Miałem taki okres w swoim życiu, kiedy namiętnie spożywałem zupki chińskie. Kosztowało to grosze, robiło się bez większego zaangażowania i na chwilę sprawiało, że nie myślałem o głodzie. Smakowało za to jak źle przyrządzony gulasz z jeża, ale dawało satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. W końcu zaspokajało podstawową potrzebę. Zupek już nie jem, ale niesmak pozostał.
„Szybko się czyta.” „No, nie wciągnęło mnie.” „Czekam na kolejną książkę.” „Miałem inne oczekiwania.” Cztery różne zdania, które odpowiednio zmiksowane ze sobą, mogą stanowić kwintesencję tego, czym stała się czytelnicza opinia. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że teraz cholernie generalizuję, ale im dłużej przeglądam konta na Instagramie, tym większą mam pewność, że da się napisać „recenzję” książki bez jej przeczytania. Co więcej, da się to zrobić w ciągu dwóch minut, bo i tak pod zdjęciem pojawią się serduszka i moje ulubione stwierdzenie:
„Dopisuję do listy <3”
Dobrze wiemy, że to „dopisanie” do listy zakupowej nigdy się nie wydarzy, ale warto zostawić po sobie ślad w postaci komentarza, bo może ktoś wejdzie na nasze konto i będzie nowy obserwujący. Pisałem już kiedyś o tym, że zdjęcia na Instagramie pełnią ważniejszą rolę od tekstu pod nim. Dalej podtrzymuję to stwierdzenie, ale niestety należę do tej mniejszości, która dalej czyta. Czasem tego żałuję, ale taki się już urodziłem.

Budowanie społeczności wokół swojego konta to ciężkie zadanie. Trzeba wyjść poza ramy zwykłego pisania recenzji książek i odrobinę się odsłonić. Mówić o prywatności i tym co robimy, bo media społecznościowe pełnią teraz rolę Big Brothera, ale zamiast wysyłania SMS-ów na ulubionych uczestników, zostawiamy im komentarze oraz serduszka. Pogodziłem się z tym i zapewne nie tylko ja. Budując społeczność, która składa się z czytelników, trzeba jednak od czasu do czasu napisać coś o samej książce.
I tutaj pojawia się problem, bo przecież wpis pod zdjęciem ma określoną liczbę znaków, a linków ni chu chu pod nim nie umieścimy. Nie oszukujmy się, o wiele łatwiej zrobić sensowną fotografię, niż napisać sensowną, podpartą argumentami opinię. Mam wrażenie, że istnieje wśród ludzi przeświadczenie, że skoro potrafią pisać, to potrafią PISAĆ. Nie, nie potrafią. Żeby nie być gołosłownym, pozwalam sobie zamieścić fragment opinii pochodzący z konta na Instagramie z około tysiącem obserwujących. Zaznaczę tylko, że pisownia jest oryginalna.
„Jesli lubicie ksiazke w klimacie mrocznym i niebiezpiecznym.Doswiadczyc niesamowitych wrażeń z czytania.Pojawiałacymi sie tajemnicami to bardzo ja wam polecam.Byla to moja pierwsza książka tej autorki jestem pod ogromnym wrażeniem pod jakim względem zrobilo to na mnie cos czego sie nie spodziewalam.Tylko jedno moge powiedziec przeczytajcie te ksiazke bo kazdy powienien poznać ta historie.Jestem pod ogromnym wrażeniem stworzenia bohaterow i w jakich sytuacjach sie znaleźli .”
Nazwy konta wam nie zdradzę, bo nie mam zamiaru nikogo tutaj wytykać palcami. Nie trzeba się specjalnie wysilać, by zobaczyć, że nie jest to opinia, którą należy traktować jako coś chociażby aspirującego do miana profesjonalizmu. O wiele bardziej niż to, co powyżej, zmartwiły mnie komentarze pod zdjęciem: „Piękne słowa” (serduszko). Kolejny komentarz mówił o tym, że ktoś musi w końcu przeczytać książkę widoczną na zdjęciu, a „tak wogule” to jest ono piękne.













