwilę o jednej rzeczy.

    Książki zmieniają życie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Podsumowując, czyli Nowy Rok, nowa ja”. Styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Ach, styczeń! Mój ulubiony miesiąc w roku, bo wtedy wszyscy nagle dostają wiatru w skrzydła. Siłownie zapełniają się pełnymi wigoru trzydziestolatkami ze słuchawkami w uszach, spada sprzedaż papierosów i alkoholu, a świat staje się po prostu piękniejszy. I nie szkodzi, że za oknem szaro, buty przemakają, a do roboty i tak trzeba chodzić. I w związku z tym, że nastał nam nowy rok, ja także mam pewne postanowienie. Czytał będę mniej.

    Czytanie stało się czymś ekskluzywnym, a przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. A już na pewno takie jest w oczach wielu osób, które chętnie stają się „niestatystycznymi Polakami”, bo wiadomo, że ci statystyczni książek nie czytają. Nie jestem w stanie tego pojąć, bo sam proces czytania nie jest rzeczą specjalnie skomplikowaną. Czytanie ze zrozumieniem już tak, ale o tym za chwilę. Dobrze też wiemy, jak to wygląda ze statystykami. Ilekroć mówi się o stanie czytelnictwa, zawsze przywołuje się konkretny raport. Mało kto przywołuje wtedy liczebność próby, która za 2017 rok wynosiła… 3185 osób.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Nie da się jednak ukryć, że chyba nie czytamy za dużo. Małe księgarnie upadają, bo wygodniej jest pójść do centrum handlowego i tam coś kupić. Zresztą najtaniej i najlepiej to jest w sieci, więc sytuacja księgarni raczej nie ulegnie poprawie. Czemu jednak zamiast czytać więcej, moim postanowieniem noworocznym będzie czytanie mniej? Z prostego powodu – w czytaniu nie ma nic magicznego. Nie czyni mnie lepszym człowiekiem, a już na pewno nie stanę się nim czytając coś, co mnie po prostu męczy.

    I dlatego będę czytał mniej, a pozycje wybierał w prosty sposób. Kierując się intuicją i z polecenia osób, którym ufam w tej kwestii bezgranicznie. Mam to szczęście, że w swoim otoczeniu takie osoby mam. Niestety, nauczony doświadczeniem, wiem, że opinie znalezione w Internecie na niewiele się zdają. Często mam wrażenie, że powstają po przeczytaniu opisu książki, a nie jej samej. I tu dochodzę do kolejnego spostrzeżenia, a mianowicie tego, że czytać lubię ze zrozumieniem. Nie interesują mnie zapychacze umysłowe, bo od tego mam filmy. Kolorowe obrazki, które sprawiają, że się wyłączam. Jestem niestety chyba starej daty, bo książki według mnie powinny robić z głową coś innego.

    Czytanie dla samego czytania nie jest, a przynajmniej dla mnie, żadną wyższą formą rozrywki. Nie lubię też tego „ciśnienia”, które gdzieś tam zakotwiczono w mojej głowie i które nieustannie przypomina mi: czytaj więcej, bo jak nie czytasz, to jesteś głupi. Cóż, może i jestem, ale wiem też, że pochłanianie książki za książką prowadzi do jednego. Do zmęczenia materiału. Zaczyna się szukać czegoś, co wywoła w nas emocje, a z każdą kolejną lekturą jest po prostu coraz gorzej. Nic nie cieszy, nie sprawia przyjemności, a strony po prostu się przewraca, bo jak się tego nie robi, to jest się gorszym. Jest się tym smutnym, statystycznym Polakiem, który siedzi przed telewizorem i żłopie piwo.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Mnie taki czytelniczy marazm też dopadł. Książki przestały mi dawać przyjemność, a już na pewno nie taką, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Kartki leciały jedna za drugą, a ja czułem się tak, jakby oglądał coś, co już widziałem tysiąckroć. Może wybierałem zbyt podobne do siebie lektury, bo w większości były to kryminały. Może, nie wiem, ale to nieistotne. Uświadomiło mi to, że czytanie może po prostu… zmęczyć. Zaorać.

    Mam więc zamiar czytać mniej. Zrobić sobie detoks, który mam nadzieję doprowadzi do tego, że kolejna książką, za którą złapię, znów sprawi, że poczuję się jak dzieciak. Tak, że będę ją chłonął, a nie czytał. Przeżywał, a nie przekartkowywał. Brakuje mi tego uczucia. Brakuje mi tej dziecięcej zabawy z odkrywania. Odnajdywania smaczków i szczegółów utkanych przez autora. Potrzebuję odwyku i patrząc na to, jak i ile książek pojawia się na rynku, mam wrażenie, że taki odwyk przydałby się także wydawcom.

    Można wydawać i można czytać wszystko, jak leci. Można też czytać mniej i mieć z tego dziecięcą radość. Nawet jeżeli ma to oznaczać chwilowe odstawienie, bo jest ono warte emocji, które potem się pojawią.

    A przynajmniej taką mam nadzieję.

    Bartosz Szczygielski

  • „Mróz, jak ja go nienawidzę”, grudniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Ostatnio przez Facebooka przelała się fala wpisów, komentarzy i zdjęć, które miały jeden czynnik wspólny. Mróz. Zdałem sobie wtedy sprawę, że faktycznie nie da się otworzyć nawet lodówki, a konkretniej zamrażalnika, żeby nie znaleźć go w środku. Boże, czemu mi to robisz?

    Jestem marudą. Wiem, dobrze zdaję sobie z tego sprawę, ale nic na to nie poradzę. Owszem, mógłbym, ale jestem też leniwą bułą i tak mipo prostuwygodniej. Trochę marudzenia nikomu nie przeszkadza, prawda? Dlaczego więc zacząłem ten artykuł tak, a nie inaczej? I czemu biedny mróz jest przeze mnie tak nielubiany? Pewnie dlatego, że optymalną dla mnie temperaturą do życia jest jakieś 20 stopni Celsjusza. Jeżeli dodamy do tego lekkie zachmurzenie i przyjemny, ciepły wiatr to już w ogóle jestem w siódmym niebie.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ten felieton to po części eksperyment i mam wielką nadzieję na to, że będzie on nieudany. Bardzo bym tego chciał, bo nie bez przyczyny posłużyłem się nazwiskiem, które zna każdy czytelnik kryminałów w Polsce. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie musi czytać Remigiusza, ale nazwisko znać powinien. Tak idealnie się złożyło, że wraz z pojawieniem się jego ostatniej książki, pojawiła się także pierwsza fala mrozów. O tym poinformowały mnie liczne portale internetowe i nawet nieliczni znajomi, bo przecież nie mam w domu okna, a termometr to narzędzie szatana, którego chrześcijanin używać nie może.

    Skoro już wyjaśniłem ten zagmatwany wstęp oraz tytuł, to może warto by było, żebym wyjaśnił, po co to zrobiłem. Kilka lat temu stacja radiowa NPR opublikowała na Facebooku artykuł, który zatytułowała „Dlaczego Ameryka już nie czyta?”. Pod wpisem rozgorzała dyskusja, że to oczywiście nieprawda i ludzie dalej czytają. Pojawiły się nawet głosy, że to wina nowych technologii itd. itp. Najzabawniejsze w tym było to, że wchodząc we wspomniany artykuł, oczom czytelnika pojawiała się informacja, że to tylko żart na Prima Aprilis. Żart, który udowodnił smutną prawdę. Najlepiej czyta nam sięsame nagłówki, bo to wystarczy do wyrobienia sobie opinii.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    To trochę jak z opisami, które pojawiają się na okładkach książek. Wiem coś o tym, bo właśnie sam próbuję napisać to, co zobaczycie na „Sercu”. Szukam chwytliwej frazy. Takiej, która sprawi, że ktoś tą książkę weźmie do ręki i zajrzy do środka. Zdecyduje się na to, żeby odkryć to, co kryje się za tymi kilkoma streszczającymi fabułę zdaniami. Chciałbym, żeby czytelnicy wyrobili sobie zdanie dopiero po tym, jak przeczytają całość. I po tym, jak ją zrozumieją. Czasem obawiam się, że to ostatnie nie jest już tak oczywiste, jak kiedyś.

    Wielokrotnie widziałem na forach i grupach posty, które można opisać tak: zdjęcie książki i tekst „właśnie czytam, co sądzicie o tej pozycji?”. Zupełnie tak, jakby ktoś potrzebował potwierdzenia, że czyta coś dobrego, bo sam nie jest w stanie do takiego wniosku dojść. Łatwiej jest przecież przeczytać odpowiedź, kilka słów i wyrobić sobie opinię na ich podstawie, niż pomyśleć samemu. Taka inna forma nagłówka.

    I mam ogromną nadzieję na to, że się mylę. Nadzieję, że nikt nie skomentuje tego felietonu tylko na podstawie tytułu. Tak byłoby zdecydowanie prościej. Wyrobić sobie opinię na podstawie krótkiego zdania. Ja natomiast chciałbym czegoś innego.

    Tego, by chciało nam się czytać, zanim cokolwiek powiemy.

    I tego, że dalej będziemy czytać po COŚ.

    Bartosz Szczygielski

  • „Wodolejstwo level pisarz”, listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Moja mama powiedziała mi kiedyś bardzo ważną rzecz. Coś, czego nie rozumiałem długo, aż w końcu szkoła zmusiła mnie do przeczytania „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Otóż słowa mojej mamy brzmiały mniej więcej tak: „Nie czytam opisów przyrody, bo wiem, jak wyglądają drzewa.” Czasem mam wrażenie, że pisarze tego jednak nie wiedzą, a ja wcale się tutaj specjalnie nie wyróżniam.

    Wodolejstwa uczymy się już w szkole. Przynajmniej mnie tego w niej nauczono. Razem z tym, żeby mieścić się w pewnych ramach. Te myśleniowe przemilczę, bo dobrze wszyscy wiemy, że osoby niewpisujące się w pewne schematy mają zwyczajnie trudniej. Chodzi mi raczej o ramy objętościowe. Rozprawka na dwie strony. Wypracowanie na cztery, a odpowiedź na pytanie nie krótsza, niż pięć zdań. Ja radziłem sobie z tym różnie, bo szerokie marginesy i duże litery przestały się sprawdzać w późniejszych klasach liceum. Rozciąganie i wodolejstwo mamy we krwi.

    Każdą myśl można zapisać na kilka sposobów. Zostawię na razie tempo i jego różnorodność, bo niektórych rzeczy lepiej nie zdradzać. Wszak pisarze muszą mieć swoje tajemnice. Chciałem podkreślić to, że zdania pojawiające się na kartach powieści, mogą wyglądać… przedziwnie. Szczególnie dla czytelnika, który nie ma pojęcia, po co te zdania się tam znalazły. I powiem wam w tajemnicy, że pisarze też nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Jeżeli mają szczęście, a ich redaktor wie co robi, to straty będą mniejsze. Jednak nie zawsze się to udaje.

    Może zaprezentuję to na przykładzie, który wprawdzie nie pochodzi z konkretnej książki, ale jestem przekonany, że widzieliście podobne zabiegi wielokrotnie.

    Jack poczuł, jak ściska go w żołądku. Przez chwilę zastanawiał się, czy to wina nieświeżego kebabu, który zjadł przed dwoma dniami i ten w końcu dał o sobie znać, czy może to z powodu głodu. Postawił na to drugie, bo ostatnim posiłkiem, który jadł, była ta nieszczęsna wieprzowina owinięta w stary naleśnik o smaku kartonu. Wstał z kuchennego krzesła i podszedł do lodówki. Wewnątrz znalazł to, co w większości lodówek starych kawalerów. Żarówkę, dwa kawałki starego sera i fragment szynki, który niebezpiecznie się świecił. Wyłożył nabiał oraz mięso na blat, a następnie wyciągnął ostatnią bułkę z chlebaka. Była odrobinę za twarda, ale miał nadzieję, że uda mu się ją przekroić bez stępienia noża. Jack robił kanapkę, która mogła kosztować go życie, ale nie miał już nic do stracenia”.

    www.unsplash.com/Patrick Fore

    Powyższy fragment można zapisać też tak: „Jack zrobił sobie kanapkę”. Można też w ogóle ominąć czynność przyrządzania sobie posiłku, bo w sumie kogo to obchodzi, co jadł Jack? Jack nie istnieje, nie musi spożywać niczego. Jeżeli zakładamy, że jednak sama funkcja jedzenia jest tak ważna, to powinniśmy także przeczytać o tym, jak to jedzenie z Jacka wychodzi. Pełna transparentność. Całe szczęście niewielu pisarzy decyduje się na to ostatnie. Jednak spora część z nich skupia się na dość szczegółowe opisywanie prozy życia. Tego, jak ich bohater bierze prysznic, robi sobie kanapkę lub czyta gazetę.

    Czasem ma to usprawiedliwienie fabularne, gdy chce na przykład podkreślić charakter bohatera. Jack jest samotny i niespecjalnie dba o dietę. Jeden taki pasaż wystarczyłby w powieści, ale w sytuacji, kiedy notorycznie się on powtarza, redaktor powinien zareagować. W końcu ile razy można czytać o tym, że koleś wpiernicza kanapkę? NOBODY CARES. Opisy posiłków jestem w stanie zrozumieć, kiedy odnoszą się do potraw wyjątkowych. Podkreślają tym samym charakter postaci oraz otoczenia. Przykład idealny: Marek Krajewski.

    Dlaczego więc w książkach tak dużo jest wodolejstwa? Scen, które nic nie wnoszą, a jedynie opisują to, jak wyglądają drzewa? Cóż, bo sceny czasem muszą być dłuższe, żeby pasowały do innych. Bo pisarze nie zawsze wiedzą, co chcą napisać. Bo czasem trzeba się rozgrzać, żeby pisanie szło sprawniej, a czasem po prostu chcą pokazać, że potrafią. Dobrze jest przecież zaprezentować czytelnikowi swój warsztat i przywiązanie do szczegółów. Ja też nie jestem bez winy. Zdarzają mi się takie kwiatki.

    Lubię pokazać czytelnikowi, że wiem, o czym piszę. To szczególnie odnosi się do miejsc, gdzie przebywa bohater, ale nie jestem fanem oddawania topografii. Zdecydowanie ponad to wolę klimat. Mnie, jako czytelnika, totalnie nie interesuje, czy skręcając z ulicy Różanej w Topolową postać mija dwa śmietniki lub budynek ze świeżo odnowioną elewacją w kolorze łososiowym. Skręca to skręca. Interesuje mnie, po co to robi i co wtedy czuje. Stawiam emocje ponad fotograficzną dokładność. Doceniam ją, ale nie praktykuję. Czytelnik i tak wyczuje, że „odrobiłem pracę domową”.

    Choć wszyscy wiemy, jak wyglądają drzewa i jak robi się kanapkę, czasem możemy o tym przeczytać.

    Byle nie za często. Bartosz Szczygielski

  • „Oceniam po okładce”, październikowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zapewne każdy zna powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”. Ja tak samo, co nie zmienia faktu, że kiedy myślę o nim dosłownie, to absolutnie się z nim nie zgadzam. Są chwile, kiedy nie zależy mi na treści książki, a na tym, jak ona wygląda. I mam nadzieję, że nie jestem w tym sam. Tak, oceniam po okładce.

    Nigdy nie uważałem się za specjalnego pedanta, dopóki nie kupiłem pierwszego regału na książki. Wtedy także odkryłem coś jeszcze. To, że wydawnictwa nienawidzą czytelników. Nie potrafię znaleźć na to innego wytłumaczenia, niż czysta, nieskrępowana niczym nienawiść do ludzi, którzy książki kupują i traktują je z szacunkiem. A może to ja po prostu jestem dziwny.

    Książki muszą stać u mnie w pewnym porządku. Najlepiej, jakby jedna półka miała ustawione pozycje tej samej wysokości, ale to ideał, który udało mi się osiągnąć tylko w kilku przypadkach. Zazwyczaj dotyczy to książek tego samego autora i to w konkretnym wydawnictwie. U mnie udało się w przypadku tytułów Chucka Palahniuka, bo Niebieska Studnia odwaliła w tym przypadku dobrą robotę. Czego nie mogę powiedzieć niestety o Prószyński i S-ka, gdzie jedno z wydań „Blasku fantastycznego” Pratchetta, ma błękitny grzbiet. Inne książki z serii mają odcienie żółto-pomarańczowe. Więc nie, nie mam u siebie „Blasku”, bo nie pasuje mi na półce. Ledwo też przetrawiłem to, że „Ruchome obrazki” są o dwa milimetry niższe, niż cała reszta.

    www.unsplash.com/Susan Yin

    Największe moje rozczarowanie to chyba jednak wydawnictwo Czarne, które z niewiadomych mi przyczyn, postanowiło wydać czwartą część cyklu olandzkiego Johana Theorina z zupełnie nieprzystającą do innych okładką. Pierwsze wydania może nie zachwycały grafikami, ale na pewno były one czymś wyjątkowym. Wyróżniającym się. „Duch na wyspie” dostał typowo kryminalną okładkę. Żeby było zabawniej, Czarne zrobiło wznowienia poprzednich części Theorina w nowej oprawie z wyjątkiem trzeciej części. Jako czytelnik mam więc wybór, ale żaden z nich, nie jest dla mnie w pełni satysfakcjonujący. I w chwili, kiedy stawiam książkę na półce, chcę po prostu, żeby tam pasowała.

    Przykłady tego typu można by wymieniać w nieskończoność. Upierałem się przy tym, żeby każda z książek, które napisałem, miała swój rozróżnialny, ale dalej pasujący do reszty styl graficzny. Nie dlatego, że to pozycje z serii i powiązane ze sobą. Przynajmniej nie tylko dlatego. Książki są produktami, a to, jak są przygotowane, wyraża szacunek do czytelnika. Nie bez powodu konkretne powieści mają swoje kody kolorystyczne i określone motywy.

    Lawenda na okładce – romanse, ale gdzie uczucie stoi na pierwszym miejscu. Czerń i wyrzeźbione damskie lub męskie ciało – erotyki. W kryminałach rządzą ciemne, przytłumione barwy, ale nie pogardzimy także zbliżeniem na oko, rękę, nóż, broń itd. Wszystko po to, żeby wchodząc do księgarni, nikt nie musiał się zbyt długo zastanawiać nad wyborem. Lubimy przecież to, co dobrze znamy, a wszelkie odstępstwa od normy, działają na nas stresująco.

    www.unsplash.com/Ugur Akdemir

    I tak, oceniam po okładce, czy tego chcę czy nie. Widząc ją, mam już określone wyobrażenie o tym, czego mogę się spodziewać. Okładki i obwoluty mają dla mnie także inną wartość i jest ona czysto estetyczna. Mam pierwsze wydanie „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda, które ma jeszcze papierową obwolutę. Kolejne już nie mają, choć były wydawane przez Wydawnictwo Literackie w krótkim odstępie czasu. Tej książki nie wymienię ma inne wydanie tak, by pasowało do reszty, bo miałem przyjemność uzyskania autografu autora i zwyczajnie szkoda mi się go pozbywać. Nie tylko dlatego, że jest personalizowany, czyli Karl wpisał do środka moje imię, ale także dlatego, że powieść stała się dla mnie czymś więcej niż produktem. Dużo mam takich książek, które wiążą się z jakimiś wspomnieniami i chciałbym, żeby wyglądały na półce po prostu ładnie.

    Widocznie wymagam za dużo.

    Bartosz Szczygielski